.

Mikser czyli tłusta czekolada

.

Zaczęło się od tego, że planeta płonie, a skoro płonie to gorąco. Widok z okna potwierdza: niebo lazur, słońce roześmiane, to Franka wierzy i wyskakuje na zewnątrz, hop przez wycieraczkę, w samej sukience i to letniej. Drzwi się zatrzaskują. Słońce promieniami galopuje po zielonych listkach tudzież po okolicznych klombach, ptaki ćwierkają na całe gardło, ale zimno takie, że aż oddech tężeje, aż skronie cierpną. A Franka Zapłotna akurat ten miesiąc sobie wybrała. Maj majowy, wiosenny z oddechem początku, bo i jego początek stuknął w kalendarzu, chociaż nie taki najbardziej pierwszy. Bo już piąty jego dzień malował się pod iksem na dniu tygodnia. Akurat ten dzień, ten miesiąc sobie wybrała na rozpoczęcie nowego życia i do tego zrobiła to z zapałem, i rzecz jasna z bezwzględnym przekonaniem, że jej misja  zakończy się sukcesem. 

Dla Franki wszystko jest misją, dlatego nie wraca po płaszcz tylko pędzi przed siebie, pokonuje radośnie przejście dla pieszych, nie zważa na klaksony wściekłych kierowców, nie zauważa, że wymusza pierwszeństwo, że sypią się za nią przekleństwa. Galopuje przez planty, dygoce z zimna, z ust unoszą się jej kłęby pary, policzki cierpną, ale biegnie jak na spotkanie kochanka, narzeczonego, kogoś kochanego, bliskiego jak ta wiosna, jak ten dzień majowy, mimo że lodowaty. Bo to w końcu pogoda nie tylko dla bogaczy, jakby znalazła mapę skarbów, eliksir młodości czy legendarnego Grala. Przeskakuje kałuże nie zawsze z powodzeniem, tenisówki jej przemakają, dłonie grabieją, uszy ostrzegają, że zaraz odpadną i kiedy hukną o bruk to się rozbiją jak porcelana. Rumiana aż sina, ale z prędkością światła zmierza do swojego najlepszego miejsca na świecie. 

Ma co prawda Franusia defekt. No ma. W bawełnę owijać tego nie należy. Bez względu na to od jak zabawnej historyjki zaczyna swoją opowieść, to zawsze się kończy dramatem. Nawet najśmieszniejsze plotki zamienia w smutek. Pamięta same dramaty, katastrofy, zdrady i opowieści: dlaczego ja? Ile razy próbuje koleżance – Świrczyńskiej spod piątki – opowiedzieć choćby o tym, jak rano pałaszuje kanapkę, pod koniec każdy płacze razem z listonoszem, który przechodzi pod oknem. Nad kanapką płaczą i jeszcze jej współczują. Bo Świrczyńska na parterze, mieszka. Bo parter w tym miejscu zaczyna się od piątki.

Ale Franka nie jest w ciemię bita, dlatego tegoż dnia postanawia wziąć życie swe za rogi. To jest prawidłowa decyzja, nawet tak to zapisuje w swoim dzienniku płaczniku. Prawidłowa, mimo że słowo się jej nie podoba. Jest takie grzeczne, szkolne, pouczające. Niech tam! Jest niczym ogródek, dobrze utrzymaną trzydziestką, to i słowa trzeba zacząć dobierać do wieku. Nowe życie, nowa ona! Niech się stanie nową Bridgest Jones. Świat tego wymaga…tak na zdrowy rozum to niczego od niej nie wymaga, nawet nie wie, że Franka istnieje, mniejsza! Dzisiaj się niczym nie martwi, może być nową Jones. Zawsze się znajdą tacy, których rozśmieszy niezdarna blondynka, a śmiech to przecież zdrowie. Zaś o zdrowie trzeba dbać. 

Działalność rejestruje w czwartek, mimo że matka ostrzega, że w czwartek jest niedobrze coś rozpoczynać, że to słowo o fioletowym kolorze, jak Wielki Tydzień, ale jak szaleć to szaleć. Zabobony precz! Nonszalancja pod pachę i do dzieła. Marzyła o hurtowni, ale jej doradzono kawiarnię, że bardziej ekskluzywna, dla większej ilości osób. 

No i jest! Ta dam! O godzinie szóstej rano przekręca klucz i zdyszana, dzwoniąc zębami, zmarznięta na kość z zamkniętymi oczami przekracza próg swojego królestwa. Przyciemnione, ciepłe światła, dębowy kredens za barem, dębowy bar, dyskretne światła nad barem. Na regałach przy ścianach antyki, karafki, miski, filiżanki i miseczki, akwarele dawnych malarzy, jedna niemalże na drugiej, żeby było wrażenie nadmiaru. Po prawej duży obraz dziewiętnastowiecznego Wawelu. Stoliki drewniane, krzesła z bufiastymi siedziskami. Stare księgi po lewej stronie, grube, skórzane grzbiety, szuflady i szufladki w kredensach, po dawnemu zdobione uchwyty. Dawne zegary obok baru, zabytkowe samowary, zapach kawy i marcepanu. Otwiera oczy.

– Co to jest?! Co jest do kur…teczki i motylej stopy?! – Wrzeszczy a grzywka schodzi jej na tył głowy. Co też ona mówi? Przyciska dłoń do ust. Przekleństw zapomniała czy ki diabeł?

 Odpowiada jej echo. Echo pustych, białych ścian z cegły chlapniętej wapnem. Stoliki metalowe z metalowymi krzesłami koloru kredowej bieli. Zero nastroju, klimatu, duszy, zero akwareli, antyków i samowarów, do tego jeszcze ta jasność! 

Od ósmej jest czas dla gości, parzenie kawy, uśmiech i styl, a tutaj? Przez sekundę z zamkniętymi oczami stała jak na czerwonym dywanie, chociaż braw nie potrzebowała, a teraz? Teraz w pamięci widzi zapisane słowa w płaczniku: prawidłowa decyzja. Jak pochwała w urzędzie za prawidłowe wypełnienie PIT-u. Spokojnie! Spokojnie, nie krzycz. Kawa, konieczna kawa, żeby nie stracić zapału i wiary w wartość płacznikowych słów. Bo Franka żyje wiarą. Nie wiedzą, a wiarą, że jakoś to będzie. A jakoś, to słowo mało konkretne, choć Franka twierdzi, że przyjemne, takie niezobowiązujące. Otóż to. Tyle, że nie chroni. Przed niczym nie chroni, nawet przed deszczem. „Jakoś” przypomina szachraja czasem nawet miłego i pozornie nieszkodliwego przecherę, ale to tylko pozór. Franka jeszcze o tym nie wie. Nie ma pojęcia, że na zapleczu zalągł jej się Trickster. 

W tym momencie koniecznie musi się napić kawy, dlatego wpada za bar i włącza mikser. Mikser? Nie czajnik z wodą, ekspres, komputer, kasę fiskalną a mikser? Kto tutaj postawił mikser? Narrator bardziej zdenerwowany niż Franka próbuje wzrokiem dopaść sabotażystę. Błyskawicznie omiata spojrzeniem pomieszczenie i wewnętrznie nieruchomieje, dobrze że nie dostaje czkawki. Zaplecze! Oboje rzucają się w stronę zaplecza. Franka fizycznie, narrator duchowo. I fiasko. Nie ma zaplecza. To znaczy jest, ale jeszcze niegotowe. Pudło na pudle i pudłem pogania. Kobieta przedziera się przez nie i nieruchomieje – podobnie, jak wcześniej narrator – bo nie czuje zapachu kawy a w tych pudłach miała być kawa, orzeszki i wszelkie kaloryczne dobro. Nie czuje kawy, ale czuje farbę i to drukarską. 

– Co to jest?! – krzyczy, ale mało dźwięcznie, bo narrator daje nogę, uznając że sprawca kręci się jeszcze po podwórku. 

Kobieta rozrywa pierwsze z brzegu pudło i…gdyby gałki oczne z powodu wytrzeszczu potrafiły eksplodować, to jej pękłyby jak przegrzane bączki na kreskówce albo ptaszki śpiewające z Fioną, którym wysokość dźwięku rozrywa brzuszki. Książki? Żaby, króliki, nosorożce, ok, ale książki? Co to jest? Rozgląda się za narratorem, bo przecież ktoś jest za to odpowiedzialny, ale nie! Schował się gdzieś pod miotłą i teraz ona będzie musiała ten bajzel sprzątać. Sama. Sprzątać. Zamiast kawy książki. No istny chichot losu. Co to za pomysł? Źle. Pomysł powstaje w głowie tylko w wyniku współpracy komórek, a u narratora najwyraźniej nastąpiło jakieś zwarcie, albo co gorsze u autora. Zirytowana wraca za bar, bo słyszy dzwonek przy drzwiach. Co prawda to jeszcze nie czas na otwarcie, ale zawsze ktoś się może napatoczyć skoro światło zoczy. Byleby tylko nie Buka. Chociaż kto wie czy się gdzieś nie czai za węgłem, bo na zewnątrz istna kraina lodu. 

Ma rację. W progu stoi starszy pan ubrany w garnitur i rozpięty prochowiec z melonikiem na gowie.

– Słucham? – mówi Franka z niechęcią w głosie.

Pan obrzuca ją zaskoczonym spojrzeniem. Takim sprawdzającym, jaki zazwyczaj posyła sąsiadka, kiedy przez ścianę słyszy kłótnię i jest niby zatroskana a jej wzrok pyta czy wszystko w porządku. 

– Kawę poproszę – mówi, ściągając kapelusz.

– Nie ma! – wybucha kobieta – ale książki mamy.

– Kawiarnia pisze – broni się człowiek.

– Pisze, pisze. To jedno pisze? – odpowiada niegrzecznie i zabiera się za przecieranie szklanek.– Nie słyszałam, żeby kawiarnia pisała – celowo się przyczepia. Gdyby ze złości można było pęknąć to rozprysłaby się już kilka minut temu niczym bańka mydlana. Ale nie można tylko trzeba dźwigać ten swój kierat, który z najlepszego miejsca na świecie, niebezpiecznie zmienia się w bagniste miejsce z koszmaru.

– Nad drzwiami, na szyldzie pisze, że…kawiarnia – wskazuje na drzwi za sobą.

– Szyld? – Nie przypomina sobie, żeby wczoraj coś pisało ani wisiało nad drzwiami, ale pełna najgorszych przeczuć biegnie do drzwi, otwiera je z rozmachem i wyskakuje na zewnątrz, gdzie lodowaty wiatr chlusta jej w twarz garścią zamarzniętych kropel. Franka zadziera głowę tak raptownie, że aż czuje chrupnięcie w szyi i kapituluje. No jest. Rację ma klient, wszak on nasz pan. No pisze jak wół: Kawiarnia Mikser. Mikser? Co oni z tym mikserem, ale żeby tak bez konsultacji z nią, bez uzgodnienia, samowolnie, cichaczem, za jej plecami przewracać do góry nogami jej najlepsze miejsce na świecie, to się w głowie po prostu nie mieści! Żeby tak bohatera i to głównego tak marginalnie, lekceważąco, butnie i impertynencko traktować, i to na samym początku jego nowego życia, wspaniałego życia? Toż takie działanie o pomstę do nieba woła. Bo czego nadto, tego i za wiele! 

– Pani się myli  – mówi starszy pan z pobłażliwością w głosie.

– W czym się jeszcze mylę! – Warczy. Wchodzi do środka i ze złością zamyka drzwi tak energicznie, że aż szyby we framugach dzwonią. – Przecież pisze, nie mówię, że nie pisze. – Ścienny zegar nad barem wskazuje szóstą trzydzieści. Na zewnątrz zaczyna sypać śnieg.

– To ja jestem głównym bohaterem – uchyla kapelusz – Ferdynand Wspaniały.

Franka zatrzymuje się w półkroku jakby ją ktoś zamroził.

– Że kim i co? – w tej chwili jest w stanie tylko tyle wydukać.

– Nie dosłyszała pani, Ferdynand Wspaniały, główny bohater, miło mi poznać – wyciąga dłoń w jej kierunku.

– Że przepraszam, co? – To już przechodzi wszelkie pojęcie. Dym, który w tej chwili bucha z jej uszu, mógłby uwędzić kurczaka. Podłość autorów, narratorów i głównych bohaterów nie zna granic. On! Główny! W jej wspaniałym, nowym życiu! Niedoczekanie. – Ja tego tak nie zostawię – mamrocze. Chaotycznie szuka torebki za barem, potrąca szklanki, dwie spadają na posadzkę i rozsypują się w drobny mak – niedoczekanie, żeby taaak mnie. Mnie! – dziobie się palcami prawicy w piersi – tak paskudnie potraktować, naobiecywać, nabzdurzyć a potem w ciągu jednej nocy ciach! Pstryk palicami i trach, popiół, to prędzej by zniosła „dutknięcie palicem” niż ten pstryk! – Zatrzymuje się raptownie i patrząc nieprzytomnie Ferdynandowi w oczy – może ja śnię – mówi – a jeśli śnię, to mam nad snem władzę. Mogę go tworzyć i modulować. Mogę oglądać sens snu. Mogę ten sens odgadnąć. We śnie wszystko ma straszliwe znaczenie, nawet najbardziej nieprawdopodobne zdarzenia i symbole, jak w escape room. Ten bezsens dzisiejszego dnia ma na pewno sens. Nawet to, że kawiarnia pisze. 

– E! – macha ręką Ferdynand i sadowi się na wysokim, barowym, obrotowym  stołku – kawę poproszę – kręci głową – jeśli szuka pani kluczy to, to pani pozwoli, że się przyznam, iż ja je mam – wyciąga pęk z kieszeni i kładzie na barze.

Franka otrząsa się, przytomnieje.

– Też mam, przecież otwierałam drzwi. – Rozgląda się bezmyślnie. – Muszą gdzieś tu być. 

– Ale nie ma, a kto ma klucze, ten otwiera i zamyka drzwi, ten szefuje – klaska w dłonie – kawę poproszę. 

– Nie mamy kawy – mówi przez zęby Franka.

– Ale pisze, że kawiarnia…

– Przestań pan to powtarzać – przerywa mu. Przebiega oczami po białym kredensie za sobą. Z niechęcią spogląda na wiszące kieliszki, stojące szklanki, białe filiżanki powkładane jedna w drugą, na czajnik i ten naprzykrzający się brązowy mikser, wszędobylski mikser, pasujący tutaj jak pięść do nosa. Ohydny wystrój, nie to co miało być. Jak jakiś koszmar. 

– To w takim razie niech będzie ciastko cynamonowe – wzdycha Ferdynand.

– Proponuję sklepy.

– Jak to? – panu starszemu pulsuje zawias szczęki, znaczy zwolna, bo zwolna, ale opuszcza swoją strefę komfortu i równowagi – pisze, że ciastko cynamonowe do kawy – zaciska zęby.

– Sklepy cynamonowe, albo nic! – Franka wychodzi na zaplecze, po czym wraca z książką w twardej oprawie – i Sanatorium pod klepsydrą, do pary, jak kawa i ciastko – kładzie ją przed starcem – kolekcjonerska edycja z barwionymi brzegami – puszcza oko do oniemiałego Ferdynanda.

– Nie sądziłem, że pani na poważnie – odsuwa od siebie książkę.

– Pięć dych się należy, cena okładkowa – z hałasem otwiera kasę fiskalną. – Przynajmniej jedno słowo się zgadza panie główny bohaterze. Cynamon.

Zegar wskazuje siódmą. Słychać bim-bam na ratuszu, który znajduje się nieopodal. Za oknem jest szaro, chmury uwięziły słońce i zniknął poranny, roześmiany, majowy dzień. Sypie coraz obficiej. Na ulicy pusto. Ani jeden przechodzień jeszcze nie przeszedł obok witryny kawiarni. Jakby wszyscy nagle przestali istnieć a pozostał tylko ponury dzień, wypełniony ogromnymi płatami śniegu i wyjącymi porywami wiatru. Po drugiej stronie starej, brukowanej ulicy, naprzeciwko kawiarni ktoś walczy z silnymi podmuchami i próbuje otworzyć drzwi księgarni z niebieskimi obdrapanymi parapetami. Tylko po co? Kto tam przyjdzie i to jeszcze w taką pogodę, myśli Franka. 

– Trzeba przyznać, że nawet jak na drugoplanową, to się autorowi nie udałaś – mówi z przekąsem Ferdynand i wyciąga złotą papierośnicę a z niej papierosa. – Popielniczkę proszę – zapala go również złotą zapalniczką w kształcie damskiego, maleńkiego rewolweru – proszę się na coś przydać – wypuszcza kłąb dymu. Luzuje krawat. Dudni palcami o blat. 

– Może jeszcze pięćdziesiątkę i śledzika? – Sarka kobieta, nie ruszając się z miejsca.

– Jeśli można to poproszę, ale najpierw popielniczkę, jakby pani była taka dobra – krzywi usta w uśmiechu.

Do kroćset! Nozdrza Franka ma rozdęte jak znarowiona klacz. Do kroćset! Wszystko się jej wymyka z rąk. A jej wściekłość i sprzeciw to jak psu na budę. Jak to możliwe, że nic nie jest w stanie zrobić ani niczemu przeciwdziałać? Myśl! Żeby przeciwdziałać trzeba zacząć przewidywać, ale jak przewidywać skoro nie zna autora, bo chyba ktoś go podmienił. Nie ma pojęcia co siedzi w jego głowie i co planuje. 

– Co z tą popielniczką?

– Nie planowałam tutaj palarni.

– Nie poda pani? Stoją za panią, na kredensie.

– Samoobsługa!

– Bardzo proszę, ma pani bliżej niż ja, a szkoda tego ślicznego blatu. – Popiół papierosowy niebezpiecznie chyli się do upadku.

France aż serce cierpnie. Aż jej żołądek ściska. Odwraca się gwałtownie, łapie popielniczkę i z rozmachem popycha ją po blacie w stronę starca. Ten zgrabnie łapie szklany, okrągły przedmiocik i z satysfakcją wydmuchuje dym. 

– Grała już pani gdzieś? – pyta mężczyzna.

– Grałam?

– A…to pani pierwsza opowieść – strzepuje popiół do popielniczki – i od razu taka skucha, współczuję – ale wygląda na zadowolonego. 

Jak można mówić o graniu, kiedy zaczyna się nowe życie? Grałaś? Jak można tak powiedzieć i tak myśleć w jej, co bądź, najlepszym miejscu na świecie. Którego każdy centymetr – jeszcze wczoraj – myła własnymi rękami. Stoliki ustawiała samodzielnie i wszystkie bibeloty, podpisywała umowy i płaciła rachunki na zaś. Nie ma pojęcia, co się wydarzyło przez noc, że nic z jej pracy nie pozostało, ale się dowie!

– Co to? – Ferdynand marszczy brwi i z niepokojem spogląda w głąb zaplecza, którego jeszcze nikt nie zdążył oddzielić od baru choćby kotarą. – Słyszy pani?

– Coś jakby stukanie? – Kobieta macha ręką – to pewnie remont ze sklepu obok.

– W niedzielę? – Podnosi się ze stołka. Rozciera niedopałek o dno popielniczki.

– Przecież dzisiaj nie niedz… – wciąga głośno powietrze – dzisiaj niedziela? – Znowu zalewa ją fala wściekłości, to ciągłe zaskakiwanie doprowadzi ją w końcu do furii. Jest przekonana, że dzisiejszego poranka, skoro świt o piątej rano napisała w swoim płaczniku: piąty maja, poniedziałek – nowe życie. 

Ferdynand ostrożnie mija bar i wchodzi na zaplecze. W ślepym pomieszczeniu zalanym białym, niemiłym blaskiem świetlówki widzi kartony, niektóre porozrywane. Z tych wysypują się książki. Przeciska się między pudłami. Dźwięk stukania jest wyraźny, ale nie dochodzi z kartonów ani z tego pomieszczenia, bo można je ogarnąć wzrokiem. Dwa na dwa. Cztery, białe ściany jak w szpitalnych kantorkach. Nic poza tym. Kartony i ściany. 

– Gdzie toaleta? – Spogląda za siebie, na Frankę, która stoi cicho w przejściu.

– W księgarni – wskazuje głową na drzwi wyjściowe.

– Zwariowałaś?

– Potrzebowałam czasu na remont, a księgarnia się zaoferowała z nadzieją, że jeśli gość wpadnie tam za potrzebą, to i może książkę przy okazji kupi? 

– Świat zwariował – zsuwa melonik na tył głowy, opiera dłonie na biodrach spogląda na kobietę zmęczonymi, szarymi, niemalże psimi oczami, kręci głową. – Ręce i nogi opadają. Ręce i nogi. – Czuje narastającą irytację. – Robię się na to za stary. – Siada na jednym z pudeł, zapala papierosa.

– To łatwo paln… – Franka robi ruch, jakby chciała zabrać mu papierosa, ale szybko rezygnuje pod wpływem stalowego spojrzenia Ferdynanda Wspaniałego.

– Tak, wlać w ludzi kawę i herbatę, a później przez dziurę od klucza pokazać, gdzie mogą się wysikać i liczyć na to, że trzymając się za pęcherz, podczas pędu między półkami coś zoczą, tytuł książki tudzież bajki. 

– W drodze powrotnej – powiedziała cicho.

– Powrotnej – kiwna głową – powrotnej mówi pani, to proszę teraz się przespacerować, teraz! Pęcherz, szanowna pani odmarznie, nim człowiek dostanie się na drugą stronę, a pani, że w powrotnej…głupota ludzka nie zna granic. Bukinista lepiej by się sprawdził. A nie „w powrotnej”! – Pali w milczeniu. Zaciąga się, wydmuchuje dym, papieros to się jarzy na czerwono, to traci kolor. – Nie ma pani  o niczym pojęcia, co? – Nim jednak kobieta odpowiada, Ferdynand się reflektuje – ja bardzo szanowną panią przepraszam. Moja nieuprzejmość nie wynikała za zamierzonej złośliwości. Wstyd mi teraz. Proszę przyjąć moje przeprosiny. – Wstaje i kłania się, jak dżentelmen damie.

Franka kręci to kiwa głową. Ma ochotę się rozbeczeć. Nie rozpłakać jak dama, a rozbeczeć się jak dziecko w przedszkolu, kiedy pani zabiera mu piłkę i każe usiąść w kółeczku. Rozbeczeć się w głos na całe gardło, jak ryczą dzieci na kreskówkach, rozdziawiając japę tak szeroko, że widać im języczek podniebienny. Ma na to ochotę, ale nie folguje jej tylko się kurczy, robi się jakby mniejsza. Ma wrażenie, że w jej wnętrzu ścina się białko.

– Ale kiszka – mruczy Ferdynand – i to przed samą ludzką emeryturą – zaciąga się ostatni raz, rzuca niedopałek na posadzkę i przydeptuje go nogą – proszę nie panikować – mówi do Franki, widząc, że jest w pogotowiu, bo trzyma w rękach szufelkę i zmiotkę. – Musimy założyć, że autor zwariował.

– Zna go pan?

– To nie jest mój pierwszy raz, ale takiej kabały jeszcze nie robił. Choć tendencje do szaleństwa miał. W końcu musiało to nastąpić. Szkoda tylko, że tuż przed emeryturą. Moją ludzką emeryturą. 

– Ja i ja, moją, sroją! Tylko o sobie!

– Jestem głównym bohaterem, to o kim mam myśleć jak nie o sobie? Rusz makówą panienko! Nawet nie wiem na jak długo tutaj zostaniesz, na ile jesteś ważnym drugoplanowym. Może nie warto się do ciebie przywiązywać? Na ciebie liczyć? – Wyciąga chusteczkę i smarka w nią obficie.

Franka krztusi się słowami. Powiedzieć, że jest oburzona to jak nic nie powiedzieć. Ma ich – tych słów – w ustach taki nadmiar, że w końcu, aby się nie udławić, nie dobywa głosu. Tylko je przełyka, jedno po drugim, cierpliwie. Jakby jadła tekturę, papier czy kozy z nosa. Brr!

– Nie uruchamiaj się młoda, spokojnie – obrzuca ją zimnym spojrzeniem, od stóp do głów – na razie przypominasz Małą Mi.

– Każde nawet najmniejsze stworzenie ma prawo być wściekłe!

– Dobre też może być, a! Tak, tyle że dobro trzeba udowodnić, złość się sama broni. – Puszcza do niej oko. – Oddychaj, bo jeszcze tutaj zejdziesz, myśl. – Wstaje z kartonu – Mała Mi nie miała niczego poza własną złością, w niczym nie potrafiła pomóc, bo była za mała, ty na szczęście jesteś większa od niej. Pomóż, zedrzemy tę tapetę.

– Poczekał pan aż szaleniec to dopisze?

– Brawo byściaro! – Po czym złapał się za usta. Czy ja naprawdę użyłem takiego słowa? Tego czegoś? Ojoj, faktycznie czego nadto tego i za wiele. Rozprawić się z tym będzie trzeba, ale to później. – Za tą ścianą jest pomieszczenie.

– Sklep.

– Nie ma sklepu obok tej kawiarni, mądralo.

– Jest! Był, wczoraj jeszcze.

– Przestań walczyć z tym, co się dzieje. Zaakceptuj sytuację i myśl. W przeciwnym razie skończysz jak Kichot!

– Chichot?

– Don Kichot, ten od wiatraków – Ferdynand widzi, że ta nie rozumie – z wiatrakami walczył. 

– Oszalał?

– Poniekąd, książki go zgubiły – i już wie, że powiedział o jedno słowo za dużo, bo Franka z przerażeniem patrzy na stertę pudeł wypełnionych książkami.

– Historia chyba się powtarza – mamrocze.

– Nie bredź! Pomagaj! – Póki nie zna ich treści, myśli Ferdynand, jest w stanie ocalić swój ptasi móżdżek. – Jestem pewien, że tutaj są drzwi. 

– Bo, co wiatr panu powiedział? Jak Apaczom? – Kobieta zaczyna zdzierać tapetę.

– Żebyś ty była tak silna jak głupia, to byśmy nie potrzebowali żadnej pomocy!

Stukanie nie ustaje, mimo że w pomieszczeniu nie ma co stukać, to stukanie słychać doskonale. 

– Nie jestem głupia!

– Wiem, to znaczy mam nadzieję, ale tak mi kazało powiedzieć – Ferdynand wzrusza ramionami – no, co wybałuszasz oczyska. Przywyknij, ja przywykłem. On pisze, my wykonujemy. 

.

.

– Nigdy się pan nie chciał zbuntować? – Franka zdziera ostatni fragment tapety i ukazują się drzwi. – O! Miał pan rację – uśmiecha się szeroko, ale szybko ten uśmiech gaśnie – tak zostało napisane?

– No, co ci powiem? – Naciska klamkę – marzę o buncie.

– I?

– Każdego roku na urodziny dostaję życzenia spełnienia marzeń – popycha drzwi – trzymaj się blisko.

– Ty masz urodziny? – szepcze Franka, zaciskając dłoń na jego marynarce. 

– Każdy ma – Ferdynand widzi jak kobieta, właściwie dziewczyna jest przerażona. Najchętniej zabrałby ją, bez skojarzeń, w spokojne, dobre miejsce. Jak ojciec córkę. Ale czy takie miejsce jeszcze istnieje? 

Ferdynand współczuje France, bo wie, że on, dzięki innym powieściom autora będzie ciągle żył, bo jest tam głównym bohaterem, a ona prawdopodobnie zginie. Chyba, że?

– Trzymaj się blisko – powtarza i wchodzą!

Trudno powiedzieć ile ma metrów to pomieszczenie, bo ginie w półmroku. Jest wypełnione maszynami do pisania. Takimi dawnymi, co to wykorzystywały taśmy do pisania, dzisiaj je nazywają wstążkami. Wszystkie jak na akord pracują i piszą, mimo, że nie ma przy nich człowieka. Same z siebie, bez ludzkich palców. 

O ile Ferdynand do tej pory się nie przestraszył, to teraz autentycznie jest przerażony. 

– Zerknij co tam piszą – szepcze Franka wtulona w jego garnitur.

– Nie chcę – odpowiada Wspaniały.

– Idź, idź, idź! Przeczytaj!

– Nie. – Przecież dobrze wie, co tam jest nagryzmolone. – Chodźmy, kawiarnia faktycznie pisze.

Franka, jednak umyka jego dłoni, która by ją wepchnęła z powrotem do jej świata i zerka na gryzmoły. Ciekawe, że maszyny nie piszą tego samego, są podzielone, lub połączone jakimś niewidzialnym nerwem, bo pewne piszą o zagładzie Franki, a inne o ratunku. A jeszcze inne…nie chcielibyście wiedzieć.

Chryste! Myśli Wspaniały, ile zachodu z małą, upartą dziewuchą! Łapie ją w pół i przerzuca sobie przez ramię, wbiega na zaplecze, zatrzaskuje drzwi. Zrzuca ją na ziemię.

– Nigdy więcej nie otwieraj tych drzwi – mówi spokojnie, ale w dziwny sposób trzyma się za serce.

– Panie? Nie cuduj, pan nie ginie, widziałam słowa. – Mówi podnosząc się z ziemi. Nie dziękuje. 

– A rozumiesz te słowa, które widziałaś? 

– Pan się nie wygłupia – szepcze Franka, dotykając jego zimnych dłoni. – O pana śmierci nie było mowy.

– Bo mnie, nie mnie, wycięli mnie, odszedłem.

– Jak to się robi?

– Wystarczy umrzeć.

Umrzeć? Tak bez powodu? W połowie snu i wpół marzenia? 

– Nie my dysponujemy naszym życiem – recytuje słowa, które usłyszała w radio.

– My, tylko żyjemy, bo pragniemy życia. Pragniemy żyć! Tylko ci żyją, którzy tego chcą.

– A ja? – Franka siada obok skurczonego Ferdynanda. Podciąga nogi do piersi. – A ja?

– Jesteś drugoplanowa – pstryka palcami i podnosi się. – Do roboty!

– A przez chwilę czułam się istotna – mówi do siebie.

– To się nazywa jawą, ale czas zasuwać! Nooo!

– Śniłam?

– Jawa to nie sen. – Jeju! No siedzi to takie drobne, bezbronne, takie zadziorne tylko na dzień dobry. A potem z opuszczoną przyłbicą, rękami i wszystkim innym – to złudzenie.

– Nie lubię Pana.

– I wzajemnie. – Przygląda się jej z politowaniem w oczach. – Robimy coś czy się będziesz roztkliwiać nad swoim już niemodnym wiejskim życiem?

– Będę się roztkliwiać!

– Masz ci los! – Po raz pierwszy czuje pretensję do autora. Jak on może? Jak może jego, starszego człowieka wpychać w tak dziwną sytuację społeczną. Co on jej może powiedzieć? Tej ślicznej kobiecie. Co?! Że jest nieważna? Bo jest. – Ząb mnie zaczął boleć – mówi, chcąc rozładować napięcie. – Zrobię wszystko, co będzie w mojej mocy aby ci pomóc – mówi powoli.

– Czyli nic! – Chlipie.

– Żebyś ty zdrowa była!

Czerwony nos, łzy się leją strumieniami. Paranoja. Ręce i nogi, jak wiadomo. 

– Franka!

– Tak?

– Lody pistacjowe, największa porcja.

Wyje jeszcze głośniej, choć zdaje się, że dźwięk już przekroczył tę granicę. Tę bezpieczną dla uszu ludzkich.

– Zero lodów, przymus!

– No dobrze – chlipie – ale…

– Żadne ale! Było minęło! Kumiem?

– Ulepimy dziś bałwana? 

Franka zwariowała. Ferdynand Wspaniały jest jaki jest. Ale rozpoznać wariactwo potrafi. Szkoda kobiety, ale zwariowała. A jeśli nie zwariowała, to co wyprawia?

– Maj mamy – mówi z niesmakiem.

– Sypie, mrozi, ulepimy?

– Nie. Nic lepił nie będę.

– Przyszło panu kiedykolwiek do głowy…?

– Nie. Nic mi do głowy nie przychodziło, nie przychodzi i przychodzić nie będzie.

– Ale pan jest.

– Właśnie taki! Ale! Coś się tak rozgadała? 

–  Może jednak – Franka podnosi się energicznie – mamy wpływ na swoje życie? 

– O święta naiwności – Ferdynand wznosi oczy do sufitu.

Zegar nad barem wskazuje ósmą. Słychać na ratuszu bimbanie. Śnieg ciągle sypie. W księgarni po drugiej stronie ulicy świeci ciepłe światło. Ani żywego ducha. 

– O ósmej miałaś otworzyć kawiarnię – przypomina. 

– Kawy nie ma.

– Poszukaj, może w tych szafkach coś znajdziesz, choćby herbatę? – Przykłada kostkę lodu do zęba.

– Nic nie ma, tylko książki. Nadmiar książek i cukier. Cukier?

– Cukier? O, co mu chodzi?

– Komu?

– Autorowi.

– Naprawdę pan myśli, że jest jakiś autor? Przecież to te bezduszne maszyny piszą. 

– Oj, oj. Maszyny nie myślą…chyba – spogląda France w oczy – prawda?

– Chciałabym przytaknąć, ale po tym, co dzisiaj widziałam i przeżyłam, nie potrafię, a to dopiero ósma rano. 

– Aż strach się bać, co się wydarzy do dziewiątej.

Przestaje sypać. Zegar wskazuje 8:30. Franka wierzy, że nic złego się nie wydarzy. Wierzy, że w ostatniej chwili nadjedzie kawaleria, gdyby ta pierwsza wiara zawiodła. Wierzy, że nic złego ani dobrego. I swędzą ją dziąsła. Ferdynand nic nie myśli. Ferdynand wie. I tylko na tej podstawie opiera myślenie o świecie. Myślenie, nie oznacza przekonania o nim. A swędzące dziąsła doprowadzają Frankę do furii. Bo nie sposób ich podrapać. To tak jakby się chciało podrapać mózg. Niektórzy twierdzą, że to odczucie jest podobne, do tego, kiedy jedna półkula chce zniszczyć drugą. 

W momencie, kiedy Frankę swędzą dziąsła, a Ferdynand ma świat w nosie, właśnie wtedy niebo rozpada się na pół i do kawiarni wpada Jacek. Ani Franka, ani Ferdynand nie wiedzą jeszcze, że on Jacek, chociaż na Jacka wygląda. Wpada i od razu w krzykiem.

– Gdzie jest?! – Wrzeszczy. Jest dość przekonujący w tym wrzasku, bo trzyma rewolwer, dlatego odruchowo zmusza do szukania odpowiedzi na pytanie.

– Kto? – Franka nigdy nie była zbyt lotna, dlatego pyta i to od razu tak szczerze, bo podobno kto pyta ten nie błądzi. A ten kto odważy się pytać ten nie zna ryzyka odpowiedzi.

– Autor!

– Pan też? – Franka patrzy z wyrzutem na Ferdynanda – on też!

– Co pan tak macha tym czymś – denerwuje się Ferdynand – nie ma go! – Siada na stołku i przewraca oczami. – Poszukaj tej kawy bo zaczynam tracić nerwy.

– Nie ma kawy!

– Ale nad drzwiami pisze, że to… – mówi niedoszły Jacek – no, co? Przecież pisze – kładzie pistolet na blacie – serio, pisze.

Franka wymienia spojrzenie z Ferdynandem. 

– Tak! Pisze, ale nie ma kawy – traci cierpliwość Franka.

 – Nie chcę kawy – siada na stołku obok Ferdynanda – zawsze taka nerwowa? – Pyta półgębkiem.

– Nawet nie pytaj – odpowiada wzrokiem dając jej znać, żeby podała wodę.

– Chyba kubeł! 

Ferdynand kręci głową. No niczego. Niczego się ci młodzi nie uczą.

– Po co ci autor? – Zapala papierowa.

Zegar wskazuje dziewiątą. Na ratuszu bimba, ale w kawiarni nikt tego nie słyszy. 

– Zabiję go!

Gościu wygląda jak Indiana Jones. Kapelusz, skórzany płaszcz tylko bez urody. I zdenerwowany. Zapada cisza. To milczenie jest wyjątkowo dokuczliwe. Najbardziej dla Jacka. Ferdynand dłubie w zębie, Franka udaje, że tego nie widzi. Zaczyna znowu sypać. 

– Nie ma go – odpowiada kobieta, starając się ukryć drżenie dłoni.

– Jak to nie ma?! Gdzie ma być jak nie w swojej opowieści? – Jacek najwyraźniej traci cierpliwość.

– Poszedł zapalić, na zewnątrz, pod trzepak – mówi Ferdynand i sam nie wytrzymuje ze śmiechu. Kiedy się uspokaja – pod tym trzepakiem kolejka stoi, każdy chce mu zrobić to, co ty – mówi. 

– A wy?

– My jestemy dobre ludzie. Nie mówimy o swoich zamiarach – kwituje Franka.

Atmosfera w kawiarni nie jest przyjemna. Jacek jest tak samo wymyślony jak reszta, tyle, że z pretensją. To znaczy ma pretensję. Do świata, ludzi, zwierząt? No ma ją i tyle. 

– Zaskakujemy – Franka stawia przed Jackiem gorące mleko i krówki na talerzyku. – Gratis od firmy!

– Zawsze taka? – Pyta szeptem.

– To nieistotne. Co ci zrobił? Autor? – Zapala papierosa, mimo, że poprzedniego nie wypalił.

– Zabił mojego, ulubionego bohatera. Nie dość, że zabił to go zlekceważył, znieważył, zmienił go z buntownika w oportunistę!

– On mówi o panu? – w oczach Franki odbija się zachwyt.

– Co o panu? Ferdynand? – Jacek zagląda mu w twarz. Ferdynand z wyrzutem patrzy na Frankę.

– Wspaniały?

– He, he, he. Dobre! – Franka chichocze, pisząc smsa.

Ferdynand Wspaniały jest tak jak Jacek czy Franka postacią papierową. Byle deszcz ich rozmoczy. Jednak, z tego powodu nie zginie świat. Ten wielki, ogólny świat, bo lokalny, malutki już zginął. 

.

.

I nagle Franka się odpala.

– Dlaczego na to pozwalamy? – Patrzy wprost w oczy Jackowi. 

– Co, jakąś instrukcję jak żyć tam dostałaś? – kpi Ferdynand.– Na ten manipulator?

– Bo tak – odpowiada Jacek, jakby nie było innej odpowiedzi. 

I wzrok Franki od razu gaśnie. Bo nie ma, bo tak. Mogę miętówkę? Nie. Dlaczego? Bo tak! I wszystko jasne. Bo tak, załatwia sprawę. Co prawda niczego nie tłumaczy, ale zamyka usta. Tylko, że nikt nie wie, że Franka ma super moc. Kiedyś nie miała, ale się jej dorobiła. Bo z biegiem życia jest to możliwe, tak mówią. Nie wierzcie, chociaż France się udało. Ma super moc, potrafi zabić wzrokiem. Nie, że na śmierć, ale potrafi. Dobre, co?

Franka potrafi też kochać, chociaż nie każdego. Potrafi kochać tak zwyczajnie, bez powodu. Kocha, bo kocha. Jest godzina 9:30 i życie Franki dobiega końca. Dobiega końca, mimo że przestało sypać i nikt jej nie naubliżał. Nikt również jej nie obraził ani na nią nie nakrzyczał, ale dobiega końca, bo tak w życiu bywa. Przychodzi czas na koniec i trzeba się z tym pogodzić. Ona jeszcze o tym nie wie – o końcu – koniec znienacka jest wstrząsający nawet dla samego umierającego, albo zwłaszcza. 

Pewnie wielu myśli, że Franka coś zrobi, coś na podobieństwo Zbawcy Świata. Tymczasem umieranie jest tak zwyczajne, że aż straszne. Jest tak: 9:30 w najlepszym miejscu na świecie. Franka – powinno się napisać, że parzy kawę – ale nie parzy tylko się złości, bo nie ma kawy, ale ma książki. Nie dość, że je ma to  są jeszcze nikomu niepotrzebne. Czyli nie parzy kawy tylko się złości. Franka chce odmienić swoje życie, tyle, że to nie ona o tym decyduje. Czyli dużo chcenia, ale mało realnego działania. I jest 9:35, Jacek dłubie w nosie, Ferdynand skapitulował i już nawet nie dłubie. Jest początek dnia roku 2025, maj – najpiękniejszy miesiąc – i potem będą opowiadać, że jak nie pierdz… grzmotnie w te książki, znaczy w pudłach. France serce stanęło, bo żal, Ferdynand zgłupiał, a Jacek nic. Po chwili idzie oglądać straty.

I wtedy się zaczyna. Tak na serio! 

Jest takie pytanie, które lubi sobie zadawać autor: kiedy zaczyna się na serio? Kiedy ktoś strzela, ucieka czy prosi o ratunek? To już wiadomo.

Szyby rozsypują się w mak. Franka pada na podłogę. Reszta? Nie wie co robi reszta. Jednak wie. Oto Jacek wkracza w całej okazałości. Z karabinkiem, i to bez złości, ale z zamiarem. Skąd on ten karabin pod płaszczem? Ale to nie koniec.

– Czy ktoś mnie może łodpiąć? – Słyszą z zaplecza. I wszyscy jak jeden głupieją. 

– Kto to?  – Mówi Jacek do Franki, która laboguje nad swoim wspaniałym dniem nowego życia. 

– Pewnie książki – szlocha.

– Gadają? – Nie wierzy. 

– Nie – mówi Ferdynand wychodząc z zaplecza – łodpiołem. 

–  Jezdem Tiktok, kelner – odpowiada zza pleców Ferdynanda humanoid.

Franka uderza w ryk. To nie jest płacz a ryk. Ma dość. Dosłownie dość. Nie na trochę ani cokolwiek, tylko dość. Całkowicie. W tym momencie, kiedy ma dość, nie zdziwiłaby się, gdyby zaczęła do niej gadać posadzka. Ale na szczęście nie zaczyna. Ma dość już tych niespodzianek. Odautorskich niespodzianek. Mężczyźni są bezradni. Humanoid przynosi kobiecie wodę.

– Bedzie dobrze, bedzie, nie płacze – rozgląda się – ale tu bajzel, to dlatego płacze?

– I jeszcze tak niezdarnie mówi – Franka zachodzi się od płaczu jak dziewczynka w przedszkolu. 

Otwarte ma od ósmej, to się zdąży jeszcze nacieszyć nim nadejdą goście. Ech życie, życie jakże tyś jest piękne! 

.

Agnieszka Czachor

5
0

3 komentarze

  1. Wkroczyć w świat wykreowany przez Agnieszkę Czachor to jak wejść do kawiarni „Mikser” bez płaszcza w mroźny majowy poranek: człowiek spodziewa się wiosennego oddechu nowej szansy, a dostaje w twarz lodowatym podmuchem metafizycznej drwiny. Autorka z niemal sadystyczną finezją kreśli portret Franki Zapłotnej, kobiety, która postanowiła „wziąć życie za rogi”, nie zauważywszy, że życie to w istocie rozjuszony byk literackiej konwencji, który nie zamierza się dać poskromić żadnemu „dziennikowi płacznikowi”. To opowieść o wielkim, hucznym otwarciu nowego rozdziału, który okazuje się być jedynie błędem drukarskim w większym, niezrozumiałym dziele. Franka, marząca o karafkach i nastrojowych akwarelach, ląduje w sterylnej bieli pustych ścian, gdzie zamiast aromatu świeżo mielonych ziaren unosi się cierpki zapach farby drukarskiej i determinizmu. Czachor buduje tu genialną metaforę ludzkiego losu – wszyscy jesteśmy takimi Frankami, które w tenisówkach przeskakują kałuże codzienności, wierząc w „prawidłowe decyzje”, podczas gdy za kulisami naszej egzystencji Trickster właśnie miesza nam w kartonach.

    Gdy na scenę wkracza Ferdynand Wspaniały, opowiadanie gwałtownie skręca w stronę bezlitosnej metafikcji. Ferdynand nie jest tylko gościem; on jest świadomością tekstu, zmęczonym aktorem, który doskonale wie, że jego melonik ma większą szansę na przetrwanie niż dusza jakiejkolwiek drugoplanowej postaci. Relacja między tą dwójką – naiwną, miotaną emocjami dziewczyną a cynicznym, papierowym dżentelmenem – to majstersztyk dialogu, w którym dowcip służy jako tarcza przeciwko rozpaczy. „On pisze, my wykonujemy” – mówi Ferdynand, a w tym krótkim zdaniu zawiera się cały tragizm bycia bohaterem literackim i, per analogiam, człowiekiem w ogóle. Autorka bawi się z nami w kotka i myszkę, sugerując, że nad naszymi głowami unosi się jakiś Autor-Szarlatan, który zamiast kawiarnianego menu podsuwa nam „Sklepy cynamonowe” Schulza, czyniąc z literatury jedyny dostępny pokarm, choć – jak wiadomo – papierem trudno się nasycić.

    Głębia obserwacji Czachor objawia się najwyraźniej w scenie za ścianą, gdzie maszyny do pisania wybijają rytm przeznaczenia bez udziału ludzkich rąk. To tam, w mroku zaplecza, rozstrzyga się kwestia ratunku i zagłady, a Franka dowiaduje się prawdy najstraszniejszej: że bycie istotnym to jedynie chwilowa jawa, kaprys niewidzialnego nerwu łączącego maszyny. Autorka z wielką wprawą operuje groteską, wprowadzając postać Jacka – skrzyżowanie Indiany Jonesa z desperatem, który chce zabić Autora za zepsucie mu życiorysu. To bunt, który wszyscy w sobie nosimy, gdy los nie chce dopisać nam szczęśliwego zakończenia. Jacek z karabinem pod płaszczem jest tak samo bezradny jak Franka ze swoim swędzącym mózgiem, którego nie da się podrapać. A finałowy akcent w postaci humanoida Tiktoka, kelnera o uroczo ułomnej polszczyźnie, to już czysty, ożywczy absurd, który przypomina nam, że nawet w obliczu końca świata – czy to tego wielkiego, czy tego małego, lokalnego – zawsze znajdzie się ktoś, kto zaproponuje nam wodę i powie, że „bedzie dobrze”, choć przecież wiemy, że nie będzie.

    „Mikser czyli tłusta czekolada” to proza gęsta, mieniąca się odniesieniami, napisana językiem, który jest jednocześnie piękny i ostry jak odłamki szyb kawiarnianej witryny. Agnieszka Czachor stworzyła traktat o bezsilności, podany w formie literackiego żartu, w którym śmiech więźnie w gardle niczym zbyt sucha krówka. To historia o tym, że nasze życie jest kawiarnią, w której wiecznie brakuje kawy, ale nadmiar książek pozwala nam przynajmniej zrozumieć, dlaczego jesteśmy tak bardzo nieszczęśliwi. Autorka nie daje nam pocieszenia, daje nam coś znacznie cenniejszego: doskonałą, ironiczną diagnozę naszego uwięzienia w tekście rzeczywistości. Franka, rycząca niczym dziecko w przedszkolu nad bajzlem swojego nowego życia, to my wszyscy – w samej sukience, w majowy śnieg, czekający na gości, którzy być może nigdy nie nadejdą, bo Autor właśnie wyszedł na papierosa pod trzepak i zapomniał nas dopisać do końca. To opowiadanie to literacka uczta, po której pozostaje się z pustym żołądkiem, ale za to z duszą pełną cynamonowego pyłu i zachwytu nad tym, jak pięknie można opisać własną nieistotność.

    Rademenes

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *