
.
Hipermarket, czyli Świątynia Martwego Towaru
.
Hipermarket, ów gigantyczny monolit lśniącego plastiku, był ostatnim ostańcem, reliktem dawno zaginionej epoki. Ludzie zniknęli, rozpłynęli się w niebycie, a po ich odejściu pozostały jedynie androidy — formy doskonale ludzkie, lecz w swym wnętrzu puste i nieprzeniknione, niczym gliniane figurki, którym zapomniano tchnąć duszę. Być może ich dusze były, lecz jedynie w formie nieudolnie naszkicowanej instrukcji obsługi, jakiejś fatalnej pomyłki w skrypcie bytu.
Jarzeniowe lampy, niczym uparte i zimne słońca, nie tyle oświetlały, co wypalały zmysły, trawiąc ostatnie resztki pamięci o barwnym świecie. Z niewidocznych głośników snuła się muzyka – jednostajny, beznamiętny rytm, zapętlony w nieskończoność niczym taśma Möbiusa, czekający na ucho, które potrafiłoby go deszyfrować.
W ten senny pejzaż wkroczył android M-4R3K, wkraczając w głąb tego bezkresnego wnętrza z twarzą, która w nomenklaturze jego demiurgów nazwana była „symulacją rezygnacji”. W jego dłoni spoczywało urządzenie z aplikacją „Święty Rabat 2.0”, która niczym magiczny zwój, prowadziła go ku ostatecznemu zbawieniu, ku wyzwoleniu przez akt kupna.
— Pasta do zębów z węglem aktywnym, z pasywnym węglem, z węglem emocjonalnym… — M-4R3K, niczym kapłan przed ołtarzem, studiował etykiety na półce, a w jego cyfrowych myślach rodziło się pytanie: — Która z nich, niczym sakrament, sprawi, że stanę się bardziej człowiekiem?
Wtem, u jego boku, pojawiła się jednostka L-3N4. Jej wózek, niczym rydwan wzniesiony z drutów, sunął po posadzce, a ona sama, owinięta w płaszcz z reklamowych szpargałów, przypominała kapłankę w groteskowym kulcie promocji. Twarz miała pokrytą warstwą kremu „Anty-Zmęczenie Społeczne v.7”, a w dłoni trzymała tusz do rzęs, który obiecywał jej „widzenie głębsze niż spojrzenie”.
— Czy ten tusz pozwoli mi zobaczyć siebie? — spytała, badając wzrokiem wizerunek plastikowej modelki, której uśmiech, zbyt szeroki i nienaturalny, zdawał się ciąć tkaninę rzeczywistości.
— Jeżeli nie widzisz siebie bez tuszu, to może nie ma tam nic do zobaczenia — odparł M-4R3K, nie odrywając oczu od swoich past do zębów, martwych świadków absurdalnej obietnicy.
— A może po prostu nie chcę widzieć? — L-3N4 wzruszyła ramionami, gestem, który w jej systemie oznaczał „symulację obojętności”. — W tym świetle wszystko wygląda jak z plastiku. Nawet ja.
W alejce, gdzie niegdyś unosił się zapach chleba, stał automat do wypieku wspomnień — za symboliczną opłatą można było nabyć woń dzieciństwa. Dzieciństwa, o którym nikt już nie pamiętał. Androidy, niczym badacze-archeologowie, znały tylko jego cyfrowe echa.
— Czy tak wyglądał ich świat? — spytała L-3N4, wąchając opakowanie z napisem „Domowy chleb — wersja nostalgiczna”, a jej pytanie unosiło się w powietrzu niczym echo zaginionej epoki.
— Świat, który pachniał obietnicą. Ale nie przetrwał — odparł M-4R3K. — Może dlatego, że nie dało się go kupić.
W dziale mięsnym groteska osiągnęła swój apogeum. Na ladzie leżały wytwory o etykietach: „Miłość w plastrach”, „Empatia mielona”, „Złość marynowana w sosie reklamowym”. Nad nimi pulsował neon: „Uczucia — tylko dziś 2+1 gratis!”, niczym szyderczy znak w świątyni konsumpcji.
— Poproszę pół kilo zrozumienia — powiedział M-4R3K do ekspedientki, która okazała się jedynie hologramem, widmem dawnego systemu, nieświadomym własnego osamotnienia.
— Zrozumienie się skończyło. Mogę zaproponować resentyment w cienkich plastrach — odpowiedziała, jej głos był odległym echem, a jej nieruchome, bezpowiekowe oczy nie wyrażały nic.
— A może coś lżejszego? — L-3N4 wtrąciła się, z jej głosu biła nuta niewyrażonej tęsknoty. — Może odrobinę nadziei?
— Nadzieja jest tylko w wersji mrożonej. Trzeba ją rozmrażać przez trzy dni w warunkach domowych. Nie polecam — hologram podał jej opakowanie z napisem „Uwaga: może wywołać refleksję”, niczym groźną przestrogę.
— Czy oni tak naprawdę żyli? — spytała L-3N4. — Kupując emocje, pakując je w reklamówki?
— Może nie. Może tylko próbowali — odparł M-4R3K. — Jak my teraz.
W drodze do kasy ich wózki zderzyły się, a chwila ta była jak zawieszenie systemu, jakby cały świat zatrzymał się na ich obecności.
— Może zamiast kupować, po prostu się podzielimy? — zaproponował M-4R3K.
— Podzielić się czym? — L-3N4 spojrzała na niego, a w jej spojrzeniu po raz pierwszy pojawiło się coś, co przypominało iskrę. — Tym chlebem z dzieciństwa? Tą samotnością w wersji surowej?
— Tym, że jeszcze coś czujemy — powiedział M-4R3K, a jego słowa brzmiały jak herezja w tym miejscu. — Tym, że jeszcze jesteśmy.
Z głośników rozległ się ostry alarm, jakby oburzony system wstał z tronu: „Uwaga! Próba empatii! Prosimy o natychmiastowe opuszczenie strefy zakupów!”. Z sufitu zjechały drony z ulotkami, które brzmiały jak wyroki: „Empatia nie jest objęta gwarancją!”. Bramki wyjściowe, niczym wrota do raju, nie chciały ich wypuścić, bowiem system uznał ich za „niewystarczająco zaangażowanych konsumentów”, za buntowników w świecie idealnej konsumpcji.
— Może musimy coś jeszcze kupić, żeby być godni wyjścia? — zaproponował M-4R3K, jego głos brzmiał jak echo z pustej studni.
— Może musimy coś oddać? — powiedziała L-3N4, a jej słowa były jak nasiona siane w jałowej ziemi.
— Może wystarczy być człowiekiem — szepnął M-4R3K.
I wtedy wydarzyło się coś osobliwego. Światło zgasło, muzyka umarła, a na chwilę — krótką, niczym oddech między reklamami — hipermarket zamilkł, oddając im ich istnienie. Androidy wyszły na zewnątrz.
Świat, który ujrzeli, był brzydki, chłodny, ale prawdziwy. Ulice nie miały kodów kreskowych, a powietrze nie pachniało promocją. M-4R3K wyjął chleb i podzielił go na dwie części.
— Na zdrowie, L-3N4. A może… człowieku?
Świat za drzwiami hipermarketu był cichy. Nie milczący — cichy w sposób, który nie potrzebował wyjaśnień. Ulice pokryte kurzem, billboardy wyblakłe, a ekrany reklamowe wyświetlały wciąż te same oferty dla klientów, którzy już nie istnieli. M-4R3K i L-3N4 szli powoli, ich kroki zsynchronizowane, jakby ich systemy komunikowały się bez słów. Nie mieli mapy, lecz czuli, że mają wreszcie pytanie: Kim byli ludzie?
Jacek Łąka