.

Życie jest żartem

.

Mój piękny Panie raz zobaczony w technikolorze
Piszę do Pana ostatni list
Już mi lusterko z tym Pana zdjęciem też nie pomoże
Pora mi dzisiaj do ślubu iść

Mój piękny Panie, ja go nie kocham, taka jest prawda
Pan główną rolę gra w każdym śnie
Ale dziewczyna przez świat nie może iść całkiem sama
Życie jest życiem, Pan przecież wie

.

Pan wie, Leonardzie, życie jest żartem, czyż nie? Z okazji Prima Aprilis postaram się napisać coś wyjątkowo zabawnego. Aż śmiać mi się chce z samej siebie. Piszę najczęściej ponure historie kryminalne, gdzie mordercy czają się za każdym krzakiem, a śmierć zagląda przez okna. Ale dzisiaj zatańczę z panią śmiercią kujawiaka albo krakowiaka — czyli hulaj dusza.

Kryminały tak zwane „na wesoło” — mówi to Panu coś? Alex Rogoziński na przykład takie pisze. Oczywiście królową tego typu kryminałów była Joanna Chmielewska. Jest jeszcze pani Hannah z trupem podczas five o’clock tea. Angielskie zbrodnie w pięknych okolicznościach przyrody, morderstwa nigdy zbyt brutalne, aby czytelnik nie zachłysnął się, broń Boże, Earl Greyem.

A ja? Proszę się nie śmiać — to znaczy, proszę się śmiać, ale ze mną, nie ze mnie. Bo jeśli już ktoś ma się ośmieszyć, to przynajmniej z godnością i przy lekkiej muzyce w tle.

Wyobraża Pan to sobie: trup, który pojawia się w najmniej odpowiednim momencie — na przykład podczas rodzinnego obiadu, między rosołem a sernikiem. Ciotka Zofia mdleje, wuj Stefan sprawdza puls widelcem, a ktoś w tle pyta, czy jeszcze będzie kawa. I nagle wszyscy stają się podejrzani — nie dlatego, że mają motyw, ale dlatego, że każdy coś ukrywa. Jedna romans, drugi długi, trzeci… no cóż, trzeci po prostu nie lubił denata, co w tych okolicznościach brzmi niemal jak przyznanie się do winy.

I w tym wszystkim ja — autorka, która zwykle z powagą bada zbrodnię — teraz próbuje nie parsknąć śmiechem przy opisie miejsca zdarzenia. Proszę mi wierzyć, Leonardzie, to trudniejsze, niż mogłoby się wydawać. Bo jak tu zachować napięcie, kiedy świadek zamiast zeznawać zaczyna opowiadać dowcipy, a detektyw gubi notatki, bo ktoś pomylił je z listą zakupów?

Jest w tym coś wyzwalającego. Jakby śmierć, zamiast być tą poważną damą w czerni, nagle założyła kolorową spódnicę i zaczęła wirować po parkiecie, mrugając do mnie porozumiewawczo. „Nie bierz mnie dziś tak serio” — zdaje się mówić.

A skoro bawimy się w lekką konwencję, to niech i śledztwo będzie… odrobinę niepoważne. Niech detektyw, zamiast mrocznego spojrzenia i milczącej charyzmy, ma lekką zadyszkę i skłonność do dygresji. Niech zbrodnia wydarzy się nie dlatego, że ktoś planował ją miesiącami, ale dlatego, że ktoś się potknął — dosłownie lub metaforycznie — o własne ambicje, własne kłamstwa, a może i o dywan w salonie.

Bo, Leonardzie, proszę zwrócić uwagę: w życiu rzadko kiedy tragedia przychodzi w idealnie skrojonej formie. Częściej jest to ciąg niefortunnych zdarzeń, drobnych pomyłek, źle wypowiedzianych słów i jeszcze gorzej zrozumianych intencji. A potem — bach. I już mamy materiał na powieść.

Wyobrażam sobie, że ktoś w końcu odkrywa prawdę — może ta sama ciotka Zofia, która wcześniej zemdlała, odzyskuje przytomność i nagle przypomina sobie coś kluczowego. Może wuj Stefan, z tym swoim widelcem, trafia przypadkiem na właściwy trop. A może sprawca sam się zdradza, bo nie wytrzymuje napięcia i zaczyna mówić za dużo, za nerwowo.

I kiedy wszystko wychodzi na jaw, nie ma ciężkiej ciszy. Jest raczej konsternacja. Ktoś chrząka. Ktoś inny dolewa sobie herbaty. A potem — nieśmiały śmiech. Bo okazuje się, że cała ta tragedia miała w sobie coś… groteskowego.

I wtedy, Leonardzie, przychodzi mi do głowy myśl nieco niepokojąca.

Może życie naprawdę jest żartem. Tylko takim, który opowiedziano nam z kamienną twarzą, więc długo nie mogliśmy się zorientować, że wolno się śmiać.

W każdej historii ktoś chce być bohaterem, ktoś intrygantem, ktoś ofiarą. A potem okazuje się, że gramy po trochu wszystkie role naraz. I nawet jeśli na początku wydaje się, że to tragedia w trzech aktach, to w finale ktoś potyka się o własne kwestie i robi się z tego farsa.

Więc może warto czasem… odpuścić powagę. Zostawić ją na inne dni, na inne opowieści. Dzisiaj niech śmierć zatańczy, detektyw się pomyli, a prawda wyjdzie na jaw trochę przez przypadek, trochę przez nieuwagę, a trochę dlatego, że ktoś nie umiał utrzymać powagi.

A ja? Ja spróbuję to wszystko zapisać.

I jeśli gdzieś między jednym zdaniem a drugim usłyszy Pan mój śmiech, Leonardzie — proszę się nie niepokoić.

Przecież życie to żart.

Katarzyna Godefroy

.

2
0

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *