.

Pomiędzy (osiem)

.

Oczy potykają się o oczy. Twój wzrok wdziera się do moich źrenic. Bańka radości pod jego wpływem pęka. Twój wzrok dociera do przełyku, stamtąd przesuwa się ku żołądkowi. Dołek między żebrami ścina mrozem.

I odchodzisz.

Alicja tak właśnie wspominała ich pierwsze spotkanie. Za każdym razem używała tych samych słów, jakby żadne inne nie były w stanie opowiedzieć tego, co sprawiło, że zwróciła na niego uwagę.

Tamtego słonecznego popołudnia wzdrygnęła się i pragnąc ratunku spojrzała na koleżanki, które szły obok niej. Ich kolorowe sukienki falowały a opalone uda odbijały promienie słońca. Pragnęła wrócić do ich toku myślenia, do beztroski i głośnego śmiechu, który jeszcze przed chwilą z nimi dzieliła. Jednak niesiona ich ruchem, nie potrafiła przestać myśleć o spojrzeniu, jakie posłał jej Jakub. Nie znała jeszcze jego imienia, ale jego sarnie oczy i niema rozpacz, ciągle były odtwarzane na kliszy jej pamięci. Tylko raz na nią spojrzał, być może przypadkiem, ale to wystarczyło, aby obudzić w niej to, o czym pragnęła zapomnieć.

Bratnia dusza. Słyszała w głowie. Bratnia dusza! Okrzyk, który rozsądek momentalnie uciszał. Nie bądź głupia, podpowiadał. Jednak właśnie tak Alicja nazywała Jakuba. Był jej bratnią duszą.

Jesteś Jakubem bez bratniej duszy, omotanym opowieścią Alicji i jej obecnością. Wiesz, że umarła a jednak czujesz ją obok siebie. Odeszła, ale wyczuwasz jej zapach. Umarło jej ciało, ale coś pozostało. Co zatem pozostało? Dusza? Duch? A może to twoja tęsknota tworzy w twojej wyobraźni złudzenie jej obecności, bo wiele byś dał aby chociaż ta obecność niewidzialna przy tobie pozostała. Odtwarzasz co chwilę słowa Alicji o waszym spotkaniu, choć sam tego spotkania nie zapamiętałeś. Ale nigdy się jej do tego nie przyznasz…nie przyznałeś się.

Siedzisz na tej samej ławce, na której niedawno leżał Niebieski. Gapisz się na rzekę. Kry uderzają o siebie i jest to dźwięk nieprzyjemny. Spacerowałeś tutaj z Alicją przed tym wszystkim. Wysilasz umysł, chcesz jak najwięcej sobie przypomnieć z ostatnich jej dni. Ubzdurałeś sobie, że na pewno coś przeoczyłeś, na pewno coś w jej twarzy, w jej spojrzeniu pozostawiło ślad w twojej pamięci, ale to zapomniałeś. Podobnie jak twój wzrok przed laty szarpnął jej sercem. Przypomnij sobie, prosisz sam siebie w myślach. Pomyśl, skoncentruj się i przypomnij sobie. Na darmo! Zrywasz się z ławki. Jesteś na siebie wściekły i dobrze. Wściekłość dodaje ci siły. Zapalasz papierosa. Nie smakuje ci, ale stabilizuje twój umysł. Czujesz zapach Alicji, znowu go czujesz i przypominasz sobie. Przecież pożyczała od ciebie kurtkę, chodziła w twojej „skórze”. Ale tylko to sobie przypominasz.

Na szczęście jednak, twój mózg zaczyna pracować na dawnych obrotach. Wiesz, że to chwilowa poprawa, ale i tak czujesz się raźniej. Robisz plan. Postanawiasz kogo najpierw odwiedzisz i w jakim celu. Nie będzie to na razie mieszkanie nieznanej kobiety, z pod którego odpędził cię Marcin z Paulą. Z nimi pogadasz dużo później. Dasz też na razie spokój Niebieskiemu i tymczasowo odpuścisz komendę. Nie zajrzysz też do knajpy, w której spotykaliście się z kolegami po robocie. Nie chcesz, jeszcze nie teraz, aby przyglądali ci się badawczo. Pozwolisz na to dużo później. Dłonie zaczynają ci drżeć. Musisz coś zjeść i wyrównać cukier. Nie możesz pokazać się w banku taki roztrzęsiony. Nie masz apetytu, ale z pączkiem sobie poradzisz. Kiedy dłonie przestaną ci drżeć pójdziesz do banku i wybierzesz gotówkę, prawie całą. Później odwiedzisz Heńka, bo musisz zdobyć broń.

Plan cię uspokaja.

Tramwaj ze zgrzytem skręcił w prawo, wjechał w ulicę prowadzącą do ruin zamku. Ulica ta potocznie nazywana Błotną była jedną z najbrzydszych ulic. Ciemna, z obu stron pilnowana przez stare, obdarte kamienice sprawiała wrażenie zapomnianego miejsca. Opuszczonego przez wszystkich nawet przez myszy i wrony. Mimo wielu starych drzew, które straszyły bezlistnymi, suchymi gałęziami, bo nie miały już w sobie soku aby nim karmić młode listki, ptaki omijały Błotną.

Dumasz chwilę. Dumasz, po czym rozgniatasz butem peta, kupujesz pączka od człowieka z wózkiem, w jakim sprzedawcy wożą obwarzanki, bezmyślnie odczytujesz napis na wózku: Cukiernia pod Pikadorem i ruszasz ku Błotnej. Kiedy wchodzisz w ciemną ulicę ogarnia cię jeszcze większy chłód. Dłonie od razu ci grabieją. Z ust ulatują ci kłęby pary. Ciągnie cię do ruin, do wraku cudzej siedziby. Błotna jest naprawdę błotna i ma numery zachlapane. Pączek rośnie ci w ustach, kolejne kęsy przełykasz z trudnością. Żałujesz, że nie kupiłeś butelki z wodą, bo tutaj już raczej nie spotkasz żadnego sklepu. Jednak się mylisz. Ku twojemu zaskoczeniu u wylotu ulicy stoi kram z dziwnymi bibelotami, ale wody na nim nie ma. Kramarka jest stara, zgarbiona i drobna. Za to spojrzenie oczu utopionych w zmarszczkach ma bardzo bystre, niczym nastolatka. Zaskakuje cię to i masz wrażenie, że przeskoczyłeś w inny jakiś równoległy świat. Bez słowa wręcza ci flakonik z błękitnym płynem. Kiwa głową, dając ci do zrozumienia, że masz przyjąć podarunek. Wzbrania się przed zapłatą. Nalegasz, ale ona się obraża i odwraca do ciebie plecami. Ściągasz zatyczkę i orientujesz się, że to perfumy. Perfumy Alicji. Wściekłość uderza ci do głowy i pewnie roztrzaskałbyś flakonik na bruku, gdyby stara się nie obejrzała, ale zrobiła to, jakby wyczuła, co zamierzasz zrobić. Obejrzała się i spojrzała ci w oczy wzrokiem zachłannym i surowym. Tracisz odwagę. Błyskawicznie obracasz się na pięcie i pośpiesznie odchodzisz bez słowa.

Kiedy wspinasz się pod górę, na której stoją ruiny z czerwonej cegły, przypominasz sobie czyjś numer telefonu. Ciąg cyfr, ale bez nazwiska. Kartka przypomina wyrwaną z zeszytu do polskiego, bo jest w szeroką linię. Cyfry są zapisane niedbałym pismem, zielonym atramentem. Zastanawiasz się: kto używał zielonego atramentu? Zapalasz papierosa.

Wspinasz się dalej, ale im wyżej wychodzisz tym więcej spotykasz ptaków siedzących na zboczu. O ile ulica Błotna była całkiem opuszczona i nawet ptaki ją omijały, to u podnóża zamku są ich setki. Cuchnie ciałami porośniętymi brudnym pierzem. Nawet one, myślisz, muszą ją czuć – niepewność. Muszą ją czuć, gdy porzucone w ponury dzień, nie mają pomysłu, w którą się udać stronę. Gdy wiedzą, że tego dnia do nikogo nie należą. Ani do nieba, ani do ziemi, ani do wiatru, ani do gniazd. Ptak przy ptaku. Siedzą jedne przy drugich. Przytulone do siebie a mimo to osobno. Pokrywają wzniesienie czarną, pulsującą wykładziną z piór.

Nie reagują, kiedy manewrujesz między nimi. Przypominają kupki, wilgotnej ziemi. Kretowiska. Gdy już docieraj niemalże do szczytu, słyszysz krzyk.

– Uważaj! – rozpoznajesz głos Alicji.

Odwracasz się raptownie i zamierasz.

c.d.n.

Jacek Łąka

z tego świata:

Jacek Łąka – Wyjście awaryjne

Jacek Łąka – Wspomnienie

Jacek Łąka – Pięć

Jacek Łąka – Ta dziewczyna , ta kobieta

Jacek Łąka – Sześć i siedem

Jacek Łąka – Paula

4
0

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *