
.
Niemrawa wizja przyszłości
.
Michał delikatnie uchylił stare, zniszczone drzwi. Spoconą dłonią ujął szorstką od kurzu klamkę. Przełknął ślinę i nieśmiało przekroczył próg mieszkania. Głęboko wciągnął powietrze. Pachniało stęchlizną, kulkami na mole i dymem. Nie mógł pozbyć się wrażenia, że to dym tytoniowy.
– Dzień dobry. – Powiedział niepewnie, starając się ukryć zdenerwowanie.
Rozejrzał się dookoła, jednak półmrok panujący w pomieszczeniu nie pozwalał na dostrzeżenie wielu szczegółów. Stał w przedpokoju. Nie miał pojęcia, co dalej powinien zrobić. Pierwszy raz w życiu był u wróżki. Nagle wiszące w przejściu do pokoju koraliki poruszyły się. Pomiędzy sznurkami błyszczących iskierek pojawiła się ona, przygarbiona i pomarszczona staruszka.
– Dzień dobry. Wejdzie. – Machnęła ręką w jego stronę nakazując iść za sobą.
W ciszy skierował się za kobietą. Szła powoli, szurając butami. Rozglądał się dyskretnie, jednak pokój rozświetlały tylko porozstawiane gdzieniegdzie świece. Usiadł na wskazanym taborecie. Przed nim stał stół nakryty koronkowym obrusem Na blacie stał trzyramienny świecznik, oblepiony woskiem i szklana kula.
– Co chciałby wiedzieć? – zachrypiała babcia.
Nie mógł oprzeć się wrażeniu, że jej głos brzmiał jakby przez ostatnie dziesiąt lat wypalała trzy paczki papierosów dziennie. Byłoby to o tyle dziwne, że od dekady palenie tytoniu było nielegalne , Można było za to, trafić za kratki, bez możliwości zawieszenia kary. Prawdopodobnie robiła to nielegalnie. Wytarł spocone dłonie o spodnie.
– Chciałem spytać o przyszłość. Muszę wiedzieć, czy to co robię ma sens.
– A co ty kochaneczku takiego robisz?
– Jestem pisarzem, ale naszły mnie ostatnio wątpliwości. Nie wydałem nic od ponad roku i niestety wygasła mi licencja.
– Masz pieniądze? – Zapytała wróżka. Dobrze wiedziała, że przedstawiciele tego zawodu z reguły nie śmierdzą groszem.
Kiwnął jedynie głową. Jego ostatnie książki sprzedawały się na tyle dobrze, że mógł pozwolić sobie czasem na jakieś fanaberie. Kobieta usiadła na fotelu, który stał po przeciwnej stronie stołu. Trzykrotnie stuknęła w szklaną kulę znajdującą się na środku blatu. Atrybut wróżki rozbłysł mdłym światłem. Po chwili zauważył logo przedstawiające czarownicę na miotle, które rozmyło się bardzo szybko. Zdziwiony spojrzał na staruszkę.
– Mam oryginalny sprzęt. Na licencji. – Pomruczała coś jeszcze pod nosem.
Bezmyślnie przyglądał się wzorom, które wyświetlały się wewnątrz kuli. Zaczął mrugać. Tak niewielki ekran jest niezdrowy dla oczu. Tego był pewien. Nagle z plątaniny szlaczków, twarzy i liter zaczął wyłaniać się obraz. Zmrużył oczy i zobaczył samego siebie.
– Patrzy – wyszeptała babcia, spoglądając na klienta. – Nie tu patrzy. Na monitor.
Rozejrzał się po pokoju nie rozumiejąc nic z tego co usłyszał. Kobieta wstała z fotela, poprawiła garb, który zsunął się na prawą stronę i uklękła obok stołu.
– Cholerne USB. – Marudziła wstając powoli. – Mówiłam na przeglądzie, że coś nie łączy. Wyśmiał mnie smarkacz jeden, to rzuciłam na niego urok impotencji. Ze mną się nie zadziera. No teraz powinno działać. Patrzaj pan.
Usiadła powoli na swoim miejscu i obydwoje spojrzeli na czterdziestocalowy telewizor wiszący na ścianie.
Michał siedział w ciasnym korytarzu, gdzie królował brudny odcień szarości, a petenci siadali na krzesłach, które były pomazane i poobklejane w miejscach gdzie pękał plastik. Był ostatnim oczekującym tego dnia. W dłoniach trzymał papierową teczkę, na której starannie wykaligrafowane zostały jego imię i nazwisko. Cały czas przyglądał się drzwiom, na których widniała plakietka: „Komisja artystyczna. Petentów przyjmuje się od poniedziałku do środy w godzinach 22:00 – 23:30. Obowiązują godziny ustalone telefonicznie”. Przy najmniejszym dźwięku napinał się, a w jego oczach widać było panikę. W końcu drzwi uchyliły się i stanęła w nich siwowłosa kobieta z mocno zaciśniętymi ustami. Zbladł jeszcze bardziej i spojrzał na nią z przerażeniem.
– Zapraszam.
Jej słowa przeczyły wyrazowi twarzy. Przepuściła młodego człowieka i skierowała się ku siedzącej pod ścianą trzyosobowej komisji. Wskazała mu krzesło, samotnie stojące naprzeciw urzędników, a sama usadowiła się nieopodal, przed komputerem. Usiadł w milczeniu. Czuł, że dłonie pocą mu się, a w gardle zaschło. Z lękiem przyglądał się ludziom siedzącym za stołem. Wszyscy zajęci byli przeglądaniem zawartości teczek z jego nazwiskiem. W końcu po dłuższej chwili (która dla petenta wydawała się nieznośnie długa), mężczyzna siedzący po środku chrząknął znacząco i spojrzał przed siebie, lekko zsuwając okulary z nosa.
– Nie widzę podania o przedłużenie licencji. – Jego głos brzmiał jak grom podczas burzy.
– Składałem – Michał zaczął niepewnie. – Razem z zestawem dokumentów.
– W dokumentach nie ma żadnego wniosku. Czy panie widziały podanie tego pana? – Zwrócił się do kobiet siedzących po obu jego stronach.
Obie wyglądały jak siostry siedzącej z boku asystentki. W odpowiedzi na pytanie, pokiwały jedynie przecząco głowami, zajęte studiowaniem zawartości teczek.
– Bez podania nie będziemy w stanie aktualizować koncesji pisarskiej.
Zdawało się, że przewodniczący za moment uderzy pięścią w stół. Michał skulił się wystraszony. Nie wiedział jak powinien się w tej sytuacji zachować. W końcu zebrał się na odwagę.
– Mam podanie przy sobie. – Przełknął ślinę. – W trzech egzemplarzach.
– To czemu nic pan nie mówi? – z pretensją w głosie odezwała się urzędniczka z prawej strony. – Pani Marysiu.
Sekretarka zerwała się z krzesła i podeszła do młodego człowieka. Bez słowa wyciągnęła rękę w jego stronę. Dopiero po chwili domyślił się, że ma jej dać wspomniane druki urzędowe. Mając je w ręku skierowała się z powrotem na swoje miejsce, gdzie na każdym z egzemplarzy przybiła po dwie pieczątki, a następnie złożyła zamaszysty podpis. Dopiero gdy skończyła, podała zaakceptowane papiery pracownikom urzędu. Skupili się oni od razu na treści wniosku, jakby szukając błędu, który odeśle pisarza z powrotem do domu. Nie znajdując takowego, pokiwali jedynie głowami.
– Dlaczego przez rok nie wydał pan żadnej książki? – Odezwała się w końcu kobieta z lewej strony. – Nagle się panu przypomniało, że jest pan pisarzem?
– Nie – młody człowiek zaprzeczył cicho. – Autokorekta zajęła mi więcej czasu niż myślałem.
– Czyli to nie jest dobra książka, skoro tyle czasu ją pan poprawiał. Gdyby napisał ją pan od początku tak jak trzeba…
– Nie, nie… – przerwał jej pisarz. – W trakcie pisania postanowiłem pozmieniać wątki. To nie znaczy, że to zła książka. To bardzo dobra książka.
Zamilkł widząc, że wszyscy patrzą na niego z wyrzutem. Poczuł jak na policzkach pojawia się rumieniec. Zrozumiał, że swoją postawą może zniweczyć marzenia o kolejnej książce.
– Wszedł pan w słowo urzędnikowi państwowemu. – Sekretarka zwróciła mu uwagę. – Następnego upomnienia nie będzie. Proszę pamiętać, że za ten występek grozi kara zawieszenia w prawach twórcy na lat pięć z wpisem do akt. Możliwość wykreślenia wpisu następuje dopiero po dziesięciu latach. Zrozumiano?
Zmieszany i wystraszony pokiwał jedynie głową. Wytarł spocone dłonie o spodnie i głęboko wciągnął powietrze. Kilkukrotnie zamrugał powiekami, modląc się w duchu by nikt nie zwrócił uwagi na zaszklone oczy.
– Czy możemy kontynuować?
– Tak. Przepraszam.
– Z tego co widzę, to pisze pan książki zawierające treści o charakterze wywrotowym. – Kobieta po prawej skrzywiła się. – Co to za tytuły? „Śmierć kłamcy”, „Kamieniem w winowajcę”, „Cmentarzysko wyrzutków” albo proszę, ostatnia „ Kto widział złodzieja”? Brzmią jak teksty buntujące przeciw władzy.
– Czy, czy czytała pani choć jedną z moich książek?
– Nie. Po co? Pytam pana. Jeśli uznam, że nie podoba mi się odpowiedź zwrócimy się do krytyka literackiego, który zostanie powołany z urzędu, aby przyjrzeć się pańskiej twórczości.
– Piszę kryminały, ale nieszkodliwe. Nie mają wydźwięku antypaństwowego. Nie zawieram w moich książkach nic co znajduje się na liście treści zakazanych.
Trzy głowy poruszyły się z aprobatą. Wszyscy wiedzieli przecież, że każdy z artystów składający podanie o licencję jest dokładnie prześwietlany. Wydział Kontroli Praworządności Obywateli sprawdza nie tylko twórczość, ale i życie prywatne twórcy.
– No cóż. – Siedzący po środku mężczyzna podrapał się w łysą czaszkę. – Jaki jest tytuł najnowszej książki?
– „Dolina wisielców”. – Michał chrząknął. Zdawał sobie sprawę, że tytuły jego książek nie przemawiają na jego korzyść.
– Rozumiem, że nie wysyła jej pan jeszcze do wydawnictw?
– Nie mam licencji, więc byłoby to nielegalne.
– Tak, ma pan rację. Proszę przybliżyć radzie treść książki.
Przełknął ślinę. Trenował w domu opowieść o fabule tysiące razy. Wiedział, że źle dobrane słowa mogą skreślić szansę na pisanie.
– To historia chłopaka, który po śmierci rodziców zamieszkał z dziadkami. Niedługo po jego przybyciu, mieszkańcy zaczynają znajdywać swoich bliskich: martwych, wiszących na drzewach w parku. Giną tylko dorośli mężczyźni. Główny bohater zostaje oskarżony, a w trakcie śledztwa okazuje się, że komendant policji jest skorumpowany i szuka kogoś, kogo można bezkarnie wrobić, ponieważ wszystkie zgony to efekt testowania nowej broni przez naukowców pracujących na uniwersytecie.
– Brzmi interesująco – urzędnik wpisał uwagę do dokumentów. – Jednak nie wyda pan tej książki. Jej treść może spowodować niezadowolenie społeczeństwa z aktualnych prac Ministerstwa Obrony.
– Ale, to przecież fikcja literacka. Czytelnicy to wiedzą. – Młody pisarz miał wrażenie jakby grunt usuwał mu się spod nóg.
– Fikcja czy nie, pani Marysiu wpisze pani, że „Dolina wisielców” nie ma prawa ukazać się drukiem.
W pokoju słychać było miarowe stukanie klawiatury. W końcu drukarka wypluła dokument w trzech egzemplarzach, który znalazł się w papierowych teczkach, oraz w systemie. Zdawał sobie więc sprawę, że nie ma szans na wydanie książki nad którą pracował prawie dwa lata. Miał jedynie nadzieję, że pomimo nieciekawej sytuacji dostanie pozwolenie na pisanie. Ma jeszcze zbiór opowiadań, które napisał w między czasie.
– A licencja? – Zapytał prawie szeptem.
– Licencję dostanie pan… – Przewodniczący spojrzał w dokumenty. – …na pięć lat. Myślę, że to dobry czas. Poprzednie były na półtora roku, nie będziemy pana tak bez przerwy ganiać.
– Dziękuję. – Michał wstał niepewnie. Zachwiał się delikatnie, jednak szybko złapał równowagę.
Wyszedł nie oglądając się za siebie. Spojrzał na zegarek. Późno. Musi się spieszyć, żeby być w domu przed godziną policyjną. Miał ochotę na kielicha, jednak o tej porze nie kupi i tak żadnego alkoholu. Zostają mu prywatne zapasy, z których skorzystał od razu po zamknięciu drzwi wejściowych do mieszkania. Włączył muzykę, jednak nie za głośno. Nie chciał nalotu policji obyczajowej.
– Jeszcze tego by brakowało. Co za chory kraj, żeby tak upodlać artystów.
Wyłączył główne światło i włączył lampkę nocną. Kiedy kończył trzecią szklankę napoju alkoholowego, który zresztą kupił nielegalnie od sąsiada z parteru, usłyszał pukanie do drzwi. Spojrzał na zegarek, druga. W takich chwilach jak ta, żałował, że nie posiada w drzwiach judasza. Lekko uchylił drzwi. W progu stała kobieta koło pięćdziesiątki, którą skądś kojarzył. Po trzech szklankach wódki nie był w stanie przypomnieć sobie skąd. W milczeniu wpuścił gościa do środka. Na trzeźwo nie popełniłby tego błędu.
– Dzień dobry panie Michale. Pan wybaczy, że niepokoję.
– Dzień dobry. Czy my się znamy? – Patrzył na kobietę zaskoczony.
– Anna Zaoska, starszy referent w urzędzie do spraw kultury.
– A! Lewa strona!
– Słucham? – Zdawała się nie rozumieć.
– Pani siedziała po lewej stronie.
– Tak, to ja. – uśmiechnęła się nieznacznie. – Czy możemy usiąść? Przyszłam w sprawie „Doliny wisielców”.
– Dobrze, zapraszam. Nie mamy o czym rozmawiać, przecież książka jest bez prawa do wydania.
– W kraju, panie Michale.
Rozejrzała się po nader skromnie urządzonym pokoju. Pod oknem stało biurko z komputerem, drukarką oraz krzesło, z którego schodziła farba. Na środku pokoju stał fotel, niewielki stolik kawowy oraz kanapa, na której leżały koc i poduszka. Wszędzie walały się książki i wydruki rozdziałów książek, które aktualnie pisał młody twórca. W aneksie kuchennym panował bałagan, jakiego nie powstydziłby się żaden szanujący się kawaler. Urzędniczka skończyła lustrować mieszkanie i ponownie spojrzała na gospodarza, który wskazał jej fotel. Usiadła.
– Nie rozumiem. – Podrapał się po brodzie.
– Dobrze, wyjaśnię. – uśmiechnęła się przyjaźnie gdy siadał na kanapie. – Jestem nieoficjalnym członkiem stowarzyszenia „Pisarze wygnani” znajdującego się w Australii. Oficjalnym być nie mogę, z wiadomych przyczyn.
– Jest pani tajnym kontaktem? – zainteresował się jak dziecko.
– Można to tak nazwać. Dzięki pracy w komisji jestem w stanie rekomendować stowarzyszeniu naprawdę dobrych autorów i dobre teksty. Niestety ukazują się one za granicą i po angielsku. Dopiero potem tłumaczone są i wchodzą na nasz rynek. Niestety pisarz pisze pod pseudonimem. Rozumie pan?
Pokiwał głową. Rozejrzał się w poszukiwaniu szklanki. Nigdzie nie mógł jej zlokalizować. Wydął usta, zastanawiając się nad słowami, które właśnie usłyszał. Takie wydanie byłoby nielegalne. Gdyby go złapali wylądowałby w więzieniu bez procesu i szansy na obronę.
– Rozumiem, że może się pan wahać, jednak gwarantuje, że nic panu nie grozi, żadnego z naszych autorów jeszcze nie złapali. Staramy się tworzyć takie sztuczne biogramy, żeby brzmiały wystarczająco wiarygodnie. Dodatkowo wydajemy w kraju, który się najbardziej kojarzy z treścią powieści. Naprawdę sto procent pewności.
– Czy ja wiem. – Michał zdawał się nieprzekonany.
– Nie oczekuję, że zgodzi się pan od razu. Czy mogłabym prosić o wersję powieści? Przesłałabym do stowarzyszenia.
Po chwili wahania, które było widać w jego postawie, niepewnie wyciągnął rękę po pendrive. Z ociąganiem włączył komputer i przegrał ostatnią wersję historii. Oddał nośnik pamięci i ponownie usiadł na kanapie. Kobieta schowała niewielki przedmiot w torebce, pożegnała się i obiecując nawiązać kontakt w najbliższym czasie, wyszła. Patrzył na nią i nie mógł zrozumieć jakim cudem w szpilkach nie robi hałasu na klatce schodowej. Zamknął drzwi i postanowił iść spać.
Rano obudziło go walenie do drzwi. Kiedy, przeklinając sąsiada z dołu za jego wódkę z buraków, zwlókł się z kanapy, nie do końca zdawał sobie sprawę z tego gdzie się znajduję, ani jaka jest pora dnia. Jak stał, czyli w samych majtkach, skierował się w stronę drzwi. Żałował, ze pierwszych kroków nie zrobił do łazienki. Kiedy przekręcił klucz, drzwi otworzyły się i do mieszkania wpadło czterech policjantów z patrolu obyczajowego w kominiarkach. Rzucili się na niego i w mgnieniu oka znalazł się na ziemi przygnieciony przez cztery potężne ciała. W końcu zakuli go w kajdanki i podnieśli. Kiedy wisiał w powietrzu, trzymany w żelaznym uścisku przez dwóch przedstawicieli prawa, do mieszkania wszedł przewodniczący komisji artystycznej. Był jednocześnie komendantem policji obyczajowej. Michał patrzył na niego wystraszony. Nagle jego pęcherz nie wytrzymał. Widział obrzydzenie w oczach urzędnika.
– No, no.
Dowódca wyciągnął zdjęcie, na którym widać było wczorajsze spotkanie Michała z Zaoską. Podszedł bliżej starając się nie wdepnąć w kałużę moczu i pokazał zdjęcie tak by przestępca mógł je obejrzeć.
– Jest pan aresztowany za próbę działalności przeciwko krajowi. Spędzi pan piętnaście lat w więzieniu, a licencję stracił pan dożywotnio.
W tym momencie na monitorze nastała ciemność. Cisza dźwięczała w uszach. Młody człowiek zasłonił z przerażeniem oczy dłońmi. Chciało mu się płakać i krzyczeć. Najlepiej teraz i najlepiej jednocześnie.
– To nieciekawa ta pańska przyszłość. – Babcia w końcu przerwała ciszę stukając palcami o blat stołu.
– Co ja mam w takim razie zrobić? – zapytał desperacko. – Pani się zna na tych rzeczach. Niech mi pani doradzi. Błagam.
– No nie wiem, może przestać się wygłupiać i zająć się czymś pożytecznym?
– Niby czym mógłbym się zająć? Przecież nawet studia skończyłem z twórczego rozwoju.
– Panie! – Zirytowała się wróżka. – Jestem tylko wróżką. Czterdzieści pięć euro się należy.
Pierwsze co zrobił po wyjściu z budynku, to skierował się do marketu budowlanego. Póki pamiętał, kupił wszystkie niezbędne rzeczy do zamontowania judasza w drzwiach. Bez przerwy myślał jak wybrnąć z tego ambarasu, w który się niewątpliwie wkręci. Musi zdobyć licencję, nie ma innego wyjścia. W domu rzucił wszystko na podłogę i sięgnął za kanapę po butelkę schowaną na czarną godzinę. Bez dwóch zdań takowa właśnie nadeszła. Włączył komputer z mocnym postanowieniem przygotowania się do spotkania z komisją. Nie da się zaskoczyć, o nie. Kiedy przekonywał sam siebie, że będzie dobrze, usłyszał pukanie. Powoli, na palcach podszedł i lekko ujął klamkę. Uchylił drzwi i wyjrzał przez szparę.
– Tak? – zapytał, podejrzliwie mrużąc oczy.
– Dzień dobry.
W progu stała kobieta koło pięćdziesiątki. Uśmiechała się przyjaźnie, a w ręku trzymała jakiś papier.
– O nie! – Krzyknął przerażony. – Nie ze mną te numery. Zgłoszę wasze nielegalne działania na policję. Niczego od was nie chcę.
Z trzaskiem zamknął drzwi. Przekręcił klucz w zamku. Rozdygotany podbiegł do kuchni i wypił na raz zawartość szklanki. Po drugiej stronie drzwi stała zdziwiona kobieta.
– Policję? – Wyszeptała tylko.
Po co godziła się na tę pracę? Chciała tylko dorobić, a tu jak nie podrywacze, to furiaci. Powoli odwróciła się i skierowała ku schodom na wyższe piętro. Westchnęła nad swoim losem, chowając do torebki informację o podwyżce czynszu.
Kamila Ciołko-Borkowska