.

W obliczu śmierci

.

Śmierć jest jedyną pewnością, którą dzielą wszyscy ludzie, a jednocześnie najbardziej wypieraną myślą w codziennym życiu. Dopóki pozostaje abstrakcją, odległym pojęciem, można ją oswoić metaforą, żartem, statystyką. Jednak gdy staje twarzą w twarz z człowiekiem w szpitalnej sali, przy łóżku bliskiej osoby, w chwili wypadku lub w przebłysku diagnozy, wszystko inne traci ostrość. Zostaje tylko ona i człowiek.

Face to face ze śmiercią emocje rzadko układają się w logiczny porządek. Strach bywa pierwszym odruchem, ale nie zawsze jest dominujący. Czasem pojawia się zdziwienie, niemal dziecinne: to naprawdę mnie dotyczy. Czasem gniew — na ciało, los, Boga, przypadek. Bywa też wstydliwa ulga, gdy cierpienie ma się wreszcie skończyć, albo zaskakujący spokój, który przychodzi nie wiadomo skąd. Ludzie odkrywają w sobie uczucia, których wcześniej nie potrafili nazwać, a których istnienia nawet nie podejrzewali.

Zachowanie człowieka wobec takich sytuacji bywa skrajne. Jedni chwytają się rutyny, drobnych gestów: parzenia herbaty, poprawiania pościeli, liczenia oddechów. Inni nagle przestają milczeć, mówią za dużo, za szybko, jakby słowa mogły zagłuszyć nieuchronność. Są tacy, którzy zamykają się w sobie, stają się niemal przezroczyści, jakby już powoli znikali. Albo ci, którzy do ostatniej chwili żartują, flirtują z losem, śmieją się głośniej niż kiedykolwiek wcześniej.

Myśli w obliczu śmierci stają się dziwnie wyostrzone. To, co kiedyś wydawało się ważne: sukces, pieniądze, ambicje, nagle blednie. Na pierwszy plan wychodzą wspomnienia: zapach domu z dzieciństwa, czyjś śmiech, jedno zdanie wypowiedziane dawno temu. Ludzie myślą o tym, kim byli dla innych, a nie kim chcieli być. O tym, czy kochali wystarczająco mocno i czy potrafili to okazać. O słowach, które nigdy nie padły, i o tych, które padły zbyt szybko na ostrzu noża.

Wielu ludzi w obliczu śmierci chce „naprawić” świat, choćby symbolicznie. Zadzwonić do kogoś po latach nieodzywania się. Przeprosić. Powiedzieć „kocham” bez ironii i bez zabezpieczeń. Chcą zostawić po sobie ślad: list, nagranie, uporządkowane zdjęcia, a czasem po prostu wspomnienie bycia dobrym w ostatnich dniach. Inni pragną jedynie obecności, czyjejś dłoni, oddechu bliskiej osoby. Okazuje się, że właśnie ta bliskość ma wtedy większe znaczenia.

Żal jest stałym towarzyszem tych chwil, ale rzadko dotyczy rzeczy, które zajmowały ludzi przez całe życie. Mało kto żałuje, że za mało pracował. Częściej pojawia się żal za odkładane życie: podróże, na które „nie było czasu”, relacje, które pozwolono zaniedbać, odwagę, której zabrakło. Żałuje się nie tego, co się zrobiło, lecz tego, czego się nie zrobiło i nie z powodu zakazów, lecz z powodu strachu.

Jednocześnie śmierć potrafi obnażyć prawdę o człowieku w sposób bezlitosny, ale i oczyszczający. Maski przestają być potrzebne. Nie ma już sensu udawać kogoś innego. W tej przestrzeni między ostatnimi pytaniami a brakiem odpowiedzi wielu ludzi po raz pierwszy pozwala sobie być sobą, kruchym, niedoskonałym, prawdziwym.

Paradoksalnie, w obliczu śmierci życie nabiera największej intensywności. Każda chwila staje się gęsta od znaczeń. Milczenie odzyskuje głos, spojrzenie zastępuje wszelkie deklaracje. Człowiek rozumie, że życie nie było zbiorem wielkich momentów, lecz sumą drobnych obecności.

Śmierć nie daje gotowych odpowiedzi. Nie obiecuje sensu ani sprawiedliwości. Ale zadaje pytania, przed którymi nie da się uciec. I być może jej największą lekcją jest to, że dopóki oddychamy, dopóty możemy wybierać jak kochać, mówić, być. A świadomość końca, chociaż bolesna, może stać się najuczciwszym lustrem, w jakim kiedykolwiek się przejrzymy. Może stać się paradoksalnie początkiem życia, nowego, które nawet jeśli miałoby trwać miesiąc, tydzień, dzień, minutę – warto przeżyć na piątym biegu.

Katarzyna Dominik 

.

.

Lekcja, którą odrobiłam z nawiązką



Noszę stygmat śmierci.
Kiedy chcę zaczerpnąć dnia
zaciska klatkę.
Pękam pod krzyżmem bólu
szczerzącym zęby jak wściekły pies.
Jego pazury zostawiają bliznę
na myśli, że dam radę.
Boję się spojrzeć mu w oczy,
ale pod nogami zamiast belki
znajduję odwagę, która nie pozwala,
aby strach wrócił ścieżkami z dzieciństwa.

Cierpienie zostaje,
sprawdza, ile jeszcze wytrzymam,
lecz nie rządzi.
Ja jestem tą, która wstaje.
.
Katarzyna Dominik 

3
0

Jeden komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *