.

Słońce i tak wstanie – Agnieszka Czachor o „Kafarnaum – tajemnica życia” Kasi Dominik

.

Teoria Opanowania Trwogi – w skrócie mówiąc – dotyczy opanowania lęku przed śmiercią. Doskonale wiemy, że jesteśmy wszyscy śmiertelni, że każdy z nas kiedyś umrze, ale to „kiedyś” odgrywa w naszej świadomości największą rolę. „Kiedyś” czyli nie dzisiaj, nie zaraz, od razu. Psycholodzy twierdzą, że gdybyśmy ciągle pamiętali o naszej śmiertelności, to nie potrafilibyśmy żyć. Tymczasem śmierć ciągle nas zaskakuje, nawet jeśli dotyczy osób chorujących na ciężkie choroby. Zawsze jest wstrząsem. Ludzie chorujący, mam wrażenie, głębiej przeżywają tę śmiertelność, bo zdają sobie sprawę z tego, że być może mają mniej czasu na ziemi niż ludzie zdrowi. Co oczywiście nie jest prawdą, bo bywa iż zdrowy umiera nagle, mimo że o śmierci własnej nawet nie pomyślał. Tak zmarła moja mama. Osoba zdrowa, bez żadnych chorób przewlekłych poza tarczycą. I wtedy przeżyłam wewnętrzną metamorfozę. Uświadomiłam sobie coś, co jest oczywistością, ale oczywistością, którą się oduwa od siebie. Bo to innych dotyka, ale nie nas. Uświadomiłam sobie, że nie mamy władzy nad śmiercią. Mamy nad naszym zdrowiem, ograniczoną, ale mamy. Nad kondycją organizmu, nad naszą siłą fizyczną, nad nastrojem, nawet nad nałogami, ale nie mamy nad śmiercią. Przychodzi nagle i za każdym razem jest kategoryczna. Bez możliwości odwrotu. Kiedy to sobie uświadomiłam, poczułam, że się jej nie boję. Bo to niepotrzebna starta energii. Lęk, tej energii zabiera bardzo dużo. Tymczasem po co marnować energię na coś, przed czym nie ma ucieczki. Lepiej wykorzystać ją na coś wartościowego, choćby nawet na życie, nawet jeśli jest ono mocno przez chorobę (na przykład) ograniczone. 

Wismar twierdzi, że ludzie nie mogąc wyeliminować śmierci ani instynktu samozachowawczego, eliminują świadomość śmierci. Jest to w jakimś sensie środek zaradczy, ale krótko trwały i w pełni nie zaspokajający. To rodzaj atrapy, która wcześniej czy później zawiedzie. 

Różnie ludzie sobie radzą ze wspomnianym lękiem, wielu sobie nie radzi, ale dzisiaj piszę o dziewczynie, która znalazła ukojenie w poezji i religii. Chodzi o Kasię Dominik. 

Tomik „Kafarnaum-tajemnica życia” przeczytałam od deski do deski. Znajdziemy w nim prawdziwe perełki, nieraz ściśnie człowieka za gardło, nieraz się wzruszy czasem zatrwoży, ale najczęściej dozna ukojenia. Wartością utworu literackiego, według mnie, jest ponadczasowość. Kiedy zaczyna pełnić taką funkcję? Gdy porusza sprawy nurtujące człowieka od zarania dziejów. Gdy udaje się mu przemówić do czytelnika, znajdującego się na innym etapie życia niż autor, a mimo tego nawiązać z nim porozumienie. I obdarzyć go słowami, które zostaną w nim. Które będą w nim pracowały, ewoluowały, zmieniały go i kształtowały, ale co bardzo istotne słowa Kasi nie robią tego gwałtem. Są niczym dobry towarzysz, ciepły i miły pod każdym względem, ale równocześnie chwilami surowy i wymagający.  

A: Witaj Kasiu. Jak Ci minął dzisiejszy dzień?

K: Ciężko, badania a jutro ciąg dalszy.

Chciałam napisać o twórczości Kasi nie dotykając jej choroby, ale muszę przyznać, że to jest niemożliwe. Twórczość ta, choć przynosi również ulgę człowiekowi nieobarczonemu ciężką chorobą, a pogrążonemu w smutku, albo przeżywającemu stratę, mówi do każdego, kto jest w stanie zmierzyć się z trudnymi tematami. A osoba chorująca, jak sądzę, podobnych refleksji ma na pęczki, wszak to o jej życie chodzi i co najtrudniejsze, choćby najbliżsi bardzo się starali, aby ją wesprzeć, pozostaje z tym sama. Bo ból jest jej, lęk jest jej i przemyślenia są w jej głowie. Mimo tego, nie są to utwory, które zabierają nadzieję. Wręcz przeciwnie, uczą jak się mierzyć z trudem, bólem i mentalnym osamotnieniem. 

„(…) Może nie dziś nie jutro

ale za tydzień miesiąc

znowu w płucach poczuję oddech

zielonej trawy (…)” [„Moje marzenie”]

Wspaniały fragment! Delikatny, ale „silny”. Mówi: zdaję sobie sprawę z mojej sytuacji, która w tym fragmencie może dotyczyć sytuacji „każdej”. Zdaję sobie z niej sprawę, ale równocześnie jestem zdecydowany na przyszłość. Decyduję się i do niej dążę. Jeszcze nie dziś, ale za jakiś czas odzyskam powietrze, grunt pod nogami, ciepło słońca, muszę tylko wytrwać. 

Albo:

„W przeddzień nieżycia zatrzymałam słońce (…)”  [„Byłam martwa, a jednak żyję”]. Majstersztyk.

A: Czy w Twojej rodzinie były tradycje literackie? Czy Ty jako jedyna urodziłaś się z talentem?

K: Nie wiem czy to kwestia urodzenia czy nie, raczej sposób ucieczki przed chorobą.

A: Czyli pisanie traktujesz jako pewnego rodzaju terapię?

K: Początkowo tak było, a teraz jest to moja miłość.

W rozmowie nawiązuję do przepięknego fragmentu wiersza pt.: „Zanim słońce zdmuchnie gwiazdy”, już sam tytuł jest wspaniały. I od razu już można zauważyć, że to słońce pełni w utworach ważną rolę. Jest istotne, niesie z sobą ciepło i przyjemność. Pewnego rodzaju rozleniwienie, które zna każdy, kto choć raz grzał twarz właśnie w słońcu. Nie jest parzące czy niebezpieczne. Chociaż, tytuł sugeruje podskórny lęk. Niby jest kojące, ale potrafi zdmuchnąć gwiazdy, a zwykle mówi się, że to noc zabija dzień, przepędza słońce. Niby jest bezpieczne, ale potrafi doprowadzić do jakiejś anomalii, ma taką władzę. Może jeszcze nie teraz, ale pewnego razu może wydarzyć się coś nieodwracalnego.

„ (…) I wciąż mam w głowie nutkę niepewności,

czy kiedyś dotrę na parnas poezji,

nim świeca życia, zdąży we mnie zgasnąć

i czy zamilknę, to wiatr zaszeleści?! (…)”

A: Według mnie odniosłaś sukces. Opublikowałaś tak dużo i tak różnych tekstów, że pod człowiekiem uginają się kolana z szacunku. Czym zatem jest dla Ciebie sukces? 

K: Perła a co to jest sukces? Nie dla mnie ziemskie zbytki, chwały, dyplomy etc. To co wstawiam na profil to z szacunku dla ludzi, którzy pochylili się nad moją twórczością. Mam inne priorytety, w których na pierwszym miejscu jest życie i zdrowie mojej mamy, później moje a pozostałe rzeczy to tylko mimoza chwili. Parnas to wytwór umysłu człowieka, a ja jednak staram się wychodzić poza sferę ludzką. To co w duszy jest najważniejsze, ona jest nieśmiertelna. 

Otóż to. Po co zamartwiać się czymś innym skoro wszystko jest śmiertelne. Czyż nie lepiej zadbać o to, co jest nieśmiertelne? Rozwój duchowości i refleksji dotyczącej owej duchowości to następny, istotny temat tej poezji. Poprzez kolejne wiersze, ja czytałam po kolei, zauważymy ten rozwój, zmianę, dojrzewanie, przemyślenia. Od buntu do akceptacji, od nadziei do remedium. I brak zadawanego niebu pytania: dlaczego? Pytania – w innych wypadkach przez innych ludzi – często rzucanego ze złością, pretensją, żalem a nawet wściekłością. Ale nie tutaj, nie przez Autorkę. 

Napisałam do Kasi z prośbą o rozmowę, po przeczytaniu pierwszej strony jej tomu, na której są dwa cytaty, jeden napisała Maya Angelou (afroamerykańska poetka), a drugi Kasia. Usytułowane są w taki sposób jakby ze sobą korespondowały. Choć słowa Angelou są wyróżnione, dlatego należy je uznać za motto, to od razu wiemy, że dla Autorki tomiku dożo znaczą, że je dobrze przemyślała.

„Życie nie mierzy się ilością oddechów,

Ale ilością chwil, które zapierają dech w piersiach” [Maya Angelou]

„Zamykam powieki

uciekam w ciszę i spokój

smutek daleko

szczęście za rogiem

Trzecia nad ranem

zapisuję sen zesłany od Boga” [Kasia Dominik]

Sen, rozumiem nie jako marzenie senne (chociaż także), a jako wybawienie. Jako błogosławieństwo przynoszące wytchnienie, ale i możliwość nabrania sił. Sen jako przeciwwaga dla bezsennością, która w chorobie często trapi, ale trapi również ludzi zdrowych fizycznie, tyle że zranionych wewnętrznie. Równocześnie sen to także marzenie, również sen kojący, miły i dobry, jak łyk ze studni z wodą życia.

Poza tym, godziny od drugiej do piątej, godziny martwe dla przesypiających w spokoju całą noc są metafizyczne. Mają w sobie coś, czego nie ma dwunasta w nocy, choć zwykło się mówić, że to o północy przychodzą zjawy. Nie. Zjawy śnią się właśnie w tych godzinach, gorączki spadają w tych godzinach samoistnie, przynajmniej związane z chorobami dziecięcymi. Sny prorocze albo ostrzegawcze również właśnie wtedy się przytrafiają. Psy o tej porze nie wyją ani nie szczekają. Do głowy przychodzą rozwiązania problemów i olśnienia. To wtedy, gdy cisza spowija świat dochodzą do głosu Anioły. Ale i nie anioły. Przed czwartą nad ranem jest najciszej, kiedy zegar ją wybije, w lecie ptaki zaczynają śpiewać na całe gardło, a później milkną. 

Kasia często odnosi się w swoich wierszach do tych godzin, one również grają u niej rodzaj symbolu, ale symbolu rzeczowego. Właśnie wtedy przychodzi upragniony sen, albo ból wyrywa z tegoż snu. Rodzą się w umyśle pytania i przemyślenia. Pojawia się lęk, z którym trzeba się zmierzyć. Są to godziny, podczas których w człowieku rozgrywają się największe wojny. Walczy dusza z umysłem. Walczy ego z duszą. Wzywa się Boga na pomoc. Słyszy się potwornie głośną ciszę. I ma się świadomość, że to wszystko dzieje się tylko w głowie, dlatego nie świeci się światła, bo to nic nie da.

Kasia Dominik

.

Agnieszka Czachor

.

A: Współcześnie mówi się, że czytelnicy boją się poezji, że aby ją zrozumieć trzeba mieć kompetencje, co o tym myślisz?

K: Nie do końca się z tym zgadzam, albowiem wiele razy przekonałam się, że ludzie kochają poezję. Czasami się tylko do tego nie przyznają, ale jak nikt nie patrzy to zatapiają się w cudownych metaforach Miłosza lub Poświatowskiej.

A: Tak, ale ja długo Miłosza nie rozumiałam, bo nie znałam tekstów, do których nawiązywał. A czy Ciebie się rozumie, kiedy nawiązujesz do Diogenesa? Jak myślisz, ile osób wiem kim był? A może nie trzeba wiedzieć, może wystarczą emocje?

K: Z moich obserwacji (z zawodu jestem nauczycielką zatem to moje skrzywienie zawodowe że obserwuję to co się wokół dzieje) niestety wyłania się tendencja spadkowa wiedzy ogólnodostępnej. Zauważyłam, że ludzie stali się leniwi, bo po co myśleć, skoro można wszystko znaleźć w internecie. I ten fakt bardzo mnie smuci, bo zanika człowieczeństwo. Domyślam się że gdybyśmy zapytały pierwszej napotkanej osoby kim był Platon, Sokrates, Da Vinci bądź Matuzalem, zapewne by powiedziała, że musi zapytać wujka google.

Jednak to nie są tylko poważne wiersze. Kasia też puszcza oko do czytelnika, bawi się satyrą, zerka na świat z przymrużeniem tegoż oka. Równocześnie (według mnie) daje nam do zrozumienia, że nie należy życia brać tylko na serio. Warto zażartować, roześmiać się głośno, poskakać w kałużach, śpiewać na całe gardło, oddychać całą piersią! Żyć!

A: Nazywają Cię dziewczyną z sąsiedztwa. Dlaczego?

K: Hi, hi kiedyś – już nie pamiętam jak dawno temu – napisałam wiersz w którym użyłam tego stwierdzenia, później przyjaciele zaczęli tak mnie wołać naprzemiennie z Poświatowską XXI wieku.

A: Fajnie! Czemu wolisz Kasię od Katarzyny?

K: Chyba syndrom Piotrusia Pana a tak poważnie, to wciąż czuję się dzieckiem choć pesel się starzeje.

A: Daj spokój, jaki pesel?

Są to wiersze dla wszystkich. Sporo w nich modlitwy, często przypominają piosenki, bo mają fantastyczny rytm. Należy też pamiętać, że utwory Kasi weszły do repertuaru poezji śpiewanej. 

Kafarnaum. Miasto, w którym nauczał Jezus. Tom jest podzielony na rozdziały: Bunt, Akceptacja, Nadzieja, Remedium. Czym jest remedium? Lekiem, środkiem zaradczym, czymś na szybko, czymś co przynosi ulgę. Może nawet „przeciwbólem”. 

A: Co dla Ciebie oznacza Kafarnaum?

K: To kontynuacja mojej wędrówki przez miasta Biblii

A: Czyli ma coś wspólnego z miejscem pokrzepienia?

K: Też, ale bardziej odniesienie do walki z chorobą, do pragnienia powrotu do zdrowia.

W tym miejscu wspomnę, że Kasia ma cykl tomików wierszy zatytułowanych nazwami miast biblijnych, przez które szedł Jezus. Czyli Kafarnaum nie jest tomem odosobnionym, a kolejnym. Tworzącym dopełnienie poprzednich.  

K: Pitagoras kiedyś powiedział: Sól rodzi się z najczystszych rodziców: słońca i morza – ja bym powiedziała, że poezja rodzi się z bólu i cierpienia. Sól to surowiec ziemi, poezja serca i duszy

I tymi słowami zakończę ten tekst.

Link do wydawnictwa

Agnieszka Czachor

5
0

Jeden komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *