Katarzyna Godefroy – Tango z koniem (część druga)

.

.

Rozdział 3

W drodze powrotnej do wydawnictwa postanowiłam złożyć wizytę Zuzannie Kosińskiej, która mieszkała niedaleko fosy. Z nadzieją, że zastanę ją w domu, nacisnęłam przycisk dzwonka. W domofonie rozległy się trzaski i kobiecy głos zapytał:

– Tak?

– Ja do pani Zuzanny Kosińskiej.

Usłyszałam brzęczenie i zamek odskoczył. Weszłam do bramy i ogarnęło mnie uczucie, że już tu kiedyś byłam.

Stanęłam przed drzwiami mieszkania oznaczonego cyfrą siedem i zapukałam. Zazgrzytał zamek. Julia, siostra Zuzanny, spoglądała na mnie z ciekawością, jej koński ogon bujał koło twarzy. W powietrzu unosił się zapach kawy. 

– Pani Alias? 

No tak, tego nazwiska nie można zapomnieć. Ani mojej twarzy, którą widziała raz, gdy przyszła z Zuzanną do wydawnictwa. Jeszcze w czasie, gdy pracowałyśmy nad pierwszą powieścią Zuzanny Wojenny quickstep.

– Chciałabym zobaczyć się z pani siostrą.

– Ale…

Przysunęłam się bliżej i ściszyłam glos.

– Nowakowa może nas usłyszeć. 

Odsunęła się, aby zrobić przejście, a ja natychmiast poczułam się, jakbym znała to miejsce od dawna. Szafka, lustro, nawet lampki były dokładnie takie, jak opisywała Zuzanna. 

Czułam się jak bohaterka powieści Pani Bovary Flauberta. Żyję z książek, a one odegrały wielką rolę w życiu Emmy. 

– Napije się pani kawy? – Zaproponowała Julia.

– Z przyjemnością.

Nie byłam dependentem u notariusza i nie miałam zamiaru nikogo uwodzić, ale potrzebowałam czasu, aby wydobyć maszynopis i ze spokojnym sumieniem wrócić do biura. Julia wprowadziła mnie do kuchni. Usiadłam na krześle i rozejrzałam się dookoła – kuchnia wyglądała dokładnie tak, jak w powieści.

– Przyszłam porozmawiać z pani siostrą – zaczęłam, gdy postawiła przede mną kubek parującej kawy i talerzyk z piernikiem. – Pisana przez nią powieść bardzo interesuje wydawnictwo, dlatego przyszłam zapytać, czy mogłaby kontynuować pisanie. Jej powieść interesuje przede wszystkim mnie, wciągnęłam się i chciałabym znać ciąg dalszy – myślałam, patrząc w ciemne oczy rozmówczyni. Widocznie moje spojrzenie wyrażało szczerość i przekonanie o prawdziwym zainteresowaniu dziełem, gdyż Julia powiedziała:

– Powiem jej, aby do nas zajrzała. 

Gdy wyszła z kuchni, sięgnęłam do torebki po telefon, by sprawdzić wiadomości. Może ktoś w biurze niepokoił się moją nieobecnością? Na ekranie wyświetliło się jedno nieodebrane połączenie, ale numer był mi całkowicie obcy. 

Gdy ugryzłam kęs piernika poczułam smak dzieciństwa. Pulchne ciasto rozpływało się w ustach, a ja przeniosłam się wspomnieniami do starej parterowej willi babci w lesie. Gdy jako mała dziewczynka przyjeżdżałam do babci mieszkającej koło  parku Szczytnickiego, wszystko dookoła wydawało się większe niż w rzeczywistości. Babcia Kasia była specjalistką od pierników. W niedziele, w dniu wyznaczonym przez sędziego rodzinnego jako dzień odwiedzin, mogłam opuścić ośrodek opieki na ulicy Borowskiej, i trzymając babcię za rękę jechać w stronę ZOO. Przez okna tramwaju oglądałam pasące się zwierzęta, rozpoznawałam wielbłądy, znałam je z obrazków, inne były mi całkowicie nieznane. Wielkie, włochate stworzenia z rogami. Fascynowały mnie i przerażały. Wyobrażałam sobie, że tratują ogrodzenie i uciekają z ZOO, siejąc postrach na ulicach Wrocławia. Opowiadałam o tym babci, a ona się śmiała i mówiła, że mam bujną wyobraźnię. Szłyśmy przez park, rozmawiając o tym, jak minął mi tydzień w szkole, o koleżankach, a szczególnie o Eli, z którą wymieniłyśmy się bransoletkami przyjaźni. Ela miała długie rude warkocze, przypominała Anię z Zielonego Wzgórza; może dlatego byłam taka dumna, że wybrała mnie na przyjaciółkę. 

W domu zakładałyśmy z babcią fartuszki, wyciągałyśmy cukier, mąkę, jajka, ja ucierałam ciasto, wylizując resztki z żółtej miski. Z brunatnej masy pachnącej przyprawami do pierników, spod zwinnych palców babci, wyskakiwały zające, miśki, koty o migdałowych oczach. Powstawały lukrowane domy i serca z różanym środkiem. Nie mogłam się doczekać, kiedy te cudeńka będą gotowe do wyjęcia z pieca, niecierpliwie pytałam co kilka minut: „Czy to już, babciu?”. Babcia pokazywała kuchenny zegar i tłumaczyła, że kiedy duża wskazówka będzie na tej cyfrze, a mała na tej, to będzie już. Jak zahipnotyzowana patrzyłam na zegar, wydawało mi się, że czas stanął w miejscu i wskazówki nie ruszają się wcale.

Po udrękach czekania, gdy upieczone pierniki mogły wreszcie opuścić piec, babcia przygotowywała kubek kakao dla mnie, filiżankę arabiki dla siebie i delektowałyśmy się ciastkami. 

Po południu ja kolorowałam, a babcia – obserwowałam ją znad książeczki z obrazkami – siadała ze szklanką bursztynowego płynu w fotelu, długie nogi przerzucała przez poręcz i patrzyła w kryształ, jakby chciała wyczytać przyszłość.

Wejście Julii wyrwało mnie z zamyślenia.

– Zuza zaraz przyjdzie, tylko się ubierze.

Podeszła do kredensu, ukroiła kawałek piernika, przez chwilę jadłyśmy w milczeniu. Do kuchni cicho wsunęła się Zuzanna, blada, o oczach otoczonych ciemnymi obwódkami i sinych ustach, ubrana w granatowy dres, wzbudzała litość.

– Słucham?

Z trudem przełknęłam ciasto.

– Czy mogłaby pani przekazać mi maszynopis? – Zapytałam łagodnie.

Przyglądała się rozpalonymi jak od gorączki oczami, językiem zwilżyła wargi.

– Mam tylko trzy rozdziały – wyszeptała, opadając na krzesło.

– Chcesz ciasta? – Julia patrzyła na Zuzannę z troską w oczach. 

– Wody, poproszę – szepnęła, po czym wypiła duszkiem wodę podaną przez Julię. 

– Przynieś skoroszyt z mojej szafki, bardzo cię proszę.

– Czasami myślę, że to zły sen, obudzę się rano i będzie jak dawniej – powiedziała Zuzanna po wyjściu siostry. – Ciocia jest w szpitalu, a Eklerek… 

nie wiem… – Głos się jej załamał.

– Ktoś się chyba zajmuje pani ciocią? – Spytałam zaniepokojona.

– Tak, brat mamy mieszka teraz we Francji. Jest lekarzem, wziął krótki urlop.

– Konia może pani odszukać, zgłosić na policję. – Wierciłam się na krześle, nie wiedząc co powiedzieć dalej. Zuzanna uśmiechnęła się blado.

– Carla tak to zorganizowała, że policja nie weźmie sprawy. Eklerek został sprzedany legalnie.

– Carla? – Nie mogłam sobie przypomnieć tego imienia.

– No tak, pani jej nie zna, piszę o niej dopiero w trzecim rozdziale.

Zaczął mi kiełkować w głowie pewien pomysł, ale nie byłam pewna na sto procent, jak go wprowadzić w życie, dlatego nic nie powiedziałam.

– Trochę to trwało, ale znalazłam. Na twojej szafce leży sterta książek. – Julia podała mi czerwony skoroszyt.

– Podejrzewa pani Carlę o udział w zniknięciu konia?

Pojawiła się w klubie i niedługo potem właściciel Eklerka postanowił go sprzedać i nikt nie chciał mi powiedzieć, co się z nim stało. Zresztą przeczyta pani o tym. – Westchnęła ciężko Zuza. – I oprócz tego ciocia dostała wylewu.

Siła złego na jednego – pomyślałam i przytuliłam czerwony plastik do piersi.

– Przeczytam i zadzwonię do pani. Mam pewną myśl, ale muszę ją sprecyzować. 

Dopiłam kawę, podniosłam się z krzesła i dodałam: 

– Niech pani dba o siebie, nie jest jeszcze za późno na odnalezienie konia.

W oczach Zuzanny pojawiła się iskierka nadziei.

– Myśli pani? – Spytała, ściskając moją rękę.

– Sprawdzę kilka detali. Zadzwonię.

Sięgnęłam po torebkę i udałam się do wyjścia, Julia deptała mi po piętach.

– Jeżeli robi jej pani złudną nadzieję, to wpadnie w jeszcze gorszy stan – syknęła, otwierając drzwi.

– Myślenie, „co by było gdyby”, jej nie pomoże. Trzeba działać, jedynie w taki sposób wyjdzie z depresji.

– I co pani proponuje?

– Zadzwonię – powiedziałam, schodząc ze schodów.

Na ulicy zaczęłam się zastanawiać, czy przypadkiem nie oszalałam. 

Nie miałam pojęcia o sytuacji, a już doszłam do przekonania, że konia można odzyskać. Przynajmniej spróbować – myślałam, zakładając przeciwsłoneczne okulary. Skręciłam przy fosie, przecięłam park koło Wrocławskiego Teatru Lalek i nie zbaczając z drogi, dotarłam do firmy. Siedziba wydawnictwa mieści się na czwartym piętrze starej kamienicy, a w piwnicy jest dyskoteka. Gdy zostaję dłużej, żeby zredagować wiadomości o naszej ofercie dla autorów, z którymi współpracujemy, słyszę dudnienie basów. Na początku muzyka mnie irytowała. Nie potrafiłam się skupić, taneczne rytmy disco pozbawiały zdolności logicznego myślenia, słowa rozsypywały się jak źle złożona układanka. Gdyby to był walc, to co innego, ale „łup, łup, buc” doprowadzało mnie do szewskiej pasji. W aptece nabyłam zatyczki do uszu i teraz mam spokój, czuję tyko drżenie ścian.

Obrotowe drzwi wessały mnie do środka, wpychając w objęcia portiera, pana Józefa.

– Witam, pani Kingo. – Skłonił się w pas i wyciągnął dłoń obciągniętą białą rękawiczką. Chcąc nie chcąc, podałam moją. Złożył na niej uroczysty pocałunek.

– Dzień dobry, widzieliśmy się już dzisiaj, panie Józiu.

– Dla mnie to czysta przyjemność.

Szopka z całowaniem powtarzała się za każdym razem, gdy pan Józef widział mnie na horyzoncie. Zastanawiałam się, czy robił to też innym paniom, ale z żadną nie byłam na tyle zaprzyjaźniona, aby zapytać. Gdy zakończyliśmy ceremonię powitalną, nacisnęłam przycisk od windy. Sprawdziłam dyskretnie, czy pan Józef nie patrzy, i wytarłam rękę chusteczką. 

Drzwi się rozsunęły, ukazując moim oczom, grubą jak wieloryb, główną księgową Jadwigę Wrzeszcz. Przykrótka spódnica odsłaniała jej masywne uda. Obleczona w sweterek z angory przyciskała do siebie torebkę ze skóry węża.

– Pani pojedzie później. – Nacisnęła przycisk i drzwi zamknęły się przed moim nosem. 

Czekałam, przyglądając się paznokciom. Czerwony pasował do głębokiej czerni sukienki. Do paznokci dobieram torebkę i buty, mam zestawy w różnych kolorach, natomiast sukienki mam tylko czarne. I pończochy ze szwem. Winda zjechała, tym razem bez pani Jadzi, wsiadłam i pojechałam na czwarte piętno. 

Na palcach przeszłam koło wnęki szefa, przestrzeń biurowa była na wyciągnięcie ręki… Prawie dotarłam do mojego kawałka podłogi.

– Pani Kingo, o ziółkach, mam nadzieję, pani nie zapomniała?

Odwróciłam się z promiennym uśmiechem.

– Kupiłam tabletki na porost włosów, w promocji.

Podałam mu papierową torebkę. Przed gniewem prezesa uciekłam do mojej przestrzeni biurowej. Wyciągnęłam skoroszyt, zeskanowałam trzy pierwsze rozdziały powieści, która powinna stać się bestsellerem, aby podźwignąć nas z dna rozpaczy. W każdym razie pozwoliłaby podskoczyć w rankingu. Wrzuciłam skoroszyt do torebki i nie czekając na windę zbiegłam po schodach.

Tramwajem siódemką dojechałam na Powstańców Śląskich. Dzięki babci mogłam uważać się za szczęśliwą posiadaczkę własnego kąta. Mieszkanie składało się z pokoju z wnęką kuchenną i miniaturowej łazienki, którą pomalowałam na pomarańczowo, żeby nabrała ciepła. Żółty za bardzo kojarzy się z „siusianiem w serze” Alice Munro. Przed oczami pojawił się mój ulubiony cytat z jej powieści: „Łazienka przybrała odcień głębokiej oranżowej żółcieni. Jakbyśmy byli w serze, ocenił Hugon, kiedy skończyliśmy malować. Rzeczywiście, przytaknęłam. Dobrze powiedziane, twórco fraz. Ucieszył się, choć ucieszyłby się bardziej, gdyby to napisał. Później za każdym razem, kiedy pokazywał komuś łazienkę, mówił: Widzisz ten kolor? Jakbyśmy byli w serze. Albo: Jakbyśmy siusiali w serze”. 

Rzuciłam na fotel torebkę i zabrałam się za przygotowanie posiłku. Miałam wybór między pizzą podgrzewaną w mikrofalówce a sałatką z makaronem i szynką. Włożyłam pizzę do kuchenki, a sama usiadłam w fotelu z zamiarem przejrzenia zawartości czerwonej teczki. Zapaliłam stojącą lampę, chociaż nie było ciemno – przytłumione światło otulało pokój na kształt woalu, który ukrywał brzydotę pomieszczenia. Przynajmniej w moich oczach. Jak kapcie z czasem dopasowują się do stopy, tak ten pokój dopasowywał się do mnie. Czekając na brzęczyk mikrofalówki, ułożyłam się wygodnie, otworzyłam skoroszyt i zagłębiłam w lekturze. Niektóre fakty znałam, inne dopiero odkrywałam. 

.

Saint-Nom-La-Bretèche, Francja, listopad 2016 r.

I co dalej? – Pomyślała Zuzanna, zamykając drzwi boksu. Niczego nie była pewna, nawet tego, czy będzie miała z czego zapłacić za następny miesiąc. 

Przeciągnęła dłonią po szyi konia, pod palcami czuła aksamitną skórę. Minął rok, odkąd zdecydowała się na wynajem, do tej pory tego kroku nie żałowała, nie będzie rozpaczać i teraz. Nie będzie sobie wyrzucać, że zamiast odkładać pieniądze, płaciła za pensjonat i lekcje jazdy konno. Nie wzięła pod uwagę choroby ciotki Józefiny; zresztą kto mógł to przewidzieć.

– Najedz się do syta, bo nie wiem, czy będziemy mieli co jeść za miesiąc. – Zarzuciła ogłowie na ramię i spojrzała raz jeszcze na konia leniwie żującego siano.

– Bardzo dobrze sobie poradziłaś. Wsiadłaś w siodło i odchyliłaś się w ramionach do tyłu. To był ostatni moment, bo za mocno poleciałaś na przód konia.

Głos trenerki wyrwał ją z rozmyślań.

– Dziękuję. Masz rację, przed oczami miałam ziemię zbliżającą się w zawrotnym tempie. – uśmiechnęła się blado.

– Jeszcze kilka miesięcy temu leżałabyś twarzą w piachu. Robisz duże postępy, ale to jeszcze nie powód, aby spocząć na laurach. 

– On nie chciał mnie zrzucić.

– Nie. Jakby chciał, to wystarczyło tylko, żeby podniósł tyłek. Na przyszłym treningu popracujemy nad dosiadem.

Zuzanna kiwnęła głową w odpowiedzi, wiedziała z doświadczenia, że z Elisabeth nie ma dyskusji. Ściągnęła siodło przewieszone przez drzwiczki boksu i skierowała się w stronę siodlarni. Po schodach weszła do pomieszczenia ze sprzętem i odłożyła siodło na miejsce. Przez chwilę przyglądała się ogłowiom wiszącym na ścianie, poprawiła wodze, aby równo wisiały, i zeszła do stajni. Wolnym krokiem udała się w stronę wyjścia, przez ramię rzuciła ostatnie spojrzenie w stronę Eklerka.

– To do jutra.

Wyszła z budynku, powietrze pachniało sianem i końską sierścią. Lubiła ten zapach, działał na nią uspakajająco. Oddychała głęboko, jakby chciała zatrzymać część świata, który właśnie miała opuścić.

Wróciła do domu i pogrążona w myślach, wchodziła stopień po stopniu, przystawała na półpiętrach, przesuwając niewidzącym wzrokiem po ustawionych na parkingu samochodach i kolorowo ubranych ludziach śpieszących do swoich zajęć. Nawet ten ciepły, jak na październik, dzień nie cieszył zbytnio. Zgrzytający dźwięk uzmysłowił jej, że już dawno powinna naoliwić zamek, bo pewnego dnia klucz w nim utknie na amen, co przysporzy dodatkowych kłopotów. Ale nie chciała o tym myśleć, nie dzisiaj. Jej sytuacja była taka sama jak wczoraj i jak tydzień temu; zdała sobie sprawę, że dłużej nie może chować głowy w piasek i wmawiać sobie, że jakoś to będzie.

Przeszła do kuchni, pstryknęła włącznikiem, przytłumione papierowym kloszem w czerwone ryby światło rozlało się po kuchni. Nie było jeszcze ciemno, ale chciała popracować na komputerze. Piu-piu zaświergotał na przywitanie; podeszła do klatki i przeciągnęła palcem po metalowych prętach, zdobywając się na cień uśmiechu. Sięgnęła do szafki po garnek. Przekładając brzęczące naczynia, wyciągnęła kociołek do mleka. Zasyczał rozpalany płomień, postawiła naczynie na kuchence i podeszła do stołu. Rozłożyła swój podręczny laptop i przyjrzała się pierwszej stronie. Pole maków promieniowało pozytywną energią. Tym razem kolor czerwony wydał jej się agresywny. Wrzuciła na przeglądarkę folder ze zdjęciami, gdyż poczuła potrzebę zmiany. Przed oczami przesunęły się zdjęcia z wakacji, z roześmianą Julią przy fontannie, z mamą w Muzeum Sztuki Luwru – największym muzeum na świecie, kolejne znowu z Julią i wielkimi torbami na zakupy z H&M, siostry na ławce nad Sekwaną i jeszcze na trawniku w parku. Natrafiła na zdjęcie Eklerka na lekcji z Elisabeth. Koń został uchwycony w kłusie, ona stała w strzemionach, uśmiechając się do osoby robiącej zdjęcie. Kask zasłaniał czoło i oczy. Była ubrana w jasną bluzkę z krótkimi rękawami i ciemne spodnie do jazdy. 

Wymyślę coś, nie mogą sprzedać koniaprzebiegło jej przez myśl. Poczuła zapach przypalonego mleka, zerwała się od stołu, odpychając krzesło, które z głuchym stukiem uderzyło o posadzkę. Sąsiedzi znowu powiedzą, że urządzam libacjepomyślała. Dopadła kuchenki i przekręciła kurek. Garnek oblepiała czarna skorupa sycząca nieprzyjemnie przy wkładaniu do wody. 

– Cholera jasna! – Krzyknęła, kiedy gorące mleko pochlapało jej bluzkę. Wybiegła z kuchni, drzwi łazienki z hukiem uderzyły o ścianę. No, tym razem sąsiedzi pójdą ze skargą do administracji. Przysłowie „pijany jak Polak” nie wzięło się znikąd, a hałasy dochodzące z mieszkania dobitnie świadczyły o jej predyspozycjach. 

Poplamioną koszulkę wrzuciła do wiklinowego kosza na bieliznę, z wieszaka ściągnęła górę od piżamy. Miękki materiał delikatnie otulił jej ciało. 

Wyciągnęła czarny notes i narysowała linię w połowie kartki. Na jednej połowie napisała „tak”, a na drugiej „nie”. Notowała swoje umiejętności oraz zawody w zasięgu jej możliwości. Spojrzała na listę z zadowoleniem. 

Przynajmniej wiem, jakich ogłoszeń szukać, stwierdziła, włączając komputer 

i logując się na stronę Pôle emploi. Niestety nie było niczego z jej listy.

– Trudno, poszukam jutro. 

Przeszukując wnętrze szafki kuchennej, znalazła opakowanie chleba tostowego i słoik dżemu. Wyciągnęła z lodówki karton z sokiem jabłkowym. Zadowolona przygotowała tosty, które jadła na stojąco, nie martwiąc się okruszkami spadającymi na podłogę. Ze szklanką soku w ręce przeszła do pokoju i włączyła telewizor. Nadawali wiadomości. Przez chwilę przysłuchiwała się informacjom, ale nie zainteresowały jej zbytnio. Przełączyła na kryminał i chwilę później zasnęła jak kamień.

Otworzyła oczy, gdyż Piu-piu skrzeczał w najlepsze. Ranki lubiła najbardziej, pozwalały na spokojne rozpoczęcie dnia.

– Co słychać? – Spytała papużkę, wsypując ziarna do klatki.

Zaparzyła kawę i sięgnęła do szafki po płatki kukurydziane. Radio nadawało jej ulubioną piosenkę „Sound of silence” Simona i Garfunkela. Nucąc pod nosem sięgnęła po jogurt. Spalony dzień wcześniej garnek leżał w zlewie czekając, aż go doczyści.

Usiadła przy stole, który służył jej także jako miejsce do pracy na komputerze. Nie miała wielu sprzętów. Kupiła stół, szafę z przesuwanymi drzwiami oraz półki na książki. Popijając kawę, przyglądała się przez okno sąsiadom idącym w kierunku parkingu i zastanawiała się, jak zapla-nować dzień – chciała pojechać do klubu, choć nie miała treningu z Elisabeth.

Otworzyła klatkę, aby papużka Piu-Piu mogła skorzystać z większej przestrzeni latając swobodnie po pokoju, i poszła do łazienki. Myjąc zęby, przyglądała się sobie w lustrze. Uważała, że jej biodra są za szerokie, to był jej słaby punkt. W klubie z lekką zazdrością przyglądała się koleżankom o szczupłej sylwetce. Uważała, że w bryczesach prezentują się dużo lepiej niż ona. Wrzuciła szczoteczkę do pojemnika, nalała wody do kubka, wypłukała usta, po czym przeszła do sypialni – sporego pokoju o bladoniebieskich ścianach, z oknem zasłoniętym firanką, przez którą widać było niebo. Przed zaśnięciem lubiła spoglądać w gwiazdy, ich migotanie przypominało jej światła miasta, w którym mieszkała. Koło łóżka stała drewniana szafka nocna, z budzikiem i rozłożoną książką. Na ścianach rozmieściła półki oraz zdjęcia najbliższych. Jej mama z siostrą, obie opalone, uśmiechały się beztrosko do obiektywu, z tyłu widać było sylwetkę wieży Eiffla. Pamiątka ich wspólnej wizyty w Paryżu w czasie wakacji. 

Były też zdjęcia Józefiny. Starsza pani, wysoka i szczupła, z włosami związanymi w kok. Natomiast w młodości miała blond loki spływające do ramion i niebieskie oczy. Z wiekiem włosy przyprószyła siwizna, oczy wyblakły.

Józefina kazała na siebie mówić po imieniu, gdy Zuzanna po raz pierwszy przekroczyła próg jej mieszkania i postawiła walizkę na podłodze w przedpokoju. Samotna i bezdzietna zaproponowała swojej dalekiej młodej krewnej przyjazd do Francji, utrzymanie i niewielką pensję w zamian za opiekę. Zuzanna po skończeniu socjologii rozglądała się za pracą i propozycja wydala jej się niezwykle kusząca. Ominęło ją rozpychanie łokciami w poszukiwaniu etatu, godziny wyczekiwania pośród innych kandydatów na efekty rozmowy kwalifikacyjnej.

Spędzały czas na rozważaniach o życiu, książkach, wspomnieniach z czasów wojny.

Józefina przyjechała do Paryża w wieku piętnastu lat do pracy w charakterze opiekunki do dzieci. Zatrudniła ją bogata żydowska rodzina posiadająca apartament zajmujący całe piętro kamienicy na placu Opery. W lipcu tysiąc dziewięćset czterdziestego drugiego roku jej pracodawcy zostali zatrzymani i umieszczeni na zimowym stadionie kolarskim Vel d’Hiv, na którym policja zgromadziła zatrzymanych tego dnia podczas łapanek Żydów. 

Przez pięć dni i nocy mężczyzn, kobiety, jak i ponad cztery tysiące dzieci przetrzymywano bez jedzenia i wody, w makabrycznych warunkach sanitarnych, aby później, po krótkim pobycie w obozach przejściowych istniejących na terenie Francji, zagonić ich do bydlęcych wagonów i wywieźć do Oświęcimia i Treblinki. 

Józefina uniknęła aresztowania, gdyż jak każdego ranka udała się do pobliskiej piekarni na zakupy. Uciekła z miasta, tułała się po wsiach i miasteczkach, szukając zatrudnienia. 

Zatrzymała się na fermie w Normandii, gdzie za dojenie krów dostała pokój oraz wyżywienie. 

Nie była jedyną osobą z Polski, na fermie pracował też Dymitrow, na którego okoliczni mieszkańcy wołali Metro i do jego obowiązków należała opieka nad końmi. Rano zaprzęgał do wozu dwa potężne perszerony, które pracowały w polu, wieczorem karmił je, czyścił z brudu i potu po całym dniu pracy.

Po przygotowywanej przez gospodynię kolacji, na którą składała się zupa z wkładką mięsną oraz kromka chleba z masłem, wszyscy zbierali się przy kominku. Mężczyźni skręcali papierosy albo nabijali fajki tytoniem i opowiadali historie. 

Na wsi życie toczyło się według rytmu pór roku i prac z nimi związanych, nawet wojna nie była w stanie tego zmienić. 

Dwa spokojnie spędzone lata przerwał nalot sił alianckich w czerwcu tysiąc dziewięćset czterdziestego czwartego roku.

Ciocia Józefina była w pełni sił, miała doskonałą pamięć, chętnie opowiadała o tym, co ją spotkało w czasie wojny. O utraconej miłości do amerykańskiego oficera… 

Zastanawiałam się, jak skończy się opowieść Zuzanny, w którym miejscu jej spokojna narracja urwie się jak wystrzępiony sznurek. Choroba osłabiła autorkę tekstu, czułam jej apatię w sposobie prowadzenia bohaterki, w opisach codziennych czynności – zwykłych i banalnych. 

Nie pociągał mnie sposób przedstawienia historii, ale historia sama w sobie. Miała potencjał i jak drogi kamień – dopiero co wykuty ze ściany – potrzebowała obróbki. Bohaterka za bardzo się snuła , była nijaka, opisy – za długie, mówiące o niczym. Czekało nas sporo pracy, przede wszystkim trzeba ożywić bohaterkę stworzoną przez Zuzannę i dać jej konkretny cel. Zabrzęczała kuchenka, ale nie zwróciłam na to uwagi, czytałam dalej.

Gdy odłożyłam skoroszyt, w pokoju panował półmrok, tylko lampa rzucała jasny krąg światła na podłogę. Położyłam głowę na oparciu i patrząc na ciemny sufit, myślałam dlaczego nikt nie chce powiedzieć, gdzie przebywa koń. Dlaczego jego sprzedaż jest otoczona tajemnicą? Coś musi się za tym kryć… Tylko co? 

Gdyby go sprzedali do rzeźni, nie robiliby z tego tajemnicy. Sięgnęłam do torebki po notes z wizerunkiem sowy, zanotowałam: ceny zwierząt rzeźnych, artykuły dotyczące koni. Poczekam do jutra i skorzystam z biurowego internetu, może przyjdzie mi do głowy konkretny pomysł. 

Poszłam do kuchni, otworzyłam kuchenkę i wyciągnęłam pizzę. Była zimna.

Katarzyna Godefroy

.

1
0

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *