Katarzyna Godefroy – Tango z koniem (część czwarta)
.

.
Rozdział 5

Z nosem przyklejonym do szyby obserwowałam budynki, szerokie ulice, mijające nas z prędkością światła samochody. Wszystko wydawało się pociągające i warte uwagi. Otwierało się przede mną miasto, o którym tyle słyszałam od babci, chciałam zgłębić jego tajemnice, spacerować bulwarami, odwiedzić ogrody założone przez Katarzynę Medycejską, żonę Henryka II – miłośnika turniejów rycerskich. Chciałam wyjść naprzeciw zagadkom przeszłości, kierowana potrzebą poznania miejsca, gdzie historia i współczesność przenikają się wzajemnie. Spijałam widoki przesuwające się przed moimi oczami.
Zauważyłam w oddali metalową konstrukcję – literę A rysującą się na tle nieba.
Wieża Eiffla. Miała wpisać się w krajobraz na czas wystawy światowej i obchodów stulecia rewolucji – została na stałe jako symbol miasta. U jej stóp rozciągają się Pola Marsowe, miejsce dawnych manewrów wojskowych, a także wyścigów konnych. W tysiąc osiemset osiemdziesiątym dziewiątym – roku wystawy – miasto przejęło teren od wojska. Od tysiąc dziewięćset ósmego roku zaczęło się przekształcanie terenów militarnych w park. Prace, rozpoczęte w belle époque, zakończone w szalonych latach dwudziestych, nadały mu obecny kształt. Jest to ogród otwarty dla publiczności, zarówno w dzień, jak i w nocy.
Rozmyślając nad historią miasta, zapomniałam o rozgadanym sąsiedzie, a co ważniejsze – o bólu głowy.
Zatrzymaliśmy się na placu Zgody, dawnym Republiki, gdzie w czasie rewolucji zostali straceni Ludwik XVI i Maria Antonina. Zawahałam się na chwilę. Przecież Ludwik XVIII, brat ostatniego króla, pojawił się na tronie Francji zaraz po klęsce Napoleona w Rosji w roku tysiąc osiemset czternastym! Historia kołem się toczy. Jeden odchodzi, koronę zakłada drugi.
Po wyjściu z autobusu rozglądałam się wkoło tak, że omal głowa mi nie odpadła. O ironio, na placu Republiki niejedna głowa rozstała się z resztą ciała, ja jednak wolałam zachować moją na swoim miejscu.
Nie wiedziałam, czemu przyglądać się najpierw: czy fontannom, czy ogrodom Tuileries, czy budynkom po stronie ulicy Royal. Stałabym dalej, niezdecydowana na co patrzeć, gdyby nie Zuzanna. Podeszła do mnie i klepnęła lekko w ramię.
– Jutro przyjedziemy zwiedzić Paryż, teraz trzeba odebrać bagaże.
– Dobrze – Pozwoliłam jej zaprowadzić się do luku bagażowego, gdzie odebrałyśmy nasze walizki. Julia stała nieco dalej i rozmawiała przez telefon, po chwili się rozłączyła i przywołała nas ruchem dłoni.
– Musimy podejść, gdyż tutaj nie ma gdzie zaparkować. – Złapała walizkę za rączkę, a następnie ruszyła przed siebie. Niewiele myśląc, ruszyłyśmy jej śladem.
Szłyśmy ulicą de la Reine – możliwe, że nazwanej tak na pamiątkę Marii Antoniny, ostatniej królowej Francji.
Baldachim z liści otaczających nas drzew chronił przed promieniami słońca, na trawnikach udekorowanych kwiatami gołębie szukały okruchów strzepniętych przez wracających do pracy Paryżan… Było ich jednak niewiele. W sierpniu mieszkańcy opuszczają stolicę, miasto przejmują w posiadanie turyści. Turyści, tacy jak ja, z zadartymi głowami podziwiają widoki, zamiast patrzeć pod nogi i rzucać okruchy ptakom.
– Uważaj, zaraz wejdziesz w psią kupę! – Zuzanna ze śmiechem złapała mnie za ramię i ściągnęła na bok.
Jeszcze tego brakowało, abym upaćkała samochód wujka dziewczyn. Na stałe wpisałabym się w historię rodziny. Oglądałam buty, czy aby na pewno były czyste, gdy usłyszałam męski głos.
– Dzień dobry, pani Alias. Tomasz Radwański, miło mi.
Podniosłam oczy. W polu mojego widzenia pojawił się otoczony promieniami słońca Apollo we własnej osobie i uśmiechał się do mnie, wyciągając rękę na powitanie. Stałam jak żona Lota zamieniona w słup soli. Po chwili uścisnęłam mu dłoń, mamrocząc „Dzień dobry”. Wysoki, barczysty, z kilkudniowym zarostem, ciemne, krótkie włosy przetykały srebrzyste nitki. Wpatrywał się we mnie, a w jego szarych oczach migotały ogniki. Koszula z krótkim rękawem o stalowym kolorze podkreślała barwę tęczówek. Brązowe lniane spodnie ze skórzanym paskiem i mokasyny na nogach uzupełniały obraz mężczyzny na wakacjach.
– Ciekawe nazwisko…
Nie będę na ulicy zwierzać się z mojego życia, nawet jeśli wygląda jak grecki bóg światła. Zmieniłam nazwisko, gdyż po śmierci taty dziadkowie odrzucili propozycję opieki nad sierotą. Nie chcieli wychowywać dziecka „prostytutki”, jak tłumaczyli. Opowieść byłaby długa i skomplikowana.
– Płynę pod prąd i stąd nazwisko, które może pasować do każdej postaci.
Nie wiem, czy zrozumiał moje tłumaczenie, ale uśmiechał się dalej, tylko oczy zmrużył, jakby oślepiony blaskiem słońca.
– Włożymy bagaże i odjeżdżamy, inaczej dostanę mandat. Cześć dziewczyny, cieszę się, że was widzę. – Objął obie siostrzenice i przytulił do siebie.
– Kości mi połamiesz – zawołała Julia, odsuwając się ze śmiechem.
Otworzył bagażnik czerwonego clio i zapakował nasze torby.
– Dobrze, że nie jesteście grube, bo samochód nie jest zbyt duży.
Dziewczyny zajęły miejsca z tyłu, a ja usiadłam obok kierowcy. Nie wiedziałam, jak się zachować w towarzystwie mężczyzny, który wywierał na mnie elektryzujące wrażenie, bałam się ruszyć, aby go nie dotknąć i nie dać mu odczuć, że nie jest mi obojętny. Patrzyłam przed siebie, kiedy on zakładał okulary przeciwsłoneczne, przygotowując auto do opuszczenia parkingu i wjazdu na ulicę. Gdy włączył się do ruchu, puścił radio.
– Jakiej muzyki słuchacie? – Spojrzał we wstecznym lusterku na dziewczyny.
– Co dają. – Zuzanna nie była wybredna.
– Masz SkyRock? Przynajmniej byłoby coś rytmicznego.
– Lubisz mocne uderzenie? Nie wiem, jakie stacje odbiera to urządzenie. Mogłaby pani sprawdzić? – zwrócił się do mnie.
Przeszukałam wszystkie kanały, wyciskając z radia tylko piski i trzaski. Kierowca uśmiechał się sam do siebie, co mnie wyprowadzało z równowagi.
– To może płytę pani znajdzie? Zuza, masz gdzieś płyty?
Aha, czyli samochód należy do Zuzanny.
– W schowku powinno być pudełko z krążkami.
Wyciągnęłam czarne pudełko i przejrzałam zawartość. Wybrałam piosenki Louane.
– A pani czego słucha najchętniej? – obrócił głowę w moim kierunku, obserwując zza okularów, jak przyglądam się sceptycznie okładce płyty.
Wolałabym, żeby patrzył na drogę, samochody mijały nas ze wszystkich stron. Spory ruch nawet latem, poza tym przechodnie wychodzili nie wiadomo skąd i pojawiali się przed maską niczym duchy.
Nie miałam zamiaru opowiadać o moich zainteresowaniach, o tym, że słucham Mozarta i Bacha, że muzyka sakralna mnie uspokaja, dlatego odparłam wymijająco.
– Wszystkiego.
Czyli niczego. Nie można lubić wszystkiego, zdawałam sobie z tego sprawę, ale nie byłam gotowa na szczerą rozmowę. Tomasz przestał mnie badać spojrzeniem, odwrócił wzrok w kierunku jazdy i w aucie słychać było tylko głos piosenkarki, która swoją karierę zawdzięczała udziałowi w programie „The Voice”.
– Co słychać u cioci? – przerwała ciszę Julia.
– Sytuacja się nie zmieniła. Jest pod opieką lekarzy, powinna zostać poddana operacji, jednak w jej wieku to ogromne ryzyko. Czyli nic nowego. Nie jestem neurochirurgiem, ale nie ma co robić sobie nadziei na poprawę. Mówimy o siostrze mojej mamy, miała wylew, leży na intensywnej terapii – zwrócił się do mnie z wyjaśnieniem.
Zastanawiam się, czy on ma oczy dookoła głowy, skoro co chwilę się odwraca. Lepiej niech patrzy na drogę. Przechodnie mocno mnie stresowali, bo nie zważali na światła i wychodzili na ulicę, kiedy im przychodziła ochota. Na szczęście wjechaliśmy na przedmieścia, w których ruch był mniejszy.
– Tak, wiem. Józefina. Miałam okazję wydać jej wspomnienia wojenne spisane przez Zuzannę.
– Pani zajmuje się wydawaniem książek? – Nie wiedzieć czemu odkrycie mojego zawodu ogromnie go ucieszyło.
– Tak, dzięki temu poznałam pańską siostrzenicę. Zajmowałam się wypuszczeniem na rynek jej pierwszej książki – Wojenny quickstep.
– I jak pani ocenia twórczość Zuzy?
– Ma dobry styl, wyważony, powolne tempo akcji daje czytelnikowi czas na wgłębienie się w historię. W dzisiejszych czasach, gdy wszyscy są ogarnięci szalonym pędem, powieści o powoli rozwijającej się fabule są jak oaza spokoju. Osobiście lubię tego typu książki. Czytał pan Gorące mleko Deborah Levy?
– Nie miałem okazji.
– Można powiedzieć, że w tej historii nic się nie dzieje…
– Uważasz, że mojej powieści nic się nie dzieje? – Zuzanna weszła mi w słowo.
No i masz babo placek, muszę jej wytłumaczyć, co miałam na myśli, inaczej znowu wpadnie w depresję.
– Według mnie to jest jeden ze sposobów przedstawiania świata, wcale nie gorszy niż inne. Wszystko zależy od gustu, wrażliwości, upodobań. Kogoś bawi, gdy przechodzień ślizga się na skórce od banana, kogoś innego – nie. Jeden lubi szybką akcję, pogoń i napięcie, ktoś inny uwielbia wczytywać się w opisy krajobrazów, uczuć bohaterów, ich przemyśleń. Każdy powinien znaleźć w literaturze coś dla siebie.
No dobra, tyle na temat, co kto lubi. Na drugi raz postaram się nie wspominać o upodobaniach literackich.
Przez chwilę przyglądaliśmy się okolicy. Wzdłuż drogi rozciągały się lasy, które otaczały Paryż zielonym płaszczem, dzięki czemu mieszkańcy mogli tu odetchnąć świeżym powietrzem, urządzić piknik, pojeździć na rowerze albo na koniu. Nie będę pytać, czy Zuzanna urządzała sobie przejażdżki, gdyż wspomnienie Eklerka nadal boleśnie ją dręczyło i każdą uwagę na ten temat przyjmowała z płaczem. Poczekam do jutra z zadawaniem pytań. Gdy pojawimy się w klubie, porozmawiam o koniach.
Dojechaliśmy do kompleksu trzypiętrowych budynków wchodzących w skład małego osiedla ze skwerkiem, ławeczkami, sklepem i kafejką. Tomasz zaparkował przy wejściu i zwrócił się do Zuzanny, podając jej klucze.
– Idź na górę z panią Alias i nastaw wodę na kawę, ja przyniosę bagaże. Julia, potrzymasz drzwi, dobrze?
Nie usłyszałam odpowiedzi. Wysiadłam z auta i zaczęłam rozglądać się za sklepem, który mijaliśmy, gdyż poczułam głód. Nie jadłam śniadania, rogalik dalej spoczywał w kieszeni, zapomniałam o nim w autobusie, a podczas drogi zredukował się do garści okruchów. Chciałam się go dyskretnie pozbyć. Przewiesiłam płaszcz przez ramię gotowa do kontaktów z tubylcami.
– Pójdę kupić coś do jedzenia, widziałam sklep niedaleko. Proszę mi mówić Kinga.
Tomasz spojrzał znad okularów, wyciągając walizki z bagażnika.
– Mam w domu pizzę i kruche ciastka, powinno dla nas wystarczyć.
– Kupię sałatę, sos, owoce… ma pan chleb?
– Z wczoraj.
– To wezmę świeży.
– Zna pani język? To co prawda samoobsługowy, ale czasami trzeba umieć się dogadać.
– Tak, znam.
Nie dodałam nic więcej, weszłam na chodnik i podążyłam za własnym instynktem. Przecięłam skwerek z bulgoczącą cicho fontanną, na rogu dostrzegłam witrynę sklepu Casino. Weszłam z radosnym bonjour na ustach, ale kasjerka spojrzała na mnie ponuro, jakby miała podejrzenia co do moich intencji.
Nie odpowiedziała, zajęta ważniejszymi sprawami. Przyjęłam pierwszy afront ze spokojem, gorsze rzeczy mogą się człowiekowi przydarzyć niż brak zainteresowania ze strony ekspedientki. Wzięłam koszyk i przeszłam się wzdłuż regałów, szukając produktów na szybki obiad i kolację. Zakupy nie zajęły mi dużo czasu, sięgałam po artykuły, które wydawały się najbardziej potrzebne, najdłużej zastanawiałam się nad sałatą: w liściu czy celofanowym opakowaniu? Wybrałam liściastą, więcej pracy z myciem, ale za to mniejsze zanieczyszczenie środowiska. Kierując się tą samą zasadą przy kasie, wzięłam bawełniany worek zamiast plastikowej reklamówki.
Dźwigając nieporęczny worek, doszłam do skweru, gdzie na jednej z ławek siedział Tomasz i palił papierosa. Wiedziałam, że musi mieć jakąś wadę, inaczej byłby facetem idealnym, a tacy w realnym życiu nie występują. Położyłam zakupy obok i przez chwilę przyglądałam się z dezaprobatą, jak puszcza kółka z dymu.
– Właśnie rzucam palenie – poinformował, jakby czytał w moich myślach. – Czekam na panią, bo nie ma pani klucza do drzwi. – Zgniótł niedopałek i wrzucił go do kosza. – Dziewczyny przygotowują obiad. Co tam pani ma w worku? Bordeaux?
– Do pizzy się przyda. – Usiadłam koło niego i wystawiłam twarz do słońca.
– Pewnie jest pani głodna, chodźmy do domu. Wezmę torbę, aż dziw, że pani ręki nie urwało.
Słuchając go jednym uchem, weszłam na trawnik opróżnić kieszeń z resztek niedoszłego śniadania. Tomasz zamilkł i ze zdziwieniem przyglądał się, co robię.
– To jakiś rytuał? Za każdym razem, gdy pani gdzieś przyjeżdża sypie pani okruchy na ziemię?
– Zapomniałam zjeść śniadania.
– Śniadanie nosi pani w kieszeni?
– Nie miałam czasu w restauracji, a w autobusie zapomniałam. Ot i cała historia – tłumaczyłam po drodze.
– Drugie piętro – rzucił, gdy weszliśmy na schody.
Zza przymkniętych drzwi dochodziły żeńskie głosy, weszłam do mieszkania pachnącego świeżo parzoną kawą.
– Wejdź i się rozgość, tak bardzo się cieszę, że tu przyjechałyśmy. – Zuzanna okręciła się na pięcie. – Pizza gotowa, możemy jeść. – Zaprowadziła mnie do kuchni.
– Wyjmij kieliszki, pani Kinga kupiła czerwone wino. – Tomasz wyciągnął butelkę z worka i postawił na stole.
Kuchnia była niewielka, stolik, krzesła i kuchenka zajmowały prawie całą przestrzeń. Na ścianach wisiały szafki na przybory kuchenne, okno osłonięte białą koronkową firanką wychodziło na parking. Stół nakryty obrusem w polne kwiaty, z niebieskimi talerzami i karafką z wodą robił przyjemne wrażenie. Zuzanna postawiła kieliszki, a ja usiadłam tyłem do okna. Promienie zachodzącego słońca łagodnie ogrzewały plecy. Zuza wyciągnęła gorącą pizzę, a kuchnię wypełnił zapach pieczonego sera, od którego ślina napłynęła mi do ust, żołądek gwałtownie dopominał się jedzenia.
– Gdzie Julia? – Tomasz rozlał wino i rozejrzał się po pomieszczeniu, jakby ktoś mógłby się w nim schować.
– Bierze prysznic. Inaczej wszyscy będziemy sobie wchodzić w paradę.
– No to za udany wyjazd. – Wzniósł toast, stuknęliśmy kieliszkami, upiliśmy łyk i zabraliśmy się za konsumowanie. Pizza była wyśmienita, ciasto pulchne, a ser się rozpływał.
Do kuchni weszła Julia w płaszczu kąpielowym i z ręcznikiem na głowie.
– Smacznego, pięknie pachnie. Kawa już jest?
– Tak, grzeje się. Pijemy za pomyślność waszej wyprawy. – Tomasz podał jej kieliszek, brzęknęło szkło przy kolejnym toaście.
– Opowiedzcie więcej na temat projektu odzyskania konia. Elżbieta próbowała mi tłumaczyć, ale niewiele zrozumiałem. O co chodzi? – zapytał, kiedy zajęliśmy się jedzeniem.
– Po pierwsze chcemy się dowiedzieć, co się z nim stało. To trochę dziwne, że koń rozpływa się jak bańka mydlana. Po drugie, jeżeli będzie taka możliwość, spróbujemy go odkupić – wyjaśniłam, odkładając sztućce. Wytarłam usta papierową chusteczką leżącą obok talerza i spojrzałam na Zuzannę, wpatrującą się we mnie jak w ósmy cud świata.
– Nie mówiłaś nic o odkupieniu Eklerka.
– Bo dopiero teraz przyszło mi to do głowy.
–Pozostaje jeszcze problem utrzymania konia. Zuzanna nie ma pracy, oszczędności topnieją. Nie jestem przeciwny, ale lepiej wszystko przemyśleć, niż się potem rozczarować. Najpierw trzeba go odnaleźć, co nie jest pewne. Pani zawsze tak się rzuca z motyką na słońce?
Zastanowiło mnie jego pytanie. Może rzeczywiście nie byłam przygotowana na tę wyprawę? Może mamię Zuzannę złudzeniami? Jakie intencje kryła chęć odnalezienia konia?
Chodziło o pomoc, czy raczej o wyjazd do Paryża, skoro okazja się sama nasunęła? A jeśli się nie uda? Czy wzięłam pod uwagę wszystkie okoliczności? Gdy wrócimy z niczym? Jak Napoleon po klęsce w Rosji powiem: trzeba było się cieplej ubrać? Obracałam w głowie wszystkie możliwe odpowiedzi, oglądając je po kolei
i rozważając, co powiedzieć.
– Wie pan, co jest napisane na grobie Charles’a Bukowskiego? – Podniosłam głowę i spojrzałam na mojego rozmówcę. Zdziwił się, unosząc brew, jakby się zastanawiał, z czym teraz wyskoczę.
– Nie widzę związku, ale proszę powiedzieć.
– „Jeżeli już o coś zabiegasz, idź na całego, w przeciwnym razie nawet nie zaczynaj”.
– Brawo Kinga! – Zuzanna klasnęła w dłonie.
– Bierze pani swoją wiedzę od alkoholików i outsiderów, którzy nie akceptują zastanego porządku społecznego? Ciekawe, dokąd to nas zaprowadzi.
Nie chciałam wchodzić na grząski teren rozpraw o sensie lub bezsensie podejmowanych decyzji. Sama nie byłam pewna, czy moje decyzje przyniosą pożądany efekt.
– Buntownik wprowadza zaskakujące rozwiązania. Innowacje ze szczyptą kontrowersji, żeby było pod prąd, na przekór status quo. Toczy bój z systemem – tu ma pan rację. Walczy z ogólnie obowiązującymi regułami, lubi prowokować. To, co zastał, zmienia na zupełnie inne, w jego mniemaniu lepsze, aby zbudować własny porządek. Czy Bukowski chciał zmieniać świat? Nie wiem, żył na marginesie społeczeństwa, przepełniony sceptycyzmem wobec ludzi, jednocześnie poszukując bliskości. Opisywał własne doświadczenia: alkohol, biedę, niedolę pisarza
i słabości dotykające każdego z nas. Pomimo wulgarnego języka i prostego stylu, jego twórczość ujmuje wrażliwością i głębokim zrozumieniem ludzkiej natury.
Tomasz stukał palcami w stół, grając tylko jemu znaną melodię, Julia się nie odzywała, zatopiona w myślach spoglądała w okno za moimi plecami. Trudno było odgadnąć, czy rozmyślała na temat naszej rozmowy, czy coś zupełnie innego zaprzątało jej głowę. Zuzanna zebrała talerze.
– Kto chce kawy? – zapytała.
– Chętnie. – Podsunęłam filiżankę.
– Ciastko? Co prawda z pudełka, nie piekarni, ale nie ma co wybrzydzać. Jutro kupimy prawdziwe, francuskie wypieki. – Podała talerzyk z ciastkami.
– Poproszę. – Wzięłam kruche z kawałkami czekolady, która rozpływała się w ustach, zostawiając smak kakaowej słodyczy. Popiłam ciastko kawą, dodając gorzką nutę – to było to, co lubiłam najbardziej. Słodko-gorzkie wariacje.
Rozkoszowałam się smakiem kawy i czekolady, słuchając toczącej się rozmowy. Zuzanna, Tomasz i Julia z ogromnym zaangażowaniem omawiali kolejnych członków swojej rodziny. Wywnioskowałam, że są zgrani i wszyscy darzą się wzajemnie sympatią. Wypowiadali się o innych przyjaźnie, nawet gdy wspominali ich przywary, robili to żartobliwie, bez złośliwości. Przyjemna odmiana po wysłuchiwaniu biurowych anegdot pełnych negatywnych opinii. Po dwóch latach pracy miałam wrażenie, że o innych można wypowiadać się tylko kpiąco – tak, aby podnieść swoją własną wartość. Miło było posłuchać rodzinnych opowieści, ale postanowiłam skorzystać z łazienki, skoro akurat była wolna.
– Dziękuję za mile spędzony czas, ale teraz chciałabym się umyć, żeby nie blokować prysznica wieczorem.
Wszyscy spojrzeli w moją stronę, urywając rozmowę w pół słowa. Zuzanna podniosła się od stołu.
– Pokażę ci pokój.
– Szybko pani chodzi spać – zdziwił się Tomasz.
– Odpocznę po podróży i poczytam trochę.
– Do jutra. – Julia pomachała mi ręką.
Mieszkanie miało formę prostokąta, po jednej stronie korytarza kuchnia, obok której znajdowało się wejście do mniejszego pokoju, po drugiej stronie – większy pokój i łazienka. Wąski i ciemny korytarz optycznie powiększało lustro zawieszone naprzeciwko drzwi wejściowych. Zuzanna otworzyła drzwi małego pokoju.
– Tutaj masz swoje rzeczy.
– Dziękuję, umyję się i poczytam przed snem.
– To miłego pobytu, wyśpij się dobrze.
Zamknęłam za sobą drzwi i opadłam na łóżko. W co ja się wpakowałam?
.
Saint-Nom-La-Bretèche, Francja, marzec 2017 r.

Zajęta czyszczeniem konia, Zuzanna nie zauważyła, gdy Elisabeth stanęła w drzwiach boksu.
– Cześć, nie zakładaj mu munsztuka. Masz jeszcze niepewną rękę. Eclair może się bronić. Weź zwykłe wędzidło, a jeżeli uważasz, że lepsze jest igłowe, to mogę ci pożyczyć.
Zuza poczuła rozczarowanie i frustrację. Igłowe są dla debiutantów albo dla koni, które niewiele umieją. Poszła jeszcze raz do siodlarni i zmieniła ogłowie. Ujeżdżalnia była pusta, o czym świadczyły otwarte na oścież drzwi. Dosiadła konia
i objechała pomieszczenie na luźnych wodzach, aby go rozprężyć. Weszła Elisabeth, a za nią wjechała Carla na Księciu Pustyni. Trenerka zamknęła drzwi i poprosiła o zebranie wodzy i rozprężenie koni zarówno w stępie, jak i kłusie. Następnie robiły przejścia kłus – stęp – kłus i ćwiczenia w chodach bocznych. Zuzanna zauważyła, że Carla wykonywała polecenia w skupieniu i precyzyjnie, czego nie mogła powiedzieć o sobie. Obecność kobiety denerwowała ją i rozpraszała. Eclair czuł brak koncentracji jeźdźca, nie reagował na pomoce i przy chodach bocznych za mocno wyginał szyję.
– Za dużo ręki. Zostaw ręce w spokoju, kieruj dosiadem. – Poprawiała ją trenerka.
W galopie Eklerek robił, co chciał. Cud, że nie spadła.
– Nie możemy tak zakończyć lekcji. Zsiądź z konia i potrzymaj Księcia Pustyni. Carla, dokończ proszę to ćwiczenie.
Zuzanna z trudem hamowała łzy. Trzymała Księcia za wodze i przyglądała się, jak Carla z gracją wykonuje zadania. Znowu straciła wiarę we własne możliwości. Miała nadzieję, że często trenując, nabędzie pewności siebie, jednak zawsze towarzyszył jej strach. W boksie Zuza pozwoliła sobie na płacz, który nie przynosił ulgi. Wrzuciła kawałki marchewki do żłobu, przykryła konia i wyszła ze stajni. Pomimo wczesnej pory było ciemno, padał deszcz. Szła ze spuszczoną głową, patrząc na światła latarni odbijające się w płytach chodnika. Ktoś złapał ją za ramię.
– Cześć, jak minął trening?
To był Jean-Lou.
– Daj mi spokój, jestem zmęczona.
Wyszarpnęła ramię i poszła na parking. Po schodach na drugie piętro wlokła się jak staruszka. Wiedziała, że przesadziła. Weszła do mieszkania i rzuciła klucz na stół w kuchni. Nie zapalała światła, Piu-piu nie przywitał jej świergotem. Wyciągnęła z szafki karton z winem i kieliszek. Była zła na siebie, że nie umiała zapanować nad emocjami. Historia dawnego wypadku wracała do niej jak bumerang. Upadek i długi pobyt w szpitalu przekreśliły karierę sportową. Wypiła pierwszy kieliszek, drugi, później straciła rachubę.
Obudziła się cała obolała, ze zdrętwiałymi nogami i bólem głowy. Za oknem wstawał świt ze śpiewem ptaków i warkotem samochodów. Nastawiła radio na France Musique i zaparzyła podwójną dawkę kawy. W ustach miała nieprzyjemny smak alkoholu. Nie włączyła światła w łazience z obawy przed tym, co mogłaby zobaczyć w lustrze. Zwymiotowała, wypłukała usta wodą i wymyła zęby. Zdjęła przepocone ubranie, wrzuciła do kosza na bieliznę. Weszła pod prysznic – zimna woda wywołała dreszcze, ale pomogła jej się dobudzić. Zmieniła temperaturę wody i obmyła całe ciało gorącym strumieniem. Odświeżona i rozgrzana weszła do kuchni.
W radiu radośnie brzmiący prezenter zapowiadał pogodny dzień. Dla niej nie był ani pogodny, ani radosny. Postanowiła pojechać wcześniej do klubu. Nie miała nic specjalnego do zrobienia w domu.
Na ujeżdżalni z uwagą obserwowała Eklerka. Powinien bardziej podstawiać zadnie nogi – pomyślała i pogoniła go od niechcenia batem. Lubiła pracę w ręku, pozwalała jej na nawiązanie porozumienia z koniem, umacniała ich wzajemną więź. Wymagała cierpliwości i koncentracji, ale stanowiła miły odpoczynek od męczących lekcji w siodle. Wykorzystywała głos, postawę ciała, napięcie lonży, dzięki czemu koń wykonywał ćwiczenia bez wahania, rozróżniając kody, których system wypracowali.
– No dobrze, na dzisiaj koniec. Muszę jeszcze wyczyścić i wypastować sprzęt, buty. Przygotować apteczkę pierwszej pomocy, ochraniacze – wyliczała na głos.
– W czasie startu nie możesz mieć ochraniaczy. – Jean-Lou zatrzymał się obok drzwi. – Za bandaże będziesz wyeliminowana, pamiętaj o tym.
– Zrobię mu wcierki po starcie, aby odpoczęły ścięgna. – Spojrzała na niego, uśmiechając się niepewnie. Zastanawiała się, czy zapomniał o jej wczorajszym zachowaniu, więc dodała: – Trochę się stresuję tymi zawodami.
– Nie martw się, to jeszcze nie mistrzostwa świata.
Oboje się roześmiali. Zuzanna czuła, jak opada z niej napięcie. Dobrze jest mieć wkoło siebie ludzi, którzy mają taką samą pasję. Ujeżdżanie – najpiękniejsza dyscyplina jeździecka. Eklerek czekał cierpliwie, aż jego opiekunka skończy rozmyślania. Zwinęła lonżę i poklepała konia po szyi.
– Dziś tylko tyle. Spociłeś się, staruszku, odpoczniesz w boksie, a ja przygotuję wszystko do wyjazdu.
Zastrzygł uszami i przysunął ciepły nos. Przytuliła do niego twarz – czuła jego oddech na policzku. Pogłaskała miękkie chrapy, złapała za wodze i zaprowadziła konia do boksu. Odpięła ochraniacze, przejechała dłońmi po nogach, sprawdzając, czy nie ma otarć, ściągnęła pas do lonżowania i ogłowie. Eklerek ocierał głowę o jej ramię, gdy kładła sprzęt na drzwiach boksu. Nałożyła na niego okrycie i przyjrzała mu się uważnie. Grzywę może mu zapleść przed samym wyjazdem, sprawdzi tylko, czy ma czarne gumki. Ogon też mu zaplecie, będzie ładnie ondulowany.
W drzwiach boksu stanął Jean-Lou.
– Dasz się zaprosić na kawę?
– Muszę go jeszcze wyczyścić i wszystko przygotować. Jutro nie będę miała czasu.
– Masz dziesięć minut, zanim wyschnie. Skoczmy do kafejki na rogu.
– W porządku – przytaknęła. Pomyślała, że chwila odpoczynku dobrze jej zrobi.
– A ty, dlaczego nie startujesz? – spytała.
– Nie jeżdżę dla nagród i pucharów, jeżdżę dla przyjemności.
Uśmiechnęła się.
– Ujeżdżanie trenuje się wyłącznie dla przyjemności. Nawet jak zajmujesz pierwsze miejsce, to nie dostajesz wielkiej wygranej. To nie skoki.
– Nie szkodzi, nie czuję dreszczu pożądania, aby startować w zawodach.
Popatrzyła na niego figlarnie, chciała zapytać, kiedy odczuwa dreszcz pożądania, ale zrezygnowała.
Opuszczając budynek, spojrzała pobieżnie na znajomych z klubu przygotowujących konie w promieniach jesiennego słońca. Wyszli na ulice i przeszli do pobliskiej kawiarni. Jean-Lou otworzył drzwi do zatłoczonej kafejki. Było południe, co we Francji oznaczało przerwę w pracy. Ze środka słychać było strzępki rozmów i rytmy dyskotekowej muzyki. Weszła pierwsza i rozejrzała się po sali. Wszędzie było pełno młodych ludzi popijających piwo, grających w rzutki, opierających się o bar i rozmawiających z barmanem. Jean-Lou złapał ją za ramię i pociągnął za sobą w stronę wolnego stolika. Na blacie stała zapalona świeczka. Zuzanna zastanawiała się, czy miała nadać romantyzmu temu miejscu, czy może zniwelować wszechobecny zapach tytoniu. Okoliczni mieszkańcy niewiele sobie robili z zakazu palenia w miejscach publicznych.
– Czego się napijesz? – spytał.
– Soku pomarańczowego. Muszę być w formie.
– Jesteś w formie. – Patrzył na nią intensywnie.
Poczuła się zaniepokojona, jakby wkroczyła na niepewny grunt. Po raz pierwszy zwróciła uwagę na jego oczy. Miały kolor nieba.
– Dużo wiesz jak na kogoś, kto nie startuje – zmieniła temat.
Startowałem, ale Sułtanowi należy się emerytura. Ma już osiemnaście lat.
Spodobało jej się to stwierdzenie. Znała niewielu jeźdźców, którzy rezygnowali z kariery sportowej ze względu na konia.
– Miałem licencję amatora – dodał, płacąc kelnerce za przyniesione napoje.
Zuzanna zanurzyła usta w zimnym soku.
– Jeszcze muszę popracować, aby ją zdobyć – odparła z lekką zazdrością.
– O której wyjeżdżacie?
– Po południu. Rano poćwiczę jeszcze program. Mam kilka słabych punktów. Niestety,
Elisabeth będzie zajęta przygotowywaniem koni.
– Z czym masz problem?
– Z galopami. Nie zawsze potrafię wypchnąć Eclaira do galopu w danej literze.
– Zobaczę jutro, dlaczego nie możesz zagalopować. To zazwyczaj kwestia dosiadu.
– Jeżeli masz ochotę… – Uśmiechnęła się z wdzięcznością. – Zacznę koło dziewiątej. Nie za wcześnie dla ciebie?
– Nie, lubię wcześnie wstawać. Przy okazji wsiądę na Sułtana. Może dla odmiany trochę poskaczemy?
– Wracam do klubu. Eclair pewnie wysechł. Dziękuję za sok, to do jutra.
Zuzanna wstała z krzesła i skierowała się do wyjścia, w duchu ciesząc się na jutrzejszą jazdę
w towarzystwie Jean-Lou.
Stanęła przed wejściem do stajni. Była sama, pozostali jeźdźcy albo skończyli przygotowania, albo byli w innych rejonach. Nie była pewna swojej decyzji. Tyle czasu czekała na ten moment, a teraz odczuwała niepokój. W siodlarni ściągnęła sprzęt z wieszaków, z siodłem opartym o biodro i ogłowiem na ramieniu zeszła po schodach do stajni i przeszła korytarzem do boksu konia. Wolała wszystko przygotować przed jutrzejszym wyjazdem. Wiedziała z doświadczenia, że w pośpiechu może czegoś zapomnieć. Weszła do boksu, zdjęła z Eklerka okrycie i dłonią sprawdziła, czy sierść jest sucha. Zaczęła wykonywać okrężne ruchy szczotką, rozmasowywała mięśnie konia na grzbiecie i szyi – w miejscach najbardziej narażonych na bolesne skurcze. Posmarowała kopyta maścią z wyciągiem z liścia laurowego, aby nadać im sprężystości i uchronić od pęknięć. Na koniec pracy stanęła obok konia podziwiając swoje dzieło.
– Do jutra, staruszku.
Zamknęła drzwi boksu na zasuwkę i poszła do samochodu. Zatrzymała się na parkingu przed domem. Wychodząc z auta, natknęła się na sąsiadkę, starszą panią spod ósemki na trzecim piętrze, obładowaną siatkami z zakupami.
– Pomogę pani.
– Dziękuję, moje dziecko, w dzisiejszych czasach mało jest osób chętnych do pomocy. Twoja ciocia także pomagała ludziom, bardzo ją lubiłam. Kto mógł przypuszczać? – Starsza pani zamyśliła się na moment. – Była taka pełna energii, w Dzień Sąsiada pomagała w organizacji. Każdy coś przynosił – ciasta, wino, a nawet szampana. Dobre to były czasy.
Kobieta westchnęła.
– Dobrze pani znała moją ciocię?
– Czasami przychodziła do mnie na herbatę. Może ty też się czegoś napijesz? – zaproponowała sąsiadka, gdy doszły do mieszkania i Zuzanna odłożyła siatki pod drzwiami.
– Chętnie dowiedziałabym się więcej o cioci.
– Zaparzę herbatę z owoców leśnych i porozmawiamy.
Weszły do mieszkania, gdzie pachniało lawendą. Usiadła w salonie na jednym z foteli obitych materiałem. Rozejrzała się po wnętrzu. Drewniana komoda, finezyjnie ozdobiona motywami kwiatowymi, jedna z tych, w których umieszczało się talerze i filiżanki. Na ścianach wisiały obrazy kobiety o pociągłej twarzy i szczupłej sylwetce.
Starsza pani przyniosła tacę z cukiernicą, dwiema filiżankami, dzbankiem herbaty, po czym usiadła w sąsiednim fotelu.
– Lubi pani malarstwo?
– Lubię, zwłaszcza Modigliani mnie interesuje. Był nietypowy, niedostosowany, modi – przeklęty… Chciał żyć krótko, lecz intensywnie, i tak się stało. Zmarł w wieku trzydziestu pięciu lat. Uosabiał to, co przypisuje się bohemie: twórcze szaleństwo, nędzę, pijaństwo, miłość, poezję. Fascynował i fascynuje dalej. Znasz się na malarstwie?
– Trochę, moja siostra studiuje na Akademii Sztuk Pięknych.
Starsza pani uśmiechnęła się dobrodusznie, a zmarszczki w kącikach oczu pogłębiły się.
– Chciałaś porozmawiać o twojej cioci. Byłam od niej dużo młodsza, ale z czasem różnica wieku się zatarła. Przychodziła do mnie na wspominki. Przyjechała do stolicy w wieku piętnastu lat jako opiekunka do dzieci. W lipcu tysiąc dziewięćset czterdziestego drugiego roku jej pracodawcy zostali zatrzymani i umieszczeni na zimowym stadionie kolarskim Vel d’Hiv. Józefina musiała uciekać z miasta. Tułała się po wsiach i miasteczkach, szukając zatrudnienia. Zatrzymała się na farmie w Normandii, gdzie za dojenie krów dostała pokój i wyżywienie. Szóstego czerwca tysiąc dziewięćset czterdziestego czwartego roku tysiące statków przebijało się przez kanał La Manche pod ostrzałem niemieckiej artylerii.
Tego ranka morze miało kolor czerwony, nie od wschodzącego słońca, lecz od krwi. Wieczorem na farmę, gdzie pracowała Józefina, przyjechało kilka jeepów z żołnierzami i oficerami amerykańskimi. Jeden z nich był ranny. Poprosili o nocleg. Zmęczeni walką żołnierze musieli przygotować się do kolejnego ataku, nazajutrz mieli przenieść się na inne pozycje. Gospodyni z Józefiną przygotowały oficerom lóżka, natomiast żołnierze dostali ciepłe koce, żeby mogli przenocować w stodole, na sianie. Na twarzach żołnierzy widziały zmęczenie, rozmazane ciemne plamy krwi i błota. Rannego oficera gospodyni ulokowała w pokoju na piętrze, gdzie było cicho i spokojnie, gdyż okno wychodziło na ogród, o tej porze roku cały w kwiatach. Tam też znajdował się pokój Józefiny. Gospodyni zaproponowała posiłek, zaganiając do pomocy dziewczęta, które przyciągnął widok młodych mężczyzn. Umyci i ogoleni, wyglądali jak wszyscy młodzi ludzie w ich wieku, tylko oczy mieli puste. Rozmawiano, mieszając języki, trochę na migi, trochę rysując. Józefina zaniosła posiłek rannemu oficerowi. Miał na imię Mark, jak Mark Twain, żartowali na ten temat. Mówił po francusku, bo jego mama była Francuzką.
Sąsiadka umilkła i przez chwilę uśmiechała się do swoich wspomnień, po czym wróciła do przerwanej opowieści.
– Po wyzwoleniu Józefina przyjechała do Paryża. Najpierw sprzątała u ludzi. Nie zarabiała dużo, ale była sama i na jej potrzeby wystarczało. Myślała, że w Paryżu szybciej odnajdzie swojego narzeczonego. Szukała go przez Czerwony Krzyż, ale jedyne, co otrzymała, to adres jego matki. Wiem, że napisała do niej i przez jakiś czas korespondowały. Niestety mama Marka zapadła na Alzheimera i rodzina umieściła ją w domu opieki. Twoja ciocia nie dowiedziała się, jaki los spotkał Marka. Został uznany za zaginionego.
– Ciocia opowiadała o nim, zdążyli się zaręczyć, zanim wyruszył na front.
– W czasie wojny trzeba było szybko podejmować decyzje. – Starsza pani uśmiechnęła się smutno. – Później twoja ciocia dostała posadę pokojówki w hotelu, a następnie stała się odpowiedzialna za personel. Dobrze sobie radziła. Nie chciała wyjść za mąż, choć kandydatów miała sporo.
– Może wierzyła, że Mark kiedyś wróci?
– Może?
Katarzyna Godefroy
.
wszystkie części: