.

Kociak – część szósta (ostatnia)

.

Po dotarciu na miejsce wyszliśmy z samochodu i usiedliśmy na jego masce, przez chwilę delektując się pięknem jednego z jezior. Zatoczka kilkaset metrów za mostem okazała się zupełnie wyludniona. Zalane popołudniowym słońcem połacie łąk i wzgórz zachwycały swoim spokojem, a z każdego zakątka zieleń traw i drzew aż kipiała soczystością.

Harry zamknął oczy i oddychał głęboko, jakby smakował moment, w którym się znaleźliśmy. Nie potrafiłam oderwać wzroku od wyraźnej linii jego żuchwy, pełnych ust i niesfornych kosmyków włosów falujących w rytm lekkiego powiewu wiatru. Każdy ruch jego klatki piersiowej unoszącej się w oddechu oraz zarys twardych sutków odznaczających się pod koszulką napełniły mnie po brzegi ponownym pragnieniem pocałunku. Młody May najwyraźniej poczuł na sobie moje łapczywe spojrzenia, gdyż kąciki jego ust uniosły się w zalotnym grymasie. Raptownie wysunął ręce w moją stronę, złapał za biodra, obrócił do siebie tyłem i przyciągnął, sadzając mnie tuż przed sobą na masce auta. Uniósł delikatnie uda i wsunął pod nie moje dłonie, uniemożliwiając tym sposobem nawet najmniejszy ich ruch. Jedna z jego rąk powędrowała od mojej talii w kierunku klatki piersiowej, aż w końcu z delikatnym uściskiem zatrzymała się na szyi. Drugą dłonią przejechał w górę moich pleców, odchylił włosy na bok i zaczął dotykać oddechem mojego karku.

– Zamknij oczy, kociaku – wyszeptał, a jego słowa oplotły moje ucho urzekającym ciepłem. – Weź głęboki wdech i powoli wypuść powietrze, aż poczujesz miłą pustkę w piersiach. Spróbuj o niczym nie myśleć, nic nie czuć, skup się na swoim oddechu. Gotowa?

– Mhm – mruknęłam i poddałam się jego instrukcjom.

– Rozluźnij ramiona, wsłuchaj się w swój puls w skroniach. I znowu wdech…

– Hmmm – wymamrotałam, wciągając powietrze przez usta. Harry przycisnął mnie do siebie, oparł moją głowę na swoim ramie- niu i oburącz objął w pasie. Nasze oddechy zgrały się w powolnym rytmie, tworząc spójną całość.

– Chciałbym ci dać tyle rozkoszy… – wyszeptał po chwili.

– Na co więc czekasz? – odparłam, po czym pochyliłam się do przodu, by móc uwolnić ręce z niewoli jego ud.

Odeszłam o krok, i łapiąc go za dłoń, zaprowadziłam na przednie siedzenie pasażera. Usiadłam mu okrakiem na udach i odchyliłam się delikatnie, opierając plecy o deskę rozdzielczą. Rozpięłam powoli zamek w kurtce i przygryzłam zalotnie dolną wargę. Ręce Harry’ego powędrowały na moje biodra i gwałtownie przyciągnęły mnie bli- żej. Wplotłam dłonie w jego włosy i zaczęłam namiętnie całować. Moje pośladki zataczały kręgi w rytm pocałunków i ruchu naszych głodnych pieszczot warg. Prawą dłonią złapałam go za nadgarstek, w usta wsadziłam sobie jego palce i zaczęłam je oblizywać i ssać. Lewą odpięłam zamek w swoich jeansach i wsunęłam jego wilgotną dłoń w koronkowe majtki. Moje ruchy bioder i zwinnie nakreślane przez palce Harry’ego kręgi zgrały się doskonale. Zaczęłam łapczy- wie przygryzać i pieścić jego ucho, a on odwdzięczył mi się pieszczotami szyi i dekoltu. Przyspieszone oddechy i ciche jęki stawały się coraz cięższe i częstsze, aż po chwili całe moje ciało utonęło w morzu rozkoszy. Harry wpatrywał się we mnie, wchłaniając fale mojego zaspokojenia i lekkie drgania moich ud. Oblizał wilgotne palce, dysząc. Zbliżyłam się ponownie do jego ucha i wyszeptałam stłumionym głosem:

– Widzisz, łobuzie, wystarczy tylko kropla wyobraźni, szczypta współpracy i krztyna dobrych chęci i z przepisu zawsze wychodzi zadowolona babeczka.

Roześmiał się, kiwając głową na dźwięk moich słów. – Jesteś niemożliwa! Niemożliwa!
– Może troszeczkę…
– Zwariowaliśmy, co?

– Może troszeczkę bardziej niż troszeczkę. Ale wydaje mi się, że czasami warto co najmniej troszeczkę zwariować, nie sądzisz? – uśmiechnęłam się porozumiewawczo i zsunęłam z jego ud, po czym zapięłam spodnie i wyszłam z samochodu.

Kilka metrów od miejsca, w którym zaparkowaliśmy, znajdowała się ławka obrośnięta po bokach bluszczem, położona w idealnym miejscu, by móc podziwiać walory otaczającej nas przyrody.

– Zawsze taka byłaś? – Głos Harry’ego przerwał ciszę.

– Taka… to znaczy jaka? – odparłam zaskoczona, odwracając się w jego kierunku.

– Taka płomienna i słodka.

– Płomienna?! – powtórzyłam, rozbawiona tym sformułowa- niem.

– No, potrafisz rozpalić zmysły człowieka jak mało kto – wy- szeptał, objął mnie i przybliżył twarz do mojego policzka.

– Nie zawsze taka byłam, a zwłaszcza nie dla każdego, łobuzie.

– Podoba mi się to, co ze mną wyprawiasz. Dajesz mi ogień tam, gdzie… myślałem, że już zgasł na zawsze.

– A to dopiero początek. Jeśli oczywiście mi pozwolisz…

– Chyba początek końca, jutro o tej porze będziemy w drodze powrotnej – przypomniał z nutką żalu w głosie.

– Fakt, ale do jutra zostało nam jeszcze trochę czasu.
– Chcesz moją zgodę na piśmie czy wystarczy ustna?
– Zdecydowanie wolę ustną – odparłam zalotnie. – Ale tak całkiem poważnie: mam pomysł, który może wydawać się dosyć ekstremalny, więc muszę wiedzieć, jakie wyznaczysz mi granice.

– Co masz na myśli? – zapytał i uniósł brwi zaskoczony.

– Muszę wiedzieć, która część twojego ciała jest dla mnie nie- dostępna… Nie mogłam wczoraj zasnąć, trochę czytałam, szukałam w necie… i chyba wiem, jak się za ciebie zabrać.

– Zabrać? – zarechotał nerwowo. – Zaczynam się ciebie bać!

– Przepraszam, może to złe słowo. Znalazłam kilka sposobów, aby pomóc ci na nowo zaznać rozkoszy w trochę mniej konwen- cjonalny sposób.

– Zamieniam się w słuch – odrzekł i usiadł obok mnie. – Tylko się nie śmiej, proszę…
– Nie zamierzam.
– Słyszałeś może o punkcie P i analnym doje…?

Harry wytrzeszczył oczy, lecz zanim zdążyłam dokończyć słowo, przerwał mi dźwięk nadchodzącego połączenia w jego komórce.

– Przepraszam – rzucił i odszedł, by móc swobodnie rozmawiać. Jego twarz momentalnie skamieniała. – Kate! Musimy wracać! – krzyknął i ruszył w stronę samochodu.

– Co się stało?!

– Chodź szybko, proszę, zasiedzieliśmy się. Muszę cię podrzucić z powrotem do hotelu.

Pospiesznie wsiedliśmy do auta, zapięliśmy pasy i odjechaliśmy. Przez całą drogę Harry prowadził rozmowę telefoniczną, ścinając zakręty i łamiąc limity prędkości na drodze. Wysadził mnie przed wejściem do hotelu, i rzucając szybkie „przepraszam”, ponownie odjechał. Stałam jeszcze chwilkę na podjeździe, zastanawiając się: faktycznie coś się stało? A może moja bezpośrednia propozycja tak go przeraziła, że postanowił uciec, wykorzystując przychodzące połączenie? Czy ten telefon był rzeczywiście tak ważny, czy…?

***

Po wejściu do hotelowego lobby sprawdziłam tablicę z rozkładem zajęć konferencji i udałam się do pokoju, wykorzystując fakt, że właśnie trwa przerwa. Przy barze siedziało kilku mężczyzn i popi- jało drinki. Nie było wśród nich Keva. Postanowiłam odwiedzić go w jego pokoju. Zapukałam do drzwi, a ten po chwili otworzył mi, przecierając zaspane oczy.

– O, wagarowiczka się odnalazła, zapraszam – zażartował, za- chęcając mnie do wejścia ruchem głowy.

– Oj tam, oj tam, nie było mnie zaledwie dwie godzinki.
– I dwa spotkania biznesowe, ale to nic.
– Jak poszły negocjacje kontraktów?
– W sumie zrobiłem, co mogłem, przedstawiłem im naszą ofertę, teraz wszystko zależy od nich.
– Trzymam kciuki.
– Trzymaj, trzymaj, każdy kciuk się przyda. Wybacz, mała, ale chciałbym się zdrzemnąć przed kolacją. Potem jeszcze bankiet i jutro po śniadaniu ruszamy do domu.

– Racja, nie pomyślałam. Intensywne picie i meetingi potrafią zmęczyć nawet, a może zwłaszcza, takiego starego wilka jak ty – odparłam, puszczając oko na odchodne.

– Potańczysz sobie dziś wieczorem z młodym Mayem? – zagaił ponownie Kev, zatrzymując mnie w drzwiach.

– Taką mam nadzieję, o ile wróci do czasu bankietu. – Wróci? A gdzie on wybył?

– Nie wiem. Wysadził mnie pod hotelem i odjechał, a wcześniej odebrał od kogoś telefon. Kolorowych snów. Widzimy się chwilkę przed dziewiętnastą, przyjdę po ciebie – dodałam, po czym za- mknęłam za sobą drzwi.

***

Prysznic, ułożenie włosów, makijaż oraz rozpamiętywanie wyda- rzeń ostatnich dni w całości wypełniły mi czas wolny. Tuż przed kolacją zapukałam do pokoju Keva, ten wyłonił się z czeluści w czar- nym odświętnym garniturze i krawacie w kombajny.

– No niech cię licho, ha, ha! – Nie mogłam się powstrzymać od komentarza. – Krawata w rozrzutniki gnoju nie udało ci się znaleźć?! – Kev jednak nie roześmiał się, poprawił mankiet i skontrował: A ty gdzie się tak wymalowałaś? Bierzesz udział w konkursie drag queen?

– Co?
– Jajco! Żartowałem.
– Kiepski żart – fuknęłam z grymasem niezadowolenia na twarzy.
– Twój nie lepszy. Suchar na miarę pana Mietka z kotłowni.
– A co ty taki kąśliwy?! Nie wyspałeś się?
– Wyspałem, ale myślałem, że spodoba ci się mój krawat, dostałem go od żony na urodziny.
– Przecież mi się podoba, ale z rozrzutnikiem byłby lepszy wyjaśniłam, starając się rozładować napięcie uśmiechem.
– Chodźmy, umieram z głodu.
– Panie przodem! – roześmiałam się i ustąpiłam mu miejsca na korytarzu.

– Jesteś niemożliwa – parsknął śmiechem. – Wiem, nie pierwszy raz dziś to słyszę.

***

Kolacja była pyszna, bankiet świetnie zorganizowany: pięknie nakryte stoły, mili kelnerzy, jedzenia i alkoholu pod dostatek. Nawet DJ wyzwolił lawinę kocich ruchów w pijanym tłumie kodżaków na parkiecie. Harry nie zaszczycił mnie swoją obecnością. Czułam, jakby mi zabrano coś, czego w sumie nigdy nie posiadałam. Emocje, które mną targały, wydawały mi się obce, a zarazem całkowicie ogarnęły moje myśli.

Pomimo usilnych prób poderwania mnie do tańca przez Keva i jego koleżków cały wieczór podpierałam ściany. Nie miałam ochoty na zabawę, zaczęłam się martwić. Powoli zdawałam sobie sprawę z faktu, że Harry’emu faktycznie coś złego mogło się przydarzyć. Urwałam się z bankietu najszybciej, jak tylko się dało, i spędziłam resztę nocy w pokoju. Zasnęłam dopiero po obejrzeniu kilku filmów, gdy za oknem zaczęło już nieśmiało świtać.

Przed śniadaniem udałam się do pokoju Harry’ego, nadal łudząc się, że go zastanę. Napotkałam tam jednak tylko sprzątaczkę przygotowującą łóżko dla kolejnego gościa, co upewniło mnie w przekonaniu, że ostatnia próba spotkania Harry’ego spaliła na panewce.

***

Powrót do szarej, biurowej rzeczywistości przychodził mi tym razem z nadzwyczajną trudnością. Bezowocnie starałam się sku- pić na pracy i wrócić do poziomu produktywności sprzed wyjazdu do Leeds. Liczne wspomnienia konferencyjnych chwil nie dawały mi jednak wytchnienia i budziły we mnie na nowo niezaspokojone pragnienia, które momentami potrafiły całkowicie zawładnąć kształtem moich myśli. Wiele razy chciałam poprosić Keva o numer do Harry’ego lub nawet pośledzić go w sieci. Za każdym razem jednak powstrzymywała mnie wspólna deklaracja niewychodzenia poza dane nam ramy czasowe tamtego weekendu. Zresztą nie miałam pojęcia, co mogłabym mu powiedzieć. Przecież ostatnie słowa, które ode mnie usłyszał, skłoniły go do zniknięcia. Najzwyczajniej w świecie musiałam przegiąć moją frywolną propozycją i zapłaciłam za nią cenę niespełnionego pragnienia. Czułam się jak napalona idiotka.

Kev spoglądał na mnie z politowaniem i od czasu powrotu ze wspólnych wojaży zrobił się dla mnie nad wyraz uprzejmy i miły. Jakby czuł się poniekąd winny popchnięcia mnie w ramiona młode- go Maya. Kilkakrotnie próbował podnieść mnie na duchu, rzucając jakimiś błyskotliwymi tekstami niczym z koncertu dla złamanych serc. Odpowiadałam na nie dość oschle, nie chcąc wyjść na kom- pletną kretynkę, która jak rozgorączkowana małolata przeżywała kilka podszytych spontaniczną namiętnością chwil z nieznajomym mężczyzną.

Po jakimś czasie zdałam sobie sprawę, że muszę uszanować decyzję Harry’ego, pogodzić się z faktem, że spieprzyłam po całości przelotną znajomość z boskim facetem, i wrócić do bycia ułożo- ną i poważną koordynatorką zamówień części do glebogryzarek i spulchniaczy gleby. Z dnia na dzień buzujący we mnie koktajl emo- cji zaczął wietrzeć i słabnąć. Skupiłam się na nawale obowiązków przyniesionych przez zbliżający się nowy sezon kontraktowy firmy.

Podpisywanie umów z kontrahentami oraz przedłużanie zle- ceń z przedsiębiorstwami, z którymi współpracowaliśmy w danym okresie, generalnie należało do obowiązków starego wilka. Mimo to pomagałam mu czasem wydrukować potrzebne dokumenty, dbałam o bezawaryjny przepływ klientów w salach spotkań czy – w miarę potrzeb, najzwyczajniej w świecie – parzyłam im hektolitry kaw i herbat.

Agro Solutions współpracowało z co najmniej setką firm, więc ten czas, potocznie zwany przez nas okresem kontraktowym, był zawsze nie lada wyzwaniem dla wszystkich pracowników przed- siębiorstwa. Wracałam do domu wyczerpana, marząc o długim śnie, co okazywało się idealną receptą na nierozpamiętywanie bolączek sercowych, które jeszcze od czasu do czasu mną targały.

***

Kolejny dzień wypełniony po brzegi spotkaniami nie wydawał się różnić od wielu innych. Poranny kilkuminutowy briefing personelu w celu uzgodnienia kolejności spotkań oraz sprawdzenia poprawności przygotowanych kontraktów jednak czymś nas zaskoczył. Okazało się, że przez niedopatrzenie asystentki szefa umówiono zbyt dużą liczbę klientów w jednym czasie. Kev i Chris niemalże w mgnieniu oka postanowili, że nie będą odwoływać żadnego ze spotkań, i poprosili mnie o poprowadzenie jednego z nich w biurze dyrektora, twierdząc, że doskonale dam sobie radę sama. Ich decyzja nie była mi na rękę z uwagi na fakt, że nigdy takowego spotkania nie prowadziłam. Nie chcąc jednak zawieść moich współpracowników, postanowiłam sprostać niespodziewanemu wyzwaniu. Chwilę przed dziesiątą zajęłam gabinet pachnący jesz- cze poranną miętą szefa, zaparzyłam dzbanek kawy, zasiadłam w starym skórzanym fotelu i zaczęłam czytać kilka potrzebnych dokumentów prawnych. Po chwili do biura wpadła zdyszana Julia, asystentka Chrisa.

– Katie, zabijesz mnie! Ale dałam ciała! – wydyszała, zamykając za sobą cicho drzwi.

– Co się stało?!
– Spieprzyłam kolejną rzecz, Chris urwie mi głowę.
– Za co? – spytałam, widząc przerażony wzrok młodziutkiej dziewczyny. Pierwsza poważna praca zaraz po ukończeniu koledżu, pod nadzorem miłego, lecz bardzo wymagającego szefa, szybciutko zweryfikowała nieobciążony dotąd milionem obowiązków i tysiącem zadań mózg absolwentki. Zrobiło mi się szkoda Julii, bo widziałam, jak trzęsą jej się ręce. – Mów, młoda, co się stało, zaraz coś poradzimy – powiedziałam, zachęcając ją do podejścia bliżej biurka. Ta jednak stała oparta o drzwi, jakby chciała powstrzymać ciężarem własnego ciała wtargnięcie do biura stada rozwścieczonych byków.

– Dałam ci złe papiery, bo pomyliłam kolejność spotkań. Masz na biurku kontrakt dla Kuboty, co nie?

– No tak – odparłam, marszcząc czoło.

– No! A Henry z Kuboty właśnie wszedł do sali na dole, w której siedzi Kev.

– Jasna cholera! To z kim ja mam zaraz spotkanie?
– No właśnie, kurde, ja już sama nie wiem.
– Ja pierdzielę, Julia, zakręciłaś się jak ruski termos. I co teraz? – Kev zaraz wyśle ci dokumenty tu, do drukarki. Przepraszam.

Lecę po tego pana do recepcji, zaraz u ciebie będzie – wymamrotała i dygnęła niczym młódka na balu maturalnym. Zgarnęła dokumen- ty z biurka, po czym wyszła. Obróciłam się na krześle w stronę drukarki i zaczęłam obserwować zielone światełko informujące o nadchodzących danych. W chwili, gdy pierwsza kartka zaczęła wychodzić z podajnika na papier, za moimi plecami rozległ się dziwnie znajomy głos:

– Cześć, kociaku…

Dominika Caddick

Kociak – część pierwsza

Kociak – część druga

Kociak – część trzecia

Kociak – część czwarta

Kociak – część piąta

3
0

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *