.

„Słowa strugamy do snu”

.

Tytuł to cytat z tomu poety Kazimierza Brakonieckiego. 

Jest rok 2005. W półleżącej pozycji, okutana kołdrą zalegam na fotelu. Jestem na zwolnieniu lekarskim. Przerzucam kanały. Jestem sama w domu, bo wszyscy poszli do pracy. Od kilku dni spływają informacje, że Jan Paweł II umiera. Za rok wyjdę za mąż, ale jeszcze tego nie wiem, nawet nie przeczuwam. Za dwa lata urodzi się nasze pierwsze dziecko, ale w tamtym czasie nawet mi to nie przemyka przez głowę. Za trzy lata zadebiutuję zbiorem opowiadań. A za cztery przyjdzie na świat nasz drugi maluch. Wszystko jeszcze przede mną, przed nami, wszystko mówi o życiu, a tymczasem ktoś ważny żegna się z życiem. I dzieje się to w momencie, kiedy co chwilę używam inhalatora, bo grypa pozbawia mnie oddechu. Mam dreszcze i czerwony nos, co chwilę kicham, ale nawet nie pomyślę o śmierci. Na większości kanałów lecą filmy religijne. Informacje są przekazywane tylko od czasu do czasu. 

Należę do pokolenia JPII. Na tamten moment nie znam innego papieża. Niedługo po moim urodzeniu Karol Wojtyła zostaje wybrany na głowę Kościoła, dorastam podczas jego pontyfikatu. Pamiętam większość jego pielgrzymek do Polski i to jak je ludzie przeżywali. W większości uczestniczyłam. Pamiętam z jaką czcią o nim mówiono na wsi, z jaką czcią przechowywano obrazki z jego podobiznami i jak mi jest trudno opowiedzieć o tym swoim dzieciom, bo one tej czci nie potrafią zrozumieć. 

Jest rok 2005, kwiecień, ledwo oddycham, ale mam świadomość, że dzieje się coś ważnego. Nie mam tylko wiedzy na temat, tego jak wiele śmierć Jana Pawła II zmieni, bo naiwnie wierzę, że wszystko pozostanie takie jakie było, że słowo szacunek będzie znaczyło szacunek, a odraza do kłamstwa nie zostanie nazwana słabością, że kradzież będzie kradzieżą, a nie „błyskotliwym ogarnianiem cudzego kapitału”. 

Tego wszystkiego nie wiem. Bo nawet możliwość przeinaczania znaczenia słów nie przychodzi mi do głowy.

Na razie jest początek kwietnia a ja obserwuję, co inni o całej sytuacji mówią. Między jednym zatkaniem ucha, a drugiego odetkaniem, próbuję pojąć wagę sytuacji historycznej. Ale nie mam na ten temat nawet przeczucia. Nie umiem przewidzieć konsekwencji, bo na razie wszyscy są poruszeni. Wszyscy wokół mnie, a nawet ci w telewizji. Nie przychodzi mi również do głowy, że oni mogą grać. Nie znam jeszcze takiej figury odgrywanej na wizji. Na tamten moment wierzę każdej łzie i każdemu słowu wymawianemu – jak mi się wydaje – z żalem. 

Dopiero wiele później dowiem się, że taki teatr stanie się normą i nie należy mu wierzyć. Nie jestem jeszcze pokoleniem dojrzałym, dopiero uczę się dorosłości. Bardziej od polityki fascynuje mnie życie, przeżywanie tegoż życia.

Jednak jest ten rok 2005, wiosna i zarazki w powietrzu, a ja oglądam film o objawieniach, jeden za drugim. Słucham przestróg i nagan, przykazów i informacji. Nie wiem jak się czuję psychicznie poza tym, że cieszę się, że moja babcia tego dnia nie dożyła. Nie umiem odejść od telewizora, bo wydaje mi się, że jeśli to zrobię, to przeoczę coś bardzo ważnego. 

Cały dzień jest pewnego rodzaju kontemplacją, refleksją na temat celu życia i tego jak decyzje, które podejmujemy wpływają na rodzaj tego życia. Wpływają również na to, w którym kierunku idziemy i co nas ominie, bo wielokrotnie stajemy na rozdrożu. Nie sposób pójść we wszystkich kierunkach równocześnie. Mój moment życiowy, w którym się wtedy znajduję jest czasem bezpieczeństwa, stabilizacji. Największe wyzwania są jeszcze w przyszłości. Na razie mam w sobie potężną wiarę, że każda praca przynosi sukces i jeśli nikogo nie krzywdzimy, to na pewno spotka nas powodzenie. Ta wiara wynika również z tego papieskiego pontyfikatu, który ją wzmacnia, bo Jan Paweł II mówi do nas – wtedy – cały czas. Jego słowa są obecne każdego dnia i nie podlegają niczyjej naganie czy manipulacji. Jego postać jest pewnego rodzaju stałym punktem, który łagodzi strach i jednoczy wielu w podobnej wierze. Ba! Jednoczy wokół pojmowania czym jest dobro również tych spoza naszej religii. Co powoduje, że ludzie w pewnych kwestiach mówią jednym głosem i mają podobne przekonania. Jak również czują się częścią czegoś większego. 

Piszę o tym dniu, który był dla mnie osobistym dniem, bo nie spędziłam go na gonitwie czy pracy w pocie czoła, a miałam luksus spożytkowania go na zadumę. Celowo nie piszę o papieżu tego wszystkiego, co uznać by można za górnolotne. Celowo wspominam ten czas pokazując moją perspektywę, bo chciałabym pokazać jak bardzo postać Jana Pawła II wrosła w moje życie.

Nadchodzi wieczór. Jest drugi kwietnia. Kilkadziesiąt minut przed dziesiątą dowiadujemy się, że papież zmarł. Wydaje się, że cały świat płacze. Spikerom telewizyjnym, przekazującym tę informację rwie się głos. Ludzie chcą być blisko siebie jak wtedy, kiedy niedawno wybuchła wojna na Ukrainie. Robi się ciasno w kościołach. Nie słychać krytyki czy ataków słownych. Nikt się nie dziwi, że ten czy tamten jest poruszony. Nikomu nie przychodzi nawet do głowy aby wątpić w prawdziwość cudzych łez. 

Jest rok 1987, czerwiec. Pamiętam tarnowskie błonie i to jak przedzieraliśmy się przez błoto po kolana, bo trzeba było zostawić samochód daleko, daleko od miejsca, na którym znajdowały się sektory. Tłum ludzi. Spokojnych, serdecznych, maszerujących obok siebie. Wszyscy przemoknięci byliśmy do suchej nitki, wszyscy brudni jak „nieboskie stworzenia”, a w trakcie mszy wyszło słońce i nawet takie chuchro jak ja się nie rozchorowało. Miała wtedy miejsce beatyfikacja Karoliny Kózkówny.

Rok 1997 też czerwiec, Błonia Krakowskie. Kanonizacja królowej Jadwigi. Od czwartej rano pod oknami naszego akademika idą tłumy ludzi. Mamy blisko, dlatego nie idziemy wcześniej. Ale tego cichego pochodu nigdy nie zapomnę. Z reklamówkami, plecakami, niewyspani, utrudzeni, szurający butami. Jak duchy. Podobne do szumu wiatru przeganiającego stosy liści. 

Nikt nam nie każe iść na Błonia. Ale idziemy. Mamy miejsca bardzo daleko, siadamy na trawie. Jest piękny, ciepły dzień. 

W końcu nadchodzi rok 2005, ósmy kwietnia. Pogrzeb Jana Pawła II. Błonia Krakowskie obstawione ogromnymi telebimami, rzesze ludzi. Nie pamiętam zmęczenia. Stoimy w ciżbie razem z koleżanką. Mnóstwo kibiców w zwartej grupie. Już przed pogrzebem słychać o pojednaniu zwaśnionych kibiców, manifestacje, wspólne uczestnictwo w mszach. Okrzyki i transparenty: pojednanie dla papieża. Pokój ten co prawda nie trwa długo, ale w czasie tuż przed pogrzebem i w jego trakcie istniał. Podczas pogrzebu stoimy obok siebie nie czujemy lęku ani gniewu. Nie obawiamy się – zwykli ludzie – że ktoś wyskoczy do nas z pięściami. Po mszy idziemy na Rynek, pod papieskie okno na Franciszkańską. Wszędzie stoją telebimy, mnóstwo ludzi aż trudno przejść. Jest już wieczór, ale nikt się nie rozchodzi. Kościoły z szeroko otwartymi drzwiami. Ciepło. Atmosfera podniosła, niezwykła, powietrze gęste, jakby na coś jeszcze czekano, jakby coś się jeszcze miało wydarzyć. Jakby nie wierzono, że już po wszystkim. Jakby nie chciano się pogodzić z tym, że jedyne co się jeszcze wydarzy i co uda się zaobserwować to opadający kurz. A później zapadnie cisza.

W pewnym momencie za czasów prlu ludzie się czuli jakby byli nikim. Głowy przy ziemi, jak niewolnicy. A to Ojciec Święty powiedział tym ludziom, że nie są nikim, to on ich mentalnie podniósł z klęczek. 

Współczesność. Tak sobie patrzę, obserwuję, słucham i nawet już się nie dziwię. To, co dostrzegam, co słyszę, bo oczy chociaż można zamknąć, a uszu zatkać się nie da, to wszystko spływa już po mnie. Omiata moją głowę i spada na ziemię bez hałasu. Później tylko trzeba posprzątać, bo zawsze się brudzi, gdy słowa się tlą i zwolna zamieniają się w popiół. Posprzątać koniecznie, aby nie narobić brudnych śladów.

Tak sobie patrzę bez tchu, bez głosu i krzyku. W milczeniu. Z rozszerzonymi źrenicami. Bez złorzeczeń. Oczami podobnymi do ptasich oczu. Przypominającymi zakopane w oczodołach kamienie. 

Kiedy tak patrzę na świat emitowany w wiadomościach, przestaję się zastanawiać nad płynącymi z ekranu słowami, nie oczekuję już mądrości ani refleksji, mam wrażenie, że nastała epoka zombie. Nie pytam już: dlaczego? Ani jakim prawem? Jak możemy z tym walczyć, pytamy siebie wzajemnie spojrzeniami nad parującą kawą. Jednak w milczeniu. Możemy pamiętać i poprzez opowieści tę pamięć umacniać. Nie poprzez nienawiść, tym bardziej, że tej nienawiści nie czujemy. Może poprzez współczucie dla tych oszalałych z nienawiści?

Kiedy tak się przyglądałam dzisiejszego poranka, przypomniałam sobie strzępki słów z wierszy Brakonieckiego. On w niezwykły sposób zestawia ze sobą słowa.

„słowa strugamy do snu”

„łamiąc się ziemią”

„oszalałe okna”

„połamany na skrzynie wiatr”

„ochrypły modlitewnik”

„dziecko modlące się za Boga dziadków”

„gdzie jest człowiek

z bólu prawdy

wrośnięty nieudolnie w popiół”

„czyja jest 

moja prawda”

„to Judasz mnie boli

jak ciało Boga”

„oto jestem ojcem 

dziesięciu palców

krwi zmarzniętej i złamanego 

w skórze chleba”

„ty wiesz i ja wiem

wgryzieni po dziąsła w noc

widzimy czerwono spętane paprocie”

.

Te słowa pochodzą z tomu pt.: „Zrosty”.

.

Na dzień dzisiejszy już nie wierzę łzom publicznym. Nie wierzę żadnej stronie. Jeśli nie mam możliwości sama sprawdzić jakiejś informacji, to nie obejmuję w jej sprawie stanowiska. Kurz faktycznie opadł, ale nie ukazał się klarowny widok, a mgła. Nie ma już świętości, zbezcześcić można wszystko, upodlić każdego, nie ma autorytetów ani hamulców w okłamywaniu innych. Nie stanowimy już jedności, rozpadliśmy się niczym perły z rozerwanego naszyjnika. Każda potoczyła się w innym kierunku.

„Słowa strugamy do snu”

Tytuł to cytat z tomu poety Kazimierza Brakonieckiego. 

Jest rok 2005. W półleżącej pozycji, okutana kołdrą zalegam na fotelu. Jestem na zwolnieniu lekarskim. Przerzucam kanały. Jestem sama w domu, bo wszyscy poszli do pracy. Od kilku dni spływają informacje, że Jan Paweł II umiera. Za rok wyjdę za mąż, ale jeszcze tego nie wiem, nawet nie przeczuwam. Za dwa lata urodzi się nasze pierwsze dziecko, ale w tamtym czasie nawet mi to nie przemyka przez głowę. Za trzy lata zadebiutuję zbiorem opowiadań. A za cztery przyjdzie na świat nasz drugi maluch. Wszystko jeszcze przede mną, przed nami, wszystko mówi o życiu, a tymczasem ktoś ważny żegna się z życiem. I dzieje się to w momencie, kiedy co chwilę używam inhalatora, bo grypa pozbawia mnie oddechu. Mam dreszcze i czerwony nos, co chwilę kicham, ale nawet nie pomyślę o śmierci. Na większości kanałów lecą filmy religijne. Informacje są przekazywane tylko od czasu do czasu. 

Należę do pokolenia JPII. Na tamten moment nie znam innego papieża. Niedługo po moim urodzeniu Karol Wojtyła zostaje wybrany na głowę Kościoła, dorastam podczas jego pontyfikatu. Pamiętam większość jego pielgrzymek do Polski i to jak je ludzie przeżywali. W większości uczestniczyłam. Pamiętam z jaką czcią o nim mówiono na wsi, z jaką czcią przechowywano obrazki z jego podobiznami i jak mi jest trudno opowiedzieć o tym swoim dzieciom, bo one tej czci nie potrafią zrozumieć. 

Jest rok 2005, kwiecień, ledwo oddycham, ale mam świadomość, że dzieje się coś ważnego. Nie mam tylko wiedzy na temat, tego jak wiele śmierć Jana Pawła II zmieni, bo naiwnie wierzę, że wszystko pozostanie takie jakie było, że słowo szacunek będzie znaczyło szacunek, a odraza do kłamstwa nie zostanie nazwana słabością, że kradzież będzie kradzieżą, a nie „błyskotliwym ogarnianiem cudzego kapitału”. 

Tego wszystkiego nie wiem. Bo nawet możliwość przeinaczania znaczenia słów nie przychodzi mi do głowy.

Na razie jest początek kwietnia a ja obserwuję, co inni o całej sytuacji mówią. Między jednym zatkaniem ucha, a drugiego odetkaniem, próbuję pojąć wagę sytuacji historycznej. Ale nie mam na ten temat nawet przeczucia. Nie umiem przewidzieć konsekwencji, bo na razie wszyscy są poruszeni. Wszyscy wokół mnie, a nawet ci w telewizji. Nie przychodzi mi również do głowy, że oni mogą grać. Nie znam jeszcze takiej figury odgrywanej na wizji. Na tamten moment wierzę każdej łzie i każdemu słowu wymawianemu – jak mi się wydaje – z żalem. 

Dopiero wiele później dowiem się, że taki teatr stanie się normą i nie należy mu wierzyć. Nie jestem jeszcze pokoleniem dojrzałym, dopiero uczę się dorosłości. Bardziej od polityki fascynuje mnie życie, przeżywanie tegoż życia.

Jednak jest ten rok 2005, wiosna i zarazki w powietrzu, a ja oglądam film o objawieniach, jeden za drugim. Słucham przestróg i nagan, przykazów i informacji. Nie wiem jak się czuję psychicznie poza tym, że cieszę się, że moja babcia tego dnia nie dożyła. Nie umiem odejść od telewizora, bo wydaje mi się, że jeśli to zrobię, to przeoczę coś bardzo ważnego. 

Cały dzień jest pewnego rodzaju kontemplacją, refleksją na temat celu życia i tego jak decyzje, które podejmujemy wpływają na rodzaj tego życia. Wpływają również na to, w którym kierunku idziemy i co nas ominie, bo wielokrotnie stajemy na rozdrożu. Nie sposób pójść we wszystkich kierunkach równocześnie. Mój moment życiowy, w którym się wtedy znajduję jest czasem bezpieczeństwa, stabilizacji. Największe wyzwania są jeszcze w przyszłości. Na razie mam w sobie potężną wiarę, że każda praca przynosi sukces i jeśli nikogo nie krzywdzimy, to na pewno spotka nas powodzenie. Ta wiara wynika również z tego papieskiego pontyfikatu, który ją wzmacnia, bo Jan Paweł II mówi do nas – wtedy – cały czas. Jego słowa są obecne każdego dnia i nie podlegają niczyjej naganie czy manipulacji. Jego postać jest pewnego rodzaju stałym punktem, który łagodzi strach i jednoczy wielu w podobnej wierze. Ba! Jednoczy wokół pojmowania czym jest dobro również tych spoza naszej religii. Co powoduje, że ludzie w pewnych kwestiach mówią jednym głosem i mają podobne przekonania. Jak również czują się częścią czegoś większego. 

Piszę o tym dniu, który był dla mnie osobistym dniem, bo nie spędziłam go na gonitwie czy pracy w pocie czoła, a miałam luksus spożytkowania go na zadumę. Celowo nie piszę o papieżu tego wszystkiego, co uznać by można za górnolotne. Celowo wspominam ten czas pokazując moją perspektywę, bo chciałabym pokazać jak bardzo postać Jana Pawła II wrosła w moje życie.

Nadchodzi wieczór. Jest drugi kwietnia. Kilkadziesiąt minut przed dziesiątą dowiadujemy się, że papież zmarł. Wydaje się, że cały świat płacze. Spikerom telewizyjnym, przekazującym tę informację rwie się głos. Ludzie chcą być blisko siebie jak wtedy, kiedy niedawno wybuchła wojna na Ukrainie. Robi się ciasno w kościołach. Nie słychać krytyki czy ataków słownych. Nikt się nie dziwi, że ten czy tamten jest poruszony. Nikomu nie przychodzi nawet do głowy aby wątpić w prawdziwość cudzych łez. 

Jest rok 1987, czerwiec. Pamiętam tarnowskie błonie i to jak przedzieraliśmy się przez błoto po kolana, bo trzeba było zostawić samochód daleko, daleko od miejsca, na którym znajdowały się sektory. Tłum ludzi. Spokojnych, serdecznych, maszerujących obok siebie. Wszyscy przemoknięci byliśmy do suchej nitki, wszyscy brudni jak „nieboskie stworzenia”, a w trakcie mszy wyszło słońce i nawet takie chuchro jak ja się nie rozchorowało. Miała wtedy miejsce beatyfikacja Karoliny Kózkówny.

Rok 1997 też czerwiec, Błonia Krakowskie. Kanonizacja królowej Jadwigi. Od czwartej rano pod oknami naszego akademika idą tłumy ludzi. Mamy blisko, dlatego nie idziemy wcześniej. Ale tego cichego pochodu nigdy nie zapomnę. Z reklamówkami, plecakami, niewyspani, utrudzeni, szurający butami. Jak duchy. Podobne do szumu wiatru przeganiającego stosy liści. 

Nikt nam nie każe iść na Błonia. Ale idziemy. Mamy miejsca bardzo daleko, siadamy na trawie. Jest piękny, ciepły dzień. 

W końcu nadchodzi rok 2005, ósmy kwietnia. Pogrzeb Jana Pawła II. Błonia Krakowskie obstawione ogromnymi telebimami, rzesze ludzi. Nie pamiętam zmęczenia. Stoimy w ciżbie razem z koleżanką. Mnóstwo kibiców w zwartej grupie. Już przed pogrzebem słychać o pojednaniu zwaśnionych kibiców, manifestacje, wspólne uczestnictwo w mszach. Okrzyki i transparenty: pojednanie dla papieża. Pokój ten co prawda nie trwa długo, ale w czasie tuż przed pogrzebem i w jego trakcie istniał. Podczas pogrzebu stoimy obok siebie nie czujemy lęku ani gniewu. Nie obawiamy się – zwykli ludzie – że ktoś wyskoczy do nas z pięściami. Po mszy idziemy na Rynek, pod papieskie okno na Franciszkańską. Wszędzie stoją telebimy, mnóstwo ludzi aż trudno przejść. Jest już wieczór, ale nikt się nie rozchodzi. Kościoły z szeroko otwartymi drzwiami. Ciepło. Atmosfera podniosła, niezwykła, powietrze gęste, jakby na coś jeszcze czekano, jakby coś się jeszcze miało wydarzyć. Jakby nie wierzono, że już po wszystkim. Jakby nie chciano się pogodzić z tym, że jedyne co się jeszcze wydarzy i co uda się zaobserwować to opadający kurz. A później zapadnie cisza.

W pewnym momencie za czasów prlu ludzie się czuli jakby byli nikim. Głowy przy ziemi, jak niewolnicy. A to Ojciec Święty powiedział tym ludziom, że nie są nikim, to on ich mentalnie podniósł z klęczek. 

Współczesność. Tak sobie patrzę, obserwuję, słucham i nawet już się nie dziwię. To, co dostrzegam, co słyszę, bo oczy chociaż można zamknąć, a uszu zatkać się nie da, to wszystko spływa już po mnie. Omiata moją głowę i spada na ziemię bez hałasu. Później tylko trzeba posprzątać, bo zawsze się brudzi, gdy słowa się tlą i zwolna zamieniają się w popiół. Posprzątać koniecznie, aby nie narobić brudnych śladów.

Tak sobie patrzę bez tchu, bez głosu i krzyku. W milczeniu. Z rozszerzonymi źrenicami. Bez złorzeczeń. Oczami podobnymi do ptasich oczu. Przypominającymi zakopane w oczodołach kamienie. 

Kiedy tak patrzę na świat emitowany w wiadomościach, przestaję się zastanawiać nad płynącymi z ekranu słowami, nie oczekuję już mądrości ani refleksji, mam wrażenie, że nastała epoka zombie. Nie pytam już: dlaczego? Ani jakim prawem? Jak możemy z tym walczyć, pytamy siebie wzajemnie spojrzeniami nad parującą kawą. Jednak w milczeniu. Możemy pamiętać i poprzez opowieści tę pamięć umacniać. Nie poprzez nienawiść, tym bardziej, że tej nienawiści nie czujemy. Może poprzez współczucie dla tych oszalałych z nienawiści?

Kiedy tak się przyglądałam dzisiejszego poranka, przypomniałam sobie strzępki słów z wierszy Brakonieckiego. On w niezwykły sposób zestawia ze sobą słowa.

„słowa strugamy do snu”

„łamiąc się ziemią”

„oszalałe okna”

„połamany na skrzynie wiatr”

„ochrypły modlitewnik”

„dziecko modlące się za Boga dziadków”

„gdzie jest człowiek

z bólu prawdy

wrośnięty nieudolnie w popiół”

„czyja jest 

moja prawda”

„to Judasz mnie boli

jak ciało Boga”

„oto jestem ojcem 

dziesięciu palców

krwi zmarzniętej i złamanego 

w skórze chleba”

„ty wiesz i ja wiem

wgryzieni po dziąsła w noc

widzimy czerwono spętane paprocie”

Te słowa pochodzą z tomu pt.: „Zrosty”.

Na dzień dzisiejszy już nie wierzę łzom publicznym. Nie wierzę żadnej stronie. Jeśli nie mam możliwości sama sprawdzić jakiejś informacji, to nie obejmuję w jej sprawie stanowiska. Kurz faktycznie opadł, ale nie ukazał się klarowny widok, a mgła. Nie ma już świętości, zbezcześcić można wszystko, upodlić każdego, nie ma autorytetów ani hamulców w okłamywaniu innych. Nie stanowimy już jedności, rozpadliśmy się niczym perły z rozerwanego naszyjnika. Każda potoczyła się w innym kierunku.

Agnieszka Czachor

3
0

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *