
Drogi Leonardzie,
Z jesiennym wiatrem leci do Ciebie kolejny list. List od Czułej Przewodniczki. Znasz ją? Nie? Pozwól, że Ci ją przedstawię.
Czuła Przewodniczka to kobieca intuicja. Prowadzi nas do odkrywania wewnętrznych skarbów.
Ta książka jest o tym, że choćbyśmy bardzo daleko od siebie samych odeszły, możemy znaleźć drogę powrotną. Dlaczego nie żyjemy tak, jakbyśmy chciały? Dlaczego nie robimy tego, co nam służy? Dlaczego trzymamy się starych, obcych wzorców? Dlaczego same od siebie odchodzimy?
„Nie przyszłaś tu poleżeć”.
Właśnie. Kobiety rzadko leżą. Ciągle gdzieś pędzą, często na złamanie karku. A to trzeba odebrać dzieci z przedszkola, bo pani dzwoni, że nie może dłużej czekać i że już dawno jest po godzinach odbioru. A jak leci do pracy? Jak nakręcany zając, żeby zdążyć na zadanie zaplanowane przez szefa. Ale zanim do tej pracy wyleci, musi przygotować dzieciom śniadanie, ubrania i sprawdzić, czy mają wszystko do szkoły.
Muszę. To słowo kobieta powtarza często. Zaprzęgamy się do wyścigów, często nie w naszej sprawie.
Niektóre z nas są Królowymi Śniegu, jak Miranda z Diabeł ubiera się u Prady. Miranda mrozi wszystkich spojrzeniem. Królowa Śniegu w gruncie rzeczy zrobiona jest ze wstydu. Wstydu, który wspaniała amerykańska badaczka, autorka świetnych książek i wystąpień, Brené Brown, definiuje jako poczucie, że nie jesteśmy warte miłości i przynależności.
„W okrucieństwie nigdy nie ma odwagi” – pisze Brown.
Obok Królowej Śniegu jest Potulna.
Potulna nie reaguje, kiedy obcy facet mówi do niej: „kotku”. Potulna nie robi nikomu niepotrzebnego kłopotu swoim jestestwem. Jest grzeczną dziewczynką.
Nie oburza jej, że jednym wolno więcej, a innym mniej. Jak u Orwella: wszystkie zwierzęta są równe, ale niektóre są równiejsze. W jej świecie nie ma równości.
Grzeczna dziewczynka była tresowana do grzeczności. Bądź grzeczna. Bądź miła. Ustępuj.
Potulna zastyga jak zwierzę, które boi się ataku, więc udaje, że już jest martwe. Kiedy władzę przejmuje Potulna, Ciebie nie ma. Nie ma Twoich potrzeb. Nie ma Twoich granic. Nie ma Twojego zdania. Nie ma Twoich uczuć. Sama nie wiesz, czego potrzebujesz, kim jesteś, co uważasz i co czujesz, bo dotąd byłaś zbyt zajęta trwaniem w bezruchu.
Często zaprzęgamy się także do emocjonalnej harówki.
Pojęcie pracy emocjonalnej zostało wprowadzone w 1983 roku przez Arlie Russell Hochschild w książce The Managed Heart. Chodzi o „demonstrowanie emocji pożądanych na danym stanowisku”.
Hochschild zaczęła od stewardes: uśmiechniętych od ucha do ucha, uprzejmych w każdych okolicznościach.
Ukrywamy emocje, które czujemy. „I smile when I’m angry’ śpiewał Leonard Cohen.
Poza tym, że ukrywamy emocje, które odczuwamy, pokazujemy również emocje, których nie odczuwamy. Bo nie wystarczy, żeby stewardesa nie wyraziła złości. Powinna jeszcze pokazać swoją nieistniejącą życzliwość.
Klient się uspokoił, ty poszłaś w swoją stronę. Ale z czym zostałaś? Złość jest energią, która krąży w naszym ciele. Co z nią będzie dalej?
Ulubioną trasą, którą idzie kobieca złość, jest droga przeciwko sobie samej. Wiele kobiet uznaje, że najlepsze, co można zrobić ze swoim wkurwem, to skierować go przeciwko sobie.
Problem z przywracaniem komuś dobrego samopoczucia jest taki, że zużywa ono naszą energię, a drugą stronę uczy, że ktoś inny będzie ogarniał jej emocje.
Wiele kobiet wyręcza innych w ogarnianiu własnych emocji. Robią to z wielkim zapamiętaniem, codziennie, przez całe życie. Kiedy czują, że rozmówca zbliża się do miejsca, w którym już nie ogarnia, rzucają mu się z pomocą. Bo taki mają nawyk. Takie wzięły na siebie zadanie. Bo w tej chwili wydaje się to lepszym rozwiązaniem.
To przede wszystkim pomoże zredukować własne napięcie. Własny strach przed tym, że „stary niedźwiedź się obudzi i cię zje”.
Są jeszcze Męczennice. Męczennica nie pyta, czy chcesz brać kredyt – kredyt poczucia winy.
„Przepraszam cię, córciu, czy chciałabyś zjeść domowy obiadek przygotowany przez zmęczoną po pracy mamusię, czy też może wolisz barszczyk z kartonu i krokiecik spod folii? Ale za to mamusia sobie odpocznie i będzie bardziej pogodna. I nie będzie sie w mamusi dzień w dzień odkładać trochę złości, którą potem będziesz jej spłacać swoim poczuciem winy”.
Kiedy staniemy w psychologicznej prawdzie tego, co się wydarza, zobaczymy agresję w bardziej przystępnej, a przez to bardziej toksycznej postaci, nazywaną przez psychologów agresją bierną.
Istotą agresji jest przekraczanie granicy. Niezważanie na drugiego człowieka. Kiedy ktoś się na ciebie drze albo zaczyna mówić, kiedy ty jesteś w połowie zdania – to jest agresja. Kiedy mówisz, że nie jesteś głodna, a ktoś wrzuca ci kotlecik na talerz – to też jest agresja.
Istotą sprawy jest to, że masz jakąś granicę i że zostaje ona przekroczona. Tyle że te drżące, spracowane dłonie, które nakładają trzeci kotlecik, wydają się tak niewinne, że trudno się w tym wszystkim połapać. Bierna agresja żywi się poczuciem winy.
Meczennica równocześnie zagłusza glos, ktory podpowiada: marnujesz swoje życie.
Żeby tego głosu nie słyszeć, musi szykować coraz więcej marynowanych grzybków, coraz mocniej szorować podłogi, jeszcze sprytniej namawiać kogoś, żeby zjadł kolejny kotlecik.
Kiedy dziecko osiąga etap rozwoju, w którym już jej nie potrzebuje, mówi: „Mamo, nie chcę twojego soku pomarańczowego”. Ona czuje, że to ją unicestwia, rodzi się wtedy potrzeba kontroli i władzy. To zaburza relację matka–dziecko, bo dziecko zostaje uwięzione w poczuciu winy.
Kiedy dziecko mówi „nie chcę”, Męczennica czuje rozczarowanie. Chce uwięzić dziecko w celi swojej pseudo-miłości.
Męczennica poświęciła się, bo tak było łatwiej.
W trójkącie dramatycznym, którego twórcami są Stephen Karpman i jego poprzednicy, pojawiają się trzy role: Ofiara, Prześladowca i Ratownik. Twórcy tego modelu mówią, że Ratownik ratuje innych, żeby nie zająć się sobą.
Być może dodałabym: ratuje innych, bo łatwiej ratować innych niż siebie samego.
Podobnie działa Męczennica.
Być może w jej domu, w jej szkole było więcej zgody na kobietę, która ratuje innych, niż na taką, która staje po swojej stronie. Być może ten wybór był pseudo-wyborem. Wyborem dokonanym pod presją pokoleń innych kobiet, robiących dokładnie to samo.
Męczennica się poświęciła. Nie może zatem być szczęśliwa. Bo poświęcić siebie to znaczy poddać siebie. Z siebie zrezygnować. Unieważnić siebie.
Jak ktoś, kto z własnej woli zniknął, ma być szczęśliwy? Jest w tym coś przewrotnego. Męczennica poświęca się, daje z siebie wszystko. Wszystko, co ma. I jeszcze trochę. A przecież człowiek nie może dawać bez końca. Dawanie z pustego zaczyna z czasem przekształcać się w manipulację.
Czuła Przewodniczka jest jak przyjaciółka, która siedzi z tobą przy stoliku w kawiarni i podaje chusteczkę, żebyś mogła otrzeć nos. Która ze zrozumieniem słucha opowieści o trzech złych wiedźmach mieszkających w twoim wnętrzu. Która cię rozumie. Słucha, a na koniec mówi:
— Nie musisz. Niczego nie musisz. Możesz odrzucić wszystko, co nie jest twoje. Możesz dać Potulnej odwagę, żeby w końcu wypowiedziała własne zdanie i zrobiła coś dla siebie. Królowej Śniegu — więcej pewności siebie, bo kobiety pewne siebie wcale nie muszą mrozić spojrzeniem. Męczennica może znaleźć zajęcie, które da jej satysfakcję. Może też czerpać radość z dawania — pod warunkiem, że ma z czego dawać. Bo nawet Salomon nie naleje z próżnego.
Czuła Przewodniczka nie mówi ci, jaka masz być. Nie ciągnie cię za rękę w stronę jedynego słusznego życia. Raczej siada obok i pyta:
— Czego ty pragniesz?
I nagle okazuje się, że odpowiedź, której tak długo szukałaś, wcale nie mieszka gdzieś daleko.
Jest w tobie.
P.S.
Pisząc ten list korzystałam z książki„Czuła Przewodniczka”, autorka: Natalia de Barbaro.
.
Katarzyna Godefroy