Katarzyna Godefroy – Tango z koniem (część trzecia)
.

.
Rozdział 4
.

Wyszłam z domu dość wcześnie, chciałam mieć czas na opracowanie planu, zanim natknę się na prezesa. Plik z komputera wysłałam na drukarkę, która z cichym szumem wypluwała zadrukowane kartki. Ja w tym czasie przeglądałam internet w poszukiwaniu informacji. Czytałam o cenach mięsa w różnych regionach Francji, gdy usłyszałam krzątaninę w pokoju pani Gieni.
– Dzień dobry, pani Basia jest w pracy? – Wsunęłam głowę przez otwór w plastikowej ścianie.
– Nie ma. – Gienia nie oderwała wzroku od rozłożonej gazety, najmniejszym ruchem nie zdradziła zainteresowania moją sprawą.
– A kiedy będzie? – Zapytałam naiwnie, przewidując z góry odpowiedź.
– Nie wiem. – Sekretarka całą uwagę skierowała na kolorowe obrazki;
ja mogłam poczekać, horoskop na następny tydzień – nie.
– Muszę poprawić tekst – jęknęłam boleśnie.
– Nie umie pani poprawić tekstu? – Pani Gienia spojrzała na mnie ze zdumieniem.
– Każdy ma rolę w wydawnictwie. Jestem od kontaktów z autorami, pani Basia od korekty, pani od p… – urwałam pod mrożącym krew w żyłach spojrzeniem, nasza rozmowa nie przebiegała w samo południe, ale z wyrazu twarzy sekretarki wyczytałam, że to może być dla mnie godzina zero. Chciałam powiedzieć: parzenia kawy, ale ugryzłam się w język i szybko dokończyłam: – od przygotowywania dokumentów.
Spojrzenie złagodniało, pani Genia złożyła gazetę, włożyła do szuflady
i wykazała zainteresowanie moją osobą.
– Pani Basia mieszka na Królewskiej.
– We Wrocławiu?
– W Wilnie.
– Ratunku! – Zawołałam z rozpaczą. – Jak mam pracować?! Wyślę jej fragmenty mailem, a potem zrobimy wideokonferencję, żeby wprowadzić poprawki.
– Niezdrowe podniecenie doprowadzi panią do zguby. Powinna pani pić melisę i medytować.
Pani Gienia wstała z krzesła, zetknęła z sobą końcówki kciuka i wskazującego palca, zamknęła oczy i powtarzała przeciągłe „om”. Możliwe, że przeszła szkolenie u tybetańskich mnichów, ale ja i medytacja w tym momencie zupełnie do siebie nie pasowałyśmy. Wszystko się we mnie gotowało.
– Pani Gieniu! – Zawołałam.
– Tak? – Zamrugała oczami, jakbym wyrwała ją z transu.
– Potrzebuję numer telefonu do pani Basi!
– Nie musi pani krzyczeć, pani Kingo. Wszystkie dane są dostępne w folderach pracowników. Usiadła, wygładzając spódnicę, po czym odwróciła się do mnie tyłem, dając do zrozumienia, że audiencja skończona. Rzuciłam się do komputera i szybko przejrzałam folder z danymi personelu. Alias, Bury. Kto to jest Bury? Aha, pan Józef – mruczałam pod nosem. O, jest, Dziwił.
– Był telefon do pani wczoraj. – Pani Gienia zdecydowała się do mnie odezwać.
– Tak? Kto dzwonił? – Oderwałam wzrok od listy nazwisk.
Pani Gienia powoli otworzyła firmowy kalendarz i śliniąc wskazujący palec, odszukała wczorajszą datę.
– Nocny Marek.
– Zadzwonię do niego później, teraz mam coś innego na głowie.
Marek Nocny został jako jedyny ze starej gwardii. Agata Chrząszcz opuściła wydawnictwo i przeniosła się do rynkowego potentata, skuszona obietnicą wyższych prowizji. Niech jej ziemia lekką będzie.
Pan Marek miał jedną wadę – jak już dopadł słuchacza, to nie puszczał aż do ostatniej kropli krwi. Dręczył nieszczęśnika opowieściami o swoich ostatnich wizjach dotyczących kreatur o dziwnym zwyczaju sypiania w trumnach, unikających światła dziennego i delektujących się krwistoczerwonym napojem. Co do napoju, nie mam nic przeciwko, też lubię czerwone wino, ale zwyczaje tych stworzeń są dalekie od reguł współżycia społecznego. Można je nawet zaliczyć do działalności przestępczej. Prowadzą bank, którego wierzeje otwierają o zmroku. Przyciągają petentów obietnicą wysokiego oprocentowania, kuszą podwojeniem oszczędności. Klienci zostawiają pieniądze, a następnie znikają w niewyjaśnionych okolicznościach.
Miałam nieodparte uczucie, że już to kiedyś czytałam.
W każdym razie nie wiem, skąd pan Marek bierze swoje wizje. Może coś wącha? Siedzi nad oparami unoszącymi się nad pachnącą siarką otchłanią i, jak kiedyś Westalki, odczytuje przyszłość. Albo dużo pali. Tak czy siak, pewnie prowadzi niezdrowy tryb życia.
Zapisałam numer w notesie i wróciłam do siebie. Rozejrzałam się za podłużnym, czarnym urządzeniem, ale na biurku leżała tylko torebka Lollipops z zawieszką w kształcie kota. Nie jestem miłośniczką zwierząt, ale breloczek przypadł mi do gustu. Kucnęłam, sprawdziłam pod biurkiem, oprócz kotów z kurzu nie znalazłam nic więcej. Podniosłam torebkę, i proszę – telefon był pod spodem. Wystukałam numer, po kilku bipach kobiecy głos spytał przeciągle:
– Taaak?
– Dzień dobry, mówi Alias Kinga, czy mogę rozmawiać z panią Barbarą Dziwił?
– Przy telefonie – wymruczał kobiecy głos.
– Jest mi pani potrzebna w pracy!
– W jakiej sprawie? – Pani Basia nie wydawała się zaniepokojona, ani nawet zainteresowana.
– Mam maszynopis Zuzanny Kosińskiej do poprawy. Ma pani bezpośrednie połączenie?
– Bezpośrednie połączenie? Mogę dojść na piechotę.
– Z Wilna?
W słuchawce rozległ się śmiech.
– Wynajmuję mieszkanie na Podwalu.
– Czyli mogę się pani spodziewać za piętnaście minut?
Odetchnęłam z ulgą, gdy rozłączyłam się po ostatnim pożegnaniu. Wydrukowane kartki włożyłam do teczki i mogłam na spokojnie przemyśleć sytuację. Uda się, czy się nie uda, oto jest pytanie. Czytelnicy połkną, jak rybka haczyk, czy też będziemy dopłacać do interesu?
W tym wypadku nic nie było pewne – autorka w depresji, usunęła się ze świata, obojętna na sukces i wysokie dochody. Zresztą z kasą też nie wiadomo. Jak powieść się nie sprzeda, to wszyscy pójdziemy z torbami. Przyglądałam się teczce, próbując odgadnąć przyszłość. Na dwoje babka wróżyła – stwierdziłam, zakładając gumkę przytrzymującą okładkę.
– Jestem. – Barbara Dziwił stanęła w wejściu.
Widzę, chciałam powiedzieć, ale zamiast tego uśmiechnęłam się promiennie, obnażając uzębienie. U większości zwierząt jest to oznaka agresji, natomiast u ludzi świadczy o pozytywnym nastawieniu. Paradoks taki.
Pani Basia ubrana na szaro przywodziła na myśl zjawę z przeszłości, kobieta-widmo, jedynie granatowa w czerwone kwiaty chustka na głowie stanowiła kolorowy akcent. Kontakt miałyśmy najczęściej mailowy, widywałyśmy się rzadko, ostatnio na noworocznej imprezie firmowej. Teraz najchętniej przywiązałabym ją do krzesła, aby nie odrywała się od pracy.
– Proszę usiąść, mam dla pani zadanie specjalne.
Pani Basia z rozpaczą spojrzała na biurowe krzesła, miały tę szczególną cechę, że były niewygodne, nawet od patrzenia na nie bolały plecy.
– To nie potrwa długo. Napije się pani kawy?
– Nie, dziękuję, piję tylko herbatę z samowara – powiedziała, siadając.
Pominęłam milczeniem uwagę o samowarach, nie byłyśmy na przyjęciu w Pałacu Zimowym.
– Mam do rozwiązania zagadkę, podam znane mi elementy, może uda się pani dojść do nowych wniosków. Ja się kręcę w kółko. Muszę odnaleźć konia.
– Proszę zatrudnić detektywa, ja poprawiam teksty, studiowałam dziennikarstwo, nie kryminalistykę. – Podniosła się z krzesła.
– Dziennikarstwo? Doskonale, ma pani dryg do tropienia sensacji i to jest nam potrzebne. Powiem, co wiem. Książka, o którą mi chodzi, jest oparta na faktach. Opisany w niej koń zapadł się pod ziemię, sprzedany legalnie, ale nikt nie wie albo nie chce powiedzieć, komu. Podejrzewam, że w sprawę wplątana jest jedna z bohaterek, Carla, Włoszka, ale jak i po co? Tego nie wiem. Przeczytam fragment dotyczący tej kobiety. Proszę usiąść.
Otworzyłam teczkę i wybrałam odpowiednią stronę.
Saint-Nom-La-Bretèche, Francja, grudzień 2016 r.
Weszła do siodlarni, gdzie na ścianach wisiał sprzęt jeździecki z imieniem odpowiedniego konia. Wybrała czarne siodło z napisem „Eclair” oraz ogłowie z wędzidłem munsztukowym niezbędnym w czasie zawodów. Tak zaopatrzona zeszła do stajni, aby przygotować konia. Kiedy weszła do boksu Eklerek spojrzał na nią ze spokojem.
– I jak tam, pięknisiu, gotowy do startu?
– Mówisz do konia po polsku?
Zuzanna odwróciła się w stronę wejścia. Przy sąsiednim boksie stała nieznana jej kobieta. Wysoka blondynka, zielony, połyskujący sweterek podkreślał kolor oczu, a także uwypuklał kobiece atuty. Zgrabna sylwetka świetnie się prezentowała w obcisłych spodniach do konnej jazdy. Zuza poczuła ukłucie zazdrości.
– Tak, zdarza się, że mówię po polsku. Skąd wiesz? Zazwyczaj wszyscy mylą z rosyjskim.
– Jestem tłumaczem. Nie znam polskiego, ale rozróżniam języki. – Uśmiechnęła się, odsłaniając równe zęby. – Mam na imię Carla.
– Ładne imię, włoskie?
– Tak, pochodzę ze Sieny.
– Zuzanna. Mam jazdę za kilka minut. Porozmawiamy później? Koło siodlarni jest club-house, można stamtąd oglądać ujeżdżalnię, a przy okazji napić się kawy.
– Dzięki za info, na pewno skorzystam.
– I co pani na to?
– Ładna, inteligentna, pewna siebie kobieta. Dlaczego miałaby coś kraść? – Pani Basia patrzyła na mnie sceptycznie.
– Dla pieniędzy, pozycji, z zemsty. Kobiety lubią się mścić.
– Zuzanna zrobiła jej krzywdę?
– Nie wiem, nie ma nic na ten temat w tekście. – Pomachałam teczką dla podkreślenia moich słów.
– Dlaczego szuka pani tego konia?
– Bez konia nie będzie dalszego ciągu, a bez dalszego ciągu… – urwałam, robiąc wymowną pauzę.
– Przeczytam i zadzwonię. – Wzięła ode mnie teczkę i wyszła, a właściwie przeniknęła przez ścianę niczym duch. Przez chwilę spoglądałam za nią z ciekawością, niektórzy mają zdolność rozpływania się w powietrzu. Zdawałam sobie sprawę, że było to, mówiąc słowami Wiecha, „złudzenie apteczne”, jednak wywarło na mnie spore wrażenie. Oglądałabym ścianę pewnie jeszcze dłużej, ale zadzwonił telefon. Mrugała zielona lampka, czyli połączenie wewnętrzne.
– Alias, słucham.
– Telefon do pani. – Sekretarka puściła mi do ucha muzykę, nie pytając, czy jestem wolna, mogłam mieć ważną sprawę do załatwienia, ale pani Gieni to nie interesowało.
– Alias, słucham – powtórzyłam, gdy zapadła cisza.
– Dzień dobry, pani Kingo. – Poznałam ciepły baryton.
– Dzień dobry, panie Marku. Co nowego u pana?
– Chcę się podzielić dobrą nowiną. Dzwoniłem na prywatny numer, ale pani nie odbierała. – W głosie zabrzmiała nuta skargi. Zastanawiałam się, jak to się stało, że miał mój telefon; nie mogłam sobie przypomnieć, abym mu go dawała. Albo byłam pijana w trupa…
– Jaka to nowina?
– Chciałbym pani pokazać osobiście – zamruczał kusząco.
– Przyjdzie pan do biura? – Zaproponowałam.
– Jest pora obiadowa, zapraszam panią do restauracji. Którą pani proponuje?
– Włoską, w rynku, odpowiada panu? – Powiedziałam bez zastanowienia. Może we włoskiej restauracji wpadnie mi do głowy rozwiązanie zagadki konia Zuzanny.
– „La Scala”? Świetnie, będę za kilka minut.
Zarzuciłam torebkę na ramię i skierowałam się do windy. Akurat myślałam, czy Nocny zna wszystkie restauracje we Wrocławiu, gdy usłyszałam groźny pomruk:
– Dokąd znowu pani idzie? – Zwalista postać prezesa zagrodziła mi drogę. Ubrany w garnitur w prążki, bez krawata, ale z kwiatem w butonierce, dziś była to pąsowa róża, bardziej przypominał ojca chrzestnego niż ojca rodziny. Brakowało mu tylko kapelusza i futerału na skrzypce. Przyglądał się mojej osobie ze zmarszczonymi brwiami, pewnie szok po tabletkach jeszcze nie minął.
– Na spotkanie z klientem.
– Chyba będzie pani go szukać na ulicy, bo tutaj kolejki nie ma.
A co to, wyprzedaż czy rozdajemy pączki od Bliklego? pomyślałam ze złością. Oczekuje ode mnie cudów. Klienci mają walić oknami i prosić o wydanie ich twórczości. Jeżeli chce wydawać, co mu wpadnie pod rękę, to proszę bardzo, tylko niech nie płacze, że nikt nie chce kupować. Ludzie różne rzeczy piszą, problem w tym, aby ktoś chciał to czytać.
– Pan Marek Nocny zaprosił mnie na obiad – powiedziałam z wyższością, prezes zszedł mi z drogi.
– Pani do mnie później przyjdzie – rozkazał, odchodząc.
Rozdrażnił mnie, zjechałam na parter zła jak osa. Wyszarpnęłam rękę panu Józefowi i bez słowa wyszłam z budynku. Szłam szybkim krokiem, minęłam przejście Świdnickie i znalazłam się w rynku. „La Scala” trzeszczała w szwach, stanęłam niezdecydowana, nie wiedząc, co robić.
– Mamy zarezerwowany stolik w głębi. – Marek Nocny stanął koło mnie znienacka. Miał na sobie czarny płaszcz, kapelusz, okulary przeciwsłoneczne, wyglądał jak inspektor policji incognito.
– Nie spodziewałam się pana… tak szybko.
Z rozgrzanej słońcem ulicy weszliśmy do chłodnego wnętrza. Kelnerzy w białych fartuchach opasanych wkoło bioder uwijali się po sali. Nocny poprowadził mnie do stolika, podsunął krzesło, ciepły oddech musnął moją szyję, gdy siadałam.
– Le noir te va si bien – szepnął.
No naprawdę, podrywanie mógłby sobie darować, wiem, że w czarnym mi do twarzy, o mojej porcelanowej cerze też już od niego słyszałam. Nie żeby mi się nie podobał. Był taki mroczny. Włosy związywał w kucyk z tyłu głowy, co nadawało mu charakter dandysa, wiecznego młodzieńca. Jego oczy błyszczały tajemniczo, jakby ukrywał sekret. Zadbane dłonie pisarza z krótko obciętymi paznokciami sprawiały przyjemne wrażenie. Tylko usta, wąskie i blade, jakby pozbawione krwi, odpychały mnie od niego. Nie mogłabym go pocałować, brrr. Zadrżałam na tę myśl.
– Pani drży, może coś na rozgrzewkę? – zaproponował.
Patrząc na temperaturę na zewnątrz, musiałabym pochodzić z Afryki, aby drżeć z zimna. Nie chciałam go wtajemniczać w moje przemyślenia, dlatego odpowiedziałam:
– Kieliszek czerwonego martini, poproszę.
– Z lodem? – Spytał.
No naprawdę, za kogo on się bierze, jeszcze zaproponuje mi seks w restauracyjnej łazience!
– Dużo bym dał, aby się dowiedzieć, o czym pani myśli.
Lepiej nie.
– Chciał mi pan coś pokazać – nawiązałam do telefonicznej rozmowy. Kelner przyniósł drinki, mogłam sączyć schłodzone martini i odprężyć po ciężkim dniu. Nocny wyjął z kieszeni i położył na stole podłużny przedmiot – przypominał miniaturowych rozmiarów trumnę.
– To moje dziecko.
Oszalał! Facet zwariował! Świeci słońce, życie jest piękne, knajpiany muzyk śpiewa „O sole Mio”, a jemu odbiło. I dlaczego to musiało paść na mnie? Dlaczego on nie mógł pójść do kogoś innego? Matko, on odciął temu dziecku mały palec! Co mam zrobić? Dzwonić na policję? Zostanę współudziałowcem zbrodni. Byłam tak przerażona, że wypiłam martini jednym haustem.
– Pokazać pani?
– Nie! Nie chcę oglądać!
Spojrzał na mnie z zainteresowaniem, przekrzywił głowę i oparł się o krzesło.
– Zdenerwowana jest pani dzisiaj. – Upił łyk krwawej mary. – To pendrive, na którym zapisałem moją najnowszą powieść. Po włożeniu do komputera odczyta pani plik Betsy – królowa wampirów. Chyba, że ma pani inne, lepsze propozycje – powiedział urażony.
Napięcie opadło, serce odnalazło normalny rytm, przepełniona uczuciem wdzięczności przechyliłam się w jego stronę i złapałam rękę o szczupłych palcach.
– Panie Marku, bardzo przepraszam. Rzeczywiście jestem rozkojarzona, miałam trudny dzień.
Nie rozmijałam się z prawdą. Dzień był pełen emocji, chciałam go udobruchać, aby zatrzeć nieprzyjemne wspomnienia.
– Rozumiem… – Uścisnął moją dłoń. – Byłem cztery razy żonaty. Czasami myślę, że znam kobiety, ale one potrafią mnie zaskoczyć. Pani jest osobą, jakiej jeszcze nie spotkałem, wrażliwą, zabawną, inteligentną. – Jego palce delikatnie gładziły moją skórę.
No to klops, umarł w butach. Co mam zrobić? Wyrwać rękę? Sama mu ją dałam. Cztery żony, niezły wynik. Co on z nimi robi? Zakopuje w ogródku? – Myśli przelatywały przez mózg z prędkością TGV, powodując ból głowy. Intensywnie szukałam wyjścia z sytuacji. Czułam na sobie przenikliwe spojrzenie Marka, przyszpilające mnie jak motyla, bałam się złapać głębszy oddech.
– Muszę pana na chwilę opuścić. – Zabrałam rękę, uśmiechając się przepraszająco.
Dyskretnie wybadałam położenie łazienki, a po ustaleniu kierunku podeszłam do drzwi oznaczonych rysunkiem kobiety. W środku zastanawiałam się nad rodzajem taktyki – czy zostać dłużej, udając nagłą niedyspozycję, czy odliczyć do trzydziestu i wyjść. Właściwie nie miałam opracowanego planu na takie sytuacje; postanowiłam, że to przemyślę.
Spojrzałam w lustro i z zadowoleniem przyglądałam się odbiciu: długie rzęsy przyciemnione tuszem, pełne usta pociągnięte zmysłowo błyszczącą pomadką efektownie dopełniały całości, dołeczki w policzkach dodawały uroku.
W miarę szczupłą sylwetkę – kilka dodatkowych kilogramów ukrywałam pod ściągającymi majtkami – zawdzięczałam wchodzeniu po schodach na siódme piętro wieżowca, w którym mieszkałam. Poprawiłam włosy i opuściłam bezpieczne schronienie.
Miałam nadzieję, że Nocny zapomniał o wątku matrymonialnym naszej rozmowy.
– Proszę mi opowiedzieć o Betty, tak ma na imię prawda? – Zapytałam, siadając przy stoliku.
Marek wypiął pierś i uśmiechnął się kącikami ust. W tym momencie kelner przyniósł zamówione dania, odebrałam talerz z gnocchi z warzywami i tartym serem. Marek wbił widelec w stek, z którego wypłynęła strużka krwi. Odwróciłam oczy i rozejrzałam się po sali. Na blatach stołów przykrytych obrusami poustawiano świeczki, wystrój restauracji przypominał wnętrze wiejskiego domu, z zawieszonymi na ścianach pękami cebuli i czosnku. Mój wzrok zatrzymał się na warkoczu z czosnkiem. W razie potrzeby nie będę wahała się go użyć.
– Betsy to królowa wampirów. – Usłyszałam głos Marka.
– Pracuje w banku? – Spytałam, starając się okazać zainteresowanie.
– Pracowała za życia. Wpadła pod samochód, ratując kota. Obudziła się w domu pogrzebowym jako wampirzyca.
Matko, ale chora opowieść. Kto będzie chciał to czytać?
– Fascynujące. Historia ma, niewątpliwie, potencjał.
Oderwał wzrok od talerza i spojrzał uważnie, pewnie się zastanawiał, na ile jestem szczera. Nie wiem, jak wypadło prześwietlenie promieniami X, bo nic nie powiedział.
– Zabiorę pendrive, przeczytam, wtedy będę mogła powiedzieć coś więcej. Proszę przyjść do biura w przyszłym tygodniu, uzgodnimy szczegóły.
Wytarł usta chusteczką i pomachał kelnerowi ręką.
– Kawa? Deser? Mają pyszne tiramisu.
– Poproszę. I podwójne espresso.
– To u pani lubię. Zdecydowanie.
Co on u mnie zdecydowanie lubi? Lepiej nie dociekać, gdyż może się to skończyć tragicznie. Ciekawość to pierwszy stopień do piekła, mówi przysłowie. Nie mam zamiaru skończyć jako ofiara czarnej mszy. Dokończyłam gnocchi i oddałam pusty talerz kelnerowi.
– Panie Marku, obiad policzymy na koszt firmy.
Przez chwilę bawił się płomieniem świecy.
– To u pani mniej lubię, zmysł praktyczny. Wszystko przelicza pani na pieniądze?
Sięgnęłam po leżącą na stole mini-trumnę i schowałam ją do torebki. Jeszcze się rozmyśli, bo rozmowa przybrała niebezpieczny obrót.
– Nie, nie zawsze. Teraz prowadzimy rozmowę biznesową, dlatego uważam, że koszty powinna ponieść firma.
– Zaprosiłem panią i chciałbym, aby tak zostało.
– Czuję się zaszczycona.
Marek się rozluźnił i opadł na oparcie krzesła.
– Zobaczymy się zatem w przyszłym tygodniu? Zdąży pani przeczytać?
Chciałam powiedzieć, że nie mam nic innego do roboty, ale ugryzłam się w język. Wyglądałoby to mało profesjonalnie.
– Tak, bez problemu. – Zanurzyłam łyżeczkę w ciastku. – Był pan we Włoszech?
Uniósł jedną brew i uśmiechnął się nieznacznie.
– Chce mnie pani zabrać?
Nie, zupełnie niedobry pomysł. Wszystko dzisiaj idzie mi na opak.
– Chciałam wiedzieć, czy zna pan ten kraj?
– Za dużo słońca, mam alergię, to się nazywa fotowrażliwość. Ale czego się nie robi dla apetycznych kobiet… – Pokazał w uśmiechu białe, ostre zęby.
Następca Hannibala Lectera, na pewno nie zostanę z nim sam na sam.
– Czyli nie zna pan, trudno. Poszukam informacji w internecie.
– Przykro mi, że nie mogłem pomóc. Odprowadzić panią? – Zapytał, gdy wyszliśmy na zewnątrz.
– Dziękuję, zrobię po drodze zakupy, nie będę pana zatrzymywać. – Założyłam okulary
i pożegnałam go gestem dłoni.
Przechodząc koło Opery, wstąpiłam do cukierni po pączki. Nie ma to jak poprawić sobie humor sporą dawką cukru. Nie byłam zadowolona z przebiegu spotkania. Dostałam co prawda nową powieść, ale czułam się dziwnie, jakbym weszła na trzęsawisko, które może mnie wciągnąć szybciej, niż zdążę zawołać o pomoc. Z cukierni poszłam od razu do wydawnictwa. W holu podeszłam do pana Józefa.
– Przepraszam panie Józiu, nie byłam zbyt miła dla pana. Pączka na przeprosiny? Ze skórką pomarańczową, pycha. – Wyciągnęłam papierową torebkę w kierunku portiera. – Szef mnie zdenerwował.
– Nie ma problemu, pani Kingo. – Pan Józef sięgnął po pączka. – To jak z kurami.
– Kurami? – Zdziwiłam się.
– Kolejność dziobania: szef dziobie panią, pani dziobie mnie.
Poruszona życiową filozofią pana Józia, wsiadłam do windy. Na czwartym piętrze dopadł mnie gniew najwyższego.
– Z czym pani przychodzi? – Zagrzmiało w przestrzeni biurowej. Weszłam do gabinetu szefa i położyłam pamięć USB na biurku.
– Panie prezesie, mam nową powieść. Na już.
Wzrok prezesa złagodniał, spojrzał na mini-trumnę z wyrazem czułości, a następnie zwrócił spojrzenie na moją osobę.
– Pani Kingo, pani taka oficjalna, a my tu przecież jak jedna wielka rodzina. Korekta, skład, łamanie i rzucamy na rynek. – Zacierał ręce z radości. – Czytała pani?
– Jeszcze nie.
– To na co pani czeka? Proszę zabrać się do pracy. Za co pani płacę?
Zabrałam – oryginalny w kształcie – pendrive i wyszłam na spotkanie z wampirzycą Betsy. Nie było to takie złe, jak podejrzewałam. Powieść mnie wciągnęła, przez noc przeczytałam całą. Pełna zwrotów akcji, narracja pierwszoosobowa prowadzona z humorem powoduje, że czytelnik z zainteresowaniem śledzi losy bohaterki. Betsy ma pociąg do markowych butów, bardziej przejmuje się stanem czółenek, niż faktem, że przemieniła się w kreaturę wypijającą krew nieświadomym zagrożenia mieszkańcom Minneapolis.
„Zamykałam drzwiczki samochodu, kiedy pewien detal przykuł moją uwagę. Czyżby to była rysa na nowych pantoflach? Dwie pary w ciągu tygodnia! Miałam dosyć: ten styl życia zdecydowanie nie był dostosowywany do moich butów”.
Zadowolona poszłam rano do biura, zaczęłam przygotowywać dane potrzebne do kampanii promocyjnej, gdy zadzwonił telefon; czerwona lampka oznaczała rozmowę spoza firmy.
– Wydajny i spółka, dzień dobry.
– Pani Kingo, sprawdzała pani Sienę? – Usłyszałam kobiecy głos.
– Prawdę mówiąc, nie – odpowiedziałam zaskoczona. Przez Betsy i jej buty zapomniałam o Eklerku.
– Proszę sprawdzić. Przyjdę z poprawionym tekstem w przyszłym tygodniu. – Pani Basia się rozłączyła.
„Siena. Miasto i gmina we Włoszech, w Toskanii, w prowincji Siena. Ważne centrum
turystyczne”.
Zobaczmy dalej. Zaintrygowana wpisałam w przeglądarkę Siena.
„W Sienie zachowana została w pełni antyczna struktura miasta. Do najwspanialszych zabytków należy katedra z XII wieku (Duomo), której główna fasada została ukończona w 1380 roku. W skład kompleksu wchodzą baptysterium i kampanila. W środku znajduje się oktagonalna ambona autorstwa Nicola Pisano oraz płaskorzeźby, które wykonali Donatello, Ghiberti, Jacopo della Quercia i inni XV-wieczni rzeźbiarze. Inne zabytki: główny rynek Piazza del Campo z Palazzo Pubblico i Torre del Mangia oraz ratusz. Zabytkowe centrum Sieny zostało w 1995 roku wpisane na listę światowego dziedzictwa kulturalnego UNESCO”.
Szkoła malarska zwana sieneńską założona na przełomie trzynastego i czternastego wieku…
Jeden ze starszych uniwersytetów na świecie, powstał w tysiąc dwieście czterdziestym roku…
Ze Sieny pochodził Jacopo della Quercia… W Sienie żyła i działała święta Katarzyna…
Jacopo? Nie znam.
Dwa razy do roku w Sienie odbywa się wyścig konny Palio di Siena – jedna z ważniejszych atrakcji turystycznych miasta.
Wyścigi konne? Jakiś punkt zaczepienia, powoli układanka zaczyna nabierać kształtów. Sprawdzę, kto wystawia konie, kto ostatnio wygrał. Tylko Eklerek nie był koniem wyścigowym. Nie miałam pomysłu jak to ugryźć dalej. Zastanowię się nad tym później, teraz dokończę wpisywanie danych do promocji książki Nocnego i przejdę się do Jolanty Smutny, specjalistki od PR. Przy okazji omówię projekt okładki z Jackiem Smutny – grafikiem. Nic dziwnego, że szef ciągle mówi o rodzinie, Jolanta i Jacek to jego córka i zięć. Rzadko widzi się ich na korytarzu, najczęściej siedzą zamknięci w pokoju – oni jedyni mają drzwi, które można otworzyć i zamknąć.
Co robią za zamkniętymi drzwiami? Myślę, że pracują. Zapukałam i czekałam na odpowiedź, jak do gabinetu lekarza. Po chwili usłyszałam kobiecy głos:
– Proszę wejść.
Jolanta z rozwichrzoną fryzurą stała przy biurku i oglądała foldery reklamowe.
– A to pani, pani Kingo, cóż panią sprowadza?
Zdziwiłam się, przecież nie przyszłam na ploteczki, tylko w sprawie służbowej, co innego mogłabym robić w pracy?
– Pani Jolu, trzeba będzie przygotować promocję nowej książki Nocnego w mediach. Właściwie teraz nazywa się M. Davidson. Newsy w gazetach, informacje na forach społecznościowych. Poprosić blogerów o recenzje?
– Zrobi się, a jaki to gatunek? – Jolanta Smutny sięgnęła po katalog ze spisem adresów kontaktowych.
– Groza, horror, fantastyka.
– Napiszę do magazynu „Okolice Strachu”. Blogerów także poinformuję. Internet bez dwóch zdań. – Spojrzała na mnie i zobaczyłam czerwony ślad na szyi. Albo mam omany albo wampiry weszły do akcji.
– Pan Jacek jest? Mógłby przygotować projekt okładki.
– Wyszedł w pilnej sprawie. – Pani Jola lekko się zarumieniła. – Przekażę mu. A w jakim stylu okładka?
– Coś seksownego, chodzi o królową wampirów. – Puściłam do niej oko.
Pani Jola upuściła folder na podłogę, pośpiesznie się pochyliła, aby pozbierać rozrzucone kartki. Jedna wpadła pod biurko, kucnęłam, żeby ją podnieść i zauważyłam leżące przy krześle czerwone, koronkowe figi. Podałam pani Joli kartkę, życząc jej miłego dnia. Wyszłam z pokoju zastanawiając się nad różnymi aspektami życia. Przychodzimy na świat, umieramy. Kółko się zamyka. Co jest ważne? Praca, miłość, pieniądze? Każdy dąży do czegoś innego. Chcemy stworzyć nowy wspaniały świat.
Uśmiechnęłam się sama do siebie na myśl o filigranowych stringach. Jolanta z mężem znaleźli sposób na zabicie biurowej nudy. Ja nie miałam z kim, moje życie było tak samo puste i bezbarwne, jak przestrzeń pod biurkiem – bez kolorowych oznak pożycia, jedynie z kotami z kurzu. Od śmierci babci Kasi swoje życie zapełniałam postaciami z książek, wymyślonymi historiami, które brałam za najprawdziwszą prawdę. Nie potrafiłam się przywiązać do osoby z krwi i kości; interesował mnie jedynie pan Darcy albo hrabia Monte Christo. Koledzy z roku wydawali się przy nich papierowi i płascy. Żaden związek nie utrzymał się dłużej niż kilka tygodni, po pewnym czasie przestałam próbować. Układ na jeden wieczór całkowicie mi wystarczał. Nie potrafiłam się przywiązać nawet do zwierzaka. Przypomniałam sobie o Zuzannie i jej koniu. Muszę do niej zadzwonić.
– Dzień dobry – mówi Kinga Alias – Czy mogłabym rozmawiać z panią Zuzanną? Tak, wiem, że nie jest w najlepszej formie, ale obiecałam zadzwonić i przekazać, co ustaliłam. Dziękuję, poczekam.
Wsłuchana w ciszę w telefonie oglądałam zakurzony sufit. Biuro od dawna domagało się odświeżenia, ale szef uważał, że skoro tynk nie leci nam na głowę, to nie ma potrzeby – jego wymagania nie były zbyt wygórowane, jednak klienci mogli mieć na ten temat inne zdanie. Autorzy na fali wybierają wydawnictwa o lśniących posadzkach. W marmurach przegląda się sukces. Z rozmyślań o hostessach oferujących szampana w długich kieliszkach wyrwał mnie słaby głos Zuzanny.
– Słucham?
– Pani Zuzanno, tu Kinga, obiecałam zadzwonić, jak się czegoś dowiem. Nie mam zbyt wiele informacji, ale wszystkie drogi prowadzą do Rzymu, to znaczy do Sieny. Czy mogłaby się pani ze mną spotkać, powiedzmy jutro?
– Tak, proszę przyjść do nas na kawę.
– Świetnie, to do jutra. Do widzenia.
Odłożyłam słuchawkę z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. W sobotę spokojnie porozmawiamy i rozważymy możliwe posunięcia. Usiadłam do komputera z zamiarem wyszukania niezbędnych elementów układanki.
Nazajutrz, wyspana i w doskonałym humorze, pojawiłam się pod bramą kamienicy na Czystej. Zastanawiałam się, czy wpadnę w objęcia pani Nowakowej. Sąsiadka z opowiadania Zuzanny wtrącała nos w nie swoje sprawy i mogłaby zadawać pytania, na które nie miałabym ochoty odpowiedzieć. Cenię prywatność
i nie lubię mówić o sobie. Zresztą o czym tu opowiadać? Dom dziecka nie był krainą czarów.
Bez przeszkód wdrapałam się na trzecie piętro i zapukałam. Tym razem drzwi otworzyła mama Zuzanny; gładko spięte ciemne włosy zaznaczone srebrnymi nitkami nadawały jej twarzy surowy wygląd, ale kurze łapki w kącikach oczu świadczyły o skłonności do śmiechu.
– Dzień dobry, jestem umówiona z Zuzanną. Kinga Alias.
– Słyszałam o pani. Dzień dobry. Była już pani u nas? Proszę wejść do kuchni – dodała, kiedy skinęłam głową.
Usiadłam przy stole, na którym pojawiły się filiżanka kawy oraz talerzyk z ciastem. Przekładaniec, wafel posmarowany konfiturą z wiśni na przemian z masą kajmakową. Miód w gębie.
– Dzień dobry, pani Kingo. – Zuzanna wsunęła się do środka. Patrzyła na mnie z napięciem, odgarniając włosy z czoła.
Wyciągnęłam notes z zapiskami.
– Dzień dobry – odpowiedziałam z uśmiechem, pośpiesznie przełykając ostatnie kęsy wafla. – Mam kilka wiadomości i jedną propozycję.
Zuzanna usiadła, a ja wytarłam chusteczką usta z kawałków wafla i zaczęłam tłumaczyć.
– Zacznę od informacji, które zebrałam. W Sienie organizowane są dwa razy do roku zawody konne, może to mieć związek, ale nie musi. Ciekawostką jest fakt, że w ostatnich startował Eclair de Zeus, nie wygrał, ale piszą, że to koń z potencjałem.
– Jak się nazywa? Eclair? – Zuzanna pochyliła się w stronę moich notatek. – Ale on nie biega!
– Czytam pani artykuły z gazet. Na wnioski przyjdzie czas. Uważam, że koń żyje i jest szansa, aby dociec, co się z nim stało.
– Co pani chce zrobić?
– Tu leży pies pogrzebany. – Zuzanna popatrzyła na mnie z wyrzutem, ale niezrażona ciągnęłam dalej. – Musimy pojechać do Francji.
– My? – Oczy Zuzanny zrobiły się okrągłe jak spodki.
– Nie znam ani klubu, ani jeżdżących tam osób. Trzeba zachować tajemnicę. Ciekawe, jak zareaguje Carla na pani widok? Możemy wyjechać w piątek.
– Ja też pojadę. – Julia przysłuchiwała się rozmowie stojąc w drzwiach kuchni.
– A gdzie będziemy spać? Jest nas za dużo na mieszkanie u cioci. – Oszołomiona Zuzanna spoglądała na siostrę.
– Mogę spać w kuchni na dmuchanym materacu. Długo chce pani zostać? – Julia zwróciła się w moją stronę.
– Tydzień, nie dłużej, muszę wrócić do pracy.
– I czego się pani spodziewa?
Powinna zostać detektywem, zamiast malować martwą naturę. Ma smykałkę do przesłuchiwania ludzi.
– Tego, że Carla zareaguje, jeżeli to ona jest odpowiedzialna za zniknięcie Eklerka.
Ludzie robią dziwne rzeczy, gdy są zaskoczeni, a ona nie spodziewa się zobaczyć pani siostry. Wyjazd ułatwił jej życie. Carla mogła odetchnąć, bo przeciwniczka poddała się.
Zuzanna wyglądała na zagubioną, jakby straciła wątek rozmowy, Julia zmarszczyła brwi.
– Czy pani nie przesadza? I skąd takie wnioski?
– Z dedukcji. Sherlocka Holmesa pani zna? – Spokojnie dopiłam kawę. – Autor Arthur Conan Doyle, proszę poczytać. Lektura poszerza horyzonty.
– Nie będziemy się teraz kłócić. – Zuza otrząsnęła się z letargu. – Jedziemy w trójkę, gdzie będziemy spać? Zresztą sprawdzimy to już na miejscu. Kto kupuje bilety?
– Ja kupię, gdy będę pewna daty wyjazdu. Mój szef jeszcze nic nie wie o projekcie.
W tym momencie do kuchni weszła mama dziewczyn. Z ustami podkreślonymi szminką i przyciemnionymi rzęsami wyglądała niezwykle apetycznie, jakby to powiedział Nocny. Może ich ze sobą poznam? On miał około pięćdziesiątki, tak twierdził w wywiadach. A ona? Pięćdziesiąt? Pięćdziesiąt pięć? Czy moja mama lubiła się malować? Jak by wyglądała, gdyby żyła? Gdyby samolot doleciał do miejsca przeznaczenia, zamiast lądować awaryjnie? Las Kabacki wyrył w mojej świadomości piętno nieszczęścia, katastrofy, która zmieniła bieg historii. Mojej historii. Odruchowo sięgnęłam do naszyjnika, dotknęłam gładkiej powierzchni pereł i powoli odzyskiwałam spokój. Perły wcale nie są – wbrew temu, co sądzi ogół – zimne i obojętne. Bije od nich blask skrywanej tajemnicy.
Pani Elżbieta Kosińska mój wzrok skupiony na niej – odczytała jako krytykę, bo szarpiąc nerwowo za zamek, otworzyła torebkę i przejrzała się w lusterku. Widząc nieskazitelny makijaż zwróciła się do córek:
– O czym rozmawiacie?
– Jedziemy do Francji. – Julia patrzyła na mnie oskarżycielsko.
– Coś z ciocią? – Pani Elżbieta pobladła pod warstwą pudru.
– Nie, nic się nie stało, to pani Kinga proponuje wyjazd.
– W jakim celu? – Mama skrzywiła usta imitując uśmiech.
Jestem przekonana, że nie zrobiłam na nich dobrego wrażenia. Zbyt bezpośrednia, zamiast wybierać sposoby przypodobania się innym, stawiam na autentyczność. Nie noszę masek, ani nie ukrywam się za przybranymi pozami, co nie wszystkim przypada do gustu.
– Szukamy Eklerka.
Mama parsknęła kpiąco.
– Niedorzeczny pomysł, Zuzanna nigdzie nie pojedzie. Jest chora.
– Czy wszyscy muszą decydować za mnie? – Zuzanna z zarumienioną twarzą zwróciła się do mamy. – Chcę pojechać, może dowiem się czegoś nowego, a Kinga ma ochotę mi pomóc! – Zamilkła na moment, jakby zabrakło jej odwagi, ale po chwili zwróciła się do mnie, mówiąc pewnym głosem: – Jeśli mamy jechać razem, to mówmy sobie po imieniu.
– Co zrobicie, gdy okaże się, że to szajka przestępców? Ukradli konia, żeby go sprzedać z zyskiem, a jak wejdziecie im w drogę, to wystrzelają was jak kaczki.
– Mamo, za dużo kryminałów oglądasz. Pojedziemy na kilka dni, odwiedzimy ciocię w szpitalu, sprawdzimy w klubie, czy mają nowe informacje i wrócimy do domu. – Zuzanna wyglądała jakby wróciła jej chęć działania. Pomysł wyjazdu wyrwał ją z otępienia, podeszła do mamy
i pocałowała ją w policzek. Pani Kosińska uścisnęła córkę i wyciągnęła do mnie rękę na pożegnanie.
– Idę do pracy, mam spotkanie z klientem, porozmawiamy, kiedy wrócę. Nie powinno to długo trwać. Do widzenia pani.
– Do widzenia. – Uścisnęłam dłoń aksamitną w dotyku. Ręce to najlepsza wizytówka. Osoby pracujące fizycznie mają skórę szorstką i chropawą, moja rozmówczyni na pewno nie pracowała w fabryce.
– Ja też niedługo pójdę, ustaliłyśmy chyba wszystko. Zadzwonię, gdy kupię bilety.
Zuzanna pokiwała głową w odpowiedzi, a Julia zaczęła znosić przybory do malowania, mruknęła coś niezrozumiale pod nosem, gdy się żegnałam.
Po powrocie do domu wyjęłam czerwony skoroszyt, usiadłam w fotelu – jedynym, jaki posiadałam – i odnalazłam fragment mówiący o Julii i malowaniu przez nią martwych natur.
Powinnam ją lepiej poznać przed podróżą.
– Dlaczego we Francji?
– Zapomniałam ci powiedzieć. Przyszedł list od Józefiny. Leży w przedpokoju. – Mama weszła Julii w słowo, przesuwając w stronę starszej córki jej ulubiony kubek z czarnym kotem,
logo kabaretu „Le Chat Noir”.
– Dziękuję. – Zuzanna ogrzała ręce o ciepłe naczynie.
– Co za pomysł kazać mówić do siebie Józefina. – Julia pokręciła głową, a koński ogon zatańczył w rytm jej ruchu.
– Brzmi lepiej niż Józefa. I co pisze?
– Proponuje ci pensję w zamian za opiekę – odpowiedziała mama, hałasując garnkami wyciąganymi z szafki.
– Nie wiem. – Zuzanna w zamyśleniu oparła się o ścianę. – Może znajdę tutaj pracę… – powiedziała bez przekonania i pociągnęła łyk kawy
– Możesz wyjechać tylko na kilka miesięcy, później wrócisz. Zwiedzimy Paryż, będzie ekstra! – zawołała Julia pełna entuzjazmu.
– Przecież nie musisz odpisywać w tej chwili. Kiedy się zastanowisz, to podejmiesz decyzję. – Pani Kosińska jak zwykle myślała racjonalnie.
Zuzanna postawiła kubek na blacie, gdzie na ozdobnym talerzu leżała ryba w otoczeniu marchewki, ziemniaków i cebuli.
– Na obiad będzie ryba? – zaciekawiła się.
– To nie ryba, to martwa natura – odpowiedziała wyniośle Julia – Właśnie maluję.
– Malujesz? – Zuzanna sięgnęła po szkicownik, który leżał na krześle. Na kartkach widniały szkice, pokreślone ze złością, jakby Julia uznała, że są do niczego. Położyła szkicownik przed Julią, stukając palcem w pustą kartkę.
– Czekam na natchnienie.
– Zanim się doczekasz, ryba się zepsuje. Możesz znaleźć inny temat.
Mama zaczęła skrobać rybę w zlewie.
– Zuza, obierz warzywa, proszę.
– Julia, podaj mi nóż i deseczkę do krojenia. – Zuzanna położyła szkicownik na blacie i usiadła przy stole, przesuwając pozostawione w nieładzie pędzle i farby. – O co chodzi z tą martwą naturą? – zapytała, obierając marchewkę.
– To temat ćwiczenia na zajęcia z malarstwa – odparła obrażona Julia. – I co mam teraz zrobić? Namalować pusty talerz?
– Gdy zjemy rybę, dostaniesz ości – roześmiała się Zuzanna.
– Bardzo śmieszne. – Julia skrzywiła się z dezaprobatą.
– Andy Warhol malował puszki z zupą albo butelki po coli. A tak przy okazji, obraz „Lekcja anatomii doktora Tulpa”, to też jest martwa natura?
– Tam jest tylko jeden martwy, reszta jest żywa – odparła Julia.
– To namaluj samych martwych.
– Dziewczynki, możecie zmienić temat? – Pani Elżbieta nie doceniła rozważań na temat martwej natury.Włożyła rybę do żaroodpornego naczynia, przykryła masłem startym na wiórki i zwróciła się w stronę Zuzanny.
– Skończyłaś z warzywami?
– Prawie. Cebula mnie piecze w oczy.
– Julia, rozłóż talerze, proszę.
– Nie ma miejsca. – Julia patrzyła na stół, gdzie na jednym końcu Zuzanna obierała warzywa, a na drugim leżały przybory malarskie.
– Pochowaj pędzle i farby, to miejsce się znajdzie. Nie mam teraz czasu na przepychanki z wami. Idę na drugą zmianę, zjem obiad i wychodzę – w głosie mamy zabrzmiała nuta zniecierpliwienia, ale po chwili zapytała już normalnym tonem: – Co w pośredniaku?
Zuzanna zwlekała z odpowiedzią. Wiedziała, że pytanie padnie wcześniej czy później, a nie chciała rozczarować mamy, która patrzyła na nią pytającym wzrokiem.
– To samo co miesiąc temu. Muszę szukać sama. – Podeszła do zlewu i odkręciła wodę. – Aha, mogę pracować w Lotto.
– I? – zapytała mama, wkładając rybę do piekarnika.
– Będę sprzedawać losy.
– Super! Możesz sprawdzać, które są pełne. Wygramy miliony! – zawołała zachwycona Julia.
– Co zrobisz z tymi milionami? – spytała spokojnie Zuzanna, myjąc ręce.
– Będę podróżować, zwiedzę Paryż, Wenecję, Londyn, zobaczę wszystkie muzea. A ty kupisz sobie konia!
Zuzanna zesztywniała przy zlewie. Nie patrzyła na Julię, żeby nie pokazać, jak bardzo dotknęły ją słowa siostry. Kupno konia już dawno odłożyła na półkę z niezrealizowanymi marzeniami. Utrzymywały się z pensji matki, oglądając każdy grosz, zanim decydowały się go wydać. Julia kupowała przybory malarskie dzięki pomocy babci i wujka – brata mamy. Koń był poza zasięgiem ich możliwości.
– Mogłabyś wystartować w zawodach, no wiesz, tych, w których nie mogłaś brać udziału, bo…
– Julia, przestań. – Zuzanna oparła głowę o zimne kafelki.
W kuchni zapanowała cisza. Julia pozbierała rozrzucone pędzle i farby, po czym wyszła. Mama objęła Zuzannę ramieniem.
– Kiedyś kupisz sobie konia.
Nie chcę żadnego innego konia, pomyślała Zuza. Spojrzała na mamę. Twarz kobiety znaczyły zmarszczki wokół oczu i ust. Włosy gładko upięte w kok nadawały jej surowy wygląd. Wyglądała starzej niż wskazywał wiek w metryce.
– Tak, mamo, może kiedyś.
Obiad zjadły w milczeniu przerywanym stukaniem widelców o talerze i prośbami o podanie warzyw czy chleba. Gdy skończyły posiłek, mama włożyła swój talerz do zlewu i wyszła z kuchni. Z przedpokoju słychać było brzęk pudełek o blat szafki, prawdopodobnie malowała się przed wyjściem do pracy. Po chwili weszła do kuchni ubrana w wełniany granatowy płaszcz i czarne kozaczki. Z torebką w ręku podeszła do córek, żeby je ucałować.
– Czemu siedzicie takie naburmuszone? – zapytała, uśmiechając się.
W odpowiedzi usłyszała tylko niezrozumiale pomruki.
– Mogę wrócić późno, nie czekajcie z kolacją.
Po wyjściu mamy Zuzanna poszła do dzielonego z siostrą pokoju i wzięła książkę pozostawioną na szafce nocnej. Gdy wróciła, Julia rozkładała rekwizyty niezbędne do malowania. Na stole postawiła dzbanek z kwiatami wyciętymi z papieru, a na talerzu ułożyła plastikowe owoce. Zuzanna usiadła i przyglądała się z zainteresowaniem poczynaniom siostry.
– Te owoce są z plastiku – powiedziała, kładąc książkę na kolanach.
– Tak, nie będę za każdym razem kupować świeżych.
– Wyglądają dziwnie.
– Nie masz zupełnie wyobraźni. Nie będę tego malować tak, jak wygląda. Muszę zachować proporcje, a reszta to kwestia talentu. – Julia odwróciła się do siostry machając plastikową gruszką.
– Dobrze, nie denerwuj się. – Zuzanna przeniosła wzrok na książkę i przerzuciła strony.
Przez pewien czas słychać było jedynie tykanie zegara i szelest przewracanych kartek.
– Z tym wyjazdem do Francji… – Przerwała ciszę Julia. – Dlaczego nie chcesz jechać?
Oderwałam oczy od tekstu i spojrzałam przez okno. Nie miałam firanek, szyby przesłaniały żaluzje, pomiędzy niebieskimi listewkami widziałam sąsiednie bloki z zapalonymi światłami. Może Julia czuła się winna, że namawiała siostrę na wyjazd? Może miała wyrzuty sumienia, bo po zniknięciu konia Zuzanna wpadła w depresję? Boi się o nią, to zrozumiałe, a ja stanowię zagrożenie.
Włączyłam muzykę i przy dźwiękach „Marsza tureckiego” Mozarta przygotowałam sobie kolację.
Niedzielę spędziłam w objęciach Rhetta Butlera, na ławce w ogrodzie botanicznym. Promienie słońca łaskotały mój kark, kiedy pochylona nad książką przenosiłam się do Południowej Karoliny. Ale w poniedziałek, kiedy wysiadałam z tramwaju, chmury zakryły słońce, a krople deszczu pracowicie zaczęły zmywać kurz z chodników i strumieniami spływały do studzienek kanalizacyjnych. Przechodnie chronili się pod parasolami, a ja zarzuciłam kaptur na głowę i skierowałam się w stronę budynku, w którym znajdowały się biura wydawnictwa Wydajny i spółka. Obrotowe drzwi wciągnęły mnie do holu, gdzie czekał pan Józef w białych rękawiczkach. Westchnęłam i podałam mu dłoń. Po ceremonii powitania wjechałam windą na czwarte piętro. Rozsiadłam się jak mogłam najwygodniej w fotelu, aby przejrzeć dokumenty w programie Word, kiedy do pokoju wpłynęła pani Basia.
– Przeczytałam i poprawiłam. Proszę, tutaj jest pani powieść. Nie powiem, żeby mnie zbyt mocno ekscytowała… – Zrobiła dziwną minę, kładąc teczkę na biurku.
– To pierwsza wersja. Napięcie się podkręci. – Uśmiechnęłam się promiennie. Przyzwyczaiłam się, że nasza korektorka przechodzi do sedna bez wstępów, typu dzień dobry czy piękny mamy dzień. Herbaty nie proponowałam. Samowara nadal nie mieliśmy.
Spojrzała na mnie zaskoczona.
– Jak to pierwsza wersja? Przecież ma być na już.
– Na już mamy Nocnego.
Dalej nie rozumiała. Patrzyła na mnie zdziwionymi oczami, w których przeglądało się niebo.
– Marek Nocny, autor powieści grozy. Pisze najczęściej o wampirach – wyjaśniłam spokojnie.
– Nie czytałam. – Pani Basia nagle się zamyśliła, ściągnęła brwi, a na czole pojawiła się zmarszczka. – Nie pamiętam, chyba z nim nie pracowałam.
– Nie. On bardzo dobrze pisze, jego teksty nie wymagają korekty, a estetyczne poprawki wprowadzam sama.
– Stara szkoła. – Jej twarz rozjaśniła się, aż zaczęła bić od niej tajemnicza aura. – Młodzi już tak nie piszą – dorzuciła z westchnieniem.
Pani Gienia zajrzała do pokoju.
– Ma pani gościa.
W progu stanął Marek Nocny we własnej osobie.
– O wilku mowa – powiedziałam, wychodząc zza biurka. – Dzień dobry.
Podałam mu rękę, którą ucałował czule. Następny galant do kolekcji.
– Pani Basiu, przedstawiam pani naszego czołowego autora.
Gdy Marek Nocny spojrzał na Basię, zobaczyłam jak między nimi przeskakuje iskra. Oczy korektorki zrobiły się ogromne jak jeziora w Szkocji, a znany autor powieści wampirycznych nieomal padł na kolana, całując obie jej dłonie. Fuj, pomyślałam mimo woli. Jak z komedii sentymentalnej. Musiałam mieć nietęgą minę, bo Marek szybko się wyprostował, a Barbara zaczęła nerwowo wygładzać włosy.
– To my już pójdziemy – powiedziała słabym głosem.
My? Zdziwiłam się tak bardzo, że aż otworzyłam buzię.
Basia złapała Marka za rękę i pociągnęła w głąb korytarza. Poszedł, wpatrzony w nią cielęcym wzrokiem.
– Ale historia – powiedziałam na głos.
– Mówiła pani coś? – Gienia wsunęła głowę przez otwór w ścianie.
– Mówiłam, że straciłam kontakt z rzeczywistością.
Gienia przyjrzała się uważnie.
– Zaraz ją pani odzyska. Szef panią prosi.
Idąc korytarzem, zastanawiałam się, czego może chcieć. Nie przygotowałam promocji książki, bo tym zajmuje się Jolanta i jej małżonek Jacenty Smutny. Niech z pretensjami zwróci się do nich. W końcu za coś im płaci.
– Z czego się pani tak cieszy?
Pytanie szefa zbiło mnie z nóg. Bezwiednie uśmiechałam się do moich myśli.
–Marek Nocny złożył mi wizytę – powiedziałam szybko.
Spojrzał na mnie z niedowierzaniem znad gęstych, oprószonych siwizną brwi.
– I to panią tak cieszy?
Wzruszyłam ramionami.
– W jakiej sprawie mnie pan wezwał?
– Chcę, aby dopilnowała pani promocji książki. Wszystko ma być zapięte na ostatni guzik.
Mina mi zrzedła.
– Tym powinna się zająć pani Jola… – W moim głosie zabrzmiała nuta niepewności.
– Jolka… – zamyślił się na chwilę. – Nie wiem, czym ta dziewczyna się zajmuje, ale praca nie posuwa się do przodu.
Ja wiem – chciałam powiedzieć, ale ugryzłam się w język. Nie byłam przekonana, czy ta wiedza jest szefowi do czegoś potrzebna.
– Jadę do Francji – zdobyłam się na odwagę, żeby opowiedzieć o moich planach.
Prezes się naburmuszył, wyglądał jak chmura gradowa.
– Mamy ważniejsze rzeczy na głowie, przyjemności odłoży pani na później.
– Nie mogę, w piątek wyjeżdżam, i to nie są przyjemności, tylko praca nad książką pani Kosińskiej! Poza tym mam jeszcze zaległy urlop!
– Ja tej pracy pani nie zlecałem, a na urlop nie ma teraz czasu. Może już pani nie wracać – burknął obrażony i najwyraźniej rzeczywiście tak myślał, bo dodał poważnym głosem, patrząc w kierunku okna: – Złoży pani wymówienie u pani Jadwigi, zatrudnię kogoś na pani miejsce. Dostanie pani odprawę, oczywiście.
Pochylił się nad papierami, dając do zrozumienia, że rozmowa skończona.
Nogi miałam jak z waty, gdy wracałam do pokoju, który jeszcze piętnaście minut temu uważałam za własny. Deszcz spływał po szybach, jak łzy po policzkach. Tyle pracy na marne. Dwa lata życia przekreślone, bo nie chciał mi przyznać urlopu. Przecież to się w głowie nie mieści, żeby w ten sposób traktować pracowników. Pociągnęłam nosem, szukając w torebce chusteczki. Czułam się urażona, moja duma własna doznała uszczerbku.
Zaczęłam pakować rzeczy, gdy do pokoju wkroczyła Jadwiga Wrzeszcz z kartką papieru w ręce. Wręczyła mi ją z radosnym uśmiechem.
– Pani wymówienie, tutaj trzeba podpisać.
Postukała w kartkę czarnym paznokciem. Kolor lakieru dobrany do okoliczności. Udałam, że wycieram nos i osuszyłam łzy. Niedoczekanie, aby ta zołza miała powód do radości. Sięgnęłam po długopis i podpisałam papier. Jadzia sprawnym ruchem wyciągnęła go z moich dłoni.
– Adieu – rzuciła na wychodnym.
Zabrałam zdjęcia rodziców i babci, przeszukałam szuflady, ulubiony różowy długopis i notatnik w sowy wrzuciłam do torebki. Nikomu nie musiałam zostawiać klucza. Windą zjechałam na parter. Nieprzyjemne wiadomości rozchodzą się lotem błyskawicy, podejrzewałam, że pan Józef był na bieżąco z firmowymi nowinkami, ale nie zrobił wyjątku i jak co dzień pochylił się całując moją dłoń. Zrobiło mi się ciepło w okolicach serca – jednej osobie będzie mnie brak. Pan Józef przyłożył dwa palce do czapki, stuknął obcasami, a obrotowe drzwi po raz ostatni wypluły mnie na zewnątrz.
Wracając do domu, kupiłam bilety do Paryża.
– W środę? – Julia omal się nie zakrztusiła. – Jak to w środę? Miało być w piątek.
– Zmiana planów. Szybciej dostałam hmm… urlop. – Nie miałam zamiaru wtajemniczać jej w komplikacje zawodowe. – Wyjazd o dwudziestej z dworca autobusowego. Proszę przyjść wcześniej, oddamy bagaże razem.
W słuchawce zapanowała cisza, Julia zastanawiała się nad odpowiedzią.
– Dobrze, przyjdziemy wcześniej.
Pożegnałyśmy się i odłożyłam telefon, rozmyślając nad sytuacją. Brak pracy nie stanowi wielkiego problemu, przynajmniej przez pewien czas. Odłożyłam pieniądze na czarną godzinę, a teraz właśnie nadszedł czas próby. Gdy wyjaśnimy zniknięcie Eklerka, wyłożę potrzebną kwotę na wydanie powieści Tango z koniem. Kłopoty zaczną się, gdy położę sprzedaż, ale tym będę się martwić później. Podbudowana na duchu zajrzałam do lodówki, ale zobaczyłam tylko światło. Chcąc nie chcąc, wybrałam się na zakupy. Nie chciałam zapychać lodówki przed wyjazdem, dlatego postanowiłam żywić się kanapkami.
W środę spakowałam walizkę na tydzień, włożyłam czarną sukienkę i trencz, a szyję owinęłam jedwabnym szalem. Ulubiony naszyjnik zostawiłam w domu z obawy, że mogłabym w podróży o coś zaczepić – i perły, srebrną kaskadą, posypałyby się po podłodze. Całości dopełniły niebieskie czółenka dopasowane pod kolor paznokci. Tak przygotowana wyszłam na spotkanie przeznaczenia.
Julia z Zuzanną czekały na dworcu, odprowadzała je mama. Zauważyłam, że miała zaczerwienione oczy.
– Dzień dobry – powiedziałam nieśmiało.
– Dzień dobry – Pani Kosińska podała mi rękę. – Mam nadzieję, że to będzie owocny wyjazd.
– Ja również.
– Dziewczynki rozliczą się z panią po przyjeździe. Nie będzie pani płacić za ich bilety.
Uśmiechnęłam się w odpowiedzi, kwestia pieniędzy była dla mnie niezwykle delikatna. Cieszyłam się, że sama podjęła temat.
– Wzięła pani coś do czytania? Podróż zajmie około szesnastu godzin. Mój brat wyjedzie po was, bo z Paryża trzeba dojechać do Saint-Nom-La-Bretèche.
– Mam dwa tomy Millenium Larssona, powinno wystarczyć. Dziękuję, to miłe, że pomyślała pani o wszystkim.
– Millenium? Nie znam. – Popatrzyła na mnie pytająco.
– Historie kryminalne, z którymi styka się dziennikarz Mikael Blomkvist z Millenium, czyli gazety poruszającej tematy ekonomiczne.
Kiwnęła głową, ale nie wiem czy moja opowieść ją porwała.
– Dziewczynki, przywitajcie się z panią Kingą – zwróciła się do stojących obok córek. Julia cała na czarno wyglądała jak komandos przygotowujący się do akcji. Nie miała przyjaznej miny, podając mi rękę. Zuzanna ze świeżo ułożoną fryzurą, podmalowana, w jeansach, koszulce z napisem „I Love You” oraz narzuconą na ramiona grafitową marynarką wyglądała ponętnie i zachęcająco. Nikt nie mógłby przypuszczać, że kilka dni temu była ofiarą depresji. Uśmiechnęła się na przywitanie.
– Cześć, fajnie cię widzieć.
Odpowiedziałam uśmiechem.
– Ciebie też. Nie macie problemów w podróży? – zwróciłam się z pytaniem do obu sióstr.
Julia posłała mi mordercze spojrzenie i włożyła słuchawki do uszu.
– Nie – odpowiedziała Zuzanna. – Masz plan?
Zmieszałam się. Nie miałam, ale nie chciałam się do tego przyznać.
– Przyjedziemy na miejsce, rozejrzymy się, a następnie pojedziemy do klubu. Zobaczymy, jakie zrobisz wrażenie? Kto się wystraszy?
– Myślisz, że kogoś spłoszymy?
– Bez dwóch zdań. Nikt się ciebie w klubie nie spodziewa?
Zaprzeczyła ruchem głowy.
– Wypłoszymy ptaszka z kryjówki.
– Mam nadzieję, że nie będzie to niebezpieczne – dorzuciła zaniepokojona mama.
– Zostanę w pobliżu.
Wtedy nie wiedziałam, jak bardzo się myliłam i że zbyt lekko podeszłam do tej podróży. Traktowałam to jak przygodę, wyzwanie. Pociągała mnie tajemnica kryjąca się za zniknięciem konia. Nie myślałam o konsekwencjach.
Autobus z napisem „Paryż” wjechał na stanowisko, dziewczyny rzuciły się mamie na szyję, a ja czekałam w kolejce do wejścia.
Po sprawdzeniu paszportów i włożeniu bagażu do luku zajęłyśmy miejsca w środku. Siostry razem, ja po drugiej stronie przejścia, przy oknie. Obok mnie rozsiadł się młody człowiek z dredami na głowie i słuchawkami zakrywającymi pół twarzy. Rozmowa nie wchodziła w grę, z czego skorzystałam, wyciągając z podręcznego bagażu drugi tom Millenium i nakładając słuchawki. Kierowca po przywitaniu i objaśnieniu przejazdu, włączył amerykański film akcji. Wyłączyłam się, całkowicie wchodząc w pokręcony świat Lisbeth Salander. Inteligentna. Fotograficzna pamięć pomaga jej w rozwiązaniu zagadek zarówno kryminalnych, jak i matematycznych. Aspołeczna, uwodzi młodego mieszkańca Grenady równie sprawnie jak wypija butelki miejscowego piwa…
Po dwóch godzinach kierowca zarządził postój, większość pasażerów wyszła na zewnątrz, aby rozprostować nogi, zjeść kolację albo porozmawiać z towarzyszami podróży. Wsunęłam do torebki przybory toaletowe, zabrałam książkę i ustawiłam się w kolejce do łazienki, obok mnie stanęła Zuzanna.
– Co czytasz?
Pokazałam jej stronę tytułową.
– La fille qui revait d’un bidon d’essence…– urwała i zaskoczona zapytała: – Znasz francuski?
– Tak, moja babcia była Francuzką.
Popatrzyła na mnie z zaciekawieniem.
– Opowiedz o niej.
– Może kiedyś.
Zmieszała się i zmieniła temat.
– Byłaś już w Paryżu?
Roześmiałam się, kręcąc głową.
– Nie miałam okazji, ale dużo czytałam. Paris macabre, znasz?
– Nie słyszałam.
– Polecam, opisuje wszystkie makabryczne historie, które miały miejsce w Paryżu.
– Brzmi ponuro, wolę weselsze opowieści.
– Ponure, ale ciekawe, o tym jak Balzak zwiedzał paryską ubojnię zwierząt.
Urwałam. Niestety nie zdążyłam ugryźć się w język, a Zuzanna spłoszyła się i zapadła w sobie. Następnym razem powinnam opowiedzieć jej o babci, zamiast gadać głupoty.
– Ale to było w dziewiętnastym wieku – wyjaśniłam, jakby to mogło poprawić sytuację.
Uśmiechnęła się smutno, a ja weszłam do wolnej kabiny. Gdy wyszłam, Zuzanny nie było. Wracając do autobusu, myślałam o tym, jaka jestem niedelikatna i bez wyczucia, podchodzę do ludzi obcesowo, jak Lisbeth Salander. Podobnie jak ona lubię rozwiązywać zadania logiczne, nie mam problemów ze zrozumieniem, jak funkcjonuje większość urządzeń, choć wynika to z faktu, że dużo czytałam, a nie ze specyficznego uszkodzenia mózgu. Obie wychowywałyśmy się w instytucjach społecznych, miałyśmy więcej wspólnego, niż można by było przypuszczać.
W autobusie Julia spała przy oknie wtulona w fotel, miejsce Zuzanny pozostało puste. Przyszła wraz z ostatnią grupą podróżnych.
Śniadanie jedliśmy już we Francji, obie siostry siedziały razem przy stoliku, na którym stały dwie filiżanki i talerz z rogalikami. Zuza ręką poklepała krzesło, gdy stanęłam w wejściu przydrożnej restauracji.
– Chodź do nas – zawołała wesoło. Widocznie zapomniała o moim wczorajszym faux pas.
– Jak spałyście?
– Jako tako – Julia przyjęła postawę naturalną, licząc się z tym, że miałyśmy ze sobą spędzić cały tydzień.
– Nie umiem spać w takich warunkach – poskarżyła się Zuzanna. – Myślałam całą noc o tym, co zastaniemy w klubie.
Zerwałam się z krzesła
– Skoczę po kawę. Ktoś chce? – zapytałam pośpiesznie, aby zejść z niebezpiecznego tematu.
Zuzanna sięgnęła do torebki i podała mi banknot.
– Nie będziesz za nas płacić, dla siebie weź także, ja stawiam, na kawę mnie jeszcze stać. – Mrugnęła łobuzersko okiem.
Zapłaciłam za kawę, napełniłam trzy filiżanki w ekspresie, ułożyłam na tacy i przyniosłam do stolika.
– Jeszcze sporo czasu do Paryża, macie coś do czytania? – Oddałam resztę pieniędzy i postawiłam filiżanki z kawą.
– Przeglądam internet, a poza tym słucham muzyki. – Julia widocznie nie była zwolenniczką słowa drukowanego.
– Mam Życie z depresją – pochwaliła się Zuzanna – Nic tak nie poprawia nastroju jak świadomość, że depresja nie jest wyrokiem.
– Mówiłyśmy ci o tym z mamą wiele razy, podobnie jak doktor Adamski, ale nie chciałaś słuchać. – Julia spojrzała na siostrę z wyrzutem.
– Prawdę mówiąc, dopiero teraz to do mnie dotarło. – Zuzanna uśmiechnęła się rozbrajająco i zwracając się w moją stronę, spytała: – Ty pewnie czytasz Millenium. Lubisz kryminały?
– Wszystko lubię, ale kryminały pozwalają poznać zawiłości ludzkiej psychiki. Motywacje są jak układanka. Trzeba znaleźć wszystkie elementy, aby stworzyć obraz.
– Zastanawiałaś się, dlaczego Eklerek zniknął? – Zuza z uwagą wpatrywała się w filiżankę z kawą, jakby chciała czytać z fusów. Fusów tam nie było.
– Zazwyczaj ludzi motywują pieniądze albo władza. Uznanie. Co jeszcze ludzi skłania do podjęcia ryzyka? Podsumujmy: nie skakał, nie biegał. Coś szczególnego? Rzadka rasa? – starałam się znaleźć trop.
Zuzanna pokręciła przecząco głową.
–Koń jakich wiele.
– Pasażerowie się zbierają. – Julia odwróciła głowę w stronę wejścia, obserwując grupkę osób.
Koń jakich wiele… powtarzałam w myślach, wypiłam zimną kawę, rogalika włożyłam do kieszeni trencza i wyszłam z restauracji.
W autobusie nie mogłam skupić się na czytaniu, gdyż pasażer po prawej prowadził niekończące się rozmowy telefoniczne. Zapewniał wszystkich znajomych po kolei, że będzie na czas i nie muszą się martwić. Następnie wtajemniczał ukochaną w zawiłościach labiryntu uczuć. Jak dla mnie wystarczyłoby pięć minut, ale on opowiadał dobrych kilka godzin. Mówi się, że szczęśliwi czasu nie mierzą. Od miłosnych historii sąsiada rozbolała mnie głowa, żałowałam, że zatyczki do uszu zostawiłam w domu. Nie byłam nawet pewna, czy wzięłam tabletki przeciwbólowe. Zatopiona w ponurych rozmyślaniach nie zauważyłam zjazdu na obwodnicę Paryża. Nagle moim oczom ukazało się miasto, o którym Henryk IV powiedział, że warte jest mszy.
Katarzyna Godefroy
.
wszystkie części :