.

.

Powieść w odcinkach Piotra Siudeja – Książę ognia

.

Rozdział 4 “Czas Umierania”

.

Szukał waść kiedyś igły w stogu siana? Normalnej takiej, do szycia. Jak to, jakiego stogu? Normalnego przecież. Czy pan naprawdę musi wszystko sprowadzać do absurdu i rozkładać na pojedyncze elementa niczym trzylatek, niedogotowany gulasz? 

W każdym razie można się nieźle nawkurwiać przy takim szukaniu. Wkłada człowiek łapę w kłosa, grzebie, odrzuca na bok garściami, przesiewa przez palce i nic! Najgorzej jak coś kłujnie w palucha. Już wtedy głupek uradowany wyciąga łapę, a tam same kłosa. 

Ponoć pewien wynalazca z Peptije wynalazł maszynę, zasilaną manatynem, która posiada niezwykłą siłę przyciągania. Wedle twierdzeń projektanta owego ustrojstwa, po włożeniu dowolnego przedmiotu do specjalnej komory, we wnętrzu mechanizmu, maszyneria ma przyciągać podobny temu materiał. Na przykład po włożeniu trocin – patyki lub kawałki drewna, po wlaniu rtęci – inny, dowolny metal i tak dalej, zgodnie z regułą. A im więcej sypnie się magicznego proszku, tym mocniej ponoć ciągnąć miało. Z takim przyborem szukanie szłoby znacznie prościej i przyjemniej. Tak się teraz zastanawiam, czy jak Hansowi odrąbać palca i wsadzić do maszynerii to by przyciągnęło resztę ciała? Jak waść uważa? Chociaż, nie… To bez sensu, bo żeby ustalić położenie palca najpierw i tak musielibyśmy namierzyć resztę Larrena, a później to przyciąganie już na co to całe przyciąganie.

No… ale zejdźmy już na ziemię. Wie pan czego nauczyłem się, będąc detektywem? Cierpliwości. Zawód ten niewdzięczny bywa i bezlitosny wobec tych, którzy stają okoniem względem tej cnoty. Z ludźmi to jednak tak już jest, że nawet najbardziej szlachetny i zacny osobnik raz na jakiś czas przeżywa chwile słabości. Momenty, kiedy zastanawia się, czy podoła dalej… Czy wytrwa w czysto iluzorycznych, a jednak całkiem sztywnych ramach narzuconych przez siebie wartości. Tako i ja rozmyślałem, czy jasny szlag mnie nie trafi, kiedy dziesiąty z rzędu przechodzień, zapytany o brązowookiego waszmościa, kazał się w brązowe oko pocałować. W końcu trafiliśmy na naszą igłę.

Można powiedzieć z całą stanowczością, jeśli wierzyć w przypadek, że nasze spotkanie było właśnie takie. Minęliśmy ją przed karczemnymi drzwiami. Nieznajoma kobieta, wyglądająca na całkiem młodą, delektowała się papierosem, przy okazji podpierając ścianę lokalu. Zerkała na nas spod opuszczonego kapelusza, podobnego całkiem do tego, który nosił pan Watt tyle, że z płaskim daszkiem i ozdobną, czarną wstążką, zawiązaną w kokardę. Brązowa suknia z długimi rękawami, pokrytymi wilczym futrem, nie tylko podkreślała w niebagatelny sposób jej smukłą sylwetkę ale również znakomicie pasowała kolorystycznie do jej rudych włosów, splecionych w dwa dostojne warkocze. Drewniana laska u boku, okulary, zalegające na nosie… Czego by nie mówić i w co by nie wierzyć, kobieta ta z całą pewnością nie była byle chłopką. A jednak stała przed drzwiami rudery.

– Wiem, kogo szukacie – uprzedziła nasze pytanie i uniosła nieznacznie głowę. Niezbyt taktownie zapatrzyłem się w jej szmaragdowe oczy. – Wskażę wam drogę do tego człowieka, ale w zamian zrobicie coś dla mnie.

– Co takiego? – zapytał Dexter.

– Taki nasz lokalny ochlejmorda zmysły postradał i spaleniem stajni grozi. Zaszył się o świcie z pochodnią, zalał wszystko spirytusem i gada, że wszystko z dymem puści.

– A Ty? Co robisz w całej tej układance? – dopytał.

– Przysłali mnie tu pół godziny temu, bym rozejrzała się za jakimś magiem wiatru, co ponoć kręci się po okolicy. Właśnie w tej tu karczmie miał na mnie czekać, ale nie przyszedł. Trudno. Wy też się nadacie dla stajenki ratowania. 

– Pół godziny temu? – powtórzyłem. – Jakim cudem, skoro już południe?

– Nie spieszy się nasz szaleniec. Zebrało się wokół niego sporo ludu, to zamiast o destrukcji myśleć, zaczął morały prawić. Zanim odjechałam, przebąkiwał coś o życiu w czystości i podłych windykatorach, czyhających na cudze niewiasty.

– Ciekawe. Daleko ta wieś? – zaciekawił się śledczy.

– Konno niecały kwadrans. Zleci w mig.

Taką też żywiąc nadzieję, wróciliśmy pod drzwi pijalni. 

Niedoszły adept nocnej straży sprawdził się pierwszorzędnie. Owszem, przypilnował konia. Ba! Nawet go wyczesał i słodkimi kostkami poczęstował. Mimo to, detektyw skrzywił się na jego widok. Czuł podskórnie, że człowiek ten nie odpuści sprawy i jeszcze przez długi czas będzie nękał nas w podróży. Bursztynka prychnęła radośnie i wierzgnęła łbem, dając do zrozumienia swojemu panu, żeby ani myślał kręcić i od dotrzymania swojej części obietnicy się migać. Młody, rudowłosy chłopak wyciągnął jedno ramię za plecy, drugiego kulasa teatralnie wyprostował w bok i ukłonił się tak, aż grzywką do ziemi sięgnął. Pan Watt uśmiechnął się koślawo i oddał niedoszłemu strażnikowi obiecaną część zapłaty.

Wraz z Dexterem, na grzbiecie konia o bursztynowym włosiu i z nowo poznaną damą, poruszającą się na plecach szarej klaczy, wyruszyliśmy w stronę rzeczonej osady. Nasza przewodniczka raczej stroniła od rozmowy. Prawdę mówiąc, odzywała się tylko wtedy, gdy nachodziła okazja, by zwyzywać matki i babki handlarzy, którzy raz na kilka minut pojawiali się w zasięgu wzroku i nazbyt chętnie interesowali się jejmości stanem cywilnym. Doprawdy interesujące nie było jednak jej słownictwo, ale sposób z jakim poruszała się w siodle. Powrozów nie używała wcale. Nie smagała zwierza butem, jak to Dexter zwykł robić, żeby przyspieszyć lub zahamować znacząco tempo jazdy. Srebrzystowłosa klacz nawigowała całkiem sama. Szlachcianka o niebagatelnej fryzurze w jednej dłoni trzymała opuszczone liny, a drugą czule głaskała zwierza po bujnej grzywie.

Zanim jednak trafiliśmy na miejsce, przyszło nam przejechać kawałek wzdłuż potoku. Na tej wysokości woda płynęła szeroko, zalewając okresowo obydwa brzegi żyznym mułem. Gdzieniegdzie spod tafli wody wychylały się niewielkie wysepki, porośnięte w całości trawą i dziko rosnącym zbożem lub na krzyż kilkoma lichymi drzewami. Drobne archipelagi stanowiły wyśmienitą przystań dla rybaków, którzy nieopodal wybrzeża zatrzymywali swoje łodzie. Większość z nich ucinała sobie drzemkę, zasłoniwszy uprzednio twarz słomianym kapeluszem, przed promieniami popołudniowego słońca. Choć trzeba przyznać, że znaleźli się i tacy, którzy pracowali pieczołowicie, z wędką w dłoni prowadząc nierówną walkę przeciw żywiołowi. Zarówno te młode jak i trochę starsze kobiety, kucały nad wodą z sitami i w pocie czoła odsiewały cenny manatyn od nic niewartego gruzu, zalegającego na dnie rzeki. Wieśniaczki wymieniały się jedną i tą samą butelką zgrzanego wina, wyśmiewały na głos handlarzy i wzdychały do cicho do królewskich gwardzistów, przewijających się raz na jakiś czas po przeciwnej stronie dopływu.

Zgodnie z obietnicą zielonookiej nieznajomej, do miasteczka Olmar nad rzeką Gonthyr dotarliśmy w niespełna dwa kwadranse. Rzędy drewnianych chałup, kamienne wieże strażnicze i niczym nie wyróżniający się dworek lokalnego nobila zerkały na nas już z daleka. Na szczycie owych baszt przesiadywali nocni strażnicy, którzy po zmroku zapewniali bezpieczeństwo przed atakami demonów i ludzi, choć – prawdę powiedziawszy, złe duchy ostatnio niezbyt interesowały się osadą. Na najniższej gałęzi sosny, rosnącej na skraju udeptanej ścieżki, kołysały się dwa trupy. Twarze ofiar połyskiwały od sadzy i popiołu, a ich ubrania – spalone na węgiel, przywodziły na myśl czasy pożogi i Maurusowego ognia. Na szyjach obydwu wisielców powiewały, smagane wiatrem, tabliczki z drewna, na których wypalono krótką i zwięzłą treść, stanowiącą przyczynek do egzekucji. Na pierwszej płycie napisano “Heretyk”, a druga nosiła nazwę “Nasienie Ognia”. 

Na ten widok po moich plecach przebiegły ciarki.

Przed stajnią faktycznie zebrał się niemały tłum gapiów. Zza podwoi dochodziło rżenie zaniepokojonych koni i okrzyki owego mężczyzny, który zapewniał z uporem, że lada moment puści wszystko z dymem.

– Zagadajcie go na chwilę, ja zrobię resztę – zakomenderowała, zsiadając z konia.

– Wszystko mi kurwy odebrały! – lamentował nieznajomy. – Własna żona zdradziła mnie z komornikiem. Jebanym komornikiem!

– Tylko błagam, nie schrzańcie tego – dodała i zanurkowała w tłumie.

– No i co o tym myślisz? – westchnął pan Watt.

– Trzeba tam wejść, ot co – odparłem, wzruszyłem ramionami i pchnąłem ciężkie, drewniane drzwi. Detektyw ruszył tuż za mną, splunąwszy uprzednio na chodnik.

Zaraz po przekroczeniu progu izby po nozdrzach uderzył mnie gryzący smród spirytusu, gnijącego siana i końskich fekaliów, którym – jak mogłoby się zdawać, przesiąkła każda deska wewnątrz tego budynku. Idąc przed siebie, zamiotłem butem kilka pustych butelek samogonu. Konie, zamknięte w boksach, rozciągających się w dwóch rzędach, przy każdej ścianie, zarżały ostrzegawczo. W rogu stały beczki z paszą i deszczówką, a dębowe przegrody zdobiły ochronne kwarce i amonity oraz stojąca w rogu szafa ze szklanymi drzwiczkami zza których wyzierały ozdobne lejce – najpewniej na sprzedaż.

Wreszcie naszym oczom ukazał się sprawca całego zamieszania – brodaty waszmość w szarej koszuli, dziurawych spodniach, rozklekotanych butach ze skóry i długim, beżowym płaszczu z widocznymi śladami po igle i nici. Nieznajomy opierał się o drzwiczki jednego z boksów i sączył powoli przezroczysty trunek, niezbyt udolnie starając się trafić do ust. Cienka strużka ziemniaczanego naparu ściekała po jego brodzie i wielkim brzuchu, wystającym spod obcisłej rubaszki.

– Coście za ludzie? Czego chcecie?! – warknął pracownik stajni i machnął od niechcenia zapaloną pochodnią. – Ani kroku dalej, łajzy, bo wszystko pójdzie z dymem!

– Myśmy dobrzy ludzie – odparł Dexter, podniósł obydwie ręce na znak pokoju i trzasnął mnie w łeb, żebym zrobił to samo. – Przyszliśmy porozmawiać o Twoich problemach. Ulżyć w cierpieniu…

– Przynieśliście mi wódki?

– Mamy wino – skłamał detektyw.

– Sram na wasze wino! – prychnął. – Kaśka też piła takie trunki. Cholerny windykator z podniebnego zamtuza butelkami jej lał napitek prosto do przełyku. Lał i opowiadał. A ona słuchała, głupia. W naszym łożu to robili, dacie wiarę? – załkał stary pijak. – Moja Kasieńka… i ten chuj złamany, dusigrosz od czci i wiary! To wszystko przez te przeklęte latorośla. A miał dobrze, idiota! – warknął i kilka razy uderzył się w czoło. – Chłopów, pól kartoflanych i kapuścianych… Wszystko przepierdolił, bo mu się wina zachciało pędzić!

– Co się stało z uprawami? – zapytałem. – Biznes nie szedł po myśli?

– Po chuju szedł, a nie po myśli – warknął brzuchaty koneser i zaczął pocierać powieki. – Człowiek się nalatał jak głupi po świecie. Całą Nelvenorę, Donan, Kovę, Blaingaard, Delis, Evagorn i Ronegorn żem zlazł w poszukiwaniu najlepszych szczepów. Dwanaścia lat życia spędziłem na studiowaniu latorośli. Wszystko miałem co do grama odważone. Cukier, wodę i czas fermentacji. Sam krzaczorów doglądałem, żeby ich jakieś robactwo nie obsiadło, a jak już pierwszą partię miałem gotową, to kazałem synalkowi za darmo porozwozić napitek po karczmach i zamtuzach… i co? I gówno!

– Dobre wino musi swoje poleżeć w cieniu. Może nie ma co się załamywać.

– O! – westchnął. – A ja żem głupi myślał, że wino zapierdalać musi. 

– Konie niczemu niewinne. Nie zasłużyły na taki los.

– Pewnie, że nie – powtórzył parę razy i splunął. – Klacz też mi ukradli. Moją ukochaną Bałwankę zbóje zabrali – westchnął i zaczął namiętnie pocierać skronie. – Bielutka cała była jak puch, stąd takie imię. Miała taką siwą grzywę i niebieskie patrzały, nie takie, jak u Kaśki. Ona miała zielone. A zielony to kolor kurestwa. Kurestwa i… i… – przerwał nagle.

Wewnątrz pomieszczenia rozległ się kobiecy śpiew – tak rozkoszny dla ucha, że zaraz przeniknął moje ciało i sprawił, że zmiękły mi nogi. Zaniepokojone zwierzęta uspokoiły się w jednej chwili. Brzuchaty piroman osunął się na drzwiczki, zjechał wzdłuż nich plecami i klapnął tyłkiem o podłogę. Detektyw zachwiał się na nogach, aż homburg spadł mu z głowy, a kiedy dźwięk nasilił się jeszcze bardziej, podmuch powietrza ucałował go w czoło, zatańczył wokół i zebrał się pod jego plecami, tworząc wygodną poduszkę. W pewnej chwili potknąłem się o własne nogi i wyrżnąłem plecami o parkiet. Nic nie poczułem. Pan Watt też leżał już na deskach, obezwładniony śpiewem. Szlachcianka wyłoniła się z gracją zza filara. Przyklęknęła nad stajennym, zabrała mu pochodnię, którą przez sen przytulał i zgasiła płonące łuczywo, wrzucając je do wiadra z wodą. Ciepło objęło zewsząd moje flaki. Powieki zrobiły się ciężkie, jakby je ktoś dociążał kamieniami. Pomyślałem, że umieram.

A później zasnąłem.

– Coś mu zrobiła? – Usłyszałem dobiegający z daleka głos, na granicy snu i jawy.

– Zmęczony był – odparła czarodziejka, kończąc wiązać sznurem nogi stajennego. – Utnie sobie komara i spojrzy na świat nieco przychylniejszym okiem – Kobieta wstała z parkietu i otrzepała suknię z kurzu – Ach, w ogóle, gdzie moje maniery! Zapomniałam się przedstawić. Celestia Narevik, do usług waszmości – dodała, wykonując teatralny ukłon.

Kiedy gapie zorientowali się już, że zagrożenie przeminęło, zaczęli pchać się do izby, najpierw pojedynczo, a później całymi grupami. Każdy chciał przyjrzeć się twarzy piromana, aby na własne oczy, po kolorze jego nosa ocenić, ile wódki wypił tym razem.

– To jak będzie? – zapytałem. – Dowiemy się czegoś o Larrenie?

– Właśnie na niego patrzycie – odparła, rozkładając ramiona. – Przed państwem Larren Harpagon we własnej osobie i w pełnej krasie.

– Mówiłaś, że nas do Hansa doprowadzisz – warknął detektyw.

– Oj, nie złość się tak, staruszku. Musiałam trochę nagiąć prawdę, bo inaczej byście mi nie pomogli. Ten co tu leży to ojczulek tego, kogo szukacie.

– Wiadomo chociaż, kto ukradł Bałwankę? – westchnął.

– Nikt poza Harpagonem i jego synem nie ma kluczy do stajni. Przynajmniej tak miejscowi powiadają. Aha i jeszcze… wybaczcie, że was musiałam uśpić. Mogłam chociaż ostrzec. Mam nadzieję, że się zbytnio nie poobijaliście.

– Bywało gorzej. – Pan Watt zgrzytnął zębami.

– Ochlejmorda sam raczej się nie okradł – wywnioskowałem.

– Czyli co… Nie wiesz, gdzie znajdziemy Hansa?

– Niestety. Wiem natomiast, gdzie warto zacząć poszukiwania. Tam, gdzie spalone winorośla i zielonooka Kaśka. Więcej nie pomogę, bo sama nie wiem gdzie ta winiarnia. No… i jest coś jeszcze. – Kobieta uśmiechnęła się nieznacznie i wzruszyła brwiami. – Mogę zrobić… czary mary – dodała, znacznie ciszej.

– Czary mary…? – powtórzył Dexter. – A coś konkretniej?

– Zagadam do koni, może coś widziały. Tylko najpierw muszę mieć spokój! – warknęła, odpychając od siebie podchmielonego chłopa, który pomylił stajnię z wybiegiem, a siebie samego z hrabią i podszedł do szlachcianki, by ją do tańca zaciągnąć.

– Słyszeli? – wykrzyknął śledczy. – To miejsce zbrodni, a nie teatr. Wynocha!

– To miastowa stajnia – odparł jeden z wieśniaków. – Własność obywateli! Nikt nas nie będzie rozganiał po kątach. A jak chciał będę to i nasram tu, na środeczku, o!

– Tak? – Detektyw sięgnął zanurzonego w wodzie kija.

Tyle wystarczyło, żeby ludzie ponownie uciekli na ulicę. Detektyw podszedł żwawym krokiem do drzwi, zamknął wrota i zabarykadował od środka masywną belką. Kobieta podeszła do konia, o szarym włosiu i czarnej grzywie. Kiedy chwyciła go delikatnie za łeb, wierzchowiec potulnie zbliżył się o krok, nadstawił karku i zaczął mrużyć oczy. Po krótkim seansie głaskania między uszami, całkiem się uspokoił. Czarodziejka położyła drugą dłoń na jego czole i kilka razy powtórzyła mantrę w języku magów. Blady płomień, wyzierający z lampionów przygasł lekko i zaczął pulsować. Amonity zakołysały się na sznurkach, mimo braku wiatru. Nieprzyjemny chłód roztoczył się wewnątrz pomieszczenia. Wtem Celestia wytrzeszczyła oczy, wbiła paznokcie w końską szyję i przemówiła nie swoim głosem.

– Zamknij się, Larren! – Tonacja kobiety przybrała typowo męskie zabarwienie. Kilka minerałów spadło ze ściany i trzasnęło o ziemię. – Skoro tak myślisz, znaczy to, że o koniach wyścigowych najwidoczniej wiesz tyle, co głuchy dezerter o patriotycznych przyśpiewkach. To musi być drobna klacz, a nie taki ogier. Wierzchowiec ma przede wszystkim być szybki – powiedziała i zmieniając znowu sposób wypowiedzi. Pozostałe konie zaczęły wierzgać na boki i rżeć, aż przeszły mnie ciarki. – Coś jeszcze, panie dobra rada? Spójrz, Olo, ten biały wygląda zacnie – rzekła, a głos jej zmienił się na poprzedni. – To klacz mojego ojca, jak się dowie… A w sumie, co mi tam. Niech się dowoli staruszek dowiaduje. Ja w tym czasie będę już daleko. Bierz ją, Larren, tylko ostrożnie, bo to płochliwa sztuka jest. Jak się rozbudzi i zacznie wołać starego, to każdy ją usłyszy, nawet Maurus Bogobójca, co się chowa pośród Gór Księżycowych.

Czarodziejka zachwiała się na nogach. Cienka strużka krwi pociekła jej z nosa.

– Ma już dość – powiedziałem i ruszyłem żwawo, żeby odciągnąć ją na bok.

– Czekaj, niech dalej mówi – Detektyw chwycił mnie za bark.

– We trzech nie pomieścimy się na jednym koniu – stwierdziła, a głos jej zmienił się znowu. – Malford przelezie przez ogień. Da sobie radę, ty się już o niego nie martw. Jak się klacz ojczulka wabi? Nie ważne zresztą. Od teraz zwać się będzie Fortuna, by nam przyniosła szczęście – powiedziała, a oczy jej podeszły krwią.

– Dość, mówię! – warknąłem, wyrwałem się wspólnikowi i podbiegłem do Celestii. Magini westchnęła ciężko, puściła końskie czoło i osunęła się bezwładnie w moje ramiona. Strużka krwi spłynęła po jej policzkach, zakręciła za uchem i zaczęła wsiąkać we włosy.

Zapadła cisza. Kamienie momentalnie się uspokoiły. Zwierzęta przestały rżeć. 

Niestety, nasz spokój nie trwał długo. Na zewnątrz rozległ się rytmiczny stukot żelaznych butów, a chwilę później głośny trzask taranu, uderzającego o drewniane wrota. Przejście zadrżało kilkukrotnie, aż za którymś razem ustąpiło pod działającym na nie ciężarem. Do środka wpadli trzej zbrojni żołnierze, którzy w moment rozstawili się wzdłuż izby, odcinając nam tym samym drogę ucieczki.

– Ani kroku dalej! Jesteście aresztowani – warknął jeden z nich, najmniejszy wzrostem, ale za to z najdłuższym sznurkiem przy ostrzu, świadczącym o niebagatelnej randze i bitewnym doświadczeniu woja. – A skoro tak, to w imieniu królowej z nami pójdziecie, albo wam mordy poobijamy na trzy kwaśne jabłka.

– A co myśmy Królestwu zrobili? – Dexter uniósł brwi.

– Patrzcie go! Jeszcze pyta, matoł, co zrobił. – Niziołek tak się obruszył, aż z wrażenia zapluł brodę. – Wtargnęliście do stajni miejskiej, nielegalnie zabarykadowaliście się w środku, a ta… ta… Dziewoja to czarami miotała!

– Skąd taka pewność, że magii użyła?

– Skąd?! Konie tak rżały i taki mróz szedł zza bramy, że nawet ślepy i głuchy by wiedział, że tam za drzwiami to się czarami miota. Zresztą, ja wam, ani tej dziewoi z niczego nie muszę tłumaczyć. Skuć ich w kajdany, a się nie pierdolić – warknął brodaty dowódca miejskiej straży. Dwóch znacznie wyższych żołnierzy ruszyło w naszym kierunku.

– Stać, powiadam! – rzekł detektyw stanowczo. – Myśmy też na służbie – dodał i wyciągnął z kieszeni płaszcza zmięty glejt, pachnący imbirem, szafranem i białym pieprzem. Wojak wyrwał dokument z ręki pana Watta i podał go niziołkowi, który szybko przerzucił oczami po zawartym na kartce tekście, po czym zwrócił go właścicielowi.

– To w takim razie wyście wolni – rzekł. – Tylko czarodziejka z nami pójdzie.

– Za co, do cholery! – warknąłem. – Powiedział przecie, że na nasze polecenie magii użyła. Stodołę przez sfajczeniem uratowała. Życie ludzkie ocaliła! Wyście ją winni po piętach całować, a nie jeszcze do lochów wtrącać jak byle rzezimieszka.

– Ale nam się gadatliwy gołąbek trafił, co detektywie? – zapytał niewysoki stróż prawa i spojrzał spod ukosa na pana Watta. – Czy urzędowy świstek zabrania obić mordę koledze, przed puszczeniem waszej dwójki?

– Glejt nic o tym nie wspomina.

Konwojent podszedł do mnie żwawym krokiem i począł strzelać palcami.

– Panie, no co wy…! – Odruchowo cofnąłem się o krok.

– Winna czarodziejka, czy nie? Ostatni raz zapytuję.

– Czarodziejka… – mruknąłem, obdarowując nieprzytomną spojrzeniem. – Niewinna!

– A chciałem po dobroci… – westchnął i zastygł na moment.

Nagle zobaczyłem rozpędzoną pięść, zmierzającą w moim kierunku, a chwilę później usłyszałem takie dudnienie, jakby naraz nad moją głową zabiły wszystkie dzwony w królestwie – z takim właśnie impetem moja żuchwa zderzyła się z resztą szczęki. W efekcie zaraz pociemniało mi przed oczami. Powieki zrobiły się ciężkie. Góra zatańczyła walca z dołem, a ręce same poleciały do przodu. Reszta ciała gibnęła się do tyłu. Poczułem, jakbym spadał w bezdenną przepaść, po czym uderzyłem plecami w parkiet.

Z ciemności wyłoniły się dziesiątki jasnych punktów. Pływające pod moimi powiekami kropki ułożyły się znajomą sylwetkę. Rebeka… Moja luba przykucnęła obok mnie, dała buziaka w zakrwawiony nos, a później zaczęła lizać mnie po policzku długim, szorstkim i zaskakująco niepodobnym do niej ozorem.

– Mój ty aniele – wyszeptałem głosem pełnym tęsknoty, wyciągnąłem ramię przed siebie i pogłaskałem po pysku czarnowłosego konia. – Moja miła…

Pan Watt pochylił się nade mną i dla kurażu trzasnął mnie w policzek.

– Ile widzisz palców? – zapytał, pokazując obydwie dłonie.

– Tyle – odparłem i pokazując ręką wulgarny gest.

– Wybacz, przyjacielu – odparł nie od razu. – Wsparłbym Cię szablą, ale eskalacja nie była dobrym rozwiązaniem. Nie w tym wypadku. Czasem lepiej wybrać pokój.

– Pewnie – mruknąłem, dotknąłem sinego kulfona i syknąłem z bólu. Klacz prychnęła. Chyba tylko ona mi współczuła. – Gdzie ona? Gdzie czarodziejka?

– Zabrali ją. Pewnie do celi trafi. Poradzi sobie.

– A jak nie? – Wstałem z ziemi.

– A czy to nasz problem?

– Tak! – powiedziałem stanowczo. – Pomogła nam.

– Coś zatem wymyślimy – westchnął stary wyzyskiwacz.

Prosto od stajennych drzwi ruszyliśmy w kierunku centrum miasta, z nadzieją, że tam dowiemy się, gdzie szukać Larrenowego dworku. Po drodze minęliśmy kilka drewnianych chat – zarówno dwupiętrowych, jak i takich z niewielkimi balkonami z widokiem na śmierdzący trakt. Kilkukrotnie przebiegały obok nas rozwrzeszczane bandy młodzian. Wzdłuż błotnistej drogi stały w nierównym rzędzie wozy handlarzy, przykryte niedbale płótnem, pilnowane pod ich nieobecność przed strażników miejskich lub starszych nieco chłopaczków, którzy za drobną opłatą zgadzali się postać chwilę na mrozie i przypilnować towaru. W czasie spaceru minęliśmy jedną z kamiennych baszt. Wrót, prowadzących do jej wnętrza strzegli dwaj wojskowi, uzbrojeni w kolczugę, ozdobioną herbem królestwa. 

Na szczycie wieży stał metalowy zbiornik z roztworem pyłu księżycowego, w którym należało umoczyć grot strzały lub metalowy nabój przed ustrzeleniem demona. Tylko wtedy ów padał na ziemię bez szans na ponowne odrodzenie. Wbrew mylącej nazwie, ekstrakcja pyłu wcale nie odbywała się na powierzchni księżyca. Właściwie mieszanina ta, była całkiem prosta do wytworzenia, a uzyskiwało się ją poprzez połączenie sproszkowanego manatynu, siarki i srebra, oczywiście też w rozdrobnionej formie, w stosunku jeden do jednego. Pozostawiony na powietrzu, pod wpływem promieni słonecznych, z czasem traci swój metaliczny połysk, właśnie w wyniku reakcji srebra i siarki.

Pan wybaczy… Nie przyszliśmy tu, by rozmawiać o alchemii.

W końcu dotarliśmy na miejsce, gdzie panował największy tłok. Centrum placu, stanowiącego kluczowe miejsce dla lokalnego handlu, zdobił wysoki na mniej więcej pięć sążni posąg Świętego Arina – patrona egzorcystów, kapłanów i innych zakonnic. Obszerny skwer otaczały z każdej strony żółte, niebieskie, czerwone i zielone kamienice o fikuśnych kształtach, spadzistych dachach i ozdobnych loggiach. Mąż z kamienia został uwieczniony w trakcie przemierzania Rdzawego Zbocza w towarzystwie klaczy i siedmiu znaczniejsze mniejszych uczniów z marmuru, również obecnych, ale w mniej prominentnych częściach parceli . Podobiznę ucznia proroka Jeremiasza otaczały liczne żywopłoty, białe róże, dęby i wiśnie. Dzieci wieśniaków i lokalnej szlachty ganiały się beztrosko między pniami drzew. Rozległy pas zieleni zdobiły wiśniowe ławki, zajmowane chętnie przez spacerowiczów. Po zmroku, okolicę oświetlały lampy naftowe, rozmieszczone na stalowych stojakach, wkomponowanych w okoliczną architekturę.

– Ponoć każdy mężczyzna, który ucałuje swoją lubę pod pomnikiem, ma gwarantowaną miłość po sam grób – odezwał się Dexter.

– Ciekawe – stwierdziłem.

Zanotowałem w pamięci, żeby zabrać tam rudowłosą czarodziejkę.

Wokół figury zebrała się spora grupa ludzi, czekających na coś… albo na kogoś. Postanowiliśmy podejść bliżej i sprawdzić co takiego wzbudziło ich zainteresowanie.

– Co to za zbiegowisko? – zapytał mój wspólnik.

– Na mędrca czekamy – zachrypiał starszy pan z brodą. – A wy? Też do niego?

– Nie sądzę – zaprzeczył. – Szukamy kogoś. Larren. Tak ma na nazwisko. Może o nim słyszałeś? Facet zna się na koniach, może obstawia wyścigi u lokalnego bukmachera?

– Hansa szukają? Hansa Larrena? – zachrypiał. – Toż to nasz prorok jest!

– Widzieliście mędrca? – Do rozmowy dołączyły dwie zgrabne dziewki.

– Mędrca? – podjąłem. – A jakich to on nauk udziela?

– Za pięć srebrniczków z chęcią streszczę panu ostatni wykład Marcusa – wtrącił się mężczyzna o kruczych włosach, który postanowił wzbogacić gawędę swym ozorem.

Kobiety westchnęły na widok mięśni, jakimi dysponował przybysz z zaułka. Wieśniak wyglądał na kowala z fachu. Sadza na rękach, ubabrane na czarno rękawy koszuli i ponadprzeciętne mięśnie jasno sugerowały, że człowiek ten większość czasu spędzał w kuźni. Nieznajomy wysmarkał na chodnik gluta – czarnego od opiłków żelaza i drobin manatynu, po czym spojrzał na mnie jak nobil na byle wieśniaka.

– To jak będzie? Tylko prędko, nim się rozmyślę!

– W porządku. – Niechętnie rozstałem się ze srebrnikami.

Monety zabrzęczały w rękach osiłka, który zaraz schował zapłatę do kieszeni, wlazł na ławkę i upewniwszy się, że dwie kłosowłose młódki nadal wpatrywały się w niego jak w malowany obrazek, począł przemawiać doniosłym głosem.

– Zaprawdę, powiadam wam! Przepadł naród, który nie patrzebuje siły własnych rąk, lecz na przeklętej mocy pary polega i dzięki niej tylko, jest w stanie wybijać własne monety, formować stal czy uszyć kwieciste suknie dla pięknych panien – rzekł i uśmiechnął się szarmancko do dziewek, które na te słowa westchnęły raz jeszcze. – Nie tylko pracę, ale rozum i godność ludzką zabierze nam z piekła maszyna.

– Przemawia całkiem jak Hans. – Staruszek szturchnął mnie w bok.

– Maszyna zagłady, parą zasilana, śmierć przyniesie ludziom i zniszczenie. Gdy nadejdzie wojna, a Maurusowy ogień pochłonie ceglane huty i obróci w pył przemysłowe zagłębia, ludzie żreć będą korę z drzew i popijać ją wodą z kałuży. Nikt już, zaprawdę, nie wydoi krowy, nikt nie ubije świni ani kozy ani nie znajdzie jaj w kurniku, albowiem nadejdą czasy ogłupienia! Naród otępiony, działaniem pary wyręczony, wyginie! Wymrze do spodu, targany uprzednio głodem, mrozem siarczystym i strasznymi chorobami.

Wokół mówcy zaczęli zbierać się kolejni słuchacze – wieśniacy, pokaleczeni robotnicy, artyści pozbawieni twórczej weny i szlachcice, którzy resztki majątku przepili po karczmach lub przegrali po kasynach.

– To jednak nie wszystkie plagi, jakie przyniesie rewolucja! – kontynuował. – Na ulicach wkrótce zabraknie miejsc dla żebraków i ich rodzin. Gnić będą obdarci z godności nędznicy. Zgniją, umrą i w proch się obrócą przed drzwiami bogaczy, błagając ich nadaremno o kromkę suchego chleba. Karoce możnych stać będą godzinami, próbując bez powodzenia przebić się przez uciśnione masy. W końcu biednych i kalekich stanie się zbyt wiele. Palić ich będą w ogniu, a dalej zakopywać ich pod ziemią, razem z psami i kotami. Z masowych grobów wypełznie zjadliwa choroba, zejdą się wszystkich kręgów demony i wylęgną duchy tych, którym za życia odmawiano sprawiedliwości!

– Wieszczu! – westchnęła młoda słuchaczka, ubrana w jaskrawo czerwoną suknię, krótką spódnicę i kozaki z wysokimi nogawkami. – A jak się uchronić przed kataklizmem?

Mówca zeskoczył z ławki i objął nierządnicę w pasie.

– Najbezpieczniejsza będziesz pod pościelą, w moich włościach – rzekł, pociągnął ją za ramię i zniknął razem z kurwą pośród tłumu, albowiem w stronę zgromadzonego motłochu ruszyli miejscy gwardziści, uzbrojeni w bagnety i szable.

– Precz z maszyną! Precz z parą – ryczeli wieśniacy i szlachcice.

– A kto żyw, niech do walki staje! – zakrzyknął robotnik, z którego oczu błyskały świetliste iskry i patriotyczny ferwor. – Dość już wyzysku, dość podłego traktowania. Myśmy nie szczury! Nie będziem dłużej pracować, by przeżyć tylko i nic ponadto nie mieć. Kto żyw niech do boju staje. Kto żyw niech na bagnety idzie! – warknął jeszcze głośniej i uniósł do góry wyprostowaną pięść, w której powiewał kawałek czerwonej tkaniny, symbolu walki o wolność dla wszystkich nacji magów i robotników.

Okrzyk nieformalnego przywódcy poniósł się wzdłuż i wszerz skweru. Paru buntowników zawtórowało jak echo, wyrażając tym gotowość do walki. Królewscy żołnierze, niby szczury, wylgnęli z różnych stron i zakątków, dołączając chętnie i żwawo do strażników miejskich, stłoczonych wokół pomnika. Mimo sięgającego zenitu napięcia, żadna ze stron konfliktu nie rwała się do walki. Poza słownymi potyczkami i niespotykanym normalnie, ludzkim natłokiem rzecby można nawet, że na placu panował spokój. Wtem małe zawiniątko w kształcie cylindra, owinięte papierem i pasami ze skóry, potoczyło się po chodniku i zatrzymało się pod butem jednego z sołdatów. 

Na efekt prowokacji nie trzeba było czekać zbyt długo. Granat ręcznej roboty eksplodował z hukiem, wyrzucając przy okazji w powietrze gargantuiczne ilości dymu. Pośród koronnej watahy, jeden młodzian zlękniony o swoje życie, postanowił na niegroźny huk odpowiedzieć ogniem – sięgnął więc po bagnet, podniósł na wysokość oczu i oddał strzał, który zranił poważnie marmurowy posąg i siłą odrzutu, strzelca poliko obił. 

Na ten sygnał pozostali żołnierze, sądząc mylnie, że padł właściwy rozkaz, dołączyli do nieroztropnego towarzysza. Gromy z nieba posypały się, jeden po drugim, salwa pocisków poharatała Świętego Arina, zraniła poważnie kilku rebeliantów, a jeszcze paru na śmierć ubiła. Dzielni obrońcy statuy nie pozostali dłużni oprawcom i zaraz ruszyli na nich szturmem, klnąc przy tym Bogów, a zbrojnych wyzywając najlżej od synów czorta i psiej suki. Większość z nich całkiem na oślep machała orężem – kawałkiem kamienia, tłuczkiem do mięsa… a nawet widelcem, który z niewiadomej przyczyny znalazł się w rękach pewnego szlachcica. Nim popiół opadł na ziemię, padły jeszcze dwie salwy, co jedna to głośniejsza i bardziej zabójcza od poprzedniczki. Paru bitnych obrońców miejskiego spokoju padło pod naporem kamieni. Nawet włościan uzbrojony w zastawę zdał się na korzyść obrońców Arina, pozbawiając jednego z wojów lewego oka. Chodnik spłynął krwią. 

Dowódca straży odparł atak widłami, powalił bitnego grabaża i podduszając go kolanami, rozejrzał się jednocześnie po placu boju.

– Stać mówię! – wrzasnął. – Stać, kurwa! Wstrzymać ogień, wycofać… – Przerwał w pół słowa i padł na ziemię, ugodzony w szczękę kawałkiem marmuru. Wstał zaraz, splunął na bruk krwią i siekaczami. Wkurwił się niemało, bo dopiero co kły u dentysty zaleczył.

W samym epicentrum pogromu, nie sposób było odnaleźć starego wspólnika. Zresztą, w tamtej chwili nie myślałem o tym wcale. Miałem tylko nadzieję, że pan Watt nie oberwie przypadkiem kamieniem, albo że ja nie padnę zaraz pod kolejną salwą.

To drugie akurat mniej mi już groziło, bowiem przedstawiciele królewskiej watahy opuścili bagnety, schowali je za pas i dobyli szabel, by nadal siec efektywnie – tyle, że na mniejszy dystans. Świst metalu i błysk ostrzy sprawił, że żołądek podjechał mi pod gardło, a każdy z mięśni w moim ciele zapragnął bym opuścił kocioł, choćby za cenę bezpowrotnej przemiany w szlam i odwrót drogą kanalizacyjną. O tym jednak mogłem co najwyżej pomarzyć. Od tyłu przepychali mnie wieśniacy, zbiedziali szlachcice, zwykli pijacy i inni, spragnieni bitki awanturnicy. Z przodu zaś szli intelektualiści i idealiści – równie wkurwieni, ale głupsi nieco, więc niezbyt zalęknieni wizją kontaktu naostrzonej stali ze skórą. Ruch wewnątrz motłochu, na moje nieszczęście, odbywał się tylko w jednym kierunku, to znaczy w stronę strażników miejskich i towarzyszących im żołdaków królowej.

Pośród zwykłych robotników znalazło się też kilku czarodziejów, którzy przekonani o swojej nietykalności i przewadze nad przeciwnikiem, postanowili dać upust tłumionemu przez długi czas żarowi. Jeden z takich wyszedł przed szereg, chwycił jednego trepa za gardziel i wciągnął go na stronę nieprzyjaciela, a kiedy już tam się znalazł, wsadził mu brudne paluchy do oczu i siłą umysłu podpalił swoją dłoń, aż po nadgarstek. Żołnierz zaryczał wściekle z bólu, upuścił szablę i padł po chwili na ziemię, oślepiony całkiem i oszołomiony z przerażenia. Parę metrów dalej, inny płomień nie miał wizji na tak wyszukane sztuczki i po prostu ciskał na oślep we wrogów strumieniami iskier – z niemałym zresztą powodzeniem. W tłumie znalazł się pewien chłop, który dobył bagnetu i zechciał z niego strzelić. Kiedy pociągnął za spust, zorientował się, że brak prochu wewnątrz lufy pokrzyżował jego pierwotne plany. Nie zraził się tym wcale, tylko chwycił broń oburącz i czyniąc z niej prosty kij, jeszcze dwóch żołdaków powalił. Poddał się dopiero za trzecim uderzeniem, kiedy strzelba pękła na pół z trzaskiem, dzieląc się na dwie, całkiem bezużyteczne części. Kątem oka spostrzegłem na młodą, jasnowłosą rewolucjonistkę, która cięta po piersi szablą, zrobiła ostatni półobrót, wyciągnęła przed siebie dłoń, resztkami sił układając palce w znak magiczny i padła pod nogi widelcodzierżcy. 

– Fofnąś się fo kurfy nęsy! – wrzasnął kapitan, który może i stracił kilka zębów ale na pewno nie oddał w bitwie trzeźwego rozsądku i woli przetrwania.

– Dowódco! – wrzasnął podchorąży. – Tłuką naszych bezlitośnie.

– Fo się kurfa nie fofacie, defile!

– Wycofać się! Rozkaz kapitana!

Przestąpiłem o krok do przodu i wtem ciarki przeszły mnie po plecach.

– Fy! – Generał spojrzał na mnie. – Snofu fy! Frać ho, mófię!

Dwaj żołnierze pochwycili mnie za barki i przeciągnęli na stronę wroga. Jeden podłożył mi nogę, żebym mniej wierzgał, a kiedy już leżałem na chodniku, drugi na uspokojenie przypieprzył mi w potylicę żelaznym podłokietnikiem. Obraz, co go miałem przed oczami, podszedł najpierw mgłą, a potem czernią. Film urwał mi się kilka razy. Pamiętam, jak przez chwilę zalegałem półprzytomny na bruku, wpatrując się przy tym w oczy złotowłosej rebeliantki. Później nieco, dwaj pomagierzy generała chwycili mnie za ramiona i zaciągnęli w wąską uliczkę, która rozciągała się między dwoma kamienicami. Na ten widok pewna kobieta wybiegła szybko za drzwi, ściągnęła w pośpiechu pranie, rozwieszone na kilku sznurkach i czmychnęła z powrotem do środka. Pijaczek, przesiadujący w rogu wstał nagle i ruszył żywo w przeciwnym kierunku.

– Fy fo fyfa lubif fasem fostaś, fierfol, fo? – odezwał się żołnierz.

– Co znowu… Co tym razem zrobiłem? – wydusiłem z niemałym trudem.

– Nif fyfa, ale fierdol i fak fosfanies, fo mi kfóf foda.

Dwaj żołnierze podnieśli mnie za fraki i przycisnęli do śmierdzącej, wilgotnej ściany. Trzeci jął szykować pięści do bicia. Kapitan tymczasem klapnął na murku, wyciągnął manierkę, co ją trzymał przy pasie i dla uśmierzenia bólu, upił łapczywie kilka łyków wina.

Nagle zza moich pleców dobiegło pstryknięcie. Powietrze wokół zgęstniało w jednej chwili i zrobiło się chłodne. Nalewka z winogron, zamiast do gardzieli trafić, ulała się kapitanowi po brodzie, ciurkiem spłynęła po szyi i zaczęła wsiąkać powoli w jego koszulę, tworząc na niej coraz większą plamę. Sołdat, który tuż obok rozgrzewał ręce przed mordobiciem, stężał z wyraźnym grymasem na twarzy, a jego towarzysz zamarł w bezruchu, podczas jakże intensywnej próby wygrzebania kozy z nosa. Powoli wyślizgnąłem się z objęć żołnierza, podszedłem do niewysokiego dowódcy i dotknąłem go w nos. Bez rezultatu.

– Wyborne przedstawienie! – Nieznajomy zaklaskał i zbliżył się w moim kierunku. – Zaprawdę, do igrzysk oglądania, zabrakło tylko chleba… – dodał, mijając mnie żywym krokiem i zabrał osłupiałemu wodzowi manierkę z napitkiem.

Tajemniczy czarodziej miał gęste, czarne na jak bezgwiezdna noc i wyraźnie kręcące się włosy. Ponadto usta jego zdobił długi wąs o delikatnie podkręconych końcówkach. Mężczyzna nosił czarną koszulę z guzikami, przykrytą niemal w całości ciemnobrązowym płaszczem, sięgającym łydek i biały pas, z wężowej skóry. Kibić opinał jego ciasne spodnie, w kolorze tuniki. Z przedniej kieszeni raglana wystawały pozłacany zegarek z ozdobnym łańcuchem i śnieżnobiała chusta, złożona w niemal idealny trójkąt. Mag zdjął z głowy bordowy kapelusz z rondem i wykonał przede mną teatralny ukłon.

– Ktoś Ty? – zapytałem, unosząc brwi w wyrazie zdumienia. Jednocześnie bardzo powoli sięgnąłem ręką za surdut z wilczego futra, gdzie zwykłem trzymać mały, choć bardzo poręczny kozik. Idealny przeciwko drobnej zwierzynie, komunistom i czarownikom

– Godfryd Horloger. Zegarmistrz.

– Czego ode mnie chcesz?

– Po co ten pośpiech? Uratowałem ci życie, albo przynajmniej zad. Nie wypadałoby najpierw coś powiedzieć? Na przykład jakieś skromne “dziękuję”?

– Dziękuję ci zacny panie – wydukałem. – Możemy już przejść do rzeczy?

– Teraz tak – rzekł, wypił łyk z buteleczki i rzucił ją za siebie. – Przybywam w sprawie, a właściwie w imieniu jednego z moim klientów. Ponoć szukacie go ze wspólnikiem, z niemałą namiętnością, co zresztą widać. 

– Rozumiem, że chodzi o Larrena…

– W rzeczy samej. Przestał wysyłać kruki w rodzinne strony. Nie zachodzi do domu swojej matuli. Jak tak dalej pójdzie to zamiast na naprawę zegarów, biedna rodzicielka, wyda ostatnie pieniądze na poszukiwania syna. Trzeba, powiadam, przerwać ten krąg cierpienia!

– Rozumiem, że mam pomóc? – westchnąłem.

– Lepiej bym tego nie ujął. – Zegarmistrz rozłożył dłonie. – Żaden z tych matołów na rynku nie powie wam, gdzie szukać jaśnie pana. Ja natomiast, zaprowadzę was pod same drzwi Larrenowego dworku. Wiem gdzie to jest. Szlachcianka podarowała mi mapę.

– Ile chcesz za tą informację? – zapytałem i sięgnąłem do sakwy.

– Ronald… Zamiast wciskać mi do ręki srebrniki, opowiedz lepiej, co wiesz o zegarach. A tak nawiasem mówiąc – dodał, wyciągnął z kieszeni mój scyzoryk i rzucił w moim kierunku. Bez problemu złapałem lecący przedmiot w dłoń. – Żeby mnie zabić, potrzeba czegoś więcej niż trochę błyszczącego żelastwa.

– Jak ty to… – zdziwiłem się.

– Znam jeszcze parę podobnych sztuczek – przerwał mi. – Może opowiem Ci, kiedy nadejdzie właściwy czas. A teraz, w drogę! ci trzej palanci nie będą stać tutaj w nieskończoność – dodał i chrząknął głośno, kiedy ruszyłem przed siebie. – Nie w tą stronę, Ronald. Chyba, że naprawdę bardzo pragniesz dostać po mordzie to śmiało, wróć na rynek.

– Aż tak bardzo to nie – burknąłem i odwróciłem się na pięcie.

Poszliśmy we dwójkę wzdłuż krętej alejki. Pan Watt – co zresztą typowe dla niego, czekał na nas przed drzwiami najbliższego sklepu kolonialnego, czyli miejsca, gdzie można nabyć figi, daktyle, kawę i inne łakocie, które w przeciwieństwie do tytoniu, starego detektywa obchodziły tyle, co zeszłoroczny, żółty śnieg.

Tymczasem na rynku wojacy kończyli aresztować uczestników protestu. Na miejsce zbiegli się pielęgniarze z pobliskiego szpitala, zabierający na nosze tych, co jeszcze dychali i grabarze z sąsiedniego cmentarza – gotowi otoczyć opieką takich, którzy mieli nieco mniej szczęścia. Chmura popiołu całkiem już opadła na bruk. Kto miał sprawne dłonie, brał do ręki wiadro, napełniał wodą w pobliskiej studzience i wylewał na chodnik. Krew spływała powoli w kierunku kanalizacji. Na powierzchni jednej z wielu kałuż unosiła się czerwona opaska. Pofarbowany kawałek lnu bezpowrotnie, za każdym chluśnięciem wody zbliżał się tam, dokąd spływały dusze wszystkich pobitych rewolucjonistów.

Drobny, pomięty fragment papieru wypadł z otwartej dłoni złotowłosej kobiety. Na kartce napiasła list do swojego brata, zamieszkującego północne królestwa. Chciała ostrzec go przed epidemią i upewnić się, że jej ukochany należycie używa mydła, oraz, że nie stroni od warzyw i ciepłego napitku. Zapytać czy ma w domu słój miodu i białego pieprzu. Pragnęła ostrzec przed chorobą, zachęcić by zawczasu wrócił do niej. Bała się, że przyjdzie dzień, kiedy zabierze go zaraza. Jego, albo ją. O tym też pisała w liście.

Liście, który tego akurat dnia postanowiła zanieść na pocztę.

Grabarz wcisnął przemoczoną kartkę do kieszeni i zdjął rewolucjonistce skórzane buty. Przypiął je u boku, tam gdzie trzy pary innych kozaków ze skóry. Wziął ją na ramiona, podszedł do powozu i wrzucił tam, gdzie pięć innych ciał. Kolejne chluśnięcie wody z wiadra przybliżyło czerwoną opaskę tam, gdzie spływały dusze rewolucjonistów.

Detektyw napchał tytoniu do fajki, zapalił i zaciągnął się leczniczym dymem.

– Kto to? – Jego głos wyrwał mnie z głębokiego zamyślenia.

– Godfryd Horloger, do usług – odparł i pokłonił się przed panem Wattem.

– Ponoć zna drogę do Larrenowego dworku – dodałem.

– Czego chcesz w zamian? – zapytał, poprawiając od niechcenia rękawy kraciastej koszuli, które w nieestetyczny sposób wysunęły się zza płaszcza.

– Tylko odrobiny waszego czasu. – Horloger uśmiechnął się koślawo.

– Mhm. Już ci wierzę. Po drodze uśpisz naszą czujność gawędą, a kiedy już otumanieni będziemy, wyssiesz nasze dusze i sprzedasz na bazarku, za ryneczkiem.

– Tak właśnie zrobię, z pewnością – zadrwił mężczyzna o bladej cerze.

– Ruszajmy zatem – mruknął detektyw.

Zaprawdę powiadam, nie dało się wymarzyć lepszej pogody do konnej przejażdżki. Słońce grzało nas po plecach. Podmuchy wiatru z południa przyjemnie chłodziły twarz Nawet Bursztynka raz na jakiś czas prychnęła z entuzjazmem. Podzielała moje zdanie.

Dexter ponoć przejechał na jej grzbiecie całe Psie Stepy – krainę tak wielką, że sięgającą od najbardziej wysuniętych na południe granic Khadegaardu, przez Almar, gdzie wielki mur stoi, Baikel, Himlari, Lyrię, aż do północnego skrawka Melve sięgając. By przejechać taką rozpiętość terenu, należałoby co najmniej dwa miesiące galopować bez wytchnienia – i to tylko przy założeniu, że po drodze albo pan, albo koń z wyczerpania nie padnie. Dlatego właśnie nie chciało mi się wierzyć w jego słowa – szczególnie, że wspominał o tej ciekawostce jedynie gdy już popił i zaczynał pleść, co mu ślina na język przyniosła.

Tako więc we trójkę ruszyliśmy przez bagna i podmokły las, które dzieliły Olmar od Harpagonowych włości – ja i Dexter na grzbiecie Bursztynki, a zegarmistrz na plecach czarnego konia w białe łaty. Przy jasnoszarym siodle z cerowanej skóry trzymał nasz nowy znajomy sporej wielkości sakwę, na papirusowe rulony, związane końskim włosiem. Po drodze słuchaliśmy Godfrydowych opowieści o zegarach i o tym, jakie są ich rodzaje. Waćpan zaczął opowiadać o Haimackich fabrykach, gdzie powstawały najnowsze, technologiczne cudeńka, zasilane sprężynami. Później pokazał nam swój zegarek – ten, który trzymał w kieszeni i zaczął rozwodzić się nad jego historią. Później zaczęliśmy dyskutować o zegarach wieżowych. Dexter upierał się, że najwyższy stoi w Peyper, na co nasz wyedukowany rozmówca zaśmiał się tylko i odparł, że widział w życiu dwa większe. 

Czas w towarzystwie zegarmistrza mijał niesłychanie szybko.

Niepokojąco szybko wręcz…

W końcu naszym zza drzew wyłoniły się pierwsze, drewniane chaty. Domostwa rozciągały się w niedbałym szeregu, wzdłuż tylko jednej strony traktu. Przeciwległą część osady zajmowało pole martwych, spalonych na węgiel krzaków – zapewne tych winorośli, których staremu Larrenowi aż tak było żal. Z oddali wyzierała dębowa altana niegdyś przyciągająca oko, zdobiona elementami z wiśniowych desek – obecnie spalona doszczętnie. Nawet sosnowy dach budki załamał się pod własnym ciężarem, zapewne na widok pogorzeliska. Pewien kruk, samotnik przeleciał nad naszymi głowami i spoczął po chwili na gałęzi przypalonego modrzewia. Drapieżnik zakrakał dwa razy i zerknął w naszą stronę.

Przed nami przebiegła grupka małych dzieci, ubranych w podarte łachy. Każde z nich trzymało pod pachą wiklinowy koszyk i miało na głowie szarą chustę, dającą spokój przed popołudniowymi promieniami słońca.  Spojrzałem na ich twarze – blade i prześwitujące, na ich małe rączki, pokryte sadzą, na osmolone ubrania i puste koszyki. W sumie po polanie biegały na oko dwa tuziny duchów.

– Witamy w Larrenowej osadzie – mruknął Godfryd i spojrzał przed siebie.

Zza wyraźnie podniszczonego, kamiennego muru wyzierał szlachecki dworek niedoszłego, winnego hegemona. Domostwo państwa Larrenów miało w sumie dwa piętra. Na parter składały się szare ściany, pokryte od zewnątrz ozdobnym, szorstkim gipsem a przestrzeń powyżej zdobiły deski, pomalowane niegdyś zielonkawą farbą. Promienie słońca, dobiegające zza chmur, odbijały się od szerokich okien, zdobiących elegancką konstrukcję. Sponad spadzistego, obłożonego czarnymi płytkami dachu, wystawał kamienny komin. Nie mogło też zabraknąć marmurowych balkonów. Na podwórzu rosły pojedyncze drzewa. Na największym dębie, na gałęzi kołysała się niewielka huśtawka. Przewodnik przeprowadził nas przez niewielką bramę, zwieńczoną kamiennym łukiem. O zielone drzwi, pachnące jeszcze malowaniem, opierała się szlachcianka, pochłonięta bez reszty śpiewem i struganiem drewnianego żołnierzyka. Kobieta miała śniadą cerę i długie, szare włosy, a nosiła się w prostej, niebieskiej sukni i skórzanych butach na podeszwie. Na nasz widok niechętnie przestała poruszać ustami w rytm melodii i podniosła głowę tak, że mogłem z bliska przyjrzeć się jej szmaragdowym oczom.

– Witaj, Katarzyno – rzekł Godfryd i zeskoczył z konia. – Jak tam figurki?

– Jak widać – mruknęła, kopiąc butem pełne pudło.

– Mówiłem, żebyś rozbiła stragan na rynku. Tędy nikt nie przejeżdża.

– Sama mam jechać do miasta? A zgwałcą mnie, okradną i tyle będzie.

– Przyprowadziłem gości – sprzedawca mierników czasu zmienił temat.

– Tak? – Kobieta spojrzała w naszym kierunku i zdziwiła się niemało. – Panowie do mnie? Przyszliście kupić zabawkę dla dziecka? Jeśli tak, to świetnie się składa – dodała i żywo poderwała się na nogi. – Jako, że jesteście dzisiaj moimi pierwszymi klientami, mam dla was ofertę… Taką, nie do odrzucenia. Trzy zabawki w cenie dwóch. Co wy na to?

– Myśmy bezdzietni – odparłem. – I nie w tej sprawie. Szukamy Hansa Larrena.

– Mojego syna…? – Jej twarz przybrała pochmurny wyraz. – Dlaczego go szukacie?

– Mamy zlecenie odnaleźć pewnego człowieka, z którym Hans pił regularnie w karczmie w Eshmel – wyjaśniłem w skrócie.

– To ja może was zostawię – rzekł zegarmistrz. – Robota sama się nie zrobi.

Zapadła nieprzyjemna cisza. Kobieta otarła oczy i ruszyła w kierunku bramy.

– Chodźcie – powiedziała ze spokojem. – Pokażę wam coś.

Przywiązaliśmy konie do płota i zaraz po tym ruszyliśmy za gospodynią. Szlachcianka zaczęła prowadzić nas wzdłuż drogi, gdzie ciągnęły się pola spalonych winorośli i biegały prześwitujące dzieci.

– Dokąd idziemy? – zapytał Dexter, mniej więcej w połowie drogi.

– Do szopy Hansa. Tam spoczywają przeklęte drzwi.

– Przeklęte drzwi? – powtórzył detektyw. – A kto je przeklął?

– Cierpliwości… – westchnęła. – Zaraz się dowiecie.

– A dzieci? – wtrąciłem się. – Dlaczego przemieniły się w duchy?

– To nudna historia. Długa i nudna. Nie wiem czy chcecie…

– Lepsza najnudniejsza historia niż spacer w milczeniu.

– Jak tam chcecie – odparła. – Mąż zaczął tracić zmysły, kiedy spalili mu winne grządki. Pił na umór, a jak już się schlał, to snuł teorie o tym, kto mógł wyrządzić tak wielkie zło. Myślałam, że skończy się tylko na tym, więc przytakiwałam mu z uprzejmości, kiedy winą obarczał coraz to kolejne osoby. Pewnego dnia ubzdurał sobie, że za podpaleniem stoi któreś z dzieci. Pojęcia nie miał które, więc by sprawiedliwości stało się zadość, postanowił ukarać wszystkie. Pewnego wieczora pojechał więc do Olmar, oczywiście w sztorc upity i tam zagadał do jakiś rozbójników. Zlecił im spalić kilka chałup, co by się wieśniaki wystraszyli i ze strachu zmusili dzieciory do gadania. Miało być spokojnie, bez rozlewu krwi.

– Ale…? – wtrącił się pan Watt.

– Mężu się nie spodziewał, że chłopy pochwycą widły i stawią opór bandytom. Oprychy, których mój luby najął, się wtenczas okazało, że ogniem władali. Jadka się zrobiła jak nie wiem. Wszystko magowie popalili, dzieci nasze, co do jednego do niebios powysyłali, a na koniec starego obrobili z resztek złota, co nam zostało po tym, jak część szkła do warzenia naparu sprzedał. Witek, zostaw! – krzyknęła i spojrzała karcącym wzrokiem na ducha. – To, że masz mniej w koszyku, nie znaczy, że możesz kraść od innych. No! Jesteśmy na miejscu. Nawet amonity pozdejmowali… Przeklęte drzwi. Wchodźcie, śmiało. Tylko na pająki uważajcie. Ponoć w tych rejonach bywają jadowite okazy.

– Będziemy ostrożni – zapewnił detektyw.

Popchnąłem skrzypiące drzwi i weszliśmy do środka. Wewnątrz izby panował półmrok. Promienie światła, wdzierające się do środka przez drobne otwory w ścianach i niedomknięte podwoje, rozpraszały się pośród drobin pyłu, tworząc jasne łuny. Dębowe meble pokrywała gruba warstwa kurzu. Między drewnianymi chwytakami, rozwieszonymi na ścianach, zwisały liczne pajęczyny. Za stołem, zawalony kolbami i moździerzami, leżało szare płótno. Zakurzony materiał przykrywał coś dużego i kanciastego.

– Wszystko miał odmierzone co do milimetra i zważone do uncji. Każdy jeden proces, jaki zachodził wewnątrz tej aparatury, mierzył z zegarkiem w ręku. Pewnie dlatego tak paskudne wino pędził. – powiedziała, biorąc do ręki jedną z probówek. – Nie potrafił zrozumieć, że do tego potrzeba czegoś… niemierzalnego.

– Miłości – dokończyłem za nią.

– Właśnie. Przeklęte drzwi stoją pod płótnem.

Dexter kiwnął głową w moim kierunku. Chwyciłem prześcieradło za rogi i zamachnąłem się całym ciałem. Lniane przykrycie zatańczyło w powietrzu, pofalowało gwałtownie i pofrunęło na ziemię. Kiedy kurz opadł na parkiet, naszym oczom ukazały się lśniące drzwi z żelaza, wysokie na półtora sążnia i szerokie na niemal połowę wysokości. Wrota posiadały kłódkę i mechanizm z pokrętłem, przewiercony na wylot – tak, że do dziury zmieściłyby się dwa palce. Obok stała beczka, przykryta wiekiem. Na podłodze połyskiwała przyschnięta, czarna kałuża. Pochyliłem się nad znaleziskiem, nabrałem trochę oleistego płynu na palce, roztarłem i zbliżyłem do nosa. Ciecz miała charakterystyczny zapach.

Zapach prochu i ognia – przemysłu i rozwoju cywilizacyjnego.

– Ropa – stwierdziłem, zerkając na wspólnika.

– Skąd Hans miał te drzwi? – zapytał detektyw, patrząc na niewiastę.

– Bo ja wiem? Szopa stała pusta. Stała, stała, aż tu nagle hyc! Pojawiło się i już.

– A dziura? Też zrobiła hyc?

– Nie. Kilka tygodni temu syn sprowadził tu trzech takich chłopów. Mężu stał przed drzwiami, co bym się nie zbliżała i nie przeszkadzała. Tylko, że ja uparta jestem, po matce to i tak podeszłam ale od tyłu. Przez dziurę w ścianie patrzyłam. Stali tam we trójkę. Jeden z nich trzaskał iskrami z palców. W pewnej chwili zrobił taki ogień, że jak przyłożył palucha do przeklętych drzwi, to żelazo zaczęło kapać na podłogę. Piekielne podwoje syczały, skwierczały i bulgotały tak, jakby wszystkie kręgi piekła zeszły się pod naszym dworkiem. Z dziurki z czasem zrobiła się dziura. Ten drugi stał obok i mierzył czas zegarem, a mój synalek patrzył na to wszystko i popijał wino z butelki. Chociaż nie, w zasadzie to popijali wszyscy…

– Czy Hans mówił po co mu te drzwi?

– Nic na ich temat się nie zająknął.

– Pani nie dopytywała?

– Harpagon zabronił. Ostatniego dnia, przed zaginięciem Hansa, dziwnie się zachowywał, mój luby. Dziwnie… – powtórzyła. – To znaczy normalnie. Ani raz ręki nie podniósł. Szeptał miłe słówka do ucha, a wieczorem kazał wieśniakom ubić dzika. W całości go wziął i oporządził nad ogniskiem. Wieczorem jak siedliśmy do jedzenia, to myślałam, że stół się połamie, tyle było na nim jadła. Przy jedzeniu coś tam zaczął przebąkiwać, żebym nie martwiła się o pieniądze, że już niebawem będziemy mieli na nowe winorośla, a nawet na altankę. Ucieszyłam się ale i na raz czułam, że będą z tego problemy – westchnęła. – No i miałam rację. Ja zawsze mam rację. 

– Chyba mieliśmy okazję się przeciąć. – wyznałem.

– No i co u niego? – odparła z entuzjazmem. – Mówcie zaraz!

– No, nie wiem… – chrząknąłem.

– Prawie stajnię spalił – podjął pan Watt. – Mówił różne rzeczy. O zdradę oskarżał. Zdradę z komornikiem – dodał nie od razu.

– Mówiłam, że odjęło mu zmysły. To nie był komornik, tylko handlarz z Zachodnich Hrabstw. Ale jaki… – westchnęła. – Chciał mnie zabrać ze sobą, ale nie… Nie mogłam iść. Kto by się wtedy duchami zajmował? Mały Jasio jak się dowiedział, że ręce mu prześwitują, płakał przez dwa tygodnie. Co ja gadam, w zasadzie darł się, a nie płakał. To wszystko? Bo jeśli tak, to rada będę pójść już, zobaczyć co tam u moich zjaw słychać. 

– Tak. Poradzimy sobie… i dziękujemy za gościnę.

– Niepotrzebnie. Chlebem i solą was nie ugoszczę, bo mnie samej się nie przelewa, ale jak chcecie to wam podarek zostawię przed drzwiami. Częstujcie się do woli – rzekła i wyszła pospiesznie na pole. Odprowadziłem ją wzrokiem tak daleko, jak tylko mogłem.

– Przypomni mi pan, co ostatnio czytał w gazecie? – odezwałem się po chwili.

– Nie czas dywagować o wieszaniu hrabiego – odparł detektyw.

– Ja nie o tym, tylko o drugim nagłówku.

– O napadzie na bank? – zapytał i spojrzał zamyślony na drzwi.

– Ropę można wykorzystać, celem zmylenia psów tropiących. Hans zamówił drzwi, żeby ustalić ile czasu będą potrzebowali na sforsowanie skarbca. Ukradli ze stajni najszybszego konia, żeby ulotnić się z miejsca i uciec od pościgu – powiedziałem.

– W takim razie wracamy do Nadar.

– Najpierw wracamy po czarodziejkę.

– Racja. Bym był prawie zapomniał. – Dexter westchnął, założył płaszcz i wyszedł z chałupy. – Pospiesz się, to może jeszcze dostaniemy ją żywą.

Wróciliśmy pod drzwi domostwa, gdzie czekał na nas rzeczony prezent od gospodyni. Butelka wykonana była z hartowanego, czarnego szkła o szerokiej podstawie i długiej szyjce. Skusiłem na łyk owego napoju, żeby wiedzieć o co tyle zamieszania.

Posmak rozpaczy, nędzy i siarki towarzyszyły mi już do końca dnia.

Na drodze  do karczmy minęliśmy posterunek straży miejskiej, który składał się z dwóch części – strzelistej, kwadratowej wieży oraz podłużnej izby, zwieńczonej płaskim dachem. Główna część budynku służyła oficjelom, baszta zaś stanowiła tymczasowy areszt dla więźniów, jak wywnioskowałem po obecności krat i dobiegających z wnętrza głosach

Wejścia i okien na parterze pilnowało w sumie czterech strażników. Trzech z nich drzemało w najlepsze. Tylko jeden stał bacznie przy wrotach. Celestia wyciągnęła rękę przez kraty i zaczęła do nas machać. Dexter odmachał, rzucił jeden ze swoich koślawych uśmieszków i pociągnął mnie za rękę, dając do zrozumienia, że pora oddalić się pospiesznie.

– To samobójstwo – warknął, kiedy odeszliśmy kawałek dalej. – Jak się nie uda, nie puszczę Cię na urlop, łajzo. Premii też nie dostaniesz.

Postanowiliśmy omówić szczegóły planu nad kuflem schłodzonego piwa. 

Ponoć przy tego typu trunkach rodzą się najlepsze pomysły. Dla przykładu, zanim władcy Zachodnich Królestw zawiązali sojusz, celem budowy i patrolu muru na granicy Almaru i Khadegaardu, spotkali się w Jalve. Zapyta pan, cóż oni tam robi? Ganiali dziewki po komnatach, opychali się serami i mięsiwem… Głównie jednak pili. Ponoć tak przez dwie doby hulali, że trzeciego dnia nastąpił dyplomatyczny kryzys. Przez kilka godzin monarchowie na próżno szukali kobiet, których nie bolałaby głowa, a co gorsza – wyczerpały się zapasy wódki i zakąski. Na szczęście hrabiowie, wierni naszemu ówczesnemu władcy dowieźli na czas brakującego trunku, a nawet odwiedzili zamtuz. No i co? No i mur stoi.

Wewnątrz karczmy panował zaduch. Wysoka wilgotność, smród i gorąc sprzyjały ogarniającej gości atmosferze zadumy nad sensem własnego jestestwa. Wieśniacy rozmawiali ze sobą po cichu, a ich głosy mieszały się w jeden, niezrozumiały bełkot. Na stołach, zdobionych obrusami paliły się świeczki i kadzidła. Za ladą wisiało kilka kamiennych masek, przypominających zwierzęce paszcze. Woń pieczonych buraków mieszała się ze smrodem potu, wymiocin i rozwodnionego browaru. Poza piwem, ponoć to właśnie buraczany chłodnik cieszył się w owym lokalu największym powodzeniem.

Zajęliśmy miejsce w rogu przy ostatnim pustym stole. Prawie bym zapomniał wspomnieć, że przedtem również zaopatrzyliśmy się w michę gęstej, różowiutkiej zupy. No i do tego oczywiście dwa kufle ciemnego piwa.

– Widział pan ścianę wieży? – zapytałem, nie kryjąc podekscytowania.

– Ano, widziałem – odparł, a w zasadzie westchnął pan Watt.

– Wystarczy mocniej szarpnąć i krata zostanie w dłoni.

– To który szarpie? – zapytał, zamieszał gęsty, buraczano ziemniaczany wywar, wyłowił zeń połówkę ugotowanego jajka i pożarł w całości. – Ja mam delikatne ręce, a nie mogę chodzić w bandażach. Ktoś musi być wizytówką firmy, a ty jesteś analfabetą.

– Dziękuję – odparłem i skosztowałem naprawdę zacnego wywaru.

– To nie był komplement.

– Aha. Nowe słowo.

– Ręce krata się nie podda. Inaczej jużby wszyscy uciekli.

– Racja – zgodziłem się. – Jakbyśmy mieli woła, albo ogiera…

– Takiego jak ten z Larrenowej stajni – stwierdził i upił łyk z kufla.

– I linę. Tylko taką mocną – dodałem.

– A co ze strażnikami? Teraz śpią ale za godzinę albo dwie pod posterunkiem zrobi się tłoczno. Zaraz nas otoczą i tyle będzie. Czarodziejka nawet nie zdąży wsiąść na konia. Ją zamkną na nowo w celi, a nam wsadzą dzidy w dupy.

– Proszę się nie martwić na zapas – zapewniłem go i wyciągnąłem z zupy swoją połówkę jajka. – Ja już doskonale wiem, co zrobimy. Pójdzie jak po maśle.

Nosił pan kiedyś Tytanową zbroję? Sam napierśnik takiego, większy niż pierś niejednego męża i głowa razem wzięte. Dźwigać taki rynsztunek to raczej nic przyjemnego. Po pierwsze, żelazne cholerstwo grzeje się jak diabli. Takiemu, co stoi przed bramą na pełnym słońcu, zaraz pot zaczyna lać się z pleców i ściekać po dupie aż po łydki i stopy bo nie ma dokąd ulecieć. Dlatego wartownicy przed komisariatem musieli cykliczne zmieniać pozycje. Paru w cieniu, paru w słońcu… Tak na zmianę. Waga też robiła swoje. Po całych ośmiu godzinach stania, pięty bolały tak jakby sam Ignis wbijał w nie rozgrzane kołki. Najgorszym jednak utrapieniem dla osoby, noszącej taki strój było swędzenie. Tak przynajmniej wnioskowałem po skwaszonej minie jednego z Tytanów, który przeskakiwał nerwowo z nogi na nogę i nagłos żalił się koledze jak to strasznie świerzbiły go jaja.

Nagle z wąskiej uliczki nie wydobył się kobiecy krzyk. Wojacy spojrzeli po sobie. Na ich nieszczęście w pobliżu nie znaleźli nikogo, komu mogliby zlecić sprawdzenie zaułka. Ruszyli więc w czwórkę za tytanowym żołnierzem. Tak się darła dziewojka, aż jeden szczur uciekł kotu z pyska i pobiegł przed siebie, byle dalej od źródła jazgotu. Miał jednak niefart gryzoń, bo zakręcił się akurat obok żelaznego buciszcza. Tytan na widok tłustego zwierza uśmiechnął się paskudnie, przydepnął go, rozpłaszczył i rozsmarował po bruku.

W końcu kompanija dotarła na miejsce, skąd dobiegał hałas.

Wszystko zgodnie z naszym planem.

– Co tu się, na wszystkich kochanków Świętej Eliny, odpierdala?! – warknął sołdat i chwycił żelazną rękawicą bark dziewki, która wrzeszczała do mchu, porastającego ścianę.

– Tragedia, mości sierżancie – westchnęła i teatralnie dotknęła czoła przedramieniem.

– To trzeba zaraz tak mordę piłować?

– Trzeba, sierżancie – załkała. – Bo ja zostałam okradziona.

– To na posterunek pójdzie. Wie gdzie to?

– Nie ma na to czasu! – westchnęła.

– Bogowie… A co zginęło, jeśli łaska wiedzieć?

– Dwa skórzane pantofelki, sierżancie.

Tytan spojrzał na resztę wojów. Po chwili wszyscy wybuchnęli śmiechem.

– Tobie? Pantofelki? Powiedz ty lepiej, wieśniaczko, komuś je ukradła?

Dexter zatrzymał ogiera przed kamienną ścianą. Zeskoczyłem z konia i chwyciłem linę. Podbiegłem do kraty i zacząłem wiązać supeł. Dexter zerkał nerwowo w kierunku uliczki. Celestia trajkotała nad uchem o rodzajach węzłów i sposobach ich wiązania. Jej gawęda wcale mi nie pomagała, co – przy trzeciej, nieudanej próbie zawiązania pętli, pozwoliłem wyrazić sobie w wulgarny sposób. Szybko pożałowałem tego, bo przecież nie wypadało rzucać mięsem w towarzystwie kobiety, a już w szczególnie nie w obecności takiej damy. Kiedy pozostali więźniowie zorientowali się właśnie, co się święciło, doskoczyli zaraz do krat i jęli trząść nimi jak opętani. Powiem panu, dawno mi tak ręce nie drżały z nerwów, jak wtedy. Sznur ze trzy razy wypadł mi z dłoni mimo, że miał z cztery centymetry w obwodzie. W końcu związałem ten cholerny supeł. Pociągnąłem dwa razy dla pewności i dałem znak wspólnikowi. Watt trzasnął ogiera lejcami. Wierzchowiec prychnął głośno i zerwał się do szaleńczego galopu. Rozpędzony koń stratował wóz handlarza, co ciągnął pod górę południowe owoce i zmusił do rychłej ucieczk kilku wieśniaków. Zapatrzyłem się na rozwijający się sznur. Popadłem w zamyślenie. Nie zauważyłem nawet, że moja noga zaplątała się w powrozy.

Nagle jak mną szarpnęło, przeleciałem chyba z dwie sążnie nad ziemią. Zaryłem plecami w bruk, usłyszałem głuchy huk i rozdzierający uszy trzask… Później nic już nie słyszałem. Pociemniało mi przed oczami. Poczułem w ustach metaliczny posmak.

A dalej to już nic nie pamiętam, bo straciłem przytomność. 

Piotr Siudeja

1
0

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *