
.
Wycieczka do muzeum
.
Bobik wyrusza na wyprawę
Widzieliście kiedyś dzieciaka zwijającego się z nudy? To był, Bobik. Taki wówczas spłakany, nudzący się chłopczyk. Obecnie nieco dojrzalszy i doskonale wkomponowany we współczesne realia. Niemniej to popołudnie smętnej pory nijakiego roku było śmiertelnie leniwe – tak można to opisać. Bobik nudził się, a opary nudy gęstniały. – Czy nuda, zaliczana przecież podobno do stanów psychicznych, może przybrać materialną formę? – zamyślił się.
– Może, może, Mój Panie. I to bardzo „może”. Czy mam zademonstrować na kilku przykładach? – zaszemrał mu w głowie ugrzeczniony głos Asystenta, nazwanego przez niego dość pieszczotliwie Bobikson.
– Nie! Dziękuję. Nic dla mnie teraz nie rób – odparł.
Obserwował czujnie, co będzie dalej. Prawdę mówiąc zostało mu niewiele do robienia. Limit kredytów umożliwiających słuchanie audio wyczerpał już bowiem na początku miesiąca. Podobnie skończył się też limit oglądania przywoływanych wprost do głowy obrazów. Takoż: czytania, medytowania itp. Praca? Kiedyś i owszem, była. Taka nawet na pełnych obrotach. Przynosiła mu satysfakcję, a zarazem wzbogacała jego wirtualne konto o wiele dodatkowych punktów. Potem stało się jakoś tak, że samą pracę, jako wartość, zaczęto medialnie dezawuować, a następnie skracać, kawałek po kawałku. Upraszczano procesy, ograniczano jej czas, aż ostała się tylko w formie cząstkowej, dostępna jedynie dla tych, którzy z jakichś względów mieli powiększone (w stosunku do reszty „gawiedzi”) limity. Jego Asystent (i zapewne także setki tysięcy podobnych, udostępnionych ludziom aplikacji) zadbał o ”bezpieczeństwo izolacyjne” populacji. Postarano się wymazać nawet wspomnienia o prawdziwej pracy, o tym, jaka była kiedyś, z pełnym pensum godzin, wykonywanej z autentycznym zaangażowaniem i umożliwiającej uczestnictwo w ambitnych wyzwaniach intelektualnych. Zadbali o to asystenci AI, wrzucając ewentualne wspomnienia o niej w osobną przegródkę mentalną pod nazwę „Przeżytki i legendy”.
Godziny mijały, a nuda wypełniła całą bobikową kwaterę bardzo szczelnie. Zanurzony w niej, całkowicie zdemotywowany, stracił orientację co do osadzenia tego popołudnia w konkretnej porze roku. Odczuwał z tego powodu nawet odrobinę jakiejś satysfakcji. Jaką dziś mamy datę? Jest dzień czy może już noc? Nie miał szansy sprawdzić, bo widok z okna – gdyby nawet zdecydował się wyjrzeć – nie wskazywał tego jednoznacznie. Pora dnia, podobnie jak wiele innych rzeczy, mogła być dowolną, stworzoną przez System symulacją,
– A zresztą, co tam! – machnął ręką. Od dobrych kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu lat, pory roku czy dnia nie wywoływały u niego żadnych emocji. Nie miały najmniejszego znaczenia. Owszem, gwoli prawdy rzec należy, że odmierzanie godzin czasami jeszcze gdzieś znajdowało zastosowanie. Podobno. Pomimo tego, iż stanowisko naukowe, traktujące o kwantowej i bezczasowej naturze wszechświata, wyparło anachroniczny już dziś konsensus einsteinowski, stary model stosowano jeszcze tam, gdzie istniała potrzeba wyznaczenia wyraźnego punktu odniesienia dla czegoś innego. Czyli dla tego, co w danym „okresie narracyjno-propagandowym”. Elita uznała za istotne. Powiedzmy sobie jednak szczerze: kogo dziś jeszcze obchodzą dawno zdewaluowane pojęcia typu „odniesienie”? Co miałoby niby przynosić ludziom porównywanie różnych poglądów? Uruchamiać jakiś progres? No nie. Wszystko przecież jest wiadome, od dawna i każdemu. Prawda była obecnie na każde skinienie – każdego. Wystarczyło zapytać o cokolwiek Asystenta, a ten lokował w głowie pytającego gotową i najtrafniejszą, czyli rzecz jasna, właściwą, odpowiedź. Zatem trudzenie umysłu analizą, czy jakimiś porównaniami było po prostu zbędne. Podejmowane co jakiś czas przez różnych „charakterników” i „zaburzeńców” desperackie próby myślowe namierzano systemowo już na poziomie ich inicjowania. Błyskawiczna identyfikacja wypaczeń, tylko o ułamek sekundy poprzedzała wydanie werdyktu co do stopnia ich niezgodności z przyjętą normą. Robiły to maszyny. One oceniały, nie kierując się emocjami, stereotypami, uprzedzeniami czy matactwami teorii spiskowych. One nigdy się nie mylą. Nie mogą się mylić, to przecież takie proste.
Bobik usłyszał gdzieś, że weryfikacja przez AI każdej odbiegającej od przeciętności myśli niemal zawsze skutkowała oceną negatywną. Jeśli stopień negatywności okazał się znaczący, system mógł zakwalifikować takie myślenie jako „Myślactwo zbędne” lub – co gorzej – Myślactwo stwarzające niebezpieczeństwo”. W tym drugim przypadku robiło się już poważnie. Coś ultra teoretycznego, czyli spekulatywnego, na dodatek bez waloru społecznej utylitarności, czy co gorsza, społecznie szkodliwego, groziło utratą dotkliwej liczby punktów i ograniczeniem życia do poziomu podstawowego. Dodatkowo mogło być obłożone jeszcze karą w postaci upublicznienia, czyli wydania pod pręgież publicznych osądów. Oczywiście we wskazanych przez maszynę miejscach. Uważano bowiem tok myśli spontaniczny, nieuporządkowany za „chaotyczny” oraz bezproduktywny, a oddawanie się mu uznawano powszechnie za kompromitujące, przede wszystkim niepotrzebne i przez to – szkodliwe. „Myślactwo” było więc bezwzględnie potępiane.
.

.
Wróćmy jednak do naszej opowieści! A zatem: dzisiejsze popołudnie szybko stało się dla Bobika ekstremalnie obrzydliwe i gnuśne. Wyzute z sensu nawet bardziej od popołudnia wczorajszego czy tego przedwczorajszego, z którego w głowie pozostało mu już tylko ogólne nieciekawe wspomnienie. Co się wówczas konkretnie działo? Nie mógł sobie przypomnieć..
Ach, te popołudnia! Ich początek wyznaczał sygnał końcowy rutynowych pracogodzin. Tych kilku, tygodniowo „odrabianych” zawsze według tego samego modelu sprawdzonego schematu. Od niedzieli do środy, z obowiązkową przerwą na czwartek, piątek i sobotę.
Wolne w pracy wykorzystywał nader rzadko. W tym czasie nie robił dokładnie nic. Tłumaczył to sobie tak, że nie pociągały go przypisane jego statusowi (a wyrażone odpowiednią liczbą punktów bazowych) prymitywne, ale efektowne, pseudo rozrywki. I że nie wabiły go powszechnie reklamowane, lecz niezwykle sztampowe relacje w przestrzeni wirtualnej.
Jeżeli przerwa w pracy komuś nie odpowiadała i to zgłosił, problem taki trafiał do odpowiednich służb, które opracowywały i proponowały „alternatywny wypoczynek motywacyjny”, zazwyczaj inicjowany jeszcze w czasie snu. Procedurę uruchamiano bez czynnego udziału człowieka, poprzez aktywowanie w jego mózgu dodatkowego, dedykowanego modułu. Także w tym przypadku pozbawiona emocji i uczuć maszyna gwarantowała „absolutny obiektywizm wyboru formy odpoczynku oraz perfekcyjne procesowanie i monitorowanie klinicznego snu”.
Cóż więc było robić? Bobik poprosił Asystenta o spotkanie z dawno zmarłymi rodzicami. Nie minęło kilka, może kilkanaście bić serc a krótki sygnał przysłany z implantu umieszczonego w płacie czołowym mózgu zgasił nadzieję: koniec kredytów: wyczerpałeś już czas spotkania ze starymi!
Trudno!
Nie zorientował się nawet, kiedy usnął. Zbudził się jak zwykle około szóstej. Nie potrzebował budzenia, jego organizm był na tę godzinę zaprogramowany. Powlekł się do łazienki, by odprawić codzienny rytuał: najpierw szczoteczka, zaraz potem pasta, pedantycznie rozprowadzona równomiernie na całej powierzchni włosia. Zębów mycie. Dokładne, prężne i koliste. Następnie opłukanie twarzy dwa – trzy razy. Zawsze tak samo, zawsze w tej samej kolejności. Potem wrzucenie naprędce swojego „roboczego” uniformu „nadzorcy sektora XY energia odnawialna+” , a następnie truchtem do stołu na śniadanie. Lodówka zaserwowała tym razem zestaw nieco inny niż wczorajszy, lecz dokładnie taki sam jak tydzień temu i tydzień wcześniej. Kotlet mielony, bliźniaczy do tego pochłoniętego przed siedmioma dniami oraz buraczki „ufryzowane” w znany już dobrze sposób. Wszystko dosmaczone czymś nad wymiar wyrazistym i niewątpliwie sztucznym.
Nie, nie chodził ani nie jeździł odrabiać roboczogodzin. Do codziennej zdalnej pracy przetaczał swoje ponad 120-kilogramowe ciało z domowego bioskanera, ustawionego w jednym pokoju, do niewielkiego pokoju pracy, oczywiście wszechstronnie monitorowanego przez korporację. Kierownik uspokajał, że nagrania po tygodniu są kasowane. Względy bezpieczeństwa, oczywiście. Bo co by było, gdyby ktoś obcy je przechwycił, np. konkurencja? Szpiedzy? Szef zalecał czujność i jeszcze raz czujność oraz zgłaszanie podejrzanych sytuacji czy innych aberracji „zwyczajności”.
Przerwa na lunch zasygnalizowana została drobnym ukłuciem. Impuls elektryczny w tyłek, wcale nie tak mocny. Wstał i przerzucił swoje kilogramy w stronę stołu, by ciężko opaść na krzesło. Ten dzień, oprócz tego że nudny, był taki sam jak wczorajszy. Jak przedwczorajszy i jak ten tydzień temu. Strawa, owszem, pożywna. Kuchnia wybitnie zdrowa (co oczywiste!), a w głowie cichy szmer „standbay” gotowego do wszelkich posług osobistego Asystenta.
Czy oby nie zjada posiłku za wolno lub za szybko? – przemknęło mu płochliwie przez głowę. Może jedzenie utkwi mu w gardle?! Czy na pewno zjada wszystko, do samiuteńkiego końca, nie omijając żadnego, nawet najmniejszego, dobroczynnego dla organizmu mikroelementu? Serwowanie sobie 24 nowoczesnych suplementów zabrało mu nieco ponad cztery minuty, może pięć. Gdy już wszystko dokładnie popił i bezpiecznie połknął, dyskretny, ale wyrazisty pisk zasygnalizował definitywny koniec lunchu. Teraz należało niezwłocznie wrócić do biurka, meldując się przed „pracowym” monitorem.
Takie właśnie było, z grubsza odmalowując, jego życie. Niemal całe. Bo cząstka umysłu Bobika wciąż zachowała nutkę wspomnień dziecięcych szaleństw. Głęboko wryte w pamięć uczucie dawno nie odczuwane – smak wolności. Teraz znów to poczuł – jej powiew, lekkość i swoiste uniesienie. Przez krótką, bardzo krótką chwilę, miał wrażenie, że zaczynają rosnąć mu skrzydła. Stawały się coraz większe, silniejsze, jak u jakiejś mitycznej istoty. Aż sięgnęły hen wysoko, najwyższych wysokości, dotykając krańców i głębokości nieba… Och, to było wspaniałe uczucie! Ale stopniowo zaczęło słabnąć. Desperacko próbował je jakoś uchwycić i zatrzymać w sobie, co zaowocowało narastającą gonitwą myśli. A gdyby tak…gdyby.. wyjść na zewnątrz? Po prostu wyjść z domu?
Nieśmiała myśl stopniowo krystalizowała się w postanowienie. Gdyby tak zmienić coś radykalnie i zrobić to właśnie teraz? Początkiem czego stałoby się opuszczenie tej „wspaniałej” nory? Myśli goniły niepowstrzymane. Czy oby jednak były to jego myśli, nie podrzucone przez Asystenta? Szybko uznał to za nieistotne. W jeden, ten jedyny, właśnie dzisiejszy dzień, chciał zrobić coś całkiem nowego. Szalonego. Coś, co otworzy nowy początek. Przecież może chyba opuścić mieszkanie, z którym nie rozstał się nawet na chwilę przez ostatnie 20 lat?
Roił sobie, że na zewnątrz jest całkiem inny świat, świat wielu możliwości, nowych szans i inspiracji. A żyjący tam ludzie? Czy są podobni do niego? Już dawno swoją kolekcję archaicznych smartfonów i smartwatchów oraz nowszych nieco, ale dziś również przestarzałych eyetrackerów, zamierzał sprzedać w zlokalizowanym opodal jego kwatery elektroantykwariace. Gdzieś usłyszał, że na przestarzałych urządzeniach, zasilanych jeszcze prądem elektrycznym, można było zarobić nawet sporo kredytów. Pod warunkiem jednak, że zjawiło się w sklepie osobiście. Po to, by antykwariusz mógł całą transakcję zarejestrować, a zarazem wycenić realną wartość przedmiotu. Bobik miał też gdzieś na kwaterze archaiczny model „wszystkowiedzacza”. Na niego zapewne także znajdzie się ktoś chętny. Poproszony o adres elektroantykwariatu jego „sztywniak” podał dokładny namiar. Miejsce to zlokalizowane było dokładnie 233 kroki od jego domu, licząc w linii prostej, a 296 – dodając zakręty pomiędzy budynkami.
Bobik wiele lat nie odczuwał potrzeby, by wychodzić na zewnątrz, w Miasto. Wszystko, czego potrzebował, przynoszono mu pod drzwi. Czasami słyszał jak robot domowy odbiera paczki żywnościowe przez uchylone, zbrojone stalą wejście. Na powracającą z uporem myśl o przekroczeniu progu domu, zaczął się trząść. Poczuł, że lęk skrada się do niego z każdego kąta kwatery. Drżącymi palcami zaczął przetrząsać szuflady w poszukiwaniu foliowej torebki. Jest! Kilka głębokich zaciągnięć wydychanym powietrzem zawierającym C02 stłumiło panikę w zarodku. Tak. Był gotowy.
.

.
– Bobikson, otwórz drzwi i uruchom moduł nawigacyjny – wydał polecenie.
– Jesteś pewien, Panie?
– Jestem pewien! Otwieraj proszę. Chcę się przespacerować. W sumie chyba około 2800 kroków, do muzeum historii spółdzielczości. Po drodze chciałbym też odwiedzić elektroantykwariat i może też Tradycyjną Jadłodajnię.
– A jaki jest cel ostateczny tej wycieczki, Panie?
– Mówiłem! Muzeum. Muzeum Historii Spółdzielczości! Chciałbym je zwiedzić.
– Proszę powtórzyć? Czego muzeum?
– Historii spółdzielczości. Takie dawne lata, gdy ludzie coś jeszcze wspólnie tworzyli. Spółdzielczość dawała im poczucie sensu, bazujące na tworzeniu czegoś razem, w sposób zorganizowany. Czegoś, co działało, było użyteczne i ekonomiczne zarazem, ale zyski nigdy nie były priorytetem, jak w przypadku naszych mega koncernów. Chciałbym przypomnieć sobie, jak to dokładnie wyglądało – wyrzucał z siebie zdania, czuląc że podnosi coraz bardziej głos. – Zawsze chciałem odwiedzić takie miejsce, niestety brakowało mi czasu. Kieruj nas tam, proszę.
– Tak, wiem już co to za miejsce. Ale prawdopodobieństwo obecnego funkcjonowania rzeczonego muzeum oceniam na 49,2 procenta. Odległość od twojej kwatery do pożądanej lokalizacji to dokładnie 2745 twoich kroków. Wprowadzić cel do nawigacji?
– Wprowadź i idziemy, już! – Bobik sapnął zniecierpliwiony.
Drzwi ustąpiły. Fala gorącego, zgniłego powietrza aż go odrzuciła od progu.
– Kombinezon do zewnętrznej penetracji terenu! Szybko, dawaj! – polecił.
Kombinezon zamknął go w cienkim, ale dość elastycznym oraz szczelnym kokonie, pozostawiając jedynie otwory na oczy. Przetoczył swoje ciężkie ciało przez próg, inicjując wyprawę. Poczuł dumę. Jednak się odważył!
– Panie Bobiku, kieruj się od razu w lewo a następnie 155 kroków prosto. Nawigacja jest aktywna, konto w pełni otwarte, zakładane limity – utrzymane – zaszemrał mu w głowie głos Asystenta.
Reklama „Tortu Królewskiego” oblepiła go ze wszystkich stron już na 45 kroku. Zanurzony w niej, poczuł wyszukany smak oraz boski aromat ciasta. Nie powstrzymał się. Ogarnął smakołyk całym sobą i w mig go pochłonął.
– Zużyłeś 30 kredytów – beznamiętnym głosem poinformował go Bobikson.
– Dobra, idziemy do elektroantykwariatu! I wyłącz osobistą percepcję reklam – polecił Bobik.
– Zrobione! Opłata za wyłączenie – 20 kredytów – otrzymał nową informację.
– Skręć w prawo na 198 kroku, od razu za rogiem najbliższej kwatery. Następnie zrób jeszcze 98 kroków, a staniesz przed sklepem.
Sapał ciężko, pot spływał mu pod kombinezonem cienkimi strużkami, lecz droga nie zabrała dużo czasu. Gdyby jednak miał ją odtworzyć z pamięci, byłoby niewątpliwie trudno. Mijane kwatery mieszkalne i inne obiekty były do siebie bliźniaczo podobne. Miało to jednak swój głęboki sens. Architektoniczne różnicowanie budowli tylko generowało koszty, zmniejszając zyski megakoncernów, które przecież skądś musiały czerpać środki na sprawowanie rzetelnej opieki nad obywatelami Miasta. – Czy tu są jacyś ludzie? Nikogo nie widać – zastanawiał się Bobik – Zresztą po co mi oni ?– skonstatował. Niemniej wraz z przebytą drogą odczuwał narastające oszołomienie, chyba za sprawą wszechobecnych reklam i narastające zmęczenie, mierzone liczbą oślepiających świateł oraz postawionych kroków.
Wreszcie stanął przed elektronatykwariatem. Z niejaką trudnością oderwał paski plecaka od tkaniny kombinezonu. Pomacał jego zawartość. Miał chyba wszystko, co trzeba. Sklep okazał się – jak i wszystkie inne – autonomiczny, chociaż wieść głosiła, że zatrudnia prawdziwych sprzedawców. Ale jak się właśnie przekonał musiała należeć do przestrzeni dezinformującej „mowy fałszu”.
W głowie zabrzęczał mu surowy, metaliczny głos: podsumowanie transakcji – sprzedaż twoich artefaktów – pozyskane 25 kredytów. Pobrano 15 kredytów marży transakcyjnej Do zapłaty, zostaje ci 10 kredytów. Pobrano 8 kredytów opłaty za wycenę. Zostają ci dwa kredyty. Naliczamy opłatę wystawienniczą. Per saldo sklep pobrał od ciebie pięć kredytów. Dziękujemy za wizytę i życzymy dalszego, przyjemnego spaceru po Mieście.
– Bobikson! Coś tu nie gra! – zezłościł się Bobik – Złóż w moim imieniu odwołanie, z roszczeniem zwrotu od właściciela sklepu co najmniej dwóch kredytów. Jesteś przecież moim przyjacielem i mogę liczyć na ciebie także w trudnych sytuacjach.
– Tak panie Bobiku, jestem. Odwołanie już złożone. Czekamy na odpowiedź czy kontynuujemy spacer?
– Kontynuujemy, potem do tego wrócimy.
– Po wyjściu z elektroantykwariatu kieruj się w prawo, następne zrób 30 kroków do rogu, skręć w lewo, 20 kroków prosto, w prawo, i po kolejnych 20 krokach dotrzemy do Tradycyjnej Jadłodajni.
– Do jakiej znowu jadłodajni? – Bobik wytężył pamięć.
– Sam pan wspominał, że chce tam również zajrzeć. Mam to odnotowane.
– Dobrze. Rzeczywiście, zapomniałem. A tak w ogóle to zgłodniałem już od tego wszystkiego. Prowadź!
Tym razem droga była jeszcze bardziej zakręcona niż dotychczas. Zmęczenie narastało. Czuł szczypanie pod powiekami i napływające łzy. Bobikson prowadził go taką trasą, by można było stosunkowo łatwo wrócić na właściwy „kurs” do muzeum, a potem – co istotne – z powrotem, do domu. Nawigacja tak wybrała, inteligentna ta nawigacja. Było więc nieco więcej niż dotychczas zakrętów, a nawet wycofywanie się. Tylko po to, by wejść znowu na właściwy szlak. Używali skrótów przez niedomknięte osiedla. Tych było znacznie więcej, niż mógł podejrzewać, wyruszając w tę trudną, ale przecież nie ekstremalną trasę. A zatem znowu 20 kroków prosto i zaraz skręt w prawo i kolejne 38 kroków i jeszcze trzy kroki w lewo po przekątnej, 10 do przodu i znowu 5, i znowu..
Ile czasu minęło? Zmęczenie dawało mu się we znaki już nie na żarty, 120 – kilogramowe ciało Bobika znajdowało tylko jedną odpowiedź: wiele kroków. Zbyt wiele.
Jadłodajnia pochłonęła mu 250 kredytów. To niezbyt dużo za to, czego sobie zażyczył – nie tylko powąchać, nie tylko posmakować, ale też wypełnić żołądek paliatywną treścią kaloryczną. W cenie była modna ostatnio niezwykle atrakcyjna oprawa graficzna i dźwiękowa zbudowana wokół obrazu gwałtu dokonującego się w obszarze perystaltyki pracujących na najwyższych obrotach jelit. O tym, że znowu przyjął naraz za dużo pokarmu, wiedział już w momencie, gdy tylko skończył jedzenie. Uczucie nadmiernej sytości i ból brzucha były dotkliwe. Cały mokry od potu kombinezon, który jeszcze do niedawna nie krępował kroków, skutecznie chronił jedynie przed zanieczyszczonym powietrzem – teraz zaczął być odczuwalny w nieprzyjemny sposób. Krępował ruchy i wywoływał miejscowe swędzenia ciała. Bobikson sam z siebie, nie proszony, zaserwował mu mieszankę tabletek na ułatwienie trawienia i przyspieszenie przemiany materii. Kosztowało to „swoje” – z konta zdjęto mu kolejne kredyty. Pośród tej mieszanki tabletek musiała być jakaś doza stymulantów, bo stosunkowo szybko odczuł przypływ energii. Starał się stawiać kroki z maksymalną precyzją, wsłuchując się jak najuważniej w głos Asystenta. 125 kroków…w lewo…22…prawo, znowu prosto, aż wreszcie usłyszał w głowie wyraźne STOP. Zamrugał. Był wreszcie u celu! Złotymi literami wyryty na frontonie budynku napis głosił:
„ Muzeum Historii Spółdzielczości” – zapraszamy!
Niżej jednak, na prehistorycznej bramie, wykonanej chyba jeszcze z jakiegoś metalu i fikuśnie zdobionej, widniała przymocowana przerdzewiałymi drutami tabliczka z napisem: „Muzeum nieczynne do odwołania”.
To był prawdziwy szok! Przebył więc taką trasę, by „pocałować klamkę”. Zdesperowany zaczął szarpać metalową kłódkę, ale oczywiście nie ustąpiła. Poszukał wzrokiem dzwonka, jednak czegoś takiego tam nie było.
Budynek był zamknięty na głucho. Do odwołania. Czytaj: do „niewiadomodokiedy”.
Osłabiony ogarniającym go zniechęceniem oraz narastającą frustracją, podszytą podkradającym się lękiem, powoli odwrócił się, stając przodem do ulicy. Ujrzał labirynt krzyżujących się uliczek oraz bliźniaczo podobnych do siebie budynków.
Prawdziwy labirynt!
– Bobikson! Chcę natychmiast wrócić do domu! Jak widzisz, nic z tego zwiedzania nie będzie. Ustal trasę powrotną i nawiguj mnie do chaty – zakomenderował.
– Niestety, to niemożliwe, Panie. Wyczerpał pan już cały zapas kredytów.
– Co takiego? Chcę do domu! – wrzasnął.
– Tak jak mówiłem, teraz pan nie pójdzie. Trzeba poczekać 48 godzin na odnowienie limitu kredytowego. Nie uruchomię obecnie nawigacji, bo nie mamy za co tego zrobić. Z pozytywów – w plecaku ma pan Bobik butelkę wody.
– Butelkę wody?! Ja już jestem głodny. Co ze mną będzie, co teraz ze mną będzie?!
– Z pewnością pan schudnie – odparł spokojnie Asystent.
Robert Azembski