Katarzyna Godefroy – Tango z koniem (część pierwsza)

.

.

Prolog

Saint-Nom-La-Bretèche, Francja, kwiecień 2017 r.

Carla z niesmakiem przyglądała się scenie. Nieprzytomna Polka leżała na podłodze, a dookoła ustawił się wianuszek jeźdźców. Życie to nie pudełko czekoladek, to ring, najsłabsi przegrywają, pomyślała patrząc na leżącą dziewczynę. Nokaut, wzruszyła ramionami. Nic tu po niej, niech czekają na pogotowie, a ona pójdzie na górę. Straciła ochotę na jazdę, zresztą nie miała z kim, wszyscy członkowie klubu „Pod złotą podkową” stali pochyleni nad Zuzanną. Skoki w terenie muszą poczekać.

W klubie usiadła na jednym z foteli, żeby zastanowić się, co dalej. Najpierw myślała, że dojdą do porozumienia, ustalą warunki korzystne dla nich obu. Ale Zuzanna, idealistka, wierząca, że ważne są przyjaźń i dobro, nie chciała współpracować, a to niosło ze sobą niebezpieczeństwo. Dla Carli liczyła się kasa – nie smarujesz, zostajesz z niczym.

Miała nadzieję, że Jean-Lou przyjdzie do niej na górę. Wcielenie Clinta Eastwooda w młodszej wersji. Wywierał na niej wrażenie spokoju 

i bezpieczeństwa, a seks stanowił miłą rozrywkę w twardej egzystencji. Nie wiedziała, czy oprócz pożądania żywi do niego coś jeszcze…, a może nie chciała się przyznać do swoich uczuć? Zamiast Jean-Lou do clubhouse’u wszedł Michael. Wysoki, patykowaty, o długich kończynach przypominał jej czerwonego pająka. Uśmiechnęła się pod nosem, ale on inaczej ją zrozumiał.

– Napijemy się kawy? – Zaproponował, wpatrując się w nią z fascynacją.

Jęknęła w duchu, kawa z Michaelem to ostatnia rzecz, na jaką miała ochotę. Ten zawsze skory do śmiechu Irlandczyk denerwował ją. Jedyne, na co było go stać, to głupkowate żarty. Czasami wybierała się z nim na jazdę po lesie, ponieważ świetnie znał ścieżki i rozmieszczenie przeszkód w terenie. Jako jeździec radził sobie bardzo dobrze, ale nic poza jeździectwem nie mogło ich łączyć.

– Sam się napij, mam coś do załatwienia – odburknęła, wstała i skierowała się ku drzwiom, zostawiając zaskoczonego Michaela samemu sobie.

Lubiła mężczyzn mocnych, władczych, potrafiących nawet siłą sięgnąć po to, czego pragną. Pomyślała o ojcu, który fascynował ją i przerażał jednocześnie. Chciała zerwać tę zatruwającą jej egzystencję więź. Wyszła na dwór i zamknąwszy oczy, wystawiła twarz do deszczu. Wsłuchała się w krople stukające o dach. Ojciec miał długie ręce i teraz też zdołał ją dopaść. Po raz ostatni, postanowiła. Otworzyła oczy i wytarła dłonią twarz. Pewnym krokiem doszła do forda ka. Mogła pozwolić sobie na czerwone ferrari, ale nie chciała przyciągać uwagi – im mniej osób o niej wie, tym lepiej.

Pojechała w kierunku Rambouillet, a przy Rocheford skręciła do lasu – drzewa otoczyły ją zielonym baldachimem, jednak spokój otoczenia nie harmonizował z jej nastrojem. Nie włączyła muzyki, aby dźwięki nie rozpraszały jej myśli. Czy zasłabnięcie Zuzanny wpłynie na pod-jęcie działań – czy ktoś zacznie wiązać fakty? 

Asfalt przeszedł w ubity trakt. Gdy nie padało, droga była przejezdna, choć pełna dziur, natomiast po ulewach zamieniała się w grzęzawisko. Jej samochód, nie przystosowany do pokonywania przeszkód terenowych, skakał na wybojach. Przy kolejnym wstrząsie pomyślała, że to już nie potrwa długo, załatwi sprawę do końca i wyjedzie stąd. Podjechała pod dom i spojrzała we wsteczne lusterko – nikogo nie zobaczyła.

Automatycznym pilotem otworzyła bramę, która z chrzęstem przesunęła się po metalowych szynach. Wjechała na podjazd.

Dom z szarego kamienia harmonijnie wkomponowany w otaczającą zieleń – krzaki azalii wypuszczały pączki gotowe na przywitanie wiosny – wyglądał jak forteca. Grube kraty chroniły okna zasłonięte żaluzjami, wejścia broniły masywne, drewniane drzwi. Weszła do przedpokoju, klucze położyła na szafce, po zaciągnięciu zasuwki włączyła alarm. Nie chciała niczego zostawiać przypadkowi – uważała, że licho nie śpi.

Mieszkanie – urządzone funkcjonalnie i praktycznie, bez zbędnych mebli czy bibelotów – jak wszystkie mieszkania do wynajęcia, pozbawione było duszy. Nic nie nadawało charakteru temu miejscu. Carli to odpowiadało. Od chwili wyjazdu z Włoch zmieniała miejsca pobytu wielokrotnie, nie chciała się do niczego przyzwyczajać. 

W salonie włożyła płytę do odtwarzacza i po chwili pokój wypełniły dźwięki jej ulubionego argentyńskiego tanga „Paciencia” Juana D’Arienzo. Zrzuciła z nóg buty i tanecznym krokiem przeszła do łazienki.

Myjąc ręce, spojrzała w lustro,  jej twarz nie należała do niej. Zmieniona broda, policzki, kształt i kolor oczu, pełniejsze usta. Wzrok zjechał niżej, spojrzała na powiększone piersi. Uśmiechnęła się do siebie, pieniądze ojca przydały się na coś. Zastanawiała się, czy ojciec wie, jak teraz wygląda, a nie powinien, chyba że puścił za nią „psy”. Poczuła rozchodzące się po ciele gorąco.

Weszła do kuchni. Z kartonowego pudełka wyciągnęła kawałek pizzy do podgrzania w mikrofalówce, a z lodówki butelkę schłodzonego piwa. Oparła butelkę o policzek. Dotyk zimnego szkła sprawił jej przyjemność. Przez kilka sekund delektowała się wrażeniami zmysłowymi. 

Nagle znieruchomiała, z zewnątrz doszły do niej szelesty i drapanie. Wyuczonym ruchem wyciągnęła zza paska spodni podłużny przedmiot, kciukiem wymacała niewielkie zgrubienie, nacisnęła. Z rękojeści wyskoczyło ostrze.

Wejście kuchenne można było otworzyć tylko od środka. Muzyka zagłuszała jej kroki, gdy skradała się do drzwi. Otworzyła mocnym szarpnięciem. W kącie przy murze siedział wystraszony kot.

.

Rozdział 1

Wrocław, sierpień 2017 r.

…Wszystko już było, nikt nie wymyśli nic nowego. 

Przerwałam pisanie i zatrzymałam się przy znaku kropki. Jeżeli w ten sposób będzie brzmiał cały artykuł, to popełnię zawodowe samobójstwo. Już mogę położyć się w trumnie i przy-sypać wieko płatkami róż. Prezes Wydajny wykopie mnie za drzwi, nie zważając na własne zapewnienia, że jesteśmy jedną wielką rodziną. Moja praca polegała na wmawianiu ludziom złudzenia, że wszystko jeszcze przed nimi, kilometry nieodkrytych kontynentów, lata świetlne przestrzeni kosmicznych, tylko sięgnąć ręką. 

Przygotowywałam pismo zachęcające pisarzy do kontaktu z naszym wydawnictwem. Chciałam przedstawić korzyści płynące ze współpracy z firmą istniejącą od lat na rynku i mogącą pochwalić się wypuszczeniem takich tytułów, jak Lśnienie ostrza, Trup w szafie, Zabił ją i uciekł – znanej autorki kryminałów Agaty Chrząszcz. 

…Współpracujemy ze znanymi i wybitnymi autorami!

Eeee, nieee. Skrzywiłam się i zaczęłam obgryzać długopis z różowym puszkiem. Różowy to mój ulubiony kolor, ale do pracy ubieram się na czarno. Mała czarna ze sznurem pereł do pasa, włosy ścięte na chłopczycę z lat dwudziestych, oczywiście czarne jak smoła i kapelusz z piórem pawia. Nie, pióro sobie odpuszczę. Do tego czółenka z klamerkami, na niewielkim obcasie. To się nazywa podążać za duchem czasu. Nie to, co Jolanta Smutny z obcasami na dziesięć centymetrów. Ciekawe, kiedy zrobi dziury w podłodze swoimi szpilkami. Popatrzyłam na smog za oknem 

i zamarzyłam o lawendowych polach, wśród których można oddychać czystym, cudownie pachnącym powietrzem.

Wszystko już było… Mały krok dla człowieka, wielki krok dla ludzkości – Neil Armstrong w stanie hipnozy wylądował na Księżycu, a pobyt na srebrnym globie tylko mu się przyśnił. 

Sny o potędze…

Ale oni w żadnym wypadku nie mogą się o tym dowiedzieć! Niech myślą, że wszystko przed nimi. Miliony lat malowania na skalach i wykuwania słów w kamieniu. Niech sobie stawiają pierwsze kroki, jak Armstrong, na nowo odkrytych księżycach i wbijają flagę: Tutaj byłem. Albo byłam.

Ułuda, senna mara. 

Jest tylko tu i teraz.

Drapałam się po nosie, gdy weszła sekretarka, pani Gienia. Zastanawiałam się, jak na nią wołali, kiedy była młodsza. Zarówno ona, jak i jej trzy siostry mają imiona pasujące tylko do starszych pań: Alfonsa, Zenobia, Gryzelda, brrrr.

Siwe włosy zaczesane w perfekcyjny kok, ubrana w białą bluzkę z żabotem 

i granatową garsonkę – wcielenie sekretarki idealnej. Efekt psuły wełniane kapcie. Widocznie w pracy czuła się jak w domu.

– Prezes panią prosi.

– Prezes panią prosi – powtórzyła, gdy nie zareagowałam.

– Nie wie pani, w jakiej sprawie? – Zapytałam podchwytliwie.

– Nie wiem. – Sekretarka była nieugięta.

– Pani Gieniu, pani wszystko wie – starałam się podlizać.

– Nie wiem, jestem sekretarką, a nie informacją kolejową.

Akurat o pociąg nie pytałam, pomyślałam, ale nie powiedziałam tego głośno.

– Nie wiem, czego się spodziewać – mruknęłam pod nosem.

– Tego, co zawsze. – Pani Gienia wzruszyła ramionami.

Szurając butami o wyczyszczone cytrynowym płynem Mr. Proper kafelki, opuściłam moją mlecznobiałą przestrzeń. Nasze biura nie miały drzwi. Prezes nie uznawał podziałów i promował swobodny przepływ myśli.

„Jedna wielka rodzina” – ulubiony slogan szefa.

Weszłam do osobistej przestrzeni prezesa.

– Pani Kingo! – Zawołał radośnie na mój widok.

Nie spodobało mi się to, czułam podstęp.

– Tak, panie prezesie, o czym chciał pan ze mną rozmawiać?

– Pani Kingo, pani taka oficjalna, a my tu przecież jak jedna wielka rodzina. Proszę mi mówić po imieniu. 

– Eee, panie Tadeuszu… – zaczęłam.

– Na czym stoimy? – Pan Tadeusz wszedł mi w słowo, patrząc wzorkiem plującej kobry. Wiedziałam, że coś ukrywa pod warstwą słodkich, figowych słówek. Nawiasem mówiąc to Kleopatra kazała sobie wnieść kobrę ukrytą w koszu z figami.

– Na podłodze? – Spytałam nieśmiało.

– Proszę mnie nie rozpraszać! – ton głosu prezesa podniósł się o oktawę. – Gdzie są autorzy? Gdzie są książki? Najlepiej, gdyby to było Pięćdziesiąt twarzy Greya – rozmarzył się.

O, témpora, o mores! przeleciało mi przez myśl.

– Jeżeli w grudniu nie wydamy bestsellera, możemy włożyć klucz pod słomiankę. 

Skrzywiłam się nieznacznie, co nie umknęło orlim oczom szefa.

– Proszę się tu nie krzywić! Ma pani coś lepszego do zaproponowania?

– Nową autorkę, świeżą krew, jak lubi pan mówić. – Głos mi zadrżał, odchrząknęłam.

– Jak ona się nazywa? Ta autorka – niecierpliwił się pan Tadeusz.

– Zuzanna Kosińska.

– I gdzie jest? Znaczy się, z pisaniem.

W lesie – pomyślałam, ale zachowałam to dla siebie. Szef z groźnie zmarszczonymi brwiami przypominał puchacza wpatrującego się w ofiarę. Nie chciałam zdenerwować go bardziej, mówiąc prawdę, że nasza autorka ma obecnie depresję i kontakt z nią jest utrudniony. Krucha psychika rozsypała się pod wpływem bolesnych okoliczności: choroba ukochanej cioci, utrata konia. Wydarzenia te tak bardzo wstrząsnęły Zuzanną, że odizolowała się od świata i nie przyjmuje wizyt. Nie jest w stanie skoncentrować się na pisaniu autobiograficznej powieści, w której porusza trudne problemy. Obecnie znajduje się pod wpływem leków antydepresyjnych i jest pod kontrolą lekarza. Wszystkie spotkania z osobami mogącymi wytrącić ją z równowagi – czyli ze mną między innymi – są skazane na niepowodzenie. Rozmowy o książce powodują ogromne emocje, a rozpamiętywanie ciężkich przeżyć doprowadza Zuzannę do utraty zainteresowania czymkolwiek i wywołuje uczucie smutku, którego trudno się pozbyć. Na koniec ogarnia ją tak wielkie zmęczenie, że jedynie śpi. 

Nie mogę tego wytłumaczyć szefowi, ponieważ jego nadzieje wiążą się z nową powieścią – chciałby zainwestować w bestseller, zarobić na sprzedaży i zyskać sławę. No cóż, wszyscy jesteśmy tylko ludźmi. Westchnęłam.

– I co pani tak wzdycha? Musimy mieć coś na już, inaczej rozdziobią nas kruki i wrony – powiedział melancholijnie. Podszedł do metalowej szafki oznaczonej literami alfabetu, wyciągnął szufladę z literą K, szybko przejrzał zawartość i wyciągnął cienką teczkę zamykaną gumką: Zuzanna Kosińska. Zajrzał do środka.

– Tu nic nie ma! 

Wzburzony zamachał teczką przed moim nosem.

  – Ale będzie – zapewniłam skwapliwie, kiwając głową jak plastikowy piesek przy tylnej szybie samochodu.

– Co ma pani zamiar z tym zrobić? – zamruczał groźnie.

Nadzieja umiera ostatnia, myślałam – patrząc pustym wzrokiem na zieloną teczkę.

– Pójdę do autorki z wizytą. To niedaleko, na Czystej. Zabiorę maszynopis 

i przejrzymy go z panią Basią.

– Pani to by tylko gdzieś chodziła. – Odgłosy niezadowolenia szefa stały się cichsze jak oddalająca się burza. – Pani Gieniu! – Zawołał do otworu w ścianie. – Ma pani ziółka? Wątroba mi dokucza. – Spojrzał na mnie oskarżycielsko. – Widzi pani, ile zdrowia kosztuje mnie rozmowa z panią.

– Na już możemy wznowić serię Nocnego. 

– Nocny? Nie znam.

– Marek Nocny, pisze pod pseudonimami, bo uważa, że dzięki temu lepiej się sprzedaje. Wydał u nas cykl powieści pod wspólnym tytułem Krwiopijcy – o wampirach pracujących w banku. Dosyć zabawny zresztą.

– Mordowanie ludzi uważa pani za zabawne? – łypnął na mnie okiem.

– Fakt, że od czasu, gdy pracuję w wydawnictwie, zmieniłam spojrzenie na wiele spraw.

– Od jak dawna jest pani u mnie zatrudniona? – spytał, zasiadając w fotelu. 

– Od dwóch lat.

– Proszę usiąść. – Machnął ręką w nieokreślonym kierunku. Pod oknem królowało biurko z obrotowym fotelem, na którym spoczywała dostojna postać prezesa. Po przeciwnej stronie dziwacznie powyginane krzesła przywodziły na myśl narzędzia tortur. W kącie ustawiono dwa klubowe fotele i szklany stolik do kawy. Resztę miejsca zajmowały szafki na dokumenty. Usiadłam na skraju krzesła, obawiając się, że z oparć wysuną się obręcze, unieruchamiając mnie na amen.

– Tylko zmieniłabym okładkę. Ostatnia była w ponurych barwach: szare tło, czarna trumna z wystającą białą ręką. Dałabym coś jaśniejszego – wyjaśniałam, patrząc w skupieniu ponad łysą głową prezesa – cmentarz na przykład.

– Cmentarz jest jaśniejszy? – zdziwił się pan Tadeusz. – A poza tym mówiła pani, że akcja toczy się w banku. Wampiry wybudowały bank na cmentarzu. 

Rechot zadowolonego z żartu prezesa słyszeli wszyscy pracownicy, otwarta przestrzeń miała ułatwiać krążenie niczym nieograniczonej weny, brak barier zapewniał swobodny przepływ informacji. Dzięki temu każdy wiedział wszystko na każdy temat.

– A to się pośmiałem – skomentował prezes, wycierając oczy chusteczką w kratę.

– Paryż został zbudowany na cmentarzu. Wiedział pan?

– Zaraz zacznie pani opowiadać horrory i całkiem stracę apetyt. Do rzeczy, pani Kingo, co ma pani dla mnie spod lady? Koniecznie musimy wypuścić hit na rynek, bo w mediach wieje chłodem na nasz temat. Długo nie pociągniemy.

– Mam pierwszy rozdział! – Zawołałam radośnie.

Prezes spoglądał na mnie załzawionymi oczami buldoga.

– Pani Gieniu, – jęknął – ma pani ziółka na wątrobę?

Sekretarka pojawiła się niemal natychmiast.

– Mam tylko miętę, ale pójdę do apteki, to blisko.

– To ja skoczę – zaproponowałam żwawo. – Pani Gienia w kapciach nie pójdzie.

Nie czekając na odpowiedź, pobiegłam do mojej części biura po torebkę, a następnie do windy. Na szczęście nie czekałam długo, bo szef mógłby się rozmyślić i wezwać na dywanik. Dziwne określenie, w biurach rzadko widywałam dywany. Stukając obcasami w grysową posadzkę, doszłam do wyjścia. Obrotowe drzwi wypluły mnie na zewnątrz. Powietrze wibrowało nad nagrzanymi słońcem ulicami, obok mnie przechodzili ludzie w przeciwsłonecznych okularach, podobni do ogromnych much. Podążyłam za nimi jak owca za stadem, przyglądając się mijanym wystawom. Przy sklepie Zara zatrzymałam się na chwilę, podziwiając nową kolekcję. Pomyślałam, że przydałby mi się czarny płaszcz na zimę. Co prawda ostatnie dni sierpnia przyniosły nieco słońca, ale chłodne dni mogły nadejść lada chwila. Przeglądając się w szybie, założyłam włosy za ucho, pozwalając promieniom słońca puszczać zajączki diamentowymi kolczykami odziedziczonymi po babci. Wspomnienie o niej spadło na mnie z ogromną siłą. 

Wysoka, bardzo szczupła, brunetka, biała i różowa – figurynka z saskiej porcelany wyjęta z Damy Kameliowej. Kobieta lubiąca mężczyzn i wystawny tryb życia, ale marząca o miłości. Miłości burzliwej, namiętnej, takiej jak w Wichrowych wzgórzach albo Madison County

Żyła złudzeniami, mężczyźni kupowali jej ciało, jak kupuje się paczkę cygar, ale ona się nie skarżyła. Jako dziecko nie rozumiałam zawiłości jej egzystencji, nie widziałam nic nadzwyczajnego w fakcie, że w jej domu zawsze kręciły się panie. 

W każdy niedzielny poranek przychodziły do kuchni zaparzyć kawę, ubrane w lekkie peniuarki, z papierosami w długich lufkach przyklejonymi do umalowanych na czerwono ust. Nazywałam je ciociami. Podrosłam i zrozumiałam, jaki rodzaj praktyk prowadziła, a gdy zadawałam babci pytania o to, jak godziła rzeczywistość z marzeniami, uśmiechała się lekko i mówiła: „Lepiej ci poczytam”. Balzaka, Zolę, Dumasa czytała w oryginale, jej miękki głos unosił się i opadał w rytm słów łączących się w zdania i akapity. Muzyka opowieści i tajemniczy język często przenosiły mnie w nierealny świat, i tak kołysana historiami o życiu w dziewiętnastowiecznej Francji zasypiałam. Opowieści wplatały się w marzenia senne i utrwalały w postaci wspomnień, aż sama nie wiedziałam, gdzie kończyła się fikcja a gdzie zaczynała rzeczywistość. 

Odeszłam od wystawy Zary. Kilka kroków dalej obejrzałam nowe pozycje wydawnicze za szybą Empiku, przyjrzałam się krzykliwym okładkom, oceniłam zainteresowanie czytelników tematyką powieści, zanotowałam kilka złotych myśli w notesie i oddałam się rozmyślaniom o płaszczu. O eleganckiej czerni podkreślającej moją bladą cerę, którą złośliwi nazywają trupią. Każdy chciałby mieć porcelanową karnację, myślałam – wchodząc do apteki.

– Dzień dobry, czy dostanę coś na wątrobę?

Farmaceutka z zawodowym uśmiechem na nienagannie umalowanej twarzy spojrzała na mnie bez specjalnego zainteresowania. Przeglądała katalog z zagranicznymi wycieczkami. 

Z mojego miejsca zza okienka widziałam pióropusze palm na tle niebieskiego nieba i szmaragdową toń morza liżącego biały piasek…

– Owszem, mamy – powiedziała w zamyśleniu. – Dzisiaj jest specjalna promocja na produkty na porost włosów, do dwóch opakowań, trzecie gratis.

Kobieta ożywiła się, proponując mi zakup.

– Ale ja chciałam…

– Tylko dzisiaj – kusiła.

– To poproszę.

Przyglądałam się, jak z rozmarzonym uśmiechem wkłada trzy opakowania do papierowej torby. Możliwe, że pomogłam jej wyjechać do egzotycznych krajów.

.

Rozdział 2

Drzwi zamknęły się samoczynnie, gdy weszła z ulicy do holu, przesiąkniętego zapachem moczu. Wejście od strony podwórka, stale otwarte, pozwalało okolicznym pijakom na załatwianie potrzeb fizjologicznych w zaciszu czterech ścian. Największą zaletą małego mieszkania wynajmowanego na trzecim piętrze kamienicy, był niski czynsz. Życie z jednej pensji nie pozwalało na wyrzucanie pieniędzy.

Zuzanna, zmarznięta po spacerze ulicami miasta, marzyła, aby jak najszybciej znaleźć się w mieszkaniu. Wchodząc po skrzypiących schodach, spoglądała przez zakurzone okna na podwórze, o tej porze roku opustoszałe i ciche. Późna jesień odstraszała mieszkańców zimnym deszczem i przymrozkami. Inaczej wyglądało to latem – przez szyby przenikał krzyk dzieci grających w gumę lub klasy. Kobiety przeganiały je z trzepaków, aby odświeżyć dywany, a gdy kończyły, dzieciaki, jak wróble, wracały do akrobatycznych wyczynów. Właśnie na tym podwórku Zuzanna  i Julia spędziły dzieciństwo. 

Zamyślona omal nie zderzyła się ze schodzącą kobietą. 

– O, Zuzia, witaj.

Zuzanna nie lubiła tego zdrobnienia, kojarzyło się z piosenką Natalii Kukulskiej „Zuzia, lalka nieduża, a na dodatek cała ze szmatek”. Czy Zuzia może być atrakcyjna i seksowna? 

Wolała Zuza, ale pani Nowakowa nazywała ją tak specjalnie, na złość. 

– Dzień dobry, pani Nowakowa – odpowiedziała zaskoczona Zuzanna.

Szukała sposobu na uniknięcie rozmowy, jednak Nowakowa zagrodziła przejście między ścianą a barierką swoją potężną sylwetką, w woniejącym naftaliną płaszczu z norek. Starsza kobieta wzbudzała w niej lęk – tym bardziej teraz, gdy uśmiechała się do niej drapieżnie. 

– Wracasz z miasta?

Zuzanna zastanowiła się, czy pod tym niewinnym pytaniem kryje się niebezpieczeństwo. Wymijająca odpowiedź nie wchodziła w grę. Pani Nowakowa, jeżeli nie dostała wyczerpujących informacji, rozsiewała wymyślone przez siebie plotki.

– Tak, poszłam do pośredniaka.

– Pracy szukasz. –To było raczej stwierdzenie niż pytanie. – Kobieta powinna mieć konkretny zawód. – Nowakowa nie dała Zuzannie dojść do głosu. – Krawcowa na przykład, to jest zawód dla kobiety. Ja moje córki do zawodówek posłałam i teraz mi za to dziękują. Pracę mają, mężów, dzieci. Na wakacje nad morze jeżdżą. A ty co? Ani pracy, ani męża, ani dzieci. To po co ci te studia były? 

A ten niby kolega to przychodzi do ciebie? Dawno go nie widziałam.

– Do Stanów wyjechał… – Zuzanna próbowała ukryć zmieszanie.

– Listonosz coś listów nie przynosi – sąsiadka złośliwie zmrużyła oczy.

– Pani Nowakowa, mam jeszcze coś do załatwienia. Do widzenia. 

Zuza przecisnęła się między sąsiadką a barierką. Weszła na drugie piętro. Wkładając klucz do zamka, słyszała jeszcze gderanie tej wścibskiej kobiety. Zamek zazgrzytał i drzwi stanęły otworem. Z ulgą weszła do kawalerki, gdzie panowało przyjemne ciepło, a w powietrzu unosił się zapach kawy. Wyglądało na to, że wszyscy byli w domu. 

Zdjęła buty, a nogi wsunęła w ciepłe kapcie. Płaszcz powiesiła we wnękowej szafie w korytarzu. Niewielką przestrzeń zajmowała szafka na buty, a na niej podstawka od telefonu i czarna torebka mamy. Nad szafką wisiało lustro w ozdobnej, metalowej ramie, oświetlone z dwóch stron małymi lampkami, których żarówki przypominały płomienie świec. Z jednej strony korytarza znajdowało się wejście do kuchni, a z drugiej – drzwi prowadzące do jedynego pokoju, podzielonego przesuwaną ścianą na dwie części. Na końcu korytarza było pomieszczenie z kabiną prysznicową i toaletą. Weszła do łazienki umyć ręce i przyjrzała się sobie w lustrze. Ciemne krótkie włosy okalały pociągłą twarz z dużymi, prawie czarnymi oczami. 

Za ładnie wyciętymi ustami ukrywały się równe i białe zęby. Należała do tej grupy kobiet, które nigdy nie znajdą się na okładkach magazynów, ale promienieją wewnętrznym pięknem. Jedynie ona sama nie była tego świadoma. Wychodząc z łazienki zawołała:

– Hej, to ja. Nie uwierzycie, kogo spotkałam na schodach… panią Nowakową. 

Z kuchni wyszła Julia z kubkiem parującego napoju w ręku. Wyższa i szczuplejsza od siostry, włosy związywała w koński ogon, z którego wymykały się niesforne kosmyki. Miały taki sam kolor włosów i oczu, poza tym różniły się pod każdym względem. Julia żywa i pełna energii nie potrafiła ustać w miejscu, jedynie gdy malowała, poświęcała się całkowicie pracy. Była o cztery lata młodsza, studiowała na Akademii Sztuk Pięknych.

– Hej, nie zazdroszczę. Następnym razem, gdy ją spotkasz, krzycz, że się pali, może ktoś wyjdzie ci na ratunek. Chcesz kawy?

– Chętnie. Dlaczego na zewnątrz jest tak zimno? – Zapytała, naciągając rękawy na zmarznięte dłonie.

– Tobie zawsze jest zimno – oświadczyła Julia, wchodząc do kuchni. Przeszła przez pomieszczenie i stanęła między blatem a oknem. Biała firanka zawieszona w połowie chroniła przed wścibskimi spojrzeniami, ale pozwalała na spoglądanie w niebo, po którym wiatr przeganiał chmury. Julia postawiła kubek między niebieskimi doniczkami z fiołkami alpejskimi.

– Też prawda. Nie mogłabym mieszkać na Alasce.

Zuzanna weszła do kuchni za siostrą. 

– Na Alasce może nie, ale we Francji, na przykład? – Julia uśmiechnęła się tajemniczo.

– Dlaczego we Francji? – Zapomniałam ci powiedzieć, przyszedł list od Józefiny. Leży w przedpokoju – wtrąciła mama.

.

Katarzyna Godefroy

.

1 O, témpora, o mores! – O czasy! O obyczaje! (przewrotne; Wyraz zgrozy), aut. Cícero In Catilinam I, 1.

4
0

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *