Powroty

.

.

{Wszelkie podobieństwo do miejsc i ludzi jest całkowicie przypadkowe.}

.

Krajobraz za oknem samochodu szybko umykał. Zanim Nela zdążyła skupić wzrok na jakimś punkcie, ten znikał, zostając daleko w tyle. Po szybie spływał rzęsisty deszcz, wszystko było ciemne i ponure, jakby wszechświat chciał dać jej do zrozumienia, że popełnia największy życiowy błąd.

Im bliżej celu podróży była, tym większe wątpliwości ją ogarniały. Czy to wszystko się uda? Jak zostanie przyjęta?

Miała w pamięci miasteczko, które teraz mijała. Dzisiejszy Dubielów nie przypominał tego sprzed lat, po którym biegała jako dziecko. Ładne, odnowione budynki, stylowe szyldy sklepowe z drewna lub kutego żelaza. Schludne, urokliwe miasteczko z ratuszem przy kwadratowym rynku, położone między porośniętymi mieszanymi lasami wzgórzami. Ktoś bardzo dbał, aby wyglądało doskonale i miało klimat Kazimierza czy Sandomierza.

Ostatni raz była tu jako siedmioletnia dziewczynka, gdy razem z mamą opuszczały to miejsce w atmosferze skandalu. Matka podjęła decyzję o wyjeździe, by chronić córkę przed ludzką zawiścią, brutalnością i plotkami. Nela denerwowała się, wracając w te strony w zupełnie nowej roli.

Deszcz nie przestawał padać. Kierowca minął miasteczko i wjechał na drogę prowadzącą do zamku. Na odludziu, kilka kilometrów za Dubielowem, w otoczeniu kilkunastu hektarów ogrodu i lasu, stał pałac. Wybudowany w XV wieku Pałac Dubielów należał do szlacheckiego rodu Dubińskich. Wzniósł go hrabia Henryk Dubiński z żoną, lady Catherine, pochodzącą z Anglii z rodziny królewskiej. Catherine nie była jedyną cudzoziemką w rodzinie Dubińskich — był też hiszpański książę Carlos, który poślubił hrabinę Annę Karolinę Leżajską i zamieszkał z nią w Dubielowie. Pokochał to miejsce i nie opuścił go aż do śmierci.

Sam pałac wybudowano w stylu neogotyckim, angielskim, z elementami renesansowymi, podobnie jak pałac w Jabłoniu na Podlasiu. Bajkowy zamek z długą historią, która nie zawsze przypominała bajkę — a częścią tej mniej bajkowej historii była właśnie Nela.

Samochód dojechał do pięknej, stylowej bramy z herbem Dubińskich przedstawiającym głowę wilka, miecz i liść dębu w tarczy, a na jej szczycie krzyż i dwie róże. Tarczę herbową podtrzymywały niedźwiedź i lew.

Przy bramie stała budka, w której pracownik na co dzień sprzedawał bilety turystom. On także otwierał i zamykał bramę, decydował, kogo wpuścić, a kogo nie. Widząc znajomą twarz za kierownicą, otworzył bramę — po Nelę na dworzec wyjechał bowiem kierowca z zamku.

Gdy zajechali przed główne wejście, serce Neli waliło, jakby miała zaraz wystąpić na forum międzynarodowym. Szofer wysiadł i otworzył jej drzwi z przyjaznym uśmiechem.

— Pani Kornelio, witamy w Pałacu Dubielów.

— Dziękuję — bąknęła nerwowo.

— Proszę się nie martwić, będzie dobrze. Nasi pracownicy już pani oczekują.

Podczas gdy szofer zajął się jej bagażami, ona ruszyła niepewnym krokiem w stronę wejścia.

Masywne drewniane drzwi na ozdobnych, kutych zawiasach były niczym brama do innego świata. Do świata, z którego jej matka została przed laty wyklęta.

Z wahaniem sięgnęła do klamki. Gdy ją nacisnęła, drzwi cicho skrzypnęły, otwierając się. Po chwili stała już w gotyckim hallu z bardzo wysokim sufitem, z którego zwisał ciężki, piękny żyrandol. Głównym punktem hallu były schody z drewnianą, rzeźbioną balustradą, prowadzące na antresolę — do sufitu było jeszcze kilka metrów. Poczuła się, jakby znów była małą dziewczynką. Nagle do rzeczywistości przywołał ją zdecydowany kobiecy głos.

— Pani Kornelio, witamy w Pałacu Dubielów. — Pięćdziesięcioletnia kobieta o krągłych kształtach wyciągnęła do niej dłoń, uśmiechając się uprzejmie.

— Dzień dobry… — Nela uścisnęła jej dłoń.

— Nazywam się Danuta Zych. Pracuję w sklepie z pamiątkami, ale też zajmuję się dekoracjami zamku na wszelkie uroczystości.

Pani Danusia… Nela pamiętała ją słabo, jak przez mgłę. Zdaje się, że ta kobieta pracowała tu od zawsze.

— Przepraszam w imieniu naszego zarządcy. To on powinien panią powitać, ale pojechał z innymi po choinki. Co roku ubieramy pałac świątecznie już na początku adwentu. Czeka nas bardzo pracowity tydzień. Świąteczne dekoracje przyciągają tłumy turystów. Część pałacu jest otwarta dla zwiedzających, co zapewnia fundusze na utrzymanie.

— Rozumiem.

— Zapraszam, oprowadzę panią. W tej chwili znajdujemy się w głównym hallu, gdzie odbywały się rodzinne spotkania oraz przyjmowano gości. To pomieszczenie jest też udostępniane zwiedzającym na co dzień, podobnie jak główna jadalnia i kilka pokoi na parterze, z których nikt już nie korzysta.

— Gdzie mieszkał mój… gdzie mieszkał hrabia z żoną?

— Hrabia Karol Dubiński de Borbon z hrabiną Małgorzatą mieszkali na pierwszym piętrze.

— Wtedy także pałac był otwarty dla turystów?

— Tak, oczywiście. Zwiedzający często mogli zobaczyć panią Małgorzatę jeżdżącą konno w pobliżu zamku, hrabiego na spacerze z psami… Czasem spotykali się w hallu ze zwiedzającymi. Ale bez obaw — turyści nie będą się pani plątać pod nogami ani też nie będą świadkami pani prywatnego życia. Zapraszam.

Kobieta zaprowadziła ją na piętro głównymi schodami, do salonu, w którym najczęściej spędzali czas członkowie rodu Dubińskich, a następnie do ich pokoi: sypialni z łazienką i garderobą, małego saloniku, gabinetu. Wszystko wyglądało bardzo stylowo, pełne zabytkowych mebli i przedmiotów, ale niepozbawione nowoczesności i wygód.

— Tutaj pani zamieszka.

— Ja… nie wiem, czy…

— Pani Kornelio… Pamiętam panią jako małą dziewczynkę. Mama czasem zabierała panią do zamku, gdy nie miała pani z kim zostawić. Jeśli mogę… pamiętam, jak byłaś zafascynowana końmi, jak biegałaś z psami… jak bawił się z tobą hrabia. Twój ojciec. To jest twój dom. Teraz to ty jesteś tutaj panią, czy to się komuś podoba, czy nie. Twoja mama była moją dobrą koleżanką. Wiem, co przeszłyście. I zasługujecie na to, by teraz tu mieszkać. Ty zasługujesz. I prawo jest po twojej stronie — odziedziczyłaś majątek ojca jako jego jedyne dziecko.

— No tak, ale rodzina… jestem nieślubnym dzieckiem hrabiego — bąknęła cicho.

— Krew z krwi. Rodzinie może się to nie podobać, ale gwiżdż na to. Masz swoje prawa i to ty tu rządzisz. Rodzina, chcąc tu przyjechać, musi najpierw poczekać na twoje zaproszenie. Na razie o tym nie myśl. Rozgość się, a jeśli będziesz miała jakiekolwiek pytania czy życzenia, po prostu powiedz. Pracuje tu spora grupa ludzi i są do twojej dyspozycji. Jeśli będziesz głodna, w kuchni coś ci przygotują. Jeśli będziesz chciała pomóc przy dekorowaniu pałacu, każda para rąk się przyda. Mamy mało czasu i dużo pracy.

— Kuchnia jest na parterze, za schodami? Dobrze pamiętam?

— Doskonale.

Kornelia uśmiechnęła się lekko.

— Twoje bagaże są już w garderobie. Zostawię cię teraz samą, rozgość się. A druga klatka schodowa, z której możesz korzystać, jeśli chcesz ominąć turystów i główny hol, jest w zachodnim skrzydle. Kolejna — we wschodnim. Pierwszą wyjdziesz na tył zamku, drugą na front, ale całkiem z boku. Tam są garaże.

— Dobrze, dziękuję bardzo, pani Danusiu.

Gdy tylko została sama, zajrzała do łazienki. Było to pomieszczenie duże, komfortowe i nowoczesne. Za kolejnymi drzwiami kryła się przestronna garderoba, a pośrodku stały jej walizki. Jak to możliwe, że nie zauważyła, by ktoś je wnosił na górę? Będzie musiała odkryć wiele tajemnic, jakie kryje ten pałac.

Położyła się na wielkim dębowym łóżku. Było bardzo wygodne. Leżąc tak i patrząc w biały sufit, myślała, jak dobrze, że trafiła na panią Danusię.

Obawiała się, że będzie traktowana jak intruz. Hrabiego bękart. Uzurpatorka wyciągająca ręce po majątek, który — w oczach wielu — nie należał się jej. Tymczasem przynajmniej pani Danusia wydawała się być jej sprzymierzeńcem. Powitała ją bardzo ciepło. To pozwoliło jej się nieco uspokoić i rozluźnić.

Nagle rozdzwonił się telefon w tylnej kieszeni jej spodni. Sięgnęła po niego. To Suzan, jej przyjaciółka, więc odebrała natychmiast. Kobiety rozmawiały po angielsku.

— Cześć, kochana, jak tam podróż? — zapytała Suzan, najbardziej pozytywna osoba, jaką Nela znała.

— Wszystko dobrze. Jestem w zamku.

— Naprawdę? I jak?

— Chyba dobrze. Zamek jest piękny, pani Danusia bardzo miła. Może nie będzie tak źle.

— Mam dla ciebie nowiny. Spadniesz z krzesła, jak to zobaczysz. Wysyłam ci link.

— Poczekaj… — Po chwili link przyszedł. Nela od razu go otworzyła. Był to artykuł mówiący o sukcesie jej książki.

— CO?! — krzyknęła zaskoczona i zerwała się na równe nogi.

— Tak! Tak, moja droga Conny. Twoja książka stała się bestsellerem w kilku stanach. A sprzedaż rośnie!

— Niemożliwe!

— Możliwe! Jesteś milionerką i najchętniej czytaną autorką w Illinois i na całym wschodnim wybrzeżu! Wow! — Radość Suzan była szczera. Nela śmiała się głośno.

— Fajnie. Cieszę się.

— No tak, ale co ja mam mówić dziennikarzom, którzy do mnie wydzwaniają i pytają o wywiad z tobą?

— Wywiady? Ze mną? Naprawdę?

— No jasne, jesteś jak amerykańska Rowling. Tajemnicza Conny Batys.

— Na razie nic nie mów. Zastanowię się nad tym.

— A wydasz książkę po polsku? Myślę, że powinnaś, skoro tak dobrze ci idzie.

— Nie myślałam o tym, ale w sumie… czemu nie?

— Teraz pewnie już tam zostaniesz… królewna z bajki w swoim zamku… i pewnie już się nie zobaczymy…

— No co ty, Sue? Miałam nadzieję, że przyjedziesz do mnie na Boże Narodzenie. To nic przyjemnego spędzać święta samotnie. Liczyłam na to, że posiedzimy przy choince, napijemy się gorącej czekolady i powspominamy to i owo.

— Naprawdę byś chciała?

— Oczywiście, że tak.

— No to jasne, że przyjadę. Już bukuję bilet!

— Pospiesz się.

Z Suzan poznały się w szkole już pierwszego dnia po tym, jak matka wywiozła Kornelię do Stanów, chcąc zacząć z nią nowe życie i zapomnieć o przeszłości. Od tamtej pory były nierozłączne i zawsze mogły na siebie liczyć. Kiedy Kornelia napisała książkę i wydała ją jako Conny Batys, było naturalne, że to Suzan zostanie jej agentką i dopilnuje interesów.

Z dołu dochodziły jakieś hałasy, głośny gwar i śmiech, więc Nela wyszła, by zobaczyć, co się dzieje.

Pracownicy przywieźli choinki. W hallu roiło się od ludzi, wielkich worów i pudeł pełnych świątecznych ozdób. Na rozłożonej na podłodze folii, podpartej kozłami, leżała ogromna żywa choinka. W kątach hallu pracownicy ubierali mniejsze drzewka, nosili dekoracje w tę i we w tę. Przed pałacem ustawiono cztery choinki i udekorowano je bombkami oraz światełkami, a cały podjazd — od bramy po budynek — wyznaczały małe drzewka w doniczkach, ozdobione lampkami.

Kiedy Nela ruszyła po schodach w dół i została zauważona, natychmiast przerwano prace. Pani Danusia, która kierowała przygotowaniami, uśmiechnęła się do niej.

— Słuchajcie wszyscy. Wiecie, że po śmierci hrabiego majątek przeszedł w ręce jego jedynej córki, Kornelii. Od tej pory pani Kornelia będzie tutaj mieszkać, więc może niech każdy się przedstawi nowej chlebodawczyni.

— To może ja pierwszy. Jestem tutaj zarządcą. Nic, co dzieje się w zamku, nie ma prawa mi umknąć. Wszelkie sprawy organizacyjne — pomijając dekorowanie pałacu, bo to domena Danusi — to ja. Tadek Stencel. — Młody, przystojny mężczyzna z kilkudniowym zarostem skłonił głowę i uścisnął jej dłoń.

— Miło mi, Nela — uśmiechnęła się. On od razu zaczął przedstawiać innych:

— Ta urocza dziewczyna w świątecznym sweterku to królowa naszej kuchni. Dziewczyny w rogu, ubierające mniejszą choinkę, to nasze pokojówki — zajmują się sprzątaniem, praniem, prasowaniem. Kierowca jest też ogrodnikiem, tam jest Leszek, główny ogrodnik. Na zewnątrz choinki ubierają zaopatrzeniowiec Tymon i menedżerka odpowiedzialna za sprawy turystyczne i reklamę — Kasia.

— Nie uda mi się tego wszystkiego zapamiętać tak od razu.

— Nie od razu Kraków zbudowano. W razie jakichkolwiek wątpliwości jestem do dyspozycji.

— Skorzystam, dziękuję. A tymczasem może wam pomogę w przygotowaniach?

— Zapraszamy.

Zauważyła natychmiast, że wszystkie ozdoby były w kolorach bieli i złota. Wieszając bombki na choince razem z pracownikami, zapytała:

— Kto zdecydował, że mają być takie kolory? Co roku są takie same?

— O nie, co roku jest inaczej. Gdy tylko kończą się święta, już wymyślamy, jak powinny wyglądać w przyszłym roku. Obmyśla to zawsze Danusia, a hrabia akceptował jej pomysł. Szkoda, że nie dożył tej chwili — rzekł zarządca.

— W przyszłym roku jest piąta rocznica śmierci hrabiny Małgorzaty. Ona uwielbiała ludowe tematy, łowickie wzory, wycinanki… Pomyślałam, że może pójść w tę stronę. Pająki ze słomy, kolorowe wycinanki, bibułkowe kwiaty. Ale teraz tak sobie myślę, czy to aby dobry pomysł… — Danusia spojrzała na Nelę z niepewnością. To hrabina była powodem, dla którego matka zabrała Nelę i wyjechały na drugi koniec świata.

— Zastanowimy się nad tym później. Na razie skupmy się na obecnym wystroju. Zapowiada się przepięknie.

— Mam nadzieję, że taki właśnie będzie efekt.

Razem dekorowali choinkę, żartując przy tym. W końcu uznali, że jest gotowa i że czas ją postawić. Mężczyźni przy pomocy lin ustawili drzewko w głównym hallu. Choinka miała siedem metrów wysokości. Ubrana w białe i złote bombki, gwiazdy betlejemskie i wstążki, prezentowała się imponująco. Zadowoleni ze swojej pracy stali chwilę i podziwiali efekt.

— No dobrze. Udało się — stwierdziła Danusia z ulgą. — Jutro powiesimy girlandy na balustradach i zajmiemy się innymi pomieszczeniami, a na razie chodźmy coś zjeść, żeby nie opaść z sił. Dzisiaj musimy jeszcze skończyć girlandy, bo nie wszystkie są gotowe. — Zarządziła.

Cała grupa udała się do kuchni, gdzie czekał na nich ciepły posiłek. Nela pomyślała, że rzeczywiście pracuje tu spora grupa ludzi, doskonale się rozumiejących i świetnie współpracujących. Grupa zżytych pracowników, którzy stanowią coś w rodzaju rodziny — to rzadkość i coś bardzo cennego.

Po posiłku Nela udała się do swojej sypialni. Przyleciała ze Stanów już kilka dni temu. Spędziła ten czas w Krakowie, załatwiając wszelkie dokumenty, ale nadal było jej trudno dostosować się do zupełnie innej strefy czasowej. Była zmęczona, więc poszła się położyć. Dzięki opasce na oczy mogła zasnąć, choć nie był to spokojny, regenerujący sen. Budziła się kilka razy, aż w końcu wstała. Było ciemno. Zerknęła na zegarek — prawie pierwsza w nocy, a ona była głodna i całkowicie rozbudzona.

W pałacu panował mrok. Na szczęście zamontowano oświetlenie aktywowane czujnikami ruchu i kiedy wyszła na korytarz, zapaliły się kinkiety dające przytłumione światło. Sądziła, że jest sama w ogromnym, pustym zamczysku. Poczuła się trochę niepewnie. Nie była jednak sama. W hallu, na stylowej kanapie, siedział zarządca z laptopem na kolanach.

— Co tu robisz? Jest prawie pierwsza w nocy.

— Wiem, ale musiałem jeszcze popracować. Poza tym pomyślałem, że może będziesz czegoś potrzebować. Nie chciałem, żebyś była sama w obcym jeszcze miejscu. Tak na wszelki wypadek.

— Dziękuję za troskę. Ale wolałabym, żebyś mówił mi po imieniu. Nela. Nelka. Tak mówiła do mnie mama.

— Jak sobie życzysz — uśmiechnął się. — Nie możesz spać? Nie ta strefa czasowa?

— To prawda, kiepsko sypiam… Przestawienie się musi chyba trochę potrwać.

— Zapewne. Ale długa, ciepła kąpiel w wannie, aromaterapia, spray do pościeli ułatwiający zasypianie i kubek kakao przed snem powinny pomóc. A rano kawa, zdrowe, wysokoenergetyczne śniadanie i jakiś jogging o poranku — to cię skutecznie rozbudzi.

— O, dziękuję za dobrą radę. Chyba wiesz, o czym mówisz.

— Studiowałem w Stanach, też miałem kłopot po powrocie.

— Naprawdę? — zdziwiła się. — Gdzie studiowałeś? I na jakim kierunku?

— Czy to ważne?

— Zaciekawiłeś mnie. Poza tym chyba powinnam wiedzieć takie rzeczy o moich pracownikach.

— Moje studia nie miały nic wspólnego z zarządzaniem pałacem. Tego nauczyłem się od poprzedniego zarządcy i wprowadziłem ten fach w dwudziesty pierwszy wiek. Nadolny bazował na telefonie i grubym zeszycie, w którym wszystko notował. Ja wolę laptop. — Uśmiechnął się. Miał ładny uśmiech. — Powiedz, masz już plany na Boże Narodzenie?

— Co masz na myśli?

— Co roku odbywały się tu spotkania rodzinne. Rodzeństwo hrabiego Karola i hrabiny, ich siostrzeńcy, bratanice… Wigilijny wieczór to zawsze kolacja dla około trzydziestu osób.

— Nie sądzę, aby rodzina mnie zaakceptowała. Jestem bękartem, który przejął cały majątek — odrzekła smutno. Wiedziała, że jest sama, a rodzina Dubińskich z pewnością nie darzy jej sympatią. Nie chciała konfrontacji. Zarządca kiwnął głową.

— Czyli zamierzasz siedzieć tutaj sama, w wielkim, pustym domu?

— Pewnie tak — westchnęła, wzruszając ramionami.

— Mhm… raczej mało kuszący sposób spędzania świąt.

— A ty? Dlaczego nie odłożysz pracy na jutro, tylko tu siedzisz? Nie masz domu? Żony? Rodziny? Dzieci?

— Wiem, powinienem wracać do Dubielowa — westchnął i zamknął laptop. — Cóż, do zobaczenia za kilka godzin. Napij się kakao i wróć do łóżka.

— Dobrze, tatusiu — uśmiechnęła się, ale on nie odwzajemnił uśmiechu. Chyba go nawet nie zauważył, tylko ruszył do wyjścia.

Kornelia poszła do kuchni, żeby sprawdzić, czy jest kakao. Znalazła tylko gorącą czekoladę i mleko. Kuchnia była bardzo przestronna i profesjonalna, z kilkoma kuchenkami na sześć palników, wykonanymi ze stali szlachetnej. Blaty robocze także były ze stali — jak w restauracyjnych kuchniach. Ciągle czuła się tu dziwnie. Obco. Nieswojo. Powtarzała sobie jak mantrę, że teraz to jest jej dom, że wszystko należy do niej i że to ona jest tutaj panią. Niewiele to jednak dawało. W dodatku miała wrażenie, jakby była obserwowana.

Gdy z kubkiem czekolady wróciła na górę, zwróciła uwagę na portrety wiszące na ścianach, pomiędzy drzwiami do różnych pokoi. Na jednym z nich był jej ojciec. Obraz olejny dobrze oddawał jego rysy i postawę. Pamiętała go z dzieciństwa. Widywała go w zamku, ale nie miała pojęcia, co ją z nim łączy. Żałowała, że nie mieli okazji być dla siebie ojcem i córką, że tak naprawdę go nie znała, nie mogła na niego liczyć. Tak bardzo potrzebowała ojca, zwłaszcza gdy była nastolatką. A teraz? Przebywała w jego domu, wśród jego rzeczy. Dotykała tych samych przedmiotów, których on dotykał. A może…

Nie poszła do sypialni. Poszła do jego gabinetu. Pracował w tym pomieszczeniu — z pewnością musiało tu być wiele informacji o tym, jakim był człowiekiem.

Rozejrzała się. Wśród półek z pięknie oprawionymi książkami stało masywne, ciężkie, zabytkowe biurko pełne szuflad i szafek. Usiadła na krześle z miękką, skórzaną wyściółką. Na blacie stały dwie fotografie w prostych srebrnych ramkach. Na jednej z nich hrabia z żoną, na drugiej — z koniem.

Ostrożnie otworzyła szufladę. W środku były teczki z dokumentami, piękne, cenne pióro wieczne ze złotą stalówką — zapewne podpisywał nim dokumenty. Kotylion czempiona wyścigów konnych i dyplom świadczący o zwycięstwie w gonitwie konia o imieniu Nellya. W drugiej szufladzie znalazła drewnianą skrzyneczkę zamykaną na kluczyk. Niestety kluczyka nigdzie nie było. Ale skoro istniała taka skrzyneczka, musiała zawierać coś ważnego, cennego dla ojca. Mogła kryć odpowiedzi na pytania, które tyle razy przewijały się jej przez głowę.

Zabrała skrzyneczkę ze sobą do sypialni, zastanawiając się, gdzie mógł być ukryty kluczyk. A w sypialni z obrazu na ścianie spoglądał na nią hrabia wraz z żoną. Irytowało ją spojrzenie tej wyniosłej, oziębłej kobiety. Zdjęła obraz ze ściany i wyniosła do garderoby. Tam, w kącie, oparła go o ścianę, odwracając tyłem.

Rano, już o siódmej, pracownicy pałacu przyszli i zajęli się ponownie świątecznymi ozdobami. Nela spała, a oni robili swoje. Kiedy na podjeździe zjawił się luksusowy samochód, Danusia od razu wiedziała, że będą kłopoty. Z auta wysiadł hrabia Dubiński — rodzony brat świętej pamięci Karola. Wszedł do hallu z rękami założonymi z tyłu, jak jakiś inspektor, i omiótł wnętrze chłodnym spojrzeniem.

— Dzień dobry panu — kiwnęła głową Danusia. Hrabia zupełnie ją zignorował.

— Przygotowania trwają, widzę…

— W poniedziałek otwieramy pałac dla zwiedzających. Roboty jest dużo, ale damy radę — odpowiedział Stencel, odkładając girlandę.

— Tak sami z siebie? To wy teraz dbacie o interesy pałacu? — rzucił cynicznie hrabia.

— Zawsze o nie dbaliśmy i będziemy to robić nadal — odrzekł Stencel, jakby zupełnie nie dostrzegał złośliwości.

— Pracowaliście dla mojego brata. A teraz? Gdzie jest nowa właścicielka pałacu? Chciałbym ją poznać.

— Pani Kornelia śpi. Długo pracowała w nocy.

— A pan skąd to wie? Może pracowaliście razem… nad czymś… — cedził słowa.

— Panie Dubiński, człowiek z klasą nie dopuściłby się podobnych insynuacji. Proszę wybaczyć, ale to, jak pani Kornelia kieruje SWOIM majątkiem, nie jest pańską sprawą, prawda? Zapraszamy na zwiedzanie od poniedziałku, jeśli chce pan zobaczyć pałac w świątecznej odsłonie. W tej chwili nie widzę powodu, dla którego miałby pan wałęsać się po prywatnym terenie. Zwłaszcza kiedy właścicielka jest nieosiągalna.

Hrabia aż się zapowietrzył. Arogancka odpowiedź zarządcy wprawiła go w osłupienie.

— Coś takiego! Pan się zapomina, Stencel!

— Ja się zapominam? — uniósł brew zarządca, wyraźnie rozbawiony.

— Owszem! Pan jesteś nikim! Jeśli zarządza pan tak, jak prowadzi auto, to lepiej, żeby wszyscy pracujący tutaj mieli się na baczności! — warknął hrabia.

Zarządca ruszył w jego kierunku, ale na drodze stanęła mu Danusia. W tym czasie hrabia zdążył się ulotnić. Stencel zaklął przez zaciśnięte zęby i wyszedł na tyły posiadłości, trzaskając drzwiami.

— Co się stało? — padło pytanie z antresoli. Dopiero teraz zauważyli Kornelię stojącą u szczytu schodów.

— Pani Dubińska…

— Mam nazwisko matki. Batys — wyjaśniła, schodząc na parter. — Dlaczego macie takie miny? Co się stało?

— Był tu twój wuj… hrabia Konrad Dubiński — westchnęła Danusia. — Ściął się z Tadkiem…

— Jak to „ściął się”?

Pokojówka, poruszona całą sytuacją, nie potrafiła trzymać języka za zębami:

— Bo hrabia próbował panią obrazić. Insynuował, że… No, a Tadek nie pozostał mu dłużny. I słusznie! Hrabia nie jest dżentelmenem.

— Dlatego Tadek tak się wściekł?

— No bo hrabia wspomniał o czymś…

— Chodź, Nelciu. Zaparzymy kawę — Danusia wzięła ją do kuchni i tam wyjaśniła wszystko.

— Dubiński powiedział Tadkowi, że jeśli zarządza tak, jak prowadzi samochód, to powinniśmy wszyscy mieć się na baczności. Wiedział, gdzie uderzyć, żeby zabolało najbardziej.

— A o co chodzi z tym samochodem? Nie rozumiem.

Danusia westchnęła ciężko.

— Jakieś pięć lat temu Tadek pojechał do szpitala po żonę, która urodziła synka. Byli tacy szczęśliwi… Gdybyś go wtedy widziała, jak się chwalił zdjęciami dziecka. Cały rozpromieniony…

Z drogi podporządkowanej wyjechał samochód z ogromną prędkością i uderzył w nich z taką siłą, że ich auto koziołkowało kilka razy, aż rozbiło się o betonowe ogrodzenie, przewracając je. Żona zginęła na miejscu. Dzieciątko też. Tadek był w ciężkim stanie, ale się wylizał. Tylko że do dziś sam siebie wini za ich śmierć.

— Jezu… ale tragedia… Ciężko sobie wyobrazić, przez co przeszedł. Ale przecież to nie była jego wina, prawda?

— Nie jego. Tamtego kierowcy. Ale on sobie wyrzucał, że go nie zauważył, że mógł jechać inną drogą.

— To niedorzeczne.

— Powiedz mu to — wzruszyła ramionami Danusia.

— A co z tym drugim kierowcą?

— Odsiaduje wyrok.

— To dobrze… chociaż to żadna pociecha dla Tadka. Danusiu, zaparz kawę dla wszystkich, a ja pójdę poszukać Tadka.

— Pewnie rąbie drewno w szopie…

Kornelia jeszcze pamiętała, gdzie były stajnie, stodoła z paszą i magazyn zwany szopą, w którym trzymano drewno opałowe i narzędzia do pielęgnacji ogrodu. Istotnie — zarządca właśnie tam był i rąbał drzewo. Podeszła blisko pieńka, na którym stawiał szczapy.

— Odsuń się, proszę. Szczapa może cię uderzyć.

— Więc przestań rąbać — odparła spokojnie.

— Muszę narąbać trochę do kominka.

— Tadku… potrzebujemy cię w domu — powiedziała łagodnie. — Bez ciebie nie zdążymy na czas…

Zarządca oparł siekierę o ziemię i odsapnął.

— Przepraszam. Po prostu… potrzebuję chwili dla siebie. W samotności. Potem przyjdę.

— A mnie się wydaje, że ty zbyt dużo czasu spędzasz w samotności. Są ludzie, którzy ciebie potrzebują.

— Dadzą sobie radę. Doskonale wiedzą, co mają robić.

— Nie widzisz, że jesteście nie tylko współpracownikami, ale i rodziną? Wszyscy jesteście sobie bliscy. Podjęłam decyzję, że dzień przed Wigilią urządzimy sobie wszyscy wigilię tutaj, w pałacu. I nie przyjmuj żadnej odmowy. Obecność obowiązkowa. Każdy niech przyniesie jedno danie, które mu najlepiej wychodzi.

— Wybacz, ale ja nie jestem dobry w gotowaniu…

— Ty pomożesz mi w organizacji.

Cóż miał zrobić? Zgodził się.

— No. A teraz chodź i dokończmy te dekoracje.

Do końca tygodnia pałac zmienił się w bajkową, świąteczną krainę. Chwycił lekki mróz i zaczął padać śnieg. Wszystko układało się znakomicie. Jeszcze przed nowym otwarciem przyjechał reporter z lokalnego tygodnika, by zrobić zdjęcia i porozmawiać z Kornelią.

Kiedy otwarto pałac dla zwiedzających, Kornelia powitała ich kilkoma miłymi słowami i oddała pod opiekę zarządcy, a sama zaszyła się w swojej sypialni. Zastanawiała się, jakie upominki mogłaby ofiarować swoim pracownikom. Chciała, aby były symboliczne, ale i osobiste.

Tego wieczora, gdy skończyły się godziny zwiedzania, zarządca zapukał do drzwi Kornelii.

— Wejść — zawołała, oglądając skrzyneczkę zabraną z gabinetu ojca.

— Tadek, wejdź, co tam? — uśmiechnęła się na jego widok.

— Chciałem tylko zameldować, że odwiedziło nas dziś prawie dwieście osób.

— Naprawdę? To chyba dużo?

— Co roku zwiedzanie pałacu w okresie świątecznym cieszy się dużą popularnością. Ludzie uwielbiają robić sobie zdjęcia w hallu przy kominku i choince. Powiedziałbym, że w tym roku było nawet lepiej niż zwykle.

— To świetnie. Tadku… nie wiesz, gdzie może być kluczyk do tego pudełka? Bardzo chciałabym je otworzyć…

— Niestety nie, ale mogę spróbować otworzyć je inaczej.

— Nie chciałabym zniszczyć ani skrzyneczki, ani zawartości…

— Zrobię tak, żeby było dobrze. Skoczę tylko po narzędzia.

Wyszedł, a po dłuższej chwili wrócił z kasetką pełną różnych narzędzi i wkrótce Kornelia mogła zobaczyć, co znajduje się w środku. Były tam stare fotografie przedstawiające jej matkę i ją samą jako dziecko. Także zdjęcia ze wspólnej zabawy z hrabią.

— Trzymał moje zdjęcia… — szepnęła, oglądając kolejne fotografie. Była tam też jej dziecięca spinka do włosów — różowa, z kokardką w kropeczki.

— Moja spinka…

Kornelia była mocno poruszona. Wzruszenie ściskało ją za gardło. Hrabia trzymał w tajemnicy jej zdjęcia i pewnie czasem do nich wracał, patrząc na córkę, której nie mógł mieć przy sobie.

— Ojciec cię kochał — mruknął zarządca. — To pewne. Myślę, że teraz patrzy z góry na ciebie i cieszy się, że to ty jesteś tutaj panią na włościach.

— Wiesz… podobno kiedy rozpaczamy tu, na ziemi, za bliskimi, którzy odeszli, oni tam, po drugiej stronie, nie mogą zaznać spokoju. Kiedy zmarła moja kuzynka i rodzice bardzo po niej rozpaczali, przyśniła im się, jak tonie, i powiedziała, że tonie w morzu ich łez. Prosiła, żeby przestali rozpaczać, by mogła zaznać spokoju…

— Może coś w tym jest… — westchnął ciężko.

— Nie wiem jak ty, ale ja wierzę w takie rzeczy.

— Pewnie masz rację. Pójdę już. Do jutra.

— Do jutra.

Przez kolejne dni, podczas gdy jej pracownicy koncentrowali się na obsłudze zwiedzających i codziennej pracy w pałacu, Kornelia poznawała sytuację finansową majątku oraz tajniki utrzymania posiadłości: codzienne wydatki, opłaty i źródła finansowania. Zespół księgowych udzielał jej wszelkich szczegółowych informacji. Oprócz tego załatwiała także wprowadzenie na polski rynek swojej pierwszej autorskiej książki napisanej pod pseudonimem Conny Batys.

Tak nadszedł dzień, w którym miała się odbyć wspólna wigilia pracowników i Kornelii.

Od rana dziewczyna bardzo się starała stworzyć piękny nastrój. Pięknie nakryła stół, jakby podejmowała bardzo ważnych gości. Na stole postawiła własnoręcznie zrobione stroiki, świece, Pismo Święte, sianko, a na nim opłatki. Pod choinką położyła starannie zapakowane upominki dla wszystkich swoich pracowników i poprosiła, aby wszyscy założyli śmieszne świąteczne ubrania: swetry w renifery, czapki Mikołaja, stroje elfów… cokolwiek tylko przyjdzie im do głowy. Sama włożyła strój śnieżynki i biały sweter ze śmiesznym reniferem.

Tak jak się umawiali, każdy przyniósł coś od siebie. Kornelia przygotowała krokiety i barszcz czerwony, Danusia — uszka z grzybami, pokojówki — panierowane filety z dorsza i kutię, a zarządca… jako ten, który nie gotuje, przyniósł wino.

Kiedy się ściemniło, wszyscy zebrali się wokół stołu.

— Moi drodzy, bardzo się cieszę, że przyjęliście moje zaproszenie. Chciałam wam tą kolacją okazać wdzięczność za to, jak ciepło mnie przyjęliście, za waszą niesamowitą pracę. Traktujecie Pałac Dubielów jak swój drugi dom, znacie się od lat, lubicie i stanowicie prawdziwą rodzinę.

— Ty też jesteś częścią tej rodziny — wtrąciła Danusia z uśmiechem.

— Dziękuję. Jesteście cudowni, mam ogromne szczęście. Cóż… z mamą zawsze w Wigilię najpierw odmawiałyśmy modlitwę, czytałyśmy fragment Pisma Świętego, potem dzieliłyśmy się opłatkiem i składałyśmy sobie życzenia, a później było już tylko pyszne jedzenie i świetna zabawa. Chciałabym dziś z wami przeżyć coś podobnego. Co wy na to?

.

.

— Cudowny pomysł.

— To kto będzie czytał?

— Może Tadek?

— Nie, myślę, że jako nasza szefowa to ty powinnaś być mistrzem ceremonii.

— Dobrze.

Zrobiło się bardzo wzruszająco, kiedy po przeczytaniu fragmentu Pisma Świętego odmówili modlitwę za zmarłych bliskich. Panowało lekkie napięcie, bo nikt nie chciał pokazać po sobie, co dzieje się w jego wnętrzu. Kornelia obawiała się, że przy składaniu życzeń będzie niezręcznie, ale było wręcz przeciwnie — ciepło, zabawnie, serdecznie. W całym tym zamieszaniu nie udało jej się tylko połamać opłatkiem z zarządcą.

Usiedli przy stole, pałaszując wszystko ze smakiem. Głośny śmiech, żarty, wesołe rozmowy… czy można sobie wymarzyć piękniejsze chwile? Kiedy zjedli, jedna z dziewczyn chciała pójść pozmywać.

— Daj spokój, Kasia! Ani mi się waż. Dzisiaj nie pracujecie. Poza tym teraz pora na gwiazdkowe prezenty. Mam dla was małe upominki pod choinką. Niech każdy poszuka swojego.

Z wielką przyjemnością obserwowała, jak wszyscy podawali sobie ładnie opakowane pudełeczka, rozpakowywali je, wyjmowali figurki aniołków, kartki z życzeniami i bony ze świąteczną premią.

— Bardzo ci dziękujemy, Nelciu, ale my nic dla ciebie nie mamy — rozłożyła ręce Danusia.

— Wy już daliście mi najpiękniejszy prezent ze wszystkich. Dom i rodzinę. To najpiękniejszy i najcenniejszy dar — odrzekła Kornelia.

— Hej, zaśpiewajmy coś!

Świetnie się bawili, ale w końcu przyszła pora, by wrócić do swoich domów.

— Spędźcie te święta z najbliższymi, do zobaczenia za dwa dni.

Wyszli wszyscy. Został tylko zarządca.

— Pomogę ci posprzątać.

— Nie musisz. Dam sobie radę. Możesz wrócić do domu, do swoich.

— Kornelio, ja nie mam do kogo wracać…

— No tak… przepraszam…

— Mam coś dla ciebie. Zniszczyłem skrzyneczkę twojego ojca, więc zrobiłem ci nową skrzyneczkę na twoje skarby. — Wręczył jej drewnianą szkatułkę zabejcowaną na ciemno.

— Sam ją zrobiłeś? — była szczerze zaskoczona.

— Tak. Potrafię robić różne rzeczy.

— Dziękuję ci bardzo. To będzie bardzo ważna skrzyneczka. Naprawdę bardzo dziękuję. — Pocałowała go w policzek w geście wdzięczności i zrobiło się trochę niezręcznie.

— Wiem, że dałaś nam wszystkim wolne na święta, ale… chciałbym jednak móc przyjść jutro do pracy. Siedzenie samotnie w domu to żadna przyjemność. Poza tym dzięki temu i ty nie będziesz sama.

— Przyjdź… — uśmiechnęła się lekko, patrząc mu w oczy. Miał ładne oczy, choć było w nich dużo smutku.

— Zajmijmy się tym sprzątaniem — mruknął, zaczynając zbierać naczynia. Napięcie między nimi nie zniknęło.

Kiedy jadalnia i kuchnia znów wyglądały porządnie, Kornelia nalała wina do dwóch kieliszków i podała jeden zarządcy.

— Napijesz się ze mną? Masz rację, samotne wieczory są do bani.

— Ja zawsze mam rację — mruknął, biorąc kieliszek. Usiedli na kanapie przed kominkiem, w którym palił się ogień.

— To był całkiem miły dzień, prawda? — uśmiechnęła się na wspomnienie wspólnych żartów.

— Mhm… stanowimy całkiem zgrany zespół. Znamy się od lat. Co prawda nie raz mamy ochotę dać sobie po razie, ale to normalne — wzruszył ramionami.

— Jak tu trafiłeś?

— Dzięki Dance. Wyciągnęła do mnie rękę, kiedy najbardziej tego potrzebowałem.

Kornelia pomyślała, że z pewnością mówił o śmierci żony, ale nie chciała poruszać tego tematu.

— A czym zajmowałeś się wcześniej?

— A ty? — odbił pytanie, nie chcąc odpowiadać.

— Powiem ci, ale jeśli zachowasz to w tajemnicy. Przynajmniej przez jakiś czas.

— Uszanuję twoją wolę.

— Napisałam książkę, która stała się hitem w Stanach. Niedługo trafi na półki polskich księgarni.

— Poważnie? Jesteś pisarką?

— Tak wyszło.

— Chciałbym przeczytać twoją książkę. Bardzo jestem jej ciekaw.

— Niedługo będziesz miał okazję. A już zaczynam się zastanawiać nad kolejną. To miejsce jest takie inspirujące…

— To prawda. Ta chałupa ma w sobie coś. Byłaś już u koni?

— Nie, jeszcze nie miałam okazji, ale jutro się wybiorę. Kocham konie, choć nigdy nie jeździłam konno. Wreszcie będę miała okazję się nauczyć. Te konie biorą udział w wyścigach, tak?

— W wyścigach, w WKKW. Twój ojciec był przeciwny wyścigom, ale wygrane przynosiły spory zastrzyk finansowy. No i źrebaki po championach to też ładne pieniądze. A utrzymanie takiego zamczyska to kolosalne koszty.

— No tak… Znasz się na koniach?

— Nie bardzo.

— A co jeszcze powinnam wiedzieć o tym miejscu i o rodzinie Dubińskich? Wszyscy są tacy wredni jak ten…

— Konrad? Nie, nie wszyscy są tak podli. O kilku osobach w tej rodzinie mógłbym nawet powiedzieć coś miłego.

— Na przykład?

— Twoja kuzynka. Córka siostry twojego ojca. Ewelina Sikorowska-Willkinson. Ona jest naprawdę w porządku. Spotkałem ją tylko raz, półtora roku temu, ale to miła, skromna dziewczyna. Zupełnie inna niż ci nadęci Dubińscy.

Spojrzał na Kornelię i zorientował się, że chyba zasnęła.

— Kornelia? Śpisz? Nela?

Nie odpowiadała. Wstał z kanapy, dorzucił jeszcze jedną szczapę do ognia, po czym okrył ją kocem. Spojrzał na jej spokojną twarz. Była śliczną dziewczyną. Delikatnie odsunął jej z czoła kosmyk włosów, zapamiętując każdy szczegół tej twarzy, po czym szybko wyszedł.

Kornelia przebudziła się późnym rankiem, trochę obolała po spędzeniu nocy na kanapie w dziwnej pozycji. Przypomniała sobie, że wieczorem rozmawiała z Tadkiem. Widocznie wyszedł, nie budząc jej, gdy zasnęła. Rozmawiali o koniach.

Poszła do kuchni i zajrzała do lodówki. Zostało jeszcze kilka wczorajszych krokietów. Wzięła jeden do ręki i, zagryzając, udała się do łazienki.

Po pół godzinie była gotowa do spotkania z końmi. Z kolejnym krokietem w ręce udała się do stajni. Myślała, że będzie tam sama, tymczasem kilku stajennych pracowało, wymieniając ściółkę w boksach i uzupełniając paszę.

— Dzień dobry. Panowie pracują nawet dziś?

— Co zrobić, nie wytłumaczymy zwierzętom, że mają pościć, bo my chcemy wolne. Taka praca.

— No tak…

Konie były zachwycające. Zawsze jej się podobały. Zawsze marzyła o tym, by umieć jeździć konno. Przecież to nie była jakaś wielka filozofia — tysiące razy widziała w telewizji, jak to się robi.

— Zaraz skończymy i wracamy do domu. Przyjdziemy po południu, żeby wymienić paszę i ściółkę.

— A właściwie… który z koni był ulubionym koniem hrabiego?

— Nellya, ale to już wyścigowa emerytka. Prawdziwa maskotka pana hrabiego.

— Rozumiem. A czy konie codziennie są na wybiegu?

— Teraz zimą nie. Chciałaby pani się przejechać?

— No pewnie. Mogłabym?

— Oczywiście. Osiodłam pani któregoś.

— Super, dziękuję.

Nie chciała zdradzić, że nigdy nie jeździła konno. Gdy koń był gotowy, wsiadła, wzięła cugle i — tak jak widziała na filmach — delikatnie spieła konia piętami. Zwierzę ruszyło spokojnie. Super, to działa — pomyślała i całą uwagę skupiła na tym, jak prowadzić ten niezwykły „pojazd”.

Pracownicy stajni, przekonani, że potrafi jeździć, nie zwracali na nią uwagi. A ona nie bardzo wiedziała, jak skręcać. Wykombinowała, że jeśli pociągnie za prawą wodzę, koń skręci w prawo. Bała się, ale wszystko szło dobrze. Jechała w dalszy teren należący do posiadłości — częściowo zalesione łąki, wzgórza, niewielki potok. Widząc, że jakoś panuje nad koniem, uspokoiła się.

Nagle coś między drzewami się poruszyło. Jeleń spłoszył się i ruszył w las. Ten niespodziewany ruch spłoszył konia, który także zaczął biec z ogromną prędkością, rżąc nerwowo. Kornelia była przerażona. Musiała się mocno trzymać, ale to wcale nie było łatwe.

— Zwolnij, błagam! Prrr! Koniku, zwolnij, błagam cię!

Zwierzę przeskoczyło potok i pędziło dalej. Kornelia obejrzała się za siebie, a kiedy znów spojrzała przed siebie, przez ułamek sekundy ujrzała konar drzewa i poczuła potężne uderzenie, które zrzuciło ją na ziemię.

Koń z siodłem na grzbiecie wbiegł na teren przed pałacem. Zobaczył go zarządca, który właśnie przyjechał. Chwycił zdenerwowane zwierzę i przyprowadził do stajni.

— Zgubiliście zwierzę? — zapytał stajennego, który szykował się do powrotu do domu.

— Jak to? A gdzie pani Dubińska?

— Jaka pani Dubińska?

— No nowa właścicielka. Chciała pojeździć, to osiodłałem jej konia i pojechała.

Jak to pojechała?! Ona nie potrafi jeździć konno! — zdenerwował się zarządca.

— Potrafi, przecież widziałem. Radziła sobie.

— Tak?! To gdzie teraz jest?!

— Cholera! Zidar jest zdenerwowany. Mógł się spłoszyć i ją zrzucić. Jeśli tak, to ona może być wszędzie.

— Na szczęście padał śnieg. Jadę jej szukać. Bierz drugiego i ruszaj za mną! Weź apteczkę i koc!

Stencel wskoczył na konia i popędził po śladach. Tak dotarł do leżącej na śniegu, nieprzytomnej dziewczyny. Już z daleka widział na śniegu krew. Zeskoczył z konia i ukląkł przy niej. Miała rozcięty policzek i czoło — stąd plamy krwi. Leżała w dziwnej pozycji, ale oddychała. Najpierw sprawdził, czy nie ma złamań kończyn. Nic na to nie wskazywało.

— Kornelia? Słyszysz mnie? Otwórz oczy! Kornelia! Otwórz oczy! — mówił głośno, stanowczo, ale nie reagowała.

Rozpiął jej kurtkę i pięścią potarł mostek. Bodziec bólowy sprawił, że odzyskała świadomość. Otworzyła oczy.

— Tadek?

— Nie ruszaj się. Dopiero jak ci powiem. Ile palców widzisz? — pokazał dwa.

— Dwa.

— Teraz spróbuj wodzić oczami za moją ręką, nie ruszając głową.

Zrobiła to.

— Dobrze. Teraz poruszaj rękami i stopami.

Poruszała normalnie.

— Super. A teraz ściśnij moje dłonie.

Uścisk był słaby, ale równy w obu rękach. Sprawdził źrenice — równe, reagujące. Dopiero wtedy odetchnął z ulgą.

— Dobrze, możesz ostrożnie usiąść.

Pomógł jej. Zakręciło jej się w głowie.

— Coś ty sobie myślała, dziewczyno? — mruknął, sięgając po telefon. Zadzwonił na 112.

— Tadeusz Sądel. Potrzebna karetka na teren Pałacu Dubielów. Upadek z konia. Kobieta między 20 a 30 lat. Jakiś czas była nieprzytomna, reakcje prawidłowe, brak złamań, podejrzewam wstrząśnienie mózgu.

— Jest pan lekarzem? — zapytał dyspozytor.

— Kiedyś byłem. Proszę wysłać karetkę.

Po chwili dodał lokalizację i zakończył rozmowę.

Kornelia drżała.

— Zimno mi…

Usiadł za nią, by mogła oprzeć się plecami o jego tors. Objął ją, żeby ją ogrzać. Stajenny właśnie dotarł.

— Rany boskie! Pani Dubińska, nic się pani nie stało?!

— Masz koc i apteczkę?

— Mam wszystko.

Zarządca oczyścił jej twarz z krwi, zabezpieczył rany, otulił ją kocem.

— Nic mi nie jest, mogę wrócić pieszo…

— Chyba zwariowałaś. Ty już dziś wystarczająco przeszarżowałaś. Poczekamy na karetkę.

— Ale po co? Nic mi nie jest.

— Mhm… Straciłaś przytomność. To już powód, żeby zrobić badania. Możesz mieć wstrząśnienie mózgu, a nawet krwawienie. Staraj się nie ruszać głową. Nie mamy kołnierza, żeby zabezpieczyć szyjny odcinek kręgosłupa.

Kiedy karetka dotarła, Stencel wsiadł z nią.

W szpitalu zabrano ją na badania. Kiedy lekarz przyszedł do Tadka, aż uniósł brwi.

— Proszę… wschodząca gwiazda chirurgii, doktor Sądel…

— Dobrze wiesz, że nie jestem już lekarzem.

— Jeszcze nie minęło pięć lat, nie straciłeś uprawnień. Masz talent. Nie marnuj go.

— Oszczędź mi morałów. Mów, co z Kornelią.

— Nie jest źle. Lekkie wstrząśnienie mózgu, niewielki uraz kręgosłupa szyjnego. Rany na twarzy zabezpieczyłem plasterkami ściągającymi. Wypiszę ją, jeśli będzie pod twoją opieką.

— Mogę do niej pójść?

— Za chwilę sama przyjdzie. Muszę dać jej zalecenia.

Lekarz poszedł do Kornelii.

— Pani Kornelio… wypuszczę panią, ale mam prośbę. Czy mogłaby pani przekonać Tadeusza, żeby wrócił do chirurgii?

— Do chirurgii? — zdumiała się.

— Tak. Był najlepiej zapowiadającym się chirurgiem w kraju. Rozumiem, że po śmierci żony i córki rzucił medycynę, ale… szkoda takiego talentu.

— Nie wiedziałam…

— Gdyby go pani widziała na sali operacyjnej…

.

.

Po powrocie do pałacu Sądel kazał jej się położyć na kanapie. Kołnierz ortopedyczny był niewygodny, głowa bolała, ale to słowa lekarza nie dawały jej spokoju.

Tadek przyniósł jej wodę.

— Musisz odpoczywać. Jak najwięcej leżeć. Zero podnoszenia czegokolwiek, zero gwałtownych ruchów.

— Tadek… usiądź tu — klepnęła miejsce obok.

Usiadł.

— Jesteś chirurgiem…

— Nie jestem. Jestem twoim zarządcą.

— Przestań.

— Kornelio, ja już wybrałem swoją drogę. Nie chcę o tym rozmawiać.

— Dlaczego rzuciłeś tę pracę, skoro masz taki talent? Wiesz, ilu ludziom mógłbyś pomóc?

— Powiedziałem ci, nie chcę o tym rozmawiać. To przeszłość.

— Jeśli ze mną nie porozmawiasz, to idę do stajni i znowu wsiadam na konia.

— Zwariowałaś?! — krzyknął, po czym zniżył głos. — Posłuchaj… to nie są dobre wspomnienia. Robię wszystko, by do nich nie wracać. Byłem świetnym chirurgiem, kochałem to. Miałem wszystko. Cudowną żonę. Świetną pracę. Urodziło nam się dziecko. I nagle, w jednej chwili, wszystko straciłem. Nie mogłem nic zrobić. Medycyna nie mogła nic zrobić. Poczułem wstręt do medycyny. Do samego siebie. Zamknąłem ten rozdział na zawsze.

Głos mu zadrżał.

— Chciałbym pójść dalej. Być znowu szczęśliwy. Założyć rodzinę. Ale nie wrócę do przeszłości. Chirurgia… zawsze będzie mi się kojarzyć z tą tragedią. Są inni lekarze. Ja pracuję tutaj. I ta praca daje mi satysfakcję. Zwłaszcza teraz, kiedy mogę pracować dla ciebie, a ci nadęci Dubińscy trzymają się z dala od pałacu. Jest mi tu dobrze, Nela. Proszę… zapomnij o tym, co kiedyś robiłem. To było kiedyś. Nie jestem już tym samym człowiekiem. I nie wrócę do tego.

Mówił zdenerwowany, a ona rozpłakała się jak dziecko. Było jej go żal. Taki porządny człowiek musiał tyle przejść.

— Co ty… płaczesz? Dlaczego? Och, Kornelio… — westchnął ciężko. — Przepraszam, nie powinienem na ciebie krzyczeć, choć to, co zrobiłaś, było skrajnie nieodpowiedzialne i głupie. Ale tym razem skończyło się dobrze. Mogło być znacznie gorzej. No nie płacz, bo rozmoczysz opatrunek…

Wycierał jej łzy kciukami.

— Już dobrze. Nie becz. Już dobrze — szepnął, tuląc ją mocno do siebie.

Siedział tak, aż oboje nie ochłonęli.

— Przepraszam — powiedziała cicho.

Rozluźnił uścisk, ale ona przylgnęła mocniej.

— Nie puszczaj, proszę.

.

Justyna M. Mączka

3
0

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *