Opowiadanie Sprawa Etana Patza po raz pierwszy ukazało się w 2021 roku w zbiorze opowiadań zatytułowanym Granice wyobraźni. W antologii, szesnastu autorów przedstawia światy, w których nic nie jest takie, jakim się wydaje, a prawda miesza się z fikcją. Po zakończeniu umowy z wydawnictwem pracowałam nad poprzednią wersją opowiadania, poszerzając ją i poprawiając. Jest ono oparte na głośnej prawdziwej historii zaginięcia Etana Patza. Opowiadanie zawiera elementy autentyczne i fikcyjne. Sprawa nadal budzi wiele wątpliwości i kontrowersji. Chociaż mężczyzna rzekomo odpowiedzialny za zabójstwo Etana, Pedro Hernandez, został skazany, nigdy nie odnaleziono ani ciała, ani żadnej rzeczy należącej do chłopca. Spędziłam wiele czasu na przesłuchaniu udostępnionych publicznie nagrań z zeznań zarówno skazanego, jak i innych osób związanych ze sprawą, i wykorzystałam w opowiadaniu niektóre informacje, zawarte w nagraniach.
Warto zauważyć, że w lipcu 2025 roku federalny sąd apelacyjny uchylił wyrok skazujący Pedro Hernandeza i zarządził nowy proces lub zwolnienie go z aresztu, powołując się na błąd proceduralny sędziego podczas instrukcji dla ławy przysięgłych. Obecnie Pedro Hernandez twierdzi, że jest niewinny, a jego obrońcy stanowczo podtrzymują to stanowisko.
Mimo to, Hernandez nadal pozostaje w areszcie, a prokuratura z Manhattanu zadeklarowała w listopadzie 2025 roku, że przygotowuje się do trzeciego procesu, podczas którego obrona ponownie będzie dążyć do podważenia wiarygodności pierwotnych zeznań Hernandeza. Obrona uważa, że skazany został zmuszony do złożenia fałszywych zeznań obciążających go winą. Pedro ma udokumentowaną historię chorób psychicznych i niski iloraz inteligencji, co według obrony uczyniło go podatnym na sugestie i presję wielogodzinnych przesłuchań policyjnych. Sąd federalny wyznaczył termin rozpoczęcia selekcji ławy przysięgłych na 1 czerwca 2026 roku. Jeśli proces się nie rozpocznie do tego czasu, Hernandez zostanie zwolniony.
Osobiście uważam, że Pedro Hernandez jest niewinny. Oczywiście mogę się całkowicie mylić. Moje przekonanie wynika zarówno z luk w zgromadzonym materiale dowodowym, jak i z ogólnego wrażenia, które mi towarzyszyło podczas słuchania jego zeznań. To wrażenie można opisać jednym zdaniem: coś w tych zeznaniach nie gra. Wiemy, że niestety w historii systemu sądowniczego Stanów Zjednoczonych zdarzało się, ze niewinni ludzie trafiali za kratki i wykonywano na nich wyroki śmierci. Takie przypadki wcale nie były odosobnione. Wystarczy obejrzeć serial dokumentalny zatytułowany The Innocence Files. W Polsce również dochodziło do takich sytuacji, o czym opowiada chociażby polski film Sprawa Tomka Komendy. Moją modlitwą jest to, żeby dokonała się sprawiedliwość. Jeśli rzeczywiście Pedro Hernandez jest niewinny, niech wyjdzie na wolność.
.

.
Sprawa Etana Patza
.
25 maja 1979 roku, godzina 6:45, 113 Prince Street, Nowy Jork.
.
– Etan! Etan! Gdzie się podziewa ten chłopak?! – mruczała pod nosem Julie Patz, idąc zamaszystym krokiem długim korytarzem. Jej włosy związane w koński ogon zabawnie podskakiwały we wszystkie strony. Wreszcie zatrzymała się przed drzwiami, na których wisiał plakat Scooby Doo, w zdecydowany sposób nacisnęła klamkę i weszła do pokoju syna.
– Etan, kochanie. Nie słyszysz, jak cię wołam? Spóźnisz się na autobus.
– Zaraz przyjdę… – wymamrotał sześcioletni chłopiec i wynurzył niechętnie jasną czuprynę spod kołdry.
Upłynęło kolejne dziesięć minut, zanim Etan w końcu pojawił się w kuchni. Stanął na środku pomieszczenia i zaczął leniwie przecierać zaspane oczy.
– Nadal w piżamie? – Na twarzy matki pojawiło się zniecierpliwienie.
– Przebiorę się po śniadaniu – oznajmił chłopiec.
– Usiądź przy stole, wojowniku, bo zaraz będziesz miał poważne problemy – odezwał się żartobliwie Stanley Patz i wskazał palcem na żonę.
Etan parsknął stłumionym śmiechem i podszedł do dziecięcego wózka, który stał przy kuchennej szafce. Kiedy zajrzał do środka, siedmiomiesięczny Kurtis wesoło zagugał na widok twarzy starszego brata.
– Trzymaj z nim dalej sztamę a zobaczysz, co się stanie za dziesięć lat – rzuciła Julie ponurym tonem do męża.
– Kochanie, rozchmurz się. – Stanley objął Julie ramieniem. – Za dziesięć lat nasz syn będzie wspaniałym zdyscyplinowanym człowiekiem.
– Akurat – westchnęła, ale kąciki jej ust uniosły się lekko w górę. – Dostałeś jakieś nowe zlecenia? Znowu zalegamy z rachunkami. – Kobieta posłała mężowi pytające spojrzenie.
– Potrzebuję czasu, żeby rozkręcić firmę. Nie martw się.
– Staram się, chociaż to nie jest takie proste. Wszystko robi się coraz droższe. Jedzenie, rzeczy dla dzieciaków.
– Wiem. – Stanley chwycił żonę za rękę. – Wszystko się ułoży. Obiecuję. Spójrz tylko, jak nasz syn grzecznie wcina śniadanie – skomentował i uśmiechnął się do chłopca, który w milczeniu pochłaniał płatki owsiane z mlekiem i popijał sok pomarańczowy z wysokiej szklanki.
Rodzice nie zdawali sobie sprawy z tego, że Etana bardzo niepokoiły ich rozmowy o finansach. Nie wiedzieli, że kilka tygodni wcześniej słyszał ich zażartą kłótnię o dziurach w budżecie domowym. Dla nich tamto nieporozumienie było już odległą przeszłością. Dawno się przeprosili i wybaczyli sobie to, co mieli do wybaczenia. W chłopcu wciąż wybrzmiewały ich krzyki i słowa, które wówczas padły. Podszedł pod drzwi ich sypialni i mimo że czuł się przerażony, słuchał. Od tamtej chwili usilnie rozmyślał, w jaki sposób mógłby zarobić jakieś pieniądze. Może ktoś zatrudniłby go do roznoszenia gazet?
– Gugu…gaga… – dobiegło od strony kuchennej szafki.
Kurtis wiercił się w wózku, prężąc swoje małe ciałko. Niezaprzeczalnie pragnął ściągnąć na siebie uwagę rodziców i brata. Julie przerwała jedzenie, wstała i wzięła chłopca na ręce.
– Mamo? – odezwał się Etan, głośno cmokając.
– Nie mów z pełną buzią – upomniała go Julie.
Chłopiec posłusznie przeżuł to, co miał w ustach i przełknął.
– Mogę dziś sam pójść na przystanek autobusowy?
Etan uknuł konkretny plan. Po drodze na przystanek mijał kiosk, w którym pracował George Miles, uroczy starszy mężczyzna. Etan miał nadzieję, że George pomoże mu w znalezieniu posady roznosiciela porannej prasy. Chłopiec wiedział, że na przedmieściach było to powszechne zajęcie, ale czy tu w Nowym Jorku posada „gazetowego” miała jakąkolwiek rację bytu? Nawet jeśli nie, może George wpadnie na inny pomysł? Chłopiec nie zdawał sobie sprawy, że jego zbyt młody wiek nie pozwoli mu znaleźć pracy.
– Wykluczone, kotku. Rozmawialiśmy już o tym kilka razy.
– Ale mamo… Dlaczego nie?
– Dyskusja zakończona. Zaraz przyjdzie Kathy i cię odprowadzi.
– Ale moi koledzy i koleżanki już od dawna chodzą sami na przystanek! – wyrzucił z siebie z żalem Etan.
– Nic mnie to nie obchodzi, co robią twoi przyjaciele. Mogą nawet lecieć w kosmos.
– Julie… – bąknął Stanley.
– O nie! Nie próbuj mnie przekonywać, Stan! – powiedziała groźnie kobieta, wchodząc mężowi w słowo.
Kurtis coraz bardziej krzywił się i marudził w ramionach Julie. Stan podszedł do żony i wziął synka na ręce.
– Wysłuchaj mnie, proszę. – Ojciec Etana nie dawał za wygraną. – To przecież dwie przecznice dalej. Widać z balkonu, jak dzieci ustawiają się na przystanku. Nie bądźmy terrorystami. Nic mu się nie stanie. Prawda Kurt? – Zakołysał Kurtisem. – Prawda, że twój braciszek jest już duuuużym chłopcem?
– Stan, on ma tylko sześć lat – przypomniała Julie.
– Prawie siedem. Musi powoli stawać się samodzielny. Będziemy przecież na niego patrzeć z balkonu. Zgódź się, proszę.
Kobieta powoli miękła.
– Proszę cię, mamusiu! – Etan, który do tej pory tylko przysłuchiwał się rozmowie rodziców, podbiegł do Julie, kurczowo objął ją w pasie i przytulił głowę do jej brzucha.
W tym momencie w mieszkaniu rozbrzmiał dźwięk dzwonka telefonu. Julie odkleiła Etana od swojego brzucha, pocałowała go w czubek głowy i poszła odebrać. Po chwili wróciła do kuchni.
– Dzwoniła Kathy. Dopadło ją paskudne grypsko i nie może przyjść. Zapytałam, czy potrzebuje czegoś, ale mówi, że Jose z nią jest.
– W takim razie to musi być znak – zauważył Stanley. – Pozwólmy dziś Etanowi pójść samemu.
– Stan, przecież możesz wyjść trochę wcześniej i go odprowadzić.
– Mamuś, proszę cię – zapiszczał Etan. – To już wolę iść z Kathy.
– Przecież słyszałeś, że ma grypę.
Stan złożył ręce w błagalnym geście.
– No już dobrze. Niech wam będzie – dała niechętnie za wygraną Julie. – Przebieraj się, bo za moment trzeba cię będzie odwieźć do szkoły autem jak księcia z bajki – rzuciła do syna. – I pamiętaj! Nie gap się godzinami na wystawy sklepowe! – ostrzegła, chociaż tak naprawdę wiedziała, że mają zapas czasu. Zawsze dbała o to, żeby niczego nie robić na ostatnią chwilę.
– Kocham cię mamo! – wydarł się w niebogłosy chłopiec i ruszył w podskokach do swojego pokoju.
Już po chwili stanął w pełnej gotowości przy drzwiach wyjściowych z czerwonym tornistrem na plecach.
– Idziesz w tej czapce? – Julie nieufnie zlustrowała czarną pilotkę na głowie chłopca. – Wydaje mi się, że już dawno temu powinna znaleźć się w pralce.
– Na czarnym aż tak nie widać brudu – zawołał radośnie Etan i otworzył drzwi. – Cześć wam!
– Cześć, wojowniku! – odkrzyknął Stanley.
Chłopak zaczął zbiegać po schodach.
– A buziak? – upomniała się matka, wychyliwszy się na klatkę schodową.
Etan wrócił, pocałował Julie w policzek i przeskakując po dwa stopnie naraz w zawrotnym tempie, znalazł się piętro niżej. Tam spotkał sąsiadkę.
– Dzień dobry, pani Persey!
– Dzień dobry, chłopcze. A gdzie ty tak pędzisz? – wnikała staruszka, którą Etan sprawnie wyminął, żeby pokonać dwa pozostałe piętra.
– Na przystanek – odpowiedział zdyszanym głosem.
– Idziesz sam? Kathy cię dziś nie odprowadza?
– Nie! Rodzice się zgodzili – dodał z wielką dumą i pognał dalej.
Wreszcie wypadł z klatki schodowej na ulicę i skręcił w prawo. Kiosk pana Milesa znajdował się tuż za rogiem. Jakież było Etana rozczarowanie, kiedy okazało się, że kiosk jest zamknięty. Może pan Miles też złapał grypę? – zastanawiał się Etan. Odszedł zasmucony, ale smutek trwał krótko, ponieważ zaraz zaciekawiła go piękna lokomotywa w witrynie sklepowej. Wpatrywał się w nią z otwartą buzią i nagle przypomniał sobie, co powtarzała mu matka. Ruszył żwawo dalej. Od przystanku autobusowego dzieliła go już niewielka odległość. Minął sklep spożywczy i przykucnął na chodniku, żeby zawiązać sznurowadło od odblaskowych sneakersów.
– Etan. – Męski głos dobiegł go z tyłu.
Chłopiec podniósł się i obejrzał za siebie, a na jego twarzy pojawił się uśmiech od ucha do ucha.
.
25 maja 1979 roku, godzina 7:30, 113 Prince Street, Nowy Jork.
.
– Stan! Patrzysz, jak Etan sobie radzi?! – Julie wychyliła głowę z pokoju dziecinnego. – Sytuacja awaryjna! Muszę natychmiast przewinąć Kurtisa!
– Już idę! – odkrzyknął mężczyzna.
W mieszkaniu znów rozległ się dźwięk dzwonka telefonu. Stanely spojrzał w tamtą stronę, ale nie przerwał podróży na balkon. Zatrzymał się dopiero przed drzwiami balkonowymi i wsłuchał w piskliwy przeciągły sygnał. Potrzebował pracy, a każdy telefon mógł potencjalnie oznaczać nowe zlecenie. Postanowił odebrać. Etan sobie poradzi. Julie przesadza. Za bardzo się nad nim trzęsie. Co może się stać po drodze? Na pewno Etan jest już na przystanku – wytłumaczył sobie w myślach.
– Dzień dobry. Tak, to ja. Tak, oczywiście. Jestem dyspozycyjny w środę rano. – Stanley sięgnął po notatnik i ołówek, które leżały przy telefonie. – Dobrze. Jesteśmy zatem umówieni. Do zobaczenia – zakończył rozmowę i dopisał jeszcze kilka słów w notatniku. Uśmiechnął się do siebie z wielkim zadowoleniem.
Potem wyszedł na balkon, położył dłonie na ciemnej ozdobnej balustradzie i poszukał wzrokiem przystanku.
– I co? – zapytała Julie, kiedy do niego dołączyła.
Ojciec Etana zerknął na zegarek.
– Autobus już pewnie odjechał. Nikogo nie widać. Kochanie, muszę lecieć do pracy.
Julie nadal wpatrywała się w ulicę z zafrasowaną miną. Stanley oplótł żonę ramionami i zaczęli się kołysać.
– Nic mu nie będzie, Julie. Nie martw się. To rozsądny chłopiec – wyszeptał jej prosto do ucha. – Dobrego dnia. – Zatopił wargi w wydatnych ustach żony i ścisnął jej pośladek. – A może twoja mama mogłaby dziś popołudniu popilnować dzieci? – zagadał zalotnie.
– Zadzwonię i dowiem się, panie Patz – odparła kokieteryjnie.
.
25 maja 1979 roku, godzina 15.00, 211 Broome Street, Nowy Jork.
.
Stanley właśnie wyciągał kolejną odbitkę zdjęcia z kuwety za pomocą szczypiec z zamiarem powieszenia jej na sznurku, kiedy błogą ciszę panującą w ciemni przerwał dźwięk telefonu. Mężczyzna spojrzał w tamtym kierunku, ale nie odebrał. W końcu telefon przestał dzwonić. Stan nie lubił odrywać się od pracy, ale zlecenia były mu potrzebne. Dużo zleceń. Poruszył kolejnymi odbitkami spoczywającymi w utrwalaczu i chrząknął z satysfakcją. Był bardzo dobrym fotografem, a co najważniejsze kochał swój zawód. Jednak jego firma rozkręcała się powoli. Nie było łatwo zdobyć nowych klientów, ale kiedy się to udawało, zawsze byli zadowoleni i polecali Patza swoim znajomym. Mężczyzna wierzył, że już niedługo jego zarobki znacznie wzrosną i wszelkie problemy finansowe zostaną zażegnane. Drażniący dźwięk ponownie wypełnił pomieszczenie. Mężczyzna odłożył szczypce i nie zdjąwszy bawełnianych ochronnych rękawiczek, podniósł słuchawkę.
– Etan nie wrócił do domu – powiedziała Julie, zanim Stanley zdążył się odezwać.
– Co?
– Nie wrócił po szkole do domu, Stan. – Jej głos zadrżał.
– Kotku, może poszedł na dodatkowe zajęcia? Nie wpadaj w panikę. Przecież…
– Przed długimi weekendami lekcje kończą się szybciej – weszła mu w słowo. – Nauczyciele odwołują dodatkowe zajęcia. Nie mogę się dodzwonić do szkoły. Mam złe przeczucia. Proszę cię, przyjedź.
Stan głęboko westchnął. Był pewien, że żona wyolbrzymia sytuację.
– Dobrze. Zaraz przyjadę. Muszę tylko skończyć to, co robię w tym momencie. Zadzwoń w międzyczasie do swojej matki. Może Etan tak bardzo zachłysnął się samodzielnością, że wpadł na pomysł, żeby ją odwiedzić.
– Dobrze. To cześć.
– Pa.
Kiedy Julie się rozłączyła, mężczyzna porozwieszał pozostałe odbitki na sznurku, potem ostrożnie zdjął rękawiczki i spokojnie uporządkował stół w pracowni. Około godziny szesnastej wrócił do ich mieszkania przy Prince Street i zastał żonę tonącą we łzach.
– Obdzwoniłam wszystkich, którzy mi tylko przyszli na myśl. Rozumiesz? Wszystkich! – wyła. – Wreszcie udało mi się skontaktować z rodzicami Joy, ulubionej koleżanki Etana. Nasz syn w ogóle nie dotarł dziś do szkoły, Stan. Ja… – Słowa ugrzęzły jej w gardle.
Dopiero wtedy w oczach Stanleya zagościł niepokój. Usiadł na kanapie i rozmasował kark.
– Boże, co się stało z moim synkiem! Mówiłam ci, że jest za mały, żeby iść sam! – parsknęła z wyrzutem Julie.
– Spokojnie, kochanie – powiedział mężczyzna, chociaż czuł, że fala gorąca płynie od czubka jego głowy, spływa po twarzy i rozlewa się po klatce piersiowej. – Wszystko na pewno się wyjaśni.
.

.
25 maja 1979 roku, godzina 17:00, 113 Prince Street, Nowy Jork.
.
Niski krępy policjant opuścił pokój Etana i ruszył do kuchni. Drugi policjant z długimi wąsami siedział przy stole razem z rodzicami chłopca. Kilku innych przedstawicieli władzy przesłuchiwało sąsiadów, a kilkudziesięciu następnych zaczęło przeczesywać okolicę. W ciągu najbliższych dni okaże się, że w poszukiwania syna Patzów zaangażuje się najwięcej jednostek policji w historii Nowego Jorku, a cała akcja otrzyma miano najbardziej nagłośnionej w dziejach Stanów Zjednoczonych.
Julie oparła łokcie o blat stołu i ukryła twarz w dłoniach.
– Proszę dokładnie opisać, co wydarzyło się rano? – zapytał krępy funkcjonariusz, który do nich dołączył. Wyjął z kieszeni notatnik i długopis.
Julie zaczęła opowiadać o rodzinnym poranku ze wszystkimi szczegółami. Stan siedział ze zwieszoną głową i bezmyślnie wpatrywał się w kubek z zimną herbatą. Miał wrażenie, że słowa żony dobiegają z oddalonej o milion lat świetlnych galaktyki.
– Panie Patz, o której wyszedł pan z domu? Gdzie się pan udał? Czy ma pan coś wspólnego z zaginięciem syna? – Policjant wypowiadał każdy wyraz tak, jakby był nauczycielem dykcji. Wydymał usta, wymawiał wyraźnie końcówki i dobitnie akcentował.
– Słucham? – Ojciec Etana spojrzał w osłupieniu na mężczyznę. – Czy mam coś wspólnego z zaginięciem syna? – żachnął się. – Co pan próbuje insynuować? – Gwałtownie poderwał się od stołu, jakby dopiero teraz dogoniła go cała złość.
– Stanley, spokojnie. – Julie dotknęła jego ręki. – Taka jest procedura. Muszą nas o to zapytać.
Patz bezsilnie opadł z powrotem na krzesło.
– Wyszedłem z domu około siódmej czterdzieści, może czterdzieści pięć. Pojechałem prosto do ciemni, w której pracuję. Nie mam nic wspólnego z zaginięciem mojego chłopca – wycedził i nagle emocje zupełnie przejęły nad nim kontrolę.
Ramiona Stana zadrżały w niekontrolowany sposób, aż w końcu wybuchnął głośnym płaczem. Poczuł, jak ogromny ciężar poczucia winy zwala mu się na plecy. Policjanci patrzyli na niego ze współczuciem, czekali w ciszy. Stan szlochał przez kilka minut, a potem wziął się w garść.
– Mam w ciemni wiele bardzo dobrej jakości zdjęć syna – poinformował funkcjonariuszy i wytarł nos w materiałową chusteczkę, którą wydobył z kieszeni spodni.
– Świetnie, panie Patz – odezwał się krępy funkcjonariusz. – Pojedziemy razem i weźmiemy fotografie. Im więcej, tym lepiej. Przygotujemy plakaty. Przekażemy informacje mediom. Proszę myśleć pozytywnie. Wciąż mamy duże szanse na odnalezienie Etana. Czasami dzieci tracą poczucie czasu i bawiąc się, zapominają o całym Bożym świecie. Jestem ojcem dwóch córek, więc wiem, co mówię. – Mężczyzna roześmiał się serdecznie, najwyraźniej chciał chociaż trochę rozluźnić napiętą atmosferę.
– Przyszedł mi do głowy pewien pomysł – wtrącił się do rozmowy policjant z długimi wąsami. – A gdybyśmy tak umieścili zdjęcie Etana na kartonach od mleka? Wtedy prawie każdy w Stanach Zjednoczonych zobaczy, jak Etan wygląda.
Na chwilę zapadła cisza.
– Tak! Genialny pomysł, Brooks! – wypalił jego kolega. – Po prostu genialny! Niech Bóg cię błogosławi!
.
12 października 2015 roku, godzina 10:00, siedziba FBI, 26 Federal Plaza, Nowy Jork.
.
Mitchell Robinson wszedł do pomieszczenia biurowego, które dzielił ze swoją partnerką, Preethy Lordet.
– Cześć. Przyniosłem kawę. Taką, jaką lubisz. Średnia flat white z syropem migdałowym. – Postawił kubeczek na biurku koleżanki.
Czarnoskóra kobieta z krótkimi włosami wychyliła głowę zza ekranu komputera i zsunęła okulary na nos.
– Masz do mnie jakiś interes, złotko? – zapytała i wyszczerzyła zęby.
– Ja? Ależ skąd! – odparł zadziornie. – Przygotowuję tylko grunt w razie, gdybym faktycznie potrzebował przysługi w przyszłości – dodał i pociągnął łyk cappuccino na mleku sojowym. Oparł się o krawędź biurka. – Lepiej zawczasu budować listę sprzymierzeńców.
– Sprzymierzeńców, powiadasz? Jak urlop?
– Bajecznie. Becky zachwycona. Dorris wniebowzięta. I mimo początku pory deszczowej, padało tylko kilka razy, i to krótko.
– A tobie się podobało?
Mitchell cicho westchnął.
– Przecież mnie znasz. Leżenie plackiem na plaży przez dwa tygodnie mogę śmiało porównać do tortur w arabskim więzieniu. No, ale czego się nie robi dla rodziny. Mieszkanie w domkach na palach było nawet zabawne. Pochłonąłem pięć książek. A potem, delikatnie rzecz ujmując, miałem ochotę popełnić seppuku. A że kocham Boga, żonę i córkę, zebrałem całą siłę woli, jaka mi pozostała i odparłem tą straszną pokusę.
Pomieszczenie wypełnił głośny śmiech jego partnerki.
– To wcale nie jest zabawne. – Mężczyzna wycelował w Preethy palcem. – Zobaczymy, czy będziesz tak rżała, kiedy przystojny Ricky w końcu ci się oświadczy. Z tego, co wiem uwielbia takie klimaty. Plaża, słońce i nieprzyzwoite lenistwo.
– Będziemy jeździć na wakacje w czwórkę. Oni będą się smażyć na piasku niczym foczki, a my zapiszemy się na jakiś obóz przetrwania – zaproponowała kobieta, nadal chichocząc.
– Umowa stoi – przyklasnął jej ochoczo Mitch. – Tylko musicie się szybko postarać o potomstwo, żeby Dorris miała towarzystwo.
– Niech cię głowa nie boli. Zanim się obejrzysz będę bawić trójkę dzieciaków, więc lepiej wy się mocniej postarajcie.
– Zatem już mnie tu nie ma – zażartował agent i chwycił torbę, udając, że opuszcza biuro.
– Nie tak prędko, mój drogi. Amory zachowaj na wieczór, bo robota pali mi się w rękach.
Robinson przenikliwie spojrzał na Lordet.
– Dalej białe kołnierzyki i przestępstwa podatkowe?
– W rzeczy samej. Timothy Bertz. Dopóki nie przyskrzynimy gada.
Mężczyzna zdjął marynarkę i zawiesił ją na oparciu krzesła obrotowego. Usiadł przy swoim biurku, odpalił komputer i zalogował się na swoje konto.
– Preethy?
– Uhu.
– Powiedz mi, dlaczego wszyscy w agencji są jacyś tacy podekscytowani?
– Co masz na myśli?
– No, nie wiem. Chodzą najwyraźniej czymś podjarani.
Preethy ponownie wynurzyła twarz zza ekranu.
– No, to ty chyba rzeczywiście przepadłeś na tych Malediwach. Nic nie słyszałeś?
– A o czym miałem słyszeć?
– Szwagier Pedro Hernandeza zadzwonił na policję i powiedział, że powinni wznowić proces i ponownie przesłuchać Pedro, ponieważ trzydzieści pięć lat temu wyznał mu, że zamordował Etana Patza. Podobno ma świadków z grupy kościelnej, którzy mogą to potwierdzić.
– Potwierdzić, że zabił?
– Nie. Potwierdzić, że im również opowiadał o zbrodni.
– Żartujesz?
– A wyglądam, jakbym żartowała?
– Bujdy na resorach. Pedro jest niewinny. – Agent potrząsnął głową.
– Nie zapominaj, że w dwa tysiące dwunastym sam z własnej woli się zgłosił i przyznał do morderstwa.
– Oglądałaś przesłuchanie?
– Rzuciłam okiem.
– No i dlatego nie zauważyłaś, jak bardzo jego zeznania są niewiarygodne. – Mitch energicznie pomasował skronie. – Poza tym został uniewinniony.
– Na skutek braku jednomyślności ławy przysięgłych.
– Ten gościu… Jak mu tam było?
– Adam Sirois?
– Właśnie. Wiedział, że dowody przeciwko Hernandezowi są za słabe. Chyba nie zamierzają wznowić rozprawy na podstawie telefonu szwagra i zeznań podstarzałych członków kościoła, którzy nagle sobie przypomnieli, co powiedział Pedro trzy dekady temu?
– Mitch, czy ty przypadkiem nie traktujesz tej sprawy zbyt osobiście? Mitch – powtórzyła z naciskiem kobieta, widząc, że jej partner błądzi myślami gdzie indziej. Następnie posłała mu ponaglające spojrzenie, które kazało mu jak najszybciej udzielić wyjaśnień.
– Coś tu nie gra, Preethy.
– A nawet jeśli, to nie nasz cyrk i nie nasze małpy. Hernandez jest w rękach prokuratury – podsumowała dobitnie i zaczęła coś klepać na klawiaturze. Całym językiem ciała dawała znać, że nie zamierza nad tym dłużej debatować.
Robinson założył słuchawki na uszy i wszedł do archiwum elektronicznego. Wrócił do fragmentów nagrań z przesłuchań w sprawie Etana Patza i zniknął w innym świecie na około godzinę.
– Jose Ramos jest przecież milion razy bardziej prawdopodobnym podejrzanym! – wypalił nagle. – Chłopak dziewczyny, która opiekowała się Etanem i odprowadzała go codziennie do szkoły! I pedofil, jak się potem okazało! Pracował w warsztacie w pobliżu ich mieszkania!
Koleżanka skwitowała jego rewelacje milczeniem, nie okazując większych emocji.
– Co więcej, odsiaduje obecnie wyrok za molestowanie ośmioletniego chłopca! – kontynuował Mitch. – Dlaczego jemu nie przyjrzą się bliżej?! Dlaczego nie przycisną jego kumpli z pudła?! Wiadomo, że takim kolesiom często się zbiera na zwierzenia! Pedro Hernandeza w ogóle wtedy nie brali pod uwagę – dodał spokojniejszym głosem.
Preethy przerwała pracę i splotła ramiona na piersi.
– Zamierzasz zostać następnym Foxem Mulderem? – zapytała lekko kpiącym tonem. – Węszysz tu coś godnego Archiwum X?
– Mniej więcej. A ty możesz zostać Daną Scully. – Robinson wstał i włożył marynarkę.
– A ty gdzie? Białe kołnierzyki czekają.
– Do dyrektora.
– Do naszego starego?
– A mamy jakiegoś innego?
– Mitch. – Preethy podniosła się z krzesła. – Daj sobie z tym wreszcie spokój. Planujesz wpaść do Oliviera i zacząć wyliczać argumenty świadczące o niewinności Hernandeza?
– Chcę spotkać się z prokuratorem i uczestniczyć w kolejnym przesłuchaniu.
– Chyba sobie jaja robisz?
– Nigdy nie byłem bardziej poważny. Udupią niewinnego człowieka – wycedził. – Nie rozumiesz? Będziesz spać spokojnie, jeśli go zamkną? – Zatrzymał dłużej wzrok na agentce, aż zrobiło jej się nieswojo.
Kobieta podniosła bezradnie dłoń, chciała coś powiedzieć, ale Mitchell zdążył już wyjść. Preethy zmełła przekleństwo między zębami i wybiegła za nim.
.
12 października 2015 roku, godzina 11:30, 26 Federal Plaza, biuro dyrektora FBI.
.
Mitch i Preethy wpatrywali się w niewielkie oczy Bruno Oliviera, które z powodu nabrzmiałych policzków sprawiały wrażenie dwóch wąskich linii. Ich szef siedział przy biurku ze złożonymi dłońmi, najwyraźniej zastanawiając się, jak wyrazić to, co chciał powiedzieć. Pochrząkiwał i pomrukiwał. Otwierał usta, szykował się do uwolnienia przez nie słów, a jednak wciąż milczał. Ostatecznie pochylił się i przeszedł od razu do sedna.
– Nie – wyrzęził. – Nie wyrażam zgody na spotkanie z prokuratorem i nie daję wam uprawnień do wzięcia udziału w przesłuchaniu.
– Dlaczego? – Robinson nie zamierzał tak szybko się poddać.
W biurze znów zapadła cisza.
– Ujmę to następująco – zaczął Olivier. – Mitchell Robinson, człowiek, który nazywa się dokładnie tak jak ty, jest być może wschodzącą gwiazdą koszykówki. Jednak, podobnie jak ty, charakteryzuje się pewną dozą nieokrzesania. – Dyrektor zgromił agenta wzrokiem. – Myślisz, że powywracasz wszystko do góry nogami w tym kraju, zaprowadzisz sprawiedliwość i zbierzesz laury. Tymczasem musisz zrozumieć, że nie masz na niektóre kwestie żadnego wpływu i trzeba się z tą smutną prawdą pogodzić.
Mitch drgnął nerwowo. Preethy delikatnie przesunęła stopę po wykładzinie i dotknęła jego buta. Wiedziała, że partner nie potrafi trzymać gęby na kłódkę i wolała zapobiec nieprzyjemnemu obrotowi, jaki mogła przybrać ta sytuacja. Liczyła na to, że mężczyzna zrozumie sygnał. Nic bardziej mylnego.
– Czym jest prawda, Bruno? – Robinson wbił wzrok w szefa. – Czy ktoś jest tu w ogóle nią zainteresowany? Pedro Hernandez nie zabił Etana Patza i jeśli trafi do więzienia będzie to jedna z największych porażek systemu sądownictwa amerykańskiego, równie wielka jak skala nagłośnienia zaginięcia Etana – wyrzucił z siebie niemal na jednym oddechu.
– Mitch. – Policzki Oliviera zafalowały i przybrały purpurowy odcień. – Zaczynam się czuć, jakbym był u Poncjusza Piłata.
– Piłaci mają tendencję do umywania rąk – skomentował Robinson.
– Twoja rola nie polega na ocenianiu wymiaru sprawiedliwości w naszym kraju. – Bruno pominął milczeniem kąśliwą uwagę o Piłacie. – Jesteś dobrym agentem i zachęcam cię gorąco do zajęcia się bieżącymi sprawami. Przypadek Etana Patza zostaw proszę innym, którzy ufam, że podejdą do tematu z wszelką kompetencją i starannością.
– Posłuchaj Oliviera. Zostaw tą sprawę – powiedziała Preethy, kiedy ona i Mitch znaleźli się na korytarzu. Ledwo nadążała za szybkim krokiem partnera.
– Nie mogę. – Mężczyzna gwałtownie się zatrzymał. – Rozryli chodnik w obrębie kilku ulic i nie znaleźli ani szkieletu, ani nawet strzępka ubrań. Żadnej rzeczy należącej do Etana. Przez trzy dni trąbili o rzekomej plamie krwi, która okazała się totalną ściemą.
– Mitch. – Preethy wyciągnęła rękę przed siebie, jakby chciała powstrzymać potok słów płynący z jego ust. – Zaufaj mi. Nie warto się w to zagłębiać.
– Wręcz przeciwnie. – Robinson spojrzał na agentkę z rozżaleniem. – Wiara nie pozwala mi odpuścić. Wiem, że coś jest nie tak. Sprawa pozostawała w zawieszeniu przez prawie trzydzieści pięć lat. Powiedz mi, co z tego wynika?
– Czekam cierpliwie, aż przelejesz na mnie swoją mądrość.
– Presja na jej pomyślne rozwiązanie jest niewyobrażalnie duża, ale nie można wybierać kozła ofiarnego na wzór Johna Coffey z Zielonej Mili i klecić oskarżeń pisanych palcem po wodzie. Nawet trzylatek jest w stanie ocenić, że dowody są za słabe a domniemany scenariusz zdarzeń, za przeproszeniem, kupy się nie trzyma.
– Nie zapominaj, że kozioł ofiarny zgłosił się sam – wypluła z siebie z satysfakcją Preethy.
– Tak, z historią urojeń i omamów w swojej kartotece medycznej. Posłuchaj. – Agent delikatnie położył dłonie na jej ramionach. – Jeśli nie chcesz włazić ze mną w to bagno, w porządku. Nie rzucaj mi tylko kłód pod nogi. Ja nie mogę pozostać bierny. Bóg mi na to nie pozwala.
– A co Bóg mówi na temat niesubordynacji, co? – Kobieta zabawnie wykrzywiła usta.
– Jeśli szef się myli, mogę mu się sprzeciwić.
– Naprawdę? Pokaż mi to w Biblii, bo odnoszę wrażenie, że Boże Słowo mówi o poddaniu się ludzkiemu porządkowi bez wyszczególnienia specjalnych warunków? Zgadza się?
– Mamy do czynienia z sytuacją wyjątkową. – W kącikach ust Robinsona czaił się figlarny uśmiech. – To co, agentko Dano Scully?
– A jak myślisz? – zaszczebiotała.
– Przewiduję, że stoi przede mną sojusznik i… – urwał, a potem najwyraźniej uznał, że nie musi kończyć zdania.
Preethy niemal niezauważalnie skinęła głową. Znała tego człowieka stanowczo zbyt dobrze, żeby zupełnie zlekceważyć jego przeczucia, jakkolwiek absurdalnie brzmiały.
.
18 sierpnia 2016 roku, godzina 20:00, 26 Federal Plaza, biuro Mitchella i Preethy.
.
– Podsumujmy jeszcze raz to, co mamy – zaproponował Mitch i podrapał się po głowie.
Agenci od wielu miesięcy pracowali po godzinach. Ślęczeli nad sprawą Etana, przeczesywali ponownie wszelkie dostępne materiały i umawiali się w czasie prywatnym na spotkania z ludźmi, którzy mogli rzucić jakiekolwiek światło na zaginięcie chłopca. Dzięki wyrozumiałości ich życiowych partnerów, małżeństwo agenta Robinsona z dłuższym stażem i świeżo upieczony związek ślubny agentki Lordet, nie rozpadły się z hukiem. Jak dotąd szef nie ukrócał ich poczynań. Świadczyło to albo o tym, że nie uświadamiał sobie, że drążyli temat – ta alternatywa wydawała się mało prawdopodobna, gdyż nikt w agencji nie ruszał ani ręką, ani nogą bez jego wiedzy – albo przymykał oko na poczynania agentów, sądząc, że w końcu im przejdzie. Mitch i Preethy nie zaniedbywali innych obowiązków. Poza tym bez uprawnień dyrektora niewiele mogli zdziałać, dlatego w oczach Bruna nie stanowili żadnego zagrożenia. Przynajmniej na razie.
– Mamy pot, krew i łzy – chrząknęła Preethy.
– Potu niczym kot napłakał. Łzy w niewielkiej ilości wylane w poduszkę. Krwi zero – podsumował skrzętnie Mitch.
– Pewnie. Dla ciebie to dopiero rozgrzewka – mruknęła. – Otacza nas niezła kolekcja przydatnych i mniej przydatnych informacji – dorzuciła, przeglądając wspólny prywatny folder, który utworzyli na potrzeby dochodzenia.
– Co sądzisz o szwagrze Pedra?
– Jego zeznania wydają się spójne.
– Może i masz rację. Jednak jedna kwestia nadal wygląda podejrzanie. – Robinson odchylił się w fotelu i przesunął dłonią po klatce piersiowej. – Dlaczego Norman dzwoni na policję dopiero po trzydziestu pięciu latach i wyjawia słowa Pedra? Dlaczego nie zrobił tego w latach osiemdziesiątych?
– Prawdopodobnie wtedy nie traktował zeznań brata żony zbyt poważnie.
– Ciekawe, że nagle nabrały znaczenia…Pracowali razem w Nowym Jorku. Pedro mieszkał u niego i siostry. Nie wiodło im się finansowo zbyt dobrze. Udało mi się dokopać do informacji na temat ich pokaźnych długów. W 1980 roku Pedro przeprowadził się do Camden w New Jersey.
– Utrzymywał kontakty z rodziną?
– Sporadyczne. Twierdzą, że przeżywał wówczas załamanie nerwowe.
– Akurat ten fakt dość mocno obciąża Hernandeza. Depresja wynikająca z dokonania zabójstwa brzmi przekonująco.
– Równie przekonująca jest depresja wypływająca z silnego przekonania, że się kogoś zamordowało, chociaż to nieprawda. Albo z faktu, że wisi nad tobą groźba więzienia za cudze przestępstwo.
– Członków kościoła możemy sobie odpuścić. Trzech zgrzybiałych staruszków i trzy niemal zupełnie odmienne historie – westchnęła Lordet. – Myślisz, że postawią mu zarzuty i wrzucą sprawę na wokandę?
Mitch wstał i podszedł do okna, za którym rozciągała się panorama Nowego Jorku.
– Postawią – odpowiedział. – Obyśmy do tego momentu coś znaleźli.
.

.
12 października 2016 roku, godzina 12:00, 26 Federal Plaza, biuro Mitchella i Preethy.
.
Zdyszany młody praktykant, Thomas, wpadł jak burza do gabinetu Preethy i Mitcha. Był tak przejęty, że zapomniał zapukać.
– Sprawa Hernandeza trafiła na wokandę. Pierwsza rozprawa za dwa tygodnie – wysapał.
Agenci wymienili się sugestywnymi spojrzeniami. Thomas stał na środku pomieszczenia i przerzucał wzrok z Lordet na Robinsona, jakby oczekiwał jakiegoś szczególnego aplauzu.
– Dzięki – odezwał się wreszcie Mitch.
Thomas najwyraźniej liczył na coś więcej, może na to, że agenci zaproszą go do współpracy, skoro zdobył taką cenną informację od wujka, który przyjaźnił się z prokuratorem. Czekał z uporem maniaka, nic sobie nie robiąc z tego, że Preethy bębni nerwowo palcami po blacie biurka.
– Dzięki, Thomas – powtórzył dobitnie Mitch. – A teraz wyjdź, proszę, bo mamy kilka poufnych kwestii do obgadania z agentką Lordet.
Chłopak nabrał powietrza, jakby coś jeszcze chciał powiedzieć, ale ostatecznie zrezygnował i wyszedł.
– Co teraz? – zapytała Preethy.
Jej partner wzruszył ramionami.
– Muszę spotkać się z prokuratorem – oznajmił. – I wydaje mi się, że będę musiał znów wkupić się w łaski Thomasa. Coś czuję, że żółtodziób troszkę się dąsa, dlatego idę go rozchmurzyć.
.
15 października 2016 roku, godzina 16:00, willa prokuratora w Upper East Side, Nowy Jork.
.
Mitch podjechał swoim autem do wielkiej bramy i nachylił się do domofonu.
– Mitchell Robinson na grilla do prokuratora – wyrzucił na jednym oddechu, próbując pohamować śmiech.
Przewrotna gra słów rozbawiła go. Grill u prokuratora. Brzmiało upiornie, ale i bardzo realnie. Istniała szansa, że rzeczywiście zostanie zgrillowany żywcem. Po drugiej stronie zapadła cisza, jakby jakiś automat mielił otrzymaną informację. W końcu brama zaczęła leniwie otwierać swoje podwoje. Agent podziękował w duchu Bogu i wjechał do środka. Zatrzymał się na pokaźnych rozmiarów podjeździe, na którym zaparkowało wiele innych samochodów. Wysiadł z auta z butelką wina w dłoni i dokładnie się rozejrzał. Miał nadzieję nie zobaczyć nigdzie auta dyrektora FBI. Relacje Bruno Oliviera z prokuratorem charakteryzowały się dość dużą zażyłością, więc jego obecność nie byłaby niczym niezwykłym. Mitch odetchnął z ulgą. Szef albo jeszcze się nie pojawił, albo nie otrzymał zaproszenia. Agent zapukał do białych drzwi ozdobną kołatką z wizerunkiem złotego lwa. Otworzył mu kelner i od razu poczęstował kieliszkiem szampana. Mitch odmówił i zapytał, gdzie jest prokurator. Dowiedział się, że w ogrodzie, więc od razu tam skierował swoje kroki. Pogoda była przyjemna. Świeciło słońce i wiał delikatny wietrzyk, a temperatura nie przekraczała siedemdziesięciu dwóch stopni Fahrenheita. Doskonałe warunki do urządzenia przyjęcia na zewnątrz. Prokurator Roland Anderson w luźnej kolorowej hawajskiej koszuli i białych przewiewnych spodniach zajmował stanowisko przy grillu. Piekł mięso niczym wzorowy gospodarz domu. Kilkanaścioro gości porozrzucanych w mniejszych grupkach po całym terenie piło drinki i rozmawiało. Rolandowi akurat nikt nie towarzyszył, co Robinson uznał za idealną okazję. Ruszył energicznym krokiem w jego kierunku, ściskając w dłoni butelkę znakomitego czerwonego wina.
– Dzień dobry, panie prokuratorze – przywitał się.
Na twarzy szczupłego siwego mężczyzny przy grillu odmalowało się lekkie zaskoczenie pomieszane z zagubieniem.
– Pan wybaczy – rzekł niepewnie i wyciągnął dłoń do Robinsona. – Czy my się znamy?
– Nie osobiście. Agent Mitchell Robinson z FBI. Proszę się nie gniewać, ale wproszenie się na pańskie wspaniałe przyjęcie – Mitch objął wzrokiem ogród – było jedynym sposobem, żeby porozmawiać bez przedzierania się przez żmudne procedury. Ufam, że Maison Roche de Bellene chociaż odrobinę wynagrodzi moje niefortunne wtargnięcie. – Mitch podał prokuratorowi butelkę.
Roland odstawił wino na stolik i zmrużył oczy.
– Czemu zatem zawdzięczam pańską wizytę, agencie Robinson? O czym chce pan ze mną porozmawiać i dlaczego sprawa jest aż tak pilna, że ma pan tupet zjawiać się niezaproszony na moje przyjęcie? – W głosie prokuratora dawało się wyczuć rozdrażnienie. Mężczyzna odwrócił mięso na grillu na niewypieczoną stronę i wbił oczekujące spojrzenie w stojącego przed sobą agenta.
– Za dwa tygodnie rozpocznie się proces Pedro Hernandeza. Ten człowiek nikogo nie zabił – odpowiedział bez ogródek Mitch.
Anderson z niedowierzaniem pokręcił głową.
– I przyszedł pan tutaj, żeby dyskutować o niewinności oskarżonego?
– Nie tylko dyskutować – chrząknął Robinson. – Zgromadziłem obfity materiał dowodowy, który wyraźnie wskazuje na dziury w dochodzeniu. Według mnie śledztwo powinno zostać wznowione, żeby znaleźć właściwą osobę odpowiedzialną za porwanie. Pedro Hernandez z pewnością nią nie jest, co zostało już jasno ukazane w dwa tysiące dwunastym roku – zakończył dosadnie.
Prokurator wybuchnął chrapliwym kpiącym śmiechem.
– I uważa pan, że gromadząc ten, jak to pan ujął, obfity materiał dowodowy, wykonał lepszą robotę niż zespoły dochodzeniowe pracujące nad tą sprawą przez wiele miesięcy? – parsknął.
– Cóż, rzeczywiście uważam, że przyjrzałem się tematowi bardziej dogłębnie – oświadczył Mitch. Zdawał sobie sprawę, że igra z ogniem a raczej z grillem, ale nie miał innego wyjścia.
Roland odłożył długie szczypce, a z jego oczu wystrzeliły pioruny.
– Jest pan po prostu bezczelny! – wykrztusił.
– Panie prokuratorze, proszę przynajmniej wysłuchać tego, co mam do powiedzenia.
– Jak pan śmie tu przychodzić i opowiadać te wszystkie nonsensy? – Anderson zazgrzytał zębami. – Proszę natychmiast opuścić mój dom, albo pozwę pana o najście!
– To nie będzie konieczne, panie prokuratorze. – odparł Robinson. – Już wychodzę. Czyli jednak grillowanie żywcem – przemknęło mu przez myśl. – Dodam tylko jeszcze, że to wielka szkoda. Pana kadencja naprawdę dobrze się zapowiadała. Udanej imprezy i mam nadzieję, że wino będzie panu smakować. – Agent odwrócił się i ruszył w stronę wyjścia.
W poniedziałek rano Olivier Bruno wezwał Mitcha do swojego gabinetu i zbeształ go z góry na dół za niesubordynację, wciąganie w proceder swojej partnerki i nieproszone odwiedziny w domu prokuratora. Zagroził mu zawieszeniem, jeśli jeszcze raz sytuacja się powtórzy. Na agencie nie zrobiło to zbyt dużego wrażenia. Widział wyraźnie cel i nie zamierzał się poddać.
.
18 kwietnia 2017 roku, godzina 12:00, 60 Centre Street, budynek Sądu Najwyższego, Nowy Jork.
.
Robinsonowi wydawało się, że słucha długiej poruszającej mowy końcowej sędziego jakby zza grubej szyby. Razem z agentką Lordet siedzieli w sali sądowej wypełnionej po brzegi ludźmi. Mitch wpatrywał się bezmyślnie w plecy osoby zajmującej miejsce przed nim i doświadczał swoistego rodzaju odrętwienia. Olivier pieczołowicie zadbał o to, żeby ani Preethy, ani Mitch nie uczestniczyli w żadnej rozprawie podczas całego okresu trwania procesu. Kiedy jednak przyszło do odczytania wyroku, dyrektor z pewną dozą satysfakcji wysłał agentów do sądu.
Po mowie końcowej i ogłoszeniu wyroku, na sali sądowej zapanował gwar. Był to gwar głównie radości, nie oburzenia. Pedro Hernandez został skazany jednomyślną decyzją ławników na dwadzieścia pięć lat więzienia, co przy jego wieku pięćdziesięciu sześciu lat praktycznie oznaczało dożywocie. Jedna z kobiet zasiadająca w ławie przysięgłych podbiegła do mężczyzny, który sprawował funkcję ławnika podczas poprzedniego procesu Pedro. Ściskali się i niemal skakali ze szczęścia. Mitch zmarszczył brwi. Scena budziła w nim poważne zastrzeżenia. Przyglądał się jej z nieukrywaną podejrzliwością. Nagle poczuł ciepłą dłoń Preethy na swojej. Zajrzał w oczy partnerki i dostrzegł w nich bezsilność.
– Przykro mi – wyszeptała niemal bezgłośnie, masując drugą ręką swój wydatny brzuch.
– Czy nasz system sądownictwa poniósł właśnie sromotną porażkę? – Mitch pokręcił głową.
Salę sądową wypełnił dźwięk drżącego głosu Stanley’a Patza. Swoje słowa kierował do skazanego.
– Po długich latach, w końcu odkryliśmy ciemne sekrety przechowywane na dnie twojego serca. Zabiłeś naszego ukochanego syna i wyrzuciłeś go do śmieci. Ani my, ani Bóg nigdy ci nie wybaczymy.
Stanley ciężko opadł na krzesło. Po jego prawej stronie siedziała żona, Julie. Płakała i wycierała łzy chusteczką. Po lewej stronie miejsce zajmował jeden z członków poprzedniego składu ławy przysięgłych, z którymi rodzice Etana pozostawali w bardzo przyjacielskich stosunkach.
Mitchell zamknął oczy. Boże, i co teraz? – zadał pytanie w myślach.
Po rozprawie agent wrócił do domu. Cały wieczór spędził na trawieniu ostatnich wydarzeń. Około dwudziestej trzeciej uklęknął na balkonie przy przezroczystej balustradzie i zaczął się żarliwie modlić.
.
19 kwietnia 2017 roku, godzina 8:00, Staten Island, Richmond Road 508, Nowy Jork
.
– Weź sobie wolne.
– Co? – Robinson podniósł nieobecny wzrok znad gazety New Jork Times. Mimo że gazeta cieszyła się rekordowym wzrostem zainteresowania subskrypcjami cyfrowymi, agent i tak wolał wersję papierową. Wydawca gazety uspakajał miłośników tradycji, że dopóki czytelnicy będą chcieli trzymać gazetę w ręku, dopóty będzie ona drukowana.
– Odpocznij, kocie. – Becky pogładziła go po plecach. – Jadę z Dorris do rodziców. Poradzisz sobie?
– Koty zawsze spadają na cztery łapy – zażartował. – Nic mi nie jest. Bawcie się dobrze.
– Musimy potem trochę popracować – odezwała się zalotnie żona agenta. – Preethy i Ricky już nas przegonili. Jeden strzał i bliźniaki. – Roześmiała się.
– Oni tak mają.
– No wiesz!
– Co nie zmienia faktu, że rzeczywiście musimy się postarać o kolejnego bobasa.
W rzeczywistości seks nie był teraz w ogóle Mitchowi w głowie. Chociaż sprawa Hernandeza przecież się zakończyła, nadal nie potrafił jej zostawić. Czuł pod skórą, że Bóg nie powiedział jeszcze ostatniego słowa, a on zamierzał odczytać to słowo z Jego ust.
Pocałował żonę i wrócił do czytania. Nagle uwagę agenta przyciągnął jeden z nagłówków: Wróć do miejsca, gdzie utracono marzenia. Mitch przez chwilę wpatrywał się w litery i myślał. Następnie dopił kilka ostatnich łyków kawy i wyszedł z mieszkania.
Prince Street tętniło życiem. Robinson szedł trasą Etana sprzed prawie czterdziestu lat prowadzącą z jego mieszkania na przystanek szkolnego autobusu. Myślał o chłopcu, który idzie w radosnych podskokach, ogląda wystawy sklepowe i chłonie atmosferę miasta. Pewnie Etan był bardzo podekscytowany tym, że po raz pierwszy pokonuje tą drogę sam, a nie w towarzystwie dorosłego. Mitchell zatrzymał się przed budynkiem, w którym kiedyś mieścił się sklep spożywczy – miejsce pracy Pedra i jego szwagra. Obecnie lokal zajmował butik z ekskluzywną odzieżą.
Mitch skierował się ku wąskiemu przejściu pomiędzy budynkami. Splótł ramiona na piersi i obserwował. Przyglądał się obskurnym kontenerom na śmieci wypełnionym workami, pośród których w nocy buszowały szczury i bezdomne koty. Wdychał zapach zgnilizny pomieszany ze słodkawą wonią wypieków dobiegającą z pobliskiej cukierni. Przerzucił wzrok na drzwi, które wiodły na zaplecze butiku. W końcu zamknął oczy, usiłował zrozumieć, dlaczego Bóg go tu przyprowadził. Czuł, że miał coś zobaczyć i połączyć jakieś fakty. Ale jakie?
Niespodziewanie niezbyt zachęcający zaułek omiótł ciepły podmuch wiatru, który niósł ze sobą woń róż z nutą drzewa sandałowego. Kilka zgniecionych puszek zaterkotało po asfalcie. Robinson otworzył oczy. Nadciągnął kolejny bardziej gwałtowny podmuch wiatru, szarpnął mężczyzną i popchnął go do przodu. Agent zaparł się nogami, żeby złapać równowagę i wtedy ją zobaczył – starodawną ciemno-niebieską bramę. Wyrosła znikąd tuż przed nim.
Mężczyzna zamrugał powiekami a następnie uszczypnął się w udo na wypadek, gdyby się okazało, że śni dziwny sen. Brama nie zniknęła, ale powietrze wokół agenta zaczęło drżeć i falować. Jedno z dwóch skrzydeł bramy nieznacznie się uchyliło. Mitch przesunął dłonią po chropowatej powierzchni tajemniczych wrót. Nie były wytworem przeładowanego umysłu, który intensywnie szuka odpowiedzi i pragnie coś zobaczyć. Były fizyczne. Realne. Mógł ich dotknąć. Robinson ostrożnie pchnął skrzydło bramy i przeszedł na drugą stronę.
Mitch leżał na ziemi. Ciężko oddychał i cały się trząsł. Wreszcie, oparłszy się na kolanach i dłoniach, powoli podniósł się z chodnika. Pozostawał w pochylonej pozycji już od dłuższej chwili. Nie był w stanie się wyprostować.
– Czy wszystko w porządku? – dobiegł go z tyłu kobiecy głos. – Potrzebuje pan pomocy?
Agent odwrócił lekko głowę w bok i dał ręką znak, że nic mu nie jest. Przynajmniej miał nadzieję, że gest właśnie tak zostanie odebrany. W rzeczywistości wcale nie miał pewności, czy zdoła utrzymać się na nogach, ale nie zamierzał robić tu przedstawienia w trzech aktach.
– Źle się pan czuje? Może jednak wezwę karetkę?
– Nie trzeba – odpowiedział Mitch. Starał się brzmieć jak najbardziej spokojnie.
– Proszę tu zaczekać.
Najwyraźniej mamrotanie agenta nie przekonało kobiety. Wbrew jej prośbie, postawił krok do przodu, kiwał się na boki, ale wreszcie udało mu się wyprostować. Ruszył niepewnie przed siebie. Usłyszał jeszcze za sobą : Proszę pana, proszę poczekać, ale w żaden sposób nie zareagował. Początkowo szedł zygzakiem i odbijał się od ścian. Stopniowo jego kroki nabrały większego zdecydowania. Odzyskiwał coraz więcej czucia w nogach i już nie chwiał się na wszystkie strony niczym zapity gość opuszczający spelunę. Nie miał czasu na szpital i badania. Zresztą wiedział, że tak naprawdę nic mu nie jest i że za chwilę jego ciało na pewno powróci do stanu harmonii.
Kiedy dotarł do końca zaułku, skręcił w prawo na parking. Wsiadł do auta, oparł głowę o kierownicę i starał się ogarnąć umysłem to, co się wydarzyło. Wreszcie wyjął z kieszeni telefon i wybrał numer do Preethy.
– Gdzie jesteś? – zapytał, pomijając wstępne uprzejmości. Miał nadal zdrętwiałe wargi, więc musiał wkładać w mówienie sporo wysiłku.
– Dzień dobry, panie Robinson. Jak się pan dzisiaj ma? Bo ja całkiem nieźle – przywitała się partnerka. W jej głosie można było wyczuć nutę sarkazmu.
– Preethy, błagam cię. Powiedz po prostu, gdzie jesteś.
– Jak to gdzie? W biurze. I zastanawiam się, gdzie ty jesteś? Wziąłeś sobie wolne i rozpocząłeś dzień od whisky? – huknęła w słuchawkę.
– Nie. Musimy się natychmiast spotkać – wybełkotał.
Po drugiej stronie zaległa cisza.
– Aż tak źle?
– Preethy, ciężko mi się gada. Za dziesięć minut w Think Coffee na Broadway, dobra?
– Jezu! Zamierzasz prowadzić samochód?
– Nie jestem pijany. Bądź tam, proszę.
– Dobra, będę.
Robinson zaparkował tuż przy kawiarni. Na szczęście poruszał się już normalnie, co przyjął z wdzięcznością. Ufał, że będzie również w stanie sklecić zrozumiałe zdanie. Lordet czekała zaraz przy wejściu przy stoliku, na którym stała filiżanka kawy i kubek z miętą. Najwyraźniej nie chciała, żeby partner turlał się przez cały lokal w stanie wskazującym na spożycie. Kiedy Mitch zajął miejsce naprzeciwko niej, spojrzała na niego i odetchnęła z ulgą.
– Dzięki Bogu, że nie jesteś pijany.
– Myślisz, że bym cię okłamał?
– Nie. Nie wiem…
– Słuchaj, bo zaraz zwątpię w to, czy mnie naprawdę znasz. Serio myślałaś, że krążę po mieście po pijaku?
– Przepraszam… Po prostu… Wiem, że sprawa Hernandeza mocno cię pochłonęła. Bałam się, że przygniotło cię rozczarowanie wyrokiem i…
– I chlupnąłem sobie coś mocniejszego, tak? – dokończył za nią. – To prawda, że wyrok trochę mnie przygniótł, ale nie sięgnąłem po żadne środki odurzające. Coś się stało, Preethy. – Mężczyzna ostrożnie rozejrzał się po kawiarni. – Jesteś pierwszą osobą, której o tym opowiem.
– Mam się martwić? – zapytała Lordet i odsunęła się trochę od stołu. Jej brzuch rósł w oczach i coraz trudniej mieścił się w różnych przestrzeniach.
– Zanim powiem, musisz mi coś obiecać.
– To znaczy?
– Że zwalczysz każdą myśl wpierającą ci, że zwariowałem.
– Hmm…
– Musisz też przyrzec, że po tym, co ci opowiem, nie wezwiesz psychiatry.
Kobieta odchrząknęła.
– A teraz najważniejsze – kontynuował. – Musisz mi uwierzyć.
Preethy spojrzała mu prosto w oczy.
– Strasznie dużo warunków, panie Robinson. Ale przyznam szczerze, że mnie pan zaintrygował. Obiecuję i zamieniam się w słuch.
Lordet uważnie słuchała, co pewien czas potakiwała głową. W miarę rozwoju opowieści coraz bardziej wytrzeszczała oczy i nerwowo popijała miętę. Mężczyzna miał nadzieję, że partnerka go nie zawiedzie. Zdawał sobie jednak sprawę, że każdy, nawet ten o największej otwartości, posiada granice wyrozumiałości.
– Przyznam, że gdybym cię nie znała, oddział zamknięty i farmakologia byłyby rozwiązaniem, które natychmiast nasunęłoby mi się na myśl – skomentowała Preethy, kiedy Mitch dobrnął do końca historii. – Wiem jednak, że jesteś jedną z najbardziej zdrowych na umyśle osób, jakie spotkałam. To, co mi przed chwilą opowiedziałeś kroi mi mózg w poprzek i wydaje się całkowicie nieprawdopodobne, ale wierzę ci – zapewniła. – Wróciłeś z powrotem przez bramę?
– Nie. Miałem wrażenie, jakbym spadał. Trochę to przypominało odczucie przy starcie samolotu lub huśtaniu się na huśtawce. Potem nastąpiło silne uderzenie i przewróciłem się na ziemię. Drżałem na całym ciele. Twarz mi zdrętwiała jak po zastrzyku znieczulającym u dentysty.
– Co zamierzasz zrobić? Chyba nie pójdziesz z tym objawieniem do starego? Ani tym bardziej do prokuratora? – dodała z przekąsem.
– Jasne, że nie. Głupi nie jestem. Słuchaj, spróbuj znaleźć nam jakąś sprawę do załatwienia w Michigan – poprosił.
Preethy zmrużyła oczy.
– Kumam. Coś wykombinuję.
.
28 kwietnia 2017 roku, godzina 12.30, więzienie stanowe w Michigan.
.
Mitchell wszedł do niewielkiego pomieszczenia pomalowanego na biało. Na środku stał stół i dwa krzesła. Mężczyzna zajął jedno z miejsc i cierpliwie czekał. Po około pięciu minutach drzwi otworzyły się i do pokoju wszedł Pedro Hernandez w asyście wysokiego muskularnego strażnika, który rozkuł mu ręce, ale pozostawił kajdanki na stopach. Pedro usiadł naprzeciwko Mitchella, a pracownik więzienia stanął w rogu pomieszczenia. Skazany pochylił głowę i przygarbił ramiona, przez co sprawiał wrażenie jeszcze drobniejszego niż w rzeczywistości. Wręcz niknął w oczach. Wyglądał, jakby dźwigał na swoich barkach ciężary całego świata. Skórę na jego czaszce ogolono tak dokładnie, że każda żyłka, wgniecenie i nierówność były wyraźnie widoczne.
– Pedro, wiesz kim jestem? – zaczął Mitch.
Mężczyzna powoli podniósł wzrok i lekko się wyprostował.
– Jesteś z FBI – odpowiedział cicho. – Uprzedzili mnie.
– Zgadza się. Nazywam się Mitchell Robinson. Uprzedzili cię? Co masz na myśli?
– Pytali mnie trzy razy, czy na pewno chcę się z tobą zobaczyć.
– Doprawdy? Aż trzy razy? Bardzo interesujące. Pedro, przejdę od razu do konkretów, bo nie mamy za wiele czasu. – Agent głośno odchrząknął. – Dlaczego twierdzisz, że zabiłeś Etana? Przecież to nieprawda.
Hernandez ścisnął palcami grzbiet nosa.
– Zabiłem Etana Patza – oświadczył.
– Nie wierzę ci.
– Twój problem.
W pomieszczeniu zapadła cisza.
– Wiem, że tego nie zrobiłeś – przerwał wreszcie milczenie Robinson. – Usiłuję tylko zrozumieć, kogo kryjesz. Albo kogo się boisz. Lekarze twierdzą, że nie odróżniałeś fantazji od jawy. Może myślałeś, że zabiłeś, ale to był jedynie wytwór twojej wyobraźni? W każdym razie, nie zamordowałeś Etana.
Pedro splótł ramiona na piersi i odchylił się na krześle. Wpatrywał się uporczywie w blat stołu, nie odzywał się ani słowem.
– Pomóż mi pojąć, co się wydarzyło? – kontynuował Mitch. – Wymuszono na tobie zeznania? Dręczono cię przecież przez siedem godzin. Bez wytchnienia. Wielu ludzi nie wytrzymałoby presji. A ty ze względu na swoje dolegliwości byłeś słabszy psychicznie. Wszyscy śpieszyli się, żeby zakończyć sprawę, która przypominała ropiejący od trzech dekad wrzód. Może jednak ktoś poszedł na skróty, co?
Hernandez zagryzł wargi.
– Wierzysz w moc modlitwy? – zapytał nagle Mitch.
Więzień przeniósł spojrzenie z zielonkawej powierzchni stołu na agenta.
– Modliłem się, ale Bóg nigdy nie wybaczy mi tego, co zrobiłem. Tak, jak w mowie końcowej powiedział Stanely Patz. – Ciemne oczy mężczyzny prawie natychmiast wypełniły się łzami.
– Z całym szacunkiem dla bólu Stana, ale to bzdura – parsknął Mitch. – Skoro Chrystus wybaczył złoczyńcy wiszącemu obok niego na krzyżu, co więcej, obiecał mu raj, może wybaczyć każdemu. Pamiętasz tą historię z Ewangelii? Musisz ją pamiętać, bo przecież przez wiele lat uczęszczałeś na spotkania grupy z kościoła. Parafia św. Antoniego, prawda?
Hernandez skinął głową.
– Tylko, że ty nie potrzebujesz przebaczenia w przypadku tej konkretnej zbrodni, bo jej nie popełniłeś – mówił dalej agent. – Ktoś inny zabił, a ty wziąłeś winę na siebie. Mam rację, Pedro?
– Nie – zaoponował zdecydowanie mężczyzna i otarł wierzchnią stroną dłoni łzy, które spłynęły po jego policzkach.
Robinson skrzywił się i mlasnął z dezaprobatą.
– Posłuchaj. Nikt nie jest wart, żeby brać jego przewinienia na siebie. Nie jesteś stary. Nie żal ci życia?
– A Chrystus?
– Co z Chrystusem?
– Wziął na siebie grzechy całej ludzkości mimo że nigdy nie uczynił niczego złego.
Agent potrząsnął głową.
– Chrystus to co innego. Jego ofiara ma zupełnie odmienne znaczenie. Pedro. – Mitch złożył dłonie, jakby zbierał myśli. – Prawdziwy zabójca jest nadal na wolności i musi zapłacić za zbrodnię, której się dopuścił. Rodzice Etana zasługują na to, żeby w końcu poznać prawdę.
– Mówiłeś, że Bóg może wybaczyć każdemu.
– Tak, ale to nie znaczy, że nie ponosimy konsekwencji swoich czynów.
– Ja właśnie to robię – burknął Hernandez. – Ponoszę konsekwencje za zabójstwo Etana Patza – brnął w zaparte.
– Dobrze. – Robinson nabrał powietrza w płuca a potem powoli je wypuścił. – Jakie motywy tobą kierowały? Nie molestowałeś go. Nie chciałeś chłopca obrabować. Zresztą niczego cennego nie posiadał. A teraz najciekawsze. Żyłeś przez kolejne dziesiątki lat i nie popełniłeś żadnego innego przestępstwa. Dlaczego więc zamordowałeś Etana?
– Mówiłem już ze sto razy. Możesz sobie sprawdzić w zeznaniach. – Westchnął z rezygnacją skazany.
– Twoje zeznania znam prawie na pamięć. Coś kazało ci go zabić. Próbowałeś się powstrzymać, ale ci się nie udało. Zwabiłeś dziecko do piwnicy i udusiłeś własnymi rękoma.
– Dokładnie tak.
– Co kazało ci go zabić? – zapytał agent, bębniąc palcami o blat stołu.
– Pewnie jakiś demon. – Skazany lekko się ożywił.
– Aha, demon. A potem zapakowałeś Patza do wora i wywaliłeś do śmietnika? – Jedna z brwi Robinsona powędrowała w górę.
– Tak.
– Dobrze, Pedro. To w takim razie będę z tobą całkowicie szczery. Otóż ja wierzę w moc modlitwy. Wierzę, że Bóg do nas mówi i daje nam różne znaki. Twoje zeznania od samego początku mi śmierdziały, więc poprosiłem Stwórcę, żeby pokazał mi, co się naprawdę stało. – Mięśnie na twarzy Hernandeza niemal niezauważalnie drgnęły. Nerwowy tik nie umknął jednak uwadze Robinsona. – Znasz historię biblijnego Daniela?
– Jedna z moich ulubionych – powiedział cicho więzień.
– Świetnie. Na pewno kojarzysz fragment, w którym jest napisane, że Bóg objawia tajemnice. – Agent pochylił się do przodu. – Modliłem się o proroczy sen, ale go nie otrzymałem. Przydarzyło mi się coś dużo bardziej realnego i niesamowitego. Wstałem wcześnie rano, zaparzyłem kawę i zabrałem się za czytanie jakiegoś artykułu z New York Times. Jego nagłówek brzmiał: Wróć do miejsca, gdzie utracono marzenia. Może wyda ci się to dziwne, ale od razu wiedziałem, co mam zrobić. Pojechałem zatem na Prince Street i przeszedłem się trasą, którą Etan podążał w tamten dzień na przystanek. Pokręciłem się w pobliżu sklepu, gdzie kiedyś pracowałeś. Ma się rozumieć nie tego samego. On już nie istnieje – dorzucił, traktując tą informację jako czysty ozdobnik. Przecież Pedro doskonale wiedział. – Zaszedłem budynek od strony zaplecza. Ponury zakątek z dużymi zniszczonymi kontenerami na śmieci – wycedził. Pedro zaczął się niespokojnie wiercić. – Stałem i wpatrywałem się w kubły, kiedy nagle powietrze zafalowało. Moim oczom ukazała się starodawna dwuskrzydłowa brama w kolorze ciemnego błękitu. Zupełnie, jakbym był na pustyni i oglądał fatamorganę. Tylko, że nie znajdowałem się na pustyni, a temperatura nie przekraczała sześćdziesięciu stopni Fahrenheita. Oszołomiony niewyjaśnionym zjawiskiem pchnąłem uchylone skrzydło bramy i przeszedłem na drugą stronę. Zgadnij, co się stało potem? – Na twarzy skazanego malowało się coś pomiędzy szokiem a niedowierzaniem. – Znalazłem się w zupełnie innej rzeczywistości. Zawitałem w dzielnicy SoHo, w Nowym Jorku, w 1979 roku. W dniu, w którym zaginął Etan. – Mitch wyodrębnił każde słowo.
– Jesteś chory – wyrzucił z siebie wyraźnie poruszony Pedro. – Masz urojenia. Sam na nie cierpiałem, więc wiem, o czym mówię.
Na ustach agenta zamajaczył uśmiech.
– Mylisz się. Jestem całkowicie zdrowy na umyśle. Patrzę, a z zaplecza sklepu ktoś się wynurza i niesie wielki worek…
– Nie zamierzam tego słuchać – wyrzęził Hernandez i spojrzał rozpaczliwie na strażnika.
– Błagam cię, Pedro. – Mitch nie dawał za wygraną. – Facet miał na głowie szarą czapkę z dużym daszkiem, która skutecznie zasłaniała mu twarz. Nosił brązowe spodnie i granatowy sweter. Przestraszyłem się, że mnie zauważy, więc ukryłem się za jednym z pojemników na śmieci. Gość zbliżył się do mnie na odległość wyciągnięcia ręki. Wtedy spojrzałem na jego buty. Znoszone sportowe obuwie, które niejedno w swoim życiu przeżyło. Mężczyzna postawił wór na ziemi. Folia naderwała się i…To było odrażające. – Agent przełknął ślinę. – Ze środka wystawała ręka dziecka – wydusił z siebie. – On też ją zauważył i upchnął z powrotem do worka. Następnie podstawił pudło pod kontener i z nabożną czcią włożył worek do środka. Nie wrzucił go niczym wora z ziemniakami – podkreślił Robison.
Na czoło więźnia wystąpiły drobniutkie kropelki potu.
– To ja zabiłem Etana Patza – powiedział przez zaciśnięte gardło.
– Pedro, przestań to powtarzać niczym mantrę. – Zniecierpliwiony Mitch nieznacznie podniósł głos. – Odruchowo wyskoczyłem zza kubła i krzyknąłem. Facet w czapce w żaden sposób nie zareagował, dzięki czemu uświadomiłem sobie, że mnie ani nie widzi, ani nie słyszy. Pragnąłem coś zrobić. Cokolwiek. Jednak stopy wrosły mi w ziemię i nie mogłem się nawet ruszyć. Facet zniknął na zapleczu.– Pedro zaczął ciężko oddychać i nerwowo ocierać czoło. – Przypomniałem sobie – ciągnął dalej Robinson – Że w zeznaniach wspomniałeś, że Etan jeszcze żył, kiedy niby włożyłeś go do worka. Tak strasznie chciałem chłopcu pomóc. Obróciłem głowę w bok i powiedz mi, Pedro, powiedz mi szczerze, kogo zobaczyłem? – Twarz agenta przybrała różowawy odcień. – Ciebie! Siedziałeś skulony za kubłem i patrzyłeś! Miałeś tylko 18 lat, ale prawie wcale się nie zmieniłeś.
– Pieprzysz bzdury. – Hernandez ledwo poruszał wargami. – Wpuszczasz mnie w maliny. Nic z tego. Nic z tego – powtórzył. – To ja zabiłem Etana Patza.
– Obserwowałem, jak podniosłeś się i wyszedłeś z ukrycia – mówił dalej Mitch, kompletnie ignorując wypowiedź skazanego. – Zacząłeś łazić tam i z powrotem jak niespokojny tygrys. Byłeś na skraju rozpaczy. Wołałem do ciebie. Machałem ramionami. Darłem się w niebogłosy. Dotykałem cię. Na próżno. Oglądałem przeszłość, która rozgrywała się przede mną niczym scena z filmu, ale w żaden sposób nie mogłem wpłynąć na bieg wydarzeń, Pedro. – Robinson sięgnął przez stół i złapał więźnia za rękę. Tym razem jego oczy zrobiły się wilgotne od łez.
– Nie dotykać więźnia! – ryknął strażnik.
Mitch cofnął dłoń.
– Zupełnie ci odbiło. – Spojrzenie Hernandeza nagle stwardniało. – Daj mi spokój.
– Jeśli się boisz i dlatego chronisz przestępcę, załatwimy ci inną tożsamość. Opuścisz Stany. Zaczniesz wszystko od nowa. Złóż nowe zeznania. Napiszemy apelację.
Więzień wyprostował się jak struna. Mitchell przesunął dłonią po twarzy.
– Pedro, powiedzmy, że to ty zabiłeś Etana Patza. – Agent wzdrygnął się, kiedy wypowiedział absurdalne według niego zdanie. – Kiedy ponownie zajrzałeś do śmietnika?
– Popołudniu.
– I nie znalazłeś worka?
– Nie. Wszystko jest w zeznaniach.
– Powiedziałeś, że kontener był pusty. Mam rację?
– Zgadza się.
– Widzisz, Pedro, lubię precyzyjność i wnikliwość. Nie wiem, dlaczego policja nie zwróciła uwagi na ten bardzo istotny szczegół. Dokopałem się jednak do archiwalnych grafików wywózki śmieci. Pracownicy firmy sprzątającej mieli przyjechać do Soho dopiero po długim weekendzie. – Twarz Hernandeza stężała w niemym osłupieniu. – Jeśli brakowało tylko worka z ciałem, to powiedz mi, gdzie on się podział?
– Kubeł był pusty – wybełkotał Pedro. – Musieli go opróżnić tego dnia do południa.
– Jasne. – Agent teatralnie pokiwał głową. – Firma obsługiwała wiele rejonów, więc jakoś nie chce mi się wierzyć, że postanowili wykonać zadanie, które nie mieściło się dwudziestego piątego maja w ich harmonogramie i popędzili na Dolny Manhattan w samo południe.
– Żegnam, panie Robinson. To koniec naszego spotkania – oznajmił więzień i wstał. Następnie odsunął się od stołu i wyciągnął nadgarstki przed siebie, żeby strażnik mógł zakuć go w kajdanki.
Pracownik więzienia wyprowadził skazanego z pokoju. Mitch został sam. Oparł ręce o blat stołu i położył na nich głowę. Czuł bezsilność. Wierzył całym sercem, że uda mu się przekonać Hernandeza do zmiany zeznań. Misja okazała się dużo trudniejsza niż się spodziewał. Kiedy strażnik wrócił i kazał mu opuścić pomieszczenie, wyszedł niechętnie. Powlókł się noga za nogą na parking.
– Widzę, że pomimo twoich chwalebnych wysiłków, akcja się nie powiodła. – Preethy potrzebowała tylko chwili, żeby zrozumieć smutną prawdę. – Jedźmy na dobry obiad i wszystko mi opowiesz – zarządziła i poklepała mężczyznę po ramieniu.
– A jak ci poszło z naszym więźniem-alibi?
– No, wiesz. Chwilę z nim pogawędziłam i wyszłam. Jedźmy coś zjeść.
– Nie jestem głodny. – Mitch zwiesił głowę.
– Nie dyskutuj ze mną – skontrowała. – Żarcie należy ci się jak psu buda. FBI stawia. Cholera jasna! – zaklęła. – Ledwo się mieszczę za kierownicą. Kiedy wreszcie przyjdzie wyzwolenie?
– Niedługo – bąknął agent. – I jeszcze zatęsknisz za czasem, gdy dzieci siedziały w twoim brzuchu. Nie odpuszczę, Preethy – zmienił temat.
– Akurat co do tej kwestii nie mam najmniejszych wątpliwości. Wstaniesz, otrzepiesz się i pójdziesz dalej.
– Myślisz, że zwariowałem?
– Jeśli nie wezwałam pomocy psychiatrycznej po wysłuchaniu opowieści o bramie czasu, nie stracę wiary tylko dlatego, że Pedro milczy jak zaklęty. Musi istnieć jakiś sposób, żeby udowodnić prawdę. Skoro masz Boga po swojej stronie, nie musimy się martwić, prawda?
– Jesteś wspaniała – powiedział Robinson.
Jednak w głębi serca Preethy zaczynała martwić się o partnera. W tym momencie powinien odpuścić. Najwyraźniej Hernandez chciał z jakiegoś powodu spędzić resztę życia w więzieniu i mimo nadprzyrodzonego doświadczenia Mitcha, okoliczności wciąż się nie zmieniały. Istniało natomiast ryzyko, że sprawa stanie się obsesją agenta, a takie przypadki nigdy nie kończą się dobrze.
Ujechali zaledwie kawałek drogi, kiedy zawibrował telefon Robinsona. Mężczyzna przerzucił połączenie na zestaw głośnomówiący.
– Gdzie jesteście, do kurwy nędzy!? – ryknął Olivier.
– Jak to gdzie? – wydukała skonfundowana Lordet. – W Michigan. Byliśmy się zobaczyć z Carlem Withtakerem.
– Może ty się z nim widziałaś, ale nie Mitch! Tak się składa, że znam naczelnika Johnsona od kołyski. Czy pogawędka z Pedro się udała?
Mitchell spojrzał na partnerkę i ułożył usta w słowa: Mamy przerąbane.
– Natychmiast wracajcie do Nowego Jorku i zasuwajcie do biura prosto z lotniska! – wydał rozkaz Bruno tonem nieznoszącym sprzeciwu.
– Nawet, jeśli to oznacza przyjazd w środku nocy? – odezwał się Robinson.
– Dokładnie tak.
Dyrektor się rozłączył.
– Bez sensu – zauważył Mitch. – Skoro stary chce mnie zwolnić, mógłby już sobie darować ten pośpiech. Ciebie chroni to. – Pokazał na brzuch Preethy.
– No, nie wiem – skomentowała agentka. – Ciąża nie daje immunitetu w przypadku niesubordynacji.
– Stary nie jest bez serca. Poza tym mamy tu do czynienia z okolicznością łagodzącą. – Mitch krzywo się uśmiechnął. – To ja sprowadziłem cię na złą drogę. Gniew Oliviera skupi się na mnie.
.

.
28 kwietnia 2017 roku, godzina 20:30, 26 Federal Plaza, biuro dyrektora FBI.
.
– Siadajcie – powiedział Olivier spokojnym tonem. – Czego się napijecie?
Robinson zrobił zdziwioną minę. Spodziewał się już od samego progu długiego wywodu na temat niesubordynacji i niedorzecznych pomysłów, które stawiają agencję w złym świetle. Spodziewał się, że szef natychmiast zażąda od niego zwrócenia broni i odznaki. Spokojny głos Oliviera i propozycja czegoś do picia jakoś nie wpisywały się w powyższy obrazek.
– Wody. – Mitch przysunął krzesło dla Preethy, a kiedy usiadła, zajął miejsce obok.
– Dla mnie też woda – poprosiła Lordet.
Bruno postawił szklanki przed agentami i nalał do nich wody. Następnie bez chociaż minimalnego wstępu ani nawet jednego słowa wyjaśnienia kliknął myszką od komputera i odwrócił ekran w ich stronę. Ich oczom ukazał się szczupły blondyn powyżej czterdziestki oraz dwóch policjantów. Zanim zaczęli rozmowę, jeden z funkcjonariuszy podał datę i godzinę przesłuchania.
– Proszę się przedstawić.
– Noel Daquin, lat czterdzieści cztery, zamieszkały we Francji, w Honfleur – odezwał się mężczyzna z francuskim akcentem.
– Jest pan żonaty?
– Tak. Mam dwójkę dzieci.
Mitch spojrzał pytającym wzrokiem na Oliviera, ale ten gestem ręki zachęcił go, żeby oglądał dalej.
– Co pan robi w Nowym Jorku?
– Jestem w podróży służbowej.
– Twierdzi pan, że jest Etanem Patzem zaginionym trzydzieści osiem lat temu?
– Tak.
Robinson zakrztusił się i parskając, zalał wodą spodnie.
– Proszę powiedzieć, co się wtedy stało – kontynuował funkcjonariusz na ekranie.
Lordet zacisnęła kurczowo dłonie na oparciach krzesła.
– Wyszedłem z domu i udałem się na przystanek autobusowy. Po drodze zaczepił mnie Norman.
– Szwagier Pedro Hernandeza?
– Tak.
– Jest pan pewien, że to był on?
– Dobrze go zapamiętałem. Wiele razy przechodziłem tamtędy z Kathy i Norman często nas zagadywał.
– Czego chciał?
– Zapytał, czy chce mi się pić i zaproponował napój gazowany. Poszedłem za nim na zaplecze sklepu, a on dał mi Sprite’a.
– Co się stało potem?
– Wypiłem napój i powiedziałem, że muszę jechać do szkoły. Wtedy on zapytał, czy mam ochotę zagrać w pewną grę. Wyjaśniłem, że jeśli mama się dowie, że nie byłem na lekcjach, strasznie się rozzłości. Norman zaoferował, że zadzwoni do domu i poprosi o jej zgodę. Chętnie na to przystałem, a on zniknął we wnętrzu sklepu, gdzie był telefon. Słyszałem, że z kimś rozmawia. Wtedy myślałem, że z mamą. Norman wrócił i oznajmił, że mama nie ma nic przeciwko temu, żebym się z nim pobawił. A ja mu uwierzyłem.
– Na czym miała polegać owa zabawa?
– Kazał mi wejść do plastikowego worka i udawać, że nie żyję. Miałem się nie ruszać ani nie odzywać. Powiedział, że wrzuci mnie do kontenera na śmieci, a potem ktoś mnie znajdzie. Im ciszej będę, tym większą nagrodę dostanę. Obiecał mi pieniądze.
– Nie przestraszył się pan?
– Nie. Wydało mi się to nawet śmieszne.
– Czy Pedro Hernandez znajdował się wtedy w sklepie?
– Nie widziałem go.
– Co było dalej?
– Wszedłem do worka. Norman zaniósł mnie do kubła i tam zostawił.
– Wiedziałem! – wyrwało się nagle z ust Mitchella. Agent zerwał się gwałtownie i walnął pięścią w biurko, żeby za chwilę znów bezwładnie opaść na krzesło.
Lordet nerwowo upiła kilka łyków wody. Jej gardło zrobiło się suche jak Sahara.
– Ktoś po pana przyszedł? – kontynuował funkcjonariusz.
– Wysoki facet z wąsami wyciągnął mnie z kontenera i powiedział, że zabawa posiada ciąg dalszy. Przedstawił mi się jako Jimmy. Tym razem mieliśmy chować się przed Normanem. Zaprowadził mnie do auta, w którym czekała jeszcze jakaś kobieta.
– Jak wyglądała?
– Rudowłosa. Dość pulchna. Nazywała się chyba Liz.
– Zaufał pan Jimmiemu?
– Był gadatliwy i wesoły. Po drodze kupił mi lody. Polubiłem go. Jechaliśmy chyba przez kilka godzin. Wtedy zacząłem się niepokoić i marudzić. Powtarzałem, że chcę wracać do domu. Jimmy zapewnił, że zadzwoni do mamy i zapyta, czy mogę spędzić u nich noc. Rzeczywiście zatrzymaliśmy się na stacji i Jimmy poszedł do budki telefonicznej. Podniósł słuchawkę i z kimś rozmawiał. Wrócił i przekazał mi, że mama się zgodziła i zawiozą mnie do domu dopiero następnego dnia. A ja znów mu uwierzyłem.
– I nie chciał pan sam usłyszeć mamy, porozmawiać z nią?
– Bałem się, że będzie mi robić wyrzuty z powodu nieobecności w szkole. Zgodziła się, żebym wziął udział w tej zabawie, ale bałem się, że mimo wszystko mnie zbeszta.
– Co było dalej?
– Jimmy kupił mi kanapkę i ruszyliśmy dalej. Czułem się tak, jakbym brał udział w niesamowitej przygodzie. Poza tym Jimmy jeszcze kilka razy obiecał mi pieniądze. Wyobrażałem sobie, jakie to będzie niesamowite, kiedy dam je rodzicom. Wreszcie dotarliśmy do niewielkiego domku na odludziu. Nie wiem, co to było za miejsce. Pamiętam, że niedaleko domu było jezioro. Poszliśmy tam razem z Jimmim, żeby łowić ryby. A Liz ugotowała obiad. Mogę zapalić papierosa?
– Oczywiście, proszę.
– Dziękuję. Rzuciłem palenie trzy lata temu, ale chwilowo znów palę.
– Trudno się dziwić. To wszystko musi pana mocno stresować.
Mężczyzna wyjął paczkę papierosów, jeden z policjantów podał mu ogień. Noel zaciągnął się i mówił dalej.
– Rano zacząłem marudzić i prosić, żeby zawieźli mnie z powrotem do domu. Tęskniłem za rodzicami. Już nie chciałem bawić się w tą grę. Nie chciałem tych obiecanych pieniędzy. Wtedy Jimmy wziął mnie na kolana i smutnym głosem powiedział, że musi mi przekazać przykrą wiadomość. Oznajmił, że nie wrócę do domu, ponieważ rodzice mnie oddali. Brakowało pieniędzy, żeby utrzymać naszą dwójkę, więc postanowili, że Kurtis z nimi zostanie. Dla mnie znaleźli nowych opiekunów, którzy zapewnią mi dobrą przyszłość. – Mężczyzna odchylił się na krześle, mięśnie na jego twarzy wyraźnie się napięły. – Rozpłakałem się i od razu stanęły mi przed oczami wszystkie kłótnie rodziców o pieniądze i o zlecenia taty. – Śledził wzrokiem chmurkę dymu, która nikła w powietrzu. – Miałem tylko sześć lat. Łyknąłem tą historię.
– A skąd Jimmy mógł wiedzieć, że ma uderzyć w nutę braku pieniędzy?
– Chyba kiedyś wspomniałem coś Kathy, jak mnie odprowadzała na przystanek. Musiałem jej powiedzieć o kłótniach rodziców i być może jej się zwierzyłem, że chcę znaleźć pracę.
– Czyli Kathy musiała to przekazać Normanowi?
– Najwyraźniej. Jose był jej chłopakiem, ale ona lubiła gadać z Normanem. Pewnie coś chlapnęła.
– Co wydarzyło się potem?
– Zacząłem błagać, żeby zawieźli mnie do rodziców a ja ich przekonam, że mogę pracować i zarabiać pieniądze. Odpowiedzieli, że rodzice już podjęli decyzję i jest ona nieodwołalna. Mniej więcej około południa pojawiła się tajemnicza para. Adrien i Sophie. Sympatyczni, ciepli ludzie. Powiedzieli, że się mną zajmą i że od teraz będę ich synem. Przefarbowali mi włosy. Stwierdzili, że dzięki temu szybciej zapomnę. Poinformowali mnie, że Noel Daquin to od teraz moje nowe imię i nazwisko.
– Jak dostaliście się do Europy? Musieli panu załatwić dokumenty.
– Nie wiem. Może kogoś przekupili? Pojechaliśmy na lotnisko i oni przed lotem dali mi coś do wypicia. Twardo zasnąłem.
– Tęsknił pan za Stanem i Julie?
– Na początku tak, ale świadomość, że wybrali Kurtisa a nie mnie, wbiła mi się w serce niczym zatruta strzała. Czułem potworny żal. Wypłakałem z tego powodu wiele łez. Adrien i Sophie dobrze się mną opiekowali – dodał. – Naprawdę mnie kochali.
– Czy kiedykolwiek komukolwiek opowiedział pan o tym, co się wydarzyło?
– Nie. Nawet żona o tym nie wiedziała. Zacząłem nowe życie. Nie chciałem wracać do przeszłości. Z czasem obraz rodziców robił się coraz bardziej niewyraźny, rozmyty. W pewnym momencie chyba nawet zacząłem wątpić w to, czy miałem jakiekolwiek inne życie przed Adrienem i Sophie.
– I przez te wszystkie lata nie miał pan pojęcia, że był poszukiwany?
– Nie. Kiedy w dwa tysiące dwunastym oskarżono Pedro Hernandeza, mieszkałem z rodziną w Afryce.
– Czy to znaczy, że dowiedział się pan o wszystkim trzy dni temu?
– Tak. W hotelowym pokoju, oglądając wiadomości.
– Co pan poczuł, kiedy pan odkrył, że Norman, Adrien i Sophie kłamali, a prawdziwi rodzice odchodzili od zmysłów po pańskim zniknięciu?
Mężczyzna odchrząknął.
– Najpierw szok. Tak, to słowo chyba najlepiej oddaje moje emocje. Potem poczułem olbrzymią ulgę. – Patz przesunął dłonią po twarzy. – Tak, jakby jakiś kolosalny głaz nagle spadł mi z serca. Rozpłakałem się z radości i jednocześnie z ogromnego bólu. Bólu z powodu rozłąki z nimi i z bratem. Potem przyszła wielka złość na wszystkich, którzy za to odpowiadali. Na Normana. Na moich przybranych rodziców. I nagle tamten dzień, kiedy szedłem na przystanek przypomniał mi się w najdrobniejszych szczegółach.
– I co pan wtedy zrobił?
– Przyszedłem tutaj.
– Co się stało z Adrien i Sophie?
– Zginęli w wypadku samochodowym prawie piętnaście lat temu.
Olivier wyłączył nagranie. Przez dłuższą chwilę nikt się nie odzywał.
– Potem sobie obejrzycie w całości, ale to naprawdę Etan Patz. Ma takie samo znamię w kształcie gwiazdy na lewej kostce. Julie natychmiast go rozpoznała – przerwał wreszcie milczenie Olivier. – Na wynik badania DNA trzeba trochę poczekać – Boże! – Mężczyzna pokręcił głową. – Szkoda, że nie widzieliście ich spotkania. Kurtis też przyjechał. Bracia tulili się do siebie i płakali jak mali chłopcy.
– Niesamowite! – wykrztusiła z siebie Preethy. Spojrzała na Mitchella. Mimo że cały czas wspierała partnera, czuła się teraz niczym ateista, który nagle odkrywa, że Bóg istnieje. Robinson siedział lekko przygarbiony i z zastygłą twarzą wpatrywał się w wykładzinę.
– Zatrzymano Normana – oznajmił Bruno. – Przyznał się do porwania i sprzedania Etana bogatej francuskiej parze. Dzięki temu spłacił długi. Jose Ramos dał mu cynk, że dziecko będzie szło na przystanek samo. Pedro widział, jak Norman pakuje chłopaka do wora. Sądził, że Etan nie żyje. Nie chciał wydać człowieka, któremu przecież wiele zawdzięczał, ale sumienie nie dawało mu spokoju. Norman zastraszył go do tego stopnia, że Hernandez zupełnie psychicznie się rozsypał. Zaczął rzeczywiście opowiadać, że to on zamordował Etana. W międzyczasie odeszła od niego żona i stracił pracę. Zgłosił się na policję na skraju załamania nerwowego. Ciąg dalszy znacie.
– Norman postanowił dokończyć to, co zaczął Pedro – odezwała się cicho Lordet. – Chciał mieć pewność, że Hernandezowi nagle się nie odmieni i nie przedstawi prawdziwej wersji wydarzeń…
– Cholera jasna, Mitch. Miałeś pieprzoną rację! – wyrzucił z siebie Olivier takim tonem, że agentowi zrobiło się go nawet żal. Wiedział, że dziękowanie i przyznawanie komuś słuszności nie są najmocniejszą stroną szefa.
– Bóg nie pozwolił mi zrezygnować – rzucił Robinson. – Dał mi wszystko, czego potrzebowałem. Siłę, determinację i znaki.
– No, to teraz prokurator zostanie zgrillowany żywcem na wiórek – zaszczebiotała Preethy. – Brawo partnerze!
Robinson pochylił się, ukrył twarz w dłoniach i zaczął płakać. Czuł, że wraz ze łzami opuszcza go całe napięcie, które towarzyszyło mu od wielu miesięcy. Płakał z radości i z wdzięczności.
.
29 maja 2017 roku, godzina 10:30, więzienie stanowe w Michigan.
.
Drobny mężczyzna sprawiał wrażenie mocno zagubionego. Stał przed bramą więzienia, bezradnie przyciskając do piersi cały swój dobytek mieszczący się w niewielkiej paczce. Rozglądał się niepewnie dookoła.
– Cześć, Pedro! – zawołał Mitchell, a potem wolnym krokiem zbliżył się do Hernandeza. Mężczyzna skulił ramiona, unikał wzroku agenta. – Wiem, że nie masz dokąd iść. Nie martw się. Ja i moja żona, Becky, pomożemy ci – oznajmił życzliwie Robinson. – Wynająłem mieszkanie w Nowym Jorku. Jest skromne, ale na początek wystarczy. Myślę, że spodoba ci się kolor ścian. W czwartek zaczniesz pracę w warsztacie samochodowym. Kiedyś naprawiałeś auta. Mam rację?
Hernandez nabrał tchu i pochylił się jeszcze bardziej, jakby pragnął zamknąć się w skorupie.
– Najpierw zabiorę cię do nas – mówił dalej agent. – Becky robi najlepsze chimiczanga na świecie i musisz koniecznie spróbować. Wszystko się ułoży. Zobaczysz. – Spojrzał na Pedro ze współczuciem. – Polecisz ze mną? – zapytał.
Hernandez lekko wyprężył klatkę piersiową i skinął głową.
M.M. Macko
Chociaż zakończenie opowiadania jest fikcyjne, bardzo bym chciała, żeby pewnego dnia Etan Patz odnalazł się żywy. To byłoby coś przecudownego. Dziś miałby pięćdziesiąt trzy lata.