
.
ZA WIELKI STOLIK NA WIGILIĘ
.
– Mamo, i po co zamieściłaś to zdjęcie na Facebooku?
Milczała, szukając gorączkowo wyjaśnień. Telefon wyrwał ją ze snu, bo zasiedziała się wczoraj z książką do późna. Teraz milczy zbita z tropu. Myślała, że to zdjęcie go rozbawi. Nie chciała, by tam daleko się o nią martwił. Więc on kontynuuje.
– Żeby wszyscy wiedzieli, że ci źle? Musiałaś?
Tysiące kilometrów, morza i oceany, jakich by w tej chwili nie potrafiła wymienić, nie zdławiło nabzdyczonego tonu, jakim Maciek to mówi. A mówi tak do niej coraz częściej. I jak zawsze w takiej chwili Agata gubi wszystkie słowa, jakie dla niego długo przygotowywała i stropiona, że naprawdę głupio zrobiła stoi z telefonem, mocno przyciśniętym do ucha i nie wie, co powiedzieć.
Syn zadzwonił aż z Nowej Zelandii i drogo zapłaci za każdą minutę połączenia. Wreszcie przygniecione telefonem ucho zabolało ją, że krzyknęła rozpaczliwie:
– To zdjęcie z restauracji czy też baru „Konwalia”. dałam po to, żebyś zobaczył, że nie płaczę… Tak dla hecy! Wiesz, że lubię takie figielki.
Wierzył, nie wierzył, ale znowu zapadło milczenie. Może delikatna nazwa owej restauracji go rozbroiła. Ta „Konwalia”. I to teraz w mróz, śnieg i ciemności zapadające już przy obiedzie. A matka pomyślała, że chyba rwie się połączenie z odległym światem, ale wreszcie usłyszała:
– Mamo, życzę ci Wesołych Świąt… – tu zawahał się i dokończył – razem z Marysią i Jasiem.
Jeszcze chwilę czekała, co więcej powie, ale milczał. Przestraszyła się, że rozmowa się kończy, więc krzyknęła:
– I ja życzę wam szczęścia na Nowy Rok! – i urwała, stukając się ręką w czoło.
Czy to się mówi w Wigilię?! Jakże ona teraz żyje byle jak. Nie jak normalni ludzie według kalendarza dni powszednich, wypisanych na szaro, i świąt – na czerwono. Nie według wschodów i zachodów słońca. Tylko według terminów kolejnych wystaw, plenerów. Czasem w nocy zaczyta się w powieści, a w dzień śpi. Cały rok chodziłaby w jednych spodniach. I nie mówi już ludzkim językiem, bo niewiele ma do tego okazji.
Wreszcie doleciało do niej:
– Czy to naprawdę było wszystko, co miałaś na Wigilię??
– Ach, chciałam to szybko mieć za sobą. I tak ten stolik był za wielki…
– A na święta masz co potrzeba?
– No pewnie! – zawołała z przesadnym entuzjazmem, wcale nie pamiętając, co ma w lodówce.
– A co masz dobrego? – wykrzyknął syn i urwał, jakby coś zatkało mu usta. Może dłoń żony? Marysia, jak to lekarka nie ceniła jej malarstwa, bo dla niej liczył się jedynie świat lekarzy. Wszyscy inni byli poniżej.
Agata nie śmiała nic więcej dorzucić. Zapomniała wszystkich słów, jakie tak długo dla syna szykowała. To już miało wystarczyć. Rozmowa była skończona.
Spojrzała w monitor komputera, gdzie w barze Konwalia na małym, okrągłym stoliku, blisko wyjścia stała niedopita jeszcze kawa, niedojedzone ciastko i ona w czarnym golfie stała obok trochę nieprzytomna, potargana. A poniżej tryumfalne obwieszczenie: „Ja już po Wigilii”.
Wyszło tak spontanicznie, gdy jacyś ludzie pospiesznie opuszczali bar przestraszyła się, że zaraz zamkną, bo dziś kończą wcześniej. W popłochu zatrzymała wychodzących, by pstryknęli jej fotkę. Napis: „Ja już po Wigilii” dodała już w domu.
Wydało się jej to dowcipne. Od dawna potrafiła udawać, że jest lepiej niż w rzeczywistości. Że nie dba o to i tamto. Bo ma duszę artystki. Wprawdzie czasem od robienia dobrej miny do złej gry, cierpły jej zęby, ale się nie poddawała. Roześmiała się teraz głośno, co w ciszy samotności rzadko jej przychodziło i co ostatnio częściej się jej zdarzało, powiedziała głośno sama do siebie:
– Cóż, naprawdę taka Wigilia wystarczy. Naprawdę ten stolik był za wielki.
Na odchodne kelner wręczył jej litościwie paczuszkę od firmy dla najmilszego tu bywalca. I ładnie coś powiedział, gdy ona znowu zapomniała języka ze wzruszenia.
Na zapleczu powoli gasili światła. Wtedy na gwałt odważyła się zamówić coś na wynos. Co tam jeszcze mają. Co zechcą… I w parę minut później obarczona wielką torbą w srebrne gwiazdki otworzyła drzwi lokalu, a wiatr trzasnął nimi o przyległą ścianę i odepchnął ją. Ale wyszła. Kelner jeszcze coś mówił z uśmiechem, czego nie dosłyszała, i zaryglował za nią wejście. Skrzypnęły metalowe żaluzje. Od progu przenikło ją zimno. Kolejny podmuch przychylił ku ziemi. Na szczęście mieszkała nieopodal.
Cóż z tego, że jest sama?! Syn, jak to lekarz, jest bardzo zapracowany, jego żona również, a tak długo marzyli o tej Zelandii. Tego roku więcej dni wolnych i łatwiej wyrwać się im z dyżurów i szpitala, skąd na czas świąt pacjenci uciekają do domu. I łatwiej wyjechać tak daleko, bo w ten czas większość ludzi woli być przy domowym stole i choince, śpiewać kolędy.
Tylko ona się wygłupiła z tym zdjęciem w barze i Maćkowi wstyd. A to ni bar, ni kawiarnia, czy restauracja, bo i obiad można zjeść i ciastko, ale wszyscy mówią, jak widnieje na szyldzie – Konwalia. Zresztą i ta nazwa ni przyszył, ni przyłatał, dobra wiosną, ale nie w zimie. Już by jakaś Gwiazdka Śniegu lepiej pasowała. I znów nie latem.
Właściwie czemu wczoraj poszła do Konwalii?
Jadała tam czasem obiad, wstępowała na kawę i znali ją. Wiedzieli, że jest sama. Gdzie indziej nie chciała się z tym afiszować. Dziś głupio zapragnęła być wśród ludzi, choć nie wiedziała, jak tu będzie. Tam pomimo rozświetlonej wszystkimi kolorami choinki na środku, w kątach czaił się mrok. Senne kolędy z głośnika wpędzały ją w melancholię, jako coś jej nienależne, jak z innego świata, już nie jej, i wbrew niej. Straciła przytulny świat rodzinności nie ze swej woli. Stworzyła sobie inny, z większą możliwością pięcia się w górę, ale zimny i okrutny, gdzie przytulność i ładność jest kiczem. Tylko samotność – warunkiem nieodzownym.
A w barze jakieś pary siedziały przy stolikach nieruchomo, potem śpiesznie wychodziły. Podejrzewała, że to bezdomni kochankowie, a w domu czeka na któreś żona albo mąż. Poniosła ją wyobraźnia, podsycana czytywanymi nieustannie powieściami, i zaraz się zganiła, że prawda może być zwyczajniejsza. Ot, dwoje znajomych z sąsiednich biurek w biurze zmarzło na przystanku tramwajowym i przyszło ogrzać się kawą. Albo omówić niedokończony problem z pracy. Przepuścili kilka tramwajów i gadali, gadali. Teraz rozjadą się w przeciwne strony różnymi tramwajami. A może nie?
Tylko ona dopatruje się wszędzie uczuciowych wątków, bo to ją mąż przed laty porzucił dla innej. Po prostu chciała malować i z trudem przychodziło jej wkładać serce w domowe obowiązki. Wykonywała wszystko, co musiała: gotowała, prała, sprzątała, ale temu towarzyszyło zniecierpliwienie, że marnuje czas. I talent. Czasu wciąż jej brakowało. A talent? Któż to naprawdę wie?
W domu więc wybuchały kłótnie o byle co. Najczęściej o to, czego nie zdołała zrobić, bo malowała. I o to, co zrobiła źle, bo w pośpiechu. To mleko wykipiało. To do białych rzeczy w pralce zamieszała się czerwona skarpetka dziecka i całe pranie zaróżowione. Andrzej się wściekł, gdy zobaczył swój biały kitel lekarski tak zafarbowany. Zanuciła mu piosenkę Edith Piaf „Świat na różowo”, ale wyszedł z domu, trzaskając drzwiami. Nie było go do późna w noc. Wtedy po raz pierwszy. Potem częściej.
Ale, jak się wyprowadzał, zabrał obraz, jaki mu kiedyś podarowała. Patrzyła zza firanki w ich dawnym mieszkaniu na parterze, jak upycha go w bagażniku i odjeżdża. Jeszcze miała nadzieję, że skoro bierze obraz, jaki mu namalowała, to nie odjedzie. Ale wsiadł za kierownicę, zamknął drzwi i … jednak ruszył. Może zawróci? Nie zawrócił. Czekała kilka lat. Wyprowadziła się stamtąd, gdy Maciek się ożenił.
Odtąd martwiła się, czy Andrzej znajdzie ją na tym jej teraz piętnastym piętrze poddasza, gdzie byli sami artyści i pracownie? I zaraz szczypała się w rękę dla opamiętania.
Na jej piętrze wszyscy żyli podobnie. Sami artyści tu mieszkali. Niedomyci, zarośnięci , potargani i nieraz pijani. Była im życzliwa, ale trzymała dystans. Żaden inny mężczyzna jej nie zainteresował oprócz Andrzeja. Żaden brodaty i kudłaty kolega po fachu. Andrzej, lekarz, był tak higienicznie zadbany, pachnący wodą po goleniu, pedant w układaniu koszul w szafie. Sam sobie prasował spodnie. Czasem jednak należało opić czyjeś smutki, to nagrodę lub sprzedaż obrazu. Ktoś wystawiał wtedy stół na korytarz i z dala od poczciwców z niższych pięter można było popić. I pośpiewać. Jej jedna kolejka wystarczała i szła do siebie. Roześmiała się teraz, ogrzewając przyniesiony z baru barszcz z uszkami, i znowu powiedziała sama do siebie:
– Poniekąd Maciek nie zrobił mi dziś takiej awantury jak za zdjęcie na Facebooku, gdzie z kielichami w dłoniach pijemy szampana, bo obraz intratnie sprzedałam.
Tu stropiła się, czy poprawnie użyła tych słów: „poniekąd” oraz „intratnie”, bo same się jej tak nasunęły, a Maciek ciągle ją poprawia. Powinna sprawdzić je w słowniku, ale czuła obezwładniający opór całego ciała, by iść do pokoju i wyciągnąć rękę do półki ze słownikami. Przecież już rzadko rozmawia z kimkolwiek. Zapomina słów. Gubi je. Przekręca.
Zje najpierw ten barszczyk.
A Maciusiowi powiedziała: „Żebyś nie myślał, że płaczę!” I dobrze!
Od lat nie płakała. Oczy jej dawno wyschły. Na drzwiach wejściowych w przedpokoju wymalowała staroegipski aforyzm: „Szczęście przychodzi do domu, gdzie słychać śmiech.”
Ale śmiechu tu na dużo nie ma. Ciszy też nie słyszy, bo cały dzień maluje albo czyta. Zapomina nawet włączyć radio, a dawniej włączała w każdym pokoju, bo jeszcze Andrzej je tak ustawiał. On lubił muzykę, hałas, ruch, gdy ona stała godzinami przy sztalugach. I on to wszystko zostawił. Aż popsuły się te radia po kolei i to ostatnie oszczędza. Nie zawsze na wszystko wystarcza jej pieniędzy za obrazy. Musi sobie dorabiać w różnych kółkach dla seniorów, którzy na starość odnaleźli swe powołanie artystyczne. Podsyca ich wiarę w siebie, żeby jakoś sama mogła wiązać koniec z końcem, bo dochody ma troszkę nieregularne. Jednej zimy wyłączała nawet kaloryfery na całe dnie. Dobrze, że syn z synową rzadko tu zaglądają, bo mieliby co krytykować. Nie tylko jej zwariowane zdjęcia na Facebooku czy przekręcane słowa.
A przecież zawsze czytała dużo dobrej literatury .Aforyzm o szczęściu i śmiechu na drzwiach dawno wyblakł. Nad nim co roku pojawia się K.M.B. – wypisywane ręką ministranta podczas kolędy. To na pamiątkę Trzech Króli wędrujących tysiące lat temu do Dzieciątka w Betlejem: Kacpra, Melchiora i Baltazara. Tego jeszcze pilnuje., choć podobno to skrót o innym znaczeniu, ale zapomniała.
Ciekawe, czy Andrzej widział dziś w internecie jej samotne świętowanie? Podobno żałuje, że się tak potoczyło. Uszczypnęła się w rękę. Znów czepia się głupiej nadziei.
Wie przecież dobrze, że nie wróci do niej, ale wciąż o tym zapomina. Nie zwraca uwagi na nikogo innego. Jest gotowa czekać.
Ojej, przegapiła, barszcz czerwony nie powinien się powtórnie zagotować! Straci kolor.
Krystyna HABRAT
Katowice 30.XI. 2025 r.