..

Są tacy idealni

.

Tacy zawsze fajni.

Sierpień, kolejny miesiąc i kolejny list do Ciebie. Dzisiaj napiszę o grze pozorów. Kiedyś grało się w chińczyka czy warcaby, teraz gra się w grę pod tytułem: „Pokaż mi, jak wyglądasz, a powiem ci, kim jesteś”.

Pamiętasz piosenkę, którą wymyśliłam po lekturze książki „4U i gratis”? Nie pamiętasz? Ja też już nie. Piosenka o tym, że wszystko jest na pokaz, na sprzedaż. Sprzedajemy swój wizerunek, aby zdobyć klientów, czytelników, subskrybentów. Aby nasze konto na Insta czy FB rosło w siłę, zbierało niebieskie kciuki, czerwone serduszka i jak najmniej złośliwych komentarzy.

Pokazujemy lepszą wersję naszego życia. Taką, którą lubimy się chwalić. Kiedy wszystko się udaje, kiedy jesteśmy piękni, dobrze wyglądamy, a cienie czy zmarszczki pod oczami wygładza AI.

W mediach społecznościowych nie ma złych dni. Najważniejsze, żeby zdjęcie było dobre, bo przecież nikt nie lajkuje rzeczywistości. Lajkuje się marzenia o szczęśliwym życiu. Szczęśliwe życie na pokaz, takie, którego każdy zazdrości. Uśmiechnięte twarze, zwiewne sukienki, lniane garnitury, a do popicia to, co się akurat sprzedaje. Bo przecież wizerunek musi na siebie zarabiać. Nie może być gorszych dni, złego humoru czy pryszcza na brodzie.

Nie wystarcza nam już pokazywanie rzeczy. Zaczęliśmy pokazywać samych siebie jako produkt. Sprzedajemy osobowość. Sprzedajemy styl życia. Sprzedajemy poglądy. Sprzedajemy nawet własne zmęczenie, jeśli potrafimy je odpowiednio opakować.

„Dzisiaj nie mam siły” — brzmi zwyczajnie.

Ale:

„Dziś wybieram siebie. Potrzebuję zwolnić, odetchnąć i wsłuchać się w swoje potrzeby”, to już jest post.

Najlepiej ze zdjęciem filiżanki kawy, książki i bosej stopy wystającej spod koca. I koniecznie z odpowiednim filtrem. Bo nawet odpoczynek musi mieć dobrą jakość wizualną.

Robimy zdjęcie obiadu, zanim go zjemy.
Robimy zdjęcie miejsca, zanim naprawdę je zobaczymy.
A potem sprawdzamy, ile osób to polubiło.

Coraz częściej zadajemy pytanie: „Czy dobrze wyglądam na zdjęciu?”.

Zdjęcie można poprawić. Można wygładzić zmarszczkę, wybielić zęby, powiększyć oczy, wyszczuplić talię, usunąć człowieka stojącego obok.

Doszliśmy do momentu, w którym nasze życie stało się jedną wielką reklamą. Reklamujemy wszystko: co jemy, co czytamy, z kim się przyjaźnimy. Dobre życie nie wystarcza. Trzeba jeszcze umieć je odpowiednio zaprezentować. Najlepiej w pionie, w dobrej rozdzielczości i z muzyką w tle. Bo jeśli czegoś nie pokazaliśmy, to czy to się naprawdę wydarzyło?

Wyobraź sobie, że wyjeżdżasz nad morze.

Dawniej wystarczyło pójść na plażę, poczuć piasek pod stopami, posłuchać fal i przez chwilę popatrzeć na horyzont. Dzisiaj najpierw trzeba znaleźć miejsce, w którym światło jest odpowiednie. Potem zrobić zdjęcie. Potem drugie, a następnie trzecie. Na pierwszym włosy źle się ułożyły. Na drugim ktoś wszedł w kadr. Na trzecim wyglądamy, jakbyśmy właśnie dowiedzieli się o podwyżce podatków.

W końcu jest zdjęcie.

Więc możemy odpocząć. Oczywiście po opublikowaniu relacji. Bo przecież odpoczynek bez relacji jest trochę podejrzany. Tak samo jak kolacja bez zdjęcia jedzenia. Podróż bez geolokalizacji. Książka bez podkreślonego cytatu. I kot bez własnego konta.

Chociaż z kotem sprawa jest szczególna. Kot przynajmniej ma to wszystko gdzieś. I może właśnie koty są ostatnimi prawdziwymi influencerami.

Niczego nie udają.
Nie mają strategii komunikacji.
Po prostu siedzą na środku stołu i oczekują, że świat się do nich dostosuje.

My natomiast coraz częściej sami stajemy się produktem.

Nie wystarczy być pisarką.
Trzeba jeszcze stworzyć markę pisarki.

Nie wystarczy napisać książkę.
Trzeba mieć zdjęcie z książką.

Najlepiej kilka.

Jedno przy biurku.
Jedno w ogrodzie.
Jedno z filiżanką.
Jedno z zamyśloną miną.

Potem trzeba napisać post, tylko nie za długi, bo ludzie nie czytają długich tekstów. Trzeba wymyślić początek, który zatrzyma uwagę. Najlepiej pytanie: „Czy zastanawialiście się kiedyś…?”

Albo:

„Nie uwierzycie, co wydarzyło się wczoraj…”.

A jeśli naprawdę nic się nie wydarzyło?

Tym gorzej. Trzeba coś wymyślić, bo algorytm nie ma cierpliwości do zwyczajnego wtorku. Algorytm potrzebuje ruchu. Potrzebuje komentarzy. Potrzebuje nas.

I tak oto człowiek, który całe życie marzył o tym, żeby zostać pisarzem, pewnego dnia odkrywa, że połowę czasu spędza na zastanawianiu się, jak poinformować świat, że jest pisarzem.

To trochę tak, jakby piekarz zamiast piec chleb przez cały dzień opowiadał klientom, że jest piekarzem.

„Proszę państwa, jestem piekarzem”.

„A co pan dzisiaj upiekł?”

„Jeszcze nic. Ale zobaczcie, jak pięknie wyglądam w fartuchu”.

I tutaj zaczyna się robić naprawdę zabawnie.

Bo przecież reklama z założenia pokazuje najlepszą wersję produktu.

Nie reklamuje się hotelu:

„Widok z okna jest piękny, jeśli wychylisz się wystarczająco daleko i spojrzysz w lewo”.

A już na pewno nie reklamuje się własnego życia słowami: „Dzisiaj jestem zmęczona, mam zły humor, boli mnie kręgosłup i od rana zastanawiam się, po co właściwie wstałam”.

Chociaż przyznam, że taki post mógłby być całkiem popularny. Może nawet bardziej niż zdjęcie z kieliszkiem wina na tle zachodu słońca. Bo prawda ma jedną ogromną przewagę nad reklamą. Nie musi być idealna.

Bo życie nie jest katalogiem.
Nie jest folderem reklamowym.
Nie jest kampanią promocyjną.

A my nie musimy przez dwadzieścia cztery godziny udowadniać, że jesteśmy szczęśliwi. Może powinniśmy od czasu do czasu żyć bez publiczności. Zrobić coś pięknego i nikomu o tym nie powiedzieć. Przeczytać dobrą książkę i nie wystawić jej na Instagramie. Ugotować obiad i nie zrobić mu zdjęcia. Kupić sukienkę i nie poinformować świata, że ją kupiłyśmy. Napisać kilka dobrych stron i nie ogłosić tego natychmiast.

Bo człowiek nie jest produktem, nie trzeba go ulepszać, opakowywać i reklamować. Wystarczy, że jest. Nawet z pryszczem na brodzie. Nawet z siwym włosem i bez czerwonego serduszka.

Bo przecież są rzeczy, których nie da się sprzedać.

Na szczęście.

Katarzyna Godefroy

6
0

2 komentarze

  1. Wydaje mi się, że nie wszyscy tak robią, że jest to tylko jakaś określona grupa pustych ludzi. Inni są zwyczajni i zwyczajnie żyją. Tak mi się wydaje na podstawie mojego życia. Nie pokazuje siebie i tego co robię zawsze i wszędzie.

  2. Na szczęście nie wszyscy ludzie tak postępują w obecnych czasach. Czasach wszechobecnej reklamy, pokazywania swojego wymyślonego życia, byleby zebrać jak najwięcej klików, polubień. Niestety osoby, które tak postępują stają się wzorcem dla młodych pokoleń na całym świecie. Zanika prywatność, wrażliwość i empatia na prawdziwe i realne problemy dużej części ludzkości, która głoduje, nie ma gdzie mieszkać, nie ma możliwości edukacji dzieci i młodzieży, nie ma dostępu do wody, do opieki medycznej, na problemy ludzi próbujących przetrwać w krajach ogarniętych wojnami.
    Zanika wrażliwość, troska, chęć pomocy, chęć i potrzeba wspierania osób w trudnej sytuacji, żyjących nie tylko obok i wokół nas (sąsiadów, starszych i chorych, lub sąsiadów niepełnosprawnych lub z niepełnosprawnymi dziećmi) ale i znajomych bliższych lub dalszych.
    I najgorsze chyba, co się dzieje pod wpływem takich zafałszowanych zdjęć w mediach społecznościowych, reklam, bardzo różniących się dochodów w dużych miastach a zarobków na tzw. prowincji, to zanik nawiązywania i pielęgnowania relacji z empatią, wyrozumiałością, tolerancją, wrażliwością, naturalną kiedyś chęcią wspierania (a nie egocentryczne i samolubne zajmowanie się własnym dobrobytem) osób kiedyś im najbliższych, z własnej lub bliższej/dalszej rodziny, szczególnie jeśli te podobno bliskie osoby borykają się z bezrobociem, chorobami uniemożliwiającymi podjęcie jakiejkolwiek pracy, nagle stają się niepełnosprawni, co sprawia że ich życie, wartości, plany i wiara w dobrych ludzi obracają się o 180%, wali im się całe lub prawie całe dotychczasowe życie i marzenia. Przerażające jest to, że dla członków bliższej lub dalszej rodziny, żyjących w dużych miastach, dobrze zarabiających, żyjących w innej rzeczywistości, obce i straszne, niewyobrażalne i zasługujące na potępienie, wykluczenie z rodziny, a nawet chęć ubezwłasnowolnienia! stają się realne problemy (bieda, życie na granicy głodu, słowa typu komornik, kredyt, brak pieniędzy np. na zakup nowych butów w miejsce rozpadającego zużytego przez kilkadziesiąt lat obuwia, zasiłki i pomoc z MOPS itp.) rzekomo bliskich im osób, które stały się niezaradne życiowo lecz próbujących przeżyć lub raczej egzystować za minimalne renty, emerytury bo wydatki na leki i leczenie oraz opłaty i rachunki za mieszkanie są tak duże, że na zdrowe odżywianie się nie wystarcza pieniędzy, że duża część takich osób żyje na granicy głodu. Przerażająca jest obojętność wobec członków rodziny w trudnych sytuacjach życiowych, którzy tracą chęć i wolę życia, wolą zniknąć z tego świata i opuścić tak okrutnych, a kiedyś bardzo bliskich krewnych, którzy stali się materialistyczni, dwulicowi, egocentryczni,
    bezduszni.
    Tak widzę dużą część obecnych społeczeństw głównie w krajach zachodnich, ale coraz częściej i w Japonii, Australii i mniejszych lecz bogatych krajach.

    Ewa Oliwiecka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *