
.
Nieprzebudzenie
.
Leżę w łóżku, w ciemności, i czuję, jak ciało staje się siermiężne. Grawitacja przestaje działać. Podłoga przyciągała mnie coraz mocniej, a oczy same się zamykają, nie mogę już powstrzymać mrugania, powoli przestaję rozróżniać, gdzie kończy się moje ciało, a gdzie zaczyna ciemność pokoju. Czuję chłód pod kołdrą, zimny na karku, ale też pulsujący w środku. Serce bije nierówno, a jego łomot powiększa cienie na ścianach, które poruszają się w rytm oddechu, coraz wolniejszego, bardziej jednostajnego, i w tej samej chwili… patrzę w ciemność. Pod powiekami widać coś więcej niż cienie. Coś, co nie pozwala ruszyć się ani otworzyć oczu. Jednocześnie wiem, że sen jest blisko, że zaraz wejdę w niego całą sobą i że nie ma odwrotu, że granica między tym, co realne, a tym, co nadchodzi, jest cienka jak szkło, które może pęknąć w każdym momencie. Czuję, jak powoli mój oddech staje się dźwiękiem, którego nie potrafię powstrzymać, jak powietrze samodzielnie ucieka z płuc, a ja tylko obserwuję, jak tonę w rosnącym mroku, w czymś, co jest straszniejsze od koszmaru. Bardziej niepokojące niż mrok w pokoju. niespodziewanie zaczynam słyszeć dźwięki, które nie należą do tego świata. Szelesty przypominające szept, albo może jęk… – coś, co przesuwa się pod ścianą. Nie mogę tego zlokalizować, ale wiem, że jest blisko, że patrzy na mnie, czuję jego obecność jak dotyk powietrza na skórze, jak niewidzialne palce przesuwają się po moich ramionach. Nie dam rady się ruszyć, ciało jest ciężkie, a sen przyciąga powoli coraz bardziej, i bardziej.
Chcę się bronić… nie potrafię, tylko leżę i czuję, że granica między jawą a snem zanika, że moment, w którym całkowicie wejdę w sen, jest już teraz, że powieki opadają powoli. Ktoś je dociska, a w ciemności coś się uśmiecha. Nie widzę twarzy, ale czuję w powietrzu, napięciu mięśni, nierównym oddechu, i wtedy… pierwsza zmiana w otoczeniu, coś się przesuwa, coś, co nie powinno istnieć. Zdrętwiała leżę, zamknięta w ciele, które jest więzieniem.
W pewnej chwili słyszę krok, który naciska na podłogę, który powoli przechodzi przez pokój, w stronę łóżka. Wciąż nie mogę się ruszyć. Sen mnie pochłania. Widzę siebie stojącą w jakimś korytarzu, w którym ściany pulsują. Próbuję się wyrwać z tego miejsca, ale nie mogę. Ciało nie reaguje, ręce są z ołowiu, a strach i świadomość, że nie mogę już wrócić, że to coś mnie wciąga, czai się w tym korytarzu, czeka, obserwuje, obezwładniają mnie.
Nie potrafię krzyknąć, otworzyć oczu. Tylko stoję i czuję ciemność, która zaczyna mieć smak stali, wilgoci, krwi – czegoś, co sprawia, że ciało jest jednocześnie martwe i gotowe do ucieczki, ale nie może. Po chwili rozmywa się obraz pokoju, łóżka, rzeczywistości, a zostaje tylko sen, pulsujący, oddychający, wciągający w siebie. Wszystko, co znane, znika. Jest tylko mrok, zimny, żywy, i ja w nim…
Stoję w korytarzu, który nie ma końca, ściany z żywego materiału drżą, przesuwają się. Pod stopami podłoga faluje nierównomiernie. Każdy mój krok zmienia się w upadek. Chcę się cofnąć, zawrócić, ale nie mogę, bo najmniejszy ruch jest opóźniony, ciało i mózg nie działają razem. W pobliżu słyszę szelesty, nie dźwięki, ale coś, co naciska na zmysły, przechodzi przeze mnie i zostawia po sobie dotyk czegoś zimnego, mokrego, co wgryza się w skórę, a ja chcę krzyczeć, ale gardło jest ciasne, nieruchome. Wiem, że nie mogę się wyrwać, że coś w tym korytarzu żyje tylko po to, żeby mnie zatrzymać, nie pozwolić mi wrócić do siebie.
Raptownie z sufitu spadają kształty pozbawione sensu. Poruszają się w powietrzu niezależnie od grawitacji, są ostre, dotykają mnie, przesuwają po ramionach, włosach, plecach. I chociaż są nierealne, to jednak ich obecność przygniata. Serce wali jak młot. Próbuję złapać oddech, ale powietrze jest gęste. Nieudolny wdech staje się walką. Tuż obok dostrzegam postać, niewyraźną, czarną, stojącą na końcu korytarza, albo może bliżej. Jej ruch zależy ode mnie, podąża za mną. Wciąż szukam drogi ucieczki… chcę się wybudzić, ale ciało nie reaguje, nogi są z waty, ręce sztywne, a oczy zamknięte, mimo że uporczywie chcę je otworzyć.
W jednej chwili zaczyna się szum, dźwięk, który wnika w uszy, wierci w mojej czaszce, w której mózg nie chciał współpracować, i czuje, że coś we mnie pęka, sen wciąga mnie coraz głębiej… Jeśli nie znajdę drogi, zostanę w tym miejscu, w tym stanie ciemności na zawsze. Strach jest tym większy, im bardziej dociera do mnie, że tonę w czymś, co wygląda jak ciecz, piekielna otchłań niezawinionych grzechów. Stawiam opór, chcę się wybudzić, i wtedy ściany zaczynają oddychać, unoszą się, opadają, zlewają się ze sobą. Korytarz staje się więzieniem, i jeszcze ten głos… daleki, a jednocześnie bliski, mówi, że nie mogę się wydostać, że muszę zostać, że sen mnie potrzebuje. Tłumaczę, że muszę się wydostać, wrócić do żywych, ale głos wchodzi we mnie i tłumi myśli. Sprawia, że czuję się bezsilna, małym punktem w tym miejscu, a wszystko inne jest większe, potężniejsze.
Minuta ciszy… obrazy się zmieniają, ściany stają się twarzami, ruchy powietrza mackami, które próbują mnie złapać. Stoję zdrętwiała, wszystko mnie boli, tracę kontrolę. Ktoś, a może coś przytrzymuje moje powieki, przyciska je zszywając dratwą.
Dociera do mnie, że jeśli nie znajdę sposobu, to nie zobaczę nic innego niż to miejsce, i czuję pierwszy strach prawdziwy, nie od obrazów, ani od dźwięków, ale od świadomości, że mogę tu zostać na zawsze. Że to coś, co przytrzymuje mnie, rozcina na kawałki i deformuje. Jedyna co mi pozostaje, to znaleźć sposób, aby wyrwać się, albowiem tracę zmysły. Już nie wiem, co jest prawdziwe, a co snem…
Próbuję biec, ale nie mogę się oderwać od podłogi. Kroki stają się powolne, korytarz ciągnie się w nieskończoność, najmniejszy ruch zadaje rany głębsze od Rowu Mariańskiego. Mam wrażenie, że mięśnie mam oddzielone od reszty ciała zrobionego z części, które nie współpracują, i wiem, że jeśli nie znajdę drogi, zostanę w tym miejscu na zawsze.
Wrzeszczę w myślach, próbuję poruszyć usta, wydobyć dźwięk, ale gardło jest jak z kamienia. I jeszcze przytłaczające wrażenie, że to coś co jest tuż za mną, porusza się razem ze mną, krok w krok. Nie mogę się odwrócić, bo ciało nie reaguje, a umysł próbuje nadrobić, zapamiętać rzeczywistość, jednak obrazy korytarza wciągają mnie całkowicie, a ja nie znajduję drzwi.
Ten koszmar mnie pochłonie, urzeczywistnia się, chociaż bardzo tego nie chcę i wtedy… pojawia się światło, blade, zimne, w oddali, jakby wyjście. Biegnę w jego stronę, ale nogi nadal nie chcą słuchać, a postać za mną zbliża się coraz szybciej, jakby jej obecność przyspieszała w momencie, gdy ja próbuję uciec. Kolejna minuta na oddech… po której podłoga znika, kroki stają się spadaniem, a ja nie mogę złapać równowagi, i wtedy coś łapie mnie za ramiona, zimne, twarde. Wyrywam się, ale to coś jest silniejsze, mocniejsze, starsze, wie, że chcę wrócić, chce mnie zatrzymać. Jednak nie poddaję się, walczę z ciałem, umysłem, tym czymś, samą sobą i setkami twarzy, które patrzą na mnie, które chcę ominąć – próżne starania.
Wszystko, co mogę zrobić, to patrzeć tymi oczyma wewnętrznymi na deformujące się ściany, które przesuwają się, skręcają, oplatają korytarz jak sieć, i wiem, że jeśli się zatrzymam, zostanę złapana. Czuję narastającą panikę, która sprawia, że serce łomocze, że oddech jest niewystarczający. Za wszelką cenę próbuję przypomnieć sobie ciało, pokój, łóżko, wszystko, co było prawdziwe. Jednak wspomnienia są rozmyte, mgła wypełnia umysł, a coś w korytarzu czuje moją bezsilność, i naciska mocniej.
W pewnym momencie pojawia się kolejny dźwięk, śmiech, nieludzki. Próbuję biec w stronę światła, które przesuwa się, oddala. Uświadamiam sobie, że nie mogę się obudzić, że sen mnie trzyma, że coś kontroluje granicę między snem a rzeczywistością. Staram się wyciągnąć ręce, dotknąć ściany, które nie istnieją, znaleźć cokolwiek, co pozwoli wrócić, ale wszystko jest iluzją, pułapką. Jeśli się poddam, zostanę w tym korytarzu na zawsze, a obecność za mną stanie się namacalna. Jeśli się nie obudzę, nie poczuję już podłogi, łóżka, własnego ciała, tylko ten koszmar, korytarz, twarze, dotyk czegoś zimnego, co chce mnie zniewolić.
Czuję nagłe szarpnięcie w środku, coś puściło, straciło nade mną kontrolę, i w tej samej chwili moje oczy otwierają się gwałtownie, a powietrze wdziera się do płuc z siłą, której nie kontroluję. Leżę w łóżku, w pokoju, w ciemności, która jest zwyczajna, nieruchoma, i przez kilka sekund nie mogę się poruszyć, nie dlatego, że coś mnie trzyma, ale że nie wiem, czy to już ciało, czy jeszcze sen. Serce bije bardzo szybko, czuję je w klatce piersiowej, gardle, skroniach. Dłonie mam zimne, wilgotne, palce drżą, próbuję nimi poruszyć, dotknąć prześcieradła, sprawdzić fakturę materiału, upewnić się, że to realne, że to prawdziwe, że nie stoję już w korytarzu. Czuję pod sobą materac, kołdrę na brzuchu, i powoli unoszę się na łokciach, rozglądam się po pokoju… Widzę kontur szafy, drzwi, okno, przez które wpada słabe światło nocy, wszystko jest na swoim miejscu, nic się nie porusza, ściany są nieruchome, sufit jest pusty, nie ma korytarza, twarzy, tej obecności. Jednak w głębi mam wrażenie, że to coś zostało, wciąż wisi w powietrzu, siedzi we mnie, jak napięcie, którego nie potrafię nazwać.
Przykładam dłoń do klatki piersiowej, próbuję uspokoić oddech, liczę w myślach, jeden, dwa, trzy, cztery, ale liczby się mieszają, bo wspomnienia snu są jeszcze świeże, ostre, żywe.
Kiedy zamykam oczy na sekundę, widzę fragment korytarza, tylko błysk, tylko cień, ale wystarczy, bym natychmiast otworzyła oczy ponownie, bo boję się, że jeśli będą zamknięte za długo, wrócę tam.
Dotykam swojej twarzy, czuję ciepło skóry, wilgoć łez, których nie pamiętam, kiedy zaczęły płynąć, ocieram je powoli, i próbuję przekonać samą siebie, że to był tylko sen, koszmar, że mózg potrafi tworzyć takie obrazy, a ciało reagować jak na realne zagrożenie. Siadam na brzegu łóżka, stopy stawiam na podłodze, czuję jej chłód, prawdziwy, stały, i oddycham głęboko, jeszcze raz, i jeszcze raz, próbuję uspokoić serce, które nadal bije za szybko.
Wstaję powoli, podchodzę do lustra, patrzę na siebie, widzę swoją twarz bladą, oczy szeroko otwarte, źrenice rozszerzone, włosy rozrzucone, skóra napięta, jakbym nie spała od wielu dni. Patrzę na siebie dłużej, sprawdzam, czy to na pewno ja, czy odbicie porusza się razem ze mną, czy nie ma opóźnienia, czy nie ma różnicy. Przez chwilę mam wrażenie, że coś jest nie tak, że mój ruch był o ułamek sekundy inny, ale mrugam i wszystko wraca do normy, wszystko jest zwyczajne, a jednak czuję ciężar w klatce piersiowej, napięcie w karku, i że sen nie odszedł całkowicie. Jego fragment został gdzieś we mnie żywszy niż ja sama. Nie jestem już pewna, czy to, co przed chwilą przeżyłam, było tylko koszmarem, czy może czymś, co nadal trwa, tylko w innej formie.
I dopiero teraz zaczynam rozumieć, że to nie sen był moim wrogiem. To ja nim byłam.
To nie korytarz mnie więził, tylko strach przed tym, co mogłabym w nim zobaczyć. Przed tym, że jeśli zajrzę głębiej, nie znajdę potwora, nie znajdę obcej obecności — tylko siebie, rozłożoną na kawałki, porzuconą w ciemnych zakamarkach świadomości, których unikałam na jawie. Sen nie chciał mnie zatrzymać. On chciał, żebym została wystarczająco długo, przestała uciekać.
Bo prawdziwy konflikt nie przebiegał między mną a czymś, co mnie ścigało. On przebiegał we mnie, pomiędzy pragnieniem kontroli a zgodą na bezradność, między potrzebą światła a lękiem przed tym, co to światło może odsłonić.
Może dlatego korytarz nie miał drzwi. Bo nie da się wyjść z miejsca, do którego wchodzi się przed samą sobą.
I leżąc teraz w łóżku, czując ciężar własnego ciała, jego nieidealność, realność, wiem jedno: to nie był tylko koszmar. To było ostrzeżenie. Albo zaproszenie. Granica wciąż tam jest — cienka jak szkło. A ja… jeszcze nie zdecydowałam, czy następnym razem spróbuję ją przekroczyć świadomie, czy dalej będę udawać, że jej nie widzę.
Bo coś we mnie już wie, że to miejsce czeka. I że kiedyś znów się obudzę albo po tej stronie, albo po tamtej.
Katarzyna Dominik