Ten wiersz jest jak ostatni list pisany z wieży — nie do świata, lecz do jednego człowieka, który odchodzi. Katarzyna Maria Dźwigała sięga po legendę Tristana i Izoldy, by opowiedzieć o miłości nie jako o romantycznym spełnieniu, lecz jako o przeznaczeniu, które nie daje ukojenia.
Izolda w tej pieśni nie jest bohaterką dramatu, lecz kobietą, która wie, że jej uczucie nie zostanie ocalone. Mówi z godnością, ale bez złudzeń. Jej głos jest cichy, lecz stanowczy — jak modlitwa, która nie prosi, lecz stwierdza.
Wiersz Dźwigały zachwyca literacką prostotą, która nie jest uboga, lecz wyrafinowana. Każdy wers niesie ciężar emocji, a jednocześnie pozostaje lekki jak powiew znad morza. To poezja, która nie krzyczy, lecz zostaje w czytelniku — jak echo, jak obraz kobiety w oknie, która patrzy na fale i wie, że już nikt nie otworzy jej drzwi.
To utwór o miłości, która nie potrzebuje obecności, by trwać. O śmierci, która nie jest końcem, lecz formą wierności. I o kobiecie, która nie wybiera samotności — ale ją przyjmuje, bo nie zna innej drogi, która byłaby równie prawdziwa.
.

.
Pieśń Izoldy
Więc odejdź i niech sine fale
zaniosą cię tam, skąd pochodzisz,
gdzie smutek przed laty cię zrodził.
A ja tu zostanę, Tristanie.
Wiedziałam, że to się tak skończy.
Są kwiaty, co rosną na skałach.
Są źródła wśród piasków Sahary.
Lecz co Bóg raz złączył, to złączył.
Zostaje mi okno wysokie
w mej wieży: w nim niebo i morze.
I będę tu mieszkać z nadzieją,
że drzwi moich nikt nie otworzy.
Bo nie ma nikogo innego,
żadnego innego pragnienia
jak tylko, by patrzeć w te oczy
bez przerwy, a świat niech się zmienia.
A skoro nie mogę, nie ujrzy
już nikt moich włosów jak złoto.
I umrę samotnie i w ciszy.
A ludzie tę śmierć nazwą cnotą.
.
Katarzyna Maria Dźwigała