.

Nieszczęśliwe zakończenie

.

Karol z westchnieniem ulgi otrzepał dłonie z kurzu. Właśnie wniósł do domu ostatni karton. Kolejny etap przeprowadzki przebiegł zgodnie z planem. Wyjrzał przez okno. Słońce świeciło południowym blaskiem, ptaki śpiewały radośnie, a zieleń łąki działała kojąco. Gratulował sobie pomysłu przeprowadzki na wieś. Rozejrzał się po dobytku i po raz kolejny ucieszył się, że nie potrzebował dużo do szczęścia.

– Kilka dni i będę u siebie – powiedział z szerokim uśmiechem. 

Meble stały już na swoich miejscach, zostały jedynie drobiazgi i zgodnie z planem, po kilku dniach, wszystko było już rozpakowane. W nagrodę postanowił przejść się po wsi. Może uda mu się porozmawiać z sąsiadami. Miał świadomość tego, że jako miastowy mógł wzbudzać nadmierne zainteresowanie wśród starszego pokolenia. Z rozmów z pośrednikiem nieruchomości wiedział, że większość rodzin z dziećmi przeniosła się do miasta. Liczył więc na ciszę i spokój, których brakowało mu w mieście.
Spacerował więc poboczem asfaltowej drogi i podziwiał widoki. Asfalt był świeży, a chodnik dopiero w planach. Zerknął na swoje zakurzone stopy w sandałach, kiedy jego uszu dobiegło głośne: „Szczęść Boże!”. Rozejrzał się zdziwiony, nie zauwżył bowiem nikogo. Nieopodal starsza kobieta opierała się o płot i uśmiechała przyjaźnie. Spojrzał szeroko otwartymi oczyma w jej kierunku i palcem wskazał na siebie. Staruszka pokiwała głową. 

– Dzień dobry – odpowiedział niepewnie.
– Pan jesteś ten sławny pisarz, – spytała głośno, kiedy podszedł bliżej. – co to wprowadził się do chaty po Jesienicach?
– Kupiłem mały, drewniany domek pod lasem. 

Nie miał zielonego pojęcia kim byli Jesienicowie. Nie wiedział przecież nic o ludziach mieszkających we wsi. Pomimo faktu, że zawodowo zajmował się pisaniem i sporo czasu spędzał samotnie, bardzo lubił kontakt z ludźmi. Ich historie zawsze powodowały, że wpadał na pomysł nowej książki. 

– To chałupa Jesieniców – kontynuowała, otwierając bramkę. – Wejdź pan, stary się ucieszy, że cię pozna. 

Ruszył za kobietą do domu. W chłodnej sieni zdjął buty i wszedł za gospodynią do sporej kuchni. Wskazała mu krzesło przy stole i nie pytana o nic podała mu kwaśnego mleka w kubku. 

– Najlepsze na upały – odparła, gdy spojrzał na nią pytająco.
– A ci Jasienicowie – spytał, rękawem wycierając wąsy po mleku. – Dawno temu przenieśli się do miasta?

Kobieta spojrzała na niego zdziwiona. Zanim jednak odpowiedziała, otworzyła szerzej okno kuchenne i lekko się przez nie wychyliła. 

– Włodek! – krzyknęła. – Choć no do chałupy.
– To ty dziecko, nic nie wiesz? – Spytała go siadając po drugiej stronie stołu. – Oni pomarli wszyscy.
– Razem? – Prawie zakrztusił się mlekiem.
– Nie, nie razem. – Gospodyni machnęła ręką. – Biesy ich jakieś w zaświaty zabrały. 

Nie wiedział czemu, zdanie to, kobieta wypowiedziała prawie szeptem, jakby bała się tego co może ono spowodować.  W tym momencie do domu wszedł gospodarz – Szczupły, wysoki, z pokaźnym siwym wąsem. Uścisnął dłoń gościowi, a ten miał wrażenie, że starzec zmiażdży mu dłoń. Starał się nie pokazać po sobie zaskoczenia, jakie spowodowała siła gospodarza. Rozmowa była bardzo przyjemna Włodzimierz i Wanda byli bardzo wesołymi ludźmi. Ciekawscy sąsiedzi wypytywali go o powód przeprowadzki i inne osobiste sprawy. W końcu, pojawił się też, po raz kolejny, temat poprzednich właścicieli domu pod lasem. 

– Uważaj chłopcze jednak – przestrzegł go Włodek. – Tam biesy jakie się czają.
– Jasienicom najpierw syn utonął. – Maria wstała z krzesła i podeszła do wielkiego kredensu. – To cała rodzina Jesieniców. – Podała mu wycinek z regionalnego dziennika.
– W gazetach o nich pisali. – Starzec wskazał palcem na kawałek papieru. – Ale to nie był powód do radości.
– Cała wieś żyła w strachu – wyszeptała kobieta.
– Ciii… – Mąż pokiwał przecząco głową. 

Karol patrzył na nich szeroko otwartymi oczyma. Wiedział, że to wszystko nada się świetnie na materiał do kolejnej książki. Starał się nie uronić ani słowa, z tego co słyszał.  Obserwował ich zachowanie i mimikę, po to żeby później wszystko skrzętnie opisać. Uwielbiał ten stan. Ujął w ręce wycinek z gazety i spojrzał na zdjęcie. Czteroosobowa rodzina na tle domu, który kupił. Rodzice stali dumni, między nimi dzieci: z przodu wspomniany pięciolatek, a z tyłu nieziemsko piękna blondynka (czarnobiałe zdjęcie pozwalało się jedynie domyślać koloru włosów dziewczyny). Najpewniej była to ich córka. 

– On miastowy, Włodek – powiedziała z wyrzutem do męża. – I tak nie uwierzy. Ilu miastowych przyjeżdżało tu i śmiało się z nas?
– Dlaczego miałbym wam nie wierzyć? – Karol wolał utwierdzić ich w przekonaniu, że nie jest zwykłym miastowym.
– Wiesz chłopcze… – zaczął niepewnie Włodek. – My tu na wsi mamy lepszy kontakt z naturą. Stare bóstwa nas wcale nie opuściły. Ksiądz z ambony, w którąś niedzielę mówił, że to tylko zabobon.
– Ale rychło zmienił zdanie, jak go Jasienicówna w południe na miedzy złapała. – Staruszka uniosła w górę palec. – Wytargała go południca jedna, aż oszalał. Szybko nam proboszcza zmienili. 

.

.

Karol, w końcu, pożegnał się z sąsiadami i ruszył do domu. Rozmyślał o  zasłyszanej właśnie historii. Nie zastanawiał się nad tym, czy była prawdziwa, czy też nie. To go wcale nie interesowało. Najbardziej fascynująca była jej przydatność do stworzenia fabuły, a ta zaczynała się klarować w pisarskiej głowie.Po powrocie do domu, wybrał się na strych. Wcześniej już tam zaglądał i zdawało mu się, że widział tam jakieś kartony, i miał rację. Zniósł je na dół. W środku były zdjęcia rodzinne. Ucieszył się, bo mogły mu się przydać w pracy nad nową książką. Ustawił sobie przyniesione fotografie w pięknych ramkach na stole w pracowni i zapatrzył się na nie. Jednak najbardziej przyciągała jego uwagę, wspaniałej urody dziewczyna. Jej blond włosy lekko opadały na ramiona. Uśmiech natomiast, wyglądał jakby dziewczyna śmiała się właśnie do niego. W końcu, zmęczony psychicznie, poszedł spać. Obiecał sobie od rana zabrać się do pracy. Poprzednia książka była już na etapie druku i wędrówki do księgarń, więc był to idealny moment na rozpoczęcie nowej książki. Zmarnował sporo czasu przez przeprowadzkę, jednak czuł, że potrzebował takiej przerwy. Wróci do pisania pełen werwy. Usiłował zasnąć, długo przewracając się z boku na bok. Kiedy udało mu się wreszcie zapaść w sen, śniła mu się rodzina Jasieniców, siedząca przed domem. Rodzice zmasakrowani przez wypadek, syn umazany mułem i z pijawkami na twarzy. Jedynie córka, w długiej lnianej sukni i rozpuszczonymi włosami, biegała po łące razem z wiatrem. Zaraz potem pojawił się ksiądz, powtarzający, że to jednak nie zabobon. 

– Miej nas, o Panie w opiece – mamrotał spierzchniętymi ustami i z obłędem w oczach.  – Szatańskie biesy nadchodzą. 

Obudził się cały mokry, kiedy we śnie dziewczyna podfrunęła do niego i prosto do ucha wyszeptała jego imię. Jej gorący oddech parzył i miał wrażenie, że sam płonie. Zaczął więc krzyczeć i wołać o pomoc. Długo nie mógł dojść do siebie. Świtało, gdy jego oddech się uspokajał. Wytrącony z równowagi, ponieważ pierwszy raz w życiu miał problem ze snem, przeniósł się do pracowni. Usiadł na obrotowym fotelu, przed komputerem i przysnął na moment, jednak i tym razem śniła mu się córka poprzednich właścicieli domu. Dla odmiany teraz, wołała go swoim śpiewnym głosem z daleka. Wiedział, ze to ona i wiedział, że jest za którymś z drzew. Bawiła się z nim śmiejąc się perliście. Nie miał zielonego pojęcia skąd u niego ta wiedza i pewność. Jednak szedł w kierunku wesołego głosu, w końcu pojawiła się ONA. Wyciągała w jego stronę szczupłe ramiona i wzywała go nie otwierając nawet ust. Coś go ciągnęło w jej kierunku i nawet gdyby nie chciał musiałby iść. To było silniejsze niż jakakolwiek inna siła. Czuł, że musi zanurzyć twarz w złocistych włosach i wciągnąć z nozdrza zapach wiosennego wiatru, którym dziewczyna na pewno pachniała. 

Kiedy się obudził, słońce stało w zenicie. Upał dawał mu się we znaki i czuł ogromne pragnienie. Zamiast zjeść śniadanie, wypił pół butelki wody stojącej w lodówce. Czuł się rozbity psychicznie. Sam nie wiedział co myśleć. Pamiętał, że obiecał sobie zacząć dziś pisać, jednak nie był w stanie skupić się na niczym. Ubrał się więc i wyszedł z domu, potrzebując odrobiny ruchu. Od zawsze spacer pomagał mu uporządkować myśli. Liczył, że i tym razem wróci do domu gotowy do działania, spokojny i wyciszony. 

.

.

Nie chcąc nikogo spotkać, skręcił w stronę pola. Nie miał siły na rozmowy. Kurz unosił się z każdym jego krokiem. Żałował, że nie wziął z domu wody. Nadgarstkiem wytarł pot z czoła, a następnie otarł rękę spodnie. Dysząc ciężko postanowił jednak wracać. Spacer nie był chyba dobrym pomysłem. Usiadł na chwilę pod drzewem, żeby nabrać sił. Rozejrzał się dookoła i zdawało mu się, że od strony wsi ktoś nadchodzi. Z miejsca gdzie siedział nie było widać zabudowań, jedynie zarośnięte i zaniedbane pola. Kiedy postać zbliżyła się do niego zauważył, że postać owa nie idzie a raczej płynie, nie dotykając stopami ziemi. Kiedy była już wystarczająco blisko, rozpoznał w niej wreszcie dziewczynę o której śnił. Nie miał siły uciekać, zresztą, nieznana mu dotąd siła, nie pozwolił mu ruszyć się z miejsca. Z trudem wstał i oparł się o chropowaty pień drzewa. Południca uśmiechała się, wyciągając ręce w jego stronę. Przechyliła na bok, przystrojoną w kwietny wianek głowę  i wypowiedziała jego imię. Poczuł, że jest mu jeszcze bardziej gorąco. Kiedy usta dziewczyny spoczęły na jego ustach, odniósł wrażenie, że jego twarz płonie. Kiedy ułożyła palące dłonie na klatce piersiowej Karola. Jego serce waliło jak oszalałe. Wkrótce potem ręce południcy znalazły się na jego ramionach i w jednej chwili zacisnęły się na szyi, z niebywałą siłą odbierając mu oddech. Dusząc go, w jednej chwili przeistoczyła się z pięknej dziewczyny w krwiożerczą zmorę. Ostatkiem sił wyrwał się z objęć potwora i co sił w nogach pognał w stronę wsi. Ciemniało mu przed oczami i kiedy resztkami sił wbiegł na podwórze Wandy i Włodka padł za ziemię zemdlony.
Zaniepokojona hałasem kobieta ruszyła w stronę bramki. Widząc sąsiada podbiegła i kiedy go dotknęła wiedziała już wszystko. 

– Miej nas, o Panie w opiece – wymamrotał spierzchniętymi ustami, odzyskując na moment przytomność. – Szatańskie biesy nadchodzą.
– Włodek dzwoń po karetkę! – krzyknęła do męża. – Biesy znów przyszły po swoje!

W tej chwili serce pisarza zatrzymało się, a dusza odeszła w stronę unoszącej się lekko w powietrzu pięknej dziewczyny. Objęła ją delikatnie  i zaczęła rozpływać się w powietrzu. Po chwili zniknęli obydwoje, a do wsi wjechała karetka. Wanda wiedziała już, że było za późno. Dla wszystkich było już za późno. Biesy nadchodzą.

Kamila Ciołko-Borkowska

3
0

2 komentarze

  1. Niezwykła historia. Nie wiem, czy to fragment książki czy opowiadania. Ale to nie jest ważne. Dla mnie ta historia ważna jest jako zaskakujący element synchroniczności zjawisk, które mnie spotkały na przestrzeni kilku ostatnich miesięcy. Słuchałam różne książki i w wielu z nich pojawiły się podobne wydarzenia: człowiek szukający ciszy, przeprowadzał się z miasta na – zwykle małą – wioskę. Wkrótce temu człowiekowi zaczynały się dziać i przydarzać dziwne zbiegi okoliczności, niewytłumaczalne zjawiska nie z tego świata, spotkania z osobami uznanymi za martwe. Reszty nie dopowiem, tylko dodam że te książki zaliczono do gatunku obyczajowo-sensacyjnych lub obyczajowo-kryminalnych.
    I właśnie wątek obyczajowo-sensacyjny poruszył mnie w tej historii, zaciekawił mnie i chętnie widziałabym go jako fragment tego typu książki. Ponieważ autorka pozostawia czytelnika z zagadkowymi pytaniami: „Co będzie się działo dalej, czy biesy są wytworem wyobraźni i podświadomości bohaterów książki, czy są prawdziwymi żywymi postaciami, co działo się w tej wiosce zanim pojawił się w niej główny bohater, jaki to ma wpływ na dalsze wydarzenia i dziwne zjawiska, czy będzie potrzebna pomoc policji itd.”?
    Ta historia to świetny pomysł na książkę sensacyjno-psychologiczną. Czy doczekamy się całej powieści?

    Ewa Oliwiecka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *