.

Karma Hiny

Płatki wstydu

.

Pokój był cichy. Ściany oddychały powoli, poruszając się w rytmie, który nie należał do tego świata. Hina siedziała na cienkim materacu, boso, z kolanami przyciśniętymi do klatki piersiowej. Jej skóra była blada, prawie przezroczysta, a żyłki pod nią tworzyły pajęczynę, która pulsowała, kiedy oddychała głębiej. Na czole miała dwa cienkie rogi, ciemnoczerwone, lekko połyskujące. Obok, na niskim stole, leżał mundurek. Granatowa spódniczka, biała koszula, bordowa wstążka zawiązana w kształt muszki. Dotknęła ich opuszkami palców. Potem wstała i zaczęła się ubierać. Guziki zapinała jeden po drugim. Za każdym razem, gdy wbijała palce w tkaninę, czuła pod spodem szybkie bicie własnego serca. Podniosła głowę. Wpatrywała się w lustro stojące naprzeciw. Nie odbijało jej tak, jak powinno. Jej odbicie było wyraźne. Patrzyła, aż jej rogi zaczęły powoli chować się pod skórę. Wciągały się, zostawiając tylko gładkie czoło i czarne włosy, które opadły na ramiona. Oczy zmieniły kolor. Były teraz zwykłe, brązowe, z małym, uprzejmym błyskiem w źrenicach. Jednak w głębi czaiło się coś, co nie miało nic wspólnego z człowiekiem. Sięgnęła po mały składany smartfon leżący obok mundurka. Metalowa obudowa była lekko porysowana, a kiedy otworzyła go jednym, powolnym ruchem, zawias wydał stukot. Ekran rozjarzył się bladym, czerwonym światłem. Przewinęła listę, przesuwając kciukiem. Czerwona czcionka drgała na czarnym tle, układając się w kolejne imiona. Nie musiała ich szukać. Same się tam pojawiały. Bo ludzie wciąż szeptali jej imię. Stara legenda mówiła, że jeśli ktoś w nocy, z sercem pełnym gniewu i łez, wypowie je głośno, dodając szeptem: „chcę zemsty”, Hina usłyszy i zapisze, a oni zapomną, iż ją wezwali. Dotknęła jednego z nowych wpisów. Rozwinęła się mała notatka: „Nękanie. Kazał jej zjeść zeszyt, potem spalił jej torbę. Płakała trzy dni.” Uśmiechnęła się, ledwo rozciągając wargi. Ten uśmiech miał w sobie coś rozkosznego i obrzydliwego jednocześnie. Złożyła telefon i wsunęła go do kieszeni spódnicy. Poprawiła wstążkę pod szyją. Wyprostowała plecy. Wsunęła palce w materiał i wygładziła fałdy. Zrobiła krok w stronę lustra. Jego powierzchnia zadrżała, pociemniała w cienkich, czarnych liniach. Weszła w to bez wahania. Jej stopy zniknęły jako ostatnie. Lustro zatrzasnęło się za nią, jakby nigdy nic tam nie było. Po przejściu stała już na szkolnym dziedzińcu, w zwyczajnym świecie. Studenci w mundurkach mijali ją, śmiali się, stukali telefonami. Nie zauważyli nic dziwnego w drobnej dziewczynie, która właśnie poprawiała kołnierzyk swojego mundurka z delikatnym wdziękiem. Na jej ustach znów pojawił się ten uśmiech. Bardzo spokojny, bardzo uprzejmy. Ruszyła w tłum, a jej kroki były przepełnione elegancją.

Liceum prywatne w Kioto było miejscem, które aż kipiało pieniędzmi, ale i także kredytami zaciągniętymi przez biedniejszych. Stare mury, gładkie chodniki, starannie przystrzyżone ogrody z kamiennymi latarniami. Wchodzili tu młodzi ludzie w idealnie odprasowanych mundurkach, z herbami rodów wyszytymi złotą nicią na piersi. Gdy ktoś tego nie miał, był gorszy. Hina siedziała w jednej z klas, w ostatniej ławce przy oknie. Światło wpadało przez papierowe, przesuwane okna, zostawiając ciepłe plamy na jej dłoniach, splecionych spokojnie na blacie. Patrzyła przed siebie, ale jej spojrzenie przebijało się przez uczniów. Telefon w jej kieszeni cicho zawibrował. Nie musiała go wyciągać, żeby wiedzieć, że to przypomnienie. Imię i kilka prostych słów zapisanych czerwienią, które pulsowały w jej głowie. „Kazuo Arimura. Syn notariusza cesarskiego. Kazał jej zjeść zeszyt. Spalił torbę.” Odwróciła wzrok na chwilę, spojrzała w stronę rzędu biurek z przodu klasy. Siedział tam chłopak o nienagannym mundurku i śmiechu, który ciął przestrzeń niczym drobne sztyleciki. Miał dłonie o długich palcach, którymi co chwila przeczesywał włosy, byle każdy kosmyk układał się dokładnie tak, jak powinien. Obok niego dwie dziewczyny chichotały, zakrywając usta dłońmi. Ich oczy zerkały to na Hinę, to na Kazuo, a potem znowu na siebie. Kazuo nie patrzył na nią. Nauczyciel mówił o literaturze Heian, o wierszach pisanych na wachlarzach, które potem zostawiano w pałacowych korytarzach, żeby ktoś inny mógł je znaleźć i czytać szeptem. Głos nauczyciela był dla Hiny jak szum wody. Bez znaczenia. Jej palce powoli zacisnęły się na krawędzi ławki. Na moment w jej źrenicach coś się poruszyło, cień przebiegł w głębi oka. Kazuo odwrócił głowę. Ich spojrzenia spotkały się. Na ułamek sekundy. Potem uśmiechnął się w ten sposób, który miał być pewnie uwodzicielski, ale był tylko pusty, po czym znów odwrócił się do swoich koleżanek. Hina przechyliła głowę lekko, jak ptak. Jej uśmiech był bardzo delikatny, grzeczny. Taki, który łatwo zignorować. Odchyliła się na krześle i spojrzała przez okno na wiśniowe drzewa za ogrodzeniem szkoły. Uśmiechała się spokojnie, cierpliwie. 

Dzwonek rozdarł się gwałtownie, że kilka uczennic aż podskoczyło na swoich miejscach. Ławki przesunęły się, krzesła zaskrzypiały. Klasa wypełniła się śmiechem, nawoływaniem, trzepotem stron zeszytów chowanych do toreb. Hina wstała powoli. Delikatnie otrzepała spódniczkę, choć nie było na niej ani pyłku. Ruszyła między ławkami. Nikt jej nie zatrzymywał. To było w niej najprostsze. Być niewidzialną wtedy, kiedy chciała. Na korytarzu było tłoczno i głośno. Dziewczyna, którą Kazuo zmusił, by zjadła swój zeszyt. Ta sama, której spalił torbę, zostawiając ją potem na oczach wszystkich, z rękami pełnymi popiołu i twarzą mokrą od łez. Teraz ściskała w palcach puszkę zielonej herbaty, której nawet nie otworzyła. Miała oczy wbite gdzieś w podłogę, tak głęboko, że wyglądały na prawie martwe. Hina podeszła bliżej. Zatrzymała się na krok przed nią. Dziewczyna podniosła wzrok – powoli, z wahaniem, bała się, że znów ktoś na nią napluje. Zobaczyła przed sobą zwyczajną uczennicę z lekkim uśmiechem, ze wstążką zawiązaną odrobinę krzywo, choć ją poprawiała.

– Ciężki dzień? – zapytała Hina łagodnie.

Dziewczyna spojrzała na nią zdziwiona. Jakby nikt od tygodni nie zwrócił się do niej w taki sposób. Drgnęła lekko, potem kiwnęła głową.

– Tutaj zawsze tak jest? – dopytała przechylając głowę, a kosmyk włosów przesunął jej się przez policzek. – Że… lubią patrzeć, jak ktoś cierpi?

Dziewczyna zagryzła wargę ze stresu. Jej oczy nagle zrobiły się błyszczące. Odetchnęła raz, drugi, a potem wyszeptała:

– Tak. Ale… to w porządku. Ja… ja chyba jestem do tego… przyzwyczajona.

Hina uśmiechnęła się smutno, tak jakby faktycznie coś ją zabolało.

– Nie powinnaś być. Nikt nie powinien.

Dziewczyna spojrzała na nią, zaskoczona tą odpowiedzią, prawie przestraszona. Hina wyciągnęła rękę i poprawiła kawałek papierka, który zaplątał się w jej włosy. Zrobiła to powoli, jakby dotykała czegoś bardzo delikatnego, co mogło się zaraz rozsypać.

– Będzie lepiej.

Odwróciła się i odeszła w tłum, zostawiając dziewczynę z puszką w rękach. Przerwa trwała dalej. Korytarz robił się coraz głośniejszy, bardziej rozedrgany od rozmów, śmiechów i stukotu butów na wypolerowanych płytkach. Dziewczyna z puszką w dłoniach ruszyła wolno w stronę klasy. Jej reklamówka zaszeleściła cicho, odsłaniając w przezroczystym plastiku kilka zeszytów bez okładek, pokrytych już plamkami kurzu i zagiętymi rogami. Wyglądała z tym wszystkim tak, jakby przyszła tutaj przez pomyłkę. Hina patrzyła za nią przez dłuższą chwilę, aż poczuła na sobie inny wzrok. Odwróciła głowę powoli, z lekkim przechyleniem. Kazuo stał kilka metrów dalej, oparty niedbale o parapet przy szerokim oknie. Poprawił koszulę, a krawat poluzował w sposób, który miał wyglądać nonszalancko, ale wyglądał tylko na wyuczony. Uśmiechał się do niej tym samym uśmiechem, którym obdarowywał dziewczyny w tej szkole, zanim coś w nich pękło na zawsze.

– Nowa, prawda? – zapytał, gdy do niej podszedł. – Miło, że już znalazłaś sobie towarzystwo.

Kiwnął głową w stronę drzwi klasy, za którymi zniknęła dziewczyna z reklamówką. Na jego ustach błąkał się cień rozbawienia, coś, co Hina od razu rozpoznała – ślad satysfakcji człowieka, który lubił sprawdzać, jak łatwo inni pękają. Hina patrzyła na niego spokojnie, bez mrugnięcia. Dopiero po chwili obdarowała go uśmieszkiem.

– Miło, że zauważyłeś – odparła.

Kazuo zaśmiał się pod nosem. Jego śmiech był płytki, pusty, jakby odgrywał scenkę, którą ćwiczył setki razy przed lustrem. Przechylił głowę, zmrużył oczy i pozwolił spojrzeniu przesunąć się po jej mundurku, krągłościach, a potem zatrzymał je na jej oczach. Przez ułamek sekundy w jego źrenicach przemknęło coś, co wyglądało na drobne zaniepokojenie, którego nie powinno tam być. Ale zaraz to zniknęło.

– Ostrożnie, nowa. W tej szkole trzeba uważać, komu się poświęca uwagę. Nie wszyscy zasługują na nią tak samo.

Odepchnął się od parapetu i odszedł, wkładając ręce do kieszeni spodni, gwiżdżąc cicho melodię, której nie znała. Patrzyła za nim, aż jego sylwetka zniknęła w tłumie. Na jej ustach pojawił się drobny, spokojny uśmiech.

Lekcja zaczęła się zwyczajnie. Ktoś za oknem kosił trawnik, a monotonne warczenie silnika dostawało się do środka przez uchylone okno. Kilka uczennic rozmawiało jeszcze szeptem, choć nauczycielka już weszła. Była to wychowawczyni klasy – kobieta o spokojnym głosie i długich, przyprószonych siwizną włosach związanych w niski koczek. Ustawiała dziennik na brzegu biurka, poprawiała kredę, porządkowała stos zeszytów. W końcu podniosła wzrok na klasę.

– Zapomniałam wam przedstawić. Mamy dzisiaj nową uczennicę. Kuroda Hina, proszę, podejdź tutaj.

Wstała bez pośpiechu. Każdy jej krok brzmiał cicho w czarnych butach Mary. Kiedy stanęła obok nauczycielki, spojrzała w stronę klasy. Jej oczy miały kolor zwyczajnego brązu, ale coś w nich połyskiwało.

– To Kuroda Hina – powtórzyła wychowawczyni, uśmiechając się do niej łagodnie. – Od dzisiaj będzie z nami w tej klasie. Proszę, okażcie jej pomoc i życzliwość.

Kilkoro uczniów skinęło głowami automatycznie. Kilka dziewczyn wymieniło porozumiewawcze spojrzenia. Kazuo patrzył prosto na Hinę, z lekkim przechyleniem głowy, próbując wyczytać coś z jej twarzy. Skłoniła się nisko, z uprzejmością tak doskonałą, że wyglądała prawie teatralnie. Jej włosy opadły do przodu, zasłaniając na moment policzki i oczy.

– Dziękuję za przyjęcie – uradowała się.

Głos miała spokojny, pełen tej samej delikatności, z którą ktoś głaszcze dziecko. Nauczycielka pokłoniła się raz jeszcze. Nie wyglądała na kogoś, kto pamiętałby, kiedy Hina faktycznie została zapisana do tej szkoły. A przecież jeszcze rano jej nazwisko nie figurowało w żadnym dzienniku. Dziewczyna zajęła miejsce w ostatniej ławce pod oknem. Rozłożyła zeszyt i wzięła długopis do ręki. Przez chwilę patrzyła przez szybę na boisko, gdzie kilku chłopaków grało w koszykówkę podczas wuefu. Uśmiechnęła się sama do siebie, tak że nikt tego nie zauważył. Kiedy przeniosła wzrok z powrotem na klasę, jej oczy na moment stały się zbyt ciemne. Ale mrugnęła i znów wyglądały zwyczajnie. Nauczycielka zaczęła mówić o analizie tekstów Heian, o subtelnościach grzecznościowych listów, które wymieniali dworzanie. O tym, jak ważny był jeden dodatkowy znak kaligrafii. Hina siedziała spokojnie, dłonie złożone na blacie. Jej zeszyt otwarty był na pustej stronie, a obok leżał długopis, którym co jakiś czas bawiła się opuszkami palców. Nie pisała nic, ale od czasu do czasu kiwała lekko głową. Kazuo siedział kilka ławek przed nią. Oparł się wygodnie, zsunął lekko na bok, tak by jego ramię opierało się na oparciu krzesła kolegi. Uśmiechał się półgębkiem, rysując coś w swoim notesie. Kiedy nauczycielka odwróciła się do tablicy, pochylił się, zwinął kartkę w mały rulon i odwrócił przez ramię w stronę Hiny. Patrzyli na siebie przez krótką chwilę. Kazuo posłał jej lekki, zachęcający uśmieszek – taki, którym zwykle rozbrajał nauczycielki, kiedy zapominał pracy domowej. Potem podrzucił zwiniętą kartkę do tyłu. Przeleciała dwa rzędy i upadła tuż obok otwartego zeszytu Hiny. Spojrzała na nią bez pośpiechu. Sięgnęła palcami, rozwinęła papier powoli. W środku były koślawe rysunki – karykatura dziewczyny z ogromną głową, rozmazanymi oczami i otwartymi ustami, z których wystawały kawałki papieru. Obok napis dużymi literami, starannie, by każdy mógł przeczytać: „Może ty lubisz zjadać zeszyty? Może zjemy razem coś bardziej… soczystego? Masz ochotę?” Poniżej ktoś dopisał jeszcze małym drukiem: „Kazuo”.

Jej uśmiech nie zmienił się nawet o milimetr. Przejechała palcem po kartce, tak że litery rozmazały się lekko od ciepła jej skóry. Potem powoli złożyła papier z powrotem w ciasny prostokąt i wsunęła go między strony swojego zeszytu. Kazuo odwrócił się znów i spojrzał na nią z satysfakcją, oczekując pewnie rumieńców wstydu albo przynajmniej skrzywionej miny. Zamiast tego zobaczył, że Hina patrzy na niego spokojnie, z tym samym uśmiechem, który miał w sobie coś dziwnie troskliwego. Na moment coś w jego uśmiechu drgnęło. Mrugnął szybko i odwrócił wzrok, śmiejąc się cicho do kolegi obok. Wyjęła ponownie zwiniętą kartkę, schowaną między stronami zeszytu. Jej palce błądziły po brzegu papieru, gładziły go bardzo ostrożnie. Potem odsunęła dłoń, spojrzała na Kazuo, który znowu odwrócił się do przodu i coś szeptał do kolegi. Zaśmiała się pod nosem. Podniosła rękę i poruszyła nią powoli w powietrzu, wykonując lekki gest, jakby strzepywała kurz, nikt nie zauważył czerwieni między jej palcami. Na ławce Kazuo coś drgnęło. Chłopak zmarszczył czoło, przesunął dłonią po ustach. Nagle wciągnął powietrze, choćby połknął muchę. Jego oczy zrobiły się szerokie. Próbował coś powiedzieć, ale zamiast słów wysunęła się z nich zwinięta, pomięta kartka. Upadła na jego zeszyt, mokra od śliny. Kazuo popatrzył na nią z przerażeniem, potem wytarł usta wierzchem dłoni. Obok niego koledzy zachichotali nerwowo.

– Panie Arimura? – głos wychowawczyni zabrzmiał ostro. Patrzyła na niego znad okularów, z kredą wciąż uniesioną do połowy napisanego na tablicy wiersza. – Co to za przedstawienie?

Kazuo spojrzał na nauczycielkę. Jego twarz zrobiła się lekko czerwona. Pokręcił głową i próbował coś powiedzieć, ale głos mu zadrżał.

– Nic… przepraszam… coś mi… utknęło w gardle.

Hina siedziała w ostatniej ławce i patrzyła spokojnie przed siebie. Jej ręka zsunęła się z blatu i znów położyła ją na udzie. Jej uśmiech wciąż był ten sam. Kazuo zerknął w jej stronę. Ich spojrzenia na moment się spotkały. Jego uśmiech, ten pewny i lekko kpiący, zniknął zupełnie. Zostały tylko szeroko otwarte oczy. Skinęła mu lekko głową, prawie tak, jakby chciała podziękować za mały spektakl, który jej ofiarował. Potem odwróciła wzrok i znów spojrzała w okno.

Dzwonek rozbrzmiał ostrym, nieprzyjemnym dźwiękiem. Uczniowie poderwali się z miejsc, torby zsunęły się z tępym stukiem, kiedy je zabierali. Rozmowy wybuchły niemal natychmiast. Hina wstała spokojnie, zsuwając zeszyt do torby, i zarzucając ją na ramię. Ruszyła w stronę drzwi, pozwalając innym ją wyprzedzać, schodząc z drogi każdemu, kto nawet nieświadomie mógłby ją trącić. Wyszła na korytarz, który pulsował gwarem rozmów. Oparła się o chłodną ścianę przy tablicy z ogłoszeniami i po prostu patrzyła. Jej oczy przesuwały się po twarzach uczniów, zatrzymując na ułamki sekund. Kazuo pojawił się nagle, z rękami w kieszeniach, otoczony dwoma kolegami, którzy śmiali się z czegoś, co pokazywał im na telefonie. Kiedy ją dostrzegł, zwolnił krok. Przez moment wyglądał, jakby miał ochotę zrezygnować, ale zaraz na jego twarzy zagościł znajomy, lekko wyćwiczony uśmiech. Podszedł bliżej, zostawiając tamtych za sobą.

– Samotna nowa? – zapytał, zerkając na nią z góry. – Nie boisz się stać tu tak sama? Niektórzy mogą pomyśleć, że jesteś… dziwna.

Uniosła wzrok. Jej spojrzenie dość ponure, a jednocześnie radosne.

– Samotność nie jest najgorsza – odparła. – Gorzej, kiedy ktoś stoi w tłumie i wciąż czuje się sam.

Kazuo osowiał. Próbował się zaśmiać, ale śmiech zabrzmiał krótko, pusto.

– Ty to naprawdę dziwna jesteś – rzucił, próbując obrócić to w żart. – Ale spoko. Może kiedyś cię… wciągniemy do naszego małego towarzystwa. Żebyś nie zgłupiała od tej swojej samotności.

– Może – skwitowała. – Ale uważaj, Kazuo. Nie każdy chce być wciągany. Niektórzy potem długo nie mogą złapać oddechu.

Stał przez moment w ciszy, która była dziwnie ciężka. Potem parsknął śmiechem i odwrócił się na pięcie, wołając do swoich kolegów. Hina patrzyła za nim. Pod palcami wyczuła zimno ściany. Przerwa powoli dobiegała końca. Uczniowie wchodzili z powrotem do sal, ziewali, ciągnęli się ospale w grupkach. Hina szła ostatnia, palcami gładząc pasek torby. Kiedy skręciła w korytarz prowadzący do sekretariatu, zobaczyła małe zbiegowisko. Przed wejściem do gabinetu dyrektora stał Kazuo, tym razem sztywno, z rękami splecionymi za plecami. Obok niego stał mężczyzna w drogim, ciemnym garniturze, z cienkim, stalowym zegarkiem i włosami przyprószonymi elegancko siwizną. Twarz miał spokojną, ale oczy – zimne i twarde.

– To twój tata? – spytał cicho któryś z kolegów Kazuo, szturchając go łokciem.

Kazuo skinął głową i uśmiechnął się, ale w jego oczach było coś dziwnie ostrego, spiętego. Ojciec poklepał go lekko po ramieniu, potem zwrócił się do dyrektora, który właśnie otwierał przed nim drzwi. Hina słyszała urywek ich rozmowy, cichy i wytarty grzecznościami, które miały zakryć prawdziwe znaczenie.

– To dla mnie zaszczyt. Proszę się nie martwić, nasza kancelaria chętnie pomoże w rozbudowie skrzydła biblioteki. Oczywiście z logo naszego rodu. Takie gesty trzeba pielęgnować – budują tradycję.

Dyrektor kłaniał się nisko, a Kazuo patrzył na to wszystko z ledwo skrywaną dumą. Jego pierś uniosła się wyżej, wzrok przesunął się po zebranych uczniach, chciał sprawdzić, kto patrzy i komu powinno być teraz przykro, że nie stoi na jego miejscu. Wtedy dostrzegł Hinę. Stała przy ścianie, niedaleko tablicy z ogłoszeniami. Jej spojrzenie spotkało się z jego, spokojne i cierpliwe. Kazuo odruchowo wyprostował plecy jeszcze bardziej, chciał jej pokazać: patrz, mój ojciec sponsoruje tę szkołę, to ja tutaj rządzę. Ale Hina tylko skinęła mu lekko głową, uprzejmie. W tym drobnym geście było coś, co na ułamek sekundy podcięło mu oddech. Ojciec Kazuo w tym czasie kończył rozmowę z dyrektorem.

– Naturalnie, wszystko załatwimy jeszcze w tym tygodniu. Proszę tylko zadbać, by mój syn miał tu najlepsze warunki do nauki. To dla naszej rodziny sprawa honoru.

Dyrektor uśmiechał się szeroko, niemal służalczo. Kazuo zrobił półkroku bliżej ojca. Chciał coś powiedzieć, ale starszy mężczyzna już odwracał się, by odejść korytarzem w stronę głównego wejścia. Nawet na niego nie spojrzał. Hina patrzyła na to spokojnie. Przesunęła palcami po grzbiecie książki, którą wypatrzyła, jakby głaskała kota. Jej oczy lśniły złotawo, ale tylko przez chwilkę. Chłopak odwrócił się znów w jej stronę, ale ona już weszła do klasy, zostawiając go samego, z dumnym nazwiskiem i ojcem, którego już nie było.

Dzwonek zabrzmiał. Uczniowie wrócili do klasy z papierowymi torebkami ze sklepiku, mrucząc coś pod nosem, przeżuwając bułki z pastą anko albo ryżowe kulki zawinięte w folię. Hina siedziała w tej samej ławce przy oknie. Oparła głowę na dłoni i patrzyła na boisko. Kazuo usiadł w swojej ławce i od razu parsknął śmiechem do kolegi, próbując być głośniejszym od cichego napięcia. Otworzył zeszyt. Jego wzrok padł na ostatnią zapisaną stronę, humor mu przygasł. Pomiędzy liniami ćwiczeń kaligraficznych widniał rysunek. Bardzo precyzyjny, wykonany cienką, pewną kreską. Przedstawiał ich nauczycielkę – wychowawczynię, z którą mieli dziś większość zajęć, tę samą, która stała teraz przy biurku i przygotowywała kredę – zupełnie nagą. Ułożoną w półprzytomnym, trochę zmysłowym skręcie, z włosami rozsypanymi na ramionach i zamkniętymi oczami. Rysunek nie był wulgarny. Był subtelny, prawie piękny. Czuł, jak jego gardło zaciska się w cienką, suchą szczelinę. Serce zaczęło walić mu w piersi tak głośno, że był pewien, iż kolega obok to usłyszy. Odruchowo zamknął zeszyt z trzaskiem.

– Panie Arimura? – wychowawczyni uniosła głowę znad dziennika. Jej głos był spokojny. – Co to za hałas?

Otworzył zeszyt znowu, żeby udawać, iż notuje. Strona z rysunkiem rozłożyła się szeroko, jakby to właśnie ona wybrała moment, by się odsłonić. Nie chciał tego i nie wiedział, jak się, to się stało. Nauczycielka podeszła bliżej. Spojrzała w dół. Jej oczy otworzyły się szerzej i nagle zwęziły.

– Co to ma być? – zapytała cicho, a jej głos zabrzmiał teraz jak coś twardego.

Kazuo poczuł, jak jego ciało pokrywa się zimnym potem. Otworzył usta, ale przez gardło nie przeszło mu ani jedno słowo. Obok niego kolega cofnął się lekko, próbując się odsunąć, w obawie, że ten wstyd i gniew za chwilę rozleją się również na niego. Nauczycielka stała tam jeszcze przez kilka sekund, patrząc na rysunek w jego zeszycie z wyrazem czegoś, co nie było już tylko złością – bardziej rozczarowaniem i czymś jeszcze głębszym. Potem wyprostowała się powoli.

– Proszę zostać po lekcji. Porozmawiamy o tym na spokojnie.

Kazuo przytaknął szybko. Jego palce zacisnęły się na krawędzi zeszytu tak mocno, że aż zbielały. Nie odważył się już spojrzeć na Hinę, choć czuł jej wzrok – cichy, spokojny, delikatny jak muśnięcie, a jednak wgryzający się w kark, aż do środka kręgosłupa. Uśmiechnęła się lekko. Poprawiła wstążkę przy szyi i wróciła spojrzeniem za okno.

Klasa zapadła w nagłą ciszę. Nawet ci, którzy jeszcze przed chwilą szeptali i skrobali długopisami po marginesach, znieruchomieli. Nauczycielka wpatrywała się w Kazuo z wyrazem zimnej dezaprobaty. Kazuo zacisnął palce na zeszycie. I wtedy rozległ się głos Hiny.

– Pani nauczycielko – odezwała się spokojnie, cicho, z uprzejmym odcieniem, którego nauczyciele byli tak spragnieni od uczniów. – Ja widziałam, jak on to rysował.

Cała klasa obróciła się w jej stronę. Kilkoro osób wymieniło krótkie, roziskrzone spojrzenia, w których coś tętniło – podniecenie, ulga, a może okrutna ciekawość. Kazuo zesztywniał. Jego twarz przybrała odcień szarej porcelany. Odwrócił głowę w stronę Hiny powoli, jak ktoś, kto właśnie zrozumiał, że wpadł w pułapkę, ale jeszcze próbuje udawać, że nic nie czuje. Nauczycielka spojrzała na nią z ulgą zmieszaną z wyczekiwaniem.

– Tak? – Jej głos złagodniał, prawie wdzięczny, że ktoś rozwiał jej wątpliwości. – Więc nie ma tu wątpliwości, kto jest autorem tych… bezwstydnych bazgrołów.

Kiwnęła głową. Jej oczy były spokojne, ciepłe, brązowe, tak naturalne, że nikt nie pomyślałby, że mogłyby kłamać. Na jej ustach zatańczył drobny uśmiech – współczujący.

– Tak, proszę pani. Siedzę za nim, widziałam wszystko.

Kazuo wciągnął powietrze tak gwałtownie, że aż się zakrztusił. Jego ramiona opadły, a potem znów się spięły. Przez sekundę w jego oczach przemknęło coś dzikiego, bolesnego – zraniona duma, strach i wściekłość zmieszane razem w jedną brudną plamę.

– W porządku. Po lekcji zostaniesz dłużej, Kazuo. A ty, Kuroda-san… dziękuję, że powiedziałaś prawdę.

Skłoniła głowę nisko. Uśmiechnęła się, jakby przyjęła komplement. Jej dłonie znów spoczęły na blacie, zupełnie spokojne. Kazuo patrzył na nią jeszcze przez moment. A w tym spojrzeniu było już coś nowego – ostrze, które szukało celu. Odwróciła wzrok w stronę okna, pozwalając, by promień słońca rozlał się po jej czarnych ja smoła włosach. Uśmiechała się cicho, jak ktoś, kto słyszy muzykę radości.

Dzwonek zabrzmiał nagle. Nauczycielka spojrzała na zegar nad drzwiami i westchnęła, odkładając dziennik na biurko.

– Macie piętnaście minut przerwy. Proszę się nie spóźniać na kolejną lekcję.

Uczniowie poderwali się z miejsc. Kazuo siedział przez moment, jakby wrośnięty w ławkę, wpatrzony w zeszyt, wciąż otwarty na stronie z tym dziwnym rysunkiem. Nauczycielka nachyliła się do niego, mówiąc coś ściszonym głosem. Hina, która pakowała powoli swoje rzeczy, słyszała wystarczająco dobrze, by wyłapać najważniejsze słowa.

– Kazuo… ja naprawdę chciałabym wierzyć, że to jakiś żart. Że może ktoś ci to podłożył. Jesteś dobrym uczniem, twoja rodzina tyle znaczy dla tej szkoły… Ale jeśli to się powtórzy, będę musiała powiadomić dyrekcję.

Kazuo kiwał głową. Raz. Drugi. A potem jeszcze raz, jakby nie wiedział, czy powinien już przestać.

– Tak, proszę pani. To się nie powtórzy.

Jego głos był przyciszony, płaski. Nauczycielka położyła mu dłoń na ramieniu, lekko, krótko, a potem odeszła do swojego biurka. Kazuo wstał dopiero po chwili. Zapiął torbę, wyprostował się i rozejrzał po klasie. Jego spojrzenie natrafiło na Hinę, gdyż jej szukał. Ona tylko uśmiechnęła się uprzejmie. Odwrócił wzrok i wyszedł szybkim krokiem z sali. Łazienka na końcu korytarza była prawie pusta. Stała przy jednym ze zlewów, poprawiając wstążkę pod szyją. Jej palce przesuwały się powoli po materiale, wygładzając drobne fałdki, których nikt poza nią nie zauważyłby. Nie usłyszała kroków Kazuo. Pojawił się nagle w lustrze, odbity za jej plecami. Jego twarz była spokojna, ale oczy – te oczy były zbyt szeroko otwarte, zbyt błyszczące. Jak u zwierzęcia, które właśnie zdecydowało, że to dobry moment, by ugryźć.

– Jesteś z siebie zadowolona? – zapytał ostro. – Ładnie to załatwiłaś. Naprawdę. Za kogo się mścisz?

Nastolatka powoli odwróciła głowę. Spojrzała na niego przez ramię, spokojnie, z tym samym uśmiechem, który nosiła cały dzień.

– Ja tylko powiedziałam prawdę – odpowiedziała tak cicho, że musiał zrobić krok bliżej, żeby ją usłyszeć. – A ty przecież w tej szkole lubisz prawdę, prawda? – przyznała z celowym powtórzeniem. – Zwłaszcza kiedy dotyczy innych.

Kazuo wyciągnął rękę i złapał ją za ramię. Nie mocno, ale wystarczająco, by to było niegrzeczne. Jego palce zacisnęły się na materiale mundurka, na jej barku, czego i tak nie odczuła.

– Uważaj, nowa – zagroził. – Tutaj tacy jak ty długo nie mają lekko. Za bardzo się wychylasz.

Patrzyła na jego dłoń na swoim ramieniu. Potem uniosła wzrok na jego twarz. Jej oczy wydawały się nagle ciemniejsze.

– Może właśnie po to tu przyszłam?

Kazuo wciągnął powietrze, cofnął rękę i odetchnął głęboko.

– Jebana wariatka – rzucił i odwrócił się gwałtownie, wychodząc z łazienki.

Stała jeszcze chwilę w miejscu. Jej palce musnęły miejsce, gdzie przed chwilą ściskała ją jego dłoń. Poprawiła wstążkę jeszcze raz. Łazienka znów ucichła. Hina stała przez chwilę w bezruchu, wsłuchując się w drobne odgłosy budynku. Drzwi skrzypnęły. Do środka weszła dziewczyna – drobna, ze ściągniętymi ramionami, trzymająca w dłoniach reklamówkę zamiast plecaka. Zatrzymała się w progu, chciała zawrócić. Ale spojrzenie Hiny przytrzymało ją w miejscu. Dziewczyna powoli ruszyła do umywalki obok. Postawiła reklamówkę na brzegu zlewu i otworzyła kran. Woda chlusnęła i ochlapała mankiety Hiny.

– Przepraszam – odezwała się głosem pełnym strachu.

Hina spojrzała na nią spokojnie. Jej oczy były uprzejme, miały w sobie coś z matowego bursztynu.

– Nie musisz przepraszać – odparła łagodnie.

Dziewczyna opuściła głowę jeszcze bardziej. Woda wciąż płynęła, jej dłonie nie myły niczego konkretnego, tylko poruszały się bez celu pod strumieniem.

– To był on… on tak zawsze. – Głos zadrżał jej przy końcu. – Znajduje kogoś. Na chwilę. Potem zostawia. Ale zanim to zrobi… wszystko już jest popsute.

Hina przyglądała się jej twarzy, bladym policzkom, drobnym żyłkom na szyi, które pulsowały szybko, jak u wystraszonego zwierzęcia.

– Wiem, zauważyłam.

Dziewczyna spojrzała na nią nagle, zaskoczona, z ulotną nadzieją w oczach.

– Wiesz?

Hina uśmiechnęła się bardzo lekko. Dotknęła końcami palców strużki wody wypływającej z kranu obok. Jej skóra zrobiła się od tego jeszcze bledsza, niemal przezroczysta.

– Wiem, co on robił. I wiem, co go czeka.

Na twarzy przestraszonej dziewczyny pojawił się drobny grymas – coś pomiędzy strachem a ulgą. Przestąpiła z nogi na nogę, chciała coś jeszcze powiedzieć, ale nie znalazła słów.

– Dziękuję… – wyszeptała w końcu, sama chyba, nie wiedząc, za co właściwie.

Zakręciła wodę i chwyciła reklamówkę. Wychodząc, zerknęła jeszcze raz na Hinę. Została sama. Jej palce wciąż były mokre od zimnej wody. Spojrzała na nie z lekkim zainteresowaniem, potem otarła o spódnicę.

Wyszła z łazienki powoli, z dłońmi wsuniętymi w kieszenie mundurka. Szkoła w tym momencie była zatłoczona – uczniowie snuli się z klasy do klasy, przepychali w grupkach, wchodzili do sklepiku po dodatkowy sok albo drożdżówkę. Ale przed sekretariatem, tam gdzie wcześniej widziała Kazuo z ojcem, zrobiło się pusto. Tylko on tam jeszcze był, prawdopodobnie po coś wrócił. Ojciec Kazuo stał z telefonem przy uchu, mówił coś niskim głosem, z którym nie dało się dyskutować. Kiedy ją zobaczył, urwał w pół zdania. Spojrzał prosto na nią. Jego wzrok miał w sobie coś ciężkiego, przytłaczającego. Rozłączył rozmowę jednym szybkim ruchem i schował telefon do marynarki.

– Ty jesteś ta nowa? – zapytał, zbliżając się.

Hina zatrzymała się kilka kroków od niego. Jej głowa przechyliła się lekko w bok, jak miewa to w zwyczaju, włosy opadły jej na ramię w spokojnym, naturalnym geście.

– Tak – odpowiedziała grzecznie.

Mężczyzna zmrużył oczy. Jego wzrok przesunął się po niej jak ostrze, które sprawdza, w którym miejscu najłatwiej ciąć.

– Słyszałem już o tobie. Może ci się wydawać, że jesteś sprytna, dziewczynko, ale pamiętaj – rodziny, takie jak nasza, budowały te szkoły, sponsorują je, utrzymują. Jeśli spróbujesz wciągnąć mojego syna w jakieś swoje małe gierki, skończysz marnie.

Uśmiechnął się przy tym, ale był to uśmiech zimny, pusty, martwy.

Patrzyła na niego spokojnie. Jej oczy nie miały w sobie nic z lęku. Były ciche, ciepłe i głębokie, ale coś w nich przypominało odległy ogień – taki, który jeszcze nie dotarł do lasu.

– Rozumiem – szepnęła. – Ale tego, co się zaczęło, już i tak nie da się zatrzymać.

Na ułamek sekundy jego twarz stężała, zaskoczona jej słowami, może nawet przestraszona, ale zaraz wrócił do swojej zimnej maski. Przesunął dłonią po krawacie, poprawił go z nerwową dokładnością.

– Uważaj na siebie – ostrzegł, po czym odwrócił się i ruszył korytarzem w stronę głównego wyjścia.

Stała jeszcze chwilę w tym samym miejscu. Jej spojrzenie unosiło się gdzieś ponad głowami uczniów, spokojne. Posłała mu delikatny uśmiech.

– Uważajcie wszyscy… – wyszeptała tak cicho, że nikt poza nią nie mógł tego usłyszeć.

Potem ruszyła w przeciwnym kierunku, lekko muskając palcami ścianę, choćby zostawiała tam na niej maleńki znak.

Dzwonek znowu rozległ się po korytarzach. Ludzie przepychali się w drzwiach, rozmawiali głośno, śmiali się nerwowo. Hina wkroczyła do klasy prawie niezauważalnie. Jednak Kazuo zobaczył ją od razu. Rozparł się w swojej ławce z pewnym uśmieszkiem, chciał pokazać, że wszystko już wróciło do normy. Patrzył, jak wchodzi, i przez sekundę wydawało mu się, że pójdzie prosto do swojej ławki z tyłu. Ale zatrzymała się przy ławce Aoi. Dziewczyna z reklamówką siedziała tam skulona, z torbą wciśniętą między nogi. Hina nachyliła się lekko, szepnęła coś do niej, czego nikt nie usłyszał, a potem – zupełnie naturalnie – odsunęła krzesło i usiadła obok. Aoi drgnęła, wyprostowała plecy, spojrzała na Hinę z czymś pomiędzy niepewnością a cichą ulgą. Jej dłonie zacisnęły się na kolanach, ale przestały drżeć. Kazuo patrzył na to ze swojego miejsca. Jego uśmiech zgasł, twarz zastygła w czymś, co miało być obojętnością, ale mięśnie szczęki zacisnęły się mocniej niż zwykle. Nauczycielka zaczęła mówić o dawnych rodach kupieckich z Osaki, o rodzinach, które bogaciły się w ciszy, w cieniu samurajów, aż nagle same zaczynały dyktować reguły. Hina słuchała spokojnie, a kiedy Aoi zerknęła na nią niepewnie, uśmiechnęła się lekko i skinęła głową. Kazuo patrzył na to wszystko kątem oka. Lekcja powoli przesuwała się przez kolejne minuty. Głos nauczycielki stał się odległym szumem, który przepływał przez klasę, nie zatrzymując się na nikim na dłużej. Aoi siedziała obok Hiny w ciszy, wciąż skulona, ale już nie tak bardzo. Jej dłonie nerwowo bawiły się końcem reklamówki, skręcały plastik w mały supełek i znów go rozplątywały. Kiedy zabrzmiał kolejny, krótki dzwonek zwiastujący ostatnie minuty lekcji, Hina pochyliła się do niej bliżej. Zapach jej włosów był lekko słodki, trochę przypominał mokrą ziemię po burzy.

– Może wpiszesz mój numer? – zaproponowała cicho, z uprzejmym uśmiechem. – Żebyś wiedziała, że możesz napisać, gdyby… gdyby znowu coś było nie tak.

Aoi mrugnęła, zaskoczona. Potem zgodziła się, niepewnie wyciągając swój telefon. Ekran miał porysowany, obudowa była stara, w kilku miejscach obtłuczona. Odblokowała go szybkim ruchem kciuka i podała Hinie. Wzięła urządzenie, jej palce przesunęły się po plastiku. Nie musiała nawet wpisywać swojego numeru na liście kontaktów już widniał zapis: „Hina” z drobnym czerwonym serduszkiem obok. Aoi wpatrywała się w to ze zdziwieniem.

– O… on już tu był? – zapytała.

Hina uśmiechnęła się cicho. Potem przesunęła ekran w bok, otwierając przeglądarkę. Nie musiała nic wpisywać, telefon sam zaprowadził ją na stronę, którą Aoi odwiedzała najczęściej. To był prosty, amatorski blog. Szarobiały, z prostymi czcionkami i krótkimi wpisami. W jednym z nich, wciśniętym pomiędzy notatki o testach z matematyki i zdjęcie plastikowego pudełka z obiadami, znalazła to: „Niech ktoś mnie w końcu zabierze stąd. #bullying #zemsta #proszę”. Patrzyła na ekran, potem na Hinę. Jej oczy robiły się coraz większe i bardziej mokre. Zasunęła dłonie pod blat.

– Ty… naprawdę…?

Hina potwierdziła kiwnięciem i oddała jej telefon. Jej palce musnęły przy tym dłoń Aoi – ciepły, delikatny dotyk, tym gestem chciała potwierdzić: „tak, ja naprawdę przyszłam”, ale bez słów. Na twarzy Aoi przez sekundę pojawiło się coś podobnego do ulgi. Bardzo ostrożnej. Kazuo siedział dwie ławki przed nimi i odwracał się co chwilę, patrząc na to wszystko z cieniem podejrzliwości.

Szkoła zaczęła powoli pustoszeć, kiedy ostatnie lekcje dobiegły końca. Hina wyszła na zewnątrz bez pośpiechu. Słońce zsunęło się już nisko nad dachami, zostawiając długie cienie. Szła powoli przez mały ogród przy wejściu do szkoły. Palce przesunęła po liściach niskich krzaków, które zaszumiały cicho. Uśmiechnęła się do siebie, ale w jej oczach było coś zupełnie nieugiętego.

Podniosła głowę i spojrzała przed siebie. Widziała nie ten szkolny ogród, ale inne miejsce – ciemniejsze, cichsze, pełne szeptów, które znały jej imię od zawsze. Ruszyła wzdłuż ścieżki prowadzącej do bocznej bramy. Patrzyła, jak jej własne stopy wchodzą i wychodzą z tych cieni, przez małe, płynne granice między światami. Zatrzymała się przy ogrodzeniu. Na drugiej stronie ulicy był mały sklepik z lampionami w oknie i automat z napojami.

Wsunęła rękę do kieszeni mundurka i wyciągnęła swój składany telefon. Otworzyła go, ekran zaświecił się czerwonym światłem.

Przewinęła listę imion i zdarzeń z całej Japonii. Każde z nich pulsowało na czarnym tle, jak małe czerwone serca.

– Kazuo Arimura… – wyszeptała pogardliwie.

Pogładziła opuszkiem palca po jego imieniu. Na ekranie pojawiły się drobne informacje – zdjęcie legitymacyjne, numer klasy, data urodzenia. W prawym dolnym rogu migała mała ikonka:

„Rodzina: 3 powiązania aktywne”. Uśmiechnęła się delikatnie. Zamknęła telefon z cichym kliknięciem i wsunęła go z powrotem do kieszeni.

– Najpierw ciebie, Kazuo. Potem was wszystkich.

Odwróciła się, gotowa wracać powoli do siebie. Ale wtedy coś ją zatrzymało. Na ścieżce, kawałek dalej, stała Aoi. Przytulała do piersi swoją reklamówkę, szanując ją jak skarb. Więc podeszła do niej.

– Kuroda-san… – zaczęła, ciesząc się, że ją widzi. – Dziękuję za… dzisiaj. Za to, że… usiadłaś obok.

Hina spojrzała na nią spokojnie, a potem zrobiła dwa kroki bliżej. Położyła dłoń na jej ramieniu lekko.

– Nie musisz mi dziękować – powiedziała miękko. – Wkrótce wszystko stanie się dla ciebie lżejsze.

– Myślisz, że…,że on w końcu przestanie? Że zostawi mnie w spokoju?

Przyglądała się jej przez chwilę w milczeniu.

– Przestanie. Obiecuję.

Przytuliła reklamówkę jeszcze mocniej. Uśmiechnęła się, bardzo niepewnie. Potem odwróciła się i pobiegła w stronę wyjścia z ogrodu. Patrzyła za nią. Jej palce powoli zacisnęły się w pięść z chęcią uderzenia kogoś.

– A potem… – wyszeptała cicho do gałęzi nad sobą –… nawet o tobie zapomni.

Jej uśmiech tym razem był zupełnie pozbawiony ciepła. Po chwili wróciła i kiwnęła głową by ta poszła za nią. Nie chciała odmówić więc ruszyła za koleżanką. Dom Aoi był niewielki, ciasny, schowany w bocznej uliczce, gdzie asfalt miał popękane brzegi, a lampy uliczne mrygały. Ściany były cienkie, a w kącie salonu stał stary telewizor, na którego ekranie właśnie cicho przewijały się napisy końcowe jakiegoś show. Matka przyjęła Hinę z lekkim ukłonem i prostym, szczerym uśmiechem. Była zmęczona, miała pod oczami delikatne cienie, a jej dłonie krzątały się sprawnie między miskami i talerzami.

– Nazywam się Kuroda Hina – przedstawiła się.

– Dziękujemy, że zechciałaś odwiedzić nasz skromny dom, Kuroda-san – przywitała się z lekkim zakłopotaniem.

– Proszę mówić mi Hina – odpowiedziała.

Zasiedli przy małym, lekko chwiejącym się stole z okleiną imitującą ciemne drewno. Matka postawiła przed nimi trzy miseczki ryżu, miskę z prostym bulionem pełnym marchewek i kilku kawałków tofu oraz talerzyk z kiszoną rzepą.

– Przepraszam, że to takie skromne – rzekła kobieta. – Nie mamy dzisiaj nic lepszego.

– To wygląda bardzo dobrze – odpowiedziała Hina i skłoniła głowę z szacunkiem.

Aoi siedziała obok niej, trzymając pałeczki kurczowo. Jej policzki były lekko zaczerwienione. Matka zerkała na córkę z troską, która nie próbowała się już nawet ukrywać.

– Aoi… jest teraz w porządku w szkole? – zapytała ostrożnie, patrząc nie na Hinę, a na swoją córkę, która drgnęła i wbiła wzrok w ryż.

– Lepiej… – wyszeptała po chwili. – Dużo lepiej, mamo.

Matka skinęła głową i posłała Hinie drobny, pełen wdzięczności uśmiech, jakby nie potrzebowała żadnych wyjaśnień, rozumiała wszystko bez słów. Jej oczy na moment zaszkliły się, ale szybko mrugnęła, żeby nic nie spłynęło po policzku. Rozmawiali później o zwykłych rzeczach – o testach, o tym, że w przyszłym tygodniu ma padać, o sklepiku pod szkołą, gdzie podrożał melon pan. Hina odpowiadała spokojnie, uprzejmie. Po kolacji Aoi zaprosiła ją do swojego pokoju. Pomieszczenie było maleńkie – wciśnięte między dwa regały z tanimi książkami i pudełkami. Na podłodze leżał cienki futon, obok stał niski stoliczek z lampką. Na ścianie wisiał mały kalendarz z pieskami shiba inu. Aoi usiadła po turecku na futonie i patrzyła, jak Hina przesuwa palcami po kilku tomikach mang, które leżały rozrzucone obok.

– Przepraszam, że tu tak… – zaczęła, ale Hina tylko pokręciła lekko głową.

– Jest tu bardzo cicho – odpowiedziała. – To ładne miejsce.

Ona jednak spuściła wzrok, jej palce zaczęły bawić się skrawkiem materiału na kolanie.

– Bałam się, że…,że już nikt nie będzie chciał ze mną rozmawiać. Że będę tu siedzieć sama do końca szkoły… i może jeszcze dłużej.

Hina uklękła przy niej, położyła dłoń na jej ramieniu. Jej palce były zimniejsze niż powinny, ale dotyk miał w sobie coś dziwnie uspokajającego.

– Nie będziesz – szepnęła.

Kiedy w końcu Hina wstała, by wyjść, Aoi odprowadziła ją do drzwi. Matka jeszcze krzątała się w kuchni, zmywając naczynia w małym zlewie, z którego cicho sączyła się woda.

– Dziękuję, że przyszłaś – szepnęła w progu. – Mama dawno tak się nie śmiała. Ja też… nie czułam się tak od… od bardzo dawna.

Hina położyła jej dłoń na policzku, delikatnie, tak że nastolatka na moment przymknęła oczy.

– Będzie jeszcze lepiej. Obiecuję.

Po tym geście zrobiła krok w tył. Zamknęła za sobą drzwi bardzo cicho. Zeszła kilka kroków w dół, następnie po wąskich schodkach przed domem. Ulica była ciemna. Zatrzymała się, spojrzała w górę na małe okno pokoju, gdzie paliła się wciąż lampka.

– Już niedługo.

Potem zamknęła oczy. Kiedy je otworzyła, stała znowu w swoim ciemnym, wilgotnym pokoju, w świecie, który oddychał razem z nią.

– Jeszcze jeden dzień. Może dwa.

Posiadłość rodziny Arimura stała na wzniesieniu, trochę na uboczu, otoczona wysokim murem i wypielęgnowanymi ogrodami, w których lampiony oświetlały kręte ścieżki z białego żwiru. Główna brama otwierała się, kiedy samochód ojca Kazuo wtoczył się na podjazd. Kazuo wysiadł pierwszy, szybko, starając się, by na jego twarzy nie było widać zmęczenia ani irytacji. Ojciec wyszedł wolniej, poprawiając marynarkę. Rzucił mu krótkie spojrzenie, które miało być zainteresowane, ale było tylko chłodne, odmierzone.

– Jutro szkoła? – zapytał od niechcenia, bardziej dla zasady niż z prawdziwej ciekawości.

– Tak, ojcze – odparł. Skłonił się lekko, automatycznie.

Ojciec już nie odpowiedział. Wszedł do domu pierwszy, zostawiając syna na chwilę samego w półmroku ogrodu. Kazuo zacisnął pięści, wciągnął głęboko powietrze. Wciąż czuł w żołądku ten dziwny ucisk z dzisiejszego dnia – od chwili, gdy zobaczył Hinę siedzącą obok Aoi, aż po moment, kiedy musiał udawać pewność siebie przed kolegami. Wszedł do środka. Wnętrze domu było chłodne, urządzone w spokojnych, kremowych i szarych barwach. Drogie, ale surowe. Matka siedziała w salonie na niskiej sofie, przeglądała papiery. Skinęła mu głową z lekkim uśmiechem, który zgasł, zanim zdążył go odwzajemnić. Kazuo przeszedł obok niej i wspiął się na piętro do swojego pokoju. Jego pokój był duży, z balkonem wychodzącym na ogród, z biurkiem pod oknem i ciemnym regałem pełnym drogich albumów o sztuce i historii rodów samurajskich. Usiadł przy biurku, wpatrując się przez chwilę w czarny ekran swojego telefonu. Przesunął palcem po odblokowaniu i spojrzał na listę powiadomień. Kilka wiadomości od kolegów – głupie filmiki, zaproszenie na grę online. Ale nic od Hiny. Nie wiedział właściwie, czemu tego oczekiwał jak nie miał jej kontaktu. Westchnął i odrzucił telefon. Oparł łokcie na blacie, schował twarz w dłoniach. W głowie wracał obraz Aoi, siedzącej skulonej w ławce i Hiny, która uśmiechała się spokojnie, patrząc na niego tak, jakby wiedziała coś, czego on nie wiedział.

– Pieprzona wariatka…

Podniósł głowę. Spojrzał w lustro nad komodą. Na moment przysiągłby, że w głębi odbicia coś się poruszyło – cień, jakby ktoś stał za nim. Odwrócił się gwałtownie, ale za jego plecami był tylko pusty pokój i cicho stojące zasłony. Wstał, rzucił się na łóżko, zakopał głowę w poduszce. Ale nawet tam, z zamkniętymi oczami, widział ten drobny, spokojny uśmiech Hiny. I przez chwilę miał wrażenie, że gdzieś bardzo daleko, w miejscu, którego nie potrafiłby wskazać, coś cicho się śmiało.

Hina siedziała na miękkim, ciemnym materacu rozłożonym w centrum pokoju utkanego z pulsującego cienia. Ściany wyglądały jak zasłony utkane z pajęczyn i sadzy, falowały powoli, oddychając razem z nią. Na ramionach miała czarne kimono – cienkie, eleganckie. Materiał opadał miękko wokół jej nóg, a szerokie rękawy kładły się na podłodze niczym płynny atrament. Jej włosy, rozpuszczone, spływały na plecy. Rogi – te drobne, zakrzywione, czerwone – były tym razem wyraźne, wystające z czarnej grzywki. Nie musiała ich tu chować. W tym miejscu były bardziej jej niż cokolwiek innego. Na kolanach miała swój składany telefon. Otworzyła go z cichym trzaskiem. Ekran rozjarzył się czerwonym blaskiem, który odbił się w jej źrenicach. Przesunęła palcem po liście imion. Palec zatrzymał się na jednym – Kazuo Arimura. Kliknęła w nie, a wtedy ekran rozwinął przed nią całą sieć drobnych linii, które łączyły Kazuo z innymi ludźmi. Każdy punkt pulsował w innym rytmie. Niektóre były spokojne, niemal zgaszone, inne biły szybko, chaotycznie. Jej wzrok przesunął się wzdłuż najjaśniejszej nitki – tej, która prowadziła do ojca Kazuo. Potem niżej, do matki. A następnie do jeszcze dalszych gałęzi, ledwo rozświetlonych, ale wciąż istniejących.

– Tyle powiązań – wyszeptała. – Tyle dumy. Tyle wstydu gotowego, by wypełznąć na wierzch.

Przymknęła oczy, położyła dłoń na ekranie. Ciepło z jej palców wpłynęło w urządzenie, które zapiszczało cicho.

– Jeszcze trochę. Najpierw złamię ciebie, Kazuo. A potem pozwolę, by twój strach rozszedł się po wszystkich, którzy cię stworzyli.

Na jej ustach pojawił się spokojny, delikatny uśmiech. Przesunęła dłonią po kolanach, wygładzając czarne kimono. Wstała i ruszyła powoli przez swój pokój. Kiedy szła, podłoga pod jej stopami lekko falowała, zostawiając ciepłe, czerwone ślady, które gasły tuż za jej piętami. Dotarła do wielkiego lustra stojącego pod ścianą. Patrzyła w swoje odbicie, przechylając głowę w jedną, potem w drugą stronę. Jej odbicie uśmiechnęło się o sekundę za późno.

– Jeszcze jeden dzień. Może dwa.

Bez pośpiechu rozwiązała pas. Materiał zsunął się z jej ramion, opadł na podłożę w miękkim szeleście. Jej skóra w bladym świetle tego miejsca wyglądała niemal biało-szara, miejscami przesycona delikatnymi, czerwonymi nitkami żył, które pulsowały bardzo powoli. Przeszła przez parawan i stanęła nad gorącym źródłem, które w jej świecie miało barwę czerwoną, prawie czarną. Para unosiła się gęsto, oplatając jej nogi i biodra. Weszła do wody powoli. Zatrzymała się, gdy sięgała jej do pasa.

– Jutro chyba zmienię miejsce w klasie. Może usiądę znów obok Aoi… może tym razem nawet bliżej Kazuo. Żeby widział. Żeby się martwił.

Jej ręce uniosły się na powierzchnię. Czarne fale opływały jej palce, zostawiając na nich drobne, czerwone smugi. Zaczęła się obmywać.

– Albo wcale nic nie zrobię. Pozwolę mu przez pół dnia wierzyć, że wszystko wraca do normy. Ludzie, tacy jak on, sami potrafią zatruć sobie krew, jeśli da im się na to trochę czasu.

Uśmiechnęła się, patrząc na własne odbicie rozciągnięte w wodzie. Jej twarz była spokojna, a oczy miały w sobie coś głodnego, drapieżnego.

– Może przyniosę mu prezent. Jakąś małą kartkę z jego sekretami, które tak pilnie chował. – Przechyliła głowę. – Albo każę tej klasie plotkować o nim. Plotki to najpiękniejszy nóż.

Zanurzyła się głębiej, aż woda sięgnęła jej ramion. Rogi na czole zniknęły pod cienką warstwą pary. Przymknęła oczy, a jej rzęsy osiadły w kroplach.

– Ale najpierw chcę, żeby poczuł się bezpiecznie. Tylko wtedy to będzie smakować naprawdę dobrze.

Po chwili wyciągnęła rękę, otworzyła ją, a z jej wnętrza rozbiegły się maleńkie iskry, które spadły na powierzchnię wody i zgasły z cichym sykiem.

– Jeszcze jeden dzień. Może dwa – powtórzyła prawie z czułością.

Oparła głowę o brzeg źródła i wzięła długi, głęboki wdech. Para zatańczyła wokół niej, otuliła ją, jakby należała do niej tak samo, jak ta woda, ten pokój i wszystkie szepty, które składały jej przysięgi w ciemności.

Spała na cienkim materacu, rozłożonym w centrum swojego pokoju. Jej ciało było spokojne, prawie bez życia, gdy leżała na boku, z rękami wsuniętymi pod policzek. Długie, czarne włosy rozlewały się na posłaniu niczym atrament, a z drobnych czerwonych rogów na jej czole sączyła się ledwo widoczna mgiełka ciepła. Kiedy otworzyła oczy, świat wokół niej zadrżał lekko. Hina podniosła się powoli do siadu. Przeciągnęła się z westchnieniem. Jej oczy wciąż były przygaszone snem, miały w sobie trochę mgły. Bez pośpiechu wstała i podeszła do niskiego stolika, na którym leżał starannie złożony mundurek. Dotknęła go opuszkami palców. Materiał sam zaczął się rozprostowywać, poruszać, po prostu chciał wejść jej na ramiona. Uniosła ręce. Granatowa spódnica i biała koszula przesunęły się miękko po jej skórze, dopasowując się do ciała w niemal posłuszny sposób. Czerwona wstążka zawiązała się sama pod jej szyją. Cały rytuał trwał ledwie kilka chwil. Podeszła do lustra. Jego powierzchnia była mętna, pływały w niej drobne, ciemne kształty, które wyglądały jak zamazane twarze. Wpatrywała się w swoje odbicie. Jej rogi zadrżały, po czym powoli wciągnęły się pod skórę z lekkim, wilgotnym dźwiękiem. Oczy nabrały zwykłego brązowego koloru, w którym błąkał się mały, uprzejmy błysk.

Ujęła w dłonie pasmo włosów i zaczęła je powoli czesać drewnianym grzebieniem. Każde pociągnięcie było rytmiczne.

– Dziś… – szepnęła do lustra. Jej głos był miękki, trochę senny. – Dziś będzie kolejny mały krok. Nie wiem, czy finał. Się okaże…

Uśmiechnęła się delikatnie. Lustro odwzajemniło ten uśmiech z lekkim opóźnieniem, przez co wyglądało to tak, jakby odbicie zastanawiało się chwilę, czy w ogóle powinno. Odłożyła grzebień na stolik i przesunęła dłonią po spódnicy, wygładzając drobne fałdy. Potem odwróciła się, zrobiła krok w stronę jednej z ciemniejszych ścian. W tym czasie pojawił jej się plecak na ramieniu. Materiał powłok ściennych odsunął się przed nią, otwierając cichy, czarny korytarz. Zanim jej stopa dotknęła tej ciemności, zamknęła oczy i kiedy je otworzyła, stała już przed szkołą. Dzień dopiero zaczynał się budzić. Niebo miało kolor bladego papieru. Przed szkołą powoli gromadzili się uczniowie – w grupkach, ze spuszczonymi głowami, z torbami przewieszonymi przez ramię, z telefonami w dłoniach. Hina stała przez moment przed bramą. Jej mundurek był idealnie ułożony, wstążka przy szyi zawiązana równo, a włosy układały się w spokojnych, ciężkich falach na ramionach. Weszła przez bramę powoli, bez pośpiechu. Aoi stała przy swojej szafce i pakowała do reklamówki zeszyty. Jej ruchy były ostrożne, bała się, że któryś z brzegów kartki skaleczy jej palce. Hina podeszła spokojnie i zatrzymała się obok niej.

– Dzień dobry.

Aoi podskoczyła lekko, a potem z ulgą wypuściła powietrze, widząc, że to tylko Hina.

– Dzień dobry, Kuroda-san.

– Mówiłam, żebyś mówiła mi Hina – poprawiła ją spokojnie.

Aoi skinęła głową, lekko zawstydzona. Ich spojrzenia spotkały się i na ułamek sekundy w jej oczach  mignęła prawdziwa wdzięczność. I właśnie wtedy za ich plecami rozległ się znany głos.

– O, zobaczcie, kogo mamy. Naszą dzielną królową reklamówek i jej nową ochroniarę.

Kazuo szedł w ich stronę z dwoma kolegami, którzy parskali cicho, jak psy czekające, żeby rzucić się na to, co upolował ich pan. Zatrzymał się tuż obok Hiny i Aoi, patrząc na nie z góry.

– Co tam, Aoi? – spytał przeciągle. – Już ci się nie odbija papierem po tej twojej diecie zeszytowej? A ty… – zwrócił się do Hiny, przybliżając twarz odrobinę za blisko. – Nadal tak chętnie siadasz obok śmieci?

Hina spojrzała mu spokojnie w oczy. Jej palce w kieszeni spódnicy poruszyły się ledwie widocznie. Nagle Kazuo zamilkł w półuśmiechu. Jego oczy rozszerzyły się, a ręka odruchowo poleciała do ust. Poruszył nimi raz, drugi, ale wargi nie rozkleiły się. Zaczął oddychać szybciej przez nos, próbując coś powiedzieć, ale wyszedł z niego tylko niezrozumiały bełkot. Jeden z jego kolegów parsknął śmiechem.

– Kazuo, co ty odpierdalasz? Próbujesz być rybą?

Złapał kolegę za ramię, potrząsnął nim, pokazując na swoje usta i próbując coś wykrztusić, były sklejone. Jego oczy były szerokie, przerażone. W tym samym momencie Hina znów poruszyła palcami. Iluzja pękła. Jego wargi odskoczyły, a on wypluł kilka chaotycznych słów, zaskoczony tym, że znów może mówić.

–… co do… ja… – zająknął się.

Koledzy patrzyli na niego z rozbawieniem i lekkim zdziwieniem. Jeden klepnął go w plecy.

– Ty serio chyba za mało spałeś, stary.

Odwrócił się gwałtownie do Hiny. Jej twarz była spokojna, łagodna, z małym, uprzejmym uśmiechem. W jej oczach nie było ani cienia winy. Aoi stała obok, kurczowo ściskając reklamówkę, patrząc na Hinę jak na kogoś, kto właśnie zatrzymał dla niej cały świat. Kazuo natomiast odwrócił się szybko, odchodząc z dwoma kolegami, którzy wciąż się śmiali. Ale jego plecy były trochę bardziej spięte.

Na korytarzu szkoła zaczęła znowu toczyć się swoim pozornie spokojnym rytmem. Nauczyciele przesuwali się z dziennikami pod pachą, a uczniowie wędrowali grupkami z klasy do klasy, udając, że wszystko jest takie, jak zawsze. Ale dla Kazuo nic już nie było takie samo. Stali z dwoma kolegami na końcu pustego korytarza, za rogiem, gdzie nikt ich nie słyszał. Światło w tej części budynku było słabsze, a z otworu wentylacyjnego w ścianie sączył się chłodny przeciąg. Kazuo miał ręce wsunięte głęboko w kieszenie spodni.

– Mówię wam, coś z nią jest nie tak – syknął. – Widzieliście to? Ja… naprawdę nie mogłem mówić. Jakby mi ktoś skleił usta od środka.

Jeden z kolegów parsknął, próbując ukryć śmiech.

– Może ci zaschło w gardle ze strachu? Ty zawsze za dużo mówisz, a potem się dziwisz.

Kazuo spojrzał na niego spode łba.

– Pieprz się. To nie było zaschnięcie gardła. Ona coś zrobiła. I mam dość tego jej uprzejmego uśmiechu. Tego jej patrzenia, jakby… jakby dokładnie wiedziała, co ze mną będzie.

Drugi kolega, trochę bardziej nerwowy, rozglądał się co chwila na boki.

– I co chcesz zrobić? Poskarżyć się wychowawczyni, że nowa umie… co? Czarować? Przecież nawet ty musisz słyszeć, jak to brzmi.

Kazuo zacisnął szczęki tak mocno, że mięśnie w jego policzkach zadrgały.

– Nie. Ale mogę jej pokazać, że w tej szkole takie jak ona nie mają czego szukać. – Odchylił głowę i spojrzał na swoich kumpli. – Po lekcjach. Zapraszam was. Może zrobi się z tego mała lekcja wychowawcza. Dla niej…

– No dobra… ale serio, Kazuo, nie róbmy z tego pokazówki. Chwila strachu, może mały siniak i wystarczy, nie? – zasugerował nerwowy kolega.

Kazuo się uśmiechnął, ale był to uśmiech zimny, pusty.

– Oczywiście. Chwila strachu. Tylko tyle.

W jego oczach było coś, co kazało domyślać się, że wcale nie miał na myśli „tylko tyle”.

Pierwsza była matematyka – długie ciągi liczb i wzorów zapisanych drobnym pismem na tablicy. Nauczyciel w okularach poprawiał co chwilę kołnierz i zerkał nerwowo do notatek, szepcząc coś o właściwościach funkcji trygonometrycznych. Hina siedziała spokojnie w swojej ławce obok Aoi, z otwartym zeszytem i długopisem, którym obracała w palcach. Jej twarz była spokojna, ale w oczach widać było ciche rozbawienie – tak, jakby te wszystkie liczby biegały po tablicy tylko dla niej, którą rozumiała bez wysiłku.

Kazuo siedział kilka rzędów dalej, zgarbiony, podrygując nogą. Co jakiś czas odwracał głowę i patrzył w stronę Hiny i Aoi. Jego spojrzenie było twarde, ale pod cienką warstwą pewności kryło się coś nerwowego. Po matematyce była klasyczna literatura japońska. Nauczycielka – drobna kobieta w wieku, który trudno było odgadnąć, z włosami upiętymi w kok czytała głośno fragmenty „Makura no Sōshi”, a potem wywoływała uczniów, by opowiedzieli, co najbardziej zapamiętali z tekstu. W pewnym momencie spojrzała na listę, a potem na Hinę.

– Kuroda-san. Proszę, powiedz nam, co według ciebie było najpiękniejsze w opisie wiosny u Sei Shonagon.

Uniosła głowę. Jej spokojne oczy na moment zabłysły. Wstała i wygładziła spódniczkę.

– Najpiękniejsze… to jak opisała ciszę ranka — powiedziała spokojnym głosem. – To, że to nie były same kwiaty wiśni czy śpiew ptaków, ale właśnie cisza między nimi. Jakby świat czekał na coś, co dopiero ma się wydarzyć.

Klasa zamilkła. Nawet nauczycielka patrzyła na nią przez moment w ciszy, a potem lekko się uśmiechnęła.

– Bardzo ładnie ujęte, Kuroda-san. Pięć plus.

Skłoniła się delikatnie, a jej włosy opadły na twarz. Kiedy usiadła z powrotem, Aoi zerknęła na nią z drobnym uśmiechem. Kazuo oparł głowę na ręce, stukając długopisem o blat tak nerwowo, że nauczycielka musiała zwrócić mu uwagę. Potem była przerwa. Uczniowie zaczęli pakować podręczniki, przesuwać krzesła, wymieniać uwagi o kartkówkach. Siedziała spokojnie, z otwartym zeszytem, w którym drobnymi literami zapisywała coś, co nie było notatkami z lekcji. Kolejna lekcja była z historii Japonii. Nauczyciel historii był człowiekiem w średnim wieku, z cienkimi okularami zsuniętymi na czubek nosa. Na jego lekcjach często panowała ospała atmosfera mówił monotonnie, wpatrzony w książkę, rzadko spoglądając na uczniów. Tym razem jednak coś było inaczej. Hina notowała drobniutkimi literami. Oparła policzek na dłoni i patrzyła spokojnie w stronę nauczyciela. Jej palce na chwilę przesunęły się w powietrzu tak lekko, że wyglądało to, jakby pisała w powietrzu. Nauczyciel, zupełnie zapomniał, co miał powiedzieć, jego głos zmienił barwę. Stał się trochę niższy, cięższy.

– W dawnych czasach… – zaczął wolno –… wielkie rody potrafiły upaść przez rzeczy bardzo drobne. Nie przez wojny, nie przez głód… ale przez wstyd.

W klasie zrobiło się trochę ciszej. Kilku uczniów uniosło głowy znad zeszytów.

– Wstyd był jak choroba. Rozchodził się przez plotki. Rodzina, która dopuściła się czegoś hańbiącego, bywała wymazywana z historii przez sąsiadów, przez dawnych przyjaciół, nawet przez służbę. Czasem bardziej bali się szeptów niż ostrzy.

Kazuo, który do tej pory rozmawiał cicho z kolegą, zamilkł i powoli odwrócił głowę w stronę nauczyciela. Jego twarz lekko pobladła.

Nauczyciel kontynuował, wpatrzony gdzieś daleko ponad głowami uczniów.

– Są ludzie, którzy myślą, że to ich nie dotyczy. Że pieniądze albo nazwisko ochronią ich przed wszystkim. Ale wstyd jest jak cień. Dłuższy od człowieka. Zawsze pójdzie za nim. A kiedy w końcu wyciągnie rękę… będzie już za późno.

Nagle nauczyciel potrząsnął głową, zamrugał kilka razy. Spojrzał w książkę, myśląc, że dopiero co ją otworzył.

– A… tak. Wracając. W epoce Edo istniały prawa sankin-kotai… – jego głos znów stał się zwykły, monotonny.

Odsunęła dłoń od policzka. Na jej ustach zagościł spokojny, drobny uśmiech. Aoi spojrzała na nią niepewnie, coś poczuła, ale nie wiedziała co. Palce od Kazuo zadrżały na krawędzi ławki, a w oczach na moment zapalił się płomień niepokoju. Kazuo przez całą końcówkę lekcji siedział spięty. Jego kolano podrygiwało nerwowo. Od momentu dziwnego monologu nauczyciela o wstydzie i rodach coś w nim zaczęło się wiercić. Nauczyciel podniósł wzrok na zegar nad drzwiami.

– Dobrze, zostały nam dwie minuty, zapiszcie sobie jeszcze te nazwiska rodów kupieckich. Sprawdzę to jutro.

Kazuo westchnął, z ulgą oparł plecy o krzesło i rozejrzał się po klasie. Jego wzrok ponownie padł na Hinę i Aoi, które spokojnie notowały. W jego oczach pojawił się cień tego starego, pewnego siebie uśmiechu. Chciał wstać, podejść i powiedzieć coś złośliwego. W tej samej chwili uniosła lekko dłoń i poruszyła palcami tak dyskretnie, że wyglądało to, jakby tylko chciała strzepnąć włos z mankietu. Krzesło Kazuo odsunęło się o dobre pół metra. Stracił równowagę i z głośnym klaśnięciem upadł na tyłek, rozrzucając przy tym zeszyt i torbę, z której wypadły długopisy i drobny breloczek. Klasa zamarła na ułamek sekundy, a potem rozległy się chichoty. Jeden z jego kolegów próbował powstrzymać śmiech i zakrył usta dłonią, ale śmieszne sapnięcia i tak się z niego wydobyły.

– Uważaj, Arimura, żebyś sobie tej swojej dumnej dupy nie obił – zażartował ktoś z tyłu.

Zaczerwienił się gwałtownie. Zerwał się na nogi, zaciskając dłonie w pięści, z ustami wykrzywionymi w czymś pomiędzy wściekłością a wstydem. Przesunął wzrokiem po klasie, aż jego spojrzenie zatrzymało się na Hinie. Siedziała spokojnie, patrząc prosto na niego. Na jej ustach był bardzo drobny, prawie niezauważalny uśmiech. Taki, jaki można było wziąć za grzeczność – ale w oczach miała coś, co wywołało w nim nagły, lodowaty skurcz w brzuchu. Zadzwonił dzwonek. Uczniowie wstali, wciąż podśmiewając się i rozmawiając o tym, co się właśnie stało. Kazuo stał chwilę przy swojej ławce, nie wiedział, czy iść dalej, czy coś powiedzieć. Następnie ruszył do wyjścia szybkim krokiem.

Jego twarz wciąż była czerwona, a na szyi pulsowały drobne, napięte żyłki. Szarpnął za ramię jednego ze swoich dwóch stałych kolegów i pociągnął go za sobą na boczny korytarz, gdzie nikt z klasy już nie zaglądał.

– Widzieliście to? – warknął, kiedy zatrzymali się za automatem z napojami. Jego głos był szybki, roztrzęsiony. – Widzieliście, jak oni się patrzyli? Jak się śmiali?

Jeden z kolegów wzruszył ramionami, próbując wyglądać na obojętnego.

– Przesadzasz, Kazuo. Poślizgnąłeś się, zdarza się.

Kazuo zbliżył się do niego o półkroku z wściekłością.

– Chuja wiesz. To nie był przypadek. Ta nowa coś zrobiła. Widziałem, jak patrzyła. Jak się uśmiechała.

Drugi z ich paczki pokręcił głową, ale tym razem nie odpowiedział nic. Jego wzrok uciekł gdzieś w bok, w stronę okna, jakby wolał w ogóle nie być w tej rozmowie. Kazuo zacisnął pięści.

– Po lekcjach ją dorwiemy. Nie w szkole, a za boiskiem, tam gdzie ogrodzenie jest niższe. Ty – wskazał palcem na tego bardziej nerwowego kolegę – staniesz na czatach.

– Jak niby chcesz to zrobić? Ona po prostu pójdzie. To dziwna dziewczyna, Kazuo. Nie chcę w to wchodzić.

On jednak złapał go za kołnierz i przyciągnął bliżej. Jego głos stał się cichy, ostry.

– Chcesz, żeby ludzie zaczęli gadać, że jesteś tchórzem? Że siedzisz cicho, kiedy ktoś rozwala twój autorytet? Bo dzisiaj to była ona, jutro może być ktoś inny. A potem przyjdzie kolej na ciebie.

Kolega w końcu skinął głową, choć jego oczy wcale tego nie potwierdzały. Kazuo puścił go i odsunął się, odetchnął głęboko, próbując opanować gniew. Wsunął ręce do kieszeni spodni, prostując się znów w ten swobodny sposób, który miał wyglądać na wyluzowany, ale teraz tylko wydawał się sztuczny.

– Po lekcjach – powtórzył wolniej. – Nikt się nie dowie. Nauczymy ją, gdzie jest jej miejsce.

W tym momencie z końca korytarza dobiegł dźwięk kroków. Pojawiła się Hina – spokojna, z lekko przechyloną głową, z torbą przewieszoną przez ramię. Jej spojrzenie przesunęło się po nich, bez cienia zaskoczenia, a na ustach zatańczył ten drobny, uprzejmy uśmiech. Kazuo zamarł. Ich spojrzenia spotkały się na ułamek sekundy. Czuł, że w jego klatce piersiowej coś nagle zrobiło się zimne i puste. Skinęła mu głową tak grzecznie.

– Po lekcjach – powtórzył do siebie.

Ostatnia lekcja tego dnia była z biologii. Uczniowie siedzieli zniechęceni, opierając głowy na dłoniach, wpatrując się w schematy rysowane przez nauczyciela na tablicy. S

iedziała spokojnie z otwartym zeszytem, w którym robiła kilka starannych notatek, choć jej wzrok błądził gdzie indziej, gdzieś pod powiekami, w miejscu, które nie należało do tej sali. Czuła jeszcze echo tego, co usłyszała wcześniej na korytarzu. Słowa Kazuo, ostre i gorące od gniewu, odbijały się w jej głowie: „Po lekcjach. Tam, za boiskiem. Nikt się nie dowie.” Przymknęła oczy na moment. Jej palce powoli przesunęły się po brzegu kartki w zeszycie. Potem odwróciła głowę w stronę Aoi. Dziewczyna pisała coś drobnym, nerwowym pismem.

– Aoi – szepnęła tak cicho, że nikt poza nimi nie mógł tego usłyszeć.

Drgnęła, podniosła wzrok, oczy miała lekko rozszerzone.

Hina wyciągnęła w jej stronę swój telefon, składany, błyszczący lekko na krawędziach. Położyła go na środku ławki, między nimi.

– Po lekcji pójdziesz za mną. Cokolwiek by się działo… nie podchodź. Tylko nagrywaj. Rozumiesz?

Spojrzała na telefon, potem na Hinę. Jej twarz pobladła, usta rozchyliły się, ale żadne słowo się z nich nie wydobyło. W końcu tylko kiwnęła głową. Ręce trzymała na kolanach, ściskając materiał spódnicy tak mocno, że palce zbielały. Hina natomiast uśmiechnęła się do niej łagodnie. Bardzo uprzejmie, tak, że z boku wyglądałoby to jak zwykłe podziękowanie za drobną przysługę.

– Będzie dobrze. Obiecuję.

Potem znów spojrzała w stronę tablicy, jakby nic się nie stało. Ostrożnie przesunęła telefon w swoją stronę. Przez resztę lekcji nie zapisała już ani jednej linijki. Jej wzrok wędrował raz na ekran telefonu, raz na spokojny profil Hiny, która wydawała się znów zupełnie skupiona na temacie fotosyntezy. Kazuo siedział kilka ławek przed nimi. Nie odwracał się, ale jego kark był sztywny, a dłoń zaciskała się co chwilę w pięść na długopisie, aż plastik lekko trzeszczał.

Dzwonek na zakończenie zajęć rozległ się. Uczniowie zaczęli wstawać, przesuwać krzesła, pakować zeszyty w pośpiechu, by jak najszybciej opuścić ławki i zniknąć w gwarze popołudnia. Kazuo zerwał się natychmiast, zarzucił torbę na ramię i bez słowa skierował się do drzwi. Jego koledzy poszli tuż za nim, wymieniając uwagi, które brzmiały jak nieprzyjemny śmiech. Hina wstała spokojnie, wcale się jej nie spieszyło. Zgarnęła swój zeszyt i wsunęła go do torby, a potem spojrzała na Aoi. Jej oczy mówiły więcej niż jakiekolwiek słowa. Aoi skinęła głową, ścisnęła telefon w dłoni i podążyła za nią w odpowiedniej odległości – wystarczająco blisko, by widzieć każdy krok, ale zbyt daleko, by ktokolwiek mógł skojarzyć, że idą razem. Szkoła zaczęła się wyludniać. Opuściła placówkę przez boczne wyjście, przeszła obok boiska i zamiast skręcić w stronę głównej drogi, zeszła na wąską ścieżkę prowadzącą do tunelu pod małą uliczką. Tam było chłodniej. Aoi natomiast zatrzymała się przy wejściu do tunelu, ukryta za niewysokim murkiem. Trzymała telefon uniesiony lekko, z włączoną kamerą, a jej ręce trzęsły się tak, że musiała przycisnąć łokcie do boków, by obraz nie wariował zbyt mocno. Kazuo i jego koledzy czekali w połowie tunelu. Oparci o wilgotne ściany, szeptali coś między sobą, dopóki Hina nie pojawiła się na drugim końcu. Wtedy zamilkli. Szła powoli. Kiedy znalazła się tuż przy nich, uniosła wzrok i spojrzała prosto w oczy Kazuo.

– Więc co teraz? – zapytała cicho. – Chcesz mnie nastraszyć, Kazuo?

Wykrzywił usta w uśmiechu, ale w jego oczach było już coś dziwnego, zbyt gorącego i rozdygotanego.

– Nie tylko nastraszyć – syknął. – Chcę ci pokazać, że nie wchodzisz tam, gdzie cię nikt nie zapraszał. I że takie jak ty nie mają prawa rozbijać się po mojej szkole i robić z ludzi… twoich zabawek.

Hina przechyliła głowę lekko w bok, uwielbiała tak patrzeć. Uśmiechnęła się bardzo, bardzo szyderczo.

– Ach… Więc to twoja szkoła. Myślałam, że dyrektora…

Kazuo warknął coś niezrozumiałego, a potem jego pięść uniosła się w górę i uderzyła ją w brzuch. Uderzenie było ostre, mocne, aż Hina zgięła się w pół i cofnęła o krok, cicho dysząc. Jeden z kolegów chwycił ją za ramię, przytrzymał, a Kazuo wyprowadził kolejny cios, tym razem w biodro. Hina wyprostowała się. Na jej ustach wciąż błąkał się ten sam uśmiech, ale teraz w oczach pojawił się dziwny błysk, coś jak rozbawienie. Następnie zaczęła się cicho śmiać. Śmiech był szaleńczy. Kazuo cofnął się o półkroku, wyraził zaskoczenie. Wściekłość znów przepchnęła się na wierzch.

– Zamknij się! – wrzasnął i chwycił ją za włosy, ciągnąc w dół, tak że jej kolana uderzyły o zimny beton tunelu. – Zamknij tę swoją chorą mordę!

Hina wciąż śmiała się jak obłąkana. Jej ramiona drgały od tego śmiechu, jakby to wszystko było dla niej cudownie zabawne. Aoi, stojąca przy wejściu do tunelu, patrzyła z szeroko otwartymi oczami, telefon wciąż nagrywał. Jej palce były lodowate, oddychała krótkimi, płytkimi wdechami, gotowa w każdej chwili uciec, ale coś w jej spojrzeniu mówiło, że nie zrobi tego. Że zostanie i będzie patrzeć do końca. Znów jednak złapał ją za włosy, jego palce zaciskały się w jej kosmykach, aż knykcie pobielały. Drugą ręką wymierzył kolejny cios, tym razem w twarz. Jęknęła cicho, jej głowa odskoczyła w bok, a na ustach rozlała się cienka strużka krwi, która szybko spłynęła na brodę. Podniosła wzrok. Jej oczy, ciemne i lśniące, spojrzały na niego z czymś, co nie było ani strachem, ani bólem. Była w nich dziwna, wilgotna wesołość, rozbawienie małego dziecka. Kazuo poczuł, jak jego gardło się zaciska.

– Przestań tak… – spanikował, ale nie skończył. Zamiast tego kopnął ją w udo, mocno, tak że upadła na bok i uderzyła ramieniem o beton.

Zgięła się, zwinęła w pół, ale zaraz znów rozciągnęła ciało i cicho zachichotała. Cofnął nogę, patrząc na nią z dziwnym napięciem.

– Co z tobą jest… do kurwy nędzy…

Jego koledzy stali kawałek z tyłu. Jeden z nich miał wzrok wbity w ziemię, drugi rozglądał się nerwowo na boki. Żaden nie miał już w oczach tej pewności, z jaką tu przyszli. Kazuo był zasapany, jego pierś unosiła się i opadała w przyspieszonym rytmie. Spojrzał raz jeszcze na Hinę – teraz leżała nieruchomo, z półprzymkniętymi oczami i cienką strużką krwi w kąciku ust. Uśmiechała się. Bardzo spokojnie. Bardzo delikatnie. W jej oczach, tam za brązowymi tęczówkami, coś się poruszyło, coś głębokiego, czarnego, co błysnęło jak otchłań. Kazuo odwrócił wzrok gwałtownie, odsunął się o krok, potem o drugi.

– Chodźcie – rzucił szorstko do kolegów, którzy natychmiast ruszyli za nim, prawie potykając się o własne nogi. – Zostawmy to coś.

Nie oglądał się już za siebie. Tunel szybko opustoszał, zostawiając Hinę, która w końcu powoli podniosła się do siadu. Aoi stała przy wejściu, z telefonem wciąż uniesionym na wysokości piersi. Jeszcze chwilę czekała – upewniając się, że tamci naprawdę odeszli. Dopiero wtedy podbiegła lekkim truchtem do Hiny. Klęknęła przy niej i od razu schowała jej telefon do kieszeni.

– Hina…! Jesteś… jesteś cała?

Siedziała oparta o ścianę tunelu, jej włosy były trochę potargane, z lewej strony policzka zaczynało już wykwitać lekko siniejące otarcie. Kącik ust miała rozmazany od krwi, a oczy jasne, czyste, niemal rozbawione.

– To tylko drobiazgi.

Bez zastanowienia sięgnęła do rękawa mundurka i delikatnie starła krew z ust Hiny. Jej palce drżały, dotyk był prawie niczym, ale zostawił krótkie ciepło na zimnej skórze przyjaciółki.

– Nie powinnaś była tak się wystawiać… – wyszeptała. – Oni mogli ci zrobić… coś gorszego.

– Widzisz, Aoi… oni już zrobili wszystko, co mogli. Reszta należy do mnie.

Wyciągnęła dłoń, otworzyła ją w cichym geście. Aoi zrozumiała i niepewnie wyciągnęła z kieszeni telefon, podając go ostrożnie. Przyjęła urządzenie i zamknęła palce na obudowie, a wtedy ekran zaświecił lekko.

– Nagrałaś wszystko? – zapytała.

– T-tak… chyba tak. Nie byłam pewna, czy… czy powinnam coś zrobić. Ale powiedziałaś, że mam tylko nagrywać.

– Dobrze zrobiłaś – odpowiedziała i położyła na moment dłoń na jej głowie. Chciała ją pogłaskać, ale zamiast tego tylko lekko nacisnęła palcami. – Naprawdę dobrze.

– Hina… ty… ty jutro…?

– Jutro wszystko będzie wyglądało jak zawsze. Zobaczysz.

Wieczorem w posiadłości Arimura panował cichy, wypracowany spokój. Matka Kazuo siedziała w salonie z filiżanką zielonej herbaty i czytała elegancki magazyn o wnętrzach, ojciec rozmawiał przez telefon w swoim gabinecie, pochylony nad stosami dokumentów. Kazuo zamknął drzwi swojego pokoju trochę mocniej niż zwykle. Wrzucił torbę na biurko, zrzucił mundurek i wcisnął się w luźny t-shirt. Jego policzki były jeszcze trochę rozpalone, a w brzuchu wciąż czuł to obrzydliwe, świdrujące napięcie, którego nie potrafił się pozbyć od momentu, kiedy wyszedł z tunelu. Usiadł przed swoim komputerem. Ekran zaświecił znajomym światłem pulpitu, myszka przesunęła się płynnie, a on otworzył ulubioną grę. Strzelał przez kilka minut do wirtualnych przeciwników, coraz szybciej, coraz gwałtowniej, wpatrzony w ekran. Nagle obraz zgasł. Ekran zrobił się zupełnie czarny. Komputer jednak nadal pracował – wentylatory cicho szumiały, małe kontrolki mrugały spokojnie. Kazuo sięgnął do myszki. Kliknął raz, drugi. Uderzył w klawisz Enter, potem w spację. Na ekranie coś mignęło – białe litery na czarnym tle: KAZUO ARIMURA. Zamrugał. Poczuł, że jego gardło lekko się zaciska. Kolejny napis przesunął się przez ekran. Tym razem szybciej: ŚMIESZNY PAN NA WŁASNYM TRONIE. Potem kolejne: KAZUO: TEN, CO BAWI SIĘ LUDŹMI, BO NIE POTRAFI ZAJRZEĆ W LUSTRO. OBRZYDLIWY. MALUTKI. Wstał gwałtownie, przewracając krzesło, które upadło na podłogę. Cofnął się o krok. Ekran wciąż był czarny, ale litery sunęły przez niego szybko, w różnych kierunkach, zmieniając się w kolejne słowa, przezwiska, pogardliwe wyroki. Wtedy coś trzasnęło w jego uchu. Odwrócił się gwałtownie – nikogo nie było. A kiedy znów spojrzał na monitor, zobaczył w nim swoje odbicie. Nie tak, jak w lustrze – było trochę ciemne. Jego oczy wyglądały na puste, czarne. Kazuo cofnął się jeszcze o krok i wtedy monitor zgasł całkowicie. Pokój znów stał się zwyczajny, cichy, oświetlony tylko lampką biurkową. Oddychał szybko, głośno, panicznie. Na karku czuł krople potu, które zaczynały spływać w dół. Spojrzał na swoje odbicie w ciemnym ekranie – tym razem był tam tylko on, blady, z rozszerzonymi źrenicami.

– Pieprzona wariatka – wyszeptał, ale jego głos zadrżał.

Wtedy telefon na biurku zawibrował. Spojrzał na niego jak na jadowitego węża. Na ekranie nie było żadnego powiadomienia – tylko wygaszacz z godziną. A mimo to urządzenie delikatnie wibrowało, raz za razem. Zaklął pod nosem, podniósł krzesło i usiadł ciężko, ale nie odważył się już włączyć gry. Siedział w milczeniu, wpatrzony w czarny monitor, który teraz znów wyglądał zupełnie zwyczajnie. A mimo to jego serce biło w piersi bardzo mocno.

Hina siedziała w swoim pokoju, znów na tym samym cienkim materacu, w którym spała. Miała na sobie czarne kimono. Materiał układał się na jej nogach, jak na nią szyty. Na kolanach trzymała swój składany telefon. Ekran świecił ciepłym, czerwonym światłem i odtwarzał filmik nagrany ręką Aoi. Drżący obraz pokazywał tunel, Kazuo i jego kolegów, którzy z zapałem bili Hinę, wykrzykując coś, czego w nagraniu już nie dało się wyraźnie zrozumieć zostały tylko ich rozdygotane sylwetki i odgłosy uderzeń. Patrzyła na to spokojnie. Jej palce przesuwały się wolno po ramkach nagrania, jakby głaskały obraz. Uśmiech miała prawie melancholijny.

– Więc tak to wygląda z boku… – wyszeptała do samej siebie. – Jak mały teatrzyk. Trochę krwi, trochę śmiechu. A oni sądzą, że to oni mają kontrolę.

Zatrzymała nagranie w miejscu, w którym Kazuo pochylał się nad nią z zaciśniętą pięścią. Przyjrzała się jego twarzy. Jej oczy lekko się zwęziły, a w ich głębi pojawił drobny, mroczny błysk.

– Jeszcze chwila, Kazuo Arimura. Jeszcze trochę wstydu, trochę tego twojego brudnego oblicza i twoich kłamstw. A potem to wszystko wróci do ciebie tak, że nawet twój drogi ojciec nie zdoła cię przed tym zasłonić.

Wstała, złożyła telefon i odłożyła go na niski stolik. Kimono zsunęło się z jej ramion, odsłaniając białe, drobne ramiona, na których wciąż widać było zasinienia i delikatne otarcia. Podeszła boso do drugiej części pokoju, gdzie znajdowało się gorące źródło. Woda w nim była krwista. Weszła powoli. Para uniosła się wokół niej, objęła jej ciało miękko, prawie pieszczotliwie. Otarcia na ramieniu zniknęły pierwsze, potem zbladła ranka na policzku, a siny ślad na biodrze rozpuścił się zupełnie. Hina zamknęła oczy, zanurzyła się aż po brodę.

– Aoi dobrze nagrała. Jej małe, drżące dłonie zrobiły więcej, niż ona sama kiedykolwiek by uwierzyła. To będzie dla ciebie, Kazuo, lustro, które zobaczy cała szkoła. Całe miasto, jeśli będę chciała. Cała twoja rodzina.

Przymknęła powieki, westchnęła cicho. Na jej ustach pojawił się spokojny, niemal czuły uśmiech. I wtedy, na samym brzegu wzroku, tam gdzie kończył się jej pokój, w cieniu zmiętym przez parę, coś się poruszyło. Coś, co miało kształt, ale nie było ciałem. Coś, co przypominało splecione z mroku ręce. Otworzyła oczy i spojrzała w tamtym kierunku.

– Widzisz mnie? – spytała byt, który się pojawił. – Uczysz się ode mnie, czy tylko patrzysz?

Cień nie odpowiedział. Tylko lekko się cofnął, znikając z powrotem w mroku, zostawiając po sobie subtelne, rozchodzące się fale, które zadrgały aż do brzegów źródła. Zamknęła oczy raz jeszcze i uśmiechnęła się do samej siebie.

Hina spała spokojnie, skulona na swoim cienkim materacu, jak mała figurka wyrzeźbiona z mlecznego szkła. Jej długie, czarne włosy były rozrzucone wokół głowy w chaotycznym kole, a z czerwonych rogów na czole unosiły się drobne smugi ciepła, które znikały w pulsujących ścianach pokoju. Kiedy otworzyła oczy, świat w jej wymiarze zadrżał. Na ułamek sekundy wszystko się zatrzymało. Uniosła się do siadu. Przeciągnęła się, a jej stawy wydały ciche, wdzięczne trzaski. Na twarzy miała uśmiech, w oczach jeszcze odrobinę senną mgłę. Wstała i podeszła do niskiego stolika. Na jego powierzchni, obok starannie złożonego mundurka, leżał jej telefon. Dotknęła go delikatnie palcami, a ekran zamrugał światłem.

– O, jesteś gotowy. Dziś może się przydasz bardziej niż wczoraj.

Dotknęła teraz mundurka. Materiał poruszył się natychmiast. Granatowa spódnica i biała koszula uniosły się, oplatając jej ciało w kilku spokojnych ruchach. Wstążka zawiązała się sama pod jej szyją, lekko poprawiła się jeszcze, by leżeć idealnie prosto. Zaraz potem zmaterializowała się też torba. Pojawiła się przy jej nodze – czarna, szkolna, trochę staroświecka, z połyskującymi metalowymi klamrami. Podniosła ją i przerzuciła przez ramię. Przed wyjściem stanęła jeszcze przed lustrem. Jego powierzchnia była mętna, przepływały w niej drobne, ciemne kształty, które czasem układały się w coś, co przypominało zamazane twarze. Patrzyła w swoje odbicie. Jej rogi powoli wciągnęły się pod skórę, zostawiając gładkie czoło i grzywkę, która opadła na oczy. Kolor jej spojrzenia stał się znów zwyczajny, brązowy, z małym, uprzejmym błyskiem, w którym nikt postronny nie zobaczyłby nic dziwnego.

– Jeszcze jeden dzień, Kazuo – szepnęła. – Jeszcze odrobina twojego wstydu i zaczniemy ten mały taniec naprawdę.

Zrobiła krok w stronę ciemniejszej ściany. Materiał ściany odsunął się przed nią jak kurtyna, ukazując wejście do czarnego korytarza. Kiedy jej stopa dotknęła tej ciemności, zamknęła oczy. A gdy je otworzyła, stała już przed szkołą. Gdy przeszła plac i weszła do budynku ruszyła przez korytarz spokojnie, z głową lekko uniesioną. W jej sylwetce było coś bardzo pewnego – drobna, smukła figura poruszała się z taką swobodą i gracją, że aż rzucała się w oczy, choć nikt by tego głośno nie przyznał. Mijała grupki uczennic, które pochylały głowy nad telefonami oraz chłopców rozmawiających o wczorajszych wynikach meczu. Niektórzy cichli, kiedy przechodziła obok, ale zaraz wracali do szeptów. Kiedy dotarła pod drzwi klasy, zatrzymała się na moment. Jej palce poprawiły wstążkę pod szyją, wygładziły spódniczkę. Stała tak, prosta, cicha, z drobnym uśmiechem. Drzwi otworzyły się nagle. Wychowawczyni stała na progu, z dziennikiem w rękach. Jej wzrok padł na Hinę i zatrzymał się na moment.

– Dzień dobry, Kuroda-san – przywitała się. – Wejdźcie już wszyscy, zaczynamy.

Weszła do środka. Usiadła obok Aoi, która uśmiechnęła się do niej, a potem odetchnęła z widoczną ulgą, widząc, że twarz Hiny wygląda zupełnie zwyczajnie. Gdy tylko klasa ucichła, wychowawczyni podniosła wzrok znad dziennika.

– Chciałam was uprzedzić, że dziś po pierwszej lekcji odbędzie się apel na sali gimnastycznej. Dyrekcja ma dla was ogłoszenia dotyczące święta naszej szkoły. Proszę, żebyście po zajęciach przyszli na salę w zorganizowanej grupie. Parę osób westchnęło cicho. Kazuo siedział w swojej ławce, z rękami skrzyżowanymi na piersi. Jego wzrok przesunął się na Hinę. Na moment zamarł. Wpatrywał się w jej twarz, w gładką skórę, w spokojne oczy. Szybko odwrócił wzrok i wbił spojrzenie w swój zeszyt, stukając nerwowo długopisem o margines. Wychowawczyni wyszła. Pierwsza lekcja mijała wolniej niż zwykle. Nauczyciel fizyki zapisywał na tablicy długie równania związane z ciśnieniem i gazami. Kazuo siedział pochylony nad zeszytem. Co chwilę zerkał w stronę Hiny, mrużył oczy, chciał dostrzec na jej twarzy coś, co mogłoby mu dać wytchnienie – ślad sińca, drobną opuchliznę, cokolwiek. Ale tam nic nie było. Siedziała spokojnie, jej profil był czysty, gładki. Obok niej Aoi notowała coś drobnym pismem. Co chwilę zerkała ukradkiem na Hinę, wciąż nie mogła uwierzyć, że widzi ją w takim stanie. W końcu pochyliła się odrobinę i szepnęła bardzo cicho.

– Hina… jak…? Jak to możliwe, że… nie masz nawet śladu?

– Niektórych rzeczy nie można zapisać na skórze – odpowiedziała. – A to, co ważne, i tak zostaje gdzie indziej.

Dzwonek rozległ się nagle. Uczniowie unieśli głowy prawie równocześnie, kilkoro osób było niezadowolonych, bo przecież czekał ich apel. Wychowawczyni przyszła po nich, poprawiła bluzkę przy kołnierzu i klasnęła w dłonie.

– Proszę ustawić się w dwójkach. Idziemy teraz na salę gimnastyczną. Pamiętajcie o zachowaniu porządku.

Ławki zaczęły się przesuwać, krzesła skrzypiały, torby szurały po podłodze. Uczniowie wstawali, przeciągali się, szeptali coś między sobą, niektórzy wyjmowali telefony, by sprawdzić powiadomienia. Hina wstała powoli. Przerzuciła torbę przez ramię i odwróciła się do Aoi. Posłała jej mały, uspokajający uśmiech. Aoi skinęła głową, ale jej dłonie mocno ściskały pasek swojej reklamówki – widać było, że serce bije jej zbyt szybko. Kazuo stał kawałek dalej, obok swoich kolegów. Patrzył w bok, jego wzrok błądził, niby obojętny, ale oczy co chwilę zerkały w stronę Hiny. Cała klasa ruszyła powoli korytarzem w stronę sali.

– Ciekawe… – wyszeptała w końcu przyjaciółka. – Co oni powiedzą na apelu. Może… może nawet wspomną coś o tobie. O tej twojej odpowiedzi z literatury.

– Nie sądzę, Aoi. Ale o Kazuo mogą wspomnieć więcej, niż by chciał.

Aoi spojrzała na nią z lekkim przestrachem. Weszli do dużej sali gimnastycznej. Na końcu ustawiono duży ekran projekcyjny, obok stał rzutnik i nauczyciel z laptopem, który coś sprawdzał. Uczniowie zajmowali miejsca na składanych krzesłach, szepcząc i szturchając się łokciami, by móc usiąść obok znajomych. Hina przystanęła na moment, rozglądając się powoli. Jej spojrzenie prześlizgnęło się po Kazuo, który rozmawiał z kolegami, udając obojętność – ale jego ręka błądziła do karku. Na końcu pomieszczenia, pod dużym ekranem, stał stół nakryty białym obrusem, przy którym siedzieli dyrektor szkoły, kilku nauczycieli i para gości honorowych. Byli to rodzice Kazuo – jego ojciec w eleganckim, ciemnym garniturze i matka w stonowanym, kremowym kimonie z delikatnym wzorem gałązek śliwy. Oboje siedzieli wyprostowani, z tym samym spokojnym, pewnym wyrazem twarzy ludzi, którzy od lat przywykli, że ich obecność oznacza zaszczyt dla wszystkich dookoła. Przywitali się uprzejmie z dyrekcją, kilka głębokich ukłonów, wymiana formalnych słów i sztucznych uprzejmości. Niektórzy patrzyli z ciekawością, inni z lekkim respektem – Arimura to nazwisko, które w tej szkole otwierało wiele drzwi. Hina usiadła spokojnie w jednym z pierwszych rzędów przeznaczonych dla uczniów, tuż obok Aoi.

Aoi siedziała z rękami złożonymi na kolanach. Patrzyła prosto przed siebie, ale co chwilę jej wzrok uciekał w bok, w stronę Hiny, chciała się upewnić, że ta wciąż tam jest, że siedzi spokojnie i nic złego nie ma prawa się wydarzyć. Kazuo zajmował miejsce trochę dalej, w rzędzie przeznaczonym dla starszych uczniów, mimo że byli w tej samej klasie. Siedział między swoimi kolegami, którzy próbowali żartować, komentować coś o innych klasach. Przyglądał się rodzicom z przodu sali, którzy rozmawiali z dyrektorem. Na scenę wszedł przewodniczący samorządu uczniowskiego, chłopak w idealnie wyprasowanym mundurku, z mikrofonem w rękach. Ukłonił się głęboko w stronę dyrekcji i gości.

– Szanowny panie dyrektorze, szanowni nauczyciele, drodzy uczniowie oraz nasi czcigodni goście – państwo Arimura – witamy serdecznie na dzisiejszym apelu z okazji przygotowań do święta naszej szkoły.

Sala rozbrzmiała gromkimi oklaskami. Rodzice Kazuo uprzejmie skinęli głowami, jego matka uśmiechnęła się. Kazuo wyprostował się w ławce trochę bardziej. Hina siedziała spokojnie, z rękami złożonymi na kolanach. Jej oczy patrzyły na scenę z uprzejmym zainteresowaniem, ale kąciki ust lekko drżały, planując krnąbrny uśmiech. Obok Aoi oddychała płytko, z oczami wlepionymi w podłogę przed sobą. Przewodniczący z lekkim, nieco zdenerwowanym uśmiechem ukłonił się w stronę nauczyciela znajdującego się przy laptopie. Ten nachylił się, nacisnął kilka klawiszy, a sala lekko przyciemniła się, gdy główne światła zgasły i został tylko półmrok przełamany światłem wpadającym przez wysokie okna. Na dużym ekranie rozbłysły pierwsze obrazy. Rozpoczęła się oficjalna prezentacja przygotowana z okazji zbliżającego się święta szkoły. Najpierw pojawiły się stare, lekko wypłowiałe zdjęcia z archiwum; uczniowie sprzed dziesięcioleci w tradycyjnych mundurkach, ustawieni w równych rzędach przed budynkiem szkoły. Kolejno obraz przeszedł w ujęcia zadbanych korytarzy, trofeów w gablotach i odznaczeń dla najbardziej zasłużonych absolwentów. Cichy, ceremonialny głos lektora – nagrany wcześniej przez nauczyciela literatury – snuł się przez salę.

– Ta szkoła, założona przed ponad stu laty, wychowała pokolenia młodzieży, które swoją nauką, pracą i honorem budowały reputację rodzin i społeczności…

Na ekranie migały kolejne zdjęcia: dyplomy, puchary, delegacje uczniów na konkursy recytatorskie i turnieje sportowe. Kazuo patrzył w ekran z lekkim napięciem, ale i z czymś przypominającym dumę – jego rodzina sponsorowała część nowych boisk, a nazwisko Arimura widniało na tablicy honorowej w głównym korytarzu. Jego rodzice na przedzie sali siedzieli z wyprostowanymi plecami, twarze mieli spokojne, pełne cichej satysfakcji. Obok Aoi ścisnęła pasek reklamówki. Jej wzrok co chwilę uciekał w bok, a głos lektora brzmiał dalej:

– … i tak od pokoleń, dzięki wzorowym uczniom i wspierającym nas rodzinom, szkoła ta pozostaje miejscem, w którym wstyd i hańba nie mają prawa zakorzenić się na dłużej. Gdzie reputacja jest równie ważna jak wiedza?

Niespodziewanie Hina powoli wstała. Zrobiła to tak spokojnie, że kilka osób w ogóle tego nie zauważyło. Ale ci, którzy siedzieli najbliżej, odwrócili głowy. Odchrząknęła dość głośno.

– Przepraszam, czy mogłabym coś powiedzieć?! – zapytała, unosząc rękę.

Głowy powoli zaczęły się obracać. Przewodniczący samorządu zamarł z mikrofonem w dłoniach, spojrzał na dyrektora z niepewnym pytaniem w oczach. Dyrektor zaskoczył się, ale w tej szkole grzeczność była zbyt silnym odruchem, by odmówić tak spokojnej prośbie.

– Oczywiście, Kuroda-san. Proszę.

Stała spokojnie, z dłoniami splecionymi przed sobą. Przez salę przeszedł delikatny szmer, ktoś chrząknął nerwowo, kilka osób przekręciło się na krzesłach, patrząc po sobie niepewnie. Kazuo odruchowo odchylił się lekko do tyłu, chciał zwiększyć dystans, a jego ojciec na przodzie sali spojrzał z lekkim zaskoczeniem, prostując się jeszcze bardziej. Hina uśmiechnęła się uprzejmie i skłoniła się w stronę dyrektora. Jej głos, kiedy zaczęła mówić, był spokojny, bezemocjonalny – dokładnie taki, jakim od początku szeptała te swoje drobne uprzejmości.

– Przepraszam, że przerywam tak piękny moment – rzekła, patrząc powoli na kolejne rzędy uczniów. – Ale zanim zaczniemy świętować reputację tej szkoły… chciałabym pokazać coś, co naprawdę jest jej częścią. Co zawsze w niej było i wciąż jest.

Jej oczy zabłysły na ułamek sekundy – ten błysk był ciemny, głęboki, jak studnia, w którą można wpaść i już się nie wydostać. Na ekranie, gdzie do tej pory przesuwały się spokojne zdjęcia z historii szkoły, obraz zatrząsł się lekko, choćby film został wciągnięty przez stary projektor. Zmienił się zupełnie. Pojawił się widok tunelu. Drżący obraz z telefonu. Słychać było paniczny oddech nagrywającej Aoi, jej płytkie, przyspieszone westchnienia. Następnie sylwetka Kazuo. Najpierw tylko z profilu, jak coś mówi ostro do swoich kolegów, a później cała scena, kiedy szarpie Hinę, bije ją pięścią w bok, kiedy jego koledzy ją przytrzymują. Jakaś dziewczyna w sali cicho pisnęła. Kilka głów odwróciło się w stronę Kazuo, którego twarz nagle pobladła, a ręce zaczęły nerwowo szarpać materiał spodni. Hina wciąż stała, patrząc na ekran z tym samym spokojnym uśmiechem.

– To jest wasz honor? Wasze tradycje. Wasze „czyste” korytarze.

Na nagraniu Kazuo kopnął Hinę tak mocno, że upadła i wtedy rozległ się jej dziwny śmiech nawet bardziej przerażający teraz, kiedy jest odtwarzany w tej wielkiej, cichej sali.

– Patrzcie dobrze – szepnęła, pochylając lekko głowę. – Bo wstyd zostaje z wami na zawsze. Nawet gdy zetrzecie krew z posadzki, on i tak zostanie w waszych oczach. W tym, jak będziecie od dziś patrzeć na Arimurę Kazuo.

Na przodzie sali ojciec chłopaka również zbladł, jego palce zacisnęły się mocno na poręczy krzesła. Matka otworzyła usta, jakby chciała coś powiedzieć, ale tylko wypuściła cicho powietrze. Kazuo wstał gwałtownie, przewrócił krzesło, próbując coś wybełkotać, ale z jego gardła wydobył się tylko nerwowy, suchy charkot. Patrzył na Hinę z gniewem, w którym czaiło się coś rozpadającego się od środka.

– I tak kończy się wasz mały teatr. Dziękuję, że pozwoliliście mi to pokazać.

Dyrektor wpatrywał się w ekran z twarzą coraz bardziej bladą, aż w końcu wstał gwałtownie, przewracając krzesło, które przejechało z hukiem po parkiecie. Odwrócił się do nauczyciela przy laptopie.

– Wyłączcie to natychmiast! – krzyknął ze strachem. – Zgaście ten obraz!

Nauczyciel drżącymi rękami zaczął klikać w klawiaturę, ale ekran jeszcze przez sekundę wyświetlał kadr, na którym Kazuo stał nad skuloną Hiną, z uniesioną pięścią i twarzą wykrzywioną w coś, co teraz wyglądało na groteskową maskę. W końcu obraz zniknął. Sala pogrążyła się w mroku i głuchej ciszy, w której słychać było tylko ciche elektroniczne trzaski wyłączającego się projektora. Rodzice Kazuo siedzieli wyprostowani, ale coś w ich ciałach nagle zwiotczało. Jego matka miała jedną dłoń przyciśniętą do ust, palce jej drżały. Ojciec Kazuo patrzył przed siebie z twardym, szklanym wzrokiem, jego kark był nienaturalnie napięty. Kazuo stanął obok przewróconego krzesła, cały dygotał. W końcu spojrzał na rodziców i zrobił drobny, niezdarny krok w ich stronę, jak małe dziecko, które szuka ratunku. Ojciec odwrócił wzrok, matka opuściła głowę, patrząc na swoje kolana. Wtedy Hina spokojnie znowu usiadła na swoim miejscu obok Aoi. Poprawiła spódniczkę, złożyła dłonie na torbie i dopiero wtedy podniosła wzrok na dyrektora.

– Nie sądzę, by to było takie proste. Po prostu wyłączyć – dodała, z małym uprzejmym uśmiechem. – Nagranie znajduje się też na tym laptopie. I na kilku innych kopiach. Myślę, że policja będzie chciała je dokładnie przejrzeć.

Na słowo „policja” w sali rozległ się nerwowy pomruk. Ktoś gdzieś zaczął płakać. Jeden z nauczycieli chwycił drugiego za ramię, szepcząc coś gorączkowo. Dyrektor stał bez ruchu, z twarzą wykrzywioną w grymasie – to był ten sam człowiek, który jeszcze chwilę temu z dumą opowiadał o tradycjach szkoły. Teraz wyglądał, jakby nagle postarzał się o dziesięć lat. Obok Aoi wstrzymywała oddech. Jej ręce ściskały materiał reklamówki tak mocno, że aż szeleścił, a palce niemal przecinały cienki plastik. Jej oczy wlepiły się w Hinę, z iskrą czegoś, co było jednocześnie strachem i ulotną ulgą.

– Kuroda-san… – wyszeptała drżącym głosem.

Odwróciła do niej twarz. Uśmiechnęła się tak cicho, tak spokojnie, że aż zapadło wokół nich coś w rodzaju pustki.

– Już dobrze, Aoi. Już nikt cię nie dotknie.

Na przodzie sali ktoś gdzieś zadzwonił. Ktoś inny wybiegł na korytarz. Kazuo opadł ciężko na swoje miejsce i ukrył twarz w dłoniach. Jego ramiona drżały. Obok rodzice szeptali coś do siebie z w pośpiechu, z twarzami bliskimi paniki. Natomiast Hina siedziała dalej spokojnie, patrząc przed siebie z wyrazem, który wyglądał teraz bardziej złowrogo niż kiedykolwiek. Sala wciąż milczała. Dopiero ojciec Kazuo wstał gwałtownie od stołu honorowego, a jego krzesło przesunęło się z ostrym zgrzytem po podłodze.

– Co to ma znaczyć?! – warknął, patrząc na dyrektora z wyrazem czegoś pomiędzy gniewem a paniką. – To natychmiast ma zostać usunięte. To niedopuszczalne! Kazuo! – spojrzał na syna z wyraźnym gniewem. – Przeproś! Załatw to!

Kazuo wstał niepewnie, otworzył usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Tylko jego gardło poruszyło się nerwowo, a ręce zwiesiły się bezradnie wzdłuż ciała. Jego matka pochylała się ku mężowi, szepcząc coś. Hina uniosła wzrok z miejsca, gdzie wciąż siedziała. Jej uśmiech był spokojny. Wstała, ponownie ironicznie poprawiła wstążkę pod szyją i spojrzała prosto na rodzinę Arimura, następnie na dyrektora i nauczycieli.

– Chcielibyście wiedzieć, kto tu jest prawdziwą ofiarą? – zapytała. – To popatrzcie jeszcze raz.

Przesunęła palcem po wyświetlaczu swojego telefonu. Na wielkim ekranie nagle pojawiły się kolejne obrazy. Nie drżący filmik z tunelu, ale seria zdjęć i krótkich nagrań. Aoi z oczami czerwonymi od płaczu, gdy jadła kawałki własnego zeszytu, popychana, wyśmiewana. Jej torba płonąca na środku dziedzińca, Kazuo i jego koledzy, którzy stali obok z uśmiechami rozciągniętymi szeroko. Krótkie klipy, jak Aoi idzie korytarzem z głową spuszczoną, otoczona szeptami. Jak chowa reklamówkę do szafki, ręce jej się trzęsą. Jak Kazuo przechodzi obok i strąca z jej ramienia zeszyty, a ona klęka i zbiera kartki z podłogi, kiedy inni patrzą i udają, że nic nie widzą. Ojciec Kazuo szarpnął się gwałtownie i podszedł o kilka kroków do Hiny.

– Przestań! – zażądał z głosem, w którym zniknęła cała dostojność, a został tylko nagi strach. – Ty… Ty to wszystko spreparowałaś! Ile chcesz za to pieniędzy? Powiedz. Zapłacę, ile zażądasz, byle to zniknęło. Byle nie wyszło poza te mury!

Jego żona chwyciła go za rękaw. Hina natomiast spojrzała na niego bardzo spokojnie. Potem jej uśmiech lekko się pogłębił.

– Ach… Więc wstyd da się wycenić? – zauważyła. – Niestety, dzisiaj jest już trochę za późno. Nagrania są teraz w kilku miejscach. W prokuraturze. W kilku redakcjach. Myślę, że policja sama się wkrótce upomni o sprawiedliwość.

Kazuo zrobił krok w jej stronę, jego twarz była czerwona, a oczy wilgotne. Uniósł rękę, jakby chciał ją złapać, ale wtedy Hina lekko poruszyła palcami. Ciało chłopaka znieruchomiało. Stał z wyciągniętą ręką, a jego nogi i ramiona drżały. Ojciec Kazuo również zamarł w półkroku, jego dłoń wykręciła się nienaturalnie na wysokości biodra. Matka Kazuo jęknęła cicho, zakrywając usta obiema dłońmi. Hina przechyliła głowę lekko, chciała spojrzeć na nich z innej perspektywy. W jej oczach błysnął drobny, ciemny ognik – coś, co wyglądało jak maleńki wir zrobiony z popiołu.

– Nie bójcie się tak… Wstyd nie zabija. On tylko zostaje z wami na zawsze.

W tym momencie jeden z nauczycieli, z komórką przy uchu, wyprostował się nagle. Jego twarz była biała jak papier.

– Policja… Już jedzie.

Cała sala rozszumiała się nagle. Ktoś gdzieś wstał gwałtownie, potrącił krzesło. Aoi obok Hiny patrzyła na nią z niedowierzaniem. Usiadła z powrotem, wygładziła spódnicę i spojrzała prosto przed siebie.

Chwilę później Hina i Aoi stały przy jednym z bocznych wyjść sali gimnastycznej. Przez szeroko otwarte drzwi wpadało światło dziedzińca, w którym już czekały dwa czarne policyjne samochody. Dwóch funkcjonariuszy w granatowych mundurach rozmawiało z dyrektorem, który kiwał głową szybko, często, jak ktoś, kto próbuje powiedzieć wszystko, zanim padną najgorsze pytania. Kazuo siedział na brzegu sceny z twarzą ukrytą w dłoniach. Jego ojciec stał obok, rozmawiał przez telefon z kimś po drugiej stronie w szybkim, podenerwowanym tonie, gestykulując tak gwałtownie, że ręka trzęsła mu się przy każdym słowie. Matka Kazuo stała trochę z tyłu, patrzyła gdzieś w przestrzeń, jej wzrok był pusty, oderwany od wszystkiego, co działo się wokół. W końcu dwóch policjantów podeszło do Kazuo. Jeden z nich kucnął, mówiąc coś spokojnym, wyuczonym głosem, a drugi wyjął cienkie, stalowe kajdanki. Kazuo podniósł na nich oczy – czerwone, zapuchnięte, zapłakał. Potem bez oporu pozwolił założyć sobie je na nadgarstki. Aoi patrzyła na to z głęboką ulgą.

– No i po wszystkim – powiedziała Kuroda. – Już nikt nie będzie cię więcej dotykał w taki sposób.

Aoi spojrzała na nią. Jej oczy napełniły się łzami, ale tym razem były to inne łzy ciepłe, niemal wdzięczne.

– Dziękuję… – wyszeptała, głos jej drżał. – Nie wiem, kim naprawdę jesteś… ale dziękuję.

Hina tylko uśmiechnęła się lekko i wsunęła jej do dłoni drobną paczuszkę, owiniętą w prosty, bordowy materiał.

– Otworzysz w domu.

Dziewczyna przycisnęła ją do piersi. Kiedy podniosła wzrok, Hiny już tam nie było. Nie stała obok niej, nie było jej w tłumie wychodzących uczniów, nie szła w stronę dziedzińca. Po prostu zniknęła. Westchnęła, czując pełne rozluźnienie. Spojrzała na budynek szkoły, na drzewa wzdłuż ogrodzenia, na to wszystko, co zawsze budziło w niej strach. Teraz wyglądało to jak zwykłe miejsce, nic więcej. Kiedy wróciła do domu i rozwinęła paczuszkę, w środku znalazła nowy, skromny, ale piękny plecak w odcieniu ciemnego granatu. Przycisnęła go do piersi i poczuła, że w jej głowie robi się bardzo lekko. Nie mogła sobie przypomnieć, dlaczego przez ostatnie tygodnie tak mocno bała się szkoły. Usiadła na łóżku i uśmiechnęła się do siebie pierwszy raz od miesięcy tak zwyczajnie, spokojnie, bez żadnego powodu.

Kuroda wróciła do swojego pokoju. Na środku czekał już cienki materac, a na niskim stole stał jej telefon, zamknięty, czarny, błyszczący na krawędziach. Obok leżało starannie złożone czarne kimono. Hina podeszła do urządzenia i otworzyła go jednym, delikatnym ruchem palców. Ekran zapalił się ciepłym, czerwonym światłem, a na nim wyświetliła się lista imion zapisanych drobnymi, cienkimi literami. Przesunęła palcem po pierwszym – Kazuo Arimura, został odznaczony. Jej usta uniosły się w bardzo drobnym uśmiechu. Zdjęła mundurek powoli, pozwalając mu zsunąć się z ramion i opaść na podłogę jak spokojna fala granatowego materiału. Podeszła boso do krawędzi gorącego źródła. Para unosiła się gęsto, wypełniając pokój zapachem starego popiołu i czegoś słodkiego, co przypominało dojrzałe śliwki. Weszła do wody powoli, krok po kroku, aż zanurzyła się po ramiona. Jej włosy rozlały się na powierzchni, otaczając ją spokojnym, nieruchomym wieńcem. Westchnęła cicho, przymknęła oczy.

– To dopiero pierwszy liść z tego drzewa – wyszeptała, otwierając oczy i patrząc w parę. – Jeszcze wiele takich spadnie, zanim to się skończy.

Gdzieś w głębi pary coś na moment poruszyło się – ciemniejszy cień wśród mgły. Hina uśmiechnęła się, odchyliła głowę do tyłu i pozwoliła, by para otuliła jej twarz, wchodząc aż pod powieki.

Łukasz Janowicz

2
0

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *