
.
Pamięci Kiryła Bułyczowa, mistrza humoru fantastycznego
.
Inny w moim basenie
.
Ktoś kąpał się w jego basenie. Plusk wzburzonej wody był głośny i na tyle charakterystyczny, że trudno byłoby pomylić go z czymkolwiek innym, np. z odgłosem, jaki wydaje zraszacz ogrodowy, czy podlewanie trawnika przez sąsiada za pomocą szlaucha. Miało się już ku wieczorowi, więc sytuacja wydała się Bobikowi co najmniej krępująca. Kto śmie nocą okupować cudzy basen? Nie były to raczej tutejsze dzieciaki, bo te zgarniali rodzice z osiedlowej uliczki już z pierwszymi oznakami zmroku. Odpadała również opcja skorzystania z kąpieli przez jakiegoś zabłąkanego „w kryzysie bezdomności”, bo bobikowa osada takowych osobników dotąd nigdy nie uświadczyła. Gdyby jednak jakimś cudem któryś się do niej zaplątał, szybko zostałby odesłany przez obywatelki patrol tam, skąd przybył –mieszkańcy jego wiejsko-miejskiej wsi byli stanowczy! Z kolei sąsiedzi z obu stron jego domostwa mieli własne baseny. Co prawda głównie takie dmuchane, z supermarketowej promocji, ale jednak.
O co więc, u diabła, chodzi?
Ten całkiem pokaźnych rozmiarów prawdziwy basen Bobik otrzymał z dobrodziejstwem inwentarza, czyli wraz z domem nabytym tuż po tym, jak pozbył się wreszcie swojego lokum w stolicy. Tamto, przy jego ówczesnym trybie życia, bardziej przypominało zaśmieconą norę neomodernistycznego frustrata, niż mieszkanie przyzwoitego chłopaka. Szczerze? Norę tłuściocha ograniczającego swoje życie do spożywania nadmiaru szkodliwych produktów żywnościowych oraz do wkręcania się w coraz to nowocześniejsze technologie, od których przypadłość jaką było chroniczne zapalenie spojówek należała do jednej z najlżejszych. Testowanie gier, eksperymenty z nadrealnymi wizjami przerywane tylko na czas żarłocznego pochłaniania jedzenia, odwiedzenia WC i spania, musiały w końcu zrobić „swoje” – Bobik bynajmniej nie jawił się lekarzom jako okaz zdrowego chłopaka w swoim wieku. Pewnego dnia dostrzegł, że to wszystko, co robi (oraz to, czego nie robi, a mógłby robić) jest beznadziejne. Asekurowany odpowiednią technologią, opuścił wówczas na próbę tę swoją norę, by zakosztować „otwartego świata”. Z tej szalonej wyprawy na Miasto udało mu się powrócić niemal cudem. Wtedy coś w nim ostatecznie pękło, pociągając za sobą decyzję o zmianie miejsca zamieszkania. Opuścił Miasto, mając nadzieję, że bezpowrotnie. Do zakupionego domu na podstołecznej „wsi” przeprowadził się nadzwyczaj szybko, sprawniej niż wskazywałyby jego zdolności do samomotywowania się. Towarzyszyło mu ogromne uczucie dumny z faktu, że zdołał tak dziarsko i skutecznie zrealizować radykalną, życiową zmianę. Sukces ten ukoronował dodatkowo udanym przejściem na drastyczną dietę, co zaowocowało zrzuceniem blisko 30 kg wagi w ciągu zaledwie dwóch miesięcy. Odczuł też napływ dużej energii. Pożytkował ją wyżywając się w pracach ogrodowych. Przynależący do jego nowej, wiejskiej posiadłości basen służył mu w zasadzie sporadycznie, tylko do ochłody w najgorętsze dni, ale to lato nie podarowało takich zbyt wiele. Gdy największe upały minęły, basen poszedł w „odstawkę”. Zabezpieczony specjalną plandeką przed liśćmi i innymi zanieczyszczeniami, czekał na swój czas.
Pluski dochodzące z tamtej strony nie ustawały. Istnieją ludzie – i wcale jest ich niemało – skłonni do przyjmowania w takich sytuacjach heroicznych postaw, co jest zazwyczaj dyktowane emocjami wyłączającymi zdrowy rozsądek. To zdecydowanie nie była cecha Bobika, chociaż za niesprawiedliwe uważał nazywanie go przez niektórych „tchórzem”. Nie był nim. Był po prostu rozsądny. Również i tym razem postanowił zachować szczególną ostrożność, zwłaszcza, że kompletnie nie miał pojęcia, z czym może mieć do czynienia. Cicho, bardzo cicho (na ile pozwalało mu jego odchudzone, ale nadal okazałe ciałko) podczołgał się jak najbliżej basenu. Skryty za rozłożystą tują, rozpoczął czujną obserwację. Resztki zachodzącego słońca oświetlały akwen. Nikogo kopiącego się nie było jednak widać. Ale cóż to? Woda w basenie była zabarwiona, miała kolor zbliżony do rozpuszczonego nadmanganianu potasu – przynajmniej tak to wyglądało w czerwonej poświacie zachodu. Ki licho, co znowu? Bobik pamiętał, że zanim porzucił basenowe kąpiele i przykrył plandeką całe te przydomowe, wodne ustrojstwo, wlał do środka preparat odkażający. Tamten jednak był bezbarwny, to pamiętał na pewno. Czyżby z czasem zaszła jakaś reakcja chemiczna, która tak bardzo zmieniła kolor wody? Było to wątpliwe. Zwłaszcza, że szybko odpytana na tę okoliczność AI nie potwierdzała takiej możliwości. Skąd więc coś takiego? Wytężył umysł i od razu olśniła go myśl: to ktoś inny wlał do basenu jakiś swój preparat! Tylko… po co? Wszystko to było mocno niejasne i podejrzane. A jeśli ten „ktoś” lub „coś”, co wlało barwiący środek do wody pływa sobie teraz w najlepsze skryte pod jej powierzchnią, nie pokazując się ani na chwilę, by ukryć swoją tożsamość? – zastanawiał się Bobik, przytulony do gęstego trawnika z najlepszej roli, jaką udało mu się kupić w Leroy-u.
Raz kozie śmierć! Wygramolił się zza szpaleru tuj i stając w wiele znaczącym rozkroku ryknął:
– Hej ty! Kto pozwolił kapać się w moim basenie? Proszę go natychmiast opuścić!
Odpowiedziała mu cisza. Przy południowym obramowaniu basenu leżała odwalona plandeka. Lekki wieczorny wiaterek pieścił liście rozłożystej morwy –.jedynego drzewa, jakie zdobiło jego ogród. Bobik zasadził ją osobiście a ona urosła nadzwyczaj szybko, pochylając teraz gałęzie nad odkrytą taflą wody. Co rusz topiły się w nich opadające, przebrzmiałe owoce, niczym martwe żuki lądując w wodzie z cichym „plam!”.
A jednak nie przesłyszał się. Coś pływało w tym basenie. Wydłużony kształt przesuwał się pod wodą, pozostawiając pęcherzyki powietrza przy obłożonej kafelkami ścianie.
Czujnik zmierzchu uruchomił wreszcie oświetlenie. Doświetlenie terenu dodało Bobikowi odwagi.
– Posłuchaj – zagaił. – Musisz po prostu wyjść z wody, zabieraj się stąd. To jest mój i tylko mój basen i nikomu nie pozwalam się w nim kąpać. Ty nie tylko to robisz, ale jeszcze zapaskudziłeś wodę na jakiś dziwny kolor. To niedopuszczalne! Jeśli w ciągu trzech minut nie wyjdziesz, wrzucę ci jakieś urządzenie pod napięciem. Na przykład suszarkę do włosów – zagroził. – Wyłaź natychmiast! Nie żartuję, zaczynam odliczać:
– Raz, dwa….
Tym razem tajemniczy pływak zareagował. Ponad taflę wody wysunęło się oko, umocowane na długiej szypułce wspartej na dziwacznym, trudnym do opisania rusztowaniu. Wpatrywało się ono w Bobika uporczywie, a jednocześnie z nieprzyjemnym błyskiem jakby ironii, ąż w jego głowie zaczęły formować się słowa. Cudze słowa.
– Jestem, tu jestem – Bobik usłyszał wyraźny, ale niedokuczliwy głos. – Z jakiego basenu mam wyjść? Że niby to z twojego? Taki sam on twój, jak mój, kolego tubylczy. Uprzedzając pytania, które za chwile z siebie wyprodukujesz .. chcesz oczywiście wiedzieć kim i skąd jestem, prawda? Czy potworem ze snów? Żywym artefaktem dawno minionych czasów? A może kwantowym podróżnikiem między wymiarami lub kosmitą nadświetlnym, co? Co ci jeszcze chodzi po głowie?
Zaraz po tym rozległ się chichot. Ironiczny, wręcz sardoniczny, raz wznoszący się, raz opadający. W każdym razie – obleśny.
– A co to ma być z twojej strony, jakieś „objawienie”, „ujawnienie”, czy co?! – zbulwersował się Bobik. W końcu zszokowany obrotem spraw skinął głową. Jasne, że chciał wiedzieć.
– No to co tu się dzieje? – wyrzucił z siebie.
– Objaśnię ci to najprościej, jak tylko się da – kontynuowało to „coś” – Stamtąd jestem – oko wzniosło się i łypnęło do góry. – I stamtąd – tym razem skierowało się w prawo, a potem równie wyraźnie – w lewo. – No i stamtąd także, kolego – wyraźnie wskazało kierunek w dół. – Nie ma co tego rozkminiać, bo i tak nie ogarniesz. Mamy tu gorszą sprawę. Wiesz jaką? Już wyłuszczam. To, kolego tubylczy, co ty tu uprawiasz wobec mnie, ta pyskówka twoja, brutalne wyganianie mnie, śmiało może zostać zakwalifikowane jako bezdyskusyjna mowa nienawiści i atak na tle gatunkowym. I co za tym idzie, niewątpliwie podpadać będzie pod groźby karalne. Grozisz mi tu, kolego tubylczy, pozbawieniem życia za zamoczenie się w tym twoim bajorze? Zagrażam Ci czymś? Zrób no coś nawet błahego, a głupiego w stosunku do mnie, a wiedz, że zapisane to zostanie na twoim koncie jako postawa dyskryminująca. Ale to jeszcze nie wszystko. Za opresyjność trzeciego stopnia, podszytą dodatkowo nienawiścią na tle odmienności gatunkowej, poniesiesz surową karę. Oj, długo nie pożywisz się czymś innym niż więzienna grochówka i pajda chleba!
Bobik poczuł, że twarz mu pulsuje gorącem trudem tłumionej złości. Chwilę się zbierał, zanim odrzekł:
– Nie strasz mnie, nie strasz.. Powiedziałem ci to chyba wyraźnie: to jest mój basen. Mój i tylko mój i ja nim rozporządzam, gdybym chciał się nim podzielić z kimś, to bym się podzielił, wiadomo, ale nie dzielę się! Kupiłem go wraz z tym domem. Za ciężko zarobione pieniądze ze sprzedaży mieszkania w stolicy, które podarowała mi świętej pamięci mama. A Ty co tu wyczyniasz? Dlaczego nie chcesz wyjść z wody? Już się wykąpałaś? To apeluję: wyjdź z basenu i opuść mój teren. Proszę cię o to zdecydowanie. Ale nie grożę – żeby nie było, bo może jakoś rejestrujesz tę rozmowę.
– Miękniesz kolego, powoli, lecz miękniesz … Pozwólmy więc sobie na moment prawdy. Jesteś zwyczajnie niegrzeczny i mało myślący. Agresywny i – co najgorsze – najwyraźniej nie znasz prawa! Uświadomię cię: artykuł 154 Konwencji Międzymegagalaktycznej i Międzywymiarowej Współpracy, stanowi, że KAŻDA, bez wyjątku/ów każda istota żywa potrzebująca dla siebie optymalnych i komfortowych warunków do przetrwania i/lub tylko egzystowania, wszędzie, gdzie się znajdzie, ma niczym nie kwestionowane prawo do wytworzenia i/lub wymagania dla siebie takich warunków. I ma tak być bez względu na lokalne tradycje, mniemania, osądy i reakcję otoczenia – tak bowiem mówi podpunkt „b” tego zapisu. Ten wysoce prorozwojowy akt prawny podpisał również twój – dodam –niezbyt rozgarnięty prezydent. Ale to ostatnie to tylko mój komentarz dodatkowy, oczywiście nie do protokołu, co dodaję z ostrożności procesowej.
Bobik wytrzeszczył oczy. Gdyby miał takie możliwości kształtowania swego ciała, jak basenowy, nieproszony gość, wprawiłby swoją zaciśniętą do bólu rękę we frenetyczne drgania, wydłużyłby ją, zamieniając w spleciony z włókien nerwowych bicz. Biczem tym smagałby raz po raz jadaczkę bezczelnego potworowskiego. Zresztą całą tę gadkę to pewnie na poczekaniu ją wymyślił. No i… kto tu grozi i straszy i czegoś jeszcze wymaga?!
Pieprzyć to! Bobik złapał kij do wyciągania z basenu śmieci i próbował dźgać nim wodę tam, gdzie zarysował się kształt nieproszonego gościa. Nie wychodziło to jednak najlepiej. Istota zwinnie, raz po raz umykała poza zasięg rażenia narzędziem.
– Zamiast się tak stresować agresywny ćmoku o mentalności folwarcznego agronoma, o przepraszam, szanowny kolego tubylczy, pomyśl o potencjalnych korzyściach, które mogą wyniknąć z naszego spotkania – głos nieznajomego znowu tylko szemrał w głowie Bobika. – A mianowicie: możesz je zaliczyć na przykład do ulubionych ostatnio i szeroko omawianych zdarzeń w ramach tzw. objawienia kosmitów. Czy jakoś tak, jak to nazywacie, maglując w waszych ezoteryczno-ufologicznych mediach temat tego…ujawniania. Do znudzenia.
Istota zapluskała i kontynuowała: – Chociaż, przyznasz kolego przezabawny, snute tam teorie są – jak to czasem określacie – kompletnie od czapy, to da się je przecież wykorzystać. Nagraj filmik o Kosmicznym Intruzie w Twoim Wspaniałym Basenie. Nie miej oporów. Możesz mnie i całe zajście sfilmować jak tylko chcesz, przy czym doradzę ci: im głupsze to będzie, tym więcej zyskasz wielbicieli. Mnie osobiście jednak daj spokój, ty dziwaczny bracie tubylczy. Jestem tu i nadal będę moczyć się w twoim akwenie H2O, bo jest to dla mnie obecnie najlepsze, co mogę robić. Zauważyłeś już zapewne, że pomiędzy nami, bracie kolego, jest wyrazista przepaść rozwojowa – Bobik odniósł wrażanie, że w głosie obcego pojawiła się chełpliwa nuta.
– Czy umiesz, na przykład, zainicjować i utrzymać telepatyczny kontakt? – napływały kolejne słowa z basenu. – Nie, nawet czegoś tak prostego nie potrafisz. Ale dobra, niech już będzie. To możesz przypadkiem wiedzieć: fioletowa maź w wodzie, która tak ci się nie podoba, to tylko trelik. W reakcji z H2O, nawet tak schemizowaną jak ta tu, wytwarza dla mnie pokarm. Ponieważ nie zamierzam zginąć z głodu, to ciecz w bajorze zabarwiłem. A teraz dobra wiadomość: w końcu wyjdę z wody. Jak się najpierw najem, oczywiście. Przynajmniej na chwilę opuszczę basen, bo coś muszę jeszcze porobić. Nie wcześniej się to jednak stanie jak jutro nad ranem, kiedy ten wasz piekielny upał ostatecznie odpuści – istota kontynuowała swój wywód.
– Ch…j mnie obchodzi twój trelik i twoje żarcie. – Bobika znów poniosły nerwy. – Zanim zrobisz wypad z basenu, masz go z tego paskudnego nalotu oczyścić. Chyba uczą was jakiejś kindersztuby?! A tak w ogóle… to ile czasu zamierasz pozostać w moim ogrodzie, na moim terenie – głos Bobika nie był już tak stanowczy. Bezapelacyjnie trafił mu się bowiem trudny orzech do zgryzienia. Stwora łatwo się nie pozbędzie. Owszem, przemknęło mu przez myśl , by wezwać policję. ale z pewnych względów nie mógł prosić o pomoc publicznych służb. To niemal pewne, że przy okazji „oblukaliby” i obwąchaliby cały dom, podrzucili coś zakazanego albo co? Byle tylko wlepić jakaś grzywnę. Może i zaczęliby wpisywać do swoich notesików te galaktyczne konsekwencje jego przestępczej postawy?
– Pewnie że chciałbyś to wiedzieć.. Cóż.. Przyjemny jest ten twój akwenik, nie powiem. No dobra. Powiem ci. Co najmniej dwa tygodnie tu zostanę – tak szacuję. Może jeszcze przedłużę, nie więcej jednak niż na dwa miesiące. Zobaczymy.
– Jaja sobie robisz?! Dwa miesiące? Nie chcę cię tu widzieć już jutro. Masz czas do rana. Jak cię tu jeszcze zastanę, wypompuję całą wodę i wyschniesz tu do cna na upale, czy coś innego złego ci się stanie.. Zrozumiałeś? Do jutra rana, cześć!
Bobik odwrócił się na pięcie, kierując się do domu. – Jutro się z nim policzę – taka była jego ostatnia myśl przed zaśnięciem.
Nastawił sobie budzik jak dawniej, na szóstą rano. Dzień zacznie tym razem wcześniej. Wiele jest do zrobienia. Tym razem się nie skradał i przy basenie znalazł się szybko. Przetarł zlepione jeszcze od snu oczy. Wschodzące słońce przeglądało się w tafli wody. Ta była nieruchoma. Nie działo się nic. Czy to „inne” już odeszło? A może śpi, gdzieś tam, pod wodą?
Chociaż minęła co najmniej godzina, postanowił jeszcze poczekać. Gdy tak przyglądał się okolicom basenu, jego wzrok przeciągnęło coś leżącego pod rozłożonym leżakiem. Coś, czego wcześniej nie zauważył. Szybkim ruchem wyciągnął to z pod leżaka i uważniej
się przyjrzał. Wyglądało to jak jakiś pas. Lecz nie wąski pasek do spodni, tylko pas, jakim opasywano kiedyś rycerzy. Widział podobny w jednej z gier fantasy. Dołączone były do niego dodatkowe inkrustacje. Nagle coś na kształt ręki, a może dłoni, śmignęło nad wodą i szybko chwyciło pas, wyrywając go Bobikowi z ręki. Nad taflą znów pojawiło się oko. – A to jest moje – usłyszał syknięcie.
Ktoś nadchodził szybkim krokiem od strony furtki. Powietrze przeciął ostry, przenikliwy głos: – Panie sąsiedzie, mogę na chwilkę? Przepraszam, że tak bez pytania! Moje dziewczynki przerzuciły wczoraj przez żywopłot piłkę, wiem, gdzie leży, tylko ją zabiorę, ok.?
Niespodziewany dźwięk sprawił, że istota upuściła dzierżony pas. Ten zawisł na randzie basenu. Tym razem Bobik był szybszy i niezwykle sprawnie jak na niego przekopał przedmiot na murawę. Nienaturalnie wydłużona i wyciągnięta z basenu postać obcego zamrugała złowrogo oraz zasyczała z bezsilności. I właśnie na tę scenę dziarsko wkroczył sąsiad, zwany w ich osadzie przez dzieciaki „Jeronimo” (może z powodu jego nienaturalnej delikatności w obyciu?). W jednym ręku ściskał gumową piłkę w drugiej zaś poważnych rozmiarów tablet, w który co chwilę spoglądał. Mało przytomnym wzrokiem otaksował zastaną scenę i dziwotwora prezentującego się teraz niemal w całej okazałości ponad taflą basenowej wody.
– Drogi sąsiedzie, wdzięczność moja jest wielka, lecz muszę już lecieć – rzucił szybko, dodając tylko na odchodnym: – oooo…widzę, że zamieniasz basen w akwarium, a to ciekawostka! I już był z powrotem przy furtce, wpatrzony z powrotem w ekran.
Zostali więc zupełnie sami. Jedno z nich „przy”, a drugie „w” basenie, którego połyskująca promieniami tafla obwieszczała nowy dzień. Dzień starcia kultur, a może i cywilizacji, kto wie?
– Oddawaj natychmiast vindavan! Należy do mnie, do naszego świata – zahuczało Bobikowi w głowie, który zajmował teraz miejsce na leżaku, utrzymując stosowny dystans od brzegu basenu. Całą jego uwagę pochłaniała nową zdobycz. Niezwykły pas obcego tajemniczo błyszczał, skrywając zapewne jakąś moc. Nieznaną, niedostępną człowiekowi, więc tym bardziej kuszącą.
– Nie ma mowy. Zapomnij, że ci od razu oddam – odszczeknął się Bobik. – Wreszcie mam na ciebie „haka”. Pas może ci zwrócę, ale pod warunkiem, że wyniesiesz się stąd i już cię nie zobaczę, paskudo – zawołał w kierunku wody.
Nieproszony gość miotał się czy to ze wściekłości, czy może z rozpaczy, a spieniona woda rozbijała się falami o obramowanie basenowej konstrukcji.
– A jaką mam gwarancję, że mi go zwrócisz? Ja opuszczę wodę, oddając ci tym samym przysposobiony już dla mnie magazyn żywności, który mógłby wystarczyć na wiele lat! I co wtedy? Oddasz mi vindavana?
– Słowo rycerza, gwardzisty królu. Oddam, oddam. Zaklinam się na wszystko, co tylko chcesz, że oddam – krzyknął Bobik – Ale, ale… co to właściwie jest? – znowu zaczął przyglądać się swojej zdobyczy.
– Vindavan, przecież mówiłem ci ciołku! Nie twój, a mi jest niezbędny – dobiegło od strony wody.
Bobik postanowił dokładniej zlustrować pozyskany przedmiot. Na oko miał on ze 1,5 metra i sporo ważył. Inkrustacje układały się w jakiś specjalny sposób – szkoda, że nie miał lupy, może by pomogła. Zaczął obmacywać pas od jego zewnętrznej strony. Wyczuł tam coś wypukłego i miękkiego, co dało się ugniatać. Nagie pas wydał z siebie głośnę „puf!” i wypuścił jakieś promienie. Bobik niemal odrzucił go przerażeniem. Po skosie, do góry, rozwinęła się kolorowana, wielowymiarowa mapa kosmosu przełamanego na kilkanaście części. Wirowała chwilę miliardami układów gwiezdnych i tak szybko, jak się pojawiła, tak zniknęła. Pas znowu był „normalnym” pasem. Bobik nacisnął to miejsce raz jeszcze a sytuacja powtórzyła się w identyczny sposób. Wszechświat rozłożył się, pokazując swój niezrozumiały fragment, by po chwili szybko go zwinąć i zniknąć.
– A to? Co to było? – zawołał pytająco do istoty.
Odpowiedziało mu milczenie. Oko na szypułce tylko się w niego wpatrywało. Teraz jakby z błyskiem rozbawienia.
Wrócił do badania pasa. Co tam może jeszcze być? Z drugiej strony czegoś, co przypominało klamrę, wymacał jakiś guzik. „Puf” tym razem był bardziej donośny, poprzedzając zmaterializowanie się jakiejś nieznanej struktury. Bobik ze zdziwieniem skonstatował, że odbija się w niej… jego przestraszona facjata. Po kolejnym naciśnięciu lustro zniknęło tak szybko, jak się pojawiło.
– Eee….kit jakiś…czy to wszystko, co ten pas może?
– Prawie wszystko, koleżko. Nie spodziewaj się zbyt wiele.
Teraz Bobik zaczął ugniatać zdobycz chaotycznie, wszystkimi paluchami, jak popadnie. Pojawiały się przed nim jakie fraktalne figury z wpisanymi w środku cyframi, wyskakiwały alerty pogodowe z miejsc, których kompletnie nie rozpoznawał i wyświetlały się i znikały na zmianę niezrozumiałe oznaczenia . Wszystko tylko na chwilę, by zaraz rozpłynąć się w powietrzu. Ugniatanie pasa w innych jeszcze miejscach zupełnie nic nie powodowało, takoż szarpanie za jego końcówki.
– W końcu co ten pas pokazuje czy co robi? – zwrócił się w kierunku bacznie przyglądającego się mu oka.
– Koleżko, nie mam zielonego pojęcia, co. Nic w rzeczy samej, co byłoby tak ekstra potrzebne. Kupiłem ten vindavan z tymi oto bajerami, okazyjnie, na portalu aukcyjnym. Nie wiem, co mi się w nim w tamtym momencie podobało. Promocja była, pojmujesz? A te funkcje, które tak namiętnie naciskasz, to po prostu bezużyteczne gadżety, mające podnieść atrakcyjność i cenę pasa. Nic więcej bracie – zaszemrała istota.
– Nie strzela? Nie wskazuje drogi powrotnej? Nie przenosi w czasie?
– Że co niby? Nic sensownego nie robi, w niczym nie pomaga. Przecież ci tłumaczę, że są to puste bajery, a nie wysoka technologia, jak mógłbyś podejrzewać.
– To dlaczego ci na nim tak zależy? – zirytował się Bobik.
– Bo bez niego nie mogę wyjść z wody, nie mogę opuścić basenu. Nie wolno mi pokazywać nagości w rozwiniętej szacie. Według naszych obyczajów byłaby to dla mnie wielka utrata godności. Potrzebuję vindavana do jej przewiązania.
– Tak powiadasz?! – pomyślał Bobik, cały się gotując. Wzrok jego spoczął na dzierżonym mocno pasie – gadżecie do wiązania szat intruzów, potem na zostawionej nieopodal kosiarce, znowu na pasie i na kosiarce. Przewód jest wystarczająco długi, by podłączyć i podciągnąć do basenu. – Czy jednak to na pewno dobry pomysł?– zamyślił się po chwili.
Robert Azembski