
.
Powieść w odcinkach Piotra Siudeja – Książę ognia
Rozdział 2 “Bajki i Baśnie”
.
Pali waść? Ja niestety też. Chciałem się przekonać, ale opornie mi idzie. Ten dym strasznie po gardle drapie i zaraz człowiekowi chce się kaszleć. Co znowu? Oczywiście, że próbowałem! Jednego razu, jak nas do Lyrii wywiało z Dexterem, to tośmy i z tubylcami wodne fajki palili. No ja zdaję sobie sprawę, że to zdrowe. Flaczki lubią ciepło. A wie pan, kto jara jak smok? Detektyw Watt! No, już… spokojnie. Proszę się tak nie ekscytować, ludzie tu są i patrzą. Jeszcze, nie dajcie Bogowie coś sobie o nas pomyślą.
Stary wyzyskiwacz posiadał nawet osobną szufladę w biurku, wydzieloną tylko na papierosy. Trzymał tam na oko z tuzin paczek, co starczało na plus minus trzy dni kuracji. Do palenia zawsze zasiadał na wyznaczonym do tego, drewnianym krzesełku w rogu pracowni. Zaprawdę nie najgorsze miał stamtąd widoki na ulicę i dlatego zwykle na czas inhalacji kazał mi rozsuwać firankę. Sam wtedy usadawiał się wygodnie, odpalał skręta i wyciągał nogi na czarno zielony, taboret z wężowej skóry, który zakupił na południu Tyziru – krainie, zamieszkiwanej gęściej przez gady niż ludzi. Obok okna stała biblioteczka, zawalona mądrymi książkami, a której odkurzanie też należało do moich obowiązków.
Ich zawartość po dziś dzień pozostaje dla mnie nieodgadnioną zagadką. Nie, żebym stronił od literatury. Po prostu nie umiem czytać. Znaczy się, wtedy jeszcze nie umiałem. Mój dobrotliwy pracodawca obiecał bowiem, że nauczy mnie tego fachu… i dotrzymał obietnicy.
Na najwyższej półce regału, stał globus i kilka kwarcytów, chroniących przed demonami i magią wszelaką. Poza nimi, wnętrze pomieszczenia zdobiły meble z brzozy, skrojone na zamówienie. Na podłodze leżał czerwony dywan… i proszę nawet nie pytać, kto zajmował się jego wytrzepywaniem. Ściany pracowni okupowały liczne obrazy, prezentujące różne modele statków. Kamienica, w której mieścił się nasz skromny zakładzik, posiadała centralny system ogrzewania w postaci wielkiego pieca za ścianą naszego lokalu. Biznes kręcił się należycie – mimo to, detektyw lubił oszczędzać na świetle. Mieliśmy tylko jedną lampę, więc po zmroku o klientach trzeba było myśleć w częściowym zacienieniu.
Największy dochód przynosiły sprawy około małżeńskie. Bo widzi pan, z romansami to jest tak, że jak ktoś jest zdradzany i coś już podejrzewa, to gotów jest zapłacić wielki majątek, byle tylko dostać w ręce dowód, najlepiej taki co go można legalnie pokazać w sądzie. Po co? A jakby był pan szlachcianką, to chciałby po rozwodzie wrócić do matuli z pustymi rękami czy z połową nobilskiego majątku? No, właśnie. Z kolei jak ktoś cudzołoży i robi to regularnie to zwykle nawet nie próbuje się z tym kryć. Sprawy takie były przyjemne nie tylko dla portfeli ale i dla psyche, bowiem nie wymagały zbyt wiele myślenia.
Czasem jednak trafiała się w nasze ręce sprawa zupełnie nietuzinkowa.
Rzeczona historia ma swój początek późnym latem lub jak kto woli wczesną jesienią roku pańskiego tysiąc osiemset dziewięćdziesiątego dziewiątego. W Nadar, jesień to złoty okres dla rybaków. Wiele gatunków, które żyją w jeziorze, ma wtedy tarło, więc przy odrobinie szczęścia i umiejętności da się napchać kieszenie solidną ilością kawioru. Wtedy to, do naszej osady zajeżdżają handlarze z całego królestwa. Nagle się robi międzynarodowo – jak w samej stolicy. Krótko mówiąc, obrót towarami kwitnie. Ludzie zaczynają rozkładać na ulicach stragany z różnymi dobrami, więc robi się ciasno. Nieopodal rozciąga się las, także ciągnie do nas również grzybiarzy. Po ulicach przechadzają się damy w ręcznikach, bo tak, mamy nawet publiczną łaźnię, poświęconą Bogini wody Akirze. Kobiety, idące w wesołych gromadach, szurają bosymi stopami po błotnistym trakcie, odgarniając na boki hałdy kolorowych liści. Panowie oglądają się na rozweselone spacerowiczki, co niektórzy nawet rozdziawiają gęby z podziwu. Rozdziawiają, oczy wytrzeszczają ale nikt się nie narzuca, bo w Nadar i w ogóle na całej północy Himlari, kobieta to świętość.
Mimo nietrywialnych widoków, Watt zamyślił się doszczętnie w pozycji myśliciela, a więc z głową opuszczoną nad gazetą. Jeden akapit tak go zaintrygował, że przez bitych pięć minut nie sięgnął po papierosa. Zdziwiło mnie takie zachowanie wspólnika, więc zerknąłem na niego kątem oka i zacząłem zastanawiać się nad tym, jak najlepiej wybadać sprawę.
– Co tam w wielkim świecie słychać? – zapytałem.
– Wiedziałeś, że mamy w Nadar bank królewski?
– Aha – mruknąłem, zapatrzony na grupę roześmianych, ciemnowłosych młodzinek w ręcznikach. – No i co z nim? Jakie skrywa bogactwa?
– Wczoraj był napad. Do czysta obrabowany.
– Co takiego?! – Natychmiast straciłem zainteresowaniem widokiem zza okna. – W naszej mieścinie? To co my tu jeszcze robimy? Trzeba zaraz iść i to sprawdzić! Zebrać wywiad, przesłuchać świadków, zabezpieczyć poszlaki!
– Ronald, Ronald… – Dexter westchnął i sięgnął po fajkę. – Nie po to płacę podatki na straż miejską, żeby jeszcze za nich teraz pracować. Chłopaki dadzą sobie radę.
– A jak nie? To partacze! Przecie sam pan powiedział niedawno, że…
– Będą czegoś potrzebowali, to do nas przyjdą – rzekł z typową dla siebie pewnością i przewrócił gazetę na następną stronę. – Powiesili pewnego hrabiego za podżeganie do buntu. No, to wielmożny Nefeirze… Twoje zdrowie – mruknął, zaciągnął się tytoniem i wypuścił po chwili z ust i nosa gęstą chmurę. – Podżegacz zawisł na moście w Orienholmie. Przynajmniej doświadczył zacnych widoków przed śmiercią. O ile powiesili go w dzielnicy winiarzy.
Detektyw Watt, z uwagi na pełniony przez siebie zawód, musiał szczególnie dbać o wygląd. W przeciwnym wypadku skończylibyśmy na popijaniu czerstwego chleba, odgazowanym piwem, albo gorzej – na zagryzaniu odgazowanego suchym bochnem! Człowieka tego charakteryzował przeciętny wzrost, jasnoniebieskie oczy i cera, nieco ciemniejsza od mojej… powiedzmy, że oliwkowa. Śledczy miał jasne włosy, roztrzepane we wszystkie strony świata. Jak na sędziwego, prawie czterdziestolatka, na jego twarzy zaczęły pojawiać się oznaki mądrości w postaci zmarszczek. No i jeszcze piegi… chociaż nie. Piegi to on posiadał od samego początku naszej znajomości. Dexter ubierał się schludnie – w kraciastą, czarno białą koszulę, przykrytą wyjściową, żółtą kamizelką. Do tego zwykłe, szare spodnie z lnu i pantofle, w których chodził tylko po pracowni. Na zewnątrz nosił kozaki.
Jakoś przed dziewiątą, dzwonek nad drzwiami zabrzęczał po raz pierwszy tego dnia. W progu stanęła złotowłosa kobieta, ubrana w szaro brązową suknię, kuchenny fartuch i skórzane buty. Pan Watt twierdził zawsze, że doświadczony detektyw jest w stanie wysnuć co najmniej trzy cechy zleceniodawcy, jeszcze zanim zamkną się drzwi gabinetu. Zwykle zdawałem ten test na piątkę, a później szedłem zamykać wrota, żeby zapłacone ciepło nie ulatywało z izby. Po resztkach mąki pod paznokciami wnioskując, pracowała w piekarni lub cukierni. Farbowała włosy na jasne. Miała już spore odrosty. No i po trzecie – była rozwódką albo jej mąż niezbyt radził sobie z życiem, przez co sama musiała zarabiać na siebie i na rodzinę, a w konsekwencji nie miała czasu doczyszczanie paznokci i farbowanie odrostów.
Dexter zdjął nogi z taboretu i gestem polecił mi, bym podsunął damie krzesło. Tak też zrobiłem. Nieznajoma westchnęła ciężko, przetarła zaczerwienione oczy i spoczęła na dębowym siedzeniu.
– W czym możemy pomóc? – podjął rozmowę.
– Mój mąż zaginął – odrzekła klientka i rozejrzała się niespokojnie po pracowni.
– Mhm – mruknął właściciel przedsiębiorstwa i kilka razy uderzył palcami w metalowe klawisze maszynopisu. Stukot małych tłoków, odciskających na papierze kolejne litery, rozniósł się po pomieszczeniu. – Pani godność? No i męża też, jeśli mógłbym prosić.
– Maria Sinclair. A mój mąż to Olaf Sinclair. Znajdziecie go?
– Zrobimy co w naszej mocy – odparł. – Jak mąż wygląda?
– Normalnie. – Wzruszyła ramionami. – Ma rude włosy, nie za długie. Takie do łopatek. Cerę tak jak ja, no może ciut bielszą, niebieskie oczy i bliznę na czole. Podobno jak go wyciągali z łona matki przyrósł do siostry i musieli ich skalpelem rozdzielać. Stąd ta rana. No i cholerny warkocz – prychnęła. – Mówiłam mu, że to idiotyczna fryzura, ale się uparł. U nas na północy tak się chodzi, powtarzał. Niewierność tradycji to niewybaczalny grzech! – dodała, naśladując niezbyt udolnie głos lubego.
– Mąż jest Khadem? – Mój wspólnik uniósł brwi.
– Z krwi tylko, ale to dobry człowiek. Nigdy nikomu krzywdy nie zrobił. On północy nie pamięta. Nigdy tam nie był. Tylko tam się urodził. Stąd to skrzywienie.
– Co miał na sobie ostatnim razem?
– Wyszedł w czarnej koszuli i szarych spodniach, z fioletowymi naszywkami, białych rękawiczkach bo było zimno i w swoim ulubionym, zamszowym płaszczu z długimi rękawami. Z domu zniknęła też jego szabla i strzelba, więc najpewniej i je zabrał – parsknęła znowu. – Ostrych noży u nas w kuchni wieczny niedostatek ale szabla jest. Być musi! – skwitowała znowu udając głos Olafa i walnęła pięścią w stół z takim wigorem, aż pan Watt podskoczył na krześle i niemal zawału dostał.
– Luby często nosił oręż ze sobą? – zapytał po chwili.
– Karabelę zawsze. Śrutówki nigdy wcześniej nie tykał. Trzymał ją obok naszego łoża. Powtarzał, że to dla bezpieczeństwa. Ja jakoś nie czułam się bezpieczniej – odparła a głos jej znowu zadrżał. – Kilka tygodni temu ją kupił, podobno w Eshmel. Miała długą lufę, zresztą jak każda broń tego typu i ozdobną, sosnową rękojeść z grawerunkiem… Chyba węża. A jeśli o szablę chodzi, to miała takie długie, lekko zakrzywione ostrze i trzon ze skóry, owinięty zielonymi i czerwonymi opaskami na przemian. O! A jeszcze do klingi przywiązał kiedyś kosmyk włosów, co go niby obciął w walce innemu wojownikowi. Taki właśnie był mój mąż. Zamiast do uczciwej roboty iść, to by się tylko z chłopami po wsiach potykał – wycedziła przez zaciśnięte wargi. – Niech no ja dostanę tego nieroba w swoje ręce!
– Czy Olaf ostatnimi czasy zachowywał się inaczej niż zwykle? – zapytałem.
– Tak. Chodził zdenerwowany i zamyślony. Myślałam nawet, że ma romans.
– Skąd taka myśl? – Detektyw uniósł nieznacznie pomarszczone powieki.
– No, bo… – chrząknęła. – Zabrał z sypialni swoje perfumy. Takie z szyszek.
– Z szyszek? – powtórzył pan Watt. – I co to ma wspólnego ze zdradą?
– Nie… wy nie rozumiecie – mruknęła, czerwieniąc się ze wstydu.
– A szkoda – westchnął jasnowłosy. – Bo bardzo byśmy chcieli zrozumieć.
– Chodzi o to, że… Zawsze psikał się tymi perfumami przed… Niech no go dostanę w swoje łapska! – powtórzyła. – Lepiej dla niego, żeby leżał trupem pod jakimś dębem. W każdym razie, bardzo lubiłem ten zapach. Zrobiłam nawet takie małe dochodzenie.
– Aha. – Dexter splótł palce i oparł się łokciami o blat. – Czego pani się dowiedziała?
– Niczego – prychnęła. – Po burdelach się najeździłam, jak głupia. Wstydu się najadłam. Różowym winem prześmierdłam. Zaprawdę powiadam, mężczyźni to twór demoniczny. Wy nie, wy nie… – dodała po chwili i uśmiechnęła się koślawo.
– Czego pani tam szukała? – Śledczy uniósł nieznacznie brwi.
– Przecież nie miłości! Męża. Myślałam, że mnie z jakąś kurwą zdradza.
– Nawet jeśli, to kurwy nie słyną raczej ze szczerości – wtrąciłem się.
– Dajmy już tym nierządnicom spokój. – Watt machnął ręką. – Czy zauważyła pani coś jeszcze? Coś osobliwego? Jakąś zmianę zachowania?
– Mąż ostatnio często zajeżdżał do Eshmel i wracał podpity. Ma tam swoją ulubioną karczmę. “Pod Wielką Dziuplą”… a może stopą. Jedyną zresztą we wsi, także znajdziecie ją bez problemu, a jakbyście znaleźć nie mogli to podążajcie zapachem najtańszego pilsnera. Mąż nie weźmie do ust niczego innego. Chyba, że jest już w sztorc zalany.
– Mhm… Znajdziemy pani męża – stwierdził Dexter. – O ile Olaf jeszcze żyje. Ale to będzie kosztowało. Nie dużo, proszę się nie martwić – dodał i uśmiechnął się koślawo. – No i można zapłacić w ratach albo zostawić coś pod zastaw.
– Raty, zastawy… Miła to oferta, lecz nie skorzystam. Jesteśmy zamożną rodziną. Znajdźcie mojego męża, a sami się przekonacie – rzekła i uniosła zadziornie głowę. – Płacę pół tysiąca koron, jeśli sprowadzicie go do domu jeszcze dzisiaj. Jeśli nie, dam najwyżej trzysta i pięćdziesiąt. Dodatkowych sto koron dorzucę, jeśli okaże się, że mąż jednak żyje i miał romans. Mogę jeszcze wtedy jako dowód wdzięczność obdarować was w jego szablę i strzelbę, ale nie obiecuję, że którykolwiek z tych przedmiotów będzie w dobrym stanie.
Dexter i Maria wymienili się przyjaznym uściskiem dłoni. Widząc, że kobieta zbierała się już do wyjścia, stary dżentelmen poderwał się zaraz na nogi i podszedł żwawym krokiem do stojaka, by podać jej płaszcz. Pani Sinclair uśmiechnęła się krzywo, po czym dla zasady odłożyła kubraczek na krzesło i podniosła go ponownie – tym razem bez niczyjej pomocy. Skonfundowany detektyw skomentował jej zachowanie kaszlnięciem. Przywdział swój szary płaszcz z wilczego futra, pozapinał guziki i założył na głowę homburg – cylindryczny kapelusz z rondem, przyozdobiony szerokim, czarnym pasem u podstawy.
Klientka zaprosiła nas do siebie. Na ciasteczko… i na oględziny męża sypialni.
.

.
W drodze do mieszkania tejże przedsiębiorczej damy minęliśmy sędziwego znachora. Pogromca demonów przemierzał konno ulice miasta wraz z całym dobytkiem, to znaczy małym rondelkiem, workiem ubrań i kilkoma posrebrzanymi szkatułkami. Nieznajomy zerknął na nas kątem oka, po czym zamknął wieko skrzynki, z której wydobyła się nieśmiało czarna, nie poddająca się bliższej identyfikacji chmura materii. Natrafiliśmy też w czasie spaceru na grupę dzieciaków – ośmiolatków na moje oko, co biegli w zwartym szyku przed siebie. Chyba gonili młodszą dziewczynkę, a jeden ze smarkaczy, dzierżył w dłoni kij obsmarowany fekaliami. Tak w ogóle, w razie odwiedzin w Nadar, proszę czym prędzej nabyć konia. Łatwo w coś wdepnąć butem, albo i gołą stopą, jeśli się nie ma butów. Z głębi ciemnej alejki wyzierał zaś malutki stragan z magicznymi duperelkami. Podobno u was w Deavren jest tego pełno. Stary Haim sprzedawał miłosne eliksiry, wieczne długopisy, gadające papugi i szczurzyska… Takie rzeczy. Nie, nic nie kupiliśmy. Mieliśmy też po drodze sklep z dzierganymi lalkami. Zleceniodawczyni przeprosiła nas na moment i weszła do środka, jak się dowiedzieliśmy, żeby wybrać prezent dla córki. Resztę spaceru spędziliśmy, słuchając o dzieciach państwa Sinclairów i o tym z jaką odpowiedzialnością wiąże się wychowanie.
Kamienica, w której mieściła się cukiernia naszej dobrodziejki, wyglądała tak jak prawie wszystkie budynki mieszkalne w okolicy. Posiadłość, wzniesiona z czarnych cegłówek, mierzyła w sumie cztery piętra. Aby wejść do środka, trzeba było najpierw przejść przez wnętrze jednego z trzech sklepów. Wejście do pączkarni stanowiły sosnowe drzwi, nad którymi, na metalowym kiju kołysała się lampa i zawieszony obok, drewniany szyld. Ramy okienne zdobiły ościeżnice z szarego marmuru, a przed każdą szybą rozpościerał się niewielki balkon, porośnięty paprotkami, tulipanami, różami i innym zielskiem.
Dużo mieliśmy w Nadar balkonów, ale niczym nie umywały się one do tych w Orienholmie. W ogóle powiem panu, że my Himlarzy mamy świra na punkcie wiszących galeryjek i mikroskopijnych ogrodów. Taka nasza narodowa przywara.
Wewnątrz piekarenki unosił się zapach malin, cynamonu, skórki pomarańczowej i goździków. Rozkosz dla nosa potęgował fakt, że woń stanowiła przyjemną odmianę dla gryzącego fetoru, który jeszcze chwilę temu towarzyszył nam na ulicy. Pomieszczenie zdawało się spore i dobrze oświetlone. Pod ścianą i przy oknie stały szklane półki, a na nich metalowe tacki, wyładowane po brzegi słodkościami. Nad regałami wisiały mnogo obrazy z rodzinnymi portretami, oprawionymi w fikuśne ramy. Za dębową ladą impregnowaną bursztynowym olejem, stała młoda, zgrabna dziewka o włosach w kolorze dojrzałego kłosa. Kobietę doszczętnie pochłaniała praca… albo przynajmniej takie wrażenie pragnęła roztoczyć przed szefową. Krzątała się po izdebce ze ścierką, przecierała, polerowała… Tam podeszła do klienta i poleciła cynamonki, tu zanotowała coś w zeszycie, a w międzyczasie co rusz poprawiała czerwoną opaskę, która po złości notorycznie zsuwała się jej z czoła. Maria minęła ją wolnym krokiem i zaczęła rozglądać się za drobinami kurzu. Nie szukała długo. Zaraz zadarła głowę i trzy razy stuknęła czubkiem paznokcia w, brudny jej zdaniem regał. Zaskrzypiały zawiasy, przeżarte rdzą. Weszliśmy na zaplecze, gdzie – podobnie jak w naszej kamienicy, stały schody, prowadzące na pierwsze i każde inne piętro.
Na szczęście dla starych łydek Dextera, pani Maria mieszkała na pierwszym piętrze. Klientka otworzyła przed nami kolejne drzwi. Zostaliśmy przywitani przez stojącą w progu, zielonooką, czarnowłosą dziewczynkę, która na nasz widok nieudolnie wytarła językiem brudne wargi, rozmazując jeszcze bardziej wokół ust lukrowo-cynamonową mieszankę.
– Znowu wyżarłaś cały farsz do cynamonek? – zapytała oschle. – Ile raz mam ci powtarzać, że nie wolno ci słodkiego. Będziesz gruba. Zresztą, spójrz na siebie, już jesteś.
Ja i mój przełożony spojrzeliśmy po sobie.
Jeżeli szaleństwo można stopniować to najgorszymi wariatami byliby ci, którzy powiadają, że wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. Pan tak nie prycha. Naprawdę istnieją tacy ludzie.
Istnieją i są wśród nas…
Młoda dama nie wyglądała na zbytnio przejętą uwagą matki. Inne rzeczy już chodziły po jej głowie. Prezenty! Goście przyszli. Na pewno cosik przynieśli. Przynieśli, prawda – pomyślała, zerkając bezpardonowo za moje ramię. Pani Sinclair zdjęła rózgę, wiszącą na jasnożółtej ścianie. Narzędzie do wymierzania kar cielesnych świsnęło dwukrotnie. Delikatna skóra na dłoniach dziewczynki natychmiast zrobiła się czerwona. Szmaragdowooka nie przejmowała się wcale ani witką, ani pulsującymi z bólu, opuchniętymi rękami. Patrzyła mi prosto w oczy, robiąc przy tym najsmutniejszą minę świata. Gospodyni wcisnęła dziecku lalkę, zaprowadziła za ucho do swojego pokoju i zamknęła za nią drzwi.
– Skaranie Boskie z tymi dziećmi – westchnęła i pokazała nam ramieniem kolejne wrota, tym razem już naprawdę prowadzące do sypialni.
Weszliśmy do środka niewielkiego, ale za to przytulnie urządzonego pomieszczenia. Ściany pomalowano na trzy kolory – beżowy w dolnej połowie, a powyżej brązowo-białe pasy. Z sufitu zwisał posrebrzany żyrandol z haczykowatymi zdobieniami. Poza nim dostrzegłem garść dosyć podstawowych mebli, a więc dwuosobowe łoże, para szafek nocnych i garderoba, z wnętrza której wyzierały sukienki pani Marii. Moją uwagę zwrócił dębowy kufer, zatrzaśnięty na wielką, metalową kłódkę oraz święty pamiętnik Laurentego, oprawiony w twardą okładkę ze skóry, przyozdobioną złotymi rogami. Księga leżała w pościeli – przykryta niedbale rzuconą kołdrą w kwieciste wzory.
– Pani mąż zaprawdę jest bardzo religijnym człowiekiem – palnąłem.
– Nie jest. To moje pamiętniki i moja figurka – odparła, przyklęknęła nad skrzynką i zaczęła szukać klucza. – Codziennie rano i wieczorem modlę się do wszystkich mędrców, żeby czuwali nad nim. Za rzadko, jak widać.
Kobieta wsadziła zardzewiały otwieracz do zamka i przekręciła dwa razy. Metalowa obręcz poluzowała się i kłódka z trzaskiem spoczęła na podłodze. Maria uchyliła wieko i obydwaj zajrzeliśmy z zainteresowaniem do środka. Wnętrze schowka zdobiły czerwone poduszki. W środku znajdowały się w sumie dwa przedmioty. Rzucona niedbale, mocno wymięta torba z papieru i złożony w idealną kostkę, lśniąco biały materiał.
– Tu trzymał strzelbę, naboje i torebkę z prochem.
– A szabla? – zapytałem. – Ją też trzymał pod kluczem?
– Nie. Odwieszał na ścianie, tam o – kiwnęła głową w kierunku dwóch haczyków, wbitych niedbale w mur. – Został mi już tylko jego ślubny garnitur – powiedziała spokojnym głosem i wyjęła ze skrzyni błyszczącą suknię. Przyłożyna pachnącą tkaninę do twarzy. Zapach perfum i śliska, przyjemnie chłodna tkanina przypomniały jej w bolesny sposób o tym, co straciła. Westchnęła ciężko i przymknęła powieki. Materiał stłumił dźwięk głębokiej urazy. Gorące łzy zebrały się w kącikach oczu. Nie mogła płakać. Nie chciała tego.
– Od kiedy męża nie ma w domu? – wtrącił się Watt.
– Cztery dni, licząc od dzisiaj – odparła nie od razu. – Jest coś jeszcze. Dwa dni przed zaginięciem wrócił do domu kompletnie pijany. Miał podrapaną twarz. Wyglądał jakby go podrapał pies albo wilk. Przemyłam mu rany spirytusem, żeby nie podeszło ropą. Więcej o tym nie rozmawialiśmy. Może gdybym… – Jej głos zadrżał silnie. – To moja wina. Gdybym go zapytała… Powiedziałby mi przecież – wyszeptała, wbijając paznokcie w ślubną kreację.
– A pieniądze? Zniknęły jakieś monety albo czeki?
– Nie. Wszystko dokładnie przeliczyłam. Zostawcie mnie na chwilę samą.
Nikt nie zaprotestował. Detektyw Watt odchrząknął i poszedł do sypialni. Już miałem pójść w jego ślady, kiedy nagle coś pociągnęło mnie za nadgarstek. Spojrzałem za siebie i zobaczyłem zielonooką dziewczynkę, która bezwstydnie dłubała w nosie, przy okazji przewiercając mnie na wylot uroczym wzrokiem.
– Przeczyta mi pan bajkę? – zapytała, wycierając kozę z nosa w spódniczkę
Przytaknąłem skinieniem. Mała chwyciła mnie za rękę i zaprowadziła do pokoju.
Tymczasem gospodyni wbiła paznokcie jeszcze mocniej w granatowy materiał. Oparła się głową o wypchany puchem materac, przykryty pościelą w polne kwiaty i zaszlochała cicho. Nie jedna ani nie dwie, lecz cały potok łez spłynął po jej policzkach, tworząc na poszewce rozległą, słoną kałużę. Miała ochotę krzyczeć, rozerwać suknię na strzępy i rzucić ją w kąt. Póki co jednak płakała. Po cichu i z dala ciekawskich spojrzeń.
Zielonooka młodzinka klapnęła tyłkiem na jaśminowym łóżku. Usiadłem obok niej, na rozkładanym krześle i wziąłem do ręki książkę, oprawioną w brzozową okładkę. Lektura, jak sądziłem po ilustrowanej okładce, opowiadała historię księżniczki, której imię po dziś dzień pozostało dla mnie tajemnicą. Szybko przewertowałem kartki, łudząc się, że zastanę więcej obrazków, niż tekstu. Kiedy empiryczna obserwacja odebrała mi resztki nadziei, chrząknąłem z zażenowania i zamknąłem lekturę, czerwieniąc się ze wstydu jak burak.
Nie poddałem się jednak. Zbłaźnić się przed ośmiolatką? Co to, to nie!
Wytężyłem zwoje mózgowe i znalazłem wyjście z opresji.
– Powiedz mi dziecko, jak ty masz na imię, co?
– Maja – odparła, szczerząc do mnie mleczaki.
– Maja… – powtórzyłem. – A co powiesz, Maju, na inną opowiastkę? Taką, której nie słyszałaś. Tę pewnie już znasz na pamięć – stwierdziłem, odkładając książkę na pościel. – Ona też będzie o księżniczce, ale innej. Takiej, która istnieje naprawdę. Co ty na to?
Dziewczynka kiwnęła głową z entuzjazmem a ja odetchnąłem z ulgą.
– Dawno, dawno temu…
– Nuda – ziewnęła. – Każda bajka się tak zaczyna. Niech jeszcze pan powie, że za górami i za lasami, to umrę z nudy i w ducha się obrócę. Nu-da! – powtórzyła.
– Za jeziorami i za pustynnymi stepami… Lepiej?
– Aha – mruknęła bez przekonania.
– No, więc za jeziorami i za stepami żyła sobie królowa, ostatnia w której żyłach płynęła krew potężnego rodu, który od wieków władał królestwem. Dynastii, która zapewniała bezpieczeństwo i dobrobyt wszystkim swoim poddanym. Irmelin urodziła się i dorastała wśród zwykłych ludzi, ale z czasem dosięgnęła wielkiego zaszczytu. Została zauważona przez Bogów. Dzięki ich błogosławieństwu przywdziała koronę i zadomowiła się w mieście, w którym mosty rozpościerają się pośród chmur, wieże sięgają słońca, a wielkie, kamienne mury i patrolujący je mężowie chronią mieszkańców przed złymi siłami.
– Czy w tym mieście można spacerować po zmroku? Nie ma tam demonów?
– Można, Maju. Złe siły nie mają tam wstępu.
– Bzdura! Miał pan nie zmyślać – obruszyła się i wydęła wargę.
– Kiedy prawdę mówię. Przysiąc mogę na mały paluszek.
– Nie potrzeba. Uschnie paluszek za takie bajanie.
– To nie. Księżniczka wiodła na zamku spokojne i dostatnie życie, ale brakowało jej miłości. W końcu, została oddzielona od matki, która opowiadała jej bajki, od sióstr, z którymi spędzała czas, na przymierzaniu sukni i od przyjaciółek, z którymi kradła jabłka ze straganów. Królowa była bardzo samotna. Postanowiła znaleźć sobie męża. Zgłosiło się wielu kandydatów, głównie książąt i szlachciców, którzy przynieśli ze sobą góry złota i obiecali pani swoje rozległe i żyzne ziemie. Na miejscu zjawił się również pewien skromny rycerz, bez ziemi ani majątku. Wojownik ten był Tytanem z dalekiego Zachodu. Przyniósł ze sobą jedynie bukiet kwiatów, który wręczył jejmości. Na ten widok śmiechom możnych nie było końca. Tajemniczy szermierz jednak nie odpuścił. Przyklęknął przed jej obliczem, zdjął hełm i poprosił o rękę. To zły pomysł, rzekł cierpko doradca ostatniej z rodu, widząc jak rumieniła się na jego widok. To bardzo zły pomysł, powtórzył. Podniebny Taras potrzebuje sojusznika. Silnego sprzymierzeńca na czasy prochu i ognia, szkiełka i… Przerwała mu. Zamilcz, rzekła chłodnym i stanowczym głosem. Kicham na wasz proch, spluwam w taki ogień.
– No i co było dalej?
– Królowa zakochała się w nieznajomym. Jednak to była roztropna kobieta. Twardo stąpała po ziemi i dlatego wiedziała, że mości doradca rzecze prawdę. Na zachodzie szerzył się Maurusowy ogień. Na wschodzie zaś straszyli Blainowie. Na południu Lyrowie grozili rewoltą, a od północy szły czarne legiony Zlathara Al’Zelaarda. Kazała więc odprawić woja tam, skąd przyszedł. Przedtem jednak obiecała mu, że jeżeli wróci do niej ze skrzynią bogactw, zostanie jego żoną. Wojak ruszył więc samotnie na północ, w poszukiwaniu skarbów. Po drodze przepędził wielu zbirów. Mnogo ludzkich istnień ocalił. Złoto, które zebrał, przetapiał w sztabki i chował tam, gdzie jego pani poleciła. Pewnego dnia jednak natrafił na potężnego przeciwnika. Czarodzieja, władającego ogniem, od którego odmarzały kończyny, a wszystko co drewniane, obracało się w popiół. Tytan starł się ze zbirem. Został śmiertelnie ranny. Zmarł, a na zimę przykrył go gruby śnieg. Następnej wiosny odnalazł go orszak królowej. Żołnierze załadowali jego ciało na wóz i wraz z kruszcem przetransportowali do miasta.
– No i co dalej? No co, no co!
Zza drzwi dobiegło chrząknięcie Dextera, który skinieniem głowy dał znać, że czas się zbierać. Na miejscu pojawiła się też Maria – oparta o futrynę, również wsłuchiwała się w miłosną historię księżnej i jej tajemniczego wielbiciela.
– Szczere łzy jejmości przywróciły Tytana do życia i obydwoje żyli długo i szczęśliwie – powiedziałem, złożyłem krzesło i odstawiłem je pod ścianę.
– A co z taborem? – dopytała Maria. – Złoto spodobało się królowej?
– Tabor w drodze przez góry wpadł do kanionu i tyle go widzieli. Królowa i tak poślubiła woja, bo kochała go szczerze i nie baczyła na jego posag.
– Głupia ta bajka – oceniła Maja.
– Czemu? Co ci się w niej nie podobał – zapytałem.
– Tata niby też kochał mamę, a gdzie teraz jest? No, gdzie?
– Może też szuka skarbów – palnąłem.
Natychmiast poczerwieniałem ze wstydu. Nieprzyjemna cisza zapadła w pomieszczeniu jak ciężka kurtyna. Spuściłem wzrok, wyszedłem na korytarz i zacząłem w pośpiechu ubierać płaszcz. Gospodyni otworzyła drzwi i obdarowała nas na pożegnanie koślawym uśmiechem. Chwilę później rozległ się trzask i stukot przekręcanego rygla. Pamiętam po dziś dzień wzrok gospodyni i bijące z jej oczu ciepło.
Może nie poszło aż tak źle, pomyślałem.
– Patrz co dostaliśmy – odezwał się Dexter i pokazał mi wnętrze torby, wypełnione pączkami, rogalikami i cynamonkami. – Wszystko, czego potrzebujemy, żeby cukier pozatykał nam żyły i żebyśmy nie dokończyli śledztwa. Kochana.
Zgodziłem się skinieniem głowy i wyszliśmy na ulicę.
– To co robimy? – zapytałem nie kryjąc ciekawości.
– Mamy trzy pączki, czyli nieparzyście…
– Pytałem, co z dochodzeniem.
– Przespacerujemy od Nadar do Eshmel i z powrotem. Jeśli nie dorwali go zbóje, zapytamy o niego w tej karczmie. Lubisz ciastka cytrynowe? Ja nie, to masz wszystkie, za nieparzystego pączka.
.

.
Później obydwaj ruszyliśmy żwawo w kierunku stajni, gdzie odpoczywały nasze konie. Zgodnie z zapowiedzią mojego przełożonego, wsiedliśmy na wierzchowce i już po godzinie maszerowaliśmy konno po trawiastej polanie między dwoma osadami. Terenu do przeczesania było całkiem sporo. Na nasze szczęście w pobliżu nie rosło prawie nic innego poza chaszczami i mchem, porastającym głazy, więc gdyby bandyci chcieli ukryć zwłoki to nawet nie mieli specjalnie jak tego zrobić. Po drugie od kilku dni nie padało wcale, więc jeśli gdzieś na kamieniu lub na samotnym drzewie zostałyby ślady krwi, powinniśmy je prędko zauważyć. No i po trzecie – wiało jak diabli. Zapach śmierci, bijący od rozkładającego się ciała zaraz poniósłby się po takiej polance.
Na czym to ja ostatnio skończyłem wątek z Rebeką? Chyba, że pan pragnie posłuchać o tym jak wyglądały drzewa, głazy i jak trawa kołysała się na wietrze. Nie? Tak też myślałem. Aha, już wiem! Jak ten skur… Znaczy się Maurus Bogobójca ciął mnie szablą. Tak, tak… To ciekawe. Prawie tak bardzo jak dzień, kiedy naszą osadę odwiedził książe Naremir, syn łaskawie nam panującej królowej Irmelin.
Pamiętam do dziś minę żołnierzy, nie mogących wyjść z podziwu nad tym, na jakież to zadupie kazała im wyprawić się królowa. Noszę w pamięci ich sztandary, to znaczy się chorągwie naszego królestwa – czarnego lwa, ubranego w krwisty szal, powiewającego na śnieżnobiałym tle. Dziedzic wyglądał widoków zza upaćkanej szyby karocy o wielkich, pozłacanych kołach, oblepionych od góry do dołu warstwami błota i fekaliów. Para uzbrojonych wierzchowców niestrudzenie ciągnęła powóz, prychając i wzdychając ze zmęczenia. Ochronne obsydiany i bursztyny zawieszone na sznurku, obijały się o drzwi książęcej pryczy. Dzięki nim młodzieniec mógł po zmroku spać spokojnie, nie martwiąc się duchami i demonami, kręcącymi się po dolinie. Złotowłosy chłopiec chłonął gówniane widoki takim wzrokiem, jakby spacerował z matką po samym Czarnym Dworze.
Na widok przyjezdnych zaraz zlecieli się wieśniacy i obsiedli karocę jak muchy. Niektórzy chyba nie do końca rozumieli jak działały koła, bo zamiast zejść koniom z drogi, rzucali się na drogę i tak oto, twarzą do błota leżąc, błagali o skromne podarki dla siebie i swoich rodzin. Niektórych żony siłą ściągały z traktu. Innych wierzchowce jako tako próbowały wyminąć, ale pan wie doskonale, że i zwierz czasem się wkurwi, więc co piąty dostawał z kopyta w żebra, bark albo w łeb. Kto oberwał, podnosił się zaraz, klął księcia po cichu i grzecznie schodził na bok. Niektóre wieśniaczki rozrywały szaty, żeby zaprezentować nagie piersi, podczas gdy inne wypinały pomarszczone pośladki, przy okazji tłukąc się między sobą o miejsce najbliżej szyby. Na miejscu zebrały się też szlachcianki, które w moment zajęły wszystkie lukratywne i zaczęły obracać się powoli, prezentując suknie, pozłacane wisiorki, kolczyki i inne kobiece duperelki. Kto nie chciał ustąpić damie, zaraz dostawał od któregoś z przedstawicieli nobilskiej rodziny rękojeścią szabli po łbie i chłostę na boku. Nasz pan stanął naprzeciwko wozu i zaczął witać księcia, chwaląc go wszystkimi, znanymi sobie przydomkami. Zmęczony, głodny i wkurwiony woźnica kiedy go zobaczył, spojrzał na strażnika, a gdy ten kiwnął głową, trzasnął naszemu karmazynowi lejcem obok ucha, na co mężczyzna podskoczył jak tresowana małpa i wygrzmocił się w kałużę. Zanim zdążył wstać, jeden z koni minął go i ochlapał błotem po twarzy.
Kiedy już napatrzyłem się na cały ten rozgardiasz, wyskoczyłem zza krzaków i pobiegłem w te pędy w stronę chałupy, gdzie mieszkała Rebeka. Po drodze cały czas trzymałem się za głowę, żeby przypadkiem nie zgubić czapki. Pani Fletcherówna – miła i sympatyczna, staruszka bez oka i dwóch palców u lewej dłoni, ucieszyła się bardzo na mój widok. Zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, wepchnęła mi do ust dwa suchary i podała do ręki kufel zsiadłego mleka, bym się nie zadławił. Przyszła teściowa kochała mnie bardziej niż własna matka… To dopiero dziwy! Siadłem z tymi sucharami w gębie, upiłem cosik ze szklanki i zacząłem przeżuwać. Babinka tymczasem podsunęła mi pod dziób drewnianą łyżkę, taką do miodu, żebym sobie oblizał resztki. Nie wiem czemu mnie tak lubiła. Prawdę powiedziawszy, trochę się jej bałem. Ale przecież nie jej wina, że zbóje jej wydłubali oko. Nie mogłem pojąć dlaczego była dla mnie taka dobra. Może dlatego, że jako jedyny we wsi, mówiłem jej dzień dobry, a zamiast rzucać w jej córkę kamieniami, dawałem buziaka.
Córka, właśnie! Prawie o niej zapomniałem, tak się o starej Fletcherównie zagadałem.
Rebeka siedziała w kącie, na taborecie z igłą i nitką i klnąc na głos, wszywała w materiał kolejne kwiatki, których garść rozsypała sobie na kolanach.
– Książe już przyjechał. Widziałem karocę – powiedziałem wreszcie i zacząłem oblizywać usta, lepkie od miodu. Pana naszego ktoś z chłopstwem pomylił i biczem po czole smagnął. Szkoda, że Gerwazego nie było, może by rykoszetem oberwał.
Gosposia prychnęła cicho, zabrała łyżkę i podała mi jeszcze ciutkę miodu.
– Już?! Kiedy suknia nie gotowa – westchnęła moja miła.
– Lepiej już nie zrobisz, dziecko – stwierdziła jej matka, usiadła na krześle i zapaliła papierosa. – Idź, bo noc cię zastanie i tyle cię możny zobaczy.
– Idę, już idę – powiedziała i zaczęła się przebierać. – Zapniesz mnie z tyłu?
– Pani już się nastała, ja zrobię co trzeba – rzekłem i poderwałem się z miejsca.
W niedogrzanej izbie rozległ się głośny, przypominający chrząkanie, śmiech staruszki. Kobieta wzięła ze stołu tłuczek do masła i wróciła do ubijania gęstej śmietany. Podszedłem do mojej łasiczki, spojrzałem na zardzewiały zamek. Szybko poprosiłem w myślach wszystkich Bogów, żeby nie puścił i pociągnąłem. Metaliczny świst poniósł się po niedogrzanej izbie. Zsuwka została na swoim miejscu – na moje szczęście. Później jeszcze poprawiłem jej kołnierz i ucałowałem w szyję. Dziewczyna wstała zamaszyście, zakręciła się parę razy wokół własnej osi i wyciągnęła ramiona w bok, żebym mógł przyjrzeć się jej kreacji. A co do sukni… No, cóż… Nie była paskudna. Podejrzewam, że kiedyś miała brązowy kolor ale po kilkudziesięciu praniach odcień zdawał się bliższy szarości. Tu i tam coś się naderwało, więc się zszyło nitką. Krój też pozostawał do życzenia. Przynajmniej piersi odsłonęła należycie. Resztę nadrabiała buźką. Powinno wystarczyć na jakiegoś tam księcia, pomyślałem i ucałowałem bladą rękę mojej luby.
– Wyglądasz cudownie – stwierdziłem bez wahania.
– Szlachcianki będą w szpilkach… A ja nawet nie mam butów.
– W szpilkach? – zaśmiała się staruszka. – Tym lepiej dla ciebie, dziecko. W takie błoto, to damulki potykać się będą o te szczudły i padać między nogi księcia jak zwykłe kurwy. Tako mi rzekła sama Święta Elina, więc inaczej być nie może.
– Weź moje – powiedziałem. – Są ciepłe i mają płaską podeszwę.
– Będzie ci zimno w pięty. Zmarzniesz, zanim się doczekam swojej kolejki.
– Lubię zimno – skłamałem, uśmiechnąłem się szeroko i oddałem swoje drewniaki.
Rebeka odwzajemniła uśmiech i spojrzała na mnie z wdzięcznością.
Wyszliśmy z chałupy i podreptaliśmy wesoło w stronę szlacheckiego dworku, gdzie czekał książe z wojami i lgnący do niego ludzie. W drodze dołączył do nas mój brat, Hans. Jego bardziej niż dziewki i syn królowej, obchodzili dwaj wartownicy, a konkretniej mówiąc jeden Tytan, który za sakwę koron zgodził się ochraniać jego złotowłosą mość.
– Powiem matce z kim chodzisz po polu – powiedział i pokazał mi jęzor.
– Powiesz matce, że chodzę z małym kaszojadem, co ledwie odstaje kuklami od ziemi a podskakuje starszym do podbródka? Tak? Idź, zatem. A kopniaka dla rozruchu chcesz?
Braciszek zaczerwienił się jak burak. Moja luba uśmiechnęła się tylko. Po jej minie wiedziałem, że walczyła ze sobą, żeby nie parsknąć śmiechem.
– Po kiego ty w ogóle za nami leziesz? – wkurzyłem się. – W domu nie ma nic do roboty? Jajka kurom przebrałeś? Krowy wydoiłeś? Paszy zwierzom nasypałeś? Gówna odsiałeś? Znowu wszystko ja będę musiał za ciebie robić, łajzo.
– Idę poznać Tytana, może mnie zabierze do szmaragdowej przystani. Co byś na to powiedział, braciszku? Jakby mnie król pasował na Tytana?
– Za niski jesteś, braciszku, ale leć. Dla mnie to możesz pofrunąć nawet za czarny gród. Zaraz tak ci przyłożę w tyłek, że w mig się tam znajdziesz.
– Matce powiem, jak się do mnie zwracasz.
– To ja powiem ojcu, żeś mu butelki pochował.
Tak rozmawiając, doszliśmy do uchylonej bramy dworku. Gerwazy na nasz widok prychnął tylko śmiechem, splunął pod nogi i niechętnie, bardzo powoli zszedł nam z drogi. Za furtą, zrobił się już niemały tłok. Wokół księcia utworzył się ścisły pierścionek dziewcząt, matek i ojców a także zwykli wieśniacy, pragnący dowiedzieć się, czemuż to syn królowej nawiedził ich osadę. Złotowłosy wstał z przenośnego tronu, upił resztkę wina z pozłacanego pucharu i oddał go służącemu. Kiedy zaklaskał, wszystkie oczy skupiły się na nim.
To dobry moment, żebym coś opowiedział o wyglądzie księcia. Włosy jakiego koloru miał syn Irmelin, już pan wie, to nie będę powtarzał, dodam tylko, że dbał o nie należycie. Czesał na prawy bok i utrwalał solidną ilością wody z cukrem i gumą. Twarz Naremira wyglądała jak buźka dziecka, tylko takiego mocno wychudzonego. Pan mnie nie pyta o kolor oczu, za daleko byłem, żeby ocenić. Cera jego była idealnie gładka, pozbawiona jakichkolwiek przebarwień czy znamion – jak u niemowlęcia. Ja dla odmiany w jego wieku cały byłem w pryszczach. Najmłodszy z rodu Troldów nosił czarne szaty, przepasane szerokimi, skórzanymi pasami, na wzór myśliwych, do tego ciasne spodnie, z ozdobnymi fioletowymi przywieszkami i kozaki, których długie nogawki pokrywało czarne i białe futro. Na plecach dziedzica powiewała zaś czerwona peleryna, z zabarwionych kruczych piór.
Szturchnąłem w bok mojego brata, żeby przynajmniej udawał, że patrzy tam, gdzie powinien i sam zerknąłem z ciekawości w oblicze przybysza z Haimu.
– Moja matula nauczyła mnie, że w życiu każdego mężczyzny do szczęścia potrzebne są dwie kobiety – zaczął przemawiać, głosem przypominającym skrzeczenie głodnego dziecka. – Jedna do kochania i druga do rodzenia potomstwa. – Paru chłopa zakrzyknęło z entuzjazmem, a później z bólu. Nieproszeni krzykacze zaraz ugięli głowy pod ciężarem kling. – Tę drugą już wybrałem. Będzie to najstarsza z córek króla Haimatu – powiedział doniośle i odczekał kilka sekund aż szepty wśród pospólstwa ucichną. – Przymierze, między naszymi dwoma królestwami, zapewni nieprzerwany rozwój i uchroni przed agresją z północy. Mój dziadunio, Eiric z rodu Troldów dał wam mur, który po dziś dzień ochrania Podniebny Taras przed demonami. Ode mnie dostaniecie coś znacznie lepszego. Pokój, murowany obsydianem i czarnym kamieniem! Dam drogi i konie żelazne, we wnętrzu których jeździć będzie, jak ziemia królowej Irmelin długa i szeroka!
Lud zawył z radości. Hans pociągnął mnie za rękę.
– O czym on mówi? – krzyknął, a ja i tak z trudem go usłyszałem.
– Zbudują kolej i postawią tory – wyjaśniłem. – Takie, jak mają Haimowie.
Braciszek kiwnął głową na znak, że przyjął do wiadomości nową wiedzę. Książe przepłukał gardło winem, poprawił się na zdobionym diamentami krzesełku i poczekał w spokoju aż chłopy i zbiedziała szlachta nacieszą się jego majestatem i obietnicami. Nie spieszył się, nie niecierpliwił. Nic z tych rzeczy. Wiwaty i oklaski miłe były dla jego młodocianej, spragnionej uwagi duszy.
– A teraz, pokażcie mi wasze dziewki – rzekł i wyciągnął przed siebie ramiona w teatralnym geście – Niechaj znajdę sobie jakąś do kochania. Chciałbym aby kandydatki podchodziły do mnie zgodnie z wiekiem od najmłodszej, do najstarszej. Nie interesuje mnie wasze pochodzenie, ani wasz posag. Powiadam wam, miłość jest ślepa na to, co świeci. Niechaj wybiera zatem! Czy są tu kobiety w styczniu urodzone?
Garść niewiast podniosła ręce. Naremir kiwnął ręką i kandydatki wystąpiły przed szereg. Obejrzał je wszystkie z twarzy, kazał każdej z osobna podejść bliżej, zakręcić się dookoła i zrobić ładny uśmiech. Kandydatki, jedna po drugiej, kłaniały się nisko i po krótkim pokazie wracały na miejsce. Pewna wieśniaczka wyskoczyła nieproszona, padła na kolana przed księciem i jęła opowiadać o sobie i o matuli, która rzuciła na nią klątwę. Czar miał sprawić, że zamiast dzieci, zaczęła rodzić sztabki szczerego złota. Książe lubił błyszczący kruszec, jednak nie z tego powodu zajechał do naszej osady, więc kazał szaloną chłopkę odprawić. Jeden z wojów pogonił ją dzidą i pan przywołał do siebie damy z lutego. Wyszły dwie szlachcianki, jedna hrabianka i kobieta bez tytuła. Hrabianka obśmiała potarganą suknię rywalki i książe kazał jej natychmiast odejść. Kandydatka zapłakała głośno, siorbnęła nosem i wyraźnie przygarbiona, ruszyła w stronę matki. Po drodze zahaczyła szpilką o korzeń i ku wyraźnemu rozbawieniu tłumu, zaryła twarzą błoto.
– A Ty, z którego jesteś? – zapytałem, zerknąwszy na moją łasiczkę.
– Z gfutnia – odparła, gryząc na przemian wargi i paznokcie.
– To trochę tu postoimy. Byś dała już pokój tym paluchom, co?
Od niechcenia wróciłem do obserwowania Tytana, przestępującego ociężale z nogi na nogę. Pancerz jego składał się z tak wielu elementów, że za każdym ruchem któraś z metalowych obręczy, bądź płatów ocierała o inną powierzchnię, trzeszcząc tak, aż cierpła skóra. Ze szczelin między okuciami na barkach wystawały krucze pióra. Żołnierz trzymał przy pasie miecz i hełm, przyozdobiony u szczytu czerwonym włosiem, potęgującym już i tak gargantuiczny, wzrost strażnika. Nieznajomy patrzył gdzieś w dal, jakby dziewki, książe i wyjący tłum nie obchodziły go wcale. Podobnie, zresztą jak mojego brata.
Na kolejne klaśnięcie wyszły chłopki i szlachcianki z marca. Od patrzenia na te wszystkie niewiasty zmogła mnie potrzeba tańca. Spojrzałem z pożądaniem na moją Rebekę, przysunąłem się bliżej i zacząłem całować ją po poliku. Łasiczka odsunęła się o mały kroczek. Myślała, że odpuszczę. Przysunąłem się jeszcze bardziej i wróciłem do pieszczot. Kobieta odsunęła się o kolejny kawałek i tym razem, dla pewności jeszcze przydepnęła butem palec u mojej stopy. Pisnąłem z bólu jak baba. Odpuściłem.
– Nie będziesz zły jak uwiodę księcia? – zapytała po chwili, starając się ukryć przede mną zarumienione policzki – Jak się uda, to będę dzieliła z nim łoże. Myślisz, że będę musiała na niego patrzeć, czy zgodzi się kochać mnie od tyłu?
– A pieprz się jak chcesz – burknąłem.
– Miałeś nie być zły – powiedziała i walnęła mnie w nogę.
– Nie jestem – wycedziłem.
Ruszyły panie z kwietnia. Aż tuzin się ich zebrało. Książe poprawił tyłek na tronie, oparł się na boku i w zamyśleniu zaczął stukać palcami o oparcie krzesła.
– Wiesz doskonale, że tylko ciebie kocham. Jak coś, to będę wymykała się z zamku popołudniami, żebyś mógł mnie widywać. Na pewno mają tam jakieś boczne korytarze na takie okazje – powiedziała i oparła głowę o mój bark. – Pod kocem z księciem leżąc, tylko o Tobie będę myśleć. Na kolację najem się czosnku, żeby mu się mnie całować zbytnio nie chciało. Aa…? – szturchnęła mnie łokciem. – Co myślisz o tym, luby? A co mi da w prezencie, to zaraz sprzedam i podzielimy się po równo. Będzie dobrze, zobaczysz – powiedziała z tak pewnie, jakby Naremir już stał się jej własnością.
Byłem innego zdania, ale stałem w ciszy, nie chcąc zepsuć jej humoru.
Poza tym przed szereg wyszły właśnie damy z maja, które na widok panicza tak zaczęły piszczeć, że cokolwiek bym nie powiedział to i tak nie dotarłoby do jej uszu. Jedna z kobiet, zamiast uśmiechać się i obracać jak pozostałe kandydatki w ramach swojej mądrości stwierdziła, że rozbierze się do naga i w takim stanie usiądzie na kolanach księcia. Rzuciła więc suknię w błoto, cisnęła obok drewniaki, usiadła okrakiem na jego kolanach i zaczęła gnieść jego usta swoimi wargami. Na wszelki wypadek zasłoniłem bratu oczy, choć doskonale wiedziałem, że nadal gapił się na tego cholernego Tytana. Sam dostałem po łbie od łasiczki za to, że niby patrzyłem kurwie między pośladki, co oczywiście nigdy w życiu nie miało miejsca. Żołnierz już ruszał z dzidą, ale Naremir sam odpędził się od nachalnych ust i zatrzymał go ruchem dłoni. Naremir klasnął dwa razy. Gwizdy i śmiechy ustały.
– Powiedz mi, dziewko, co ty masz między uszami? – zapytał.
– Wosk – rzekła po chwili namysłu.
– To bez wątpienia, ale w uszach, a nie między nimi. Próbuj dalej.
– Flaki? Jelita? Nie… Wątrobę? – wyliczyła
– Pudło. – Dziedzic uśmiechnął się głupkowato. – A masz Ty, dziewko, mózg?
– Chyba mam. A co z nim? – Kandydatka także wyszczerzyła zęby.
– Chyba masz – powtórzył bardzo powoli, dokładnie intonując każde słowo. – W takim razie przypomnij mi… Rzekłem, że szukam kurwy, czy kobiety do kochania?
– Do kochania, wasza miłość – wydukała.
– W takim razie, czemu zachowujesz się jak kurwa?
– Przepraszam – pisnęła, zabrała ubrania z ziemi i uciekła z płaczem.
– Przepraszam, wasza miłość – poprawił ją i klasnął w dłonie.
Wyszły panie z czerwca.
Nagle w kręgu zrodziło się poruszenie. Chłopi i szlachta poczęli rozchodzić się na boki. Pewna kobiecina, odziana w długi płaszcz z kapturem, zaczęła przeciskać się między pospólstwem. Tuż za nią szedł podobny wzrostem, barczysty jegomość o ciemnych, prostych włosach i niezbyt zadbanym stroju. Niósł na rękach dziecko, posiniaczone na twarzy i rękach, na śmierć poobijane przez końskie kopyta. Staruszka ominęła dziewki, stanęła bokiem do księcia i pokazała go palcem
– Ten człowiek winny jest śmierci ośmioletniego dziecka. Mojego syna! – wykrzyknęła w sposób, który przeszył zebranych, zatrząsł domostwami i wniknął głęboko w ziemię, budząc poważny niepokój wśród spracowanych dżdżownic.
Wojacy natychmiast ruszyli w jej kierunku. Naremir poderwał się z tronu i zatrzymał ich ruchem dłoni. Wieśniacy zaczęli krzyczeć, wymachiwać pięściami i uderzać stopami w ziemię, żądając wznowienia zabawy. Jeden z nich wziął w rękę garść przemoczonej ziemi i cisnął nią w kierunku zakapturzonej jejmości. Kobieta odwróciła głowę, ale zbyt późno. Błoto, wymieszane ze żwirem i odchodami obryzgało jej twarz, płaszcz i czoło dziecka, które trzymała na ramionach. Nikt nie zwrócił uwagi na ciemnoszary, bliżej nieokreślonego kształtu obiekt, który niby chmura albo gęsty dym przeleciał nad naszymi głowami i zakręcił się wokół dębowego pnia, po czym wniknął w jego porowatą korę.
– To przeklęta wiedźma! – dodał ten, który rzucił mułem. – Siadła gołą dupą na ognisku i trzy kwartały później porodziła bękarta ognia. Sam widziałem, jak odmieniec przypalał kurze pióra za chałupą. Kurwa nie ma prawa głosu, powiadam. Nie ma!
– Sklej ozór z podniebieniem, parobie! – odkrzyknął stojący za nim szlachcic i przyłożył mu w potylicę rękojeścią szabli. – Nie widzisz, że książe chce przemówić?! Przestań mu przerywać majakami swemi, mniej niż władcy pierdnięcie wartymi!
– Dzięki ci zacny panie – rzekł Naremir. – Niech wiedźma przemówi – dodał i spojrzał na Tytana. – Każdemu kto od teraz jej przerwie, obetnij głowę. Masz moją zgodę.
Wieśniaczka zdjęła kaptur, a kiedy to uczyniła pociemniało mi przed oczami. Momentalnie ciężki się zrobiłem jak słoń, a w głowie zakręciło mi się tak, jakbym wypił na hejnał beczkę piwa. Pomyślałem, że staranuję zaraz kogoś z tyłu i padłem w ramiona Rebeki. Tak bardzo przeraziła mnie własna matka. Z tego wynikało, że stojący obok niej chłopak o kruczoczarnych włosach to Ralph we własnej osobie. A skoro tak, to martwym dzieckiem, które trzymała w dłoniach musiał być… Romeo. Jeszcze słabiej mi się zrobiło. Taki gorąc mnie uderzył jak podczas najcięższej febry. Nogi zmiękły mi, jakbym od tygodnia nieprzerwanie chodził, żołądek podskoczył pod przełyk, a we łbie to mi się już tak kręciło, jakby góra z dołem wyszły tańcować do stajni.
– Mój syn został stratowany przez karocę. Na śmierć ubity! – wykrzyknęła.
– Skąd wiadomo, że to od koni? Kto poznał obrażenia? – głos Naremira był spokojny.
– Ja, wasza miłość. – Stary, siwy i przygarbiony zielarz odziany w wilcze futro i niedźwiedzią czapkę wyszedł przed szereg, podpierając się drewnianą laską.
– Ktoś Ty? – kontynuował syn królowej.
– Prosty człowiek. Niegodny rozmowy z księciem.
– Ktoś go zna? – Książe uniósł zgięte w łokciu ramię, pokręcił głową i wzruszył brwiami. – Pytam, czy ktoś zna tego człowieka? Czy korzystał z jego leczniczych usług i gotów jest potwierdzić fach w jego dłoni?
– Mnie raz nagotował naparu na ból głowy.
– I co? – zapytał panicz. – Eliksir pomógł?
– A nie pamiętam, bośmy ze szwagrem dalej pić poszli.
– Mojemu dziecku nastawił nogę – wtrąciła się pewna kobieta.
– A mnie pomógł odebrać poród – dodała inna.
– Wystarczy. – Naremir opuścił ramię. – Bartheonie, przynieś kufer.
Bartheon ukłonił się przed majestatem dziedzica i podszedł do karocy. Wrócił po chwili, niosąc oburącz ozdobną skrzynką. Moja matka dyszała ciężko. Nie odrywała wzroku od księcia. W pewnej chwili Ralph wychaczył mnie w tłumie. Górna warga mu drgnęła. Oczy zwęziły się jak u geparda. Wpierdol, pomyślałem i znowu mnie zmogło. Na moje szczęście, łasiczka miała dwie, sprawne kukle. Zielarz zaczął mlaskać i rozglądać się na boki. Zacierał dłonie i myślał tylko o tym jakby chyżo dać nogę poza zasięg pierścienia. Woj rzucił schowek w błoto, otworzył na oścież i pokazał teatralnym ruchem dłoni, całe kryjące się w środku bogactwo – wisiorki, naszyjniki, kolczyki, breloki, puchary i monety. Wszystko złote.
– Życia już mu nie przywrócę, ale nadal mogę zadośćuczynić. Zakładam, kobieto, że masz inne dzieci, więc nie tylko Tobie miły będzie mój podarek. Wybierz dwa przedmioty z tego schowka. Będą Twoje po wieków wieki, a ktokolwiek spróbuje ci je odebrać, z mojego osobistego polecenia trafi na stryczek.
Z ust mojej rodzicielki wydobyło się westchnienie, zmieszane ze śmiechem, okrzykiem i lamentem. Matula padła na kolana, położyła Romea na swoich ugiętych nogach i zaczęła przebierać rękoma błyszczące wyroby. Zachlapała błotem suknię i kożuch… Nie miało to dla niej znaczenia. Bratanek spojrzał na nią z obrzydzeniem i zaczął mielić ozorem. Tak mruczał jakby z kimś gadał. Coś, co ukrywało się w pni dębu, wylazło ponownie na wierzch, poruszyło gałęziami drzewa i zniknęło. Kobieta wstała wreszcie, bogatsza o dwa pierścionki, które założyła na palec i uśmiechnięta od ucha do ucha. Pokłoniła się przed władcą Podniebnego Tarasu, przytuliła Romea do piersi i powoli zaczęła oddalać się w kierunku utworzonego korytarza. Paskudny braciszek obrócił się na pięcie i ruszył jej śladem. Nim poszedł, zobaczyłem krwawiące znamię, które pojawiło się na jego czole.
– Czy tyle cię zadowala, wieśniaczko? – zapytał.
– Tak, wasza miłość – odparła, śmiejąc się i płacząc na przemian.
– Dobrze. – Naremir zatrzasnął kufer, kopiąc w niego butem.
Rodzicielka ukłoniła się raz jeszcze, tym razem po same kule i czmychnęła z oczu panicza, podobnie jak zielarz, który podniósł głowę do chmur, złożył ręce do modlitwy i zaczął dziękować Bogom za dobry nastrój władcy i moc wina. Tuż za nim przemknął ktoś jeszcze – mężczyzna, ubrany w czarny płaszcz, sięgający ziemi. Spod jego rękawów wystawały blade jak porcelana, naznaczone czarnymi pręgami ręce nieznajomego.
Przed szereg wyszły panie z czerwca.
– Muszę tam iść – powiedziałem i zdjąłem z piersi ramię mojej luby.
– Ronald… Iść z Tobą? Pójdę jak chcesz. Cały ten książe… Nic to. Pójdę.
– Szalonaś? Do mojej chałupy pójdziesz? Do mojego braciszka? By ci siekacze poprzestawiał? Za włosy wytargał? Stój tu, mówię. Stój, jak masz buty.
W drodze do domu wyobrażałem sobie wszystkie paskudne rzeczy, które zrobiłbym księciu, gdybym tylko, gdzieś na boku, dostał go w swoje łapy. Myślałem też o bracie. O tym, dlaczego kostucha zabrała akurat jego. Romeo nie zasłużył na śmierć. Nie na taką.
Każdy z nas przeżywał tragedię na swój sposób. Ojciec poszedł pić. Matka usiadła plecami do pieca. Śmiała się, płakała i mruczała coś do swoich pierścionków. Chyba nadała im nawet imiona. Nie pamiętam już teraz jakie, zresztą to bez znaczenia. Romeo leżał w rogu. Gapił się w sufit martwym wzrokiem. Ralph wyszedł na zewnątrz. Stanął naprzeciwko stojaka, na którym suszyła się jelenia skóra i zaczął masakrować ją nożem. A pozostałe rodzeństwo… Gdzieś tam poleźli, chłopaki. Czort jeden wiedział dokąd.
Podszedłem do matki, licząc że mnie zbije, albo chociaż nawyzywa.
Nie doczekałem się, więc poszedłem po lanie do brata. Czułem, że muszę dostać po dupie. Jakby to miało przywrócić młodemu życie, to bym dał się i do krwi wychlastać. Ralph ściskał nóż w dłoni. Tak mocno go trzymał, aż mu wszystkie żyły na ręce powyłaziły. Pierwszy raz widziałem go jak płakał. Klnął, siorbał nosem i szlochał na przemian, tnąc na drobne kawałki skórę, co ją przez ostatnią godzinę ściągałem z rogatego zwierza. To co jeszcze wisiało na stelażu, kołysało się na delikatnym wietrze. Chłopak przerwał na chwilę, przetarł zakrwawione czoło, wytarł szybko nadgarstek w spodnie i wrócił do chlastania.
– Jesteś ranny…? – odezwałem się wreszcie.
– Zejdź mi z oczu, bękarcie, bo skończysz jak ten jeleń – warknął.
– Jak do tego doszło? Widziałeś karocę?
– Chuja widziałem. Zjeżdżaj, mówię – powiedział, podniósł kamień z ziemi i rzucił w moim kierunku. Nawet nie musiałem uskakiwać na bok, taki to był niedbały rzut.
– Idź do zielarza. Źle to zadrapanie wygląda – zmartwiłem się.
Ralph opuścił dłoń, w której trzymał sztylet i spojrzał na mnie.
– Ponoć przestałeś podbierać kurze pióra od Hansa. Znudził ci się ogień, czy Twoje palce zaniemogły, odmieńcze? – wycedził, kładąc szczególny nacisk na ostatnie słowo.
– Skąd Ty… – zdziwiłem się nie na żarty.
– Wszystko mi powiedział. Wiesz, że przestał rosnąć? Matka mówi, że nie dosięgnie dwóch metrów. A ty mącisz mu w głowie, opowiadasz bajki… Robert utyka na prawą nogę. Zranił się jak spadł z drzewa. Wdała się infekcja. Umrze – powiedział z pewnością.
– Skąd możesz to wiedzieć?! – wydarłem się na głos, byle tylko zagłuszyć jego słowa.
– Bo dokonałem wymiany – wycedził i zamaszystym ruchem dłoni odciął kolejny płat jeleniej skóry. – Życie dwóch synów naszej matki za sprawiedliwość dla dzieciobójcy.
Cofnąłem się o krok i z niedowierzania zaprzeczyłem ruchem głowy.
– ciebie chciałem oddać, ale diaboł ani myślał mnie słuchać. Słyszysz, bękarcie?! Nawet w piekle demony się wami brzydzą. Takie jesteście szkarady!
Wiatr ustał całkiem. Zza moich pleców dobiegał stukot górskich kryształów, zawieszonych na przeżartym rdzą gwoździu, huśtających się niespokojnie na lnianym sznurku, walących wściekle o drzwi i siebie nawzajem. To nie żywioł tak nimi szamotał. Niespodziewanie dwa kruki zatrzepotały skrzydłami i naraz oderwały się od gałęzi by powziąć lot w nieznanym kierunku. Głośny dźwięk wyrwał mnie z zamyślenia i sprawił, że ciarki przeszły po moim ciele. Ralph ciął bez opamiętania. Krew ściekała mu po łuku brwiowym, po oczach i nosie a dalej, po kropli spływała na ziemię.
Nigdy więcej nie wróciliśmy do tej rozmowy.
Mijały tygodnie. Pamiętam jak umierał Robert. Opuścił nas pod koniec grudnia. Infekcja rozniosła się po całej nodze. Zielarz amputował chorą kuklę, ale nic to nie pomogło. Pamiętam jak w dniu śmierci wyznał mi, że w cieszy się ze swojego losu, bo tam na górze ma świętą Elinę, która go kocha a tu miał tylko chłodną, szaloną matkę, której od śmierci Romea całkiem już odjęło rozum. Rodzicielka kazała mi nosić zsiadłe mleko dla Roberta jak chorował. Przez cały czas leżał w rogu naszej izby, najbliżej pieca. Tam go kazała położyć, żeby nie zmarzł. Oczywiście, mogła się sama pofatygować ze szklanką, ale wolała udawać, że nie widzi problemu. Nosiłem więc mu to cholerne mleko i patrzyłem jak każdego dnia ze szklanki znikało coraz mniej objętości. Ostatniego dnia nie ruszył go wcale. Następnego również. I jeszcze kolejnego. Matka i tak kazała nosić, bo może zaraz cosik upije. Dopiero jak muchy i glizdy go obsiadły, pozwoliła mi iść po wywarmistrza. Oczywiście, nic już nie dało się zrobić. Kapłan stwierdził zgon. Przyszli dwaj smutni panowie. Zabrali ciało i tyleśmy go widzieli. Jeszcze przez kilka kolejnych dni w chałupie śmierdziało kosiarzem.
Ralph nadal pokrwawiał z czoła. Wszyscy w rodzinie wiedzieliśmy dlaczego działo się tak, a nie inaczej. Pewnego ranka kapłan zabrał mnie za chatę, chwycił za ramię i rzekł.
– Niedaleko na północy ponoć widzieli znachora. Nie martw się, chłopcze. Odnajdę go i sprowadzę do was. Może cosik jeszcze da się zrobić – powiedział, by dodać mi otuchy i wsiadł na osiodłanego konia. – Nie martw się – powtórzył.
Nigdy więcej go nie widziałem.
Hans podobno ukradł klacz ze stajni naszego pana. Spadł z siodła i rozwalił sobie łeb o kamień. Po cholerę on w ogóle ładował zad na plecy tego przeklętego zwierza? Przecież Tytani nie jeżdżą konno. Za ciężcy są na to. Czort jeden wie, najpewniej tak miało być i już. Trafił do dołu, a stamtąd go anieli zabrali do chłopskiego nieba. Rana bratanka zaczęła się zasklepiać. Dwa dni później do dworku zawitał kruk, niosący tragiczną wieść z Podniebnego Tarasu. Przez kolejny tydzień damy i nobile na czarno ubrani chodzili po wsi.
Pora wrócić do Dextera, na polanę. Pod samotnym dębem dostrzegłem ciało, spoczywające w krzakach. Czerwony płaszcz denata skutecznie barwił krew, która już co najmniej kilka godzin temu wsiąknęła w tkaninę. Ktoś, kto dokonał tego mordu nie pokusił się nawet, żeby wrzucić zwłoki do przepływającej nieopodal rzeki, nawet nie wspominając o pochówku. Szyję nieznajomego pokrywała warstwa sadzy, co sugerowało, że za ten haniebny czyn odpowiadał mag ognia. Na ciele brązowowłosego – oprócz śmiertelnej rany, nie dostrzegłem żadnych świeżych cięć, czy blizn, które mogłyby pamiętać przeszłe potyczki. Poza płaszczem, mężczyzna nie miał na sobie nic cennego. Skórzane buty, które nosił, kiedyś być może wyglądały zacnie, jednak w tamtej chwili mogły swoim wyglądem zadowolić jedynie szewca, spragnionego nowych zleceń. Na ziemi, nieopodal ciała spoczywała szabla i strzelba z sosnową rękojeścią, łudząco podobna do tej, którą opisała pani Maria.
Na ten widok gwizdnąłem głośno. Mój wspólnik zsiadł z konia i westchnął ciężko, bo stawy i kręgi miał już nie takie, jak za młodu. Poklepał czule swoją klacz – Bursztynkę i podszedł do nieżywego towarzysza. Coś tam pomruczał, po czole się podrapał, a później przykucnął nad zwłokami i po dłużącej się chwili namysłu, wydał werdykt.
– Cuchnie, jakby leżał tu kilka dni.
– A narzędzie zbrodni? – dopytałem.
– Ktoś przebił mu serce szablą. ciął od góry… Hm… Ofiara leżała już wtedy na plecach, być może nieprzytomna. Zbir przypalił mu gardziel, a więc włada ogniem.
– A to? – Pokazałem palcem górkę rozkopanej ziemi.
– Nie, ta dziura na pewno nie powstała od szabli.
– Morderca nie próbował nawet pozbyć się śladów – stwierdziłem.
– Ta strzelba – mruknął śledczy. – Jaki grawerunek miał być na rękojeści?
– Wąż – odparłem. – To na pewno jego strzelba. Sprzedał ją? Zgubił? Oddał?
– Za wcześnie, by zgadywać. – Pan Watt stanął na nogach
– Iść po Marię? – zaproponowałem. – Może rozpozna tego waszmościa.
– Idź, idź – mruknął. – Ja tu postoję, popilnuję by denat nie wyszedł z siebie.
Nawet nie rzuciliśmy monetą. Stary wyzyskiwacz od razu sięgnął po kieszeni i zaczął napychać fajkę tytoniem. Wiedział, że miałem serca przerwać mu prozdrowotnej praktyki. Postawiony pod ścianą, zawróciłem konia i we dwójkę ruszyliśmy niespiesznie w kierunku miasta. Pani Sinclair przyjęła ze spokojem wieść o naszym znalezisku. Albo przynajmniej takie chciała zrobić na mnie wrażenie…
– Skoro zwłoki są spalone, to skąd wiecie, że to on? – zapytała w połowie drogi.
– Nadpalone. To duża różnica. Poza tym chyba znaleźliśmy jego strzelbę.
– Aha… Maja jest wdzięczna za bajkę, panie…? – zmieniła temat.
– Ronaldzie – dokończyłem za nią.
– No, tak. Ronald Wattson.
– Nie. Po prostu Ronald.
– Nie…? A myślałam…
– Tam, gdzie się urodziłem, dzieciom nie nadawano nazwisk… Chyba, że córkom naszego nobila. Niektóre to nawet bez imienia chodziły. Watt i Wattson. Rymuje się, prawda? To jego pomysł. Tak to sobie umyślił. Lepiej wpada w ucho niż Watt i Ronald z kurwidołka.
– Tak, faktycznie – zgodziła się kuchmistrzyni.
Pod koniec podróży musiałem zacząć użyczać jej wina, bo biedna nie miała już czym wymiotować. Tłumaczyła, że to od choroby lokomocyjnej. Niepotrzebnie. W pełni ją rozumiałem – siodło, zarzucone na plecy Bursztynki tak podskakiwało, że sam najchętniej też puściłbym pawia. W pewnej chwili Panna Sinclair uczepiła się nieco mocniej moich bioder. Cały czas trzymała tam ręce, by nie spaść ale wtedy wbiła paznokcie na tyle, że poczułem je, mimo kilku warstw odzienia. Jedną dłonią trzymała, drugą bawiła się swoim płaszczem z lisiego futra. Za którymś pagórkiem zsunęła go nawet z barku, a jeszcze dalej, powoli wsunęła dwa palce pod ramiączko, trzymające w ryzach jej szarą suknię. Klacz prychnęła. Klepnąłem konia w bok, by dodać mu otuchy.
– Spokojnie… Już prawie jesteśmy. Jeszcze jeden pagórek. Jeszcze jedna brzoza.
– Ronald – powiedziała, a w zasadzie to szepnęła i oparła się o mój bark.
Bez słowa podałem jej manierkę z winem. Zaśmiała się tylko. cicho. Nieszczerze.
– Mogłabym o coś prosić? O coś, co dalece…. Dalece wykracza poza zakres usług, świadczonych w waszym zakładzie? Mogłabym, Ronaldzie?
– Nie wiem, czy będę potrafił pomóc. Co trzeba zrobić?
– Widzisz ten dąb? – zapytała, głosem pełnym pożądania.
– Aha. To bardzo ładny dąb – odrzekłem i zaraz zakaszlałem kilka razy, żeby zagłuszyć burczenie brzucha, spragnionego pieczonych kasztanów.
– A chciałbyś kochać się ze mną pod tym drzewem?
– Miałem znajomego, który uwielbiał uprawiać miłość na łonie natury.
– No… – Maria przysunęła usta do mojej szyi. – No i co z nim?
– Kleszcz go ugryzł w kuśkę i już nie mam znajomego. Zresztą, o czym my w ogóle rozmawiamy? – zirytowałem się. – Pani ma męża, do jasnej cholery!
– Męża – zaśmiała się głośno i zarzuciła głowę w tył. – Ano mam. Niedorajdę, lenia i pijaka, który na dodatek nie kocha ani mnie, ani swojej córki. Założę się, że to on tam leży. Z kurwami spotykał się na boku, zapłacić czym nie miał i podpadł jakiemuś żigolo. O, albo schlał się w tej swojej ruderze, wyzwał karczmarza na pojedynek i w ciry dostał. Takiego mam męża. Łajdaka. Wiesz, Ronald, że on mnie ostatnio bezczelnie zapytał ile to już nasza córka ma w sumie wiosen? Później jeszcze do mnie miał pretensje, że ośmioletniej kobiecie pieluchy się nie spodobały! No… – powiedziała spokojniej. – Maja cię polubiła, wiesz? Może poprosi o kolejną bajkę. Ronald – wyszeptała moje imię, w sposób, wystawiający na próbę moją etykę zawodową. – Spójrz chociaż na ten dąb. Zerknij na jego gałęzie. Słyszysz jak szumią? Wzywają nas. Pragną nas. Spróbuj chociaż, a może ci się spodoba ze mną. Co powiesz? Powiesz coś w ogóle, czy milczał będziesz po złości?
– Spokojnie… Już prawie jesteśmy. Jeszcze jeden pagórek.
– Ja już nie znajdę nikogo – westchnęła. – Nikogo lepszego. Boje się, co będzie jak go zabraknie, Ronald. Nie kochał mnie, to prawda, ale przynajmniej był. Boje się pustki, która po nim zostanie. No spójrzże chociaż na ten cholerny dąb! Oczy ci od tego nie wypłyną, przysięgnąć mogę na cały swój majątek.
– Nie masz pojęcia kim jestem.
– To kim jesteś zatem?
– Nikim – burknąłem. – Nikim z nikąd.
W końcu minęliśmy przeklęte drzewo i ostatni pagórek, zza którego wyłoniło się miejsce destynacji. W powietrzu uniósł się zapach tytoniu i zgnilizny. Bursztynka zatrzymała się zgrabnym ruchem nieopodal swojego właściciela. Watt zgasił drewnianą fajkę i wrzucił ją do torby, przypiętej do pasa przy końskim grzbiecie. Przywitał się z damą kiwnięciem głowy. Nasza klientka w odpowiedzi zgięła się wpół i obrzygała mu buty, za co zaraz serdecznie przeprosiła. Wreszcie nadeszła chwila, na którą czekaliśmy. Kobieta podeszła do ciał.
To wszystko… To tylko wino, pomyślałem. Dęby, sosny, brzozy i to, że na chwilę… przeszło mi przez myśl, że byłoby całkiem miło móc zostać zielonookiej bajarzem.
To tylko wino, powtórzyłem.
Piotr Siudeja