
.
Powieść w odcinkach Piotra Siudeja – Książę ognia
Rozdział 1 “Bękarty Ognia”
.
Co pan wie o magii? Tylko proszę się nie obrażać o takie pytanie. Chciałbym mieć pewność, że kluczowe pojęcia i terminy, dotyczące świata rozumieć będziemy w ten sam sposób. Tak na wszelki wypadek, żeby uniknąć nieporozumień. Zatem…? Proszę głośniej. Co takiego? A w życiu! Czarni i biali to są ludzie. Nie ma tak, że magia jest dobra albo zła. Ona jest jak nóż. Można nią posmarować kanapkę, a równie dobrze można zabić człowieka. Cała filozofia. Ostrze z wdrukowaną moralnością…? Cóż to by był za dziwaczny nóż! Może zrobiłby karierę w objazdowym cyrku, ale z pewnością nie w kuchni. Ten, kto potrafi rzucać czary, ma w ręku potężne narzędzie. Każdy używa go jak mu się żywnie podoba.
A elementa? Ile ich jest? Pięć, powiada. W punkt. A jakież to są podstawowe siły natury? Woda, powiada… Bez wątpienia. Wiatr? Bez wątpienia. Ogień i ziemia. To już cztery. A ostatni? Proszę się namyślać, ja w tym czasie zwilżę gardło. Wina? Dobre, z Tregodoru. Co się tak krzywi? W Ziraram pił równo, a teraz się krzywi… No i weź tu człowieku rozszyfruj pisarza! Co tam znowu pomrukuje? Czas… Co czas? Aha! Czas! Blisko ale nie w punkt. Czas i przestrzeń. Czasoprzestrzeń ściślej mówiąc. Oto piąty żywioł.
Pan chociaż usta zasłoni, jak już musi ziewać.
No i co ja mam zrobić? Dopiero co zaczęliśmy, a tu już ściana oczekiwań. Już by chciał eksplozje, nagie kobiety, rycerzy uzbrojonych w lśniące pancerze i wszyscy na raz Bogowie nie wiedzą co jeszcze! Co tam znowu? Dextera by teraz chciał poznać… Faktycznie, ciekawy to człowiek. Będzie i o nim, ale za momencik.
Dobrze, już dość tych powtórek!
Moja historia, jak dobrze pamiętam, zaczyna się gdzieś w zachodniej części królestwa Himlari – jednego z siedmiu Zjednoczonych Królestw Starego Kontynentu. Nie będziemy teraz wnikać co to za monarchie ani dlaczego się zjednoczyły. To materiał na inną opowiastkę. Dokładnego punktu na mapie nie wskażę, bo go nie znam. Zresztą, nazwa osady i tak nic by panu nie powiedziała, a poza tym to tej wiochy już dawno nie ma. Chłopi rzucili pracę w polu dla miejskich wygód, a ziemianin co nas za gębę trzymał stracił prawa do ziemi i całkiem się stoczył. Chałupy tylko ostały… a nie, przepraszam, strawił je ogień.
Pamiętam dobrze okoliczny zagajnik i matkę. Resztę, no cóż… Jakby przez mgłę. No! To od czego zacząć? Nie, nie opowiem o Sercach Morvatharu. Nie teraz, na Bogów!
Las? Mądrze. Też zacząłbym właśnie od niego.
To było na styku zimy i wiosny. Gałęzie drzew i błotnistą ziemię otulała jeszcze cienka warstwa śniegu. Spod białej pokrywy przebijały kępy przyschniętej, rdzawo brązowej trawy, białe zawilce, fioletowe kokorycze i zielonkawe ciemierniki. Coś tam już się budziło. Skarlałe i niemrawe wprawdzie, ale jednak. W piątkę żeśmy szli przez borek. Byłem ja, co oczywiste i czwórka mojego rodzeństwa – Robert, Romeo, Hans i Ralph. Ciemne, proste i błyszczące włosy mieliśmy po matce, zaś demonicznie bladą cerę z całą pewnością po ojcu. Ralph miał na twarzy sporo blizny. Najwięcej na lewym poliku. Ponoć za młodu przeszedł jakieś choróbsko i tak mu już zostało. Hans liczył najmniej wiosen spośród nas. No i buty… Najstarszemu z synów przypadły skórzane. My musieliśmy zadowolić się drewnianymi. Ubrani byliśmy w to, co każdy dzieciak na zimę. Czapkę z owczego futra, barani kożuch z rękawem i rękawice z końskiej skóry, które przechodziły szóstą młodość. Do tego długie spodnie, których nogawki braciszek kazał nam dokładnie poupychać w onuce. Później sprawdzał czy dobrześmy pracę wykonali. Jak źle było to nas walił z pięści po plecach i kazał jeszcze raz czynność powtarzać. Wiedział nasz bratanek, że z zimą nie było żartów.
Ralph niósł na barku jelenia, którego chwilę temu ustrzelił z łuku. Ja patrzyłem z podziwem, on udawał, że wcale mu to nie schlebiało. Zapyta pan najpewniej, co w tym czasie robiła reszta rodzeństwa. Poza wkurwianiem mnie i Ralpha? Niewiele. Hans od dwudziestu minut biegał między drzewami i machał rękami, wydając przy tym niepokojące dźwięki. Niby udawał kruka. Powiedziałem mu, że ptaki te są uosobieniem śmierci i jeśli natychmiast nie przestanie, skona następnej zimy. Pomyśli pan, że go to uspokoiło… A gdzieżby! Jełop od tamtej pory strugał gołębia. Robert skakał nad gałęziami, starając się za każdym razem rozchlapać jak najwięcej błota. Romeo walił butami w konary drzew i rzucał kamieniami w nikomu niczego niewinne sroki, próbujące odpocząć na gałęziach.
Tak żeśmy sobie szli. Wesoło, prawda?
W końcu Hans oberwał ode mnie w kostkę. Wywalił się na ziemię i klapnął tyłkiem na żwir, aż mu się kołczan zsunął z pleców i wszystkie strzałki, co do jednej, wylądowały w błocie. Człekogołąb podniósł wysoko pyzatą buźkę i spojrzał na Ralpha, myśląc, że ten zaraz mi odda. Oczy na chwilę podeszły mu łzami z bólu. Przeliczył się, naiwny. Bratanek lubił nas bić, ale nie bez powodu. Młody w końcu wstał z ziemi, otrzepał spodnie, pozbierał groty i już niczego nie udawał. Mogłem odetchnąć z ulgą i wrócić do patrzenia na kwiaty. Na myśl przyszła mi ukochana Rebeka. Zerwałem kilka sztuk, ale szybko odrzuciłem każdą. Przed wyjściem obiecałem sobie, że zrobię jej wianek. Dobre sobie. Z takich drobnych gówienek, co wyrastały z ziemi to nawet pierścionka bym nie zaplótł. Robert w pewnej chwili też zainteresował się kwiatkami. Nawet bardziej niż ja, przez co zaczął nas spowalniać. Ralph tylko na mnie spojrzał. Wiedziałem, co robić. Podeszłem do młodego i zacząłem tłumaczyć, że musimy zdążyć przed zachodem. Tak jak sądziłem, tłumaczenie na nic się zdało, więc wytargałem go za ucho i ruszyliśmy dalej.
Długi ozór ubitego jelonka podrygiwał bezwładnie za każdym kolejnym krokiem, stawianym przez mojego barczystego brata. Podobnie zresztą jak łeb i tułów zwierzęcia, ale jęzor robił to w najzabawniejszy sposób.
Tak żeśmy wesoło szli…
– Ponoć wsioki z Kharrar widzieli Maurusowy ogień – rzekł myśliwy i przyspieszył kroku. – Także ruszcie dupy, chyba że chcecie, żeby z zimna odpadły wam kukle.
Wszyscy zgodnie przyspieszyliśmy kroku. Niejedna legenda krążyły na temat magów, schodzących na zimę w niziny, a których ogień zamiast parzyć, powodował bolesne odmrożenia i czernienie kończyn. O czarnoksiężnikach, plądrujących wioski, porywających ludzi i wiozących ich w głąb Gór Księżycowych. Tam, według prawideł, kryły się jaskinie pełne lawy i magicznych kowadeł, przy których jeńcy w pocie czoła wykuwali dla swoich oprawców miecze i żelazne nałokietniki.
Drzewa w końcu zaczęły się przerzedzać. Wyszliśmy na polanę, porośniętą dziką trawą i pokrzywami. Pomiędzy parzącymi chaszczami biegały młode kobiety, od pasa w górę ubrane na zimę, a poniżej rozebrane do naga. Wymachiwały zamaszyście kończynami, popiskując przy tym z bólu. Stare baby stały obok i pilnowały, by ich wnuczęta wybiegały się sowicie. A jak któraś nie chciała…? Bez obaw. Staruchy miały argumenty. Dwie witki z uschniętych gałązek. Dwie na głowę – na wypadek gdyby jedna złamała się od bicia.
– Czy wy wiecie… – zachrypiała babcia, intonując każde słowo. – …że od wschodu nadjeżdża książe Naremir z poselstwem i z giermkami? Kobity szuka!
– Książe… – westchnęła złotowłosa dziewka, drapiąc silnie zaczerwienione pięty i łydki. – Ciekawam, czy on naprawdę taki piękny jak go w balladach malują, czy jeszcze ciutkę piękniejszy. Ciekawam czy na jednorożcu przyjedzie.
– Chorcuj dalej te kulasy, a się nawet książęcy pachoł za Tobą nie obejrzy. Macie ano jaką siostrę? – wtrąciła się druga babuleńka. – Za srebrniczka albo dwa, może mogłabym wyprowadzić dziewojkę na spacer. To jak będzie? Umowa? Hę?
Ralph splunął w krzaki, zgrzytnął zębami i przyspieszył nieco kroku.
Nie mieliśmy żadnych sióstr. Srebrników zresztą też nie.
Zza pagórka wyłoniła się nasza osada. Na oko ze dwadzieścia domków, porozstawianych bez ładu wzdłuż jednej, udeptanej ścieżki. Kiedyś nas więcej w dolinie mieszkało, ale wszyscy co roztropniejsi, pouciekali już dawno na zachód, kryć się przed Maurusem i jego ogniem albo szukać zatrudnienia w podmiejskich fabrykach.
Nieopodal drewnianych chałup stał dworek. Nie byle jaki, bo szlachecki. Stał pan kiedyś wewnątrz takiego majątku? Ja też nie. Najbliżej udało mi się zajrzeć przez okno. Tak się zapatrzyłem, że nawet nie zauważyłem kiedy Gerwazy zaszedł mnie od tyłu. Solidne wtedy dostałem lanie pasem po plecach. Bolało ale i tak uważam, że się opłaciło.
Posiadłość naszego zarządcy liczyła w sumie trzy budynki – stajnię, magazyn i dormitorium. Każdy z nich miał oczojebne, białe ściany, niebanalny kształt i okna, których zewnętrzne części zdobiło pomarańczowe drewno z Melve. Drugie piętro dormitorium okalały od zewnątrz czarne, świeżo malowane deski, a spadzisty dach przykrywały bordowe dachówki. Pan nasz lubił sobie napalić w piecu, toteż komin musiał mieć zacny, ze szczerego kamienia wzniesiony. Do dworu prowadziła ścieżka, usypana ze żwiru i piachu. Na tyłach miała żona szlachcica ogródek, oddzielony od zabłoconej, zasranej wiochy szczelną barierą z tuj. Taki z dzikimi różami, pełnymi białych, czerwonych i czarnych kwiatów… i z fontanną marmurową, którą zdobił bezgłowy aniołek, co niby sikał do wodotrysku.
Moje nozdrza wypełnił przyjemny zapach ciasta jabłkowego, stygnącego przed drzwiami chałupy Fletcherów. Kierowany prymitywnym odruchem, odwróciłem łeb w tamtym kierunku i zapatrzyłem się na drzwi, pomalowane niedbale czerwoną farbą.
– Matka przez ciebie płacze – powiedział Ralph i spojrzał na mnie wzrokiem, sugerującym, że gdyby miał wolne ręce, już dostałbym w łeb. – To przez tą maguskę. Powinieneś jej unikać, tak jak i my wszyscy. Czy ty nie boisz ognia, matole?
– Boję – mruknąłem bez przekonania.
– Masz nie zbliżać się do Fletcherów. Jeśli jeszcze raz matka cię zobaczy albo gorzej, jeżeli ja cię z tą czarodziejką nakryję… – zrobił pauzę i zamyślił się na chwilę. – Dostaniesz taki wpierdol, że nie poznasz się w zwierciadle.
Mimo ciepłego odzienia, przeszył mnie nieprzyjemny chłód.
– Ronald dostanie po dupie! – powtórzył kilka razy Hans, klasnął w dłonie i znowu zaczął biegać jakby mu rozum odjęło. Nie żeby do tej pory miał go ponad ustawę.
– Zamknij się, pierdoło – wycedziłem.
Nasza chałupa wyglądała jak wszystkie w okolicy. Miała cztery drewniane ściany, sufit co niezbyt trzymał wodę jak mocniej przylało i malutki piecyk, opalany węglem. Wszyscy po kolei umyliśmy dłonie w żeliwnym garnku ze świętą wodą, który stał przed drzwiami. Hans opłukał również i twarz, za co dostał po łbie. Woda śmierdziała czosnkiem i zielem Hesseńskim. Ponoć chroniła przed ogniem i demonami. Ojciec, leżący do tej pory nieruchomo obok kotła, przewrócił się na bok i zaczął szukać po omacku butelki wódki.
– Nie ma już Kharrar – wydukał, gubiąc głoski i sylaby. – Wszystko spalone. Ludzie pomarźli na śmierć. Będziemy następni, tak wam powiadam! – dodał, opierając się z trudem o drewniane stopnie. – Nie ma już… – zachrypiał, próbując nieudolnie podeprzeć się na drewnianej protezie, zastępującej brakującą nogę. Ręka mu poleciała do przodu i pieprznął twarzą w schodki. – Nie ma… – mruknął jeszcze parę razy.
Ralph skrzywił się z obrzydzenia i kazał mi otworzyć furtkę.
Wesoła kompania przeszła za dom, gdzie mieściło się najprawdziwsze bogactwo naszej rodziny. To znaczy… Co ja za bzdury gadam. Prawdziwe bogactwo naszego karmazyna, którym ten łaskawie kazał nam zajmować się pod groźbą chłosty. Bogactwo, a więc cztery kury, dwie gęsi i krowa. Wyjątkowo rozbiegane i rozgdakane było dzisiaj to nie nasze bogactwo. Wyjątkowo… Aż niepokojąco. My mieliśmy zbutwiałą szopę i rozpadający się dom, co Gerwazy powtarzał nam po wielokroć, za każdym razem gdy błagaliśmy o środki na remont którejś ze stancji. Zwierzęta zaś należały do pana i tylko do niego.
Weszliśmy do tego cholernego, śmierdzącego schowka na miotły, wiadra, zardzewiałe grabie i inne, nie warte pół srebrnika narzędzia. Najstarszy bratanek rzucił jelonka na stół i rozpruł mu bebechy nożykiem. Jelita, wątroba i wszystko inne, co rogaty stwór chował jeszcze chwilę temu w brzuchu, plasnęło o podłogę i zapaskudziło drewniane buty myśliwego. Hans siorbnął nosem. Udawał, że widok wcale go nie rusza. Romeo od razu się poryczał, a Robert miał wszystko w dupie. Podniósł z ziemi patyk i wszczął zajadły pojedynek z niematerialnym bytem, okrążającym stół. Rzeźnik spojrzał na nas wzrokiem, sugerującym że mamy się wynosić. Wszyscy, jak jeden mąż obróciliśmy się na pięcie i ruszyliśmy w stronę drzwi.
– Ty nie – powiedział i chwycił mnie zakrwawioną ręką za bark. – Matka nie chce na ciebie patrzeć. Pomożesz oskórować zwierza.
Kiwnąłem twierdząco głową. Braciszek podał mi błyszczący i lepki od krwi nóż. Sam natomiast klapnął wygodnie w rogu na sieni. Westchnął ciężko, oparł plecy o ścianę i zaczął wycierać dłonie w szmatę. Kiedy już otarł je do sucha, odpalił zapałkę i przystawił płonące drewienko do nasączonego naftą knota. Blady płomień przepełnił zacienione pomieszczenie.
– Światło nie jest mi potrzebne – odparłem z dumą w głosie i zabrałem się do pracy.
– Ta skóra nie na ubrania, tylko dla pana, rozumiesz bachorze? Po ciemku zrobisz dobrze, ja to wiem, ale nie ma być dobrze. Ma być idealnie. Jak nie będzie, Gerwazy spuści mi łomot. A później ja odwdzięczę się tobie podwójnie.
– Gerwazy będzie kontent, albo nie jestem Ronald, syn Boryka.
– On nigdy nie jest kontent, przygłupie – burknął i popadł w zamyślenie, sądząc po zmarszce, jaka pojawiła się pomiędzy jego ściągniętymi brwiami. – Powiedz – odezwał się wreszcie. – Jak jej na imię, co? Magusce tej Twojej.
– Rebeka – wycedziłem. Moja ręka mimowolnie zacisnęła się na płacie skóry.
– Jaka ona jest? Jakie ma cycki? Spałeś już z nią? – zapytał i spojrzał z satysfakcją jak rzednie mi mina. – Nie zrozumiałeś pytania? Ciekaw jestem, czy już ją wygrzmociłeś. Na pewno ci nie da. Czeka na księcia. Myśli że władca spojrzy na takie ścierwo.
Tak trzasnąłem nożem o stół, że czubek ostrza wbił się na pół paznokcia w deski. Zacisnąłem ręce w pięści i ruszyłem w jego kierunku. Ralph poderwał się z miejsca jak naciągnięta sprężyna, chwycił mnie w żelazne łapska i popchnął z ogromną siłą w kierunku ściany. Jak pieprznąłem w przeszkodę, to aż strzyknęło mi w kręgach. Miotły, zawieszone na powbijanych gwoździach, spadły z trzaskiem na ziemię. Nim zdążyłem cokolwiek zrobić, oprawca doskoczył do mnie, chwycił za szyję i docisnął do gleby, bym nie mógł nabrać tchu.
– Ogień odebrał ojcu nogę, matce zmysły a Anieli zabrał życie – warknął i pobladł ze wściekłości. – Pamiętasz swoją siostrę?! Pamiętasz jaki miała kolor oczu? Pamiętasz jak chodziła z nami po lesie? Co śpiewała? – zapytał. Głos jego drżał z żalu i wściekłości. – Oczywiście, że nie pamiętasz. Inaczej bałbyś się ognia jak my. Tak jak normalni ludzie.
Chłopak odpuścił po chwili, cofnął się o krok, po czym spojrzał na mnie z obrzydzeniem i rozczarowaniem. Szybko opuściłem głowę i zacząłem masować obolałe miejsce, w okolicy którego nadal czułem nieprzyjemny ucisk.
– Już nawet nie chce mi się ciebie bić, głupku – stwierdził, już nieco cieplejszym tonem. – Prędzej cię zabiję, niż zmądrzejesz. Zakochałeś się w niej. Widzę to po twoich oczach – westchnął i wyciągnął nóż, wbity w deski, po to tylko, żeby zaraz odstawić go na blat. – Masz szczęście, że się nie złamał. To nóż Gerwazego. Dopiero byś dostał lanie.
– Skąd go masz?
– A jak myślisz? – odparł, wychodząc z szopy. – Kurwi syn, przecie by mi go z dobrej woli nigdy nie dał. Prędzej sam by nim sobie żyły pociął.
Skoro już jesteśmy w domu, to od razu opowiem o matce. Sam pan rozumie jak to jest z rodzicielkami. Jest to typ kobiety którą się kocha i nienawidzi na raz. To dwie przeciwstawne siły i chodzi o to, aby dominowała ta druga. Przynajmniej do tego należy dążyć. Matula kochała mnie na swój sposób, a ja dla odróżnienia robiłem wszystko co mogłem, żeby jej uprzykrzyć. Niespecjalnie, oczywiście. Po prostu jakoś tak wychodziło. Często przeze mnie płakała. Ani Romeo, ani Robert, Hans ani nawet Ralph nie sprawiali jej tyle przykrości co ja. Irytował mnie jej płacz. Choć teraz jak o tym myślę, to wydaje mi się, że bardziej drażniła mnie własna bezradność. Matka nie płakała, bo coś sknociłem. Nie… Z tego powodu nie uroniła żadnej łzy. Jak coś zepsułem albo się nie posłuchałem, to dostawałem lanie od ojca albo od Ralpha, zależy który akurat stał bliżej. Płakała, bo urodziłem się inny, niż reszta mojego rodzeństwa. Przeklęte dziecko, zakała rodziny, bękart ognia… Tak o mnie mówiła, kiedy myślała, że nie słyszę.
Od północy zawiał mroźny wiatr. Słońce zaszło za koronę drzew. Zza drzwi szopy dobiegał trzask ognia i bojowe okrzyki Hansa, który, po krótkiej przerwie na chleb ze smalcem, wrócił do napastowania drzewa. Młody naprawdę myślał, że zostanie rycerzem. Wiara jego była tak niewinna i rozbrajająco urocza, że nie mieliśmy odwagi powiedzieć mu, że bez tytułu szlacheckiego to on zostanie co najwyżej zbójem na wynajem.
Zresztą… Dzisiaj po świecie więcej chodzi błaznów, aniżeli rycerzy. Skończyły się czasy tarczy, miecza i róży kwiecistej. Oto bowiem żyjemy w czasach szkiełka i oka, prochu i ognia. Nie ma już miejsca we świecie dla rycerzy. Nie ma miejsca dla magów.
Ojciec przebąkiwał, że mały zostanie Tytanem. W sumie nie było to całkiem niemożliwe, po jego wzroście miarkując. Gdyby prześcignął Ralpha o kilka centymetrów, może mógłby nosić zbroję. Tako myślał nasz tatul. Brał wtedy kij i we dwójkę ćwiczyli dziwaczne ruchy. Zapał starego jednak błyskawicznie gasiła matka, stwierdzając że stąd do Peyper, gdzie szkoli się Tytanów, nie zapuszczają się nawet kruki. Przez kilka tygodni odbijał jej argumenty a później zwykle wracał do wódy i tyleśmy go widzieli.
Skóra jelenia trafiła wreszcie do suszenia na drewniany stojak. Całą resztę zwierza nabiłem na metalową włócznię. Chwyciłem jelonka oburącz i podźwignąłem z niemałym trudem, żeby zawiesić kawał mięsa nad ogniem. Zwykle zajmował się tym Ralph albo ojciec. Tym razem chciałem zrobić to osobiście. Pokazać, że też jestem coś wart. Oparłem kawał zdobyczy o pierś i zacząłem iść przed siebie chwiejnym krokiem, starając nie wygrzmocić się na śliskiej, bagnistej mieszance, pokrywającej polanę. Hans stwierdził, że mi pomoże i zaczął okładać mnie po nogach kijem. Taki braciszek to skarb… Nic tylko zakopać pod ziemią. W końcu jakoś dotaszczyłem się z tym jeleniem do ogniska. Zawiesiłem kij na dwóch drewnianych poręczach i popełniłem największy błąd tego wieczoru.
.

.
Opuściłem głowę i spojrzałem w płomienie.
Zdarza się panu patrzeć w płonące ognisko? Przyznam szczerze, w dzieciństwie fascynowało mnie to swój sposób. W końcu byłem bękartem ognia. Później zraziłem się do ognia, a teraz… No, cóż. Ani mnie ogień ziębi, ani szczególnie parzy.
Wtedy jednak poczułem coś osobliwego. Podmuch ciepłego powietrza ogrzał moją twarz i zdrętwiałe z zimna dłonie. Garść żółtych iskier zatańczył tuż nad moimi stopami. Płomienie zdawały się układać w różne kształty. Dym łaskotał przyjemnie skórę, gryzł po oczach i wsiąkał powoli w ubrania. Dopalające się kawałki drewna skwierczały w sposób, który dawał ukojenie. Czułem się jak strudzony tułaczką wędrowiec, który wreszcie dotarł do miejsca destynacji. Zdjąłem rękawiczkę i zbliżyłem dłoń do ognia. Nie potrafiłem dłużej opierać się ciekawość i potrzebie pojednania z żywiołem.
– Mamooo! – Hans pobiegł w kierunku chaty. – Ronald znowu gapi się w ogień!
Obróciłem się gwałtowni i krzyknąłem coś do uciekiniera. Bez skutku. Mały pasożyt trzasnął głośno drzwiami. Oczami wyobraźni znowu zobaczyłem bladą, pomarszczoną twarz matki i jej policzki, błyszczące od łez. Przeraził mnie ten widok, dlatego wziąłem w rękę kanapkę, którą młody zostawił na talerzu i uciekłem.
Szlacheckie hulanki to trzecia rzecz, która zapadła mi w pamięć zaraz po lesie i matce. Zarządca naszej osady miał siedem córek, niezbyt inteligentnych ale za to zgrabnych. Chciał wydać którąś za mąż i z tego powodu organizował dla nich potańcówki. Podczas biesiad córy mogły zaprezentować swoje krągłości margrabiom, lordom czy od biedy majętnym mieszczanom – właścicielom co najmniej jednej lub kilku fabryk. Przyjęcia odbywały się zwykle co miesiąc i co jedno to z głupszej okazji. Ostatnio na przykład karmazyn urządził popijawę z okazji ocielenia się jednej z naszych krów. Co prawda nijak nie interesował się porodem, ani tym, żeśmy od samego początku mówili że krówka słaba jest jak trzcina. Cielak urodził się martwy. Martwy, czy nie martwy, co za różnica, stwierdził Gerwazy. Jak nie urodziny, to stypę urządzimy, dodał po chwili. Takiego właśnie rodzaju były te uroczystości. Trochę jadła, napitku, świeże powietrze i taniec. Czego chcieć więcej?
Może zaproszenia, ale na to akurat żaden wieśniak ani bękart ognia liczyć nie mógł.
Towarzystwo jakie się zebrało… O, panie! Cała okoliczna tłuszcza. No, może nie cała ale znaczna jej część. Hrabia Nefeil Rostgorn obowiązkowo stawił się ze swoją żoną Vienną. Tak bardzo ją kochał, że z miłości nawyzywał matkę i babkę starego woźnicy, który miał czelność stanąć karocą w kałuży i narazić jego lubą na zabrudzenie kozaków błotem. Poza żoną, nobil posiadał również rozległe pola rzepaku, graniczące bezpośrednio z włościami naszego karmazyna. A hrabianka…? No, cóż… Za plecami męża najwyraźniej podkochiwała się w ornitologu bo czubek jej głowy zdobiło zaplecione z włosów gniazdo. Na miejscu stawiły się jeszcze dwie wdowy, znane w okolicy z plotek o ich romansie, do tego przybyli liczni arystokraci, których imion na śmierć zapomniałem. Panny przyszły w pstrokatych, lnianych sukniach z różnymi akcentami, nawiązującymi do pory roku. Słomiane wianki, drobne gałązki, zaplecione w naszyjniki i doczepione kwiaty zdobiły ich jesienne kreacje. Mężowie również mieli na sobie niezgorsze stroje, choć znacznie bardziej stonowane kolorystycznie. Szabla u boku, albo przynajmniej drewniana laska zdobiła gustowny pas każdej z zaproszonych osób. Tym razem możny postanowił, że obchodzimy Białogody.
Też nie wiem co to za święto.
Korzystając z okazji, ukryłem się pod starym dębem, nieopodal krzaka. Tam bowiem nie sięgały światła lamp i pochodni, ani tym bardziej ciekawskie spojrzenia gości. Miejsce to było idealne do obserwacji i ewentualnego ataku na pachnące sery. Dwie przygarbione służki doniosły gościom wina. Możni zasiedli przy stole i zaczęła się początkowo drętwa rozmowa.
– Ta szyneczka to podwędzana dębem czy raczej sosną? – zapytał Nefeil.
– Wiśnią – odparł Gerwazy i nałożył sobie pokaźny kawałek dziczyzny.
– A ten serek to skąd? – zapytała Vienna, która poza gniazdem na głowie, wyróżniała się pasiastą, beżowo niebieską suknią i naszyjnikiem z czerwonych korali.
– Z krowiego cyca, a skąd by indziej – burknął stary dozorca i zaczął jeść.
– Od handlarza z Nelvenory – wtrącił się pan i władca naszej osady.
– Oo… Z Nelvenory to napewno dobry – skwitowała rudowłosa towarzyszka rzepakowego barona i zaczęła żuć nabity na wykałaczkę ementaler.
– A winko paniom smakuje? – zapytał naszych kur protektor.
– A smakuje, smakuje – odparły na raz obydwie wdowy, po czym zaraz wybuchnęły śmiechem tak jakby to, że jedna weszła w słowo drugiej warte było zerwanych boków.
Tak to sobie czas w zacnym towarzystwie płynął. Hrabianka rozgadała się o jakimś pokazie mody. Klucznik żarł, aż trzęsły mu się uszy. Goście udawali, że słuchają opowiastki Vienny. Tymczasem po drugiej stronie stołu rozgorzała dyskusja o ekonomii.
– Maszyna parowa… – powtarzał po wielokroć Arazil z Avenbergu. – …to jest przyszłość, powiadam wam. Wszyscy chyba się co do tego zgodzimy. Dlatego, w ramach inwestycji sprzedałem pół swojej wsi, a za żywą gotówkę kupiłem udziały w kopalni czarnego złota pod Orienholmem. Wam polecam to samo uczynić.
– Przejedziesz się waść na tym srogo – odparł Rhanel z Thesine.
– Tak? A to czemu niby? Co to, opał już nikomu nie potrzebny?
– Potrzebny, nie potrzebny… – Mówca niezbyt kulturalnie machnął widelcem. – Co z tego, kiedy na rynku panuje cenowa zmowa. Ludzie pańskiego pokroju wykupują kopalnie, a później każą górnikom na dzikie ptactwo polować, byle tylko pod ziemię nie schodzili. Ludzie Ci łudzą się, że królowa dopuści takie nieustanne windowanie ceny węgla. Głupcy.
Prawdę mówiąc, przestałem ich dalej słuchać, bo ani słowa nie rozumiałem z tej pseudo mądrej paplaniny. Jakaś hostia, jakaś bestia. Do czorta z takimi gawędami! Kiedy Rhanel przemawiał, to Arazilowi czerwieniły się policzki i ta para, co w nią tak wierzył, całkiem uchodziła mu uszami. Vienna jak się zorientowała, że jej sukienki każdy ma w nosie, obraziła się śmiertelnie – to znaczy przestała mówić na kolejne pięć minut. Jak już towarzystwo popiło wina, a dozorca oddalił się parę razy za dormitorium, żeby poprawić sobie wódką, zaczęły się rozmowy o polityce.
– Powiadam wam, trzeba się zbroić. Po same kule – stwierdził hrabia, ojciec dwóch synów, którzy razem z innymi dziewczętami oddalili się od stołu aby podjąć zabawę w rzucanie wiankami do celu. Zabawie towarzyszyły głośne śmiechy, piski i oklaski.
– Przeciw komu? – zapytał dobrotliwy nobil, właściciel naszej wsi.
– Przeciw królowej – doprecyzował.
Gerwazy z wrażenia zakrztusił się winem, co je żłopał z posrebrzanego puchara. Rudowłosa kobieta w bursztynowej sukni, żona naszego kurowładcy, zaczęła walić go pięścią po plecach. Modliłem się za nią, żeby w nagłym przypływie siły odebrała mu życie.
– Właściwie to nawet nie królowa, a z całą pewnością nie moja – kontynuował.
– W jej żyłach płynie krew Troldów. Jest ostatnią z dynastii.
– Irmelin kurwą jest. A do tego bękartem Aragorna. – Ronegorn nie odpuszczał.
– Kurwą była – poprawił ją Arazil. – Teraz to dama.
– Co za różnica z kim dzieliła łoże – wtrąciła się Henrietta. – Ważne, żeby dobrze rządziła. Dobrze i sprawiedliwie, o! – dodała, nakładając gościom ziemniaczanej sałatki.
– Co takiego?! – obruszył się hrabia. – Lepiej idź kobieto rzucać wiankami, co ty możesz wiedzieć o polityce. Tyle chyba co ja o szyciu sukni albo o robieniu prania.
– Waż słowa, Herbercie – odparł nasz właściciel. – Zwracasz się do mojej żony i szlachcianki, Henrietty Indridason. Jeżeli Henrietta ma ochotę rozmawiać z nami o polityce, to nic już tobie do tego. Nic, powiadam – wycedził.
– Nefeil ma rację – wtrącił się siwy, brodaty mężczyzna, który do tej pory w milczeniu zajadał się dziczyzną. – Trzeba się zbroić, ale przeciwko magom. Przeciwko Maurusowi. Zaprawdę powiadam wam, jego stalowi żołnierze są już blisko.
– A w zasadzie to co my mamy do zrobienia? Kogo mamy uzbroić? Chłopów przywdziać w zbroje? – Pewien wąsaty szlachcic po drugiej stronie stołu zaśmiał się na głos i dla podkreślenia wagi tych słów walnął pięścią w stół. Trzask sztućców i talerzy zagłuszył na chwilę piski bawiących się dziewcząt. – Jak przyjdzie Maurusowy ogień, nic nas nie uratuje. Ani królowa, ani Tytani, ani Bogowie – dodał i przybrał niespodziewanie poważny wyraz twarzy. – Obaczcie lepiej, czy konie macie zdrowe, najedzone i gotowe do ucieczki.
– Ogniowi moglibyśmy dać odpór – wtrącił się Rhanhel i splunął. – Gdyby nie królowa, która trzyma wojsko rozproszone po całym kraju. Dwadzieścia tysięcy chłopa nad wschodnim brzegiem. – Znowu zwilżył glebę śliną. – Czego oni tam pilnują? Żeby nas przypływ nie podtopił? Zaprawdę powiadam wam, trzeba pozbawić tronu nierządnicę i ustanowić innego władcę. Choćby któregoś z naszych synów.
Zarządca naszej osady, który jako jedyny z gości nie doczekał się męskiego potomka, poczerwieniał znacząco i energicznym ruchem widelca przebił kawałek kaczki.
– Nie przypływu, lecz piratów obawia się królowa – odparł Gerwazy.
– Blainów? – zaśmiał się Neferil – Oni ledwo trzymają miecze i boją się koni.
– Plądrują nasze osady i miasta na wschodzie – warknął dozorca.
– Ot znalazł się mędrzec, który wierzy, że dojna krowa ser daje! – Pan i władca rzepakowych pól machnął ręką, jakby odganiał muchę. – Gówno klucznik wie o polityce.
– Czyli tyle, co hrabia o kobietach – odparł Gerwazy i uśmiechnął się paskudnie.
Tym razem to nasz pan zakrztusił się winem.
– Coś ty powiedział? – warknął Nefreil.
– Nic. – Odźwierny zrobił głupkowatą minę. – Ja coś mówiłem?
– Obrażasz moją kobietę…! – Hrabia zgrzytnął zębami. Gęsta piana zebrała mu się w obydwu kącikach ust. – A do tego ze mnie jeszcze próbujesz zrobić idiotę?! Dość tego! Żądam satysfakcji – wycedził, zdjął rękawiczki i rzucił je na stół.
– A z przyjemnością – rzekł pijany dozorca, poderwał się z krzesła i sięgnął pasa. Świst ostrza, wysuwającego się z pochwy nie zdołał zagłuszyć głośnego westchnienia, siedzących przy stole żon, wdów i niezamężnych szlachcianek.
Rostgorn zacisnął pięść na drewnianej rękojeści szabli, zdobionej złotem i srebrem. Obydwaj przez chwilę zerkali na siebie w zupełnej ciszy i najwyższym możliwym skupieniu. Organizator Białogodów, przytępiony do tej pory winem, oprzytomniał zaraz, powstał z krzesła i zaczął szeptać coś na ucho dozorcy. Vienna poszła w jego ślady i spróbowała przy użyciu siły usadzić lubego na miejscu. Nie szło jej wcale, ale przynajmniej nie traciła zapału.
Tak się podekscytowałem, że że kanapka wyleciała mi z rąk. Miałem szczerą nadzieję, że lada moment poleje się krew. Krew dozorcy, rzecz jasna. Hrabia mi nie wadził.
Nagle jedna z dziewcząt zaczęła piszczeć z radości, podskakiwać i klaskać w dłonie jakby była niespełna rozumu. Pozostałe niewiasty szybko dołączyły do wiwatów. Nefreil cofnął rękę i spojrzał zdezorientowany na uhahane towarzystwo. Wianek ze słomy i kwiatów spoczął na gałęzi i zakołysał się leniwie na wietrze. Złotowłosy dziedzic, najstarszy syn Rostgorna, za dosięgnięcie rzutem do celu, doczekał się nawet prezentu od srebrnowłosej właścicielki wianka. Tak mu buziak zasmakował, że już do końca wieczora rumienił się jak burak i na szlachciankę spod ukosa, śliniąc się zerkał. Ojcowski instynkt zaraz wziął górę nad chęcią mordobicia. Władca rzepakowych pól spojrzał na zwycięzcę i uśmiechnął się koślawo. Nasz nobil też się rozweselił, że w końcu chociaż jedna z córek upatrzyła sobie jakiegoś zacnego kandydata na męża. Tylko Gerwazy wytrwale stroszył wąsy do bitki.
– Towarzysze – podjął miły nam szlachcic. – To się nie godzi, przelewać krew w Białogody, prawda Gerwazy? – dodał, uśmiechnął się od ucha do ucha i uczynił pojednawczy gest ramionami. Jednocześnie pod stołem pieprznął odźwiernego z kostkę.
– Jeśli szabla Herberta za krótką ma się okazać – warknął klucznik.
Hrabia na nowo zaczął czerwienieć ze złości.
– Mój mąż faktycznie krótki jest w szabli – wtrąciła się jego żona. – Dlatego nadrabia sobie męskości długością ostrza.
Wszyscy goście ryknęli gromkim śmiechem. Nefreil poczerwieniał jeszcze bardziej. Nagle zaśmiał się najgłośniej ze wszystkich, chwycił żonę pod pachę i pocałował w blade czoło. Odźwierny niechętnie schował szablę, pogładził raz jeszcze zarost i udał się na bok, by niedobór przelanej krwi zrekompensować chyżo, nadmiarem polanego samogonu. Towarzystwo wróciło do picia. Po kilku butelkach różnorakich goście i gościni przeszli do właściwych zabaw. Nasz nobil polecił dwóm flecistom i skrzypkowi, zagrać coś bardziej energicznego. Chwycił żonę za rękę i obydwoje ruszyli do tańca. Szybko dołączył do nich hrabia Nefreil wraz z Vienną, Arazil ze szlachcianką o naszyjniku z czerwonych korali, Rhanhel z kruczowłosą arystokratką i oczywiście dziedzic wraz ze swoją wybranką.
Wie pan o czym w tamtej chwili pomyślałem? O kobietach? Nie… Miałem swoją, to po co myśleć o innych. Fakt, każda z nich, ładniejsza zdawała się od mojej, ale to tylko i wyłącznie z uwagi na ich wymalowane buźki i fikuśne suknie. W mojej głowie znowu zatańczyły sery i wędliny. O, tak! Czułem, że to dobry idealny moment.
Nikt nawet nie zauważy, pomyślałem. A jak zauważy, to co? Włościanin bawi się przednio więc co najwyżej każe dać klapsa albo dziesięć i puści wolno. Może nawet rzuci jaki plasterek? Co mi tam, mruknąłem, by dodać sobie otuchy. Przykucnąłem do rozbiegu. Już zamierzałem odepchnąć się rękami od drzewa, kiedy nagle ktoś chwycił mnie od tyłu za barki i pociągnął w krzaki. Wywaliłem się na ziemię, spojrzałem przed siebie i natychmiast zapomniałem o łakociach, które czekały na stole.
Rebeka zasłoniła moje usta ręką i spojrzała w dal.
Nawet wstawać mi się odechciało. Mógłbym leżeć w tych krzakach i wpatrywać się w nią tak długo, aż zeżarłyby mnie robaki. Zaprawdę powiadam panu, piękna to była kobieta. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że w obecnych czasach rozpusty, pogardy, szkiełka i oka to nie ma już wcale niewiast, w połowie choćby tak zacnych duchem i ciałem jak moja luba.
Włosy miała czarne jak noc… Nie! Jak ten węgiel, co o nim Arazil tyle gadał. Każdy z jej kosmyków wyglądał właśnie jak długa, niedbale przycięta nić, gotowa w każdej chwili stanąć w ogniu, byle rozpędzić wszystkie przeszkody, stojące na drodze ku naszej miłości. Jej oczy błyskały niby dwa oszlifowane korale z lapis lazuli. Bladą cerę mojej miłej zdobiły piegi, tak liczne i tak piękne jak gwiazdy, pędzlem Bogów rozrzucone po niebie. Lekko zakrzywiony nos i spierzchnięte, różowe wargi tylko dodawały jej urody. Nie istniała chyba taka rzecz, która byłaby w stanie odjąć tej kobiecie wdzięku. Rebeka pachniała gruszą i agrestem. Na tle konarów i gęstej korony drzew wyglądała jeszcze bardziej zniewalająco.
– Ani mi się waż kraść ze stołu. Nie dzisiaj. Zrozumiałeś? – powiedziała cicho lecz z typową dla siebie stanowczością. – Gerwazy jest strasznie wkurwiony. Jakby kiedykolwiek nie był – parsknęła krótko. – Widziałeś… – przerwała, żeby przełknąć ślinę. – Zatłukł psa siekierą. Na moich oczach! Musimy stąd uciekać.
– Aha… – mruknąłem otumaniony uczuciem.
– Słuchasz, co mówię?! Iść nam trzeba!
– Nie… Wybacz łasiczko. Nie słuchałem.
– Łasiczkę to Ty sobie pośród jeleni znajdź, baranie.
– Nie chce mi się – ziewnąłem. – Po co uciekać, kiedy tak bardzo pragnę dokonać żywota w Twoich ramionach – wyznałem, obdarowując ją głupkowatym uśmiechem.
– Podnieś ten zad, od siedmiu boleści poeto! – warknęła i pociągnęła mnie za ramię.
Wie pan co? Muszę przyznać się do kłamstwa. Paskudnego. Wierutnego. Otóż szlachecki dworek składa się z czterech, a nie z trzech budynków jak twierdziłem. Na swoje usprawiedliwienie powiem tyle, że ostatnie pomieszczenie to rozpadająca się ze starości, opuszczona stajnia, której dach nie przetrwał ostatniej zimy… A może przedostatniej?
Szopa znajdowała się w takim stanie, że nasz szlachcic, choćby się zeszli wszyscy Bogowie i urządzili tam biesiadę, nie przyznałby się do tej rudery. Chłopi też się do niej nie przyznawali, więc w zasadzie nikogo nie obchodziło co tam się działo. A dworek był na tyle blisko, że i muzyki dało się posłuchać albo i nawet potańczyć z dziewką.
Mam nadzieję, że już klarownym jest punkt, do którego zmierzam.
Weszliśmy do środka. Ja w doskonałym humorze. Rebeka w trochę gorszym. Chwyciłem lampę za metalowy uchwyt i potrząsnąłem nią przed oczami kruczowłosej.
– Zapalisz światełko w moim tunelu, lubo?
– Widzisz tu jakiś tunel, jełopie? – prychnęła.
– Nie widzę, bo ciemno. Dalej myślisz o tym wilczurze?
– Może myślę, może nie myślę – westchnęła i pstryknęła palcami. Wewnątrz szklanego cylindra zatańczyły iskry. Nafta zapaliła się bladym płomieniem.
– Wiesz co myślę…? Myślę, że do nieba trafił. Do psiego nieba.
– Akurat. Trafi to on pod ziemię i tyle w temacie. Nowego zaraz sobie sprawią, obaczysz. Przykują łańcuchem do drzewa, a jak rdza przeżre łańcuch do samego końca, zerwie się i zacznie kopać dziurę na polance pod wierzbą. Znajdzie tam kości swojego poprzednika… i jeszcze trzech prapoprzedników – wyznała drżącym głosem. – Ciekawam co pomyśli. Z pewnością nie o psim niebie. Tak myślę, luby. Po coś mnie tu zaciągnął?
– Szlachta się bawi… No, to… Tak sobie pomyślałem…
– No…? – Kruczowłosa uniosła nieznacznie brwi.
– Tak pomyślałem… Że co my, gorsi jesteśmy? Mamy nogi. Mamy uszy… Wszystko, co do tańca trza mieć, to mamy. To jak będzie, łasiczko? Nie smuć się już, proszę. Serce mi krwawi, kiedy robisz taką zadumaną minę. Powiadam ci, do nieba trafił. Psiego nieba… Nie, lepiej! Do chłopskiego nieba go Boginka Tiarra zabrała. Tak…! My też tam trafimy. Wszyscy tam trafią. Wszyscy, tylko nie ten kurwi syn, Gerwazy. Dla niego już tuzin czortów gotuje zapas smoły na czas wiecznego potępienia.
Rebeka zaśmiała się pod nosem i wyciągnęła przed siebie ramiona. Chwyciłem kruczowłosą, najpierw za jedną, później za drugą dłoń. Najpierw spletliśmy palce lewej dłoni. Przysunąłem się do niej na tyle, by poczuć na piersi jej gruszkowy oddech. Zaczęliśmy powoli. Kroczek w prawo… Kroczek w lewo. Powolny, flegmatyczny wręcz obrót. Przesunąłem prawą dłoń wzdłuż jej ramienia, zakrytego lnianą rękawem i długim płaszczem z pożółkniętego owczego futra. Szorstki materiał kąsał mnie nieprzyjemnie po opuszkach palców. Kolejny krok w prawo. Położyłem wolną dłoń na jej plecach i leniwym ruchem zacząłem przesuwać ją w górę. Dosięgnąłem włosów partnerki i natychmiast zapragnąłem poczuć je pod paznokciami. Nie opierałem się pożądaniu. Wsunąłem palce za jej ucho i tak trzymałem przez jakiś czas. Łasiczka przylgnęła do mnie czołem.
– We wsi gadają – szepnęła. – Maurusowy ogień…
– Nic mnie on nie obchodzi – odrzekłem natychmiast. – Jedyny ogień, który się teraz liczy to ten, buchający z mojego serca. Czujesz? Czujesz jak Cię ogrzewa? Bo ja czuję, jakbym lada chwila miał spłonąć.
– Czuję, luby.
Zza drzwi dobiegł kolejny utwór. Partnerka położyła dłoń na mojej piersi i odepchnęła się ode mnie po to, by lada moment w tanecznym ruchu zaraz chwycić mnie za ręce. Dwa kroki w prawo, trzy w lewo, jeden do tyłu… Obrót! Uniosłem ramię do góry. Dziewczyna zakręciła na pięcie, niby drewniany bączek. Jej kruczoczarne włosy i włochaty płaszcz podniosły się ku górze. Obydwoje zaśmialiśmy się cicho, na tyle by niepotrzebnie nie zwracać na siebie uwagi. Chwyciłem ją znowu, tym razem za biodra i wróciliśmy do hulania. Odbiliśmy się raz od ściany do ściany i kolejny piruet. Później zrobiliśmy wykrok i dwa kroki w tył. Chwyciłem ją mocno za dłoń, po czym odepchnąłem od siebie. Kobieta wbiła mocno paznokcie w moją rękę. Pisnęła, kiedy nagle przyciągnąłem ramię do piersi. Wpadła na mnie, zdyszana lekko, czerwieniąca się na policzkach… Nie, co ja pletę! Rozpalona, rządna tańca i muzyki. Pragnąca wirować w moich ramionach. Zakręcić się, zapomnieć o świecie i o jego trywialnych problemach. Westchnęła znowu. Para, wydobywająca się z jej ust skropliła się natychmiast, tworząc chmurę. To nie było westchnienie zmęczonej kobiety. Chwyciliśmy się pod ramiona. Zaczęliśmy kręcić się i stukać piętami w podłogę w rytm ballady, śmiejąc się przy tym do rozpuku. W pewnej chwili Rebeka przeprosiła mnie ruchem dłoni i pobiegła w kierunku wyjścia, trzymając się rozpaczliwie za usta i nos. Przebiegła dwa kroki. Dalej nie uszła. Nie zdążyła. Przeżute gruszki uleciały jej przez usta i nos, prosto na podłogę, na zakurzony obraz i szablę, którą nie wiedzieć czemu Gerwazy trzymał w rozpadającej się stajni. Rebeka zgięła się wpół, podparła ramionami o kolana, przetarła szybko usta i znowu wybuchnęła śmiechem.
– Ki diabeł mnie podkusił tyle tego gówna żreć… Ale nie żałuję. Nigdy… Nigdy nie jadłam tak słodkich gruszek, luby – powiedziała, obróciła się w moim kierunku, chrząknęła i wysmarkała na podłogę resztki wymiocin.
– To co…? – mruknąłem niepewnie. – Starczy?
– Prędzej skonam, niż mi starczy! – rzekła i wzięła mnie w obroty.
W końcu od tego wirowania i mnie zaczęło mdlić. Zmieniliśmy więc kierunek. Pisnęła nagle i poleciała do tyłu. Nie myśląc wiele, wyciągnąłem dłonie. Chciałem ją złapać ale zapomniałem jakie ze mnie chucherko, toteż zamiast w romantyczny sposób pochwycić dziewkę w swoje ramiona, przechyliłem się razem z nią i obydwoje pieprznęliśmy w gnijące siano. Pan wie jak cuchnie gnijące siano? Gorzej niż gówno. Mimo to jak wdychałem te zapachy, czułem się, jakbym kosztował perfumy samej królowej Irmelin.
– Chyba zacięłam się w piętę – wyznała, krzywiąc się z bólu. – Wuj też zaciął się w piętę. A później tężyczka go zabrała… A może to cholera go zabrała. Sama już nie wiem…
– Nic ci nie będzie – powiedziałem, głaszcząc ją po policzkach.
– A jak będzie? – zaczęła mnie przedrzeźniać.
– To sprzedam duszę diabłu, żeby zwrócił ci życie.
Łasiczka nic nie odpowiedziała. Uśmiechnęła się tylko, zmrużyła powieki i rozchyliła nieznacznie spierzchnięte wargi. Dyszała ciężko, czekając, aż wezmę to, po co ją tu zaprowadziłem. Powoli pochyliłem się nad nią. Nasze usta złączyły się w pocałunku. Kwaśno gorzki smak wymiocin i słodkie nuty gruszy osiadły na moim języku. Przejechałem palcami po jej rozpalonym, lepkim od potu policzku. Wszystko poza stajnią zatrzymało się w miejscu. Długo ją całowałem. A ona mnie. Przestawaliśmy na chwilę, patrzyliśmy sobie głęboko w oczy i znowu w ślimaka. W końcu z trudem oderwałem się od jej ust. Cukier, panie. Czułem, jakby ktoś sypał mi do gęby cukier.
– Miałam kiedyś kuzynkę, która nie lubiła chłopców, wiesz? Umarła jako dziewica i zamieniła się w ducha – westchnęła i zaczęła ściągać ze mnie kożuch. – Przez pół roku trwała w tym stanie, zanim przyszedł kapłan z północy i odprawił Dziady. Wiesz co? Na nic się zdały jego ceremoniały, kropidła i kadzidła. Dopiero znachor odprawił ducha.
– Jak to zrobił?
– Spełnił jej ostatnie życzenie. Nie chcę skończyć jak ona, Ronald. Bo coraz mniej jest znachorów w świecie. Coraz mniej magii. Coraz mniej uczuć. – Jej głos zmienił się nie do poznania. Pieszczące moje uszy, wibrujące pożądanie zastąpił ściskający gardło wyraz żalu i rozpaczy. – Przecież mam w sobie ogień. Nie powinnam… Nie mogę! Zdejmij, zedrzyj ze mnie te futra – wykrzyknęła niemal. – Ogrzej mnie swoim ciałem, bo już dłużej nie zniosę… Tego zimna.
Minął kolejny utwór, nim płaszcz z owczego włosia, cienka tunika z lnu, skórzane rękawiczki i drewniane buty legły na podłodze. Rebeka drżała z zimna, choć policzki nadal miała ciepłe. Skrzyżowała ramiona na piersiach. Obydwoje – zmęczeni i zmarznięci, przylgnęliśmy do siebie. Przylgnąłem znowu do jej ust. Nic nie powiedziała. Nie przerwała mi mimo, że odczuwana przez nią przyjemność, zgasła dobrych kilka minut temu. Chciałem raz jeszcze poczuć pod palcami kruczoczarne włosy. Przesunąłem dłoń po jej policzku. Poczułem coś mokrego pod opuszkami. To nie były krople potu.
To jej łzy. Gorące, cierpkie łzy.
– Kochanie…? – Otworzyłem oczy.
– Zrób to szybko, Ronald. Zrób i odejdź, słyszysz?
– Co takiego? – Głos mi się urwał. – Nie! Ja ciebie kocham, słyszysz?! Dlaczego… Dlaczego każesz mi odejść? Mam się spieszyć? Do cholery, ja nie chcę się spieszyć!
– W takim razie idź i nie wracaj. Ja i ty… Nie możemy, rozumiesz? Nie jesteśmy tacy jak oni. Ci ludzie za ścianą nie trzaskają iskrami z palców. Nie palą chałup i nie mordują. Nie gwałcą i nie palą żywcem swoich ofiar. Jesteśmy gorsi, Ronald. Jesteśmy bękartami ognia. Przeklętym nasieniem. Wybrykami natury.
– Jesteś moją łasiczką. Moją łasiczką – powtórzyłem. – Możesz rzygać powidłami, srać czekoladą, trzaskać iskrami z palców… Nie ma to znaczenia. Żadnego znaczenia.
– Ma – zaprzeczyła stanowczo. – Ma, Ronald – zrobiła długą pauzę. Kilka razy wzięła oddech, nim przemówiła. – Obydwoje nosimy w sobie tą zarazę. Rozumiesz co to znaczy? To co ze mnie wyjdzie… To już nie będzie człowiek. Nabiją nasze dzieci na pal z byle powodu. Weźmiesz odpowiedzialność za nasze dzieci? Bo ja wiem, że nie dam rady.
– Rebeka… – wyszeptałem, zanim głos uwiązł w gardle.
– Odejdź. Zostaw mnie. Zapomnij.
Zimy dreszcz przeszedł po moim ciele. W pośpiechu ubrałem się w to, co leżało na podłodze i wybiegłem na pole. Później tej nocy poszedłem do bawiącej się szlachty. Stanąłem przed samym stołem. Nic nie brałem. Czekałem, aż ktoś mnie zauważy. Nikt nie zauważył. Pijany hrabia Nefreil leżał pod stołem w trawie i mruczał coś o białym ogniu. Margrabia Volter niósł na barkach jakąś szlachciankę, wyraźnie rozbawioną z tego powodu. Jak mniemam, dreptali w stronę karocy. Jasnowłosa wdowa bezwstydnie pchała palce pod spódniczkę swojej towarzyszki. Wszyscy mieli mnie w dupie. Poszedłem więc za dormitorium szukać Gerwazego, ale i on jak na złość się ulotnił. Został tylko zdechły wilk o szarych włosach, leżący z otwartym pyskiem w czerwonej kałuży.
Wiedziałem, gdzie ktoś zwróci na mnie uwagę.
Dlatego w końcu wróciłem do chałupy.
Najpierw bił mnie Ralph. Za to, że uciekłem matczynej witce. Kilka razy walnął pięścią w szczękę, a jak już się przewróciłem, to poprawił kopniakiem w żebra. Później podszedł ojciec, który postanowił zlać mnie za to, że doprowadziłem matkę do płaczu. Kilka razy walnął pasem na oślep i poszedł pić za chałupę. Poobijany, zmarznięty i głodny położyłem się na boku obok garści węgielków, dopalających się w piecu. Nie leżałem w tej pozycji zbyt długo. Matka wytargała mnie za ucho i kazała wstać, a jak już to uczyniłem to przyszedł czas na lanie witką po nadgarstkach.
– To wszystko przez tę dziewkę! To ona ma na ciebie zły wpływ – powtarzała, krztusząc się łzami i wykonując kolejne zamachnięcia. – Rozbudza w tobie ogień, diablica. Niech no podrośnie tylko do piętnastej wiosny! Od razu przejdę się do pana i poproszę, żeby ją przegnali! W objazdowym cyrku, albo w burdelu. Tam jej miejsce.
– Ronald dostał po dupie! – powtarzał rozweselony Hans.
Tak podle się czułem, że już nawet bić młodszego brata mi się nie chciało.
.

.
W końcu nadeszła wiosna. Śniegi roztopiły się całkiem. Po białym puchu gdzieniegdzie ostały jeszcze kałuże i hałdy zamrożonego błota. Na gałęziach pojawiły się białe pąki, a tuż po nich pierwsze liście, wychylające się niepewnie na słońce, wiatr, deszcz i całe zło tego świata. Od południa nadeszły masy ciepłego, suchego powietrza. Epidemia cholery znacznie się uspokoiła, za sprawą odkryć pewnego alchemika z dalekiego południa, który wynalazł igłę, dającą odporność na choróbsko po przebiciu nią skóry.
Czasem wykradałem się w nocy za chałupę i tam, dla uciechy podpalałem kurze pióra, które przynosił mi Hans. Wkręciłem mu, że mam sny, w których jestem rycerzem. Młody szybko podchwycił temat, bo nadal miał tą fazę na bycie Tytanem i za kilka lotek zgadzałem się relacjonować mu swoje wizje. Matka zaczęła go lepiej karmić. Chyba podłapała entuzjazm ojca, który… No, cóż. To był akurat najbardziej stały element naszej rodziny. Nadal zakradaliśmy się z Rebeką po nocach do opuszczonej stajni, żeby tam potańcować. Ostatnio wprawdzie coraz częściej bez muzyki, bo jak na złość naszemu nobilowi nie spieszyło się do świętowania. Doszczętnie pochłonięty odbieraniem i nadawaniem kruków, szlachcic przestał wyzierać nosa zza drzwi dworku. Poza tym nasze konie zachorowały. Znaczy się konie pana, rzecz jasna.
Pewnej, wyjątkowo chłodnej nocy siadłem jak zwykle na pieńku przed domem, żeby spalić kilka piór. Wziąłem zdobycz do ręki, wytężyłem wzrok i pstryknąłem palcami. Cichy trzask poniósł się po okolicy. Kurzy odrost zapalił się blado żółtym płomieniem. Zamyśliwszy się nad swoim przeznaczeniem, sensem życia i innymi, jakże ważnymi sprawami filozoficznymi, obróciłem go kilka razy w palcach. Śmierdzący dym leniwie unosił się ku górze. Ogień strawił szybko drobne włoski. Odrzuciłem w błoto osmolony trzon i zaraz sięgnąłem do kieszeni po następną lotkę.
Muszę przyznać, relaksujące to było zajęcie. Szkoda, że już tak nie umiem.
Nagle rozległ się wrzask. Wszędzie poznałbym ten chrypiący, świszczący głos. Pomyślałem, że to ojciec – znowu zalał robaka i wdał się w kolejną awanturę. Ziąb nasilał się z każdą chwilą. Nie niósł go wiatr północy. Nie… Tej nocy wcale nie wiało. Nawet liście na gałęziach się nie kołysały. Przeszywający mróz bił wprost od ziemi. Kury zagdakały nerwowo i rozbiegły się po zagrodzie. Krowa wierzgnęła łbem, aż dzwonek na jej szyi brzęknął głośno i metalicznie. Kruki zaskrzeczały, poderwały się z gałęzi i pognały na wschód. Niespodziewanie, w jednym momencie z różnych miejsc dobiegły dziesiątki podobnych, skrzecząco-charczących odgłosów. Wzdrygnąłem się z wrażenia. Powietrze przeciął tętent kopyt i szczebiot obijających o siebie nawzajem metalowych części. Na ten dźwięk natychmiast wyrzuciłem na ziemię wszystkie pióra. Wstałem z pieńka i wybiegłem za furtkę, zobaczyć na własne oczy dantejskie sceny, rozgrywające się po drugiej stronie. Najpierw podniosłem głowę i spojrzałem w niebo. Noc zamieniła się w dzień. Białe płomienie otuliły nieboskłon, tworząc wokół wsi domkniętą niemal, żarzącą się bańkę. Raptem cały tuzin żelaznych koni wyłonił się z chmury dymu i popiołu po to tylko, by zaraz popędzić prosto w moją stronę. W ostatniej chwili ktoś pociągnął mnie do tyłu i zaryłem plecami błoto. Wbiłem wzrok w jeźdźców na wierzchowcach.
Każdy z nich miał na głowie hełm, przyozdobiony długim, czerwonym pióropuszem i ani jednego otworu na oczy, nos czy usta. W dłoniach, osłoniętych żelaznymi rękawicami, trzymali halabardy, o rękojeści z szarego drewna i ostrzu, połyskującym naraz od krwi i metalu. Błyszczące od stali rumaki pognały dalej, pędem, ochlapując przy okazji mnie i Ralpha błotem. Tuż za nimi, przez główny trakt przetoczył się kolejny tuzin, tym razem zwykłych bandytów, ubranych w sprane, czerwone tuniki i czarne rękawice. Kto zdążył, uciekł do chałupy przed watahą stalowych żołnierzy i ich pomagierów, dzierżących na piersi czarno-czerwonego lwa na białym tle.
– Za chałupą Smithsonów stoi chlew. Tam raczej nie zajrzą – powiedział Ralph, po czym obydwaj wstaliśmy z ziemi. – Idź tam i czekaj aż noc na nowo zapadnie.
– A ty…? – wydukałem wreszcie.
– Ja będę bronił domu. Matki i moich braci.
– Zostanę…
– Nie! – przerwał mi odepchnął od siebie. – To przez ciebie zeszli z gór, bękarcie – warknął i trzasnął drzwiami, zamykając się w środku ze wszystkimi, na których mi zależało.
Co pan mówi? A, tak, tak! No, przecież. Była jeszcze Rebeka.
Na moje nieszczęście, Fletcherowie mieszkali po drugiej stronie wioski i dlatego musiałem przeprawić się przez cały ten pierdolnik. Ruszyłem więc, a w zasadzie to pobiegłem, ile sił Bogini Tiarra dała mi w łydkach.
Po drodze minąłem kilka przerażonych koni i krowę, która stratowała drewniany płot. Bitni mężowie, dzierżący czarno-czerwone chorągwie, nawinięte na rękojeść ostrzy, rozpierzchli się po osadzie. Za moimi plecami trzasnęły drzwi, wyważone solidnym kopnięciem buta, a później stłumiony krzyk kobiety, wyciągniętej za szmaty z płonącego domu. Dwaj żołnierze wynieśli też z mieszkania najstarszego syna Finnów i wrzucili na drewniany wóz, z gracją z jaką wrzuca się worek kartofli do zacienionej piwnicy. Nieprzytomny dzieciak rypnął plecami o belki, a inny trep szarpnął w tym czasie za lejce i stalowy koń wjechał prosto w ogień… i zniknął, zostawiając za sobą chmurę z iskier. Matka chłopaczka jak ryknęła, to aż ścięło mnie z nóg. Zanim wstałem, dwaj wojacy odziani w kolczugę i skórzane tuniki, przygwoździli ją do ściany. Trzeci w tym czasie rozerwał jej ubrania, obmacał piersi, ugniótł wargi swoimi ustami, a jak już się nią znudził, to szarpnął dziewkę za włosy i rzucił na stertę desek. Zanim skończył się nią zabawiać, wstałem i pobiegłem dalej. Zamarznięte kałuże chrupały pod moimi bosymi stopami. W pół drogi minąłem małą, drewnianą kapliczkę. Dwaj stalowi, śmiejąc się równo wynieśli z niej kamienny posąg świętego Laurentego, rzucili nim o ziemię, po czym jeden z nich zamachnięciem siekiery pozbawił statuetkę głowy. Przebiegając obok chałupy Finnów zobaczyłem Witka, próbującego uchronić się na drzewie przed zbójami. Młodzian chwycił gałąź z zamiarem podciągnięcia się na niej. Nie zdążył. Włócznia przebiła go na wylot. Widziałem jak błyszczący grot, powoli wysuwał się z jego trzewi. Chłopak nadal kurczowo trzymał się drewnianej tytki. W końcu padł na ziemię. Nie tylko on.
Nagle wbiegłem z impetem we włochatą przeszkodą. Razem z zawalidrogą padliśmy na przemoczone, trawiaste podłoże. Zaraz cieplej mi się zrobiło, kiedy zobaczyłem, że to moja luba. Kobieta podniosła się zaraz, otrzepała nogawki i pomogła mi wstać.
Razem popędziliśmy w stronę chlewu.
Gdy weszliśmy do środka, zobaczyliśmy, że świniaki stratowały jedną ze ścian. Jeden padł trupem w rogu – chyba na serce, bo przed śmiercią tak wytrzeszczył gały jak mój dziadunio. Schowaliśmy się za korytem i beczułkami na pomyje dla świń. Luba oparła się o mnie głową i wbiła paznokcie w mój kożuch. Myślałem, że zaraz wybuchnie płaczem, zacznie błagać mnie, żebym wymyślił jakiś plan… ucieczki, bitwy – czegokolwiek. Ale nie. Nie uroniła ani jednej łzy. Siedziała spokojnie, wtulona w moje odzienie. W ciszy, z ledwie zauważalnym uśmiechem na twarzy czekała na śmierć.
Wziąć odpowiedzialność, powiedziałem do siebie w myślach. Zamurowało mnie na moment, bowiem zrozumiałem, co miała na myśli wtedy, w stajni. Nie potrafiła tego, lecz jednocześnie nie miała wątpliwości, że byłem do tego zdolny. Dlatego bił od niej taki spokój. Po prostu wiedziała, że cokolwiek się nie stanie, dam jej to, czego oczekiwała.
Będę przy niej do samego końca.
– Łasiczko… – szepnąłem. – Mogę o coś zapytać?
Nie odpowiedziała. Ledwie wyczuwalnie przytaknęła ruchem głowy.
– Zostaniesz moją żoną? – powiedziałem bez wahania i wyciągnąłem z kieszeni wydrążony plasterek cebuli w kształcie ślubnej obrączki. – Księdza złapiemy innym razem – dodałem i wsunąłem podarunek na jej palec.
Rebeka uśmiechnęła się szeroko. Przyjęła prezent, założyła go na palec i jeszcze mocniej wczepiła paznokcie w mój kożuch. Trzej bandyci, dzierżący czerwone chorągwie, weszli do środka przez zgruzowaną ścianę. Na ich czele stał ten, który władał mrożącym krew w żyłach, białym ogniem. Maurus Bogobójca mierzył prawie dwa metry ale zarazem był niewątpliwie szczupłym mężczyzną. Włosy miał rude, ulizane do tyłu na wodę z cukrem, sądząc po tym jak błyszczały. Oczy czarodzieja, błyszczały w dobiegającym przez dziurawe ściany, niby dwa oszlifowane szmaragdy. Skórzany pas opinał jego długą, czarną czamarę, przyozdobioną czerwonymi sznurkami. Rękawy miał wywinięte do połowy, a na szyi maga kołysał się naszyjnik z wilczych kłów. Pozostali najeźdźcy wyglądali jak zbóje – ubrani w to, co udało się zrabować okolicznym wieśniakom. Buty i rękawiczki nie do pary, brudne od sadzy i krwi koszule i zimowe czapki z czarnej, owczej wełny.
Kiedy już nacieszył się naszym strachem, czarodziej wyszedł przed szereg, wysuwając powoli stalowy oręż z pochwy. Cichy świst szabli przypomniał mi boleśnie o słowach ukochanej.
– To który bachor pierwszy? – zapytał Maurus i wbił wzrok w moją żonę.
– Ej, dziewko! Co ty tam masz na paluchu? – odezwał się zbój.
– Zostawiłaś sobie resztki obiadu na podwieczorek? – dopytał drugi żartowniś.
– Waż słowa – wycedziłem. – Zwracasz się do mojej żony, Rebeki Fletcher.
Bandyci ryknęli śmiechem aż woda w kubłach zadrżała. Nawet Bogobójca pozwolił sobie na krótkie prychnięcie. Po chwili uciszył ruchem dłoni pomagierów i podszedł jeszcze bliżej, drapiąc się przy okazji po kręconym, rudym wąsie. Niespodziewanie moja luba poderwała się na nogi i zamachnęła się ręką. Oczy jej błysnęły żywym ogniem a spod paznokci wydobył się grad iskier. Napastnik w porę osłonił oczy przedramieniem. Garść drobnych opiłków nie zdołała nawet podpalić jego rękawa. Mag skrzywił się ze wściekłości i wykonał szablą cięcie od dołu. Wrzasnąłem ile sił w płucach. Zanim zdążyłem zerwać się do biegu, dwaj rzezimieszkowie przygwoździli mnie do ściany. Pamiętam jak zwolnił wtedy czas. Ostrze sunęło najpierw wzdłuż kożucha, tnąc go na pół, a później po szyi, brodzie i twarzy kobiety, zaczynając od prawego kącika ust, a na uchu kończąc. Patrzyłem na krople krwi, unoszące się w powietrzu i na zakrwawioną, mieniącą się końcówkę sztyletu. Rebeka bezwładnie wyciągnęła ręce przed siebie i upadła na plecy, przewracając koryto i kubły z pomyjami. Dopiero wtedy mnie puścili. Padłem na kolana. Oparłem się rękoma o błoto. Spojrzałem na nią. Widziałem jak brała ostatni oddech. Jak ostatnia, czerwona bańka z krwi i śliny wyzierała z jej ust. Pękła tak nagle… Później jeszcze długo wpatrywałem się w jej sine wargi, licząc, że pojawi się kolejna bańka. Nie pojawiła się. Przez mgłę do moich uszu dotarły śmiechy opryszków i cichnące z każdą chwilą plaskanie butów, zapadających się w błocie. Pamiętam, że położyłem się obok niej, chwyciłem za dłoń i spojrzałem tam gdzie ona.
Maurus i jego kompania wkrótce opuścili naszą osadę.
Przyjechali tu z daleka, żeby pozbyć się czarodziejki, która w przyszłości mogłaby zagrozić pozycji Bogobójcy. Dowódca stalowej watahy nie wziął pod uwagę jednej rzeczy. Nie pomyślał, że wioskę mógł wcale nie zamieszkiwać jeden, ale aż dwa bękarty ognia.
Piotr Siudeja
Zapowiada się świetnie