.

OBUDŹ SIĘ

.

– Peter! Peter! Obudź się! 

Starzec czuł się wyrwany z nicości. Powoli dochodził do siebie, a gdy przypomniał sobie kim jest, odważył się otworzyć oczy. Z trudem skupił wzrok na osobie siedzącej przy łóżku. O dziwo widział ostro, jak nigdy wcześniej. 

„Ach ta nowoczesna medycyna…” – pomyślał i po chwili już rozpoznał swego kompana sprzed lat.

– Myślałem, że nie żyjesz. Tom? – Peter Kovalsky dodał imię, chociaż nie był pewien kim jest mężczyzna siedzący obok.

– To tylko plotki. – Na twarzy przybysza pojawił się biały uśmiech od ucha do ucha – Implanty, he, he. Stare straciłem, po torturach na Andromedzie. Pamiętasz waszą akcję ratunkową, Peter? Daliście im popalić, jak zwykle. Zresztą też się cieszę, że jesteś jeszcze na chodzie. 

Podał mu swą starczą, żylastą dłoń, z wątrobowymi plamami na skórze. Peter zanim złapał jego rękę, poczuł, że  lekka iskra przeskoczyła między nimi. Nagle znów miał tyle energii, co za dawnych, dobrych czasów, kiedy służyli razem w kosmicznych oddziałach szybkiego reagowania.

– Jak się czujesz? – Tom spojrzał na niego z troską.

– O wiele lepiej, niż wcześniej. Pamiętam… –  do Petera dotarło, że niewiele kojarzył z ostatnich miesięcy życia. – Leżałem ledwo żywy, mój wnuk Jacek przyszedł mi pomóc. Miała być jakaś operacja na kiszki, czy inne choróbsko, a on mi zafundował…– napiął biceps ręki, sprawiło mu to przyjemność – całkiem sprawne ciało, niesamowite…   

Trzymając za rękę kompana z intergalaktycznego szwadronu, usiadł na łóżku i spuścił nogi na podłogę; nic go nie bolało, nie miał nawet zawrotów głowy, które tak bardzo uprzykrzały mu życie w ostatnich latach. Czuł tylko dziwne swędzenie z prawej strony potylicy, ale dało się wytrzymać.

– Na raz. – Peter jeszcze raz napiął wszystkie mięśnie, były tak sprawne jak jeszcze pracował w korporacji. Miał ochotę zatańczyć, ale bał się wstać z łóżka.

– Jesteś pewien?

– Jak nigdy w życiu, tylko mocno chwyć. 

– Dwa, trzy… hopa! – Tom pociągnął przyjaciela i postawił go na nogi.

– Dziwne, zobacz Tommy, czy nie mam czegoś na głowie, z tyłu, tuż nad szyją. Nieprzyjemnie swędzi. 

– Nic a nic – towarzysz broni rzucił fachowym okiem. – Możesz się ruszać? Wszystko gra? Czekają na nas.

Peter zrobił kilka kroków w każdą stronę, wyprostował ręce, sprawdził ich mobilność. Dłonie lekko drżały.

– Nie będziesz obsługiwał snajperki. Mamy od tego Patyczaka. Wciąż zabójczo precyzyjny, mimo sześćdziesiątki na karku.

– Kogo? Kto na nas czeka? Może jednak usiądę – żołądek podszedł starcowi do gardła ze strachu, gdy ciężko wylądował kościstym tyłkiem na łóżku. – O co ci chodzi, do cholery?!

Tom zrobił gest by zamilkł i palcem wskazał na ściany i sufit, dając do zrozumienia, że są podsłuchiwani.

– Zrobimy, to co już dawno chciałeś zrobić. Zniszczyć, wiesz co.

– Ale, przecież… – Peter przypomniał sobie w oka mgnieniu przeszłość. Lata w kosmicznych siłach szybkiego reagowania. Harówkę w korporacji mechatronicznej SIF, jego problemy moralne przy wdrażaniu interfejsów z ludzkim mózgiem oraz innych cybernetycznych produktów. Potem odsunięcie od obowiązków i przymusowa emerytura. A gdy wykorzystano jego dzieło życia do zdrożnych  celów, to przepełniło u niego czarę goryczy i pozostała jedynie chęć na zemstę. – Skąd wiedziałeś?

– Ja wiem wszystko – Tom znów uśmiechnął się sztucznymi zębami i rzucił mu torbę na kolana – Ubieraj się. 

Po założeniu paramilitarnego stroju koloru khaki, Peter uświadomił sobie, że po operacji jeszcze nie rozmawiał z ukochanym wnukiem.

– Jacek… Muszę mu podziękować, on jedyny, przez te ostatnie lata, mnie odwiedzał… – starzec złapał za komunikator leżący na szafce. Szybko wyszukał go w książce adresowej.

– Pamiętaj, że on dla nich pracuje – dopowiedział Tom, zanim tamten odebrał.

– Tak, dziadku?  

– Cześć wnusiu, chciałem podziękować… – chociaż starzec trzymał fason, to był bliski rozklejenia się. Tyle sprzecznych emocji w nim się kryło, od miłości do wychowanka, po nienawiść do korporacji, co go wykorzystała i wyrzuciła na śmietnik emerytury,

– Jak się czujesz? – przerwał mu junior.

– Hmmm, w sumie dziwnie, jakbym nie był we własnym ciele. No, ale chciałem podziękować.  Twoi chirurdzy się postarali.

– Nie ma sprawy. Wszystko, co mam, zawdzięczam tobie. 

Starzec po głosie wnuka wnioskował, że ten jak i on zaraz się rozpłacze.

– No, nie martw się byku – tak żartobliwie nazywał Jacka, gdy ten był jeszcze szkrabem. – Załatwię z kumplami coś na mieście i niedługo się widzimy.

– Baw się dobrze, dziadku. Uważaj na siebie…

– Gdzie jesteś? Może później wpadniesz?

– Muszę kończyć, trzymaj… – nagle przerwało ich rozmowę.

Peter był zaskoczony rozłączeniem się dawnego podopiecznego oraz jego smutnym nastrojem.

– Cholera, muszę z nim poważnie pogadać. – chciał ponownie wybrać jego numer, ale Tom złapał go za rękę.

– Później. Teraz już chodźmy. Zostaw aparat, bo nas namierzą.

– Masz rację – Peter odłożył sprzęt na szafkę. Zaniepokojony zwrócił uwagę, że przyjaciel teraz nie utykał na jedną nogę. Pamiętał, że kiedyś mu prawie ją urwało na minie na misji zwiadowczej w Pasie Oriona i nawet po rekonstrukcji nie miał płynnego chodu. – Tom, czy to na pewno ty? Co z twoim kulasem?

Ten tylko się jeszcze mocniej uśmiechnął i podniósł lekko nogawkę, ukazując metalową konstrukcję.

– Nie tylko zęby mam sztuczne, egzoszkielet także.

– Sorry, to wszystko jest takie… – z jednej strony był szczęśliwy oderwaniem się od łóżka, a z drugiej przerażał go galopujący bieg wydarzeń. 

– Dziwne, nie? W tych czasach już nic nie jest normalne i sam siebie w lustrze nie poznaję. Chodźmy już, zaraz będzie transport.

Peter gdy też zobaczył swoje odbicie w szybie na korytarzu szpitala, nie mógł wyjść z podziwu co do efektu operacji. Czuł się młodszy o dwadzieścia lat, a wyglądał jeszcze lepiej.

Przed szpitalem, wylądowała żółta magneto taksówka. Zza uchylonego okna usłyszeli krótki komunikat: 

 – Wsiadajcie!  

Nie czekając ani chwili weszli do środka i usiedli na tylnej kanapie.

– Zapnijcie pasy! – kierowca znów wydał im polecenie.

Peter przyjrzał się sylwetce i srebrzystym włosom uczesanymi w kok. Oniemiał, bo poznał swoją pierwszą żonę. Razem walczyli ramię w ramię w oddziałach specjalnych, on jako dowódca, ona zaś była ich pilotką. Odważną postawą wielokrotnie ratowała im tyłki, wyciągając zespoły operacyjne nawet z największego bagna. Wpadli sobie w oko od razu, burzliwy związek po kilku latach małżeństwa zakończył się jedną wielką awanturą o to czy warto mieć dzieci – ona wolała karierę w armii, więc z szybkim rozwodem nie mieli problemu. 

– Malutka? Na miłość boską, co tu robisz? Tom, dlaczego mi nie powiedziałeś?

Ta jednak go zignorowała i skupiła się na prowadzeniu maszyny, przyjaciel zaś udawał, że nie słyszał pytania i wsadził nos w jakiś folder. Pilotka wykonała ciasny skręt z gwałtownym pikowaniem. Po kilku minutach wylądowali na dachu drapacza chmur. Starcy nie czekali na jej kolejne krzyki, więc szybko wysiedli. Zaraz potem z przodu maszyny wysunęła się rampa, po której kobieta wyjechała na wózku. Mimo siwych włosów, miała twarz dobrze zakonserwowanej czterdziestolatki. 

– Magda, na miłość boską! Co ci się stało? – Peter przyklęknął przy niej i objął ją, na ile potrafił w tak niewygodnej pozie – O Boże, ale pięknie wyglądasz, przecież jesteś ode mnie… starsza…

– Cześć, łobuzie – pocałowała go w nieogolony policzek – schowajmy się do środka, strasznie tu wieje.

Popchnął wózek i po paru krokach schowali się w ciepłej klatce schodowej. Tom wcisnął guzik windy towarowej, zaś Magda złapała byłego męża za rękę i przyciągnęła do siebie. 

– Peter, posłuchaj mnie uważnie, bo nie będę powtarzać. Wiem, że to samobójcza misja – kiedy chciał jej odpowiedzieć, uciszyła go gestem ręki.

– Jestem śmiertelnie chora. – urwała i mocno zakaszlała – codzienność to prochy i kroplówki, żeby mniej bolało. Już rok temu skierowali mnie na eutanazję, ale stchórzyłam. 

– Magda… – zacisnął pięści, sam nie wiedział czy w gniewie za wszelką niesprawiedliwość, czy też ze zwykłej bezsilności – nie wiem co powiedzieć…

– Nic nie mów. Miałeś rację, że nadmierne upiększanie, to proszenie się o kłopoty, że to śmiertelny bilet na drugą stronę. Po trzeciej odmładzającej terapii genowej mój organizm zwariował; hormony, narządy, wszystko się rozregulowało. Przez pięć lat intensywnej kuracji udało się łapiduchom ustabilizować mój stan. Jednak, pewnych schorzeń nie mogli zatrzymać. Już jestem martwa. Tom gdy dowiedział się o moim stanie nalegał, żebym się wycofała z akcji, ale chciałam cię zobaczyć i przeprosić. 

– Za co? – Peter zobaczył, że z oczu przyjaciela też ciekną łzy. 

– Że byłam taka głupia, uparta, że usunęłam…

– Wiesz, że cię wciąż kocham… – Peter chciał coś jeszcze dodać, ale zadźwięczał sygnał windy. Jak na zawołanie Magda zwana Malutką, wyostrzyła rysy i huknęła na nich.

– Dosyć mazania się! Jest robota!

Peter ocknął się z rozmyślań o przeszłości i  wprowadził wózek do środka windy. Magda złapała go za dłoń, lekko ściskając. Ten się pochylił i dał jej gorącego całusa, odwzajemniła go tak jak za dawnych czasów. Pragnął by ta chwila trwała wiecznie, ale w końcu musiał zaczerpnąć powietrze. Uśmiechnęła się do niego, próbując ukryć zaszklone łzami oczy.

– Tęskniłam… – zakłopotana spuściła wzrok.

Po zjechaniu pięćdziesięciu pięter, znaleźli się na najniższym poziomie. Drzwi otworzyły się ze skrzypieniem, jakby nie były używane od stu lat. Piwnica pod wieżowcem była chłodna i cicha, na ścianach odchodziła płatami biała farba. Na Peterze wrażenie zrobił długi, wąski korytarz, ciągnący się w nieskończoność, niemal znikający w półmroku. Niski sufit był ubrany siecią rur wszelkiej grubości, gdzieniegdzie świeciły ledowe lampy, zimnym blaskiem dodawały upiornego charakteru tego miejsca. Peter poczuł się źle, jakby zstępował do samego piekła. Powietrze było gęste, nasycone lekko metalicznym zapachem wilgoci, a jednocześnie dziwnie sterylne z lekką nutą szpitalnego środka dezynfekującego. Znów go ogarnęły nieodgadniona pustka i przejmujące zimno.

– Już niedaleko – z odrętwienia wyrwał go Tom, gdy mijali kolejne drzwi. 

W końcu doszli do tych właściwych, zardzewiałych. Tom zastukał trzy razy. Uchyliły się lekko i usłyszeli stłumiony głos.

Hasło?

– W dupie trzasło? – odpowiedział zdziwiony Tom.

– Wrong password, ty gnoju– rzekł ktoś lub coś po drugiej stronie ściany.

– Żyrafy wchodzą do szafy? – Peter uśmiechnął się i złapał za klamkę, bez trudu otworzył wrota – Nie wygłupiajcie się. 

U progu stał chudzielec, miał ponad dwa metry, a ubrania wisiały na nim jak na strachu na wróble.

– Marcinek? Dawno się nie widzieliśmy! – Peter rozłożył ręce, żeby uściskać się z dawnym podwładnym.

– Kapral Patyczak melduje się na rozkaz! – po zasalutowaniu do łysiejącej głowy rzucił się w objęcia byłego dowódcy.

Po wymianie uprzejmości Peter rozejrzał się po pomieszczeniu. Przy dużym stole siedziało pięć osób, z czego większość z nich rozpoznał, chociaż minął szmat czasu odkąd ostatnio się widzieli. Pierwszy z lewej siedział Mario, logistyk i złota rączka. Kiedyś bardzo szybko ich opuścił, nie w smak mu było uczestniczyć w szerzeniu demokracji w całym Wszechświecie. Na dużym brzuchu położył sobie jakieś ustrojstwo i próbował coś do niego przylutować. Obok spoczął Bogdan, człowiek od mokrej roboty. Kiedyś, z użyciem tylko saperki, wyrżnął cały tukseński oddział, razem z wielbłądami. Teraz mimo swoich kompozytowych ramion, z nadludzką gracją bawił się wielgaśnym nożem. Po drugiej stronie stołu, dostrzegł Yolę, specjalistkę od wszelkiej broni – od palnej po laserową. Chociaż widać było, że ma za dużo ciała tu i ówdzie – minęło wszak już tyle lat odkąd razem walczyli – po jej wyrazie twarzy i błysku w oku poznał, że wciąż jest mordercza w tej dziedzinie. Na kolejnym krześle siedział Przemek, ich dawny informatyk, strateg oraz znawca obcych form życia. Nawet nie odwrócił wzroku, kiedy weszli do pomieszczenia, tylko z nosem ubranym w grube okulary szukał czegoś w laptopie. Piątym okazał się stalowo-szary bojowy, humanoidalnokształtny robot, typu CCC–P3. Odwrócił się całym korpusem do przybyłych i z nieruchomej maski popłynął zsyntetyzowany głos, udający kogoś, kogo przejął wspomnienia i osobowość:

– Cześć Peter. Kopę lat, ty gnoju. Wyglądasz jak kupa gówna. 

Peter stanął zaskoczony. Wspomnienia gryzły się z zaistniałą rzeczywistością, gdyż wszystko wskazywało na to, że ma przed sobą kaprala Kalinowskiego, eksperta od materiałów wybuchowych. Zginął na misji u wrót Tanenberga, rozerwany na strzępy przez Pciuchy, dawno, dawno temu na jakiejś podrzędnej planecie o nazwie, której nigdy nie zapamiętał. Peter poznał go po manierze dodawania do wypowiedzi „ty gnoju” przy każdej okazji.

– Tak, to ja, Robert. Albo to co ze mnie zostało. Mów mi Robo, ty gnoju. Nie zgadzałem się, żeby wgrali moją pamięć w tego złoma. Ale skoro trzeba ci pomóc, to ich za to nie zabiłem. 

– O Boże, Robert, tak mi przykro, że nie żyjesz, że…

– Mów mi Robo. – odpowiedział chłodno – Tom, ty gnoju, zaczynaj.

Jednakże, nikt nie zwracał uwagi na wielokrotne nawoływania robota, tylko przez dobre parę minut ekipa witała się z Peterem, wspominając stare, dobre czasy kiedy służyli na rubieżach galaktyki. W międzyczasie starzec przyjrzał się holograficznym planom wyświetlonych na stole. Rozpoznał to miejsce, gdyż spędził w siedzibie SIF dziesiątki lat, robiąc to co potrafił najlepiej – interfejsy bioniczne. Włożył całe serce i umysł przy opracowaniu algorytmów adaptacyjnych dla synaps, by imersja między ludzkim organizmem a  cybernetycznym światem była przeprowadzana bezboleśnie i nie stwarzała problemów. Zawsze myślał o weteranach, którzy utracili na polu bitewnym cząstkę siebie. Chciał stworzyć lepszy świat, ale korporacja wykorzystała jego geniusz i odkrycia dla własnych celów. W ciągu jednego dnia odcięto go od procesów decyzyjnych, baz danych i kodu źródłowego. Złożono mu propozycję nie do odrzucenia – niewyobrażalnie wysoką emeryturę i dużą posiadłość. Jedynie przez wnuka, wicedyrektora jednego z oddziałów SIF miał z firmą minimalny kontakt i w miarę możliwości mógł śledzić jak bardzo mroczne i bezduszne stają się ich nowe produkty do kontroli społeczeństwa.

– Na początku chciałem podziękować! – Tom krzyknął i wszyscy zebrani zamilkli. – Wiecie, że gdyby nie było konieczności, nie zawracałbym wam głowy. Peter, oddaję głos.

– Szkoda, że nie zorientowałem się jakieś dziesięć lat temu, gdy dopuściłem ich do współtworzenia kodów rekalibracyjnych do neuronów. O naiwności, teraz może zapłacić za to społeczeństwo zniewolone cyfrową ułudą. Dziękuję, że jesteście ze mną. Sam bym sobie nie poradził w zniszczeniu ich kwantowego serwera – pokazał palcem owalne, czerwone odwzorowanie na planie. – To jest cel naszej misji. Trzeba zniszczyć powłokę ochronną, by usunąć hektolitry chłodziwa, a potem wywołać zwarcie w obwodach, żeby wymazać dane.

– I niby to ma pomóc? – Yola z politowaniem pokiwała głową. – Że, niby nie mają zapasowych baz danych?

– Tylko stąd zawiaduje się produkcją nowych podzespołów i implantów. Masz rację, bo podstawowe backupy i setup systemu znajduje się o tutaj, w czeluściach – Peter pokazał na wąski szyb wiodący w głąb ziemi.

– Tu potrzebna jest mini głowica nuklearna! O wy…! – Robo teatralnie zakrył twarz ręką, udając załamanego czekającą go kolejną śmiercią –  Nie ma sprawy, zaniosę ją, byle była na jakimś transporterze.

Peter powoli oswajał się z koniecznością zrobienia wielkiego bałaganu. Był to winien ludzkości, którą korporacja chciała zamienić w bezmyślnych niewolników, zatracających granicę między realnością a narzuconą fikcją.

-Tylko mnie, gnoje znów nie transferujcie, nie zniosę tego – Robot zimnym głosem przypomniał o swym depresyjnym istnieniu. 

Ważnym jest usunięcie większości chłodziwa, bo inaczej impuls nie wykasuje danych, a większej głowicy nie byłem w stanie zdobyć. – wtrącił się Tom i otworzył drzwi do schowka, a oczom zebranym ukazała się taktyczna bomba, model NRD-69. 

– Cudeńko. Kiedyś zdetonowaliśmy takie na Enterze – do rozmowy włączyła się Magda, a jej twarz rozświetlił uśmiech. – Robale płonęły lepiej niż fajerwerki.

– Zapalały się jeden od drugiego – parsknęła śmiechem Yola. – Nie było czego dobijać.

– Szach i mat, było minęło. Skupmy się na robocie. Każdy zna swoje zadanie – Tom przerwał jej, choć też miał dużo miłych wspomnień. – Tak jak wcześniej mówiłem, Malutka: transport i osłona, Patyczak, zdejmujesz ewentualnych intruzów i prowadzisz działania doraźne, Przemo: także podwózka i włam do systemu, nadzór nad paczką – wskazał głową atomówkę. Yola i Bodzio…

– Nie nazywaj mnie tak, ty… gnoju – Bogdan rzucił nożem mu pod nogi, ale na Tomasie nie zrobiło to żadnego wrażenia.

– Osłaniacie, czyścicie drogę. Mario i ja w tym pomagamy, uzupełniamy amunicję i koordynujemy ewentualny odwrót. Kalinowski transportuje ładunek do samego końca. – Tom wyjął nóż z zielonego linoleum i oddał go właścicielowi. 

– A ja? Nic dla mnie nie zostawiliście…– Peter przez chwilę poczuł się niepotrzebny w całej misji. 

– Jak to nic? Tylko ty znasz ich siedzibę jak własną kieszeń, będziesz głównym wykonawcą. W końcu jesteśmy tu dla ciebie. – Magda złapała go za rękę i mocno ją ścisnęła.

– Raczej dla ludzi, zwykłych ludzi… – Peter poczuł się nieswojo, bo swędzenie z tyłu głowy nie chciało przejść, pomimo drapania.

– Nie ma co się rozczulać. Sprzęt jest tutaj – Tom otworzył drzwi do sąsiedniego pomieszczenia. – Weźcie co niezbędne. Chłopaki – krzyknął w stronę Przemka i Robo – bierzcie się potem za atomo-pakunek, czas nie gra na naszą korzyść. 

Weszli do pokoiku z dwoma stołami i wieszakami na broń ręczną. Magda kazała wypchać wózek materiałami wybuchowymi, a Yola upatrzyła sobie różowy laserowy blaster z dyfuzorem przestrzennym.

– Ty to lubisz rozmach, jak zawsze – podsumował ją Peter. Sam wybrał energetyczny karabin szturmowy z celowaniem myślą. Spojrzał na Toma, który mocował się z dwoma stalowymi reliktami na ładunki prochowe. – A po co ci te złomy? 

– Zasięg żaden, tylko siedem pocisków, Ogarnij się! – skwitowała go Yola.

– Wyluzujcie – Tom sięgnął po granatnik plazmowy. – Te colty, to tylko na wszelki wypadek, bo jak wiecie, na akcjach różnie bywa…

– Jeśli tego chcesz… – Yola dobrała jeszcze zapasowe ładunki.

Po pięciu minutach każdy miał swój ekwipunek.

– Poczekajcie, pokażcie mi jeszcze jak to cudeńko się uzbraja, a potem wiadomo… – Peter dogonił Przema, który wraz z robotem prowadzili ładunek nuklearny.

– No, dobrze – Przemek otworzył boczny panel ładunku.

– Ty gnoju, zobacz jak to się robi…

.

***

Po trzech godzinach przyczajeni przy siedzibie SIF-u, obserwowali zabudowania w cieniu opuszczonego magazynu, a Mario zabezpieczył ich pozycję aktywnym hologramem. Zwykły strażnik korporacyjny widział tylko pusty zaułek i słabo oświetloną ulicę. Ich informatyk mógł w spokoju podpiąć się do systemu zasilania kompleksu.

– Mają własne zasilanie awaryjne, dosyć wydajne, ale je odetnę. Będziemy mieli jakąś minutę, żeby wejść niepostrzeżenie. Potem odpali się autonomiczny system i będziemy widoczni jak na tacy. To co? Za ile czasu? – Przemek popatrzył wyczekująco na Petera.

– Kości zostały rzucone na rubikonia – rzucił drętwym żarcikiem sprzed lat, kiedy to jeszcze czerpali radość z przekręcania utartych powiedzonek. – Pożegnajcie się jeszcze ze sobą, bo może to być ostatni raz kiedy się widzimy.

– Ja i tak nie żyję, wy… – Robo o dziwo nie nazwał znów ich gnojami, tylko grzecznie wsiadł do pojazdu z głowicą.

– Każdy wie, co ma robić? Do wozów – Tom skinął głową i po minucie zdawkowych uścisków dłoni i całusów w czoło, byli już na stanowiskach. 

Gdy tylko zgasły światła w budynkach korporacji Magda poderwała maszynę i na możliwie najniższym pułapie wleciała na jej teren. Wylądowała przy samym bocznym wejściu i zaczęli wyładunek. 

– PODDAJCIE SIĘ!!! – nagle do ich uszu dobiegł głos z megafonów znajdujących się na dwóch policyjnych maszynach. Nadleciały z obu stron i zawisły nad ich pozycją. Jednocześnie oślepiły ich dwa potężne słupy światła z reflektorów. – WIDZIMY WAS! NIE STAWIAJCIE OPORU!

– Zdrada! – Peter chciał wyskoczyć i ich ostrzelać, ale Tom go zatrzymał.

– Oni tylko na to czekają. Rozprują nas szybkostrzelnym działkiem. Musimy… – Tom odbezpieczył swoją broń.

Nagle jeden z reflektorów eksplodował, a policyjna maszyna z wizgiem uszkodzonego silnika pokoziołkowała gdzieś na teren zakładu i tam się rozbiła. Drugi „radiowóz” także oberwał i po kilku sekundach eksplodował w powietrzu. Po obydwu stronach drogi zobaczyli zbliżające się na syrenach kołowe wozy policyjne. 

– Kawaleria przybyła. Ktoś musiał zdradzić – Tom przyłożył się i wysłał parę pocisków w stróżów prawa.

– Szybko! Wynoście się z tą bombą! – krzyknęła Magda. 

Robo i Tom wytaszczyli ładunek na beton, a Peter złapał za torby z bronią i osprzętem.

– Mała, wysiadaj! Zaraz go zniszczą – Peter spojrzał jej w oczy, ale domyślał się odpowiedzi.

– Nie tym razem. Moje auto, moja sprawa – puściła mu oko. – Do zobaczenia w piekle.

– Magda, nie wygłupiaj się… – zdążył dodać, ale ta zamknęła automatyczne drzwi i poderwała maszynę. W świetle dopalającego się wraku widzieli, że leci ostro do góry na maksymalnych obrotach, a potem wbija się w środek policyjnej kolumny. Przy efektywnej eksplozji dojrzeli, że ich drugi pojazd wystartował za szybko i z rozpędu wpadł w ścianę głównego budynku. Peter nie usłyszał wycia Marcina Patyczaka, kiedy spadał z dachu, zamieniony przez policyjny blaster w ludzką pochodnię.

– Została już tylko szóstka – skwitował Robo.

– Czego tam stoicie!? – ryknęła Yola, po wyczołganiu się z rozbitej maszyny. – Szybko, bo ochroniarze się zbliżają! NO JUŻ!!! – i posłała serię w stronę trójki stróżów. Wyparowali w oka mgnieniu, a zostały po nich tylko dymiące buty.

Robo samodzielnie przepychał ładunek w stronę wyważonych drzwi. 

– Ja pierwszy! – Bogdan wbiegł do środka z dwoma laserowymi lancami. Zaraz za nim wszedł Robo, a potem reszta ekipy. Tylko Yola została i nie pozwalała, żeby przeciwnik za bardzo się zbliżył. 

Peter szedł zaraz za nuklearną bombą pchaną przez robota. Sam, w plecaku, niósł konwencjonalny ładunek do rozszczelnienia głównego procesora kwantowego. Znał dobrze korytarze- ciągnęły się bez końca. Mijali trupy osób z obsługi. Bogdan nie patyczkował się: zabijał systematycznie, pokój po pokoju. Nagle Peter dojrzał zabitą sprzątaczkę z nocnej zmiany. Opierała się na wózku z mopem i preparatami do czyszczenia, a krew z gardła zalewała jej fartuch i utworzyła karmazynową plamę na wyczyszczonej na błysk podłodze z zielonego linoleum. Patrzyła na niego z wyrzutem w martwych oczach. Zrobiło mu się niedobrze; poczuł, że odpływa. Ogarnęła go dziwna pustka, ciemność. Słyszał tylko czyjeś podniesione głosy i maszynowy pisk. Po chwili, którą odczuł jak wieczność, odzyskał wzrok. Znów był na korytarzu, a ostre, podsufitowe światło go oślepiało. Zwłoki sprzątaczki osunęły się na podłogę. 

„To pewno stres, zaraz powinniśmy dotrzeć do celu” – pomyślał i dojrzał oszklone drzwi.

Wtem potężna eksplozja targnęła budynkiem, wybuchło z kierunku z którego przybyli. 

– Została już tylko piątka, mnie nie liczcie, wy… – Robo skwitował zaistniałą sytuację i kopnięciem roztrzaskał wrota. Przyjął na klatę dwa pociski od ochrony budynku. Do wymiany ognia dołączył także Peter i Przemek. Po minucie wyczyścili pomieszczenie, ale ich informatyk dostał laserem w brzuch. O dziwo nie umarł od razu, tylko siedział osowiały pod ścianą i powoli tracił kontakt z rzeczywistością.

– Nikt nie mówił – z trudem wciągnął powietrze – że będzie łatwo… 

– Nie martw się, wyjdziesz z tego – Peter kucnął przy nim i poklepał go po ramieniu. Pocieszał kompana, chociaż wiedział, że z taką raną nie zostało mu wiele życia. – Jeszcze będziemy się z tego śmiać.

– Uratuj ich… – ranny zdołał jeszcze wyszeptać. – Ta chwila zniknie jak…

– Co tam? – nadbiegł Bogdan cały umazany we krwi, a w ręce trzymał długi nóż.

– Cholera! Gdzie się pałętałeś!? Miałeś oczyścić teren! – zirytował się Peter.

– Poniosło mnie, a poza tym… pomyliłem piętra. Co z nim?

– Zostało tylko czterech samobójców – Robo nie tracił wisielczego humoru.

– Cholera… – Peter zasłonił ręką powieki zmarłemu.

Nadbiegł Mario, a zaraz za nim szedł spokojnym krokiem Tom.

– Ogólnie to miło było z wami się spotkać, ale… – Mario wcisnął czerwony guzik w dużym czarnym pudełku i rzucił pod nogi Robo.

– Ty zdrajco! – krzyknął Bogdan i podniósł rękę z nożem, żeby go ugodzić, ale nie zdążył. Bomba wybuchła z siłą dużej petardy. Peter na początku pomyślał, że to jakiś żart, ale Robo osunął się na ziemię, a z uszu i oczu Bogdana trysnęła krew. W korytarzu za nimi Tom stracił równowagę i padł na wznak.

– Ładunek elektromagnetyczny – Mario wyjął podręczny blaster. – Nie miałeś szans już na samym początku.

– A co z ludźmi? – Peter przełknął ślinę, miała metaliczny posmak – Zabij mnie, ale chociaż daj im szansę. Zniszczmy to miejsce…

– Ludzkość. Nigdy w nią nie wierzyłem. Może dwa procenty do czegoś się nadają, tak jak ty. Nawet cię lubiłem. A ludzie? Byle się nażreć i mieć święty spokój! Już nawet władza ludu im się znudziła. Niby demokracja, bo i tak rządzą koncerny. 

– Mariusz, do cholery, pomyśl. – Zaschło mu gardle, czuł, że zaraz opadnie całkiem z sił. Miał w głowie pustkę, nie wiedział jakich może użyć argumentów, żeby przekonać cynika od urodzenia –  Oni całkiem uzależnią się od sieci. Będą niewolnikami, martwymi za życia.

– Już są. Media antyspołeczne i czipy ich zniewoliły – Mario wycelował w Petera. – Czas…

– Co ci obiecali? Ty, ty sprzedajna szmato. – Parsknął cynicznie w akcie desperacji, z nadzieją, że zyska na czasie i stanie się cud, jednak nie zanosiło się na takowy.

– A, nic takiego. Tylko nowe ciało. Miło było was zobaczyć, serio. Pora umierać.

Nagle huknęło, a głowa zdrajcy eksplodowała. Krew ochlapała Petera.

– Pomóż mi zdjąć to cholerstwo – Tom z dymiącym jeszcze rewolwerem zastanawiał się, czy nie wystrzelić jeszcze raz, bo nie widział skutku pierwszej kuli. 

– Tom! – Peter podbiegł do leżącego przyjaciela. – Jak dobrze, że nie miałeś żadnego implantu!

– Też się cieszę. Musisz mnie najpierw rozebrać.

Przez dobre parę minut siłowali się ze zdejmowaniem ubrania, a potem odczepianiem egzoszkieletu.

 – Całkiem przepalony, zblokował się na amen. Dobrze, że lewą rękę miałem wolną. – Przy pomocy Petera stanął na chwiejnych nogach, ubrany w bokserki i podkoszulek – Nie podejrzewałem, że on nas zdradzi. Pomóż mi dojść do ładunku.

– Musimy się śpieszyć, za pięć minut zlecą się tu wszyscy – Peter z trudem doprowadził kumpla do głównego serwera kwantowego. Wspólnymi siłami go zaminowali.

– Nic z tego. Zdalne odpalanie nie działa – Tom zaczął wypruwać detonator. – Masz pięć minut, albo mniej, jak się zjawią. Leć! To był zaszczyt mieć cię za przyjaciela.

– Dla mnie też. Dziękuję i przepraszam. – Uścisnęli sobie prawicę – Do zobaczenia… 

– W piekle – Tom zasalutował.

– W piekle – Peter otarł kroplę potu zmieszanego z łzami. Z chęcią by się jeszcze wyściskał z przyjacielem, ale wiedział, że z każdą sekundą opóźnienia ich misja może się nie powieść. Mimo skrajnego wycieńczenia dotaszczył atomówkę do szybu windy. Na szczęście kody dostępu jakie dostał od Toma zadziałały i udało się mu zjechać z ładunkiem aż na samo dno ich piwnic. Wiedział, że za żelbetonową ścianą, w bunkrze znajduje się cała baza danych. Były tam wszystkie rzeczywistości, tekstury, animacje tak doskonałe, że nie sposób ich odróżnić prawdziwego świata. Miał nadzieję, że skasują wszelkie dane telemetryczne użytkowników. Pozwoliłoby to ludziom na życie w realnym świecie, a nie w cyfrowej ułudzie. Pewno były też i inne serwery, ale spalenie najnowocześniejszego procesora kwantowego na pewno opóźni cały proces zniewolenia ludzkości. 

Nagle ściany zakołysały się, a oświetlenie zgasło na parę sekund. Nie miał chwili do stracenia. Otworzył panel sterowania bomby. Wcześniejszy wyładunek elektromagnetyczny tu również narobił szkód, więc musiał odkręcić większość śrubek, żeby dostać się do kabli zasilających. Według instrukcji Przemka znalazł odpowiedni podzespół detonatora. Wyjął z niego dwa przewody – niebieski i czerwony. Dotknął ich i poczuł mrowienie, świadczące, że po zwarciu dojdzie do eksplozji. Do wnętrza szybu zaczął wlewać się bezwonny płyn chłodzący z kwantowego serwera. Na początku spadały pojedyncze krople, a potem popłynął większymi strugami, powoli wypełniał pomieszczenie.

Peter nie mógł uwierzyć, że mu się udało. Tyle lat żył w zgryzocie, po odsunięciu od badań. Nadszedł czas rewanżu. Uśmiechnął się zadowolony z udanej misji i zaczął zbliżać do siebie druty.

 „Kocham cię, dziadku” – usłyszał w swej głowie słowa wypowiedziane przez wnuka.

– Ja też cię kocham – odpowiedział szczęśliwy, nie zastanawiając się, skąd pochodzi jego głos. Zwarł przewody i doprowadził do detonacji. Najpierw poczuł ból, a potem otoczyła go nieskończona jasność…

***

– Teraz! – krzyknął człowiek w białym kombinezonie, zaś drugi wyłączył jednocześnie oprogramowanie i system podtrzymujący starca leżącego pod respiratorem na szpitalnym łóżku. Zgasł ekran na którym wyświetlała się wirtualna rzeczywistość widziana oczami Petera. Jack Kovalsky siedział przy nim i chociaż płakał, to był szczęśliwy, że na twarzy zmarłego malował się zastygnięty uśmiech.

– Dobranoc mój ty zwycięzco – pogładził starca po policzku.

– To była dobra śmierć – doktor nadzorujący całą operację poklepał go po plecach.

– Dziadek teraz może spokojnie odejść po zrealizowaniu swego marzenia, czy też obsesji, jaka go opętała w ostatnich latach życia. – Kovalsky uścisnął mu prawicę. – Dziękuję za sprawnie przeprowadzoną symulację.

– No, raz prawie wywaliło go z systemu, ale na szczęście to zignorował. Wciąż to udoskonalamy. W każdym razie bez danych, jakie pan nam dostarczył o jego przyjaciołach i faktach sprzed lat nie udałoby się. 

– Tak wiem. Tak bardzo bym chciał, żeby stać nas było na wyhodowanie nowego ciała. Może ja sobie to zafunduję w przyszłości… – Jack wytarł nos.

– Pański dziadek był wielkim wizjonerem i wynalazcą. Bez jego śmiałych i przełomowych odkryć dalej byśmy nie mogli przeprowadzać idealnych wizualizacji. – Lekarz odpiął od przystawki w potylicy zmarłego gruby przewód. – Dzięki niemu świat i ludzkość całkiem się zmieni.

– Nie wiem czy na lepsze…  Może dziadek słusznie chciał to wszystko zniszczyć? Może nie jesteśmy na to jeszcze gotowi?  – spojrzał na zegarek – No, muszę się zbierać do pracy… – nagle Jack poczuł ból głowy i stracił wizję.     

.

.

***

Ból nagle ustąpił, w jego miejsce pojawiło się zdezorientowanie. Jack otworzył oczy. Nie było już obok żadnych pracowników korporacji, ani tym bardziej zwłok jego dziadka. 

Biel wystroju pokoju przypomniała mu, gdzie się znajdował i co miało zaraz nastąpić. Z odrazą spojrzał na swą starczą dłoń. Drżącym ruchem odpiął od potylicy interfejs memoratora. Wytarł oczy mokre od łez. Krople spadły na prześcieradło. 

Drzwi otworzyły się bezszelestnie i na czterech kółkach do środka wjechał Autonomiczny Robot Eutanazyjno-Korygujący. Chociaż nie był duży, to wystające igły oraz kołyszące się ustniki do butli z różnymi gazami wyglądały złowieszczo.

– Pan Jack Kovalsky? – z głośnika popłynął ostry, syntetyczny głos robota.

– Tak… – z trudem wyartykułował odpowiedź, wiedząc, że to będą już jego ostatnie słowa, jakie zdoła wypowiedzieć.

Czy doświadczenie w Systemie IF-102, zgodnie z procedurą eutanazyjną, wybranego miłego wspomnienia dokonało się bez zarzutu?  

– Tak…

Zgodnie z paragrafem trzecim Dyrektywy ogólnej Organizacji Unii Zjednoczonych, dotyczącej konieczności ograniczenia śladu węglowego istot biologicznych, wynikającej z Dyrektywy depopulacyjnej numer 345/2102, każdy obywatel po ukończeniu siedemdziesiątego roku życia, ma obowiązek poddania się dobrowolnemu zabiegowi, w celu spełnienia wymogów określonych prawem. Proszę potwierdzić wolę własnoręcznym podpisem na druku urzędowym, lub przyłożyć rękę z czipem do czytnika. 

„Gdzie popełniliśmy błąd? Dokąd zmierza ludzkość? Może dziadek miał rację?” – Jacek bił się z myślami. Język w ustach nagle wysechł na wiór, a na czole poczuł pot. 

Proszę potwierdzić dobrowolność poddania się zabiegowi. W przeciwnym przypadku, zgodnie z paragrafem numer 6, punkt 6, podpunkt 6, autonomiczny system dokona…

– Nie. Nie zgadzam się – czuł, że zaraz serce wyrwie mu się z klatki piersiowej.

Proszę potwierdzić dobrowolność poddania się zabiegowi… – maszyna powtórzyła całą sekwencję, nie zważając na odmowę. Jednocześnie wychyliła mechaniczne ramię z dyszą gazową.

 „Nie po to dziadek nazywał mnie bykiem, żebym teraz poszedł bezwolnie jak baran na rzeź.” – to myśląc, zebrał się w sobie i urwał poręcz od łóżka.

– NIE! – ryknął, po czym z całych sił uderzył aluminiową ramą prosto w zabójczą maszynę. Wózek po prostu przewrócił się na bok, a z wygiętego ramienia odpadła strzykawka. Jack wiedział, że musi się śpieszyć. Z bólem w plecach usiadł na łóżku i w miarę możliwości płynnie wylądował skarpetkami na zimnych kafelkach podłogi. Wtem z AREKa zaczął się z cichym sykiem wydobywać gaz paraliżujący. Starzec słyszał wcześniej, że w drzwiach do pokoju zamknęła się automatyczna blokada, więc rozpędził się i je staranował barkiem. Bez trudu przebił się przez dyktę i paździerz. Na korytarzu panował półmrok. Jack szybko układał w głowie plan działania. Póki co był wolny…

Gdzieś w najbliższej, terenowej filii operacyjnej SIF

Przy dużych panelach z niezliczoną liczbą światełek i ekranów siedziało dwóch, ubranych na biało, nijakich urzędników ze zmęczonymi twarzami i przekrwionymi oczami, pełniących funkcję operatorów systemu. Jeden drugiego podejrzewał o bycie podstawionym cyborgiem audytowym do skontrolowania lojalności i jakości pracy. Nagle zapaliła się czerwona dioda, wraz z głośnym sygnałem dźwiękowym. Wyrwali się z odrętwienia. Szybko przeanalizowali dane oraz nagranie przesłane z AREKa. Spojrzeli po sobie ze zrozumieniem.

– Kolejny staruch w tym miesiącu – pierwszy wskazał palcem na mrugający czerwony guzik. – Wyłączyć?

Drugi usiadł z powrotem na wygodny fotel i położył nogi na blacie.

– Zostaw. Dajmy mu tę chwilę szczęścia. Nanoboty zaktywizowały się po przekroczeniu progu. Już formują zakrzep. Ma dwie, może trzy minuty życia. 

– Okey. Dam ci znać, jak zawiozą go do zakładu odzysku protein. A tak w ogóle, to co robisz dzisiaj po pracy? – przełknął ze stresu ślinę. Kontakty międzyludzkie nie były tym, w czym był najlepszy.

– Idę z przyjacielem na rec-burgery. Masz ochotę dołączyć? – uśmiechnął się do kolegi po raz pierwszy, odkąd się poznali. – Znam fajną knajpkę na przedmieściach.  

– Super, będzie miło. Nawet wiem o którym lokalu mówisz, czasami tam się stołuję. Mięso tam jest troszkę gąbczaste, ale sos jaki serwują, to miodzio. 

– No to super, o siódmej?

– Jasne, nie spóźnijcie się… 

Jacek Fleiszfreser

3
0

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *