Katarzyna Godefroy – Tango z koniem (część szósta)

.

.

Rozdział 8

.

.

Zapanowało milczenie ciężkie od niewypowiedzianych słów. Tomasz się nie odzywał, a ja nie wiedziałam, co jeszcze mogę dodać.

– Jak to zniknęła? – spytał w końcu.

– Pojechałyśmy razem do klubu, ja poszłam na górę, a ona została z Carlą. Gdy zeszłam do stajni, już jej nie było.

– Zostawiłaś ją samą z Carlą!? – wrzasnął mi do ucha.

– Przecież byli inni jeźdźcy, nie sądziłam, że grozi jej niebezpieczeństwo.

– Gdzie jesteś? – pytanie zabrzmiało jak strzał z bicza.

– W kafejce pod domem.

– Zaraz do ciebie przyjdę, nigdzie nie odchodź.

Czułam się wybita z rytmu, jakbym opuściła orbitę i wypadła z hukiem w nieznane przestrzenie międzygalaktyczne. Nie byłam przygotowana na konfrontację z podstępnym przeciwnikiem i w takich sytuacjach nie wiedziałam, co robić. Zuzanna zaufała Carli, a ta ją podeszła – jak myśliwy podchodzi zwierzynę, z wyrachowaniem i bez skrupułów. Musiałam sięgnąć po resztki wiary w siebie, jakie mi jeszcze zostały. Rozmowa z Tomkiem nie zapowiadała się przyjemnie. Nawijałam na palec koniec bluzki, patrząc bezmyślnie przed siebie, kiedy podszedł do stolika. Zasłonił sobą słońce, a na mnie padł blady strach. Nieśmiało podniosłam oczy. Stał przede mną pochmurny jak listopadowy dzień, a czoło przecinała głęboka zmarszczka.

– Opowiadaj – powiedział, siadając.

– Wszystko już powiedziałam. Byłyśmy w klubie, ja rozmawiałam z Michaelem, a ona z Carlą w stajni. Gdy zeszłam na dół, już jej nie było.

– Rozmawiałaś z pozostałymi jeźdźcami? Może ktoś coś widział?

– Nie rozmawiałam – przyznałam ze skruchą. – Czekałam na parkingu.

– Kinga, w jakim ty świecie żyjesz? – Myślałam, że zakrztusi się własnymi słowami. – Carla to kryminalistka, ukradła konia!

– Nie ukradła, kupiła.

– Ale coś ukrywa, inaczej powiedziałaby, co się z koniem stało. Wiem, że bliższa jest ci rzeczywistość z Przeminęło z wiatrem albo z Anny Kareniny, ale teraz trzeba się zastanowić, jakie działania podjąć.

– One wcale nie miały łatwego życia – rzuciłam w przestrzeń.

Popatrzył na mnie wybałuszonymi oczami.

– O kim mówisz? – wyjąkał.

– Anna i Scarlett O’Hara, Rhett to brutal i cham – powiedziałam z całą pewnością, na jaką było mnie stać.

– Muszę się czegoś napić. Rozmowa na trzeźwo mnie przerasta. Dwa kieliszki wódki, poproszę – powiedział do kelnera przechodzącego obok. – Wiem, że się przyjaźnicie. Chciałaś jej pomóc odnaleźć konia, ale teraz sprawa przybrała niebezpieczny obrót. Zuzanna zniknęła, nikt nie wie, gdzie jest. Ty straciłaś trop, jedyne, co nam zostaje, to pójść na policję. Dziękuję – powiedział do kelnera stawiającego kieliszki na stole.

Nie zaprzeczyłam, bo po co? Nie chciałam mu wyjaśniać, że łączyła mnie z Zuzanną współpraca nad książką. Chciałam, aby powieść ujrzała światło dzienne dlatego zdecydowałam się na wyjazd do Francji, nie podejrzewałam, że mogą z tego wyniknąć kłopoty. Nic nie zapowiadało afery kryminalnej.

Policja mnie nie przerażała, mogłam udać się na komisariat i opisać wydarzenia tego poranka, nasz wypad do klubu, rozmowę z Michaelem i odkrycie, że Zuzanna opuściła budynek bez pożegnania. Nie wiem, czy moja rekonstrukcja zdarzeń mogła im się na coś przydać, ale nie przeszkadzało spróbować.

– To dla ciebie. – Tomek podsunął kieliszek w moją stronę.

Niepewnie powąchałam zawartość, stwierdziłam, że wyleję trunek pod stół jak nie będzie patrzył. Nie lubię mocnych alkoholi. I bez nich tracę kontakt z rzeczywistością. Upijanie się uważam za tchórzostwo, brak odwagi na spojrzenie prawdzie w oczy.

– Pij – wbił we mnie sokoli wzrok.

Wypiłam i natychmiast zaczęłam kaszleć. Zerwał się z krzesła i poklepał mnie po plecach. 

– Lepiej? – upewnił się, gdy złapałam oddech.

– Lepiej – odpowiedziałam z trudem. – Nie lubię wódki.

– Widzę, ale czasami rozmowa na trzeźwo nie daje rezultatów. Pod wpływem alkoholu możesz sobie przypomnieć zdarzenia, o których zapomniałaś albo zepchnęłaś w podświadomość.

– Jesteś psychiatrą? Ciekawy sposób stawiania diagnozy.

In vino véritas. Pod wpływem alkoholu puszczają blokady, którymi mózg broni się przed utratą kontroli, dobrym wizerunkiem samego siebie, czyli otacza nas strefą komfortu, która potrafi być bardzo… niekomfortowa.

Wpatrywałam się w niego bez słowa. Nawet bez alkoholu wiedziałam, że nic nie wiem. Może przegapiłam ważny szczegół? Coś, co mogłoby pokazać kierunek, w jakim należy iść? Carla to element łączący wszystkie części w całość, zatem należy odszukać Carlę, a dzięki niej Zuzannę – po nitce do kłębka.

– Trzeba zadzwonić do Michaela. – Wyciągnęłam z torebki telefon, odnalazłam wizytówkę Irlandczyka i wybrałam jego numer. Po kliku sygnałach włączyła się sekretarka.

– Nie pozostaje nam nic innego, jak udać się na policję. – Tomasz wstał od stolika. – Zapłacę, poczekaj na mnie.

W komisariacie, po zgłoszeniu zaginięcia dyżurnemu w okienku, skierowano nas do poczekalni, gdzie usiedliśmy na mało wygodnych plastikowych krzesełkach w otoczeniu innych nieszczęśników. Plakaty na ścianach zachęcały do wstąpienia do policji, w rogu stał dystrybutor do kawy, a obok drugi ze słodkościami. Ludzie wchodzili i wychodzili odprowadzani przez policjantów. Niewielkie miasteczko, a na komisariacie ruch jak w ulu. Rozejrzałam się po pomieszczeniu w poszukiwaniu czegoś do czytania. Na drewnianym stoliku dostrzegłam leżące czasopisma. Zagłębiłam się w lekturze artykułu o piosenkarce Carli Bruni.

– Co czytasz? – postarał się nawiązać rozmowę mój znudzony towarzysz.

– O Carli.

– Jak to o Carli? – zdziwił się. – To już piszą o niej w gazetach?

– Piosenkarka Carla Bruni, żona Nicolasa Sarkozego, byłego prezydenta Republiki. Piszą o jej koncertach i nowym albumie.

– Aha. Długo jeszcze będziemy czekać?

Obejrzałam ludzi na krzesełkach.

– Zależy, ile osób w komisariacie zajmuje się przesłuchiwaniem. Jeżeli jest to jeden oddelegowany osobnik – to długo.

– Opowiesz mi o sobie? – zapytał, wpatrując się we mnie z nadzieją.

– Nie lubię tego, moje życie wydaje się mało interesujące, dlatego dużo czytam. Żyję w świecie wymyślonym, nierealnym, aby oderwać się od rzeczywistości. Wybrałam edytorstwo i pracuję w wydawnictwie, o czym wiesz. Teraz twoja kolej.

– Mieszkam z mamą w przedwojennej willi we Wrocławiu, na Psim Polu. Mama została sama po śmierci taty. Mam siostrę, Elżbietę, poznałaś ją, a jej córki to oczywiście Zuzanna i Julia. Mąż ją zostawił, wyjechał do Kanady i więcej go nie widziała. Ale do panieńskiego nazwiska z jakichś niezrozumiałych dla mnie powodów nie wróciła. Ja, po studiach na Akademii Medycznej podjąłem pracę w szpitalu. Jak widzisz, prowadzę mało interesujące życie.

– Jak znalazłeś się we Francji, skoro pracujesz w szpitalu we Wrocławiu? – zainteresowałam się trochę zbyt nachalnie.

– Przyjechałem do Francji na staż z anestezjologii, a w tym czasie Zuzanna zaczęła mieć kłopoty ze zdrowiem, pojawiły się u niej objawy depresji po zniknięciu Eklerka. Wziąłem zatem zaległy urlop, aby zastąpić ją w opiece nad ciocią Józefiną.

– Masz rodzinę to dużo. Moi rodzice zginęli w wypadku lotniczym, wychowywałam się w domu dziecka, ponieważ dziadkowie od strony taty nie chcieli się mną zajmować. To dlatego zmieniłam nazwisko – powiedziałam, wpatrując się w gazetę.

– Ogromnie mi przykro. – Wyjął mi gazetę z ręki i ją uścisnął. – Nie chciałaś założyć własnej rodziny?

– Nie spotkałam odpowiedniego kandydata. A ty? – Spojrzałam na niego wilgotnymi oczami.

– Narzeczona odeszła. – Zamilkł na moment, zagłębiając się w myślach. – Z innym. Na szczęście nie był moim przyjacielem – dorzucił z niepewnym uśmiechem. 

– Jesteśmy jak dwoje rozbitków na tratwie – stwierdziłam filozoficznie. 

Z holu wyszła młoda policjantka i skierowała się w naszą stronę.

– Pani Alias? – przeczytała nazwisko z kartki w notesie.

– To ja.

– I pan…

– Radwański – dokończyłam za nią.

– Proszę za mną.

Poprowadziła nas korytarzem, a następnie schodami na pierwsze piętro, wpatrywałam się w spięte w kok ciemne włosy i proste plecy okryte przepisowym żakietem. Myślałam o jej zainteresowaniach, gdyż wyglądała na miłośniczkę fitnessu. A może sportów walki? Ciekawe, czy posiada czarny pas w taekwondo?

W biurze usiadła przy komputerze, a nas poprosiła o zajęcie miejsc na krzesłach.

– Chcieli państwo zgłosić zaginięcie? – Spojrzała na mnie, a następnie na Tomka. – Nazwisko zaginionej? 

– Kosińska Zuzanna. Pojechałyśmy do klubu jeździeckiego i niestety stamtąd już nie wróciła.

– Jak dawno to się wydarzyło? – Policjantka wpisywała informacje do komputera.

– Dzisiaj rano.

Kobieta oderwała wzrok od ekranu i spojrzała na mnie uważnie.

– Czyli od zaginięcia nie minęło czterdzieści osiem godzin. Zanotuję państwa zgłoszenie, ale nic więcej nie mogę zrobić, przykro mi. Chyba, że ma pani podejrzenia, że została uprowadzona siłą… Ślady walki, krew?

– Nie.

– W takim razie będziemy musieli poczekać. Zdarza się, że osoby uważane za zaginione wracają.

Wyszłam z komisariatu rozczarowana i zła. Kontakt z policją wypadł mdło, nie udało się popchnąć sprawy do przodu, dalej wszystko w zawieszeniu, żadnej drogi wyjścia, wszędzie ślepe uliczki.

Po powrocie Julii z wycieczki do Luwru, odegraliśmy tragedię grecką w trzech aktach. W pierwszym akcie Julia z milczącym wyrzutem słuchała wyjaśnień, w drugim szlochała i zawodziła jak Kasandra w czasie podbijania Troi. Jej „a nie mówiłam!” słychać było w całym miasteczku. W trzecim i ostatnim – ja zamknęłam się w pokoju. Natomiast w kuchni Tomasz podawał siostrzenicy środki uspokajające.

Oczywiście, że było mi jej żal, rozumiałam jej bezradność w obliczu zaistniałej sytuacji, może nawet przyłączyłabym się do jej użalań, gdyby to mogło w czymś pomóc; jednak płacz niczego nie rozwiązywał. Musiałam coś wymyślić, cała rodzina Zuzanny będzie miała do mnie pretensje o to, co się stało. Nie miałam wpływu na rozwój wypadków, jedne wydarzenia popychały drugie jak kostki domina; nie mogłam nic na to poradzić. Wiedziałam jednak, że to mnie obciążą winą za wszystko. Tak jak w średniowieczu palono na stosach „czarownice”, które oskarżano o szerzenie na świecie wszelkiego rodzaju zaraz, tak i teraz musiał znaleźć się jakiś kozioł ofiarny, na którego można by zrzucić winę za niepowodzenia. 

Nie mogłam zasnąć, przez głowę przelatywały wydarzenia z całego dnia. Aby oderwać się od ponurych myśli, wyjęłam z walizki teczkę z niedokończoną powieścią Zuzanny. Wyciągnęłam się wygodnie na łóżku, nogi przykryłam wełnianą narzutą w brązową kratę. Przerzuciłam kilka stron i znalazłam odpowiedni rozdział. 

.

Saint-Nom-La-Bretèche, Francja, marzec 2017 r.

.

.

Nastawiła kawę i wrzuciła kromki chleba do opiekacza. Gdy tosty wyskoczyły, przysmażone dokładnie tak, jak lubiła, rozsmarowała na nich konfiturę z czarnej porzeczki. Pomyślała, że w zwykłych czynnościach można znaleźć okruchy szczęścia.

Przesunęła drzwi szafy i przyjrzała się swoim ubraniom. Wybrała jeansyspodnie do jazdy miała w klubiedo tego koszulową bluzkę w niebieskim kolorze, która podkreślała karnację. Oczy podmalowała maskarą i położyła błyszczyk na usta. Z zadowoleniem przyglądała się odbiciu w lusterku. To tylko zwykły trening, ale powinnam dobrze wyglądać, przekonywała samą siebie. Włożyła zamszowe botki, ubrała kurtkę i wyszła z mieszkania.

Gdy przyjechała na miejsce weszła do siodlarni ze sprzętem ujeżdżeniowym. Każde siodło oraz ogłowie podpisano imieniem konia. Ściągnęła te, których eleganckie metalowe tabliczki miały wygrawerowany napis »Eclair«, a pod spodem mniejszymi literami »Z. Kosińska«. Zabrała cały sprzęt i zeszła do stajni. Koło boksu Eklerka stał Jean-Lou, serce podskoczyło jej do gardła; nie spodziewała się go tak szybko.

Cześć, potrzebujesz pomocy? – spytał.

Poprosiła go o przygotowanie konia, zostawiła sprzęt pod boksem, a sama wróciła na górę przebrać się. 

Wsiadała na konia pod uważnym spojrzeniem Jean-Lou, który trzymał Eklerka za wodze, chciała odbić się lekko i z gracją usiąść w siodle. Fala gorąca rozeszła się po ciele, gdy otarła się o jego ramię. Starała się myśleć o lekcji, zrobiła wdech, policzyła do trzech, wypuściła powietrze nosem.

–To zaczynamy – powiedziała, kiedy była gotowa do treningu.

– Na początek kilka ćwiczeń, wyrzuć strzemiona i zostań na okręgu – Jean-Lou wydawał polecenia głosem przyjaznym, ale stanowczym. – Przede wszystkim popracuj nad pozycją.

Zuzanna uwolniła stopy ze strzemion, opuściła luźno nogi wzdłuż boków konia i poddała się harmonijnemu ruchowi.

– Najczęstszą przyczyną nieprawidłowego działania pomocy jest zła pozycja jeźdźca. Złap przedni łęk i unoś regularnie kolana w górę. Raz, dwa, raz, dwa. Plecy proste – dorzucił, kiedy pochyliła się do przodu. – A teraz kręć nogami jak na rowerze.

Czuła się jakby dopiero zaczynała przygodę z jeździectwem, jakby to był jej pierwszy kontakt z grzbietem konia. Świadomość, że traktuje ją jak debiutanta nie dodawała jej pewności siebie.

– Wsiądź w siodło, odchyl się do tyłu. A teraz zatrzymaj konia samym dosiadem. Dobrze. – Podszedł do niej i poklepał po łydce. – Noga swobodnie zwisa, w stałym kontakcie z bokiem konia, pięta w dół. Nie usztywniaj mięśni – powiedział, gdy odruchowo zesztywniała pod wpływem ruchu jego ręki od łydki w stronę ud. Czuła, że się czerwieni, nie umiała powstrzymać emocji, które wstrząsnęły jej ciałem. Jean-Lou uśmiechnął się przyjaźnie, poprawił zapięcie nachrapnika, a następnie odsunął się, aby mogła odjechać stępem. 

– Zrób kilka skrętów tułowia, ale nie unoś kolan w górę, noga swobodnie zwisa. Ręce oprzyj na biodrach i przejdź do kłusa. 

Przez kilka minut kłusowała, starała się wysiedzieć w siodle, nie podskakiwać jak worek ziemniaków. Ulżyło jej, gdy zalecił przejście do stępa. 

– Dotknij uszu konia, a teraz zadu, raz jedną ręką, raz drugą. Skręć tułów… bardziej. Gdy chcesz, aby koń skręcił, odwracasz głowę w danym kierunku i skręcasz górną część ciała. Spróbuj zakłusować, a następnie przejdź do stępa bez użycia rąk. Samym dosiadem.

Ćwiczyła zmiany chodów, kierunku, aż wreszcie przejścia stały się harmonijne i płynne. 

– Powiększ okrąg i zagalopuj ze stępa, następnie przejdź do kłusa. Na prawą i na lewą rękę.

Na koniec treningu Eklerek wykonywał polecenia bez oznak zdenerwowania czy napięcia. Skoncentrowany, ale doskonale rozluźniony, był idealnym partnerem, jazda sprawiała Zuzannie przyjemność, jej ciało poddawało się ruchowi do przodu, nie stawiając oporów. Zmęczenie dawało się we znaki, ale czuła też satysfakcję z wykonanej pracy. Poluzowała wodze, obchodziła ujeżdżalnię stępem, aby koń odpoczął, gdy do maneżu weszła Elisabeth. Kilka minut rozmawiała z Jean-Lou 

i wyszła.

– Skończymy na tym, nieźle sobie radziłaś, możemy to kiedyś powtórzyć. – Pomachał dłonią na pożegnanie i opuścił ujeżdżalnię.

Zuzanna została kilka minut dłużej, nie chciała wracać do boksu na zmęczonym koniu. Kiedy Eklerek odpoczął, zjechała do stajni. Odpinała popręg, gdy zajrzał do niej Michael.

– Wiesz, że Jean-Lou i Carla jadą z nami na zawody?

Zdziwiła się, przecież mówił, że nie jedzie. Czyżby kłamał? Ale po co?

Tekst urywał się w tym miejscu. Nie było części dalszej, nie wiedziałam, co wydarzyło się w klubie, a potem na zawodach. Jedyną osobą, która mogła dostarczyć mi informacji, był Michael. Odszukałam jego wizytówkę w torebce i wybrałam numer. Tym razem odezwał się męski głos: 

Allo?

– Tu Kinga, znajoma Zuzanny.

– Tak, Kinga, pamiętam, widzieliśmy się dzisiaj – w jego głosie usłyszałam nutę rozbawienia. Przynajmniej on dostrzegał zabawność sytuacji, no chyba że był to czarny humor.

– Co łączyło Zuzannę z Jean-Lou?

Po drugiej stronie zapanowała cisza.

– A coś ich łączyło?

Odpowiedź pytaniem na pytanie nie wróży nic dobrego albo nie wie, albo nie chce powiedzieć.

– Nie wiem, próbuję rozwiązać zagadkę. Gdzie go można złapać?

– Nie ma szansy na kontakt telefoniczny. Wyjechał na wieś, gdzie nie ma zasięgu. Do niedzieli. 

Jęknęłam w duchu, jedyny trop, jaki miałam, urywał się zanim do czegoś doprowadził. Zapanowała cisza, chciałam się pożegnać i rozłączyć, gdy Michael dorzucił:

– Możemy pojechać i go poszukać. To mała miejscowość, nawet jak będziemy chodzić od domu do domu, to znajdziemy. Wyjedziemy w sobotę rano, może Zuza do jutra wróci… – Urwał, jakby nie wiedział, co powiedzieć.

Odjęło mi mowę, nie spodziewałam się, że obcy człowiek zaproponuje mi pomoc. No może nie całkiem obcy.

– Dziękuję ci bardzo, nawet nie wiesz, ile to dla mnie znaczy. – Zaczęłam pociągnąć nosem.

– Tylko się nie rozpłacz.

Za późno, wybuchnęłam płaczem, napięcie całego dnia znalazło ujście w potoku łez. Tomasz wpadł do pokoju, spojrzał na mnie i zmarszczył czoło.

– Co się stało? – spytał zaniepokojony. 

Zanosiłam się szlochem, nie mogłam wytłumaczyć – podałam mu telefon.

Tomasz Radwański, chciałbym wiedzieć – urwał, słuchając wyjaśnień. –Jestem jej wujkiem – dodał po chwili.

Domyśliłam się, że mówią o Zuzannie, bo przecież moim wujkiem nie jest.

Do you speak english?

Przez chwilę trwała cisza, widocznie Michael tłumaczył jeszcze raz wszystko po angielsku.

Tomorrow… Yes, of course.

Rozłączył się, usiadł koło mnie na łóżku i objął ramieniem. Gładził moje plecy, powtarzając cicho: – Nie płacz, będzie dobrze. 

Pewności co do tego nie miałam, ale szloch przeszedł w zawodzenie. Tomasz podał mi chusteczkę, w którą głośno wytarłam nos.

– Chodź, zjesz coś. Zrobiłem sałatę z awokado i pomidorami.

Zaprowadził mnie do kuchni, Julii nie było w pomieszczeniu, widocznie poszła się położyć. 

– Jak się czujesz? – zagadnął mnie, gdy zjadłam spory talerz sałatki.

– Dziękuję, lepiej. – Spojrzałam na niego z wdzięcznością.

– Weź prysznic i odpocznij, miałaś stresujący dzień. Jutro spotkamy się z Michaelem w klubie i pojedziemy szukać Jean-Lou. – Zamyślił się na moment i dodał niemal szeptem: – Mam nadzieję, że to coś da.

Przez całą noc czułam niepokój. Przekręcałam się z boku na bok, a gdy tylko udało mi się zdrzemnąć, męczyły mnie koszmary – ciała kobiet w różnych stadiach rozkładu, powykręcane, zniekształcone, jakby w moim mózgu wyświetlały się makabryczne sceny ze wszystkich przeczytanych kryminałów. Jeden zapamiętałam szczególnie dobrze. Kobiece ciało leżące w wannie, woda zakrywa twarz i zamknięte oczy. Nagle kobieta otwiera oczy, gwałtownie siada, śmieje się, a z jej ust wychodzą robaki. Podskoczyłam na łóżku, budząc się w panice. Z ulgą przywitałam wstający dzień.

Nastawiłam kawę i wrzuciłam tosty do opiekacza; po kuchni rozszedł się zapach pieczonego chleba. Jadłam śniadanie bez apetytu, spoglądając na pusty parking, kiedy wszedł Tomasz. Podszedł do mnie i pocałował we włosy.

– Cześć, jest kawa?

– Jest, w ekspresie.

Nalał napój do kubka, oparł się o ścianę i zaczął popijać niespiesznymi łykami.

– O której umówiłeś się z Michaelem? – przerwałam milczenie.

– O dziesiątej, nie mógł wcześniej, niestety – wyjaśnił i widząc moją strapioną minę, zaproponował: – Chcesz pobiegać? Mamy sporo czasu, ale to cię odpręży, przestaniesz na chwilę się zamartwiać. A siedząc tu bezczynnie i tak do niczego nie dojdziemy. 

Propozycja mnie zaskoczyła. Od lat nie biegałam, ostatnio chyba na uczelni, na zajęciach ze sportu. 

– Słabo biegam, szybko się męczę.

– To nic, zawsze tak jest na początku, załóż luźne spodnie, buty te same co wczoraj i idziemy.

– Może najpierw powinieneś zjeść? Kiepsko się biega z pustym żołądkiem.

– Zjem tosta, a ty się ubierz.

Nie było sensu dyskutować, ubrałam się tak, jak mi polecił i wyszliśmy z domu. Wybraliśmy tę samą drogę jak dzień wcześniej. Minęliśmy skwerek z fontanną, kafejkę, stare domy, restaurację i doszliśmy do skrzyżowania. Przez całą drogę nie zamieniliśmy ani słowa, zatopieni w rozmyślaniach. W lesie Tomek przeszedł w trucht, biegł jednakowym tempem, spokojnie oddychając, ja zaś potykałam się na nierównościach, to zwalniałam, to przyśpieszałam. Po kilku metrach dostałam zadyszki, zatrzymałam się pochylona w przód, z dłońmi na udach.

– Potrzebujesz pomocy lekarskiej? – Tomek podbiegł do mnie, uśmiechając się szeroko. – Metoda usta-usta jest bardzo skuteczna.

Objął mnie i zaczął całować po szyi.

– Tak naprawdę to nie o bieganie ci chodziło, przyznaj się – powiedziałam, oddychając z trudem.

– O bieganie też, ale rzeczywiście nie masz formy – szepnął, całując mnie w szyję, twarz, we włosy.

– Zapomniałeś o Zuzannie? – Opamiętałam się i gwałtownie od niego odsunęłam. Po chwili poczułam jednak zakłopotanie. Moje pytanie zabrzmiało oskarżycielsko, a przecież nie przez jego niefrasobliwość Zuza znalazła się w łapach porywaczy.

– Nie zapomniałem, przejdźmy się. – Poprowadził mnie ścieżką wśród drzew, trzymając za rękę 

– Naprawdę, nie zapomniałem… – powtórzył cicho. – Cały czas zastanawiam się, co się jej przydarzyło i dlaczego do tego doszło. Czy coś przeoczyłem? Przecież to zwykły koń, niczym się nie wyróżnia. – Popatrzył na mnie, ściągając brwi. – Co w nim jest na tyle interesującego, że ktoś chciał go ukraść czy podmienić, czy…

– Poczekaj – przerwałam mu. Teraz ja marszczyłam czoło, myśląc intensywnie. – Dlaczego nie brałam tego pod uwagę?

– Czego? – zdziwił się.

– Zamiany. Zamiany koni. Jeden podstawiony pod drugiego. – Stanęłam na środku dróżki, starając się wytłumaczyć, o co mi chodzi, choć sama jeszcze nie potrafiłam tego do końca sprecyzować. – Eklerek podstawiony pod innego konia.

– Tylko po co? – W jego wzroku wyczytałam niewiarę.

– Jak odkryjemy po co, to będziemy wszystko wiedzieć – wykrzyknęłam z entuzjazmem i się do niego mocno przytuliłam.

– Udusisz mnie – stwierdził ze śmiechem, odsuwając mnie lekko. – Ale ja dalej nie rozumiem, po co taka zamiana?

– Powody mogą być różne. Oglądałeś film o Indianie Jonesie? On tam podmienia złoty posążek na worek z piaskiem, pamiętasz?

Tomek drapał się po brodzie, zastanawiając o jakim filmie mowa, ale w końcu wzrok mu się rozjaśnił.

– Tak, pamiętam. Myślisz, że podmienili konia o większej wartości? A Eklerek służy za przykrywkę? Tylko że właściciel rozpozna konia – w jego glosie pojawiło się zwątpienie.

– Chyba, że chodzi o mydlenie oczu innym. Słuchaj, a jeżeli go wywieźli do Arabii Saudyjskiej? Kto tam zna konie z Europy?

– Eklerka wywieźli do Arabii Saudyjskiej? Ty już wymyślasz niestworzone historie. Chodź, wracamy.

Szliśmy szybkim krokiem w kierunku domu, promienie słońca przebijały się przez liście drzew. Wokół nas panowała cisza, uliczny hałas tutaj nie docierał.

– Oby Zuzy nie wywieźli do Arabii Saudyjskiej – powiedział Tomek ponuro.

– Za stara. No wiesz, oni lubią nastolatki. – Próbowałam go podnieść na duchu.

Rzucił mi spojrzenie z ukosa.

– Rodzić dzieci może.

Wyobraziłam sobie namiot na pustyni, Zuzę z czarną chustą na głowie, otoczoną gromadką dzieci, najmłodsze trzymało się jej długiej spódnicy. Otrząsnęłam się, gdyż wizja była zbyt przygnębiająca.

– Wiesz, nie mam nic przeciwko dzieciom, tylko po co tyle zachodu? Może i mogliby ją przewieźć przez granicę samochodem, ale gdzieś trafiliby na kontrolę, w samolocie, na statku. Bogaty szejk wybrałby ofiarę wśród gwiazdek estrady czy kina.

– To samo dotyczy twojego konia. – Tomasz naburmuszył się, jakbym odebrała mu radość z wejścia do rodziny potentata naftowego.

Nic nie odpowiedziałam, wolałam zachować swoje przemyślenia dla siebie.

W mieszkaniu wpadliśmy na Julię, która obrzuciła nas nieprzyjaznym spojrzeniem.

– Gdzie byliście? – spytała ponuro.

– Biegaliśmy w lesie. Michael pomoże nam szukać Jean-Lou. Poczekasz na nas tutaj, w razie gdyby Zuzanna wróciła. – Tomasz mówił spokojnie, ale stanowczo.

Nic nie powiedziała, obróciła się na pięcie i weszła do pokoju.

Zmieniliśmy ubrania, Tomasz zabrał ze sobą torbę medyczną.

– Nigdy nic nie wiadomo – wyjaśnił, gdy posłałam mu pytające spojrzenie.

Wyszliśmy przed dom i po chwili zadzwonił telefon. Michael czekał na parkingu. Przedstawiłam Tomka i po zwyczajowych całusach w policzek wsiedliśmy do toyoty.

– Jedziemy do Courances, to około siedemdziesięciu kilometrów stąd. Musimy trafić na autostradę A6. Kto zna się na mapie?

Nie wychylałam się z moją kandydaturą, bo miałam problem z właściwym kierunkiem, nigdy nie wiedziałam, jak obrócić mapę, żeby znaleźć odpowiednie położenie. Usiadłam na tylnym siedzeniu, czekając, aż panowie uzgodnią wszystko ze sobą. Tomasz z Michaelem wymieniali uwagi po angielsku, a ja oglądałam krajobraz.

– Masz teorię dotyczącą zniknięcia Eclaira? – Michael zerknął we wsteczne lusterko.

– I tak, i nie – oderwałam wzrok od mijanych widoków. – Mogli zamienić konie, ale tak naprawdę to nie mam żadnych dowodów. Tylko tyle, że w Sienie odbywają się wyścigi… A ze Sieny pochodzi Carla – dodałam, widząc, że nie rozumie.

– Eclair nie biega – stwierdził.

No i rozmawiaj tu z takim. Zdenerwował mnie. I co z tego, że nie biega, może inny biega. Zaraz, zaraz, muszę się nad tym zastanowić. Milczałam przez dłuższą chwilę, rozważałam różne możliwości.

– A jeżeli innego konia podmienili jako Eclaira?

– Po co?

Przestanę lubić to pytanie, po co i po co? Nie wiem, to nie ja stoję na czele bandy handlarzy końmi.

– Widocznie do czegoś był im potrzebny.

– Mówisz oni, skąd masz pewność, że ich jest więcej? Może Carla ukradła tego konia dla siebie?

– Całkiem bez sensu, nie musiała go kraść, był na sprzedaż. Nie o kradzież chodzi, tylko o zniknięcie, a teraz zniknęła też Zuzanna.

Zapadło milczenie, nikt nic nie powiedział. Słuchaliśmy radia i od czasu do czasu Tomasz rzucał uwagi dotyczące zjazdów z autostrady. Oparłam czoło o szybę i patrzyłam na mijane domy na skraju pól, zupełnie ich nie widząc. A jeżeli nasza wyprawa się nie powiedzie? Jean-Lou nie udzieli odpowiedzi na pytania? Dalej będziemy się kręcić w kółko, czekając aż minie czterdzieści osiem godzin i policja wejdzie do akcji. A jeżeli wtedy będzie już za późno na pomoc? Pomyślałam o śnie, kobieta w wannie chciała mnie przed czymś ostrzec. Nie wiedziałam, na co powinnam zwrócić uwagę. Co przegapiłam w czasie poszukiwań Zuzy? Teraz szukałam wsparcia w proroczych snach, niedługo zacznę spoglądać w przyszłość, stawiając karty tarota. Miałam nadzieję, że sen był wytworem przepracowanej wyobraźni, że Carla nie posunęła się do morderstwa.

Koło jedenastej dwadzieścia dojechaliśmy na miejsce.

– Nie wiesz, gdzie mieszka? – zapytałam, gdy zaparkowaliśmy przed budynkiem ozdobionym trójkolorową flagą.

– Nie, wiem tylko, że odziedziczył dom po dziadku. Może to ze strony ojca i odnajdziemy po nazwisku – powiedział z nadzieją. – Musimy się pospieszyć, w południe zamykają.

– W sobotę pracują? – zdziwiłam się, znając francuskie zwyczaje; urzędnicy w weekendy byli nieosiągalni.

– W Hotel de Ville jest informacja turystyczna. To często odwiedzane miejsce ze względu na zamek, dlatego działa cały rok.

Weszliśmy do parterowego budynku, w recepcji siedziała młoda kobieta wpatrzona w ekran komputera.

– Dzień dobry, szukam przyjaciela, który spędza tutaj weekend, ale nie znamy adresu. – Michael w uśmiechu pokazał wszystkie zęby.

– Nazwisko – rzuciła pani znad komputera.

– Wilson.

– Tak się nazywa pana znajomy?

– Nie, to moje nazwisko. – zmieszał się Michael. – Szukam Jean-Lou Martina.

– Nie mogę podawać adresu nieznajomym, proszę zostawić numer telefonu, nazwisko znajomego i pańskie. – Pani z okienka przysunęła długopis i kartkę papieru. – Zadzwonię do pana po potwierdzeniu danych. Michael zanotował wymagane informacje i wyszliśmy na zewnątrz.

– I co teraz? – pociągnęłam go za język, aby coś powiedzieć. Próbowałam zaakceptować wiadomość o braku kontaktu z Jean-Lou i dopasować te informacje do pozostałych elementów. Układanka, którą usilnie chciałam złożyć, zamiast rozjaśnić sytuację, zaciemniała ją coraz bardziej. Czułam irytację. 

– Chodźmy zwiedzić zamek, i tak musimy czekać. Albo… – Michael urwał zastanawiając się nad czymś.

– Albo co? – Zniecierpliwiłam się, gdy cisza się przedłużyła.

– Wróćmy do informacji po spis mieszkańców. Zadzwonimy do wszystkich Martinów w okolicy.

– Dobrze, ale ty rozmawiasz, bo ta pani jest mało przyjemna i mogę jej coś nieprzyjemnego powiedzieć.

– Ty chyba rzadko bywasz we Francji. – Roześmiał się Michael.

– Sama pierwszy raz, ale w czasie studiów odbywaliśmy staże w różnych miastach. Fakt, że dawno temu – tłumaczyłam speszona.

Tomasz spoglądał to na mnie, to na Michaela, nic nie mówiąc.

– Idziemy po książkę telefoniczną, zaraz wracamy – wyjaśniłam.

Ze spisem telefonów pod pachą usiedliśmy na ławce przy pobliskim skwerku. Pierwsza na liście: Amandine Martin.

– Dzień dobry, nazywam się Michael Wilson, szukam kolegi z wojska… Rozłączyła się.

– Kolegi z wojska? – Nie potrafiłam ukryć zaskoczenia.

– A co mam mówić? Że porwano Zuzannę i nie wiem, gdzie jej szukać? I że Jean-Lou może wie więcej. W końcu spotykał się z Carlą.

– Jak to spotykał się z Carlą? – Ze zdziwienia opadła mi żuchwa. – Dlaczego nie mówiłeś wcześniej?

– Bo to nie moja sprawa. On się spotykał, nie ja. – Michael przybrał obronny ton.

– O co się kłócicie? – Chciał wiedzieć Tomek.

– Właśnie się dowiedziałam, że Jean-Lou kręcił z Carlą. Nie wiem, czy to coś zmienia, ale wolałabym o tym wiedzieć.

– Myślisz, że mogą być w zmowie?

– Zastanówmy się, co robić. Szukamy go dalej, czy idziemy na policję?

Spojrzał na mnie z powątpiewaniem.

– Nie mamy dowodów. Szukamy dalej, możliwe, że się zdradzi, spanikuje. Chyba nas wszystkich nie porwie?

Kto wie, do czego są zdolni bandyci.

– Kto dalej na liście? – spytałam Michaela.

– Geneviève Martin.

– Dzień dobry, nazywam się Michael Wilson, szukam kolegi z wojska, Jean-Lou Martina. Podobno odziedziczył dom po dziadku. Jestem przejazdem. Niestety, nie mam zbyt dużo czasu. Może innym razem, do widzenia.

Michael wyłączył telefon.

– Chciała zaprosić mnie na kawę.

Obdzwanianie Courances i okolicznych wiosek zakończyliśmy koło trzynastej. Rozczarowana zamknęłam spis telefonów.

– To co teraz?

– Idziemy na obiad, burczy mi w brzuchu. Na głodnego źle się myśli. – Michael podniósł się z ławki, a za nim Tomek. – Mamy godzinę, później trzeba oddać książkę.

– Myślisz, że znajdziemy tutaj bar?

– Zapytamy.

Patrzyłam na nich w osłupieniu. Jak mogli w ogóle myśleć o jedzeniu w takiej sytuacji? Tomek podszedł do spacerującego z psem mężczyzny i wdał się w pogawędkę.

– Jest naleśnikarnia w Milly-la-Foret, albo pizzeria Le Petit Moigny. Pan mówi, że warto pójść na zamek z czasów Ludwika XIII, co prawda do środka nie wejdziemy – w sierpniu zamknięty, ale ogrody są warte podziwu, zaliczane do najpiękniejszych we Francji. Mają nawet ogród w stylu japońskim – pochwalił się wiedzą.

Gdyby nie Zuzanna, chętnie opowiedziałabym mu, że we Wrocławiu też mamy taki zakątek w parku Szczytnickim, że osobiście wolę angielski styl, bardziej naturalny, bo pozostawia naturze prawo do decydowania, gdzie i jak chce rosnąć, jednak pod czujnym okiem ogrodnika. I że japońskie skarlałe drzewka wywołują u mnie ból zębów. Ale nie miałam na to siły. 

– Zamek możemy obejrzeć później. Pizza czy naleśniki?

Wybraliśmy pizzerię. Droga do restauracji prowadziła wzdłuż ogrodzenia parku. Gdyby nie okoliczności, byłaby to naprawdę urocza wyprawa, słońce przygrzewało, a my szliśmy wśród drzew chronieni pod gąszczem liści przed jego promieniami, mijaliśmy pola uprawne i łąki, aż doszliśmy do bramy zamku. Majestatyczne drzewa zasłaniały widok na romantyczne ogrody, jednak w prześwitach widać było zadbane trawniki, rzeźby i oczka wodne. Udany melanż różnych stylów. Pomimo wojen, związek francusko-angielski miał okazję wydać liczne owoce, zarówno w dziedzinie aranżowania ogrodów, jak i sztuki. Wchodziliśmy w jasne i ciemne plamy tworzone przez przeświecające przez liście promienie słoneczne, jak pionki w grze przeskakiwaliśmy z jasnych pól na ciemne, grając z przeznaczeniem. Zastanawiałam się, kto ostatni powie: „Szach-mat!”.

Doszliśmy do rue du Moulin, która zaprowadziła nas prosto do drzwi lokalu.

W środku otoczył nas zapach pieczonego ciasta, sera i warzyw, a domową atmosferę uzupełniał wystrój – podłoga z terakoty, stoły z ciemnej sosny. Ze zdziwieniem odkryłam, że jednak burczy mi w brzuchu. Wybraliśmy stolik pod ścianą ozdobioną czarno-białymi zdjęciami Paryża. Między stolikami zwinnie uwijali się kelnerzy. Panowie wybierali pizzę, a ja zamówiłam dzbanek czerwonego wina. Miałam chwilowo dosyć afer kryminalnych i zamierzałam pogrążyć się w oparach alkoholu.

Uśmiechnięta, młoda kelnerka przyniosła zamówione przeze mnie wino, nalałam wszystkim do kieliszków i oddałam się ponurym rozważaniom o tym, co zrobię, jeśli Zuzanna się nie odnajdzie. Cała rodzina mnie znienawidzi, łącznie z Tomkiem, który jak na razie robi dobrą minę do złej gry. A Julia? Właśnie! Julia.

– Tomek, zadzwoń do Julii i poinformuj ją, gdzie jesteśmy i co robimy, pewnie się martwi.

Przeprosił, wstał od stolika, podał zamówienie kelnerce i wyszedł na zewnątrz. Pewnie chciał na spokojnie zdać sprawozdanie z przebiegu wypadków. Opróżniałam kolejny kieliszek, gdy wrócił.

– Wino na pusty żołądek, chyba chcesz nam zaśpiewać i zatańczyć dla urozmaicenia pobytu – powiedział z uśmiechem.

Właściwie tak, miałam ochotę urozmaicić mu pobyt. Oboje jesteśmy dorośli, samotni, przechodzimy trudny etap w życiu. Nic tak nie poprawia nastroju jak niezobowiązujący seks w łazience. Już chciałam mu to zaproponować, gdy zadzwonił telefon Michaela.

– Cześć, co słychać? Co u ciebie?

Przez chwilę gadał w ten deseń, aż w końcu się rozłączył.

– To Jean-Lou, przyjdzie tutaj. Dostał wiadomość od pani z informacji turystycznej, zadzwonił na podany numer, a ja powiedziałem, gdzie jesteśmy.

Ogromny kamień spadł mi z serca i poturlał pod nogi wchodzących gości, mogłam tańczyć i śpiewać, i krzyczeć na cale gardło, że życie jest piękne. W międzyczasie dopijałam kolejny kieliszek wina i w zachwycie pożerałam ogromny kawał pizzy, który miła kelnerka przede mną postawiła. A gdy Jean-Lou podszedł do naszego stolika rzuciłam mu się na szyję jak staremu znajomemu. Obrzucił mnie rozbawionym spojrzeniem.

– Pani z Polski? Słowianie są bardzo ekspresyjni. Mam znajomą…

– Właśnie o pana znajomą chodzi. Zniknęła.

Popatrzył na mnie dziwnie, jakbym straciła rozum, albo za dużo wypiła, co było zresztą zgodne z prawdą. Jedno i drugie…

– Nie rozumiem.

– To długa historia, usiądź. Ta pani to przyjaciółka Zuzy, a to jej wujek – Michael wskazał na Tomka. – Szukają Zuzanny, bo od wczoraj stracili z nią kontakt. Dlatego tutaj jesteśmy. Myśleliśmy, że może wiesz więcej niż my.

Jean-Lou usiadł ciężko, spoglądał na Michaela z zafrasowana miną.

– Dlaczego uważasz, że mogę coś wiedzieć?

– Zuzanna spotkała Carlę… i zniknęła.

– Carla – powtórzył Jean-Lou marszcząc czoło. – Nie myślałem, że jest do tego zdolna.

Wpadłam w panikę! Do czego zdolna? Do morderstwa? Matko święta i wszyscy święci, ona zamordowała Zuzę! Serce łomotało mi z taką siłą, iż myślałam, że wyskoczy z klatki piersiowej. Miałam ochotę zapalić.

– Ma ktoś papierosa?

Nikt nie miał, wyszłam na zewnątrz i poprosiłam napotkanego palacza o papierosa i ogień. 

– Podobno nie palisz? – Tomasz wyszedł za mną.

– Nie palę – odpowiedziałam, zaciągając się dymem. – Ona ją zabiła – wydusiłam.

.

Katarzyna Godefroy

.

wszystkie części:

1
0

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *