
.
Powieść w odcinkach Piotra Siudeja – Książę ognia
Rozdział 3 “Więź Przeznaczenia”
.
Pamiętam, jak pewnej wiosennej nocy wraz z Rebeką, na długo przed Maurusowym ogniem i szaleństwem mojej matki, wybraliśmy się na konną przejażdżkę. Jak zwykle siedziałem wtedy na pieńku i przypalałem pióra. Podeszła do mnie i rzekła, że chciałaby pojeździć. Później pokazała mi lejce. Pojęcia nie mam, skąd ona je wytrzasnęła. Jeszcze większe zdumienie naszło mnie jednak, kiedy zza chałupy dobiegło prychanie klaczy. Zgodziłem się, a co? Miałem odmówić? Nie spałem już i tak. Luba założyła mi na szyję wisiorek z kilku mętnych, szarych kwarcytów i lnianego sznurka, po czym sama dosiadła konia i podała mi rękę. Kiedy już wgramoliłem się na grzbiet wierzchowca, ta nagle zdzieliła go w bok zamaszystym uderzeniem pięty, chwyciła mocno za sznury i wydała taki dźwięk, jaki robią przedstawiciele dzikich, leśnych plemion, szykujący się do szarży na nieprzyjaciela. Zwierz zarżał donośnie i poderwał się do galopu. Mało brakło, a bym przywalił plecami w żwir, tak mnie siła bezwładności pociągnęła do tyłu. Na swoje szczęście, w ostatniej chwili uczepiłem się bioder przewodniczki. Ruszyliśmy więc prędko, skąpanym w nocnym półmroku traktem. Światło, dobiegające z lampy, zawieszonej na pasie, przy końskim boku rozjaśniała mgłę na trzy, może cztery łokcie wprzód. Wiało wtedy strasznie, a myśmy pędzili prosto pod ten wicher. Czułem jak Bogini Wiatru łaskotała mnie opuszkami palców po włosach. Nie tylko mnie zresztą… Dla mojej lubej mniej miała litości, także jej długie kosmyki właziły mi do oczu, ust, nosa… Wszędzie, słowem.
Mimo to cieszyłem się, powiem zupełnie szczerze.
No, ale to było dawno… A teraz jest teraz.
Wróćmy na polanę, do naszej sprawy, tak bardzo nie cierpiącej zwłoki.
Maria wytarła przemoczone powieki i policzki w chustkę, którą przez ostatnich kilka minut intensywnie mięła w dłoniach. Drobna ściereczka z lnu przemokła już do tego stopnia, że gdyby to Bogini Akira roniła łzy, można by śmiało wyciskać je ze szmatki wprost do fiolki i z zyskiem sprzedawać w Orienholmie, na targu przedmiotów magicznych.
– To nie on. To nie mój mąż – powiedziała, odrywając wreszcie mętne spojrzenie od nadpalonych denatów. Jej głos nie wyrażał smutku, ani radości. Był zimny, jałowy i szorstki.
– Jest pani pewna? – zapytałem.
– Mogę być pijana, ale nie szalona. Wiem, co widzę.
– Może to jakiś znajomy Olafa? – wtrącił się Dexter.
– Nie wiem… W każdym razie dla mnie to obcy ludzie.
– To skąd te łzy? – kontynuował. – Jeśli można spytać.
– Za dużo wypiłam. Coś mi się przewidziało – odparła nie od razu. – To wszystko? Bo jeśli tak, to rada będę wrócić do zakładu. Mam obowiązki. W razie czego, wiecie gdzie będę. A jakbym gdzieś wyszła, to pracownicę o mnie zapytajcie.
– Stąd do Nadar daleko… Może panią podwieźć?
– Nie będzie potrzeby. Zaopatrzę się w konia w najbliższej osadzie. Spacer dobrze mi zrobi. Wino odparuje z arterii. Tak będzie lepiej. Dla mnie… i dla sprawy – powiedziała cicho i bez przekonania, po czym obróciła się powoli i ruszyła w kierunku pagórka. Jeszcze zanim zniknęła nam z oczu za wzgórzem, kilka razy spojrzała na mnie kątem oka.
– To co teraz? – zapytałem po chwili. – Jak znajdziemy mości Sinclaire’a?
– Po obierkach – stwierdził stary wspólnik z dobitną stanowczością. – Bowiem kto żyje, Ronaldzie, ten kartofle żreć musi. A kto żre, ten produkuje obrane skórki.
Postanowiłem nie dopytywać więcej o ziemniaczaną teorię, akceptując po prostu fakt, że najwyraźniej to jedna z tych mądrości, która sama przychodzi z doświadczeniem.
Albo i nie… a pan Watt po prostu znowu myślał już o obiedzie.
Spod dębiny ruszyliśmy w kierunku wsi Eshmel, gdzie liczyliśmy natknąć się na ulubioną pijalnię lubego naszej klientki. Właściwy kierunek i odpowiednią drogę obraliśmy wyłącznie dzięki uprzejmości zacnego handlarza, który pokazał nam jak i kiedy skręcić. Geszefciarz okazał się bardzo wylewny, a to dlatego – jak mniemam – gdyż pragnął zaskarbić sobie względy dwóch dziewek, które wiózł z tyłu, na drewnianym wozie, załadowanym belkami kiszonego siana. A jak wiadomo, nic na kobietach nie robi takiego wrażenia jak umiejętność niesienia pomocy przypadkowym ludziom w potrzebie.
Władca owego zaścianku miał swój dworek na niewielkiej, choć dosyć stromej skarpie, umiejscowionej w taki sposób, że natura razem z geografią pagórka współdziałały, by jak najbardziej utrudnić chłopstwu dostęp na prywatną posesję. Już po krótkim obejrzeniu włości dało się wysnuć jeden wniosek – nasz nobil bardziej dbał o swój wizerunek. Część dachu zawaliła się całkiem, najpewniej pod ciężarem śniegu, co spadł zeszłej zimy. Tylną część domostwa porastały dzikie chaszcze, przejmujące powoli władzę nad szlacheckim ogrodzieńcem. Kamienna fontanna, która stała z przodu prezentowała się tak, jakby częściej niż wodę, widziała gołębie odchody. Początkowo tośmy w ogóle z Dexterem myśleli, że jakaś tragedia się stała i pałacyk opustoszał. Zapach dziczyzny, dobiegający zza wiśniowych drzwi, szybko wyprowadził nas z tej iluzji.
Wystarczyło odjechać kawałek dalej, aby woń mięsiwa przykrył odór fekaliów i gnijącego siana. Pogoda sprzyjała, więc każdy wieśniak, który miał sprawne kończyny, zakasał rękawy i szedł w pole na robotę. Jedni orali pole metalowymi pługami, drudzy w tym czasie wbijali w spulchnioną glebę strachy na wróble, a trzeci szli za nimi i sypali pod nogi jakieś ziarna z kieszeni. Paru chłopa zeszło na bok, by przed drzwiami chałupy szybko zeżreć z michy rozgotowany kapuśniak albo ziemniaki ze smalcem. Dzieciaki ganiały się po błocie, rzucały w siebie kamieniami, śmiały się i darły w niebogłosy. Poza chłopskimi chałupami, stała we wsi karczma, motel dla przejezdnych, no i zamtuz… też dla podróżnych.
Pewien rudowłosy chłopaczek zainteresował się niemało naszym przyjazdem. Schował do kieszeni procę i garść kamieni, którymi męczył lokalne ptactwo, po czym miękko zeskoczył z gałęzi, prosto w błotnistą kałużę. Ubabrał się cały brudem, ale nijak to nie popsuło jego humoru. Młody otrzepał spodnie, wypiął dumnie pierś i podbiegł do nas wesołym marszobiegiem.
.

.
– Witajcie, zacni przybysze! A skąd to przybywacie, hm?
– Znikąd – burknął Dexter. – Zjeżdżaj, mały.
– Czy nie ze stolicy, aby? Hm? No… No skąd?
– Trzasnął Cię ktoś kiedyś w nos? – dodał mój przełożony, ciągnąc za powrozy tak, by Bursztynka nie stratowała podlotka, coraz śmielej pchającego się pod jej kopyta.
– Widać, żeście z Orienholmu przybysze. Takie piękne konie to tylko w stolicy po wybiegach chadzają, prawdę rzekę? No…? No, panie dobrodzieju? Zgadłem, co?
– Czego chcesz? Roboty szukasz? Na polu nic do zrobienia nie masz?
– Gdzie? Aj tam… – drobny człowieczek podrapał się po głowie. – Na polu to ja bym tylko potencjał zmarnował. Jam się z łukiem w ręku urodził! Do nocnej straży należał będę. Tylko… Najpierw ktoś by musiał między chmurami dobre słówko o mnie szepnąć. To jak?
– Nie! – warknął detektyw. – Idź precz, malcze.
Młodzian nie zraził się cierpkimi słowami detektywa. Oddalił się kawałek i udając, że niby wyszukiwał najlepszych kamieni, tak naprawdę starał się cały czas trzymać blisko nas.
Karczma stała na samym skraju osady. Po drodze minęliśmy kilku kupców korzennych, płatnerzy, młynarzy i wielu innej maści przedsiębiorców, ciągnących za sobą wozy, załadowane najróżniejszymi dobrami. Pomiędzy nimi kręcili się drobni złodzieje, chcący zakręcić się pośród tłumu, wykorzystać chwilę nieuwagi lub wskazujący stan ofiary i wzbogacić się nieco na podłym procederze. Widok szabel i zdobionych żelazem tunik na piersiach strażników miejskich, skutecznie odstraszał od nie swoich sakw większość kradziejów. Ci, na których stal nie robiła wrażenia, zaraz uginali kark pod kolejnymi uderzeniami bicza. Rozgrywająca się na niewielkim placyku, publiczna chłosta nie tylko chroniła wieśniaków przed kolejnymi dyletantami, chcącymi łamać prawo, ale także dawała niemałą radość znudzonym praczkom, zażywającym akurat przerwy od mydlin i wszędobylskim dzieciakom. Gwardziści pracowali ciężko, a jak akurat mieli przerwę od doglądania ulicznego spokoju, szli do pobliskiego zamtuza. Dziewek, które za kilka srebrników gotowe były podciągnąć spódniczkę, obok handlarzy i wojów, akurat również we wsi nie brakowało. Tak sobie idąc, mijaliśmy całe to towarzystwo.
W końcu naszym oczom ukazały się drzwi karczmy.
Pijalnia, zgodnie z obietnicą naszej zleceniodawczyni, nosiła nazwę “Pod Wielką Stopą”, a to z uwagi na ścięty pień drzewa, który przypominał takową część ludzkiego ciała.
Karczma, poza tym, że już z daleka cuchniała chmielem, z bliska wyglądała na zwyczajną chłopską chatę, tyle że trochę większą i z dziurami na okna. Zabitymi w prawdzie deskami i gwoździami, ale jednak. Nad drzwiami czekała kolejna atrakcja – balkon dla samobójców, utrzymywany w ryzach przez dwie, zbutwiałe kolumny.
Nagle rozległ się trzask i głośny huk dębowych podwoi, uderzających z plaśnięciem o ziemię. Wraz z nimi, przed wejściem lokalu zwalił się chłop, o nadgryzionym lewym uchu i sporej, owalnej łysinie na czubku głowy, porośniętej dookoła siwymi włosami. Awanturnik cuchnął stęchłym moczem i bimbrem. Kiedy wstał, zobaczyliśmy źródło owego fetoru – wielką plamę na spodniach podchmielonego krzewiciela rewolty.
– Spierdalaj, pijaku! – warknęła drobnych rozmiarów staruszka. – Bym Cię tu więcej nie widziała, cholero – dodała i trzasnęła w odźwiernego mokrą szmatą, gdy tylko ten spróbował stanąć na nogi. Ochlejmorda zachwiał się i znowu zarył twarzą w błoto. Tym razem już nie próbował używać zdradliwych kulasów. – Zobacz, Ździcho… Zobacz, cóżeś z drzwiami uczynił! – westchnęła. Na myśl o dębowej klapie głos jej zmiękł nagle i stał się współczujący. – Nowiutkimi drzwiczkami – dodała i powróciła do standardowego, wyzywająco-grożącego tonu. – Pijaku Ty, wstrętny…!
– Wiedziałem, ha! Wiedziałem, że tu na dłużej zostaniecie. – Rudowłosy dręczyciel ptactwa i detektywów na służbie pojawił się tak nagle, jakby wyrósł spod samej ziemi. – To jak będzie? Ja przypilnuję konika, a wy szepnięcie o mnie w Tarasie, hę? Ja na waszym miejscu bym się zgodził. To niebezpieczna okolica. Bandytów pełno, Maurusowego ognia też pełno… No i zaszczany Ździcho kradnie co popadnie, a jak popije to gubi co ukradł.
– Ja ci dam, zaszczanego Zdzicha, gnido ty mała! – Zdzicho podniósł się, przeszedł dwa kroki tyłem i pieprznął znowu w kałużę, tym razem plecami.
Pan Watt westchnął ciężko i niechętnie pożegnał się z dwoma srebrnikami. Rudzielec ukłonił się po same kule, podszedł do Bursztynki, poklepał ją po boku i zaczął wiązać powrozy do płotka, zdobiącego wielką stopę.
Jak u was w Deavren pija się piwo? Na siedząco? To niedobrze dla zdrowia. Na stojąco trzeba pić. Inaczej krew się zastoi w żyłach i gaz z piwa, zamiast rozprowadzić się równo po tkankach, uleci do góry, tam gdzie mózg. Jak się go za dużo uzbiera, to zacznie ten gaz uciskać naczynia. A jak juha nie krąży prawidłowo między uszami… To już prosta droga do szaleństwa. Dlatego u nas w pijalniach nie ma krzeseł.
Przed wejściem do pijalni obowiązkowo umyliśmy jeszcze dłonie w garncu ze świętą wodą, a jak tylko przeszliśmy przez próg, rozejrzeliśmy się prędko za piecem, żeby napluć do ognia ku uciesze Boga Ignisa. Gospoda “Pod Wielką Stopą” nie odbiegała od normy względem polityki, dotyczącej siedzisk. Zamiast nich dostrzegliśmy wielkie, białe firany, zawieszone na każdej ścianie. W lnianą tkaninę, okalającą mury pijalni, wbito kilka gwoździ, stanowiących trzon, który podtrzymywał zawieszone nad ziemią, kamienne maski. Karykatury miały wetknięte w oczy różowe kwarcyty, rzecz jasna dla ochrony przed złymi siłami. Sosnowe schody, jak to czasem bywa w tego typu miejscach, stanowiły miejsce bliskich schadzek podpitych nieco i spragnionych bliskości szlachciców z przypadkowymi kobietami, łudzącymi się, że są cokolwiek lepsze niż te z zamtuza.Naprzeciwko wyważonych drzwi stała lada, zastawiona koszami jabłek, za którą pracowała karczmarka, znosząca cierpliwie smród potu i podchmielonych gości. Nieznajoma rozlewała piwo do kufli, zagadując przy okazji swoich klientów błahostkami. Żaden chłop, nobil, ani bogaty mieszczan nie śmiał odmówić jej gawędy o pogodzie. Zbyt miły dla ucha był jej głos, żeby tak po prostu wymiany trywialnych zdań odmówić.
Strudzeni przeprawą, zmarznięci przybysze z daleka opierali się o ściany lub wysokie stoliki i tak usadowieni podejmowali głośne, nieskrępowane rozmowy o polityce, kurwach, przyroście naturalnym i wszystkim innym, o czym tylko można było prawić, by zabić czas, niezbędny do przeżucia i przełknięcia rozgotowanych dań. A zapachy jakie, szanowny panie, unosiły się “Pod Wielką Stopą”… Woń palonego masła, cebuli, czosnku, ziela Tyzirskiego, pieprzu i jabłoni. Do tego słodkie nuty perfum. Zaprawdę było co wdychać.
– Powiadają, że naszą stolicę wzniosła Bogini Wiatru – powiedział skromnie przyodziany szlachcic, do stojącej obok chłopki i upił z michy łyk rozwodnionego kapuśniaku. – Byłaś kiedyś w Orienholmie, dziewko? Mogę Cię tam zabrać, jeśli zapragniesz. Przejdziemy się na koniu mostem takim, co ciągnie się między chmurami.
– U nas we wsi też kamienne mosty stoją – wzruszyła ramionami.
– No… ale te nasze to w chmurach są – mruknął. – To co innego przecie.
– Pan do pierwszej mgły poczeka i u nas trakt w mleku obaczy.
Tego typu rozmowy toczyły się “Pod Wielką Stopą”…
Dexter oparł się o drewniany blat i gwizdnął na kobietę, zajętą obsługiwaniem gości. Wieśniaczka obróciła głowę w jego kierunku. Skrzywiła się i rzekła.
– Co ja, kurwa jestem, by na mnie gwizdać?
– Nie… Ja tylko – odparł zakłopotany detektyw. – Głośno jest po prostu i myślałem…
– Dobra, już – Kobieta parsknęła śmiechem i zasłoniła usta ręką. – Droczę się tylko z Tobą, głupi. Czego chcecie? – Złotowłosa oparła się o sosnowy blat.
– Szukamy mężczyzny – zaczął mówić.
– Aha. Dla córki? Kuzynki? Siostry?
– Nie na swaty. Człowiek zaginął.
– Sam zaginął? To i sam się znajdzie.
– To ważne – dodał i położył na blacie dwa srebrniki.
Monety błyskawicznie zniknęły ze stołu.
– To jak on wyglądał? – zapytała.
– Rudy, blady, łysy po bokach, mojego wzrostu… – wyliczył mój przełożony. – Miał przy sobie szablę, strzelbę, a ubrany był jak typowy szlachcic.
Dalszą rozmowę przerwał gromki śmiech dwóch kowali, prawiących za naszymi plecami o rodzajach stopów cynku i ich właściwościach. Karczmarka zarzuciła mokrą szmatę na bark, odepchnęła się od lady i rozejrzała się po sali. Kiedy dostrzegła pośród gości swoją pomocnicę, przywołała ją zaraz skinieniem głowy. Dziewojka w różowej sukni, zabrała ze stołu brudną tracę i podeszła do nas żwawym krokiem.
– Annabelle, pamiętasz kogoś o takiej urodzie? – Złotowłosa spojrzała na koleżankę.
– Jakiej urodzie? – Kelnerka uśmiechnęła się niewinnie i trzasnęła lepką od piwa, świerkową podstawką o pokryty obrusem blat.
Pan Dexter powtórzył opis, nie kryjąc zmęczenia w głosie.
– Kochanie – zaśmiała się nieznajoma o zgrabnych nogach. – ty myślisz, że do nas jeden rudy szlachcic dziennie zachodzi? Dziesiątki takich jak opisałeś widziałam, a to tylko jeśli sięgnę pamięcią do wczoraj. No… Ale czekaj, czekaj! – ożywiła się nagle. – Warkocz, powiedziałżeś? Dobrze usłyszałam? – zapytała. Watt przytaknął skinieniem. – Ano, to pamiętam! – zaśmiała się. – Ten, którego szukacie był tu parę dni temu. Najpierw schlał się na umór, później strzelał do portretu księcia, a dalej wziął jakąś wieśniaczkę na barana i zaciągnął po schodach do sypialni. Ano, pamiętam! – powtórzyła, szczerząc niezbyt ładne zęby. – Tak się tam na górze kotłowali, aż kurz szedł z sufitu, co nie Basiula? Co z nim? Jak szuka konia, żeby uciec od ciężarnej, to najbliższą stajnię znajdzie w Nadar. A jak nadal szuka wrażeń, to powiedzcie mu, że czekam w zamtuzie – westchnęła i oparła się o ladę. – Nawet nie wiecie jak bym chciała, żeby i mnie tak porządnie wy… całował po rączkach.
– Ten mężczyzna zaginął. – Dexter podniósł głos. – Być może już nie żyje.
– Zaginął? – zmartwiła się Annabelle. – Czyli ktoś go szuka? Ktoś majętny? Niech zgadnę… – Dziewka położyła palec na ustach mojego wspólnika, żeby ten nie ośmielił się jej przerwać i w zamyśleniu potarła powieki. – Bogowie szepczą mi na ucho, że to jakaś zacna szlachcianka z Zachodnich Hrabstw. Pachy jej pachną czerwonym winem a stopy pleśniowym serem, więc to musi być pani z Nelvenory. Zgadłam? – zapytała. Cofnęła palec od warg detektywa i łypnęła na niego hipnotyzująco uroczym spojrzeniem.
– Nie wiem, których Bogów pytałaś, ale Cię wywieźli w szczere pole.
– Wielka szkoda. Dobra, chodźcie. – Kłosowłosa chwyciła mnie za nadgarstek i zaczęła ciągnąć w stronę drzwi. – Porozmawiamy na boku o tym, kogo szukacie.
Wyszliśmy na zewnątrz. Lament, stękających z bólu złodziejaszków, trzask bicza, oklaski i pokrzykiwania zachwyconych kobiet przytłumiły wyraźnie, dobiegające z środka śmiechy. Ździcho wybył w nieznanym kierunku. Przy okazji najpewniej zabrał ze sobą drzwi, bo one również gdzieś zniknęły.
– W sekrecie powiem wam, że uwielbiam śpiewać – zaśmiała się, puściła moją dłoń i z nudów zaczęła bawić się guzikami. – Odnajdziecie moją siostrę, a wyśpiewam Wam wszystko, co wiem o ryżym ruchaczu. No? To jak? Umowa? – zapytała, wyciągając w naszym kierunku chudziutkie ramię.
– Zgoda. – Dexter zgrzytnął zębami.
– Świetnie! Znajdziecie ją w chacie w lasku.
– Czyli nie zaginęła – stwierdziłem.
– Mówię przecież, zaginęła!
– Jak? Skoro wiesz, gdzie jest?
– Śmak – burknęła. – Przyjmujecie zlecenie, czy nie?
Spojrzałem na wspólnika. Ten tylko wzruszył ramionami i po chwili ruszyliśmy we trójkę w kierunku zagajnika. Kolejne minuty, poświęcone na spacerowaniu, dłużyły się niemiłosiernie. Drewniane chałupy ustąpiły miejsca drzewom, rosnącym gęsto i pnącym się wysoko. Powietrze przepełnił zapach ściółki i grzybów, które wylazły po deszczu.
W końcu dotarliśmy na miejsce.
Leśna chata z daleka wyglądała całkiem urokliwie. Wzniesiona tuż przy zboczu stromej skarpy, konstrukcja zdawała się wgryzać jakoby w skalną ścianę. Mech wymieszany z żywicą, wystawał spomiędzy desek, stanowiących główny budulec dla owego schroniska Okna zabito niedbale deskami. Spadzisty dach pokrywała warstwa siana. Wszystko byłoby idealnie, gdyby nie dochodzące ze środka, powtarzające się regularnie warczenie.
Panienka uśmiechnęła się niezręcznie i spojrzała na nas zniecierpliwiona.
– Nie pójdę tam – prychnąłem. – Nie ma opcji. Tam siedzi bestia. Diaboł jaki.
– Pewien jesteś? A ja myślałem, że zależy ci na premii.
Zakląłem pod nosem, splunąłem dla kurażu na ziemię i ruszyłem niechętnie w kierunku drzwi. Stary wyzyskiwacz wiedział doskonale gdzie nacisnąć, żebym zrobił to, co chciał. Pociągnąłem za gałkę. Wrota ani drgnęły. Szarpnąłem więc jeszcze dwa razy. Poddałem się dopiero, gdy za którymś razem uchwyt pozostał w mojej dłoni. Raz jeszcze przekląłem po cichu wszystkich Bogów i spojrzałem za siebie z rozgoryczeniem. Dexter wyglądał na zadowolonego z takiego podziału ról. Podał dziewce swoją szablę i patrzył z zainteresowaniem jak ta cięła powietrze. Wzruszyłem brwiami nad tym widokiem i chrząknąłem głośno, żeby dać znać o zaistniałym problemie. Wspólnik zignorował moją obecność, zaszedł uczennicę od tyłu i zaczął dotykać ją po ramionach, aby rozjaśnić młodej adeptce jak należy prawidłowo ustawić się do cięcia. Obydwoje mieli przy tym przedni ubaw.
Westchnąłem i po raz wtóry obdarowałem wroga spojrzeniem.
Przeklęte drzwi, myślałem sobie.
Podniosłem wzrok i wytężyłem umysł. Ponad spadzisty dach wyłaniał się kamienny komin. Obok drzwi stało kilka beczek. Nagle doznałem olśnienia. Ułożyłem z baryłek prowizoryczne schody i zacząłem wspinać się po nich. Kiedy już stanąłem na szczycie konstrukcji, powoli oderwałem ręce od drewnianego wieka i przyjąłem wyprostowaną pozycję. Niespodziewanie nogi mi się zatrzęsły. Beczki, wraz z ich zawartością zatrzęsły się groźnie. Odruchowo wyciągnąłem dłonie przed siebie i chwyciłem za belkę, podtrzymującą w ryzach słomiany dach. Odliczyłem w myślach do trzech… i hop do góry!
.

.
Teraz już z górki, pomyślałem, stając parę metrów nad ziemią, na zbutwiałej desce, a później coś pod moimi nogami chrupnęło. Na moje nieszczęście, ostrzeżenie przyszło zbyt późno, bym zdążył cokolwiek zrobić. Jak gruchnęło i huknęło to już pewien byłem, że sam Bóg Ignis do piekła mnie wciągał pył i drzazgi przykryły mi całkiem pole widzenia. Zwaliłem się plecami na ziemię, a później jeszcze przykrył mnie kilogram gruzu. Popiół nasypał mi się do oczu, nosa, ust… Słowem, wszędzie. Cicho jęknąłem z bólu, odrzuciłem gruzy na bok i z trudem stanąłem na własnych nogach.
Przynajmniej nie musiałem już myśleć nad tym, jak zlezę na dół.
Widział pan kiedyś potwora? Ja miałem nieprzyjemność obcować tylko z dwoma gatunkami. Z Rodem… i swoją matką, jakby się uprzeć, ale o niej już opowiadałem. Przetarłem zakurzone powieki, rozejrzałem się po izbie i wtedy ujrzałem go po raz pierwszy. Stwór leżał na środku pomieszczenia i chrapał tak, aż trzęsły się ściany i podskakiwały patelnie na nich zawieszone. Trzask z jakim zapadł się dach, najwyraźniej nie zdołał wybudzić go ze snu. Wzrostem i posturą diaboł przypominał Tytana, ale w przeciwieństwie do niego, nie nosił zbroi. W sumie to w ogóle nie miał na sobie zbyt dużo ubrań – nie licząc starej, rozciągniętej szmaty, przykrywającej kuśkę i dwa półdupki, był całkiem nagi. Z rąk i nóg dziwadła zwisały luźno, płaty nadmiarowej skóry. Nadgarstki, szyję i uszy jego porastały gęste, rude włosy. Nos i dłonie miał Rod nienaturalnie wielkie. Olbrzymie łapska pozwalały mu przynajmniej utrzymać we śnie drobną kobietę w szarej sukience, która próbowała sięgnąć noża. Na mój widok cofnęła ramię i zawiesiła na mnie przerażone spojrzenie.
Powoli podszedłem do drzwi i pociągnąłem za klamkę. Pan sobie wyobrazi, że od środka otworzyły się bez najmniejszego problemu. Nagle coś przykuło moją uwagę – lina, rozciągnięta tuż nad progiem. Na jej widok spiąłem się cały i wytrzeszczyłem oczy.
– Uważajcie, na…! – krzyknąłem.
Za późno. Kawałek sznurka zerwał się pod ciężarem drewnianego buta i aktywował mechanizm, który przechylił zwisający pod ścianą kubeł. Strumień lodowatej wody wylał się na łeb dziwadła i zachlapał leżącą obok niego panienkę. Stwór zacharczał i zamachnął łapą w amoku, przewracając stół i stojącą na nim szkatułkę, pełną złotych monet. Ciężki schowek pieprznął zaraz o parkiet. Lżejsze buliony uniosły się na chwilę nad ziemią, błysnęły w powietrzu i jedna po drugiej uderzyły w ścianę niby deszcz, walący o szybę podczas ulewy.
Mutant poderwał się na nogi, ryknął na nas groźnie, chwycił pierwszy lepszy garnek i zamachnął się całym cielskiem. Nieznajoma poderwała się na nogi i stanęła mu na drodze.
– Zostaw! – krzyknęła. – To przyjaciele.
– Aha… – Dziwadło powoli opuściło narzędzie zagłady. – No, skoro Jagienka mówi. Przyjaciele wybaczą – powiedział i kiwnął głową, prezentując przed nami swoje cztery podbródki. – Mizernie wyglądają. Może zupy chcą? Zupa dobra. Zupa pożywna. Mięsiwa dużo ma. Dobra zupa – dodał i pogłaskał się po wystającym brzuchu. – Zjedzą?
– Na pewno zjedzą. – Gospodyni uśmiechnęła się pojednawczo.
– No dobrze. Rod poczęstuje zupą – mruknął i postawił stół na swoje miejsce.
Annabelle spojrzała na złoto, rozsypane po podłodze i zmierzyła siostrę elektryzującym spojrzeniem. Zerknąłem na metalowy gar, oblepiony od zewnątrz tłuszczem, który wyglądał tak, jakby przez kilka tygodni ściekał po jego powierzchni, zastygał, a później zostawał przykryty kolejną warstwą. Na ten widok jajka na smalcu, zjedzone przeze mnie na śniadanie, zapragnęły na nowo stać się kurą i wyfrunąć przez mój otwór gębowy. Jagna objęła nas bezradnym wzrokiem, wzruszyła ramionami i usiadła przy stole. Siostra przycupnęła obok niej. Przez kilka następnych chwil obydwie kobiety szturchały się pod stołem, szczypały po łokciach i patrzyły na siebie znaczący. Wyglądało to tak, jakby próbowały porozumieć się w jakimś języku, całkiem niezrozumiałym ani dla mnie, ani dla mojego wspólnika. Rod postawił stół na swoim miejscu, chwycił zbiornik w obydwie ręce i trzasnął naczyniem, rozlewając zawartości niemało na blat. Gęsty wywar wylał się na różową suknię karczmarki, która na ten widok zbladła momentalnie, chwyciła się za usta i osunęła w Jagny ramiona. Mutant usiadł na pieńku, wsadził łapę do kotła i przystąpił do konsumpcji.
– Czemu nie jedzą? – zapytał.
– Bo myśmy z wysp – odparł Dexter. – Tych, co ziemię okrążają. Tam się nie jada mięsa, prawda Ronaldzie? – rzekł i szturchnął mnie łokciem. Przytaknąłem skinieniem.
– Zaiste – odparłem, obdarowując obydwie siostry niemiłym spojrzeniem.
– Niedobrze – mruknął Rod i zaczął oblizywać paluchy. – Bez mięsiwa chorować będą. Zęby stracą. Nogi im odpadną. Kuśki pousychają. A Jagienka nie je? Czemu?
– Ja nie głodna, mężu – odparła. – Jadłam przed chwilą.
– Racja. Dobra żona wcześniej zjadła.
– A u was dużo jedzą mięsiwa? – zapytał Dexter.
– Na północy jedzą. Tu nie jedzą. Głupi – mruknął i wrócił do obgryzania kości.
– To co taki wielkolud robił na północy? Czego szukał?
– Wielkolud tam się urodził. W armii służył. Lefrów tłukł aż miło. Thifów, Lyrów i Haimów też. Wszystkich równo. Bił i złoto kradł. Dużo. Pierścionki, kielichy, wisiory. Tylko złote brał. Srebro nie lubił. W końcu i wielkoluda zbili. Mocno bili. Później zamknęli w klatce. Zabrali złoto, kradzieje. Wielkoludowi zostało tylko tyle złota, co zeżarł i wysrał. A dużo go miał. Kradzieje odebrali złoto – warknął i trzasnął pięścią w stół. – Zamknęli w klatce. Wyśmiewali. Dźgali do krwi włóczniami. Ubaw mieli. A później lwy przyszły. Zbiły czarne smoki i zabrały ze sobą. Dobre to były lwy. Złoto pozwoliły zatrzymać.
– No… Co było dalej? – zaciekawił się mój wspólnik.
– Możny pan kupił mnie za złoto. Założył obrożę. Zakuł ręce i przyprowadził. Wielkolud nie lubi tu być. Nie podoba mu się tu. Gorąco jest. Mięsiwa nie ma. Przynajmniej Jagienka jest. Miła żona. Nie dźga włócznią. Nie wyśmiewa. Nie kradnie złota. Kocha wielkoluda. Szlachetna jest Jagienka – mruknął i wrócił do jedzenia.
Rod mielił w gębie zimne mięso a myśmy patrzyli jak przeżuwa. Zauważyłem, że w miarę jedzenia, żuł coraz wolniej, a powieki opadały mu coraz wyraźniej, jakby ktoś dociążał je kamieniami. Annabelle chyba też to zauważyła, bo wyprostowała się na krześle i zaczęła coraz częściej zerkać w złote krążki, rozsypane na podłodze. Mutant włożył łapę do garnka po sam łokieć. Wygrzebał resztki. Wyciągnął i ścisnął w dłoni rozgotowane kawałki baraniny. Już miał sięgnąć ust, ale wtem zmogło go całkiem i rąbnął łbem w blat stołu. Kobiety spojrzały po sobie. Nagle zeskoczyły z krzeseł i rzuciły się na podłogę. Każda doskoczyła do innego kąta i obydwie, z gracją słonia w składzie porcelany, zaczęły omiatać rękami podłogę, celem napchania kieszeni złotem, rozrzuconym w bezładzie między mysimi bobkami i tym, co jeszcze chwilę temu stanowiło sufit.
– Co ty tam robiłaś tyle czasu? – warknęła siostra w różowej kreacji.
– Zakochał się we mnie, dasz wiarę? Musiałam improwizować. Zresztą, co ja będę tłumaczyć. Zbieraj co złote, a nie kłopocz ozorem! Cholera, mam za mało kieszeni…
Drewniane ściany zadrżały ponownie od chrapania. Pan Watt nie wyglądał na rozeźlonego. Rozczarowanego, prędzej. Przestąpił tylko z nogi na nogę, skrzyżował ramiona na piersi i czekał cierpliwie, aż dziewki skończą, co zaczęły.
– Wy dalej tu? – Anabelle wstała z parkietu, otrzepała sukienkę z mysich bobków i spojrzała w naszym kierunku. – Czego jeszcze chcecie?
– Miałaś nam coś zaśpiewać. Czekamy zatem.
– Te, Anka… Coś ty im nagadała, hę? Niech mi Bogowie usiądą na uszach, bo wykrwawię się chyba, jak twój śpiew usłyszę – zaśmiała się Jagna.
– Nic nie powiem. A teraz idźcie precz, bo obydwie mamy noże i nie zawahamy się ich użyć, nie? Siorka? Wzięłaś z chałupy swój kozik? Nie zapomniałaś go chyba?
– Co? Kozik? No… Ten… Bo ja go chyba na blacie zostawiłam.
Starsza z rodzeństwa spuściła głośno powietrze i przetarła powieki.
– Co chcecie wiedzieć o tym rudym posuwaczu? Tylko szybko, czasu nie mam.
– Z kim był, co robił w karczmie, jak długo tam siedział. Słowem, wszystko.
– No, dobra. Ale to zastanowić się muszę. Hm… – starsza z sióstr przerwała na chwilę i zmrużyła oczy. W końcu rzekła z entuzjazmem. – Zapładniacz pił z takimi trzema. Jeden z nich to nawet błyskał płomieniami z oczu! A raz roztopił widelec w dłoni. Drogi widelec, oj drogi… Jak tylko do nas zachodził, zaraz taka nieprzyjemna cisza nastawała.
– Śmierdziało od niego dymem i tytoniem – dodała młodsza.
– Właśnie. Ten, który dzierżył ogień, był całkiem wysoki. Włosów miał pełno, tylko nie na czubku głowy akurat. Rude miał kłaki koleżka, a cerę bladą jak demon jaki! O, a jeszcze na twarzy miał takie blizny jak po ospie… i taką bliznę za uchem!
– Wystarczy – wtrącił się detektyw. – To dość szczegółów. A tamci dwaj pozostali?
– Razem z nim pił taki kruczowłosy. Loczki miał długie i kręcone, grzywkę zaczesywał na bok, a patrzały miał brązowe. O, a jeszcze nosił na sobie taki elegancki, czerwony kubraczek. Chyba szyty na miarę. Szlachecki to był kożuszek w każdym razie. Jakby nie pierścionek na dłoni, to może nawet bym się do niego zaleciła. Co o tym myślisz siostro? Dobrym by był mężem? – zaśmiała się cicho złodziejka.
– Krzywe ręce miał. Kalekie dzieci byś urodziła przez niego.
– Racja. Zęby też miał krzywe. A z gęby mu jechało kapuchą.
– A ten szlachcic o brązowych oczach… Co robił w takiej ruderze? – zapytał śledczy.
– To samo co jego kolega z warkoczem. Wieśniaczki chędożył i pił na zabój.
– Czasem jeszcze beczułkę wina nam przywoził – dodała Jagna.
– Faktycznie. Ale później przyszedł wielki pożar i już ruchacz napitku nie przywozi – dokończyła starsza siostra. – A wielki to był ogień, oj wielki… – westchnęła. – Stąd żeśmy widzieli jak się fajczył ichniejszy dworek. Po tej tragedii synalek załamał się całkiem i poszedł w ślady starego Larrena. Jak na moje oczęta, to z pewnością jakiego maga robota.
– Poszedł w ślady ojca? – zaciekawiłem się. – Czyli robił co konkretnie?
– No patrzcie faceta, mówiłam już przecie, że pił i ruchał!
– Często ich widywałaś? – westchnął Dexter, zmęczony około łóżkowymi tematami.
– Kruczowłosy i ten z warkoczem odwiedzali nas regularnie. Czasem mijali się w progu, ale pili zawsze przy innych stołach i nic ze sobą nie gadali. Brodacz pierwszy raz odwiedził nas dwa tygodnie temu. Wtedy szlachetni panowie się poznali. Pili razem długo i dużo się śmiali. Brązowe oczka zwał się Hans. Hans z Larrenowego rodu. Coś jeszcze?
– Ja na waszym miejscu zaopatrzyłbym się w dwa szybkie konie – powiedział po chwili mój przełożony. – Szukać was będą i w końcu i tak znajdą… Tak przynajmniej zdążycie chociaż użyć trochę złota – dodał, założył homburg i minąwszy kupę gruzów wyszedł wolnym krokiem w gęstwinę. Ruszyłem tuż za nim.
– Myślałem, że bardziej przypadniecie sobie do gustu.
Watt słowem się nie odezwał. Szedł wolno i pociągał nerwowo nosem.
– Mógłbym dotknąć szabli? – zapytałem po chwili.
– Nie masz swojej? – burknął.
– A mam? Gdzie?
– W… A, nie ważne.
Wróciliśmy do wioski z ambitnym zadaniem. Postanowiliśmy wypytać wieśniaków o Hansa. Jeśli rzeczywiście regularnie zachodził do karczmy i nie był szlachetnego pochodzenia – jak twierdziła nasza informatorka – a więc raczej nie wychylał nosa poza zaścianek, istniało duże prawdopodobieństwo, że któryś z mieszkańców opowie nam coś więcej na jego temat. Jak nam szły poszukiwania? Średnio bym rzekł, aby nie skłamać.
Niedawno zacząłem mówić o tym, jak z Rebeką kradliśmy konie. Dobrze myślę? Wybornie się składa bo dzięki tej historii, płynnie przejdziemy do tego, co pewnie interesuje pana najbardziej, a więc tego w jaki sposób poznałem się z Dexterem Wattem.
W końcu las zrobił się na tyle gęsty, że moja luba musiała uspokajać wierzchowca, by ten nie spieszył się zbytnio. W przeciwnym razie potknął by się o któryś z wystających z ziemi korzeni, albo my byśmy dostali po łbie gałęzią. Kobieta wzięła lampę do ręki i uniosła ją wyżej, żeby zobaczyć coś więcej, niż czubek własnego nosa. Zewsząd do naszych uszu duchodziło chukanie sów, cykanie świerszczy, szelest liści na gałęziach i chrobotanie ściółki, po której raz na jakiś czas przebiegła wiewiórka albo inne małe zwierzę. Klacz prychnęła nerwowo, potrząsnęła głową i wierzgnęła na bok. Gdzieś w oddali trzasnęły łamane patyki. Rebeka szczebiotała zębami z zimna… a mi dla odmiany zdrętwiały palce. Płomień w lampie przygasał powoli, przypominając o nieuchronnie przemijającym czasie.
– Możemy już wracać…? – zapytałem przyciszonym głosem.
– A co? Ciemności się boisz, czy za matulą się stęskniłeś? – zadrwiła.
– Nie. Po prostu chcę już wracać – burknąłem.
– Dobra, niech ci będzie, marudo Ty.
Wybranka mojego serca pociągnęła delikatnie za sznury. Zwierz potulnie obrócił się w stronę, z której dobiegało światło ogniska i krzyki rozbawionej szlachty, po czym ruszył przed siebie powolnym krokiem. Nagle coś przebiegło w krzakach, połamało gałęzie i schowało się za pniakiem. Dziwadło wyglądało jak człowiek, ale taki, o rozmytych konturach i czarny całkiem, jak plama inkaustu, rozlanego na papierze. Normalnie to dzielny jestem jak lew, a wtedy akurat odruchowo uczepiłem się mocniej bioder Rebeki. Niespodziewanie zza drzew wyłoniło się dziwaczne znalezisko – przedmiot, z daleka wyglądający jak worek, zawieszony na gałęzi. Koń zarżał głośno na ten widok. Poderwał się na dwa kopyta i po chwili zarył nimi wilgotną ziemię. Dziewczyna pociągnęła mocniej za powrozy i koń uspokoił się nieco. Po chwili uległa ciekawości i podniosła lampę wyżej.
Blady, pulsujący płomień obnażył przed nami przerażający sekret tego miejsca. To nie worek, lecz wisielec kołysał się tuż nad ziemią, wprawiany w hipnotyzujący ruch przed delikatne podmuchy wiatru. Klacz poderwała się raz jeszcze. Tym razem na nic zdały się umiejętności mojej luby. Obydwoje spadliśmy z końskiego grzbietu. Lampa wypadła Rebece z dłoni i z trzaskiem rozbiła się o kamień. Zwierz ruszył galopem w stronę chałup. Ogień zgasł błyskawicznie. Ciemność otoczyła nas ze wszystkich stron. Dziwadło wychyliło się zza konaru, zarechotało po cichu i pobiegło na czworakach do kolejnego krzaka.
– Błagam, chodźmy już stąd! – Dziewczyna pociągnęła mnie za rękaw.
Słyszałem, że do mnie mówiła. Ale co z tego, kiedy myślami bładziłem w całkiem innym miejscu. Śnieżnobiała koszula, futro z szarego wilka, zamszowe kozaki… Paskudny widok nie chciał wyleźć z mojej głowy. Wszystko splamione krwią. A twarz nieszczęśnika… Pewien byłem, że gdzieś już widziałem taką facjatę. Spojrzałem po raz wtóry na splamioną czerwienią koszulę. Ofiara miała dwa małe, całkiem kobiece piersi.
A zatem wisielec był kobietą. Szlachetnie urodzoną.
Kolejne, mocniejsze szarpnięcie wyrwało mnie z zamyślenia.
Proszę mi wierzyć, albo nie ale… Zza drzew wylazły duchy.
– Kogo tu niesie? – zacharczała sosna.
– Toż to córka Fletcherówny i ten bękart! Przeklęte nasienia ognia. Przez nich się wyda. Widzieli ciało. Trzeba ich ubić – warknął modrzew.
– Nie zbliżaj się, mężu. Płomienie mają kamień. Nic nie wskórasz. Daj pokój. Wieśniaki i ryby głosu nie mają. Nie zaszkodzą sprawie.
Pobiegliśmy we dwójkę w stronę osady. Gerwazy czekał już na nas, na środku udeptanej ścieżki – jedynej, która prowadziła do tego przeklętego zagajnika. Trzymał przestraszoną klacz za powrozy i głaskał ją po grzywie, by się uspokoiła. Nawet na nas nie spojrzał. Prawdę powiedziawszy, wcale nie musiał tego robić, żebyśmy się go bali.
– To ja wziąłem konia – powiedziałem bez zastanowienia. – I ja ukradłem lejce. Dziewka niczemu nie winna. Siłą ją zmusiłem, żeby pojechała ze mną.
– Widzieliście skrwawioną gałąź? – zapytał cichym, charczącym głosem i odczekał chwilę, aż obydwoje przytakniemy skinieniem głowy. – Nikomu nie powiecie o znalezisku, zrozumieliście odmieńcy? Nie powiecie matce, nie powiecie babce. Nie piśniecie słówka braciom, świniom ani nawet kurom. Żadnym ludziom, ani zwierzętom, które mamy we wsi się nie zwierzycie. A jeżeli rady mojej nie usłuchacie – uśmiechnął się paskudnie. – To wy już dobrze wiecie, co się wtedy wydarzy. Zrozumieliście?
– Nie powiemy… O czym? – zapytałem.
Dozorca wyszczerzył zęby jeszcze bardziej, wsiadł na konia i odjechał w gęstwinę, zostawiając nas samych na polnej ścieżce. Wkrótce po tym dziwnym spotkaniu odprowadziłem Rebekę do jej chałupy i wyjaśniłem jej matce co zaszło, oczywiście słowem nie zająknąwszy się o wisielcu, ani o tym, co stało się później. Gospodyni chciała mi wcisnąć parę sucharów na drogę, ale odmówiłem. Nie byłem w nastroju do jedzenia. W końcu również wróciłem w rodzinne strony. Przeskoczyłem drewniany płotek i schowałem się za kurnikiem, licząc w swojej naiwności, że jak tej nocy prześpię się na polu, to może uniknę lania. Niestety przed drzwiami czekał już na mnie Ralph.
Kolejne dni mijały powoli. Nad wioską zaczęły latać kruki. Mieszkańcy dworku poubierali się na czarno i w takich ubraniach nosili się przez następny miesiąc. Każdy opłakiwał śmierć Riandy na swój sposób. Damy głośno, często na pokaz. Mężowie w domowym zaciszu, przy kieliszku, a wieśniacy wcale. Trzeba było jeszcze upewnić się przed pogrzebem, że szlachcianka nie przemieni się w ducha, dlatego trumnę z jej ciałem na jakiś czas kazał nobil wystawić pod drzewem, nieopodal dworku bramy. Wiśniowe pudło stało tak przez dwa tygodnie. W końcu drewno i cała okolica tak już zaśmierdły zgnilizną, że pan naszej wsi, z obawy o utratę wpływów ze sprzedaży skór, kazał natychmiast odprawić pogrzeb, nie bacząc na żal i wściekłość Henrietty, która nadal szukała po okolicy znachora, zdolnego przywrócić zmarłą do życia.
Zimne wiatry z północy i łabędzie, coraz liczniej odlatujące na południe zwiastowały koniec lata i początek jesieni. Trzeba było przygotować się należycie na zimę. Z tego tytułu brat ciągał nas po lesie od rana do zmierzchu. Dał każdemu po małej, zardzewiałej siekierce i kazał rąbać pniaki. Powiem panu, że nawet wdzięczny mu za to byłem, bo jak człowiek zajmie się pracą, to już nie ma czasu myśleć o głupotach.
Pewnego pochmurnego poranka do osady dotarło wysłannictwo z Orienholmu. Wysoki rangą namiestnik królowej, paru chuderlawych wojów i on – nie znany nikomu w tej okolicy śledczy, z centralnej części Himlari. Od tamtego czasu jego wygląd nie zmienił się prawie wcale. No, może poza siwizną. Włosy miał detektyw rozpieprzone we wszystkie strony świata. Nosił długi skórzany płaszcz z wywijanymi rękawami i czarny homburg, pod którym ukrywał pogrążony w chaosie czubek głowy. Dexter nie lubił poddawać się trendom, a szczególnie tym, które dotyczyły mody.
W tym czasie, wraz z Ralph siedzieliśmy w szopie. Braciszek przysypiał nad lampą. Ja ciąłem skórę jelonka. Hans walił patykiem w drzewo, a Romeo z Robertem gdzieś tam sobie biegali po wiosce z innymi dzieciakami. Nagle drzwi izby otwarły się na oścież z takim impetem, jakby staranował je sam diaboł. W rzeczywistości było gorzej.
W progu stanął Gerwazy.
Możnaby długo się zastanawiać, dlaczego tak panicznie bałem się tego człowieka. Nie tylko ja zresztą. Wszyscyśmy się go bali i nie – wcale nie chodziło o bicie. Ojciec też nas tłukł, a mimo to mieliśmy z niego ubaw. Jak wracał pijany do chałupy to razem z Ralphem rzucaliśmy mu butelki pod nogi i żeśmy patrzyli jak się zabawnie wypieprzał. Później gonił nas po wsi, gubiąc co rusz kroki i równo orając pole zębami. Śmialiśmy się, aż nas brzuchy bolały, a jak już się nam znudziło, to dawaliśmy się dogonić. Tatul trzasnął trzy razy na oślep i wracał do karczmy pić. Jak Ralph podniósł na mnie rękę to już śmiechów nie było. Ale jego też się nie bałem. Szanowałem należycie, wiadomo – jak starszego, mądrzejszego brata.
A Gerwazy? On bił rzadko. Prawie wcale.
Pamiętam, jak raz podszedł do bawiących się wieśniaczek. Odciągnął jedną na bok i kazał sobie osiodłać konia. Dziewka kiwnęła głową i wróciła do hulanek. Tak dobrze jej czas mijał w towarzystwie, że całkiem puściła w niepamięć prośbę dozorcy. Wąsaty nobil wrócił po chwili i zapytał ją, czego nie zrobiła. Chłopka wzruszyła ramiona, na co szlachcic trzasnął ją w policzek i powtórzył pytanie. To ona w płacz i zarzekła się znowu, że nie wie. Tym razem kopnął ją w żebra. Tak sobie postanowił, że będzie ją walił buciorami, aż ta sobie nie przypomni. Skończył dopiero jak się zorientował, że przesadził nieco z siłą i młódkę zabił. Dziewka w ducha się zamieniła, więc trzy przyjaciółeczki mogły dalej rozrabiać, a w zasadzie to nawet bardziej niż wcześniej, bo wiadomo, że zjawa to więcej mogła.
Dozorca zawsze nosił na głowie słomiany kapelusz. Tylko do jedzenia go ściągał. Poza tym ubierał zwykle czarną kamizelkę i szeroki, skórzany pas, przy którym nosił pęk ciężkich, żelaznych kluczy. Mężczyzna miał też drugi trok – szerszy znacznie, zawiązany na tułowiu, po skosie. Miał do niego doczepionych kilka pochew, a wewnątrz każdej nóż myśliwski. Na plecach nosił pelerynę z barwionego na czarno lnu. Chodził lekko przygarbiony, brakowało mu jednego oka i połowy palców u lewej dłoni. Kapelusz nosił, bo na czubek jego głowy zdobiła wielka, wyłysiała blizna – pamiątka po bliskim spotkaniu z rozgrzanym prętem, którym ponoć potraktowano go, kiedy trafił do niewoli magów.
– Widziałem skóry. Te które suszą się przed traktem – rzekł swoim półszeptem.
– Proszę o wybaczenie. – wymruczałem. – Następnym razem zrobię lepiej.
– Nie będzie takiej potrzeby, bękarcie. Są wystarczająco dobre.
– Dziękuję, miłościwy panie – powiedziałem i ukłoniłem się nisko.
– Wystarczy samo “panie”. Rusz się, dziecko płomienia. Potrzebny jesteś.
– Oczywiście, mi… panie.
Odłożyłem narzędzia na stół, spojrzałem na przysypiającego brata i wyszedłem przed szopę. Dozorca dosiadł klaczy i nawet pomógł mi usiąść obok siebie. Trzasnął lejcami i koń zerwał się do galopu. W ten oto sposób wyruszyliśmy w kierunku dworku. Kiedy mijaliśmy kolejne domy, klucze Gerwazego obijały się o siebie, dzwoniąc przy tym jak kościelne dzwony. Jego Peleryna falowała na wietrze, a schowana w pochwie szabla obijała się o nogę.
Niespodziewanie zza krzaków, porastających chałupę kowala, wybiegło trzech wieśniaków, uzbrojonych w topory. Na ich widok dziewki, zajęte prześciganiem się w to, która z nich zeżre najwięcej jagód, podwinęły szybko spódnice i z piskiem rzuciły się do ucieczki. Napastnicy rozstawili się wzdłuż drogi. Najniższy z nich – brązowowłosy chłop z czarną opaską, zasłaniającą oko, zarzucił rękojeść topora na bark i wyszedł przed szereg.
Klucznik zareagował na ten widok z pełnym spokojem. Delikatnie pociągnął konia za powrozy, stanął bokiem do nieprzyjaciół i poruszył nieznacznie wąsem.
– Wyście Gerwazy? – zapytał ten, który wyszedł do przodu.
– A wyście chuje złamane, jak mniemam – odparł pomocnik naszego pana.
– Myśmy dobrzy ludzie. Oddajcie nam bękarta, to się sami przekonacie.
– Szkoda. – Odźwierny splunął na trakt. – Nudzą mnie dobrzy ludzie.
– A mnie nudzi ta gawęda, złamanej korony niewarta – dodał drugi zbir, który stał na lewo od niskorosłego przywódcy. – Dzieciak, albo odrąbany łeb! Wybieraj, waść! Tylko się nie pomyl – rzekł, wypiął pierś i skrzyżował ramiona, wielkie jak dwa bochny chleba.
– Wierzaj mi – mruknął i zeskoczył na ziemię. – Ja mylę się bardzo rzadko.
– Obaczymy, oj obaczymy! – zachrypiał niziołek.
Słomiany kapelusz dozorca odłożył na plecy, wieszając go na skórzanym pasie. Mężczyzna nie wyglądał wcale na przejętego nadchodzącą potyczką. Poklepał klacz po grzbiecie i leniwym ruchem podciągnął spodnie, które zsunęły mu się podczas jazdy.
Jako pierwszy ruszył ten w opasce. Zacisnął groźnie szczękę, wyszczerzył spróchniałe kły i chwyciwszy siekierę oburącz, ruszył w kierunku odźwiernego. Gerwazy nadal stał spokojnie. Napastnik zamachnął się całym cielskiem, jednak zanim zdążył zarzucić ostrze za głowę, poczuł na skórze zimny dotyk stali, a chwilę później intensywny ból, rozchodzący się po całej twarzy. Szabla, wyciągnięta błyskawicznie z pochwy raniła go w policzek, tnąc skórę od kącika ust po same ucho. Wąsaty szlachcic zgrabnie odskoczył na bok przed rozpaczliwym zamachnięciem, a kiedy jednooki agresor przechylił się wprzód, pod ciężarem własnego ciała, uderzył z niemałym impetem buta w kostkę. Tym ruchem sprowadził go na ziemię. Dwaj siepacze, bierni do tej pory, na widok potrzebującego przyjaciela, zaraz włączyli się do boju. Pierwszego Gerwazy powalił, waląc klingą w czubek nosa. Drugiego okrążył półobrotem i zanim napastnik zdążył zamachnąć się żelastwem, przystawił szablę do gardzieli i pociągnął zamaszyście.
Na widok krwi, klacz przestraszyła się niemało i zrzuciła mnie z siodła, podrywając wysoko parę przednich kopyt. Wywaliłem się na ziemię i uderzyłem plecami o kamienie. Zamroczyło mnie na chwilę, jednak upadek z wysokości nie zdołał całkiem mnie ogłuszyć. Zanim odzyskałem pełnię świadomości, wierzchowiec zerwał się do galopu i zaczął ciągnąć mnie po drodze za nogę, która niefortunnie zaplątała się w linach. Przez kilka sążni bezwładnie obijałem się o wystające z ziemi korzenie i żwir. Gdyby nie nożyk, który zabrałem ze sobą z szopy, zapewne byłbym już martwy. Przeciąłem sznur jednym, zamaszystym cięciem i padłem krzyżem na drogę. Po chwili pojękiwania z bólu, podniosłem się z ziemi i spojrzałem za siebie.
Dwa zbiry już puszczały bańki z krwi. Trzeci jeszcze dychał, ale jego sytuacja wyglądała marnie. Leżał w błocie, obezwładniony całkiem, dociskany do ziemi przez klucznika. Nie pozostało mu już chyba nic więcej, niż błagać o litość szlachetnego wąsacza, co zresztą agresor z niemałą zawziętością czynił.
– Miłościwy panie, litości! – pojękiwał żałośnie złotowłosy rozbójnik w opasce.
– Kto was nasłał? – zachrypiał dozorca. – Kto kazał zabić bękarta?!
– Szlachcianka kazała, wielebny! Jawnogrzesznica zlecenie dała, powiadam. Wcisnęła do ręki mieszek i śmiercią zagroziła jakby któryś z nas odmówił.
– A wyście, zamiast zabrać pieniądze i spierdolić, do mnie przyszli?
– Myśmy nie chcieli! – lamentował. – Ta kobieta… To demon, powiadam!
– Mhm. To teraz ciekawym, jak ten demon wyglądał, co?
– Diabeł ten… – zamyślił się zbój. – Niebieskie miał oczy. Włosy srebrne, no… i we fiolet się czort ubierał. Cieliste pantofle nosił. Szlachetny panie! Ja żem nie chciał tego. To oni… To ci dwaj, co w błocie leżą, zmusili mnie do tego występku!
– Aha… – zadrwił. – To pewnie dlategoś do mnie pierwszy biegł z siekierą.
– Zmusili, zmusili! – powtórzył. – A jażem opór im stawiał. Bo ja dobry człowiek.
– Dobra, zamknij już to ryło niewyparzone – westchnął klucznik, podniósł się z ziemi i pociągnął oprycha za włosy tak, że i on wkrótce stanął na nogach. – A Ty, odmieńcze? Na co tam czekasz? – Spojrzał na mnie. – Teraz już rozumiesz, dlaczego kazałem ci cicho siedzieć i nic nie mówić o tym, co żeś w lesie zobaczył? – zapytał i odczekał chwilę, a kiedy przytaknąłem skinieniem głowy, kontynuował. – To teraz idź, bękarcie i przyprowadź do mnie konia i sznury naszykuj. Chuja złamanego trzeba związać porządnie, bo wierzga jak świeżo wyłowiony karp. I jak karp, zapewne żre gówno, bo tak mu jedzie z pyska.
Kiwnąłem potulnie głową, zebrałem w sobie całe pokłady silnej woli i dokuśtykałem do klaczy, ignorując przy tym promieniujący ból prawie każdej części ciała.
Tymczasem, po drugiej stronie wioski, wojacy ustawili się w rzędzie przed drzwiami dworku. Damy płakały na głos, wycierały kąciki oczu w przemoczoną ścierkę i podawały ją dalej. Mężowie też się wymieniali, ale butelką samogonu. Namiestnik przysypiał na stojąco, podparty o pniak starego dębu. Pewien, nikomu nieznany, chłop próbował zakraść się do suto osiodłanego wierzchowca, ale został zauważony przez wartowników i właśnie obrywał po dupie za chęć przywłaszczenia sobie cudzego mienia. Poza nim i wysłannikiem królowej, wszyscy z napięciem wpatrywali się w drzwi. Wreszcie nadeszła chwila, na którą tyle czekali. Wrota uchyliły się nieznacznie. Dexter stanął w progu, popatrzył chwilę przed siebie i dołączył do zgromadzonych gapiów. Damulki doskoczyły do niego i zaczęły się pytania.
– Jak to wygląda? Coś już wiadomo?
– Przeczytał pan liścik? To pismo szlacheckiej córy?
– To w końcu zabiła się, czy nie?
Watt chrząknął znacząco i wykonał uspokajający gest dłonią.
– List pożegnalny, sądząc po piśmie, szlachcianka napisała osobiście. Wyznała w nim swoje żale i w kilku zwięzłych zdaniach pożegnała się z rodziną. To z pewnością jej słowa.
– Żale? – podchwyciła jedna z kobiet. – Jakież żale?
– To informacja wyłącznie dla najbliższej rodziny.
– Bzdury! – wycedziła Henrietta, matka Riandy. – Nigdy jej niczego nie brakowało. Smoków miała po czubek nosa. Mięsiwa miała. Chleba miała. Księcia nawet mogła mieć… Mogła. A każdego innego nobila czy arystokratę miałaby, tak o! Bzdura! Na pewno ktoś ją ubił z nienawiści a później dla zasady powiesił. To jak nic sprawka któregoś z chłopów.
– Matula moja prawdę rzecze! – Przed szereg wyszła Adriella, najstarsza córka naszego nobila. Jej strój, zdominowany przez fioletowe odcienie, wzbudził niemałe zainteresowanie Gerwazego. – Mordu dokonała szalona córka ognia. Przeklęte nasienie starej Fletcherówny, dziewka o imieniu Rebeka – wycedziła i spojrzała z nieukrywaną satysfkacją na dwóch karmazynów, którzy ciągnęli rozebraną do niemal całkowitej nagości, wierzgającą na boki dziewkę, ubraną jedynie w worek, przysłaniający jej głowę. – Ladacznica ubiła mi siostrę nożem. Dźgnęła ją w pierś, a później, wraz ze swoim wspólnikiem, bękartem ognia, powiesili ją na gałęzi. Zabiła, bo zazdrościła jej złota – powiedziała, drżącym głosem.
– Jak na kogoś, kto nie był na miejscu zbrodni, to bardzo dokładny opis wielce szanowna Adriello. Jestem pod wrażeniem… i to niemałym – skomentował detektyw.
– A co z listem? Dziewka zakradła się do sypialni Riandy i kazała go spisać?
Adriella zacisnęła szczękę, spojrzała w bok i kiwnęła głową.
– Bękarty winne! – krzyknęli na raz dwaj mężowie. – Trza utopić mary w rzece! Przepędzić demony ognia! Powiadam wam, to właśnie tacy jak oni sprowadzą na nas Maurusa ogień… a nadchodzi zima.
– Nadchodzi zima – zawtórowało paru innych.
– Pozbyć się przeklętej bachorzycy! – zażądał ktoś pośród tłumu – A później znaleźć jej wspólnika, przypalacza kurzych piór i…
– Nie trzeba. Już znalezion. – Rozbrzmiał głos Gerwazego. – Witajcie zacne panie i zacni panowie. Witajcie i wybaczcie mi spóźnienie – powiedział i pokłonił się wszystkim, a następnie butem kopnął zbója w łeb żeby i on oddał pokłon szlachcie. – Czy prawdą jest, że namiestnik królowej, winien mieć przy sobie kufer, z eliksirami prawdy?
– Co takiego…? – Urzędnik przebudził się z letargu, trącony łokciem przez stojącego obok żołnierza. – Najprawdziwszą – rzekł po chwili i zerknął na woja, który na ten gest ruszył od razu w kierunku brązowowłosego konia, obwieszonego siodłem i kuframi.
– Kluczniku, skąd ta krew? – Henrietta zbladła z przerażenia.
– Nic to, szlachetna pani – odparł Gerwazy. – Takie tam, przepychanki.
– Nie pozwalam! – wrzasnęła. – Nie zgadzam się na żadne eksperymenta, na wlewanie przez gardziel byle ekstraktów. Szczególnie takich, o magicznych własnościach.
– Wedle życzenia. – Wysłannik kiwnął głową po raz wtóry. – Zgodnie z edyktem królowej, każdy, kto posiada tytuł, ma prawo odmówić użycia na sobie eliksiru z uwagi na jego możliwe skutki uboczne. – Czy to waści nie przeszkadza? – zapytał i spojrzał na odźwiernego, który uśmiechnął się tylko.
– Gdzieżby.
Wyraźnie zaniepokojona, najstarsza córka karmazyna spojrzała na matkę, która zalała się łzami, wyszarpnęła chusteczkę koleżance i zaczęła intensywnie trzeć oczy. Żołnierz wrócił na miejsce ze schowkiem, wyłożonym od zewnątrz ozdobnymi, czerwonymi poduszkami i uchylił wieko, ukazując przed ciekawskim spojrzeniom sześć szklanych fiolek.
– Kto pierwszy ma skosztować esencji? – zapytał oficjel.
– Ten tu łotrzyna – odparł i szturchnął zbója butem, że ten padł na kolana. – Kurwi syn chwilę temu, za kowala chałupą napadł mnie z dwoma, innymi towarzyszami. Siłą próbowali we trójkę pozbawić mnie życia. Zapomnieli jednak, idioci, żeby zabić człowieka, to najpierw trzeba nie być partaczem i umieć siekierą w cel trafić.
– Aha. – Ziewnął urzędnik. – A ci towarzysze, gdzie teraz są?
– W Jeremiaszowym zaścianku. – Gerwazy rozłożył ramiona i spojrzał w niebiosa.
– To niech przyjdą tu zaraz – rzekł wysłannik. – Grzechy wyznają przed nami.
– A mówiła matula, zostań oficjelem – westchnął oprych. – Dobrze, żem się nie posłuchał. Powiadam wam, lepiej kraść i na łby polować, niż być takim idiotą.
– Co to ma znaczyć?! Ten człowiek mnie obraża – warknął namiestnik.
– Jak na moje oko, stwierdził fakt – wtrącił się Gerwazy.
– Czy możemy już łaskawie rozpocząć procedurę? – zniecierpliwił się detektyw.
– Zaiste – burknął wysłannik. – Każda chwila, spędzona tutaj, urąga mojej godności.
Dwaj żołnierze podeszli do zbira, który chęć współpracy wyraził dopiero, gdy jeden z nich solidne przywalił mu pięścią pod przeponę. Potulnie otworzył gębę, a kiedy już to zrobił, drugi skroplił jego ozór naparem. Nieznajomy skrzywił się, jak po kieliszku wódki, zatrząsł cały, zmrużył na chwilę oczy i niechętnie przełknął esencję.
– Jak szybko specyfik zacznie działać? – zapytała Adriella.
– Natychmiast – odparł namiestnik. – Zaczniemy od czegoś prostego. Jak Cię zwą?
– Jestem Eiric, syn Uriela. Takiego tam kowala z sąsiedniej wioski.
– Świetnie. Zatem, Eiricu, czy to prawda, że napadłeś Gerwazego?
– Szczerozłota – wyznał. – Ale myśmy mieli bękarta uśmiercić.
– Kto zlecił zabójstwo?
Oprych splunął na ziemię i zacisnął wargi.
– Kto kazał zabić bękarty! – powtórzył, nadaremnie oczekując odpowiedzi.
– No i co? Czemu nie mówi? Prawdę miał rzec – zaszlochała Henrietta.
– Nie mówi, boś mu gówniany eliksir podał, urzędasie – warknął dozorca.
– A dajże mi spokój, bramojebco! – odgryzł się wysłannik. – Napar działa należycie. Zbir prawdę mówi, a to czy chce mówić czy milczeć woli… To już jego wola.
– Ja mu zaraz narobię woli – warknął Gerwazy, podszedł do bandyty i tak przyłożył mu w potylicę z taką siłą, że powalił go na ziemię i ogłuszył.
– Teraz to już z pewnością nic nie powie – westchnął oficjel.
– To niech bękart prawdy posmakuje – rzekł klucznik i trącił mnie w bok. – Słyszałeś, odmieńcze? Złaź natychmiast z mojego konia.
Ze strachu tak mi zmiękły nogi, że jak zeskakiwałem z siodła na ziemię, to prawie zaryłem gębą błoto. Zaraz podeszli do mniej dwaj uzbrojeni wojacy i położyli łapy na barkach, tak na wszelki wypadek, żebym nie myślał pobiec gdzieś daleko.
– Pij, odmieńcze – polecił namiestnik.
Niechętnie otworzyłem usta i wystawiłem język. Jeden z pomocników oficjela odkręcił zawleczkę i skropił mój język. Eliksir miał cierpki smak. Palił w język i gardło, a po przełknięciu pozostawiał w gębie miodowo imbirowe nuty. Lepki, alkoholowy płyn zaraz rozgrzał mój przełyk i pozostałe organy.
– Jak Cię zwą? – zapytał biurokrata.
– Ronald, syn Thomasa, rybaka i pijaka pasjonata.
– Jak myślisz, dlaczego zbóje chcieli Cię zabić?
– Bo widziałem w lesie powieszoną Riandę.
Gapie westchnęli głośno. Żona naszego nobila zapłakała jeszcze bardziej.
– Nakazuje mu zamilczeć – wycedziła najstarsza córka
– A ja nakazuje mu mówić – odparł Gerwazy.
– W takiej sytuacji obowiązującym nakazem, jest nakaz tego, kto przeżył więcej wiosen – wyjaśnił namiestnik. – Niech zatem bękart kontynuuje.
– Czy na ciele Riandy dostrzegłeś ślady, mogące sugerować, że nie sama się powiesiła, lecz w wyniku siostrzanej zdrady została powieszona? – kontynuował klucznik.
– Tak, panie – powiedziałem, nie mogąc uwierzyć jak płynnie słowa wydobywają się z moich ust. – Miał na piersi ślad, jakby ktoś ciął nożem. Myśmy znaleźli ciało w nocy, ale szlachciankę już podgryzało robactwo, więc musiała się kołysać przeszło kilkanaście godzin, może parę dni. A śmierdziało od niej gównem, mchem, dziką różą i agrestem.
Adriella pobladła jeszcze bardziej i zgrzytnęła zębami.
– To ciekawe… Niezmiernie ciekawe – powiedział bardzo powoli Gerwazy, zwany też klucznikiem. – Przypomnisz mi Adrielko, jakich perfum zwykłaś używać?
– Bękart łże! Niechże ktoś natychmiast utopi go w jeziorze, albo sama się pofatyguję.
– Panie Watt, czy mógłbym prosić o przekazanie mi listu? – kontynuował.
Zawiniątko znalazło się w rękach dozorcy, a później trafiło do mnie.
– Co czujesz? – zapytał.
– Dziką różę i agrest – odparłem bez wahania.
Znowu rozległo się ciche westchnięcie dam. Henrietta padła na kolana, zasłoniła twarz rękoma i zaszlochała tak, że kruki uciekły z gałęzi. Jej mąż rzucił pustą butelkę, podszedł do kobiety, pomógł jej wstać z ziemi i zaprowadził na bok. Dozorca zsiadł z klaczy, podał mi sznury, co bym trzymał zwierza i dołączył do naszego pana.
– Adriello z rodu Dębowego Ostrza, czy masz coś na swoją obronę? – zapytał namiestnik i skrzyżował ramiona za plecami.
– Gówniarz kłamie – wycedziła.
– Kłamać nie może. Spożył eliksir.
– Nie może być. Matko! – ryknęła i zgięła się wpół, bo od krzyku aż zabrakło jej sił.
– Dlaczego, na Bogów… Dlaczego? – lamentowała matka.
– Matko, matulu, mateczko. – Adriella nagle wybuchnęła gromkim płaczem. – Zrób coś. Pomóż mi! Jam niewinna. Ja nie chciałam. Ona się sama na ten nóż nabiła, głupia – Głos jej równie niespodziewanie zrobił się oschły – To jej wina! Księcia ręki zapragnęła, głupia. A myśmy biedni – westchnęła znowu bliska obfitego płaczu i spojrzała na urzędnika. – Biedni, zaprawdę. Ja i siostrzyczka miałyśmy tylko jedną sukienkę, godną panicza. Jedną! – powtórzyła. – A nas dwie… No co myśmy miały zrobić, no co…! Rozerwać szatę na pół? Nie. Wiadomo przecież. Tośmy się z Riandą założyły, która uzbiera więcej malin, ta odzienie weźmie. Ja zbierałam uczciwie. A ona… Ona, ta suka, miast zbierać, święty kamień spod ziemi wygrzebała!
Tłum westchnął znowu.
– Serce Morvatharu? W naszym zagajniku? – zapytało naraz kilka osób.
– Gdzie, gadaj przeto! – Nawet nasz pan okazał zainteresowanie.
– Rianda chciała wykorzystać kamień. – Adriella otarła oczy i spojrzała na własną matkę jak zbity pies, patrzący na swego właściciela. – Urok chciała rzucić na Naremira. Zmusić go do miłości. Zaciągnąć do łoża, narobić dzieci, a z czaru mocy korzystać przebrzydle, dla własnej korzyści i dla szkody Królestw. Taka bowiem była Rianda! Chciwa. Niewdzięczna. Samolubna – wyliczyła głosem, który przepełniał jad. – A ja… – westchnęła. – Chciałam uratować księcia. Nie dopuścić, by szalona córa wypowiedziała życzenie. Wzięłam więc nożyk… Ja to z miłości zrobiłam! Do księcia. Do ojcowizny – wydukała, padła na kolana i zapłakała żałośnie.
– Ciekawym – wtrącił się Dexter, jako jedyny całkiem nieporuszony jej opowiastką. – W jakiż to sposób poznałaś Serce? Czy ty wiesz, Adriello, że minerał ten, jest po wielokroć rzadszy niż złoto. Jak zatem rozpoznałaś ów kamień?
– Poznałam od razu. Błyszczał prześlicznie. Odbijał światło księżyca i sam świecił. Pięknie świecił. – Podniosła wzrok. – Zieleniał cały, tak… Cudowny to był kamień.
– Świecił – podjął pan Watt. – A zatem z tą, która go znalazła, czyli Twoją siostrą, połączyła go więź przeznaczenia. Więź, którą zerwać można dwojako. Niszcząc kamień lub uśmiercając tą, którą owe połączenie związało. Ten kto zabije, przejmuje więź po związanym. Zatem, Adriello, jeżeli prawdą jest co mówisz i nie winnaś śmierci swej siostry, wzięty przez ciebie kamień, winien okazać się najzwyklejszym w świecie kamieniem. Jeżeli jednak kłamiesz… – rzekł mój niedoszły przełożny i zerknął na Gerwazego.
– Wtedy kamień rozbłyśnie zielonym światłem – dokończyła Henrietta.
– Trza zaklebnować jej usta! Jeżeli zabiła, gotowa zgładzić nas życzeniem.
– Mamo…! – jęknęła Adriella. – Mamusiu… Pomóż mi.
Dwaj rośli panowie chwycili córkę naszego włościana i całkiem niemało musieli się natrudzić, bo na widok magicznego odłamka nagle zaczęła wierzgać na boki i kląć niemiłosiernie. Trzeci z możnych wziął do ręki Serce, przełknął głośno ślinę i położył je na dłoni szlachcianki. Werdykt był jasny. Nie skłamała, najstarsza z córek naszego karmazyna.
Kamień błyszczał. Naprawdę pięknie błyszczał.
– Wystarczy! – Oficjel doszedł do głosu. – W imieniu księcia Naremira i królowej Irmelin, najstarszej z rodu Troldów, w świetle przedstawionych mi dowodów, za siostrobójstwo, knowania przeciw Zjednoczonym Królestwom, krzywoprzysięstwo i czary, skazuję Ciebie, Adrillę z rodu Dębowego Ostrza, na śmierć przez ścięcie ostrzem. Zgodnie z edyktem królowej, obowiązującym od pierwszego stycznia roku pańskiego, tysiąc osiemset dziewięćdziesiątego dziewiątego, w takich sytuacjach rodzina skazanego ma prawo wskazać datę egzekucji, sięgającą nie dłużej niż siedem dni od dnia wydania wyroku. O wyborze terminu decyduje ojciec skazanej, a w przypadku jego nieobecności lub…
– Żądam aby wola królowej została spełniona natychmiast. Tu i teraz – powiedział oschłym głosem nasz karmazyn, podciągnął spodnie i jak przystało na męża, obrócił się na pięcie i po prostu sobie poszedł, żeby nie patrzeć na śmierć ukochanej córki.
Jeszcze zanim pomazaniec królowej skończył przemawiać, szlachcianka nasza zemdlała i osunęła się bezwładnie w Gerwazego ramiona. Adriella przestała się drzeć. Nagle zrobiła się niezwykle spokojna. Sama nawet nadstawiła karku do cięcia.
– Skazana ma prawo do ostatniej sekwencji. Co chce rzec? – zapytał namiestnik i wyciągnął z jej ust wilgotny knebel. – Możesz też zrezygnować z tego prawa.
– Tnijcie już, bo szyja boli – westchnęła tylko i zacisnęła powieki.
– A zatem, wola królowej spełnioną będzie – rzekł poseł i dobył szabli.
Ostrze miecza świsnęło w powietrzu. Głowa kobiety potoczyła się po błocie jak przerośnięta pomarańcza i zatrzymała się na środku okręgu, na widoku wszystkich z zebranej szlachty i okolicznych wieśniaków. Reszta ciała spoczęła pod nogami kata.
Gapie stali w kółku jeszcze przez jakiś czas. Pierwsi odeszli możni, zajęci własnymi sprawami. Tuż za nimi oddaliły się damy i wieśniaczki, nie mogące znieść już dłużej widoku krwi. Chłopi zostali do samego końca. Dobrali się do zwłok, w trymiga rozebrali pannę do naga, a później zaczęli wyrywać sobie z rąk jej szaty, przekrzykując się o to, komu przysługiwały prawa do jakiej części garderoby. Ostatecznie prawie wszystko podarli na nic nie warte strzępy i zmęczeni przepychankami, rozeszli się po chałupach.
Podszedłem do Rebeki, na tyle szybko, na ile pozwalała mi spuchnięta kostka. Okryłem ją kożuchem, pomogłem wstać i obydwaj ruszyliśmy z miejsca… Gdziekolwiek, byle dalej od tego pierdolnika i od odrąbanej głowy szlachcianki.
– Powiedz – powiedziała, a ja niezbyt ją rozumiałem, bo w czasie mówienia, dzwoniła zębami z zimna. – A kochasz ty mnie jeszcze?
– Na zabój – odparłem bez wahania.
– A podobam ci się?
– Nic nie podoba mi się bardziej.
– A co najbardziej ci się we mnie podoba?
– Nie płaczesz tyle co moja matka. A poza tym masz zgrabne nogi – mruknąłem i aż wzruszyłem brwiami nad swoją powalającą szczerością.
– A inne ci się podobają?
– Podobają – mruknąłem.
Powoli zaczynałem zazdrościć zbójowi odrąbanego języka.
– Szlachcianki? Wieśniaczki? Chędożyłeś już którąś we śnie?
– Czasem jedną, czasem kilka pań na raz brałem.
– Mhm… Masz coś na swoją obronę?
– Tylko tyle, że odrętwienie języka minęło dwie chałupy temu.
– Głupek jesteś – burknęła, odwróciła głowę i udała obrażoną. – Głupek i dureń!
– Też Cię kocham, łasiczko – odparłem i pocałowałem ją w czubek głowy.
.

.
Następnego dnia miałem aż dwa jelonki do oskórowania. Duże okazy. Krótko mówiąc, roboty na cały dzień. Zasadzki Ralphowej roboty, rozstawione po lesie, sprawdziły się lepiej niż sam braciszek przypuszczał. Ciąłem więc równo. Krew spływała mi po rękach i łokciach. Chlapała po oczach i policzkach.
Nożyk Gerwazego wchodził jak w masło między mięso a skórę. Proszę sobie wyobrazić, że stary kapelusznik pozwolił mi go zatrzymać. Od teraz dwa futra dziennie panu nosić będziesz, powiedział. A jak scyzoryk połamiesz, to ja połamię ci nogi, bękarcie, dodał. Zgodziłem się, bo co? Z takim narzędziem w dłoni to i cztery niedźwiedzie bym dziennie dał radę oskórować, ale słowem nie zająknąłem się na ten temat, bo zaraz by ośmiu zażądał.
Nagle drzwi szopy otworzyły się z trzaskiem. Wzdrygnąłem się niemało, mając w pamięci co stało się, kiedy ostatnim razem usłyszałem podobny dźwięk. Po chwili zebrałem się na odwagę i zerknąłem w kierunku podwoi, gdzie ku swojemu zdumieniu ujrzałem nie Gerwazego, lecz szanownego Dextera. Śledczy wszedł jak do siebie, porozglądał się, podotykał narzędzi, oczywiście tylko tych nie zakrwawionych i zaczął szukać czegoś po kieszeniach. A sporo miał tych kieszeni. W samym płaszczu z pięć sztuk.
– Karczma na końcu wsi stoi – mruknąłem, próbując jednocześnie odgadnąć czegóż to mógł chcieć ode mnie miastowy przybłęda.
– Ja już swoje dzisiaj wypiłem – odrzekł.
– Jak chce kupić skóry, to do pana pójdzie.
– Mam ich już pod dostatkiem.
– To czego chce?
– Ciebie – odrzekł i pokazał mi wizytówkę.
– Mnie? – Wytarłem ręce w szmatę i wziąłem podarunek. – A na co ja komu?
– Masz dobry węch i bystry umysł. Bezbłędnie poznałeś ranę na ciele tej, no jak jej tam było… W każdym razie. – Machnął ręką. – Szukam pomocnika. Mógłbyś podszkolić się przy moim boku – mruknął i wziął do ręki stary, zardzewiały nóż Ralpha.
– Pan lepiej odłoży ten nożyk. Nastawianie nosa dużo kosztuje, a mój bratul ma twarde pięści i pierdolca na punkcie własności. Ja nigdzie iść nie mogę, choćbym chciał. Nie moja wola, w tym żebym gdzieś poszedł.
– Odkupię Cię od szlachcica. Za dwanaście srebrników zgodził się zwolnić Cię z pańszczyzny. Trochę się z nim musiałem potargować.
– A co? Za darmo chciał się mnie pozbyć? Pójdę ale tylko z Rebeką.
– Z płomieniem? Nie wiesz, co robi się z takimi w miastach?
– Wiem. Magów ognia wiesza się nogami do góry. – Zacisnąłem szczękę.
– Właśnie. Poza tym, nie stać mnie na utrzymanie waszej dwójki.
– A ja? Czym niby jestem? Nie słyszał, jak na mnie wołają? Bękart ognia. Przeklęte nasienie. W mieście skończę jak ona albo i gorzej. To samobójstwo. Poza tym, bez ukochanej nigdzie się nie ruszę – rzekłem i wróciłem do cięcia skóry. – Rozumie pan? My wszystko robimy razem. We dwójkę stąd uciekniemy, a jak się nie uda, to we dwójkę tu zdechniemy.
– Przyglądałem się Tobie uważnie, wtedy na placu – wyznał i zamyślił się na chwilę. – Ludzie czasem się mylą, chłopcze, a choroby, nawet najcięższe czasem odpuszczają. Choroby tak, miłość nie, o ile prawdziwa – odparł, schował ręce do kieszeni i ruszył w kierunku drzwi. – Bądź zdrów, zatem. Jak zmienisz zdanie, koniecznie do mnie zajrzyj.
Zapadła cisza. Przez niedomknięte drzwi zobaczyłem, że Dexter podszedł do Hansa. Młody jak zwykle napieprzał patykiem w drzewo. Mieszczan nic do niego nie powiedział, pokazał mu tylko jak ułożyć ręce i nogi, żeby stał jak Tytan, a nie łamaga. Poobserwował chwilę morderczy trening, poklepał go po czuprynie i ruszył wolno wzdłuż traktu.
Taki to był człowiek. Dziwny i naraz fascynujący…
Piotr Siudeja