
.
Cisza
.
Z jednej strony cisza, z drugiej strony ja —miałam tylko zrobić herbatę, a przypadkiem zaczęłam kwestionować sens istnienia łyżeczki. Cisza siedzi naprzeciwko mnie jak nieproszony gość, co nie przyniósł ciasta, ale za to przyniósł całą metafizykę. Patrzymy na siebie. Ona — milczy z godnością. Ja — milczę z podejrzeniem.
Bo jeśli cisza jest złotem, to dlaczego ja ciągle czuję się jak drobniak w kieszeni wszechświata? W pewnym momencie cisza westchnęła (tak, potrafi, chociaż nikt jej w to nie wierzy) i powiedziała — no dobrze, może nic nie powiedziała, ale spojrzała z takim tonem, jakby mówiła: „Znowu dramatyzujesz.” A ja na to: „Ja? Ja tylko próbuję być poetycka w przestrzeni akustycznego braku zainteresowania!” Z jednej strony cisza, z drugiej ja, pomiędzy nami stół, na którym leży życie — niedopite, przestudzone, i odrobinę przesolone łzami egzystencjalnego przesytu.
Cisza próbuje być głębsza ode mnie. Ja próbuję wyglądać, jakbym nie próbowała. Ona ma aurę mistycznej równowagi, ja mam włosy, które postanowiły być symbolem chaosu. Kiedy próbuję coś powiedzieć, cisza tylko unosi brew (gdyby miała brew). Więc ja też unoszę brew. Dwie kobiety, żadna nie istnieje w pełni, a jednak trwa pojedynek na milczenie. W końcu wzdycham. „Może byś chociaż zapytała, jak się czuję?” Ona nic. Bo cisza to typ, co zawsze gra na chłodno. Z jednej strony cisza, z drugiej ja — i obie udajemy, że to układ partnerski, a nie toksyczna relacja emocjonalna z nicością w roli głównej.
.

.
Z jednej strony cisza, z drugiej ja — i w pewnym momencie ktoś (prawdopodobnie ja) wpada na pomysł, żebyśmy zamieszkały razem. Bo czemu nie? Skoro i tak się nie odzywamy, to przynajmniej rachunki będą niższe. Na początku wydawało się, że to będzie harmonijne współistnienie: ja – trochę dramat, trochę człowiek; cisza – trochę pustka, trochę koncept filozoficzny. Idealne przeciwieństwa, jak herbata z cytryną i melancholia. Pierwszego dnia cisza wprowadziła się z jedną walizką. Otworzyła ją na środku pokoju i wylała się z niej na podłogę. Mieszkanie od razu zrobiło się większe. Trochę za duże. Echo zaczęło się rozciągać po ścianach jak kot na słońcu. Drugiego dnia próbowałam puścić muzykę, żeby „ocieplić atmosferę”, ale cisza tylko spojrzała na mnie z wyrzutem, jakby mówiła: „Serio? Po wszystkim, co przeszłyśmy?” Więc ściszyłam. A potem całkiem wyłączyłam. I tak oto wprowadziła się we mnie – dosłownie – głęboka kontemplacja. Trzeciego dnia cisza zaczęła się rozpychać. Zajęła kanapę, potem kuchnię. W końcu zamieszkała też w moim spojrzeniu. Gdy sąsiadka zapytała, jak mi się żyje z nową współlokatorką, odpowiedziałam: „Super, tylko trochę… pusto”. Sąsiadka się roześmiała. Cisza nie. Czwartego dnia cisza zaczęła przestawiać meble. Przeniosła łóżko w stronę ściany, zasunęła firanki, i powiedziała: „Tu się teraz będzie spało spokojniej.” Nie protestowałam. Po prostu usiadłam w kącie i udawałam dekorację. Piątego dnia zaczęłam mówić do niej na „ty”. – Zrobisz mi herbatę? – … – Dobrze, rozumiem. Sama zrobię. Czasem mam wrażenie, że się do mnie przyzwyczaiła. Czasem wydaje mi się, że mnie lubi. A czasem, kiedy w nocy zbyt głośno myślę, słyszę, jak wychodzi z pokoju i trzaska drzwiami — całkiem bezgłośnie, rzecz jasna. Z jednej strony cisza, z drugiej ja. Mieszkamy razem. Nie kłócimy się, nie gadamy, nie przeszkadzamy sobie. Idealny związek, gdyby nie to, że czasem chciałabym usłyszeć swoje własne imię — choćby szeptem, choćby przez sen, choćby z ust kogoś, kto istnieje trochę głośniej niż ona.
.

.
Z jednej strony cisza, z drugiej ja — i w końcu nadszedł ten moment, kiedy trzeba się rozstać. Nie dlatego, że coś się stało. Właśnie dlatego, że nic się nie stało. I to nic zaczęło mnie przytulać zbyt mocno. Początkowo próbowałam subtelnie. Otwierałam okno, żeby wpuścić trochę świata — może hałas z ulicy, może szczeknięcie psa, może jedno zbłąkane „dzień dobry” od sąsiadki. Ale cisza zamykała je po cichu, z taką gracją, że nawet skrzydło się nie poruszyło. Powiedziała nagle: „Nie potrzebujesz innych dźwięków. Ja ci wystarczę.” Ale nie wystarczała. Zaczęłam tęsknić za rozmową — nawet za tą niezręczną, o pogodzie, albo o tym, że cukier znowu się skończył. Tęskniłam za czyimś śmiechem, który rozlewa się po pokoju jak słońce w niedzielny poranek. A cisza patrzyła na mnie z tym swoim spokojem, jakby chciała powiedzieć: „Śmiech przemija. Ja zostaję.” I to właśnie mnie przeraziło. Więc spakowałam kilka myśli, dwa sny i jedną niedokończoną rozmowę, którą kiedyś obiecałam sobie dokończyć. Powiedziałam jej: – Ciszo, muszę iść. Nie odpowiedziała. Oczywiście, że nie. Ale wydawało mi się, że lekko zadrżało powietrze, jakby westchnęła. Zostawiłam jej klucz na stole. Wychodząc, potknęłam się o własne milczenie — trochę jej, trochę moje. Drzwi zamknęły się bez dźwięku. Na ulicy pierwszy raz od dawna usłyszałam hałas: samochód, rozmowę, śmiech, ktoś upuścił butelkę i przeklął z pasją godną poetów. I pomyślałam — jak cudownie niedoskonale brzmi życie. Z jednej strony cisza, z drugiej ja — już osobno, a między nami echo, które teraz wreszcie ma co powtarzać.
.

.
Z jednej strony cisza — gdzieś daleko, jak była miłość, której się nie wyrzuca, tylko odkłada na półkę. Z drugiej ja — już trochę odrosłam, już potrafię śmiać się na głos i nie przepraszać za echo. Czasem, gdy zasypiam, dzwoni. Nagle wszystko cichnie, jakby świat wstrzymał oddech, a ja wiem, że to ona. Nie mówi nic. Nie musi. Wystarczy, że przez moment znowu czuję w powietrzu ten dawny spokój, ten niepokój, tę bezdźwięczną znajomość. Ale teraz mam współlokatorkę — życie. Trochę bałagani, zostawia hałas wszędzie: w kuchni, w sercu, w myślach. Przynosi ludzi, śmiech, zbyt głośną muzykę, i czas by móc np myśleć o sensie istnienia kubka. Czasem mnie to męczy, ale kiedy idę spać, wolę zasypiać w szumie świata niż w pustce. Cisza czasem pisze listy. Zostawia je w przerwach między słowami, w oddechach, w chwilach, gdy zbyt długo patrzę w okno.
Pisze: „Nie zapomniałam o tobie. Ustąpiłam muzykę tylko miejsca, żebyś miała komu opowiadać swoje myśli.” I wtedy się uśmiecham. Bo wiem, że ona też tęskni — w swoim stylu: bez dźwięku, bez dramatów, z godnością kosmicznego tła. Z jednej strony cisza, z drugiej ja. Pośrodku życie — głośne, nierówne, cudownie niezdyscyplinowane. A kiedy czasem, przez przypadek, spotykamy się z ciszą na rogu myśli, kiwamy sobie głowami. Bez słów. Z szacunkiem. Jak dwie kobiety, które kiedyś mieszkały razem i wiedzą o sobie wszystko, czego nie da się powiedzieć.
.

.
Minęły lata. Z jednej strony ja — starsza, głośniejsza, z sercem pełnym rozmów i kubkiem z wyszczerbionym uchem, który mimo wszystko wciąż trzyma ciepło. Z drugiej strony cisza — ta sama, choć jakby dojrzalsza. Już nie taka monumentalna, co kładzie się ciężarem na klatce piersiowej, raczej jak koc, który ktoś zostawił na fotelu: ciepły, znajomy, trochę pachnie wspomnieniem. Spotykamy się przypadkiem, jak stare znajome, które kiedyś się kochały, ale teraz potrafią rozmawiać bez ostrych krawędzi w głosie. Nie umawiałyśmy się. Po prostu pewnego wieczoru świat ucichł — i ona była.
– Długo cię nie było – mówię, siadając przy oknie.
– Byłam – odpowiada cisza, choć właściwie to ja odpowiadam za nią.
– Po prostu nie miałaś już mnie słuchać, więc odeszłam.
Nie ma w tym żalu. Tylko ta stara, dobra melancholia, co zawsze siada między nami jak trzecia przy stole. Patrzymy przez szybę na świat, który krzyczy: samochody, dzieci, muzyka z sąsiedniego mieszkania, kot, który postanowił się wypowiedzieć w języku istnienia. I w tym hałasie cisza wygląda spokojnie. Jak ktoś, kto w końcu zrozumiał, że nie musi wygrywać, żeby być potrzebny.
– Wiesz – mówię – kiedyś bałam się, że jeśli odejdziesz, to zniknę razem z tobą. Cisza się uśmiecha.
– A jednak mówisz. Oddychasz. Śmiejesz się. Widzisz? Zawsze miałaś własny głos. Ja tylko trzymałam ci go w zastawie.
.

.
Z jednej strony cisza, z drugiej ja. Już bez wojny, bez ucieczki. Siedzimy razem jak dwie kobiety, które przeżyły tę samą opowieść, tylko z różnych końców zdania. I w tej chwili – w tym miękkim, spokojnym nic – zdaję sobie sprawę, że cisza nie jest końcem dźwięku.
Jest jego oddechem.
Więc siedzimy.
Nie po to, by milczeć.
Tylko po to, by odpocząć od mówienia.
Dominika Caddick
No to mnie Dominisiu ustrzeliłaś ❤️❤️❤️
Ucieszność