
.
DZIEWCZYNA Z TORBY
.
Rozdział pierwszy
Pokój bez okien
Puerto Espera, Costa del Sol
12 stycznia 2026 roku
.
19:42
Wieczór przyszedł od morza, choć morza nie było widać. Przyniósł ze sobą wilgoć, zapach soli i ten rodzaj chłodu, który w nadmorskich miasteczkach pojawia się dopiero po sezonie, kiedy turyści znikają, a budynki zaczynają brzmieć jak puste muszle. Nad parkingiem motelu Costa Brava wisiał neon z przepaloną literą. Świeciły tylko słowa Acosta B A drżące różowym światłem na mokrym asfalcie. Samochód zatrzymał się przy wejściu. Był stary, ciemnogranatowy, z wypłowiałym lakierem i wgnieceniem na tylnym błotniku. Kierowca nie mógł zdecydować, czy naprawdę chce tu zostać. Potem zgasł. Za kierownicą siedział mężczyzna po sześćdziesiątce. Miał pociągłą twarz, skórę pomarszczoną od słońca i oczy człowieka, który od dawna spał płytko. Przez kilka sekund nie wysiadał. Dopiero potem sięgnął po torbę leżącą na tylnym siedzeniu. Była ciemna, skórzana i duża jak na zwykły bagaż. Jej boki były miękkie, ale nie puste. Kiedy mężczyzna pociągnął ją ku sobie, coś w środku przesunęło się powoli, z ciężarem, którego nie miały ubrania ani książki.
– Już jesteśmy – powiedział cicho po hiszpańsku.
Nie odpowiedział mu nikt. Mężczyzna zamknął oczy i przez moment siedział bez ruchu, z dłonią opartą na uchwycie torby. Potem wysiadł. Wilgotne powietrze natychmiast weszło mu pod kołnierz płaszcza. Zamknął drzwi samochodu ostrożnie, bez trzasku, po czym otworzył tylne i spróbował wyciągnąć torbę. Nie udało mu się za pierwszym razem. Poprawił chwyt i dopiero wtedy podniósł ją obiema rękami. Jego plecy wygięły się od wysiłku. Torba wisiała nisko, prawie dotykając asfaltu, a spod jednego z zamków wystawał cienki skrawek ciemnego materiału. Mężczyzna zauważył go i natychmiast wsunął z powrotem do środka. Rozejrzał się po parkingu. Na drugim końcu stał biały van z wypożyczalni, pusty i mokry od mżawki. Przy automacie z napojami migotało niebieskie światło. Dalej, za niskim murkiem, ciągnęła się droga prowadząca ku promenadzie. O tej porze nikt nią nie szedł. Mężczyzna ruszył do recepcji. Każdy krok był powolny. Nie tylko przez wiek. Torba ciążyła mu tak, jakby w środku znajdował się nie bagaż, ale wyrok, który niósł od wielu lat i którego wciąż nie potrafił odłożyć. Drzwi recepcji otworzyły się z dźwiękiem dzwonka. Za ladą siedziała kobieta w średnim wieku, z włosami upiętymi niedbale i twarzą zmęczoną od całego dnia patrzenia na puste pokoje. Oglądała coś w telefonie, ale podniosła wzrok, gdy tylko zobaczyła mężczyznę.
– Dobry wieczór – powiedziała. – Rezerwacja?
Postawił torbę przy nodze. Zrobił to ostrożnie.
– Tak – odpowiedział. – Na nazwisko Valcárcel.
Kobieta zaczęła wpisywać coś w komputerze.
– Dwie noce?
– Jedna – odparł szybko.
Recepcjonistka spojrzała na niego.
– W systemie mam dwie.
Mężczyzna przełknął ślinę. Palce zacisnął na krawędzi lady tak mocno, że skóra na knykciach pobielała.
– W takim razie dwie – odparł po chwili. – Jeśli będzie trzeba.
Kobieta przestała pisać.
– Potrzebuję dokumentu.
Mężczyzna sięgnął do wewnętrznej kieszeni płaszcza i podał dowód. Rękę miał suchą, ale drżała lekko. Recepcjonistka wzięła dokument, spojrzała na zdjęcie, potem na niego.
– Salvador Valcárcel?
– Tak.
– Pokój dla jednej osoby?
– Tak.
Kobieta zerknęła na torbę.
– Ma pan duży bagaż, jak na jedną noc.
Salvador nie odpowiedział od razu. Spojrzał w dół, na ciemną skórę torby. Przez moment jego twarz stężała.
– To rzeczy rodzinne – odpowiedział. – Nie zostawiam ich w samochodzie.
Wzruszyła ramionami. W takim miejscu ludzie przywozili różne rzeczy. Zimą, poza sezonem, motel żył z tych, którzy nie chcieli pytań; kierowcy, samotni mężczyźni. Pary, które nie chciały spotkać znajomych. Czasem obcy, którzy uciekali od własnego nazwiska.
– Pokój dwanaście – powiedziała, zdejmując klucz z tablicy. – Parter, od strony parkingu. Ogrzewanie działa słabo, ale koce są w szafie.
Salvador uniósł wzrok.
– W szafie?
– Tak. W szafie.
Przez twarz mężczyzny przemknęło coś dziwnego. Cień ulgi, szybko zduszony.
– Dobrze. To dobrze.
Recepcjonistka podała mu klucz.
– Śniadanie od ósmej do dziesiątej, ale proszę nie oczekiwać cudów. Po sezonie mamy tylko kawę, tosty i trochę owoców.
– Nie będę potrzebował śniadania.
– Jak pan chce.
Schylił się po torbę. Tym razem zrobił to wolniej. Zamek lekko brzęknął, gdy uniósł bagaż z podłogi. W tej samej chwili światło w recepcji kilkakrotnie zamigotało. Kobieta spojrzała w górę.
– Znowu instalacja. Cały budynek nadaje się do remontu.
Salvador nie patrzył na lampę. Patrzył na torbę.
– Dobranoc – powiedział.
– Dobranoc.
Wyszedł. Dzwonek nad drzwiami zadźwięczał ponownie, tym razem ciszej. W recepcji zrobiło się ciężej po jego odejściu. Kobieta przez chwilę patrzyła przez szybę, jak mężczyzna przechodzi przez parking z torbą zwisającą nisko przy nodze. Pokój dwanaście znajdował się na końcu krótkiego rzędu drzwi, pod balkonem z odpadającą farbą. Salvador zatrzymał się przed wejściem i przez moment tylko stał. W lewej dłoni trzymał klucz. Prawą obejmował uchwyt torby.
– Jeszcze chwila – szepnął.
Tym razem z wnętrza torby dobiegło ciche stukanie. Jak paznokieć dotykający metalu od środka skóry. Wsunął klucz do zamka. Przez chwilę nie mógł go przekręcić, bo palce miał zesztywniałe od zimna. Dopiero za drugim razem mechanizm ustąpił. Drzwi pokoju numer dwanaście otworzyły się. Salvador wszedł pierwszy, ciągnąc torbę za sobą. Nie zapalił od razu światła. Zatrzymał się w progu, nasłuchując. Pokój był prosty, niski i nieprzyjemnie chłodny. Jedno łóżko z narzutą w geometryczne wzory, stolik przy ścianie, telewizor zawieszony krzywo, mała łazienka po lewej i szafa z lustrzanymi drzwiami, które odbijały ciemność. Okno wychodziło na parking. Salvador zostawił torbę na podłodze i natychmiast ruszył do zasłon. Były ciężkie, granatowe, wypłowiałe od słońca, ale wystarczająco grube. Zaciągnął je jednym ruchem, potem poprawił drugi raz, dokładnie, żeby nie została żadna szpara. Przez chwilę stał przy oknie i sprawdzał krawędzie materiału. Przesunął dłonią po ścianie, po parapecie, po miejscu, gdzie zasłona nie przylegała idealnie.
Dopiero wtedy zapalił lampkę przy łóżku.
– Możesz wyjść – zaalarmował.
Torba nie poruszyła się. Odwrócił się powoli. Przez moment wyglądał na zmęczonego bardziej, niż powinien wyglądać człowiek po podróży. Miał mokre włosy przy skroniach i płaszcz przesiąknięty zapachem deszczu. Schylił się, odsunął dwa metalowe zamki, ale nie zrobił tego do końca.
– Zasłoniłem wszystko.
Z wnętrza torby dobiegł płytki oddech. Potem materiał uniósł się od środka. Najpierw pojawiła się dłoń. Szczupła, blada, z paznokciami mocno obgryzionymi. Palce zacisnęły się na krawędzi torby. Po chwili dziewczyna wysunęła głowę i wzięła powietrze tak gwałtownie, jakby przez cały czas udawała martwą. Miała twarz szesnastolatki. Niepiękną w sposób, który prosił się o podziw. Raczej taką, której nie dało się przestać obserwować. Była drobna, wychudzona, z oliwkową cerą pobladłą od dłuższego czasu bez słońca. Czarne włosy opadały jej na policzki w nierównych pasmach. Oczy miała ciemne, podkrążone tak mocno, że wyglądała na chorą albo niewyspaną od wielu dni. Gdy rozchyliła usta, widać było zwyczajne zęby. Równe, lekko ostre przy dwójkach. To właśnie było w niej najgorsze. Nie wyglądała jak potwór. Wyglądała jak dziewczyna, którą ktoś zamknął w torbie i przewiózł przez pół wybrzeża. Lucía Valcárcel usiadła powoli, z ramionami ściśniętymi przy ciele. Przez kilka sekund nie mówiła nic. Oddychała płytko, patrząc na pokój, na drzwi, na okno zasłonięte materiałem. Jej wzrok zatrzymał się na szafie. Dłużej niż na łóżku.
– Tu jest za jasno – odezwała się po czasie.
Jej głos był zachrypnięty, ale nie dziecięcy. Było w nim coś starszego. Salvador podszedł do lampki i odwrócił ją ku ścianie.
– A teraz?
Zmrużyła oczy.
– Lepiej.
Wydostała się z torby ostrożnie, jak zwierzę wychodzące z kryjówki. Miała na sobie za dużą bluzę z kapturem, czarne legginsy i stare trampki bez sznurówek. Ubrania były czyste, ale niedopasowane. Kiedy stanęła, okazało się, że jest niższa, niż wydawała się w torbie. Szczupła, prawie krucha, ale w sposobie, w jaki przeniosła ciężar ciała na stopy, było coś nienaturalnie pewnego. Rozejrzała się ponownie.
– Ile mamy czasu?
– Do rana.
– To nie jest odpowiedź.
Zdjął płaszcz i powiesił go na oparciu krzesła.
– Recepcjonistka ma nas za zwykłych gości. Pokój jest opłacony na dwie noce.
Lucía spojrzała na niego podejrzliwie.
– Powiedziałeś, że jedna osoba.
– Pomyliłem się.
– Nie powinieneś mylić się przy ludziach.
– Nie jestem już dobry w kłamaniu.
– Nigdy nie byłeś.
To zdanie zabrzmiało dziwnie. Zwyczajnie. Jak coś, co mogłoby paść między dwojgiem ludzi znających się od szkolnego boiska, nie między starym mężczyzną i dziewczyną, która dopiero wyszła z torby. Salvador nie odpowiedział. Usiadł na brzegu łóżka i potarł twarz dłońmi. Przez moment wyglądał na człowieka, który chciałby zasnąć na kilka dni, ale nie miał prawa nawet zamknąć oczu.
Lucía stała pośrodku pokoju. Nagle przechyliła głowę.
– Ktoś był tu wcześniej.
Salvador znieruchomiał.
– To motel. Oczywiście, że ktoś był.
– Mężczyzna. Stary pot. Tania woda kolońska. Papierosy. I kobieta, która płakała w łazience.
Spojrzała w stronę zamkniętych drzwi do toalety.
– Wczoraj albo przedwczoraj.
– Nie zaczynaj Luci.
– Jeszcze nie zaczęłam.
Przeszła do małej lodówki stojącej pod biurkiem. Otworzyła ją. W środku były dwie butelki wody, mały karton mleka i plastikowy pojemnik z owocami, które wyglądały nieświeżo. Patrzyła na to przez chwilę, po czym zamknęła lodówkę.
– Jestem głodna.
– Wiem.
– Nie. Nie wiesz.
– Wiem, musisz wytrzymać.
Odwróciła się do niego. W tym świetle jej twarz wyglądała młodo, prawie niewinnie, ale oczy nie pasowały do twarzy. Były czujne. Wędrowały nie po jego oczach, tylko po szyi, nadgarstkach, miejscu pod szczęką, gdzie skóra zdradzała puls. Zauważył to i zasłonił szyję kołnierzem koszuli z przyzwyczajenia. Zobaczyła ten gest. Coś drgnęło jej na twarzy, może irytacja.
– Nie patrz tak na mnie – poprosiła.
– Jak?
– Jakbym była znowu tamtą rzeczą z piwnicy.
Salvador odwrócił wzrok.
– Nie jesteś rzeczą.
– Mówisz to, kiedy jestem spokojna.
– Mówię to zawsze.
– Nie. Kiedy jestem głodna, mówisz mniej.
Przez chwilę słyszeli tylko neon za oknem. Jego elektryczne brzęczenie przechodziło przez szybę i zasłony, natrętne, podobne do owada zamkniętego w ścianie. Salvador podszedł do torby. Wyjął z bocznej kieszeni mały pakunek owinięty ręcznikiem. Lucía natychmiast spojrzała w jego stronę. Cała się zmieniła.
– Nie wystarczy – oceniła.
– Jeszcze nie wiesz, co to jest.
– Czuję.
Położył pakunek na stoliku.
– To tylko na dziś. Jutro znajdę coś więcej.
– Jutro. Zawsze mówisz „jutro”.
– Bo dzisiaj nie możemy ryzykować.
– Ty nie możesz ryzykować.
– My.
– Nie. – Podeszła bliżej. – Ty boisz się, że ktoś zobaczy. Ja boję się, że nie wytrzymam.
Salvador spojrzał na nią z bólem, którego nie zdążył ukryć.
– Lucía.
– Nie mów mojego imienia, kiedy chcesz, żebym była grzeczna.
Zamilkł. Ona odwróciła się i podeszła do szafy. Otworzyła ją. W środku wisiały dwa dodatkowe koce, plastikowy wieszak i zapasowa poduszka w foliowym pokrowcu. Wsunęła dłoń między koce, sprawdzając głębokość, potem przykucnęła i zajrzała do środka.
– Ta się nada – powiedziała.
– Do spania?
– Do czekania.
Salvador pokręcił głową.
– Możesz spać na łóżku.
Spojrzała na niego przez ramię.
– Ty naprawdę czasem zapominasz co mogę.
Nie powiedział, że nie zapomina. Bo to nie byłaby prawda. Czasem rzeczywiście widział w niej dziewczynę z tamtego lata, sprzed lat. Tę, która biegała boso po rozgrzanych płytach przy kościele, śmiała się głośno i udawała, że nie boi się swojego dawnego ojca. Czasem jego pamięć robiła coś okrutnego i zakładała jej dawną twarz na to, czym była teraz. Weszła do szafy tylko do połowy, ale zaraz się cofnęła. Głód nie pozwalał jej się schować. Podeszła do stolika i rozwinęła ręcznik. W środku był plastikowy worek z ciemną, gęstą zawartością. Krew osiadła na ściankach w nieregularnych smugach. Nie była świeża. Patrzyła na nią bez mrugnięcia.
– Skąd?
– Z kliniki weterynaryjnej pod Málagą.
– Zwierzęca.
– Tak.
– Zimna.
– Innej nie mam.
Powoli uniosła wzrok.
– Wiesz, co to robi? To mnie ucisza. Nie karmi.
– Ale pomaga.
– Tak. Jak brudna woda pomaga komuś, kto umiera z pragnienia.
Salvador wziął worek i podał jej ostrożnie. Przez sekundę ich dłonie prawie się dotknęły. Lucía cofnęła palce.
– Nie chcę tego robić przy tobie.
– Widziałem gorsze rzeczy.
– Nie o ciebie chodzi.
To było pierwsze zdanie, które zabrzmiało naprawdę delikatnie.
Salvador opuścił rękę.
– Odwrócę się.
– Wyjdź do łazienki.
– Lucía…
– Wyjdź – powtórzyła
Tym razem posłuchał. Wziął ręcznik z oparcia krzesła i wszedł do łazienki, zamykając drzwi, ale nie przekręcając zamka. W środku odkręcił wodę, bardziej po to, żeby dać jej dźwięk, za którym mogła się ukryć, niż dlatego, że musiał myć ręce. Została sama. Przez chwilę trzymała worek w obu dłoniach. Jej palce drżały. Próbowała oddychać wolno, ale zapach był już wszędzie. Martwy, chłodny, zwierzęcy, a mimo to wystarczająco bliski temu, czego potrzebowała, żeby całe ciało, przestało udawać spokój. Usiadła na podłodze przy łóżku, plecami do ściany. Nie wysunęły jej się kły. Tylko szczęka napięła się boleśnie, a oczy zaszkliły się od głodu. Przyłożyła worek do ust. Woda w łazience szumiała dalej. Salvador stał po drugiej stronie drzwi z zamkniętymi oczami i słuchał, choć obiecał sobie, że nie będzie, był załamany. Na zewnątrz motel Costa Brava świecił martwym neonem nad pustym parkingiem. W pokoju numer dwanaście dziewczyna, która od kilkudziesięciu lat miała szesnaście lat, próbowała nie myśleć o tym, że to nie wystarczy. Woda w łazience przestała szumieć dopiero po kilku minutach. Salvador nie wyszedł od razu. Stał jeszcze chwilę przy umywalce, z dłońmi opartymi o ceramikę i patrzył na własne odbicie w lustrze. Wyglądał starzej niż rano. Skóra pod oczami opadła, usta miał ściągnięte, a na kołnierzu koszuli została ciemna plama od deszczu. Kiedy ona jadła, on starzał się trochę bardziej. Otworzył drzwi dopiero wtedy, gdy usłyszał cichy szelest folii. Lucía siedziała na podłodze, plecami oparta o bok łóżka. Worek leżał zwinięty obok niej, pusty i mokry od środka. Na jej ustach została ciemna smuga, którą próbowała zetrzeć rękawem bluzy, ale zrobiła to niedokładnie. Wyglądała teraz mniej martwo. Skóra odzyskała odrobinę ciepłego koloru, a oczy nie były już tak szkliste. Nie wyglądała jednak na nasyconą.
– Nie patrz – poprosiła.
Salvador odwrócił wzrok, choć już ją zobaczył.
– Masz tu. – Podał jej ręcznik.
Wzięła go i wytarła usta. Potem spojrzała na materiał. Zacisnęła na nim palce i zamknęła oczy.
– To było obrzydliwe.
– Pomogło?
– Trochę.
– Więc nie było obrzydliwe.
Otworzyła oczy i spojrzała na niego z cieniem dawnej złości.
– Nie mów mi, co było obrzydliwe, Salvadorze.
Kiwnął głową.
– Masz rację.
Przez chwilę milczeli. Motel pracował w nocy własnym rytmem. Rury pękały w ścianach, wiatr poruszał niedomkniętą blachą na dachu, a w recepcji ktoś przesuwał krzesło po kafelkach. Lucía uniosła głowę.
– Która godzina?
Salvador spojrzał na własny zegarek. Stary, srebrny, z porysowanym szkłem. Nosił go od lat, chociaż spóźniał się o dwie minuty i czasem zatrzymywał bez powodu.
– Dwudziesta – odpowiedział. – Równo.
Przez chwilę patrzyła na niego, sprawdzała, czy mówi prawdę.
– Jest jeszcze otwarte?
– Co?
– Sklep.
– Po co?
– Tobie trzeba coś kupić.
– Mnie?
– Cały dzień nic nie jadłeś.
– Jadłem.
– Kłamiesz.
Powiedziała to bez wysiłku. Nieoskarżająco. Po prostu stwierdziła fakt. Usiadł na krześle.
– Nie musisz się tym zajmować.
– Wiem.
– To po co?
Lucía podciągnęła kolana pod brodę. Przez moment znowu wyglądała na szesnaście lat. Za dużą bluzę miała naciągniętą na dłonie, włosy opadały jej na twarz, a bose kostki wydawały się zbyt drobne w świetle lampki.
– Bo spacer dobrze mi zrobi – wyznała.
Spojrzał na nią uważnie.
– Nie możemy chodzić bez celu.
– To nie będzie bez celu. Kupimy ci chleb, wodę, coś ciepłego, jeśli mają. I baterie.
– Baterie?
– Latarka w torbie umiera.
Salvador spojrzał w stronę torby, potem znowu na nią.
– Jesteś pewna, że chcesz wyjść?
– Nie chcę. – Wstała powoli. – Ale jeśli zostanę tu teraz, zacznę słuchać przez ściany tętna.
Nie musiała tłumaczyć więcej. Salvador wiedział, co to znaczy. Głód, nawet przytłumiony, szukał zajęcia. Szukał kroków na parkingu. W zamkniętym pokoju wszystko stawało się zapachem i dźwiękiem. Wszystko przypominało o ciele. Podeszła do szafy i wyjęła z niej jeden z koców. Nie wzięła go jednak do spania. Rozłożyła go, sprawdziła zapach, skrzywiła się i odrzuciła na łóżko.
– Śmierdzi wybielaczem.
– To akurat dobrze.
– Dla ciebie.
Podeszła do torby i wyciągnęła z bocznej kieszeni czapkę z daszkiem oraz cienką kurtkę przeciwdeszczową. Kurtka była za duża, granatowa, prawdopodobnie należała kiedyś do Salvadora albo do kogoś, kto zostawił ją w samochodzie lata temu. Lucía narzuciła ją na bluzę, wsunęła włosy pod kaptur i stanęła przed lustrem szafy. Przez kilka sekund patrzyła na siebie bez słowa. W lustrze była dziewczyna. Chuda, blada, z ciemnymi oczami i ustami wciąż lekko zaczerwienionymi od tego, co właśnie wypiła. Ktoś mógłby minąć ją na ulicy i pomyśleć, że uciekła z domu, że jest córką turystów, że pokłóciła się z rodzicami. Nikt nie pomyślałby, że pamięta lato 1982 roku. Nikt nie pomyślałby, że od około czterdziestu lat, tak myślała – nie widziała własnej twarzy starszej niż ta.
– Wyglądam źle? – zapytała.
Salvador spojrzał na nią ostrożnie.
– Wyglądasz normalnie.
– To nie to samo.
– W tym miejscu wystarczy.
Przyjęła tę odpowiedź. Poprawiła kaptur, potem wskazała dłonią jego płaszcz.
– Ubierz się.
– Ty mi rozkazujesz Luci?
Spojrzała na niego. Przez ułamek sekundy w jej oczach pojawiło się coś lżejszego – wspomnienie uśmiechu.
– Od wielu lat próbuję. Gdy próbowaliśmy randkować.
– I nadal ci nie wychodzi.
– Bo jesteś uparty.
Tym razem Salvador prawie się uśmiechnął. Prawie, bo twarz szybko przypomniała sobie, że nie przyszli tu po radość. Wstał, włożył płaszcz i schował klucz do kieszeni. Potem spojrzał na zasłony.
– Zostawiamy światło?
– Tak.
– Torba?
Lucía spojrzała na nią.
– Zostaje.
– Nie lubisz, kiedy zostaje.
– Teraz nie ja mam się w niej chować.
Salvador zgasił lampkę przy łóżku, ale światło w łazience zostawił zapalone. Cienka smuga przedostawała się przez uchylone drzwi i przecinała podłogę. Pokój wyglądał, dzięki temu tak, jakby ktoś naprawdę miał zaraz wrócić. Lucía podeszła do drzwi, ale nie otworzyła ich od razu. Stała z dłonią na klamce i nasłuchiwała.
– Recepcjonistka jest z tyłu – powiedziała.
– Skąd wiesz?
– Je jabłko.
Nie zapytał więcej. Wyszli na parking. Powietrze było wilgotne i chłodne, ale nie zimne w sposób, który znał z północy. Tutaj zima miała smak soli, mokrego betonu i zamkniętych restauracji. Nad motelowym dziedzińcem wisiała mgiełka, cienka jak brudna firanka. Światła odbijały się w kałużach, a palmy przy drodze szumiały. Lucía zatrzymała się pod daszkiem. Przez chwilę po prostu oddychała.
– Za dużo zapachów – zauważyła.
– Wracamy?
– Nie.
Ruszyła pierwsza, chowając dłonie w kieszeniach kurtki. Salvador szedł obok niej, ale odrobinę z tyłu. Dawno temu nauczył się nie stawać między nią a nocą. Sklep znajdował się dwie przecznice dalej, przy rondzie z wyschniętą fontanną. Nad wejściem wisiał szyld Alimentación Marisol, przekrzywiony od wiatru i soli. W środku paliło się ostre światło, które wylało się na chodnik. Lucía zatrzymała się przed drzwiami.
– To nie jest dom – zauważyła.
– Nie. To sklep.
– Więc mogę wejść.
– Możesz.
Mimo to przez chwilę nie ruszyła się z miejsca. Patrzyła na próg, jakby mógł ją zdradzić. Dopiero gdy Salvador otworzył drzwi, weszła za nim do środka. Dzwonek nad wejściem zadźwięczał. W sklepie pachniało pomarańczami, detergentem, kurzem i ludźmi. Dla Salvadora był to zwykły zapach małego sklepu po całym dniu pracy. Dla niej był to hałas. Ciepło za ladą. Resztki krwi w mięsie zapakowanym w folię. Sprzedawczyni, kobieta około pięćdziesiątki, podniosła wzrok znad krzyżówki.
– Buenas noches.
– Buenas – odpowiedział Salvador.
Lucía nie powiedziała nic. Schowała twarz głębiej w kaptur i przesunęła się w stronę półki z wodą. Światło odbijało się w jej oczach, przez co wyglądały na jeszcze ciemniejsze. Wzięła zgrzewkę małych butelek, ale prawie od razu odstawiła ją z powrotem.
– Wezmę – powiedział Salvador.
– Nie jesteś tak silny, jak myślisz.
– A ty jesteś głodna, więc nie zaczynaj.
Spojrzała na niego, ale nic nie odpowiedziała. Wziął koszyk. Wkładał do niego rzeczy: chleb, wodę, pomidory, ser, dwie zupy instant, paczkę kawy i baterie leżące przy kasie. Lucía chodziła za nim pół kroku dalej. Nie dotykała niczego. Przy lodówce z napojami zatrzymała się nagle.
– Wszystko dobrze, niña? – zapytała ją nagle kobieta. – Źle wyglądasz. Jesteś chora?
Lucía znieruchomiała. To nie było pytanie groźne. Zwykła troska kobiety, która widziała bladą nastolatkę w zimowy wieczór i pomyślała najprościej, jak mogła. A jednak Lucía zareagowała. Salvador odwrócił się powoli.
– Jest zmęczona – odpowiedział szybko. – Długa droga.
Sprzedawczyni spojrzała na niego, potem znowu na Lucíę.
– Ma gorączkę?
– Nie.
– Jest bardzo blada.
Lucía uniosła wzrok.
– Zawsze taka jestem.
Kobieta zawahała się. Jej twarz zmiękła jeszcze bardziej.
– Może powinnaś coś zjeść. Mam świeże bułki z rana. Nie takie świeże jak rano, ale nadal dobre. Lucía przez chwilę patrzyła na jej szyję. Na drobne pulsowanie pod skórą. Potem spojrzała na bułki ułożone w przezroczystym pojemniku obok kasy.
– Nie mogę – odparła.
– Alergia?
Salvador położył koszyk na ladzie.
– Coś w tym rodzaju – wyznał.
Sprzedawczyni zaczęła kasować zakupy, ale nie przestawała zerkać na Lucíę. Może dlatego, że w małych miasteczkach obca twarz zawsze zostawała w pamięci trochę dłużej.
– Jesteście w motelu? – zapytała.
Salvador wyjął portfel.
– Tak.
– Costa Brava?
– Tak.
– Tam jest wilgoć. Jeśli dziewczyna jest chora, lepiej poprosić o dodatkowy koc.
Lucía uśmiechnęła się ledwo zauważalnie.
– Nie lubię koców.
– Nikt nie lubi motelowych koców – parsknęła sprzedawczyni i zaczęła pakować zakupy do reklamówki. – Ale czasem trzeba.
Salvador zapłacił gotówką. Kobieta wydała resztę, po czym położyła na ladzie małą pomarańczę.
– Dla niej.
Lucía spojrzała na owoc. Pomarańcza była jasna, ciepła w kolorze, absurdalnie żywa pod sklepowym światłem. Pachniała słodko, ostro i czysto. Przez moment dziewczyna nie wiedziała, co zrobić.
– Nie trzeba – powiedział Salvador.
– Trzeba – odparła kobieta. – Zimą trzeba jeść pomarańcze.
Lucía powoli wyciągnęła rękę i wzięła owoc. Jej palce musnęły dłoń sprzedawczyni. Kobieta jej nie cofnęła, ale się zaskoczyła.
– Masz zimne ręce.
Lucía schowała pomarańczę do kieszeni kurtki.
– Wiem.
I wtedy dzwonek przy drzwiach zadźwięczał ponownie. Do sklepu weszło dwóch chłopaków. Mieli po szesnaście, może siedemnaście lat, mokre włosy, bluzy z logotypem lokalnego klubu piłkarskiego i ten rodzaj śmiechu, który jest głośniejszy, gdy ktoś chce udawać, że niczego się nie boi. Jeden z nich trącił drugiego barkiem i rzucił coś po hiszpańsku o skuterze zostawionym pod zakazem. Lucía odwróciła głowę. Usłyszała nie głosy, tylko dwa nowe pulsy wchodzące do pomieszczenia. Salvador wziął reklamówkę z zakupami.
– Idziemy – poprosił dziewczynę.
– Jeszcze chwilę.
– Lucía…
– Chcę zobaczyć.
Nie czekała na jego zgodę. Odeszła w stronę wąskiego regału z konserwami i udawała, że ogląda puszki z fasolą w pomidorach. Stała bokiem, z kapturem naciągniętym na włosy, a w dłoni trzymała pomarańczę od sprzedawczyni. Nie patrzyła na chłopaków bezpośrednio. Nie musiała. Słyszała ich zbyt dobrze.
– Daj dwie cole – rzucił pierwszy do sprzedawczyni. Był wyższy, z ostrą twarzą i włosami zaczesanymi do tyłu. Mówił tak, jakby sklep należał do jego ojca, choć prawdopodobnie nie należało do niego nic poza skuterem i grupą kolegów. Drugi stanął przy lodówce i zaczął śmiać się pod nosem.
– Stary, widziałeś jego minę?
– Kogo?
– No jak to kogo? Nico. Jak mu Mateo wywalił plecak do kosza.
Pierwszy parsknął.
– Myślałem, że się popłacze.
– Prawie. Mówię ci, prawie.
Przesunęła palcami po etykiecie puszki. Nie czytała jej. Jej oczy były nieruchome, ale coś w twarzy stężało. Salvador zauważył to od razu.
– Lucía, spokojnie… – powtórzył ciszej.
Nie odpowiedziała. Chłopcy wzięli z lodówki napoje i paczkę chipsów. Nie ściszyli głosów. W takich miejscach ludzie często nie ściszali głosów, bo nie wierzyli, że ktoś obcy ma znaczenie.
– Najlepsze było, jak mu powiedziałeś, że śmierdzi jak ten hotel jego starego – powiedział niższy.
– Bo śmierdzi.
– Zamknij się, Diego. – Sprzedawczyni rzuciła mu krótkie spojrzenie znad kasy. – Trochę szacunku.
Wyższy chłopak, Diego, wzruszył ramionami.
– Co? Przecież mówię prawdę.
– Prawda nie zawsze musi wychodzić z twoich ust.
– Dobra, Marisol, nie zaczynaj. Tylko żartowaliśmy.
– Wy zawsze tylko żartujecie.
Drugi chłopak zachichotał i oparł łokcie o ladę.
– Jutro będzie lepiej. Mateo chce mu przykleić coś do pleców. Napisał już kartkę.
– Co napisał? – spytał Diego.
– „Se alquila.” Do wynajęcia. Jak ten jego syfiasty motel.
Obaj wybuchnęli śmiechem. Sprzedawczyni nie śmiała się wcale.
– Starczy – dodała.
– Dobra, dobra. – Diego podniósł ręce w geście niewinności. – Niech się nauczy żyć. Wszyscy mają ciężko. Lucía powoli odłożyła puszkę na półkę. Salvador usłyszał w tym dźwięku ostrzeżenie.
– To nie nasza sprawa – powiedział, podchodząc bliżej do niej.
Lucía nie poruszyła się.
– Jak ma na imię? – zapytała na głos.
– Kto? – odparł pytaniem mężczyzna.
– Ten, o którym mówią.
Salvador zamilkł. Przy kasie Diego otworzył puszkę coli, zanim jeszcze zapłacił. Napój syknął ostro. Lucía poczuła zapach cukru, aluminium. Nie była już tak głodna jak wcześniej. Ale głód nigdy nie znikał całkiem.
– Nico Aguilar – odpowiedziała Marisol głośno, z wyrzutem, bardziej do chłopców niż do Lucíi. – I lepiej, żebyście zostawili go w spokoju.
Diego przewrócił oczami.
– Pani go broni, bo jego ojciec kupuje tu na kreskę?
– Bronię go, bo nie jest śmieciem.
– Nikt nie mówi, że jest śmieciem.
Drugi chłopak szepnął coś pod nosem. Diego zaśmiał się znowu. Marisol położyła dłonie na ladzie.
– Wynocha! – krzyknęła, wskazując palcem wyjście.
– Co?
– Zapłaćcie i wynocha. Nie będę słuchać, jak gadacie takie rzeczy.
Diego rzucił monety na blat. Jedna potoczyła się na podłogę i zatrzymała niedaleko buta Lucíi, zatrzymała ją. Chłopak schylił się po nią, ale wtedy zobaczył ją między regałami. Przez sekundę patrzył tylko na twarz pod kapturem. Na bladą skórę i ciemne oczy.
– A ty co? – zapytał. – Nowa w mieście?
Spojrzała na niego. Nie na szyję. Tym razem prosto w oczy.
– Nie.
Diego uśmiechnął się szyderczo.
– Wyglądasz, jakbyś spała w lodówce.
Salvador zrobił krok naprzód.
– Wystarczy – odezwał się do niego.
Diego wyprostował się, zauważając go dopiero teraz.
– Spokojnie, abuelo (dziadku). Tylko pytam.
Lucía przechyliła lekko głowę. Wyglądała jak szalona.
– A ty wyglądasz, jakbyś często mówił za dużo i nikt nie miał ochoty tego słuchać.
Uśmiech zniknął mu z twarzy. Przez krótką chwilę sklep ucichł całkowicie. Nawet lodówka przestała buczeć. Marisol spojrzała na Lucíę, potem na Diego, gotowa wejść między nich, ale nie wiedziała jeszcze, przed kim właściwie powinna, kogo chronić. Drugi chłopak pociągnął Diega za rękaw. Dziewczyna nie spuszczała ich z oczu.
– Lepiej chodźmy.
Diego nie ruszył się od razu. W jej spojrzeniu nie było wyzwania. Raczej cierpliwość czegoś, co wie, że noc jest długa i że ludzie bardzo często sami wracają tam, tamtędy, gdzie nie powinni. W końcu Diego parsknął.
– Dziwna jesteś.
– Wiem…
Chłopcy wyszli, zabierając chipsy i napoje. Dzwonek nad drzwiami zadźwięczał za nimi. Przez szybę było widać, jak idą w stronę skutera, śmiejąc się ciszej niż wcześniej. Lucía patrzyła za nimi. Salvador położył dłoń na reklamówce tak mocno, że plastik zatrzeszczał.
– Nie próbuj nawet – ostrzegł ją. – Polować – dodał szeptem.
– Nic nie zrobiłam.
– Jeszcze…
Odwróciła się do niego.
– On się bał.
– Który?
– Ten głośniejszy.
– Nie wyglądał.
– Bo ludzie najgłośniej warczą, kiedy chcą ukryć, że słyszą własne serce.
Marisol stała za ladą w milczeniu. Wreszcie odezwała się ostrożnie:
– Znacie Nico?
Lucía nie odpowiedziała od razu. Palcami przesunęła po pomarańczy ukrytej w kieszeni kurtki.
– Jeszcze nie – odparła.
Marisol westchnęła. Nie dlatego, że odpowiedź była niegrzeczna, raczej dlatego, że zabrzmiała, jakby dziewczyna wypowiedziała nie zdanie, tylko obietnicę. Salvador położył dłoń na ramieniu Lucíi, żeby przypomnieć jej, że są w sklepie, pod światłem, przy kobiecie, która zapamięta twarze obcych.
– Musimy wracać – ponaglił.
Spojrzała jeszcze raz na szybę. Chłopcy siedzieli już na skuterze. Diego coś mówił, drugi odpalił silnik. Śmiech został za szkłem, przytłumiony, ale nadal obecny. Potem skuter ruszył z szarpnięciem i zniknął za rogiem ulicy, zostawiając po sobie zapach spalin i mokrej gumy.
– Oni jutro znowu to zrobią – powiedziała Lucía.
Marisol spuściła wzrok na ladę.
– Pewnie tak.
– I nikt ich nie zatrzyma?
Kobieta nie odpowiedziała od razu. Zaczęła poprawiać paragony przy kasie, chociaż leżały równo.
– To małe miasteczko. Tutaj ludzie dużo widzą, ale mało mówią.
Lucía odwróciła się powoli.
– Dlaczego?
– Bo każdy jest czyimś synem, czyimś bratankiem, czyimś klientem. A jak człowiek zacznie mówić, to następnego dnia już wszyscy wiedzą, kto mówił, i znikają.
– Więc łatwiej udawać, że nic się nie dzieje.
Marisol spojrzała na nią uważnie.
– Masz szesnaście lat, a mówisz, jakbyś była zmęczona całym światem od lat.
Salvador napiął się lekko, a Lucía nie.
– Może jestem.
Kobieta przez chwilę patrzyła na jej twarz. Na bladość, na ciemne oczy, na usta zbyt spokojne jak na dziewczynę, która przed chwilą usłyszała nieprzyjemną uwagę od obcego chłopaka. W końcu sięgnęła pod ladę i wyjęła małą papierową torbę.
– Poczekaj.
Włożyła do środka jeszcze dwie pomarańcze i kilka cukierków w przezroczystych papierkach.
– Dla was.
– Zapłacę – zaproponował Salvador.
– Nie trzeba.
– Zapłacę.
Marisol machnęła ręką.
– To nie dla pana. To dla niej.
Lucía spojrzała na torbę tak, jakby nie rozumiała, dlaczego ktoś miałby dać jej coś bez powodu.
– Nie jem cukierków.
– To je komuś oddasz.
– Komu?
– Temu, kogo poznasz.
Lucía wzięła papierową torbę. Jej palce znów na moment dotknęły dłoni Marisol. Kobieta tym razem nie skomentowała chłodu. Może już zrozumiała, że nie powinna.
– Dziękuję – odezwała się dziewczyna.
– Uważajcie na siebie – odparła Marisol. – Po sezonie miasto wygląda na puste, ale wcale takie nie jest.
Salvador skinął głową.
– Dobranoc.
– Dobranoc.
Wyszli ze sklepu. Dzwonek zabrzmiał za nimi, a potem drzwi zamknęły się z lekkim uderzeniem. Na zewnątrz powietrze było chłodniejsze. Noc zgęstniała nad ulicą, a światło sklepu zostało za ich plecami. Przez chwilę Lucía stała nieruchomo, trzymając papierową torbę w jednej dłoni, a pomarańczę w kieszeni kurtki. Salvador poprawił reklamówkę z zakupami.
– Nie powinnaś była z nim rozmawiać.
– On pierwszy mówił do mnie.
– Wiesz, o co mi chodzi.
Ruszyli powoli w stronę motelu. Ulica była prawie pusta. Po drugiej stronie ronda wyschnięta fontanna stała wśród palm i niskich krzewów, zbierając deszczówkę w pęknięciach betonu. Kiedyś pewnie świeciła tam woda, dzieci wrzucały monety, a turyści robili zdjęcia. Teraz w zagłębieniu leżały tylko liście, niedopałki i plastikowy kubek po kawie. Szła obok Salvadora, ale jej wzrok wracał do ulicy, którą odjechali chłopcy.
– Nico Aguilar – powtórzyła imię.
– Zapomnij to imię.
– Nie umiem.
– Umiesz bardzo wiele rzeczy, jeśli tylko chcesz.
– Imion nie zapominam.
– Lucía…
Nie odwróciła się.
– Co?
– To nie jest nasza sprawa.
– Powtarzasz to, jakby to coś znaczyło.
– Znaczy tyle, że nie możemy ściągać na siebie uwagi.
– Ty nie możesz.
– My nie możemy.
Zatrzymała się dopiero wtedy. Powoli spojrzała na niego spod kaptura. W świetle latarni jej twarz była niemal bez koloru, ale oczy miała czarne i uważne.
– Nie musisz mówić „my”, kiedy chodzi ci o mnie.
Salvador zacisnął usta.
– Chodzi mi o nas oboje. Kochałem cię, będąc w twoim wieku.
– Tobie chodzi ci o to, żebym była cicho, żebym piła zimne rzeczy z worka, siedziała w szafie i czekała, aż znowu każesz mi wejść do torby.
Te słowa uderzyły mocniej, niż zamierzała. Zobaczyła to od razu. Salvador nie cofnął się, ale jego twarz opadła.
– Nie każę ci – odparł ze strachem.
– Nie?
– Proszę cię.
Odwróciła wzrok. Na chwilę zrobiło się między nimi tak cicho, że było słychać morze, choć znajdowało się kilka ulic dalej. Ciemne, niewidoczne.
– Nie chcę siedzieć w torbie.
– Wiem.
– Nie chcę słuchać, jak ludzie oddychają za ścianami.
– Wiem.
– Nie chcę być głodna.
Salvador spuścił głowę.
– To też wiem.
– Nie. Tego nie wiesz.
Nie odpowiedział. Ruszyła dalej. Salvador dogonił ją po kilku krokach, ale nie próbował już mówić. Niósł reklamówkę, która obijała mu się o kolano. Ona trzymała papierową torbę od Marisol, coraz mocniej, aż papier zaczął się gnieść pod palcami. Przy rogu ulicy minęli zamknięty bar z zielonymi krzesłami ustawionymi do góry nogami na stołach. W szybie wisiał plakat zapowiadający koncert flamenco z poprzedniego lata. Twarz kobiety na plakacie widniała wyblakła od słońca, ale oczy nadal patrzyły. Lucía zatrzymała się przed szybą.
– Tu kiedyś była lodziarnia – powiedziała.
Salvador spojrzał na bar.
– Nie tutaj.
– Tutaj.
– Lucía, to niemożliwe. Ten budynek ma może dwadzieścia lat.
– Nie ten budynek. To miejsce.
Przesunęła palcami po chłodnej szybie. W środku było ciemno. Odbijała się w niej jej twarz i twarz Salvadora, jedna młoda, druga stara, obie zbyt blisko siebie i zbyt daleko.
– Stała tu budka z lodami. Zielona. Sprzedawał je mężczyzna z białym wąsem. Zawsze miał brudne ręce od pistacji. Kupiłeś mi wtedy cytrynowe – dodała. – Nie lubiłam cytrynowych.
– Powiedziałaś, że lubisz.
– Bo ty już zapłaciłeś.
Przez chwilę patrzyli na szybę. Salvador uśmiechnął się, ale zaraz ten uśmiech zniknął.
– Pamiętasz takie rzeczy.
– Tylko niektóre.
– A czego nie pamiętasz?
Lucía zabrała rękę z szyby.
– Tego, czy byłam szczęśliwa.
Z pobliskiej alejki dobiegł śmiech. Lucía natychmiast odwróciła głowę. Nie był to ten sam śmiech co w sklepie. Ten był niższy, starszy. Dwóch mężczyzn paliło papierosy przy bocznych drzwiach baru. Jeden z nich mówił przez telefon, drugi opierał się o ścianę i patrzył na nią z pustą ciekawością człowieka, który nie ma nic lepszego do roboty. Salvador zauważył spojrzenie i przyspieszył krok.
– Idziemy.
Posłuchała. Poczuła, jak jej ciało odpowiada na zapach papierosów, taniego alkoholu i krwi krążącej pod ciepłą skórą. Zwierzęca krew w żołądku, jeśli można było to jeszcze tak nazwać, nie wystarczała.
– Oddychaj wolniej.
– Nie potrzebuję oddychać.
– Wiem. Ale kiedy oddychasz, wyglądasz normalniej.
Zacisnęła szczękę, a potem wzięła powietrze. Zbyt płytko, zbyt równo, ale z daleka mogło to wyglądać jak zwykły oddech.
– Lepiej? – zapytała.
– Lepiej.
– Kłamiesz.
– Tym razem nie.
Szli dalej. Motel pojawił się za zakrętem, niski i brzydki. COSTA B A nadal świeciło tym samym różem. Kilka pokoi było ciemnych. W jednym palił się telewizor, rzucając niebieskie światło na zasłony. Przy automacie z napojami stał mężczyzna w roboczej kurtce i kopał maszynę, bo nie wydała mu puszki. Lucía zatrzymała się pod daszkiem.
– Ktoś jest przy naszym pokoju.
Salvador natychmiast zesztywniał.
– Gdzie?
– Nie przy drzwiach. Dalej. Pod balkonem.
Spojrzał w tamtą stronę. Przez chwilę niczego nie widział. Tylko cień, beton, mokrą ścianę i rząd identycznych drzwi. Potem, przy pokoju trzynaście, poruszyła się sylwetka. Ktoś siedział na ziemi, oparty plecami o ścianę, z kolanami podciągniętymi pod brodę. Chłopak. Miał może szesnaście lat. Ciemne włosy opadały mu na czoło, kurtkę miał mokrą na ramionach, a przy bucie leżał plecak. Wyglądał, jakby nie chciał iść do środka albo jakby nie miał dokąd pójść. Kiedy uniósł głowę, światło przecięło mu twarz różową smugą. Lucía nie musiała pytać, kim jest. Usłyszała jego imię wcześniej, jeszcze, zanim zobaczyła twarz i się domyśliła. Nico Aguilar siedział przed pokojem obok i próbował udawać, że nie płakał. Siedział pod ścianą motelu z opuszczoną głową. Lucía patrzyła na niego nieruchomo. Teraz widziała już wszystko dokładnie – rozciętą wargę, mokre rękawy kurtki, ślady błota na spodniach. Chłopak oddychał szybko, ale próbował to ukryć. Salvador ruszył pierwszy.
– Nico? – zawołał.
Chłopak drgnął i podniósł głowę gwałtownie, jak zwierzę wyrwane ze snu.
– Co?
– Wszystko w porządku?
Nico spojrzał na nich nieufnie. Najpierw na Salvadora, potem na Lucíę, stojącą kawałek dalej pod daszkiem. Kaptur zasłaniał jej twarz.
– Tak – skłamał.
Lucía słyszała jego nierówne serce. Czuła też zapach adrenaliny, potu i świeżej krwi.
– Nie wygląda na „tak” – spostrzegła.
Nico się zapeszył.
– Nie pytałem cię.
– A ja nie pytałam, czy możesz mówić.
Salvador rzucił jej ostrzegawcze spojrzenie. Nico spojrzał na nią dokładniej.
– Ty jesteś ta dziwna dziewczyna ze sklepu. Widziałem w szybie.
– A ty jesteś ten chłopak od plecaka w koszu zapewne. Małe miasteczko, kogo innego by pobili?
To trafiło. Widać było po jego twarzy. Natychmiast zamknął się w sobie.
– Spadajcie – burknął.
Spróbował wstać i wtedy zachwiał się nagle. Jedna ręka ześlizgnęła mu się po mokrej ścianie motelu. Salvador ruszył odruchowo, ale nie zdążył. Nico stracił przytomność i osunął się ciężko na beton.
– Nico! – Salvador uklęknął obok niego.
Lucía już wiedziała. Jeszcze zanim usłyszała dźwięk. Skrzypnięcie okna pokoju nieopodal. Pokój numer trzynaście. Jej głowa odwróciła się gwałtownie, bo to ich lokum na piętrze. Okno uchyliło się powoli od środka. A potem ręka. Mężczyzna w czarnej kurtce przecisnął się niemal bezgłośnie. Twarz miał schowaną pod kapturem, ale w dłoni błysnęło ostrze noża. Zeskoczył. Salvador poderwał głowę.
– Lucía – zawołał.
Mężczyzna ruszył biegiem. Prosto do Nico. Lucía była szybsza. Rzuciła się do przodu tak gwałtownie, że przez moment bardziej przypominała zwierzę niż człowieka. Dłonie uderzyły o mokry beton, ciało wystrzeliło nisko nad ziemią, kaptur spadł jej z głowy. Dopadła napastnika, zanim zdążył zrobić drugi krok. Wpadli razem w ścianę motelu. Nóż zadzwonił o beton.
– Co do?! – wystraszył się zabójca.
Uderzyła go barkiem. Mężczyzna zaklął i spróbował ciąć ostrzem, ale złapała jego nadgarstek obiema rękami. Był silny.
– Ty mała gówniaro! – syknął.
– Ty śmierdzisz trupem – warknęła.
Próbował kopnąć ją w brzuch. Nie puściła. Uderzyła jego ręką o ścianę raz, drugi, trzeci. Nóż wypadł i prześlizgnął się po mokrym parkingu. Salvador poderwał się.
– Lucía! Opanuj się, proszę!
Napastnik wyrwał jedną rękę i złapał ją za gardło.
– Pierdolony potworze – obraził ją.
Kły wysunęły się niemal niezauważalnie. Zęby trójki stały się dłuższe. Jak coś biologicznego. Mężczyzna zobaczył je. I wtedy naprawdę się przestraszył. Lucía poczuła to natychmiast. Nagły wyrzut adrenaliny.
– Co ty jesteś…? – zapytał, trzęsąc się.
Odpowiedziała dopiero po chwili.
– Głodną.
Napastnik spróbował ją odepchnąć, ale było za późno. Lucía uderzyła nim o ścianę motelu z taką siłą, że neon nad parkingiem zatrząsł się. Salvador ruszył do nich.
– Lucía, przestań!
Mężczyzna szarpał się coraz słabiej.
– Zostaw mnie, ty mała kurwo.
Zesztywniała. Coś w niej pękło na to słowo. Złapała jego głowę obiema rękami. Napastnik zdążył jeszcze chwycić ją za rękaw. A potem rozległ się krótki, głuchy trzask. Ciało zwiotczało natychmiast. Stała nieruchomo z opuszczonymi rękami. Oddychała szybko, choć nie musiała. Kaptur zsunął się całkiem z jej włosów. Na twarzy nie miała triumfu, lecz pustkę. Właśnie się pożywiła. Salvador podszedł powoli. Spojrzał na ciało pod ścianą.
– Boże…
Lucía nie patrzyła na martwego mężczyznę, lecz na Nico. Chłopak nadal leżał nieprzytomny na betonie i właśnie odzyskiwał przytomność. Najpierw wrócił dźwięk. Deszcz kapiący z rynny. Potem zapach mokrego betonu. Otworzył oczy. Leżał na boku. Policzek miał przy zimnej posadzce, a światło bolało go bardziej niż powinno. Przez chwilę nie wiedział, gdzie jest. Potem zobaczył buty Salvadora. Reklamówkę z zakupami leżącą na ziemi. Pomarańczę, która wypadła z papierowej torby i potoczyła się pod ścianę. I ciało. Mężczyzna w czarnej kurtce leżał kilka metrów dalej, przy balustradzie. Był ciężki, nieruchomy, z głową odchyloną na bok i kapturem zsuniętym z twarzy. Pod jego szyją zebrała się ciemna plama krwi, rozmywana przez deszcz skapujący z dachu. Nie wyglądało to jak zwykła rana po walce, lecz, choćby coś się do niego przyssało i zabrało z niego więcej, niż człowiek mógł oddać. Nico wciągnął powietrze i spróbował się podnieść.
– Nie ruszaj się – powiedział Salvador.
Nie posłuchał. Oparł się na łokciu, ale zaraz zakręciło mu się w głowie. Zgiął się, jakby miał zwymiotować.
– Co… Co się stało?
Lucía stała przy ciele. Nie wyglądała już jak dziewczyna ze sklepu. Kaptur opadł jej na plecy, włosy miała posklejane od deszczu. Oddychała szybko, chociaż oddech nie był jej potrzebny. Na ustach została jej czerwona smuga, którą starła wierzchem dłoni dopiero wtedy, gdy zorientowała się, że Nico patrzy. Kłów już nie było.
– On przyszedł po ciebie – połapała się.
Nico spojrzał na nią.
– Po mnie?
– Tak.
– Nie znam go.
– On ciebie znał.
Salvador przykucnął obok chłopaka i sprawdził jego twarz. Rozcięta warga. Bladość. Źrenice nierówne przez kilka sekund, potem stabilniejsze. Za dużo potu, jak na zimny wieczór.
– Straciłeś przytomność nagle – ocenił. – Ktoś cię uderzył?
– Nie wiem.
– Ktoś dał ci coś do picia?
Nico zamrugał.
– Co?
– W szkole. Po szkole. W barze. Gdziekolwiek.
– Nie wiem. Nie pamiętam. – Dotknął ust i spojrzał na krew na palcach. – Ja tylko… chciałem usiąść. Kręciło mi się w głowie.
Lucía odwróciła głowę w stronę parkingu.
– Ktoś idzie?
Salvador zamarł. Przez chwilę słuchali wszyscy troje. Tylko motel i deszcz. Lucía schyliła się przy ciele. Ruch miała szybki, praktyczny, ale nie całkiem spokojny. Pożywienie dodało jej siły, lecz odebrało resztkę dystansu do samej siebie. Przeszukała kieszenie mężczyzny, uważając, żeby nie dotknąć jego szyi. Nico patrzył na to szeroko otwartymi oczami. Jego mózg nie potrafił zdecydować, czy powinien krzyczeć, uciekać, czy dalej siedzieć na ziemi.
– Co ty robisz? – wyszeptał.
– Szukam powodu – odparła.
– Powodu?
ŁUKASZ JANOWICZ
.

.
W Puerto Espera zima nie przynosi ciszy.
Przynosi puste motele, zamknięte bary, wilgoć w ścianach i ludzi, którzy nauczyli się nie zadawać pytań. W tym mieście każdy coś ukrywa. Długi, przemoc, wstyd, ciała, wspomnienia, które nie chcą umrzeć.
Salvador Valcárcel przyjeżdża do motelu Costa Brava z ciężką skórzaną torbą. Melduje się sam. Prosi o pokój na parterze. Zasłania okna, sprawdza szczeliny i czeka, aż noc zgęstnieje na tyle, by mógł rozsunąć zamek. W torbie jest Lucía. Wygląda na szesnaście lat, ale pamięta dawne lato. Nie wychodzi za dnia. Nie wchodzi do domów bez zaproszenia. Nie potrafi umrzeć. I nie potrafi przestać być głodna. Kiedy spotyka Nico – chłopaka gnębionego w szkole i wciągniętego w długi własnego ojca – pierwszy raz od lat znajduje kogoś, kto nie patrzy na nią jak na potwora. Ale Lucía nie umie chronić ludzi po ludzku. Jej czułość ma zęby. Jej litość zostawia ślady na szyi. A jej zemsta przychodzi po zachodzie.
Dziewczyna w torbie to mroczny thriller psychologiczny o samotności, która czasem wygląda jak ratunek – dopóki nie zobaczysz, co po niej zostaje.