
.
BOŻE NARODZENIE
Odkąd pamiętam, wyczekiwanie na Boże Narodzenie zaczynało się od Świętego Mikołaja. To chyba była pierwsza data, która dla mnie coś wyznaczała, radosna noc, gdy należało szybko iść spać, czego nigdy nie lubiłam, bo przyjdzie Mikołaj.
Usiłowałam udawać, że śpię, kiedy mama zaglądała, ale zawsze rozpoznała, że udaję i nic na razie nie przynosiła. Dobrze widziałam, że to rodzice dają paczkę pod poduszkę i nie pamiętam, żebym wcześniej miała jakieś złudzenia, ale podejmowałam tę zabawę, bo tak było miło i niezwykle, a miałam przecież 4 może 5 lat. Skąd wiem, że nie więcej? Ponieważ nie miałam jeszcze brata, a później był, wyproszony, kochany.
Gdy więc rano budziłam się 6 grudnia od razu czułam, że poduszka w jednym miejscu u góry z boku jest twarda i się wybrzusza. Tam była paczka od Mikołaja.
Co ciekawe, ta twardość i wybrzuszenie poduszki tak bardzo wbiło mi się w świadomość, że czuję to w ręce – wymacującej tamto miejsce – do dziś. Nawet piszą to, szukałam w pamięci, czy w ostatnich tygodniach nie otrzymałam prezentu pod poduszkę podczas snu, ale nie. Paczka od Mikołaja stoi sobie od wczoraj w wielkiej, ozdobnej, torbie obok mego tapczanu. I tak samo cieszy.
Paczki zawsze cieszyły, choć nie doczekałam się w żadnej nowej lalki, Za to miałam brata i woziłam go czasem w wózku moich starych lalek, aby go uśpić, co robiłam chętnie. Kładłam go tam odwrotnie, aby siedział z nogami pod budką, a głową opartą na tej budce i tak zaraz zasypiał. Mama przekładała go do łóżeczka. Jaka ja wtedy byłam odważna. Po latach przy własnych dzieciach okazałam się ostrożniejsza. Ale mama i wtedy i potem czuwała.
Lalki jednak miałam, tylko nigdy nie było mi dość. Tej z porcelanową główką, którą zaraz stłukłam i bardzo płakałam, nie pamiętam. Bardziej to, że, jak tylko tato wracał z pracy wołałam, by narysował mi lalkę. Tato rysował, wycinał. Podobno usadzałam je jedna obok drugiej na spądze, czyli listwie przypodłogowej, wzdłuż ściany. Tego nie pamiętam, ale pamiętam te późniejsze, rysowane przez tatę, gdzie tylko znalazłam kawałek wolnego miejsca w jakiejś książce i na kupowanym specjalnie do tego brystolu. Dotąd w starych książkach to odnajduję. A tą wyciętą z całego, wielkiego arkusza brystolu, podarł mi, śmiejąc się, rok starszy kolega z sąsiedztwa. Wtedy zrozumiałam, jak bardzo chłopcy różnią się od dziewczynek.
A od Mikołaja liczyło się dni do Bożego Narodzenia. Jak się to strasznie dłużyło! I ciągle było jeszcze nie, jeszcze nie teraz, jeszcze parę dni.
Za to wzmagały się coraz bardziej porządki w domu. Rodzice przesuwali meble i każde nogą wiórowało każdą deseczkę parkietu po kolei, zwojami stalowych wiór. Takie wtedy były do dyspozycji. Nawet nie wiem, gdzie kupowane. Potem wywiórkowaną podłogę się bajcowało na żółto, pastowało i froterowało. W upływem lat i sił rodzice odpuszczali sobie co trudniejsze prace, już nie przesuwali szafy, łóżek, potem ja przejęłam froterowanie podłogi, jeżdżąc nogami na wełnianych szmatach. Później sama pastowałam. Ale zawsze sprzątało się wszystkie szafli, kładąc tam świeże arkusze białego papieru, pocięte na części zwisającej z przodu w wycięty wzorek. Jakże ja lubiłem te roboty. Nawet, gdy raz mama piorąc w balii pościel z 4 łóżek nie miała już sił powlec świeżej i tej nocy spało się na czerwonych, zimnych wsypach. Ta dokuczliwość nocy pasowała mi do straszności Adwentu, gdzie w pieśniach działo się tyle przerażających rzeczy.
Wtedy, w szkole podstawowej, nabrałam przekonania, że najpierw musi być bardzo źle, trzeba cię namęczyć, nacierpieć, aby potem przeżyć radość w kontraście, w całej pełni. To weszło do mojej filozofii życia.
Ale tym pracom porządkowym i późniejszym kulinarnym towarzyszyło u nas coś pięknego: robienie ozdób choinkowych. To się wtedy robiło ręcznie z kolorowych papierów, sreberek, słomek, waty, wydmuszek, orzechów… Nawet klej się robiło samemu z mąki i wody gotując tu w małym garnuszku. W sztuce robienia rybek, ptaszków, łowiczanek i wszystkiego, co ładne, celowała znajoma rodziców. Z nią i jej rodziną spędzaliśmy też każde święta. Jeden dzień u nas, drugi – u nich. Ale ten nastrój przygotowań, gdy w niedzielę po południu u tej pani robiło ozdoby choinkowe był niezapomniany. Za oknem było już ciemno, a w pokoju stół zastawiony pudłami z materiałem do kolejnych wyrobów. Wzór kopiowano na odwrocie kolorowego papieru i wycinano… Ja lubiłam robić jerzyki, takie kule z bibuły o ostrych kolcach, zawijanych na końcu ołówka. I łowiczanki w pasiastych spódnicach. Jako dorosła już nie miałam na to czasu. Zresztą chłopcy mieli inne zainteresowania. No może sztucznymi ogniami.
I tak czekało się na święta.
Mróz malował szyby w białe wzory dziwnych roślin, jakby paproci, co bywa tylko przy ogrzewaniu piecowym. Za oknem zwykle było biało. Nie wiem czy dlatego, ze mieszkałam bardziej na wschodzie, na Podkarpaciu, czy klimat się zmienił, ale wtedy jeździliśmy na sankach z niedalekiej górki i lepiliśmy bałwany pod blokiem. Jaka to była przyjemność! Raz jedna kula do bałwana wyszła tak zbita, że przetrwała do kwietnia.
A kiedy porządki domowe osiągnęły zenit i dom odzyskiwał miły wygląd, a pomiędzy oknami rosły pakunki z wędliną od chłopa, który po świniobiciu to ukradkiem, jeszcze rano po ciemku, przywoził, mama brała się za pieczenie ciast. Tato kupował choinkę, oprawiał ja w krzyżak, który przybijał gwoździem do podłogi (parkietu!) i wkładał na czubek szklany szpic, a na gałązce u góry pierwsze świecidełko, czyli bańkę. Taka była tradycja rodzinna, jak i to, ze pan domu czyści wszystkim w niedzielę rano buty.
Ja towarzyszyłam tacie przy choince, potem coraz więcej sama ubierałam. Brat gdzieś biegał z kolegami.
Mama piekła ciastka, makowce, ja pomagałam coraz więcej. Po ciastach przychodził czas na pieczenie mięs – jakiejś kaczki czy indyka oraz schabu. W sam dzień Wigilii mama robiła uszka z grzybami do barszczu i pierogi z kapusta i grzybami oraz mak z bakaliami. Na sam koniec piekła jeszcze łamańce, takie kruche długie placki z mąki masła i wody, które wbijało się do maku w salaterce.
I wreszcie nadchodziła ta najbardziej uroczysta godzina roku – wieczerza wigilijna przy kolorowo ubranej choince – na białym obrusie, przy zapalonych świecach w najpiękniejszej porcelanie.
Ja pamiętam jeszcze świeczki na choince i bengalskie ognie, czyli te rozpryskujące się sztuczne, ale to było niebezpieczne zapalać na długo. Dopiero w święta, gdy wszyscy, śpiewając kolędy, baczyli, czy choinka się gdzieś od ognia nie zapala. Jak nastało sztuczne oświetlenie, paliło się całymi godzinami, ale już tak nie wzruszało.
Najpierw było łamanie się opłatkiem i życzenia. Wszystkim ze wzruszenia drżały wargi, głos odmawiał posłuszeństwa, łza pobłyskiwała w oku.
Długo przy stole byliśmy we czwórkę. Ale czasem ktoś jeszcze: raz samotny sąsiad, czasem babcia, a potem mój mąż, dzieci, żona brata… Stół trzeba było rozkładać… i szykować większy obrus.
Mama sama wnosiła potrawy, jedną po drugiej, my zbieraliśmy talerze i sztućce. Należało każdej potrawy nabrać choć trochę, bo traciło się jakieś szczęście, gdyby się którąś pominęło. Dopiero, jak wszyscy zjedli, przybywała kolejna potrawa.
Najpierw był biały barszcz – postny, potem w kolejności, której już nie pamiętam dokładnie: śledzie z zapiekanymi ziemniakami, barszcz czerwony z uszkami, ryba – często karp, a z czym – zapomniałam, pierogi z kapustą i grzybami, wreszcie to, na co my dzieci i potem nasze dzieci, czekają najbardziej – mak z łamańcami. I wtedy ogarniała nas senność, że upieczone przez mamę pączki nie budziły już entuzjazmu, ale aromatyczny kompot z suszonych owoców – owszem. Jeszcze tylko jedna czy dwie kolędy – wyśpiewane sennym głosem i … spać się chce. A jest coś w telewizji?
A Pasterka? Najpiękniejsze przeżyłam w Rabce z nową rodziną syna, gdy po wieczerzy i śpiewaniu kolęd przy pianinie, jechaliśmy do małego, drewnianego, kościółka na górze i tam chwilami zamykały mi się oczy, a jak otwierałam i śpiewałam ze wszystkimi „Bóg się rodzi” – czułam się jak w niebie.
Nazajutrz Boże Narodzenie było zawsze najpiękniejsze. I na tym kończę, bo mi żal, że to minęło.
Krystyna Habrat