.

Odwrócony plecami

.

Eizas siedział na werandzie. Przez zacieki na szybach obser­wował podwórko. Piasek przed stajnią i pod orzechem mi­gotał złotymi drobinami. Była dziewiąta rano. Pastwisko i wszystko dookoła powoli stawało się miejscem, gdzie nad żyjącymi stworzeniami pastwił się ogień i bąki. Kilkadziesiąt koni biegało wzdłuż żerdzi. Mężczyzna chichotał.

— No — mruczał — dalej, Stara, skacz!

Równocześnie, jakby słyszały jego słowa; najpierw duża, siwa klacz, a za nią inne, co odważniejsze, pokonały prze­szkodę oddzielającą je od stajni. Eizas klasnął w dłonie. Stajnia była zamknięta. Siwa klacz stanęła naprzeciwko we­randy i wbiła wzrok w postać mężczyzny. Zarżała cicho, prosząco, potem głośno, z pretensją. Eizas zatarł ręce. Wypił kilka łyków piwa.

— Łachudry — wymamrotał — niech wam trochę dupy pokłują, odporniejsze będziecie.

Chwilę mierzył się ze spojrzeniem klaczy, po czym wstał, podszedł do przeciwległej szklanej ściany i dotknął jej rozcapierzonymi palcami. Westchnął. Przyjrzał się obu swo­im dłoniom. Wybierał, która będzie lepsza. Uznał, że dzisiaj prawa. Odkleił lewą, pozostawiając mokry ślad na szybie. Wybierał dalej. Najpierw zagiął kciuk, potem schował ser­deczny i wskazujący. Konie biegały wokół stajni, rozrzucały piasek na boki, tworząc z jego rozgrzanych drobinek kaska­dy fal, kurz wirował w powietrzu. Bąki cięły ich miękkie chrapy, zlaną potem szyję i pachwiny. Potrząsały grzywa­mi, by uniknąć kąsania w małżowiny, kuliły uszy, kwiczały i wyły z przerażenia, bo dźwięków, które z siebie wydawa­ły, nie można było nazwać rżeniem. Zgrzane i spienione, swoim zapachem przyciągały jeszcze większe stada gzów i bąków.

Eizas wybierał nadal. Chwilę się wahał między środko­wym palcem a malutkim, ale nie trwało to długo. Zgiął środ­kowy, malutki posłuży za pędzel, postanowił. Wyszedł na zewnątrz, okienka zaśpiewały w przeszklonych drzwiach. Na ten dźwięk konie przygalopowały do żerdzi, która od­gradzała dom od końskiego placu. Wytrzeszczone oczy utkwiły w mężczyźnie. Rozdętymi chrapami wciągały po­wietrze, ich szyje i brzuchy pokryły się bąblami wielkimi na pięść, krew sączyła się z licznych ukąszeń. Wyglądały jak indiańskie wierzchowce wymalowane w wojenne barwy. Eizas nawet nie spojrzał w ich stronę. Odwrócony plecami rozpoczął kolejne swoje dzieło.

Wilgotnym palcem zbierał kurz z szyby, pozostawał wą­wóz, który tworzył stwory. Straszydła, które nie przerażały, były raczej groteskowe. Każda z postaci miała przynajmniej jedną ludzką część ciała. Reszta pochodziła ze snów.

Kiedy zamykał oczy z zamiarem zaśnięcia, pragnął snu. Wówczas rozpalała go gorączka i krzyczał, bo widma przychodziły i zaglądały mu w oczy, wypełniając sobą całą przestrzeń. Nie świecił lampki, tylko zlany potem czekał na czerwoną ranę nieba, wierząc, że to nie jest jego ostat­ni brzask. One były w jego głowie, zalęgły mu się w ser­cu i traktując umysł jak lustro, władały całym Eizasem. Gdy się rozwidniało, zacierały się ich kontury, ale obecność pozostawała.

Malując je na szybach, wierzył, że zabiera im moc. Stawały się tylko obrazkami. Później nadciągała burza albo ulewa i znikały całkiem. Szyby lśniły przez kilka dni, a po­tem znowu pokrywały się kurzem, wystarczająco szybko, by przyjąć kolejne malunki.

Właśnie kończył smoka, który zamiast oczu miał głów­ki dziecka — z długimi włosami, bez uśmiechu — gdy w szybie dostrzegł odbicie kobiety. Zamarł. Potem wytarł dłonie o spodnie i nienaturalnie wolno się podniósł, tak samo wolno zrobił obrót na prawej nodze i stanął twarzą w twarz z Arlettą. Stał pod słońce, zmrużył oczy.

Ani jeden mięsień nie drgnął im w twarzach. Oczy błysz­czące przez moment teraz stały się matowe.

— Czego? — syknął.

— Tak sobie — wzruszyła ramionami.

Z niepokojem spojrzała na szalejące konie. Siwa klacz próbowała sforsować drzwi do stajni, ale prócz otarcia na piersi nic nie zyskała.

— Nie twoja sprawa — powiedział Eizas, zapalając papierosa.

Arletta przeszła za dom, zrobiło się jej przykro. Przykro z powodu zrozpaczonych zwierząt, których jedyną walką była umiejętność ścigania się z wiatrem. Weszła w przy­jemny cień wielkiego cisu, dotknęła dłońmi jego szerokiego pnia, po czym oparła o niego czoło, pozwalając chropowatej korze wyżłobić na nim głębokie linie.

— Przyjaciel czy wróg? — Mężczyzna stanął jej za plecami.

— Zagadka — odpowiedziała.

Eizas żył w środku lasu, wśród koni. Stado liczyło dwa­dzieścia sztuk, w tym cztery źrebaki. Miał pięćdziesiąt lat, zorane zmarszczkami policzki, zapadnięte, ciemne oczy i żółte białka wokół tęczówek. Nie jadł prawie wcale, za to pił bez przerwy. Zwierzęta dostawały jeść regularnie — tak twierdził. Były oblepione słomą i gnojem. Nieczesane grzy­wy pozwijały się im w ruloniki. Spełnił swoje marzenie: wybudował stajnię, wykopał staw w kształcie serca, wykar­czował kawał lasu, zagrodził dwa hektary łąk i wpuścił tam konie.

— Przyszłaś odebrać dług? — zapytał. Mówiąc to, wy­prostował się, dumnie podniósł głowę i nie zmrużył oczu. — Wiedziałem, że w końcu przypełźniesz. Przyglądała się ruchowi jego warg, jakby nie słyszała słów, tylko starała się je odczytać z tych poruszających się leniwie spierzchniętych ust. Nieświadomie skuliła ramiona, oczy ją zapiekły, pospiesznie spuściła wzrok i schowała go między łodygi traw wychylających się koło jej stóp.

— Nie — szepnęła przez zaciśnięte gardło — to nie tak.

— Nic nie mam — powiedział wyniośle — nic w sobie nie zmieniłem, gardzę sobą. — Nagle jakby urósł, popatrzył z wysoka na jej szczupłe ramiona. — I dość, nikomu innemu gardzić sobą nie pozwolę. — Odszedł.

Usłyszała, jak zamyka drzwi na werandzie.

Ruszyła w stronę stada. Siwa klacz przygalopowała, kiedy tylko ją dostrzegła. Dziewczyna jednym susem prze­sadziła żerdź i nie zważając na utkwione w niej spojrzenie Eizasa, który siedział za szkłem, pobiegła do stajni, po­otwierała boksy i gwizdnęła. Zziajane zwierzęta wpadły do środka. Przyniosła wiadro z wodą i wchodząc po kolei do każdego konia, obcierała ich szyje i grzbiety mokrą gąbką, by choć na chwilę poczuły ulgę.

Wyszła na podwórko. Głowa jej pulsowała, serce koła­tało. Zdawało się jej, że ma w sobie tysiące serduszek, któ­re jednocześnie zaczęły bić. Rozejrzała się dookoła, przecież musi gdzieś być, pomyślała. Przebiegła raz jeszcze staj­nię, ale nie znalazła. Znowu wybiegła na zewnątrz. Gdzie? Gdzie ją ukryłeś? Była zlana potem, upał wróżył zbliżającą się burzę. W końcu dostrzegła szopę z maleńkim okienkiem obsranym kurzym łajnem. Z trzaskiem otworzyła zaryglo­wane drzwi i zamarła.

Klacz przywarła do ściany całą prawą stroną ciała. Błyskawicznie się spociła.

— Hej, śliczna. — Arletta wyciągnęła rękę w jej kierunku.

Czerwona sierść przypominała tarko posklejane od bru­du i potu, sterczała jej na grzbiecie i brzuchu. Płowa, bujna grzywa przybrała kolor kurzu.

— Oszalała! — słowo spadło jej na kark. Błyskawicznie obejrzała się za siebie. Eizas stał za nią, oczy mu płonęły.

— Uwielbia być głaskana po pysku, jedna taka dziew­czynka ją tego nauczyła, jakby to było komu potrzebne. — Błyskawica przeleciała mu przez twarz. — Nie pozwala do siebie podejść.

— Dlaczego jej nie wypuścisz z innymi końmi? — też się zezłościła.

— Jest w pułapce, jak ja.

— To tylko zwierzę!

— Jest jak ja — mruknął, robiąc ruch ręką, żeby wyszła.

Chciała to zrobić zbyt gwałtownie, bo potknęła się na progu. Lądując na ziemi, boleśnie obtarła łokieć. Zerwała się błyskawicznie i pędem ruszyła przed siebie.

.

***

.

Tej nocy nie mogła zasnąć. Księżyc przypominał złote jabłko, rozproszył wszystkie chmury. Przez szczelinę w za­słonie lała się jasna smuga jego promieni. Po raz pierwszy od dziesięciu lat myślała o swoim dzieciństwie — o klonie znad rzeki, o cisie i źrebaku. Wspominając, patrzyła na swo­je palce: smukłe, białe zakończone paznokciami w kształcie migdałów. Trzęsły się.

Tamta noc miała taką samą twarz. Księżyc złoty i wielki lśnił na niebie niczym błyszczący guzik od czapki niewidki. Zszedł tak nisko, jakby pragnął, aby go dotknęła.

— Oko Boga — powiedziała wówczas półgłosem.

Eizas ryknął śmiechem.

— Jesteś popierdolona! — krzyknął

Poczuła do niego odrazę, większą niż kiedykolwiek. Leżał z rozkraczonymi nogami, głowę opierał o pień cisu i pił; zachłannie, wielkimi łykami, jak robotnik w skwarny dzień. Nie wiedział, co się dzieje, chciała w to wierzyć.

— Powinno się udać — szepnęła raczej do siebie, ale usłyszał.

— Bo, co! — warknął — bo księżyc jak talarek złota?

Wyciągnął w jej stronę dłoń z butelką.

— Widzisz? — Parsknął śmiechem.

— Widzisz, jaką wódkę sobie kupiłem?

Nie stać mnie? Poszedłem do sklepu i mówię: Finlandię po­proszę. Baba tak brzydko na mnie popatrzyła, ale jak jej pie­niądze pokazałem, to nawet się uśmiechnęła. Od razu inny człowiek z niej wyszedł. Ciemnota!

Nie pamiętał, że jego lewa noga od kostki w górę już spuchła. Opuchlizna posuwała się błyskawicznie. Arletta czuła, że to ostatni moment. Nie znała dokładnego przepi­su, ale nie miała nic do stracenia, bo jeśli nie spróbuje, on i tak umrze.

Rozcierała igły cisa w blaszanym naczyniu, chciała, żeby puściły sok. Była jak jej matka, często to jej mówił: nawiedzona.

— Skończysz jak ona — mruknął półsennie — innych le­czyła, a sama w ogniu zdechła!

— Oprzytomniał, spojrzał na Arlettę. — Nikt jej nie pomógł — zawył. Wzdrygnęła się. Przestała ucierać. — Nie bądź tak głupia, nie możesz być jak ona! — wymamrotał, pośpiesznie przełknął kilka wielkich łyków, nie skrzywił się.

Nie bał się tak bardzo jak ona się bała. Palce drżały jej coraz mocniej.

Nim matka zginęła w pożarze, dała jej kilka gałgan­ków otoczonych w gazetę. Kazała schować. Posłuchała. Były w nich proszki o różnych barwach. Arletta nie wiedziała, do czego mogły służyć. Wsypała więc do soku, który wcze­śniej odcedziła od igieł — z każdego po trochu.

Matka znała się na ziołach. Tak mówili ludzie we wsi, ale nie lubili jej. Ojca nie znała. Eizas był bratem matki, przygar­nął ją. Wiedziała, że cis to trucizna, ale wiedziała także, że jak wiele trucizn potrafi leczyć, nie miał równych sobie w zwal­czaniu jadu żmii. Wlała trochę wódki, spieszyła się. Była po­trzebna gdzieś jeszcze, gdzieś, gdzie bardziej chciała być. Błyskawicznie wymieszała, podbiegła do śpiącego, przyklę­kła na mokrej od rosy trawie i wlała płyn do półotwartych ust Eizasa.

— Nienawidzę cię — syknęła — że jako człowiekowi przysługuje ci pierwszeństwo.

Mężczyzna zakrztusił się, poderwał głowę z pnia, za­klął i wściekły spojrzał na dziewczynę. Chciał ją ofuknąć, ale spostrzegł błysk w jej oczach, błysk, który sprawił, że zaniemówił. Arletta rzuciła naczynie koło niego i pognała do stajni. Najszybciej jak potrafiła otworzyła drzwi boksu, przyklęknęła na słomie… drżącymi dłońmi ułożyła głowę źrebaka na udach. Z pyska pociekła mu piana. Przybiegła za późno.

Musiała siedzieć przy nim bardzo długo, bo w końcu Eizas zaczął jej szukać. Słyszała nawoływania, ale nie reago­wała. Wkroczył w końcu do stajni, wraz z blaskiem dnia za plecami pochylił się nad nią.

— Mała — wychrypiał — Arletko, dziecko — chciał zwrócić jej uwagę — mała — powtórzył — kupimy nowego, kupimy lepszego!

Miała wówczas czternaście lat.

.

***

.

Eizas spuścił żerdzie.

— Otwórz stajnię! — krzyknął do Arletty.

Weszły spokojnie, każdy od razu odnalazł swój boks.

— Co robisz? — zapytał.

Podniosła głowę znad zasuwy, spojrzała mu w twarz.

— Pracuję — odparła.

— Gdzie?

— Nie twoja sprawa — zirytowała się.

— Po co tutaj przychodzisz? — zapytał obojętnie i zapa­lił papierosa.

— Nie wiem.

— Nie wyszłaś za mąż — wyczuła w jego głosie kpinę.

— Nie potrafię.

— Zająć się mężem i wychować dzieci? — Splunął.

— Zapomnieć — szepnęła.

Przyjrzał się jej uważnie, z litością, po czym wyszedł. Za kilka sekund usłyszała dzwonienie szyb w drzwiach od werandy. Oparła ramiona na drzwiach od boksu, który dzieliły ze sobą trzy źrebaki. Obserwowała jak pochłania­ły owies z plastikowych kubełków zawieszonych na żer­dziach. Lubiła słuchać, jak konie jedzą. Dźwięk ten odprężał ją, sprawiał wrażenie dobrze wykonanego zadania. Dzień się kończył, każdy dostał, co mu się należało, czas na odpo­czynek. Najchętniej przespałaby się na słomie pośród tych źrebaków.

Eizas siedział na werandzie i pił piwo. Przez chwilę po­czuł ochotę do malowania na szybie, ale świadomość obec­ności Arletty sprawiła, że ta chęć wyparowała z niego jak kropla wody, która nieopatrznie spadła na rozgrzaną bla­chę. Im dłużej o niej myślał, tym większą czuł do dziew­czyny niechęć. Tym chętniej uderzyłby to kruche ciało, uderzyłby tak mocno, żeby poleciało bezwładne kilka me­trów dalej, uderzając o ścianę. Usłyszałby to głuche uderze­nie. Poczułby jej ból. To by go usatysfakcjonowało. A potem przestałby się bać swoich myśli.

.

***

.

Początkowo przychodziła tylko wieczorem, potem za­częła się pojawiać także rano. O piątej. Nie jeździła. Każdą chwilę spędzała przy Roksanie. Po zadaniu paszy, czekała aż zje. Potem zaczynała kolejne próby oswajania. Minęło już wiele dni, ale nie udało się Arlecie wyprowadzić konia z szopy. Pozwalała sobie, co prawda, założyć ogłowie i pod­chodziła do drzwi, ale na tym koniec.

Pewnej niedzieli Eizas przeciągnął się i niby od niechce­nia rzekł:

— Chciałbym, żebyś odeszła.

— Co? — Nie zrozumiała.

— Źle się czuję, kiedy tutaj jesteś.

— Co ty mówisz? — Zmarszczyła brwi. — Dlaczego? Eizas milczał

— Ale ja nie mogę — szepnęła.

Spojrzał na nią.

— Musisz! — powiedział z naciskiem — nim coś złego się stanie.

Zamrugała powiekami, po czym odeszła w stronę szopy Roksany.

Eizas czuł gniew, każdy jej gest wprowadzał go w roz­drażnienie. Ponuro przyglądał się, kiedy wyprowadziła kasztankę na podwórko. Nie zastanawiał się, jak jej się to udało. Przez sekundę poczuł się oczarowany pięknością ko­nia. Jej gładka sierść lśniła w słońcu, niczym wypolerowana srebrna taca. Mężczyzna śledził każdy ruch dziewczyny, wi­dział jak łagodnie dotykała jej pyska, słyszał łagodny głos, kiedy do niej przemawiała. W ostatnim czasie, gdy budził się w nocy, potrafił się przyznać sam przed sobą do podzi­wu, jaki w nim wzbudzała swoją determinacją, by tę klacz przywrócić życiu. Zaraz jednak coś go kłuło w sercu, coś, co tkwiło tam od lat i szeptało, że trzeba ją nienawidzić, bo temu cierpieniu, które go zalewa co noc, jest winna właśnie ona, Arletta. Nie zawsze jej nie lubił. Był bardzo krótki moment, chwilka właściwie, kiedy odzyskał przytomność po tym, kiedy ugryzła go żmija. Poczuł wszechogarniające go szczę­ście i wdzięczność, gdyż uświadomił sobie, że nikt nigdy nie zrobił dla niego tak wiele i tak bez powodu. Przez tę chwi­lę, podczas której jego umysł zelektryzowała myśl, podob­na do błyskawicy rozcinającej czarne niebo w trakcie letniej burzy, zapragnął temu dziecku przychylić nieba. Chciał jej wynagrodzić podłe życie, które z nim wiodła, jego pijackie dąsy i wyzwiska. Płakał cały dzień, gdy zrozumiał, że po­święciła swojego źrebaka. Chciał jej dać to, co zbudował, to, co miało być kwintesencją jej miłości do koni, do lasu i pta­ków, do drzew i ziół, a ona odeszła. Bez słowa. Uratowała mu życie, podźwignęła z błota, w którym tkwił, i zostawiła. Porzuciła jak szmacianą lalkę, jak zabawkę, z której wyrosła.

Nie wzięła ze sobą ani jednej rzeczy, tylko to, co miała na so­bie: lichą sukienkę i rozczłapane sandałki.

Z każdym dniem, kiedy widział poprawę w zachowaniu Roksany, narastało w nim napięcie. Kiedy w końcu dosiadła jej na oklep, w jego sercu rozszalał się sztorm. Pił bez prze­rwy. Arletta galopowała po pastwisku dookoła jego domu, a on rozmawiał z własnym szaleństwem.

Niewątpliwie były dla siebie stworzone. Jeździec raz w życiu, może dwa, spotyka konia, z którym rozumie się jak z własnym cieniem. Były jednym, kiedy pędziły przez las, pośród porannych promieni słońca, gdy pędem wy­skakiwały z zarośli i rozbryzgiwały rosę z wysokich traw, kiedy uciekały przed gzami. Tym większą czuł złość, im le­piej się ze sobą bawiły, im głębsza stawała się między nimi więź. Nie rozumiał, dlaczego ta cholerna klacz nie poddała się jemu, temu, kto codziennie dawał jej żreć, poił, dbał, by nie zamarzła w zimie, pielęgnował podczas grypy. Dlaczego jemu nie chciała się odwdzięczyć taką miłością?

Tego nie zniesie dłużej, powtarzał podczas nocnych spa­cerów po kuchni, musi coś zrobić, w końcu postanowił.

W poniedziałek rano powiedział do Arletty:

— Jest na sprzedaż, sześć tysięcy do jutra i nie chcę was widzieć.

— Nie zdążę uzbierać takiej kwoty, wiesz dobrze, że za­nim zaczęłam z nią pracować, nie była warta nawet tysiąc.

— Sześć do jutra!

— Boże drogi, co ty chcesz zrobić?

— Chcę się was pozbyć, obydwóch.

— Sprzedaj ją komuś innemu, znajdę kupca, daj mi tylko czas, kilka dni — prosiła.

— Miałaś czas, dziesięć lat! Przecież była twoja, dla cie­bie ją kupiłem, a ty jedynie rozpieściłaś bydlątko i odeszłaś! Odeszłaś i nie płakało ci serce ani jednej minuty w ciągu tego czasu. I teraz nagle mam ci uwierzyć, że na nowo ci zależy? Nie masz asa w rękawie ani dowodu na swoje złote serce. Idź precz!

— Dobrze, odejdę, tylko nie rób jej krzywdy — głos jej drżał.

— Krzywda! — Eizas roześmiał się dziko. — Co ty wiesz o krzywdzie, nic. Bo ty nic nie wiesz ani o sobie, ani o in­nych. Masz tylko zachcianki, mrzonki takie, zalatają ci mo­tylki wokół główki i postanawiasz się pobawić, a potem… — zakrztusił się powietrzem, umilkł. — Do jutra — warknął i odwrócił się do niej plecami.

.

***

.

Ten człowiek z baru, w którym kolega Arletty pracował, wsunął jej wczoraj wizytówkę i mrugnął znacząco.

— Z takimi oczami miałabyś powodzenie jak mało która — powiedział. Odsunęła się ze wstrętem i nic nie powiedzia­ła, ale teraz, kiedy wbiegła zdyszana do swojego mieszka­nia, odnalazła tę wizytówkę i usiadła przy telefonie. Chciała uspokoić oddech. Dokładnie zaplanowała, co mu powie, do­myślała się, co powie on, i co się zdarzy potem. Poszła na­wet myślą dalej, jak się będzie czuła z samą sobą, gdy wróci do domu. Czy będzie potrafiła nadal być sobą? Myślała całą noc, przysnęła nad ranem z twarzą na słuchawce. Kiedy się obudziła, była zdruzgotana. Straci ją, pomyślała, straci zno­wu, bo nie umiała zmusić się do wykonania tego telefonu. Wzięła prysznic i ruszyła do Eizasa. Całą drogę układała so­bie mowę, będę go prosić, padnę na kolana, musi się udać. Przy bramie usłyszała rżenie, właściwie ryk! Pognała w stronę stawu, spostrzegła w nim głowę Eizasa i głowę Roksany, resztę przykrywała woda. Klacz szamotała się, piszczała, wierzgała, tworząc dookoła nich pianę. On mil­czał. Raptem przykryła ich woda. Arletta wskoczyła do stawu. Najpierw wyciągnęła mężczyznę, potem z trudem głowę klaczy wystawiła na powierzchnię. Kiedy jej chrapy rozdęły się i zaczerpnęła powietrza, rozejrzała się dookoła maślanymi oczami, spostrzegła dziewczynę i zaczęła ją lizać po twarzy, po włosach, lizała i lizała.

— Jest w szoku — powiedział Eizas. Kaszlał i pluł wodą, trząsł się na brzegu. — Weź ją i odejdź — powiedział cicho. Przeczesał palcami mokre włosy, które przykleiły mu się do czoła i uszu. — Jest we mnie złość, jestem zdolny do strasz­nych rzeczy, zawsze lubiłem alkohol, nie piję z jakiegoś kon­kretnego powodu, idźcie już!

Poderwał się na nogi, zakołysał się na nich niepewnie.

Arletta ostrożnie wyprowadziła klacz z wody, nogi Roksanie drżały, zwiesiła nisko głowę, ogromne krople wody spływały jej z grzywy i oczu.

— Miesiąc w amerykańskim więzieniu potrafi zdruzgo­tać nawet najtrwalszych, ty byłaś zawadą, wróciłem do kra­ju bez żony, a dostałem ciebie, wieczne utrapienie. Wtedy zawadzałaś, teraz zawadzasz. Nikt ciebie nie potrzebował, nie moja sprawa, by naprawiać świat, kupiona dla ciebie, wynoście się!

— Eizas podniósł pięść do góry. — I na Boga — wrzasnął — nie pokazujcie się tutaj nigdy więcej!

Agnieszka Czachor

3
0

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *