
.
Płaszcz
.
Przedzierałem się przez grubą warstwę śniegu zalegającą pomiędzy pniami sosen, świerków i brzóz. Ostre zimowe powietrze zatykało mi płuca i wywoływało w klatce piersiowej piekący ból. Do moich uszu dobiegł dźwięk stłumionego huku wystrzałów. Kilkanaście gawronów, które obsiadły drzewa w pobliżu, poderwało się do chaotycznego lotu. Paniczny trzepot czarnych skrzydeł i głośny rwetes płynący z ich gardzieli zmącił głuchą ciszę lasu odzianego w zimową szatę. Przywołałem z pamięci obraz braci. To dało mi siłę, więc pokonywałem kolejne metry. Mój sposób poruszania się trudno było nazwać biegiem, przypominał raczej nieporadne susy. Znów usłyszałem strzały, tym razem znacznie bliżej mnie. Miałem wrażenie, że serce podchodzi mi do gardła, jakby chciało wydostać się na zewnątrz i biec szybciej niż ja. Czułem w uszach jego pulsujące szaleńcze tempo, przywodzące na myśl tętent cwałujących koni. Przed moimi oczami przewijały się mroczne sceny z ostatnich kilkunastu miesięcy, niczym upiorne kształty, które wyłaniały się z czerni złowieszczej nocy.
W końcu zapadłem się po kolana w śniegu, straciłem równowagę i upadłem, lądując twarzą w miękkim białym puchu. Nagle zapragnąłem zanurzyć się w tej śnieżnej pierzynie i przestać walczyć, powitać śmierć z otwartymi ramionami. Rezygnacja nawoływała mnie i nęciła perspektywą natychmiastowej ulgi. Jeden strzał i wszystko się skończy. Zasługiwałem przecież na to, żeby szlachetnie przegrać i wreszcie odpocząć. Byłem wart ukojenia, błogostanu nicości. Jednak, pomimo wszechogarniającej mnie chęci poddania się, wstałem i zmusiłem wycieńczony organizm do dalszego wysiłku.
Moje ciało było udręczone, nogi odmawiały mi posłuszeństwa. Zwolniłem, wypuszczałem z płuc ciężkie, parne tchnienia. Bez względu na to, jak mocno starałem się zmobilizować, brakowało mi już sił. Teraz wlokłem się krok za krokiem i miałem wrażenie, że śnię jeden z tych koszmarów, w których bezskutecznie próbuję przedzierać się przez coś na kształt gęstej galarety. Albo tych, w których bezgłośnie krzyczę, poruszam gorączkowo wargami, ale nikt nie jest w stanie mnie usłyszeć.
Znów runąłem na ziemię. Zagarnąłem zimny śnieg skostniałymi dłońmi i opierając się na nadgarstkach, dźwignąłem ciało nieco w górę. Wreszcie udało mi się podnieść na kolana. Sięgnąłem w bok i przytrzymując się ściętego pnia, wstałem. Wyglądałem jak malutki wynędzniały statek miotany falami szalejącego żywiołu. Zdjąłem prawego buta – zniszczonego, z odklejającą się podeszwą, i spomiędzy fałd szmaty, w którą była owinięta moja stopa wyciągnąłem medalion ze zdjęciem rodziny. Musiałem ich zobaczyć. Próbowałem oprzeć się nieuniknionemu i dać odpór nieuchronnym postanowieniom losu.
Schowałem zdjęcie i zacząłem iść dalej. Wtedy usłyszałem za sobą skrzypienie śniegu pod czyimiś nogami. Ktoś był tuż za mną, deptał mi po piętach. Gdyby to był Joel czy Josef, zawołaliby mnie. Nie skradaliby się niczym pumy czyhające na swoją zdobycz. Zagryzłem spierzchnięte, zakrwawione wargi i używając całej siły woli, jaka się we mnie jeszcze tliła, nakazałem swoim nogom poruszać się szybciej. Zobaczyłem w wyobraźni twarz Sary. Do oczu napłynęły mi łzy. Zacisnąłem powieki.
– Halt! – Młody męski głos rozdarł powietrze.
Zastygłem w bezruchu. Znów usłyszałem skrzypienie śniegu. Mężczyzna podchodził coraz bliżej. Czułem na karku jego wilgotny, nagrzany wyziew.
.
- Stać – tłumaczenie z języka niemieckiego

.
***
Kilka dni wcześniej…
Bladym świtem obozowe syreny w Auschwitz zawyły przeraźliwie. Szmuel usiadł wyprostowany na górnej pryczy i przez moment wsłuchiwał się w przeciągły sygnał. W baraku dla mężczyzn zapanowało zamieszanie.
– Słyszałem pogłoski, że zbliża się front radziecki – oznajmił Joel, który zajmował pryczę pod Szmuelem. – Albo nas rozstrzelają, albo zdarzy się cud i pozwolą nam pójść do domu.
– Musimy poszukać Sary – odezwał się Josef, najstarszy spośród trzech braci. Podwinął rękawy koszuli i zaczął czegoś szukać w słomie rozścielonej na deskach pryczy na samym dole. Numer identyfikacyjny wytatuowany na jego lewym przedramieniu wydawał się niemal czarny w porannym półmroku.
– Niby jak? – dociekał Szmuel.
– Kiedy opuścimy obóz, wtedy ją znajdziemy – odpowiedział Josef.
– Jeśli opuścimy obóz… – podkreślił trzeźwo Joel.
Do baraku wpadło kilku esesmanów. Darli się wniebogłosy i kazali wszystkim natychmiast wychodzić na zewnątrz.
– Dlaczego pofatygowali się osobiście? Gdzie są kapo? – zastanawiał się głośno Szmuel.
– Wygląda na to, że grunt usuwa im się spod nóg… – rzucił Joel.
– Schneller! – ryknął postawny nazista tuż nad głową Josefa i szturchnął go w bok kolbą karabinu. Chłopak zdążył ukryć w dłoni malutki medalion zawieszony na srebrnym, delikatnym łańcuszku, który wcześniej był ukryty pod słomą.
Około pięciuset mężczyzn ustawiło się w rzędach na zewnątrz ich murowanego baraku. Z sąsiednich baraków też wyganiano wychudzonych ludzi. Między poszczególnymi blokami paliły się ogniska. Esesmani rzucali w płomienie dokumenty i grube księgi. W pośpiechu próbowali zatrzeć wszelkie ślady piekła, jakie zgotowali tysiącom ofiar.
– Kranke nach rechts! – zarządził przez megafon komendant obozu.
Grupa esesmanów rozpierzchła się po szeregach w poszukiwaniu słabych i wycieńczonych więźniów. Szmuela sparaliżował strach. Ich siostra od kilku dni nie czuła się dobrze. Szmuel patrzył bezsilnie na strażników, którzy bezdusznie wywlekali kobiety i mężczyzn na środek placu. Naziści, odziani w grube, wełniane płaszcze wartownicze, wydawali się nieczuli na trzaskający mróz, który dla więźniów w cienkich pasiakach był wyrokiem.
– Musimy wierzyć, że jej się uda – szepnął Josef do Szmuela, w gruncie rzeczy mobilizując samego siebie do pozytywnego myślenia. Czuł to samo, co jego brat: lęk.
.
2.Szybciej – Tłumaczenie z języka niemieckiego
3.Chorzy na prawo – Tłumaczenie z języka niemieckiego
.

.
***
Pierwsze kolumny więźniów wyruszyły z obozu około dziewiątej rano. Każdy otrzymał na drogę bochenek chleba oraz mięsną konserwę. Niektórym pozwolono wziąć koce, które były niezwykle cenne, ale z powodu mokrego śniegu z każdym kilometrem drogi ważyły coraz więcej. Wielu więźniów miało stanąć przed dylematem: nieść koc i nie nadążać za kolumną, co w efekcie kończyło się rozstrzelaniem, czy porzucić koc?
– Cóż za szczodrość – sarknął Joel i zlustrował wzrokiem skromny prowiant.
– Jestem przekonany, że nie dadzą nam spokoju. Nie puszczą nas wolno, dopóki nie wydamy z siebie ostatniego tchnienia – wycedził Josef. – Musimy prysnąć.
Szmuel spojrzał na brata. Ufał mu i mógłby za nim skoczyć nawet w przepaść, ale „pryśnięcie” pod czujnym okiem esesmanów wydawało się mało realne.
– Nie sądzę, że nam się uda , bo… – nagle urwał w pół zdania.
Jego młody umysł pojął, co brat miał na myśli. Nie chodziło o to, czy ucieczka się powiedzie, chociaż nikła nadzieja na zdobycie wolności wciąż istniała. Chodziło o to, że wszystko, nawet śmierć, było lepsze niż bierne oczekiwanie na przyszłość zgotowaną przez oprawców.
Ludzie szli bez dodatkowych okryć i ciepłych butów, mimo że na zewnątrz panował trzaskający mróz. Wszyscy starali się okazywać sobie nawzajem wsparcie. Brali tych słabszych w środek kolumny i pomagali im iść. Josef, Joel i Szmuel przesuwali się do przodu pomiędzy maszerującymi. Szukali siostry. Musieli zachowywać się bardzo ostrożnie, żeby nie zwrócić na siebie uwagi esesmanów, którzy potrafili posłać kulkę w łeb za byle co. Wreszcie bracia wypatrzyli Sarę wśród innych kobiet. Podeszli do niej, a Josef i Joel chwycili ją pod ręce. Dalej szli już razem. Temat „pryśnięcia” umarł. Żaden z nich nie mówił o tym głośno, ale kiedy zobaczyli siostrę, wiedzieli, że jest bardzo chora i brakuje jej sił. Ucieczka w jej stanie była skazana na oczywistą porażkę. Nie opuszczą siostry. Zostaną razem tak długo, jak jest im to pisane.
Początkowo sądzili, że po kilkunastu kilometrach dotrą do jakiegoś transportu. Jednak po pierwszym dniu marszu zrozumieli, że będą pokonywać co najmniej dwadzieścia kilometrów dziennie. Nie wiedzieli, jaka odległość dzieliła ich od celu i jak długo zajmie im cała pielgrzymka. W trakcie pierwszego postoju w opuszczonej stodole niemal nie zmrużyli oka. Chociaż położyli się blisko innych więźniów na tak zwaną zakładkę i przykryli się wspólnie kilkoma kocami, żeby zgromadzić więcej ciepła, ciężko było spać przy temperaturze dochodzącej na zewnątrz do minus dwudziestu stopni. Zresztą ciągle ktoś kaszlał, jęczał albo płakał. Wśród tych zawodzeń, westchnień i szlochów, Josef potrząsnął Szmuela za ramię. Kiedy ten obrócił się w jego stronę, brat wcisnął w jego rękę medalion z malutkim zdjęciem całej ich rodziny. Rodziców, Sary i trójki braci.
– Dlaczego mi to dajesz? – zapytał zdziwiony Szmuel. Wiedział, że medalion jest niezwykle cenny dla Josefa.
– Weź i dobrze schowaj.
Potem Szmuel jeszcze wiele razy zastanawiał się, czy Josef miał jakiś niewyjaśniony wgląd w przyszłość.
Ludzie zaczęli padać jak muchy. Z głodu, zimna i wyczerpania. Zdesperowanych więźniów próbujących ucieczki natychmiast rozstrzeliwano. Następnego dnia Sara poczuła się jeszcze gorzej. Słabła w oczach. Bracia musieli ją już ciągle podtrzymywać, żeby nie upadła na ziemię. Mówili do niej bezustannie i nawet śpiewali jej ulubione piosenki. W pewnym momencie ożywiła się i roześmiała cicho.
– Szmuelu – powiedziała wątłym, drżącym głosem. – Tata prawdę mówił. Tobie to słoń na ucho nadepnął. Ale ja kocham to twoje fałszowanie. Kocham ciebie. – Spojrzała na brata i nagle jej wzrok uciekł, ciało zwiotczało jak szmaciana laleczka.
– Saro! – Szmuel wpadł w panikę. – Saro, musisz stanąć mocno na nogach! Nie poddawaj się, proszę cię! Dasz radę! – próbował zachęcić dziewczynę. – Mam jeszcze trochę chleba. Zjesz i zaraz nabierzesz siły.
Josef i Joel potrząsali siostrą, jakby chcieli siłą wtłoczyć w nią życie, które się z niej wysączało.
Esesman wypatrzył Sarę niczym drapieżnik namierzający wzrokiem swoją ofiarę. Przedarł się błyskawicznie przez kilka rzędów więźniów i wycelował w dziewczynę z karabinu. Joel i Josef nadal trzymali ją pod ręce, a Szmuel bohatersko zasłonił siostrę własną piersią.
– Zurücktreten! Sofort! – ryknął esesman.
– Nein! – stawił opór Szmuel. – Wenn du sie töten willst, musst du uns alle töten!
I gdyby esesman nie upatrywał w braciach siły roboczej do morderczych prac w III Rzeszy, z pewnością pociągnąłby z lubością za spust.
– Zurücktreten!Das sage ich zum letzten Mal! – Mężczyzna tracił cierpliwość.
Wtedy Josef i Joel puścili Sarę, a ona osunęła się na ziemię. Szmuel chciał dalej chronić ją własnym ciałem przed wyrokiem śmierci, ale Josef go powstrzymał. Mocno przycisnął brata do swojej piersi. Szmuel próbował wyswobodzić się z jego uścisku. Rzucał się i szarpał. Krzyczał i walił zaciśniętymi pięściami w klatkę piersiową Josefa. Dopiero kiedy usłyszał strzał, przestał się szamotać. Zawył przejmującym, pełnym cierpienia głosem i wpadł w niekontrolowany szloch.
– Weiter! Los, nicht stehen bleiben! – Nazista brutalnie oderwał Szmuela od piersi Josefa i popchnął go do przodu. – Marsch, habe ich gesagt!
Szmuel poczuł palący ból w żebrach. Zakręciło mu się w głowie i miał wrażenie, że zaraz zemdleje. Mocne dłonie Josefa przytrzymały go za ramiona. Ruszyli dalej. Szmuel obejrzał się za siebie. Sara leżała na oblodzonej drodze w kałuży krwi. Chodźcie, rozpatrzmy to razem – mówi Pan! Choćby wasze grzechy były jak szkarłat, mogą zbieleć jak śnieg; choćby czerwieniły się jak purpura, mogą stać się jak wełna.
Do ciała siostry podszedł inny esesman, przeciągnął je do krawędzi drogi jak worek ziemniaków i tam porzucił. W młodym chłopcu wezbrał potężny gniew. Pociemniało mu w oczach. Nienawiść wrzała w każdej komórce jego ciała i duszy. Pragnął rzucić się na esesmana i udusić go gołymi rękoma. Nagle w wyobraźni Szmuela pojawił się dom. Piękny dom z dużymi oknami i bieluteńkimi firankami powiewającymi na łagodnym wietrze. Ich dom. I ojciec siedzący na drewnianym krześle, recytujący uroczystym tonem księgę Izajasza. Ujrzał też matkę krzątającą się przy piecu ze znajomym uśmiechem, który był jak ciepłe tchnienie i znaczył o wiele więcej niż tysiące słów. Z uśmiechem, w którym mógł się schronić każdy domownik i każdy nieznajomy. Miał wrażenie, że jej delikatna, gładka jak aksamit dłoń musnęła jego dłoń. Myśl, że największym zwycięstwem nad wrogami będzie przetrwanie i życie pełną piersią, dała mu siłę, by iść dalej.
Przez wiele kilometrów bracia się do siebie nie odzywali. Każdy z nich potrzebował pobyć samotnie ze swoim bólem, gniewem, poczuciem rozpaczy i nienawiści. Po południu Josef wybrał najlepszy jego zdaniem moment i dał braciom sygnał do ucieczki. Cała trójka rzuciła się biegiem w obciążoną warstwą śniegu plątaninę gałęzi i rozpierzchła się w różnych kierunkach. Wraz z nimi od kolumny odłączyło się kilkunastu innych więźniów. Padły strzały, a ziemię zasłały trupy.
.
4. Odsuńcie się natychmiast – tłumaczenie z języka niemieckiego
5. Nie! Jeśli chcesz ją zabić, musisz zabić nas wszystkich – tłumaczenie z języka niemieckiego
6. Odsuncie się! Mówie po raz ostatni! – tłumaczenie z języka niemieckiego
7. Dalej! Nie ociągać się! Marsz powiedziałem! – tłumaczenie z języka niemieckiego
8. Księga Izajasza 1:18, Pismo Świete Starego i Nowego Przymierza Ewangeliczny Instytut Biblijny Poznań 2016
.

.
***
– Dreh dich um! – rozkazał szorstko głos.
Otworzyłem oczy i obróciłem się w jego stronę. Przede mną stał wysoki esesman o porcelanowej cerze i bladoniebieskich oczach. Dzieliła nas odległość około półtora metra. Celował do mnie z karabinu Mauser 98k. Oblał mnie strach. Jeszcze przed chwilą chciałem umrzeć, ale teraz, stojąc oko w oko ze śmiercią, pragnąłem żyć. Zastanawiałem się, czy sprzątnie mnie jedną kulką w łeb, czy może dla zabawy podziurawi mnie w kilku miejscach, żeby sprawić mi więcej cierpienia, a sobie więcej przyjemności.
Strzał nie padł i esesman niespodziewanie opuścił broń.
– Wie heißt du?
– Szmuel Lemański – odpowiedziałem.
Esesman rozpiął swój płaszcz, zdarł go energicznie z ramion i cisnął mi pod nogi. Został w szarozielonym mundurze. Spojrzałem na haftowanego orła SS na lewym rękawie.
– Nimm es! – warknął.
Skonfundowany, pochyliłem się i podniosłem płaszcz ze śniegu, nie spuszczając oczu z nazisty. Mistyczna chwila wymiany spojrzeń z chłopakiem w moim wieku pozostała ze mną już na zawsze.
– Zieh es an! – poinstruował mnie.
Trzymałem płaszcz w ręce, byłem kompletnie zbity z tropu.
– Bist du taub geworden?! Zieh an! – powtórzył.
Zrobiłem, co kazał.
– Ich würde dir ja auch meine Filzstiefel geben, aber ich kann nicht. Aber ich kann dir Handschuhe geben – powiedział znacznie bardziej przyjaznym tonem i zdjął wełniane rękawice. Następnie podszedł do mnie. Struchlałem, kiedy podwinął lewy rękaw pasiastej koszuli i płaszcza, którego dostałem od niego. Patrzył przez chwilę na numer identyfikacyjny wytatuowany na moim przedramieniu. Był tak blisko, że czułem jego parne tchnienie na mojej skórze. Potem podał mi rękawiczki.
Zupełnie osłupiałem.
– Zieh die Handschuhe an!
Włożyłem rękawice i poczułem, jak cudowne ciepło powoli rozchodzi się po moich zgrabiałych rękach. Chowanie dłoni w rękawy, owijanie szmatami czy wkładanie na nie skarpet – żaden ze sposobów nie chronił rąk przed odmrożeniem, które z kolei mogło doprowadzić do gangreny.
– Ich heiße Hans – oznajmił niespodziewanie takim tonem, jakby desperacko próbował ocalić pamięć o swoim imieniu. – Fünf Kilometer in die Richtung durch den Wald, dann kommst du zu einem Dorf. – Pokazał, w jakim kierunku mam iść. – Und jetzt lauf schnell weg! Los, mach schon! – ponaglił mnie.
Stałem przez chwilę i patrzyłem na Hansa, ale wreszcie ruszyłem przed siebie, jakby w żyły wpompowano mi nowe pokłady adrenaliny. Wciąż niedowierzałem w jego dobrą wolę. Mógł przecież grać, zabawiać się moim kosztem. Nie byłbym wcale zdziwiony, gdyby strzelił mi w plecy. Kto wie, jaki pomysł mógł ukrywać się w zwyrodniałym umyśle esesmana. Jednak nagle dotarło do mnie, że gdyby chciał mnie zabić, nie oddałby mi przecież swojego płaszcza, żebym zbroczył go krwią! Oddalałem się najszybciej, jak tylko mogłem, słysząc swój nierówny oddech, a pod nogami trzeszczący śnieg. Kusiło mnie, żeby spojrzeć za siebie, ale nie zrobiłem tego.
Uszedłem mniej więcej kilometr i schowałem się za grubym pniem drzewa, żeby odpocząć. Byłem skrajnie wyczerpany. Oparłem się o szorstką korę. Moje ramiona zaczęły drżeć w niekontrolowany sposób. Płakałem z radości, ale i z dojmującego smutku, które zlały się w jedną melodię duszy w taki sposób, że już nie mogłem tych emocji od siebie odróżnić.
Na moją głowę odzianą w pasiastą czapkę obozową bezszelestnie spadały z nieba drobniutkie płatki śniegu. Kiedy przestałem szlochać, wychyliłem się ostrożnie zza drzewa. Następnie zdjąłem jedną z rękawic, schyliłem się i nabrałem do ręki trochę śniegu. Wepchnąłem zimny puch do ust i przełknąłem. Kilka razy powoli nabrałem powietrze nosem i wypuściłem je ustami. Miałem wielką nadzieję, że wydarzył się cud i do moich braci również uśmiechnęło się szczęście. Wyobrażałem sobie, że podobnie jak ja ukryli się nieopodal i za chwilę znów będziemy razem. Niemal czułem na swoich ramionach mocny uścisk Josefa i bardziej subtelne poklepywanie po plecach w wykonaniu Joela. Czekałem i czekałem, ale w końcu podjąłem bolesną decyzję – musiałem ruszyć dalej, żeby dotrzeć do wioski przed zmrokiem. Robiło się coraz zimniej. Bez żadnego wyraźnego powodu wsunąłem rękę do wewnętrznej kieszeni płaszcza esesmana i wymacałem jakiś metalowy przedmiot. Wyjąłem dłoń z kieszeni, a moim oczom ukazał się niewielki pistolet o opływowej sylwetce.
.
9. Stań do mnie przodem – tłumaczenie z j. niem.
10. Jak się nazywasz – tłumaczenie z j. niem.
11. Weź to! – tłumaczenie z j. niem.
12. Załóż to! – tłumaczenie z j. niem.
13. Ogłuchłeś ?! Wkładaj ! – tłumaczenie z j. niem.
14. Chciałbym ci dać moje buty, ale nie mogę. Ale mogę dać ci rękawiczki – tłumaczenie z j. niem.
15. Włóż rękawiczki! – tłumaczenie z j. niem.
16. Nazywam się Hans – tłumaczenie z j. niem.
17.Pięć kilometrów w tamtym kierunku przez las i dojdziesz do wioski – tłumaczenie z j. niem.
18. A teraz uciekaj! No już! – tłumaczenie z j. niem.
.

.
***
Po Sklepiku Sary w Miami roznosił się przyjemny gwar. Niektórzy klienci czekali na podgrzanie kanapki, a inni kupowali kawę na wynos, sałatki lub najróżniejszej maści muffinki. Ucinali sobie przyjazne pogawędki na niezobowiązujące tematy. Jeszcze inni zapuścili się w głąb kawiarni i oglądali produkty dostępne w sklepie, takie jak kremy z Tahini i daktyli, chałwy z pistacjami i chilli, Labneh w zalewie czy sos Amba. Do każdego zakątku kawiarni połączonej ze sklepem i piekarnią docierał zapach świeżego pieczywa wypiekanego na miejscu. Od strony stolików przy witrynie dobiegał szmer rozmów ludzi, którzy jedli śniadanie i pili kawę. Jedni przychodzili niemal codziennie i jako stali bywalcy otrzymywali atrakcyjne zniżki. Drudzy byli turystami, którzy odkryli to miejsce przypadkowo. Zdarzali się również tacy, którzy wybrali Sklepik Sary świadomie w wyniku czyjejś rekomendacji bądź zachęcającego opisu na portalach społecznościowych.
Rebeka Lemańska-Sofar weszła do środka i zatrzymała się przy stoisku z sałatkami. Kończyła studia na kierunku inżynierii środowiskowej na Uniwersytecie w Miami, ale jako współwłaścicielka sklepu pojawiała się tu prawie każdego dnia. Lubiła obsługiwać klientów i zajmować się zwyczajnymi aktywnościami związanymi z codziennym funkcjonowaniem kawiarnio-sklepu, chociaż wcale nie musiała tego robić.
– Cześć, kotku – zagadał do dziewczyny rudy mężczyzna. Na jego ramieniu wspierała się duża blacha ze świeżymi chałkami, którą podtrzymywał ręką.
– Cześć – odpowiedziała Rebeka i cmoknęła go w usta. Potem z zadowoleniem spojrzała na napis na jego firmowej czarnej koszulce: „Chałka powraca”.
– Koszulka super się prezentuje.
– Zgadzam się. To był strzał w dziesiątkę. Jak na zajęciach?
– W porządku. A tu? Dzieje się coś ekscytującego?
– Jak zawsze. Do Beth znów przyszedł ten adorator. – Mężczyzna konspiracyjnie skinął głową w kierunku czarnoskórej kobiety przy stoisku z kawą i jej klienta – starszego człowieka z łysą piegowatą głową. – Boję się, że jak będzie jadł tyle tych słodkich bułeczek, to się nabawi cukrzycy.
– A co mu zostało? Niech je. Zresztą nasze bułeczki wcale nie są takie słodkie. Gdzie Jakub?
– Na zapleczu. Dobra, idę wyłożyć chałki na półkę, bo już spora kolejka się po nie ustawia.
Rebeka odprowadziła męża wzrokiem i ruszyła na zaplecze. Uśmiechnęła się do siebie na wspomnienie tego, że kiedyś za nim nie przepadała. Szaja nie dał za wygraną i tak długo za nią chodził, aż wreszcie umówiła się z nim na randkę. Na odczepnego. Była przekonana na sto procent, że nic z tego nie będzie i że w końcu chłopak da jej spokój. Wtedy okazało się, że jej żelazne przekonania nie zawsze są słuszne. Dziś nie wyobrażała sobie życia bez Szaji.
– Skarbie, zrobią ci protezę biodrową i wrócisz nowiuteńki. – Dobiegło do uszu Rebeki, kiedy mijała stoisko z kawą. – Już ja ci to w niebie załatwię. – Beth głośno się roześmiała. – Uszy do góry.
Rebeka nie omieszkała rzucić okiem na koszulkę Beth z napisem: „Chałka powraca”. Wchodząc do niewielkiego pokoju pełniącego funkcję zaplecza, Rebeka odruchowo dotknęła srebrnego łańcuszka na szyi, na którym wisiał medalion ze zdjęciem dziadka i całej jego rodziny.
– Cześć – zwróciła się do Jakuba, który pisał coś na klawiaturze komputera. – Wiem, że może to nieskromnie tak się zachwycać własnym pomysłem, ale strasznie mi się podobają nasze nowe koszulki.
– Cześć! I bardzo dobrze, że jesteś z siebie dumna, pani Lemańska. – Szpakowaty wysoki mężczyzna wychylił się zza ekranu. – Na długo dziś wpadłaś?
– Pytasz, ile twoja półdarmowa siła robocza ma dziś czasu? – rzuciła z przekąsem.
– Dokładnie o to pytam.
– Dwie godziny. I żeby nie tracić czasu, idę się przebrać w piękną koszulkę zaprojektowaną przeze mnie i pędzę tyrać – dodała udawanym cierpiętniczym tonem.
– I to żwawo! – rzucił żartobliwie Jakub.
– Kiedy przyjdzie Jason?
– Za godzinę, ale nie licz, że cię wyręczy. Mam dla niego inne zadania.
– Nie wątpię.
Sklepik Sary wypełniał dużą i cenną część życia Rebeki. Ukochany dziadek dziewczyny, założyciel kawiarni, wyemigrował w latach pięćdziesiątych do Stanów Zjednoczonych i rozkręcił własny biznes w Nowym Jorku. Po upływie trzydziestu lat stwierdził, że pragnie stworzyć coś znacznie więcej niż zwykłą kawiarnię lub sklep serwujący zdrową żywność. Marzył o miejscu sprzyjającym relacjom i nawiązywaniu kontaktów, do którego klienci będą chcieli wracać. Sklepik Sary stał się spełnieniem jego pragnienia. Wybrał Miami, bo zawsze chciał mieszkać nad oceanem i wygrzewać się na plaży.
Obecnie kawiarnia dostarczała jedzenie do wielu firm w Miami, osiągając najwyższe miejsca w rankingach. Szmuel Lemański odszedł pięć lat temu i pozostawił w sercu Rebeki ogromną wyrwę. Dziewczyna dokładnie pamiętała dzień, w którym umarł. A ściślej mówiąc, każdą sekundę, minutę i godzinę. Zegar wtedy dramatycznie zwolnił, zupełnie jakby cały świat wstrzymał oddech i trwał w bezruchu. Szmuel dożył sędziwego wieku, potrafił cieszyć się każdą chwilą. Często powtarzał, że życie jest zbyt kruche i krótkie na żale, urazy i wzajemne animozje. Mawiał też, że z perspektywy Stwórcy problemy są jedynie malutkim pyłkiem. Nie chodzi o to, że Bóg lekceważy ludzkie zmagania, ale On jest po prostu miliardy razy większy niż trudne okoliczności. Szmuel modlił się: „Boże, zdmuchnij ten pyłek, który pretenduje do wielkiej góry, i otwórz moje oczy, abym mógł zobaczyć Twoją potęgę”.
Rebeka tęskniła za jego śmiechem i mądrością. On to potrafił się śmiać. Są ludzie, którzy przytulają całymi sobą, a dziadek śmiał się całym sobą. Głośno i donośnie. Posiadał receptę na wszystko, ale nie był z tych, co maltretują ludzi złotymi radami. Miał umiejętność głębokiego słuchania i dodawania otuchy, jak nikt inny, kogo znała. Kiedy oświadczał: „Bóg ma zawsze jakiś plan”, trudno było się z nim nie zgodzić. Ocalał z obozu koncentracyjnego jako jedyny ze swojej rodziny. Mniej mówił o niewyobrażalnym cierpieniu, którego doświadczył w obozie, ale często opowiadał o tym, jak Bóg uratował mu życie przez esesmana, Hansa. Hans oddał Szmuelowi swój płaszcz. Jako dziecko, Rebeka szczególnie w tej historii lubiła wątek pistoletu, który jej dziadek znalazł w kieszeni płaszcza. Szmuel sprzedał broń, żeby mieć pieniądze na przeżycie, ale do końca swoich dni zastanawiał się, czy esesman zostawił pistolet specjalnie, czy przez pomyłkę? Był to Sauer 38H, broń elegancka zasilająca raczej prywatne kolekcje niż będąca standardowym wyposażeniem kadry obozowej. Szmuel rozumiał ludzki ból, dlatego nigdy nie umniejszał niczyich zmagań. Pytany o wskazówki, zręcznie wplatał je w rozmowę, ale nikomu się nie narzucał. Wielu ludzi zmieniało się na lepsze poprzez samo przebywanie w jego obecności. Taka właśnie była siła osobowości Szmuela. Rebeka zawsze wiedziała, że chce zostać przy nazwisku rodowym i dodać do niego nazwisko męża jako drugi człon. Na początku nie była pewna, jak zareaguje Szaja, ale on rozumiał i nie miał nic przeciwko temu.
Rebeka zajęła miejsce za drugą kasą na stoisku z kawą, żeby obsłużyć klientkę, i właśnie wtedy poczuła na sobie czyjeś spojrzenie. Powiodła wzrokiem ku witrynie i jej oczy spotkały się z oczami młodego mężczyzny mniej więcej w jej wieku, który siedział przy jednym ze stolików. Kobiecie zrobiło się gorąco. Podała klientce kawę na wynos i uśmiechnęła się do niej, życząc dobrego dnia. Jej wzrok znów powędrował w kierunku tamtego mężczyzny. Teraz akurat na nią nie patrzył, jego oczy były przykute do ekranu telefonu. Rebeka wykorzystała ten moment, żeby mu się lepiej przyjrzeć. Był ubrany w niebieską koszulkę typu Polo i jeansowe spodenki do kolan. Miał jasne, schludnie ułożone włosy. Na stoliku przed nim stało duże latte macciato, obok szklanki leżały kluczyki do auta z dużą przywieszką z nazwą wypożyczalni. Mężczyzna podniósł wzrok, Rebeka odwróciła głowę w inną stronę. Opiekacz wydał z siebie piskliwy dźwięk obwieszczający, że kanapka jest gotowa do podania.
– Słońce – zagadała do Rebeki Beth. – Możesz podać kanapkę panu w niebieskiej koszulce?
Lemańska spojrzała na koleżankę. Akurat do jej kasy ustawiło się kilku klientów, a przy kasie Rebeki nie było nikogo. Dziewczynę oblało parzące zimno. Milczała i desperacko szukała w głowie argumentu, dlaczego nie może podać kanapki panu w niebieskiej koszulce, jakkolwiek głupie się to wydawało. Miała nieodparte, chociaż kompletnie surrealistyczne wrażenie, że mężczyzna przyszedł tu z jej powodu.
– Becky? Możesz mnie wyręczyć?
– Tak, pewnie – wydusiła z siebie wreszcie Lemańska.
Wyjęła z opiekacza ciepłą kanapkę i położyła na talerzu. Kiedy ruszyła w kierunku klienta, nogi miała jak z waty. Uspokój się! On tylko patrzył. I co z tego? Nic się przecież nie dzieje. Nie bądź śmieszna! – starała się przywołać siebie do porządku, ale im surowiej karciła się w duchu, tym mocniej ściskał jej się żołądek, a serce biło coraz szybciej. Podeszła do stolika.
– Cześć, jak się dziś masz? – rzuciła nerwowo.
– Mam się dobrze. Kanapka wygląda wspaniale i na pewno jest pyszna. A ty jak się dziś masz? – odpowiedział ładnym, poprawnym angielskim, ale z lekkim akcentem. Lemańska zauważyła, że spojrzał na plakietkę z jej imieniem. – Współczuję z powodu śmierci ojca – dodał. Kobiecie wyślizgnął się z ręki talerz i uderzył o stolik tak gwałtownie, że głośny łoskot nie umknął uwadze klientów siedzących przy sąsiednich stolikach. – Przeczytałem na waszej stronie – wyjaśnił szybko. – To twój tata, prawda?
– Tak. Dziękuję – bąknęła i odeszła.
– Ducha zobaczyłaś, czy co? – Ni to stwierdziła, ni to zapytała Beth. – Jesteś blada jak ściana. Co się stało? Dobrze się czujesz?
– Ten facet… w niebieskiej koszulce… – zaczęła Lemańska, ale urwała.
Beth spojrzała na mężczyznę.
– Co z tym facetem?
– Nie wiem…. Tak dziwnie na mnie patrzył i złożył mi kondolencje z powodu ojca.
– Podrywa cię?
– Nie. Raczej nie. To coś innego. Aż krew ścina mi się w żyłach.
– Hmm… – Beth jeszcze raz zmierzyła bacznym wzrokiem młodego mężczyznę. – Mi on wygląda raczej na niegroźnego. Ale gdyby coś kombinował, od razu dawaj znać. W sumie to nigdy nie wiadomo, co siedzi w drugim człowieku. A ja chcę, żebyś była bezpieczna.
Mężczyzna spędził w Sklepiku Sary jeszcze około piętnastu minut. Zjadł kanapkę, dopił kawę i wyszedł. Jednak następnego dnia wrócił do kawiarni. Rebeka wstawiała kubeczki z pokrojonymi owocami do lodówki Grab&Go, kiedy zauważyła, jak wchodzi do środka. Znów poczuła parzące zimno, które oblało jej klatkę piersiową, potem brzuch i nogi. Mężczyzna od razu do niej podszedł.
– Cześć. Mam na imię Karl – zaczął, a Lemańska wzdrygnęła się na dźwięk jego głosu i ten charakterystyczny akcent. – Byłem tu wczoraj. Nie wiem, czy mnie pamiętasz?
Całą sobą cię pamiętam. – Miała ochotę wykrzyczeć.
– Tak, oczywiście – odpowiedziała przez zaciśnięte gardło. – Jak się masz?
– Moglibyśmy porozmawiać?
– Chyba właśnie to robimy?
Mężczyzna się uśmiechnął.
– To prawda. Ale ja chciałbym porozmawiać o czymś osobistym. Znalazłabyś może czas na kawę?
Rebeka poczuła, jak każdy mięsień się w niej napina.
– Teraz?
Karl skinął potakująco.
– Mam sporo pracy… – rzuciła asekuracyjnie.
– Rozumiem. To kiedy w takim razie mógłbym przyjść?
Rebeka rozpaczliwie rozejrzała się po Sklepiku Sary, szukając wzrokiem Beth. Szaja miał dzisiaj wolne.
– Bardzo mi na tym zależy – dodał Karl. – Jestem w Miami na wakacjach, ale jutro wracam. Wczoraj nie miałem odwagi, żeby poprosić cię o rozmowę, a dziś już po prostu nie mam wyjścia. – Mężczyzna znów się uśmiechnął.
W Lemańskiej narastał irracjonalny lęk. Wydawało się, że to podenerwowanie bierze się znikąd i nie ma żadnego związku z rzeczywistością.
– Niestety dziś nie dam rady – powiedziała twardo.
Karl posmutniał.
– A jutro rano?
– Mam szkołę – skłamała, chociaż miała dzień wolny od zajęć na uniwersytecie.
– Jasne. Rozumiem. Wolałem porozmawiać o tym twarzą w twarz, ale liczyłem się z tym, że może nie być ku temu odpowiednich warunków. – Mężczyzna zdjął mały plecak przewieszony przez ramię. – Dlatego napisałem do ciebie list. – Sięgnął do wnętrza plecaka i wyjął białą kopertę. – W liście wszystko wyjaśniłem. Na końcu jest mój numer telefonu. Jeśli będziesz chciała, możemy się potem skontaktować na WhatsAppie. A jeśli nie, nie szkodzi. – Podał Lemańskiej kopertę. – To ja już nie będę przeszkadzać. Dobrego dnia.
– Dobrego dnia – wykrztusiła.
Kiedy mężczyzna wyszedł, natychmiast ruszyła do toalety na zapleczu. Zamknąwszy za sobą drzwi, wyjęła z koperty kartkę zapisaną w połowie równym, starannym pismem.
Karl pojechał na plażę. Usiadł na tyle daleko od wody, żeby nie zamoczyła ręcznika, ale na tyle blisko, żeby móc przyglądać się delfinom butlonosym, które pojawiły się przy brzegu. Patrzył na ocean i rozmyślał. Tak bardzo chciał, żeby Rebeka przeczytała wiadomość, ale wyczuł bijącą od niej niechęć względem niego. Może wyrzuci list i nawet nie otworzy koperty? Nie miał żadnego wpływu na jej decyzję. A może przeczyta list i nigdy się z nim nie skontaktuje? Taka wersja wydarzeń też była możliwa. Karlowi najbardziej zależało na tym, żeby Rebeka poznała treść listu, nawet jeśli postanowi nigdy się do niego nie odezwać. Mężczyzna był wprawdzie ciekawy, jak Lemańska zareaguje, co zrobią w niej słowa zamknięte w kopercie, wiedział jednak, że wykonał swoją część, a teraz wszystko pozostawało w jej rękach. Karl wciągnął w nozdrza morskie powietrze. Potem zdjął koszulkę, spodenki i buty, i wszedł w szortach do przyjemnie ciepłego oceanu.
Rebeka długo rozmawiała z Szają o liście i o tym, czy powinna skontaktować się z Karlem. Historia opisana przez mężczyznę wzbudziła w niej sprzeczne uczucia. Z jednej strony głęboko ją poruszyła, z drugiej dotknęła bolesnej struny. Szaja zachęcał ją do spotkania z Karlem, ale nie naciskał. Widział, że całe to zdarzenie wywołuje w żonie szeroki wachlarz różnych emocji. Późno położyli się spać. Lemańska wierciła się i przewracała z boku na bok, a kiedy wreszcie zasnęła, spała bardzo niespokojnie, jakby trawiła ją gorączka. W środku nocy obudził ją jej własny szloch. Szaja zapalił nocną lampkę i zwrócił się twarzą do żony.
– Obudziłam cię? – zapytała.
– Nie martw się. Zły sen?
– Nie. Był bardzo wyraźny i wstrząsający, ale nie w złym sensie. Wiesz przecież, że śnią mi się na ogół same bzdury, prawda?
– No, tak. Przypadkowe wątki, nie połączone ze sobą w żaden logiczny sposób. Jeśli w snach można w ogóle mówić o logice.
– Ten sen był inny.
– To ciekawe. Opowiesz mi?
Rebeka usiadła w łóżku i oparła się plecami o ścianę.
– Śniło mi się, że jestem w muzeum albo w galerii. Patrzę na duże czarno-białe zdjęcie zawieszone w ramce na ścianie, na którym esesman celuje z pistoletu do Żydówki trzymającej na rękach niemowlę. Takie samo zdjęcie wisi w Jad Waszem. Nagle obok mnie pojawia się jakiś mężczyzna. Nie widzę jego twarzy. Właściwie nie wiem, czy nie widzę, czy po prostu w miejscu jego twarzy jest wielka rozmazana plama. Wiem tylko, że on jest jakby nie z tego świata. Jego postać jest świetlista i taka efemeryczna.
– To skąd wiesz, że to mężczyzna?
– Miał męski głos.
– Aha.
– I ten mężczyzna niespodziewanie podchodzi do fotografii na ścianie i przenika do środka. Rozumiesz?
– To znaczy, że teraz jest w tej scenie ze zdjęcia?
– Tak. Właśnie. I nagle ja też tam jestem. Tuż przy Żydówce. Na własnej skórze czuję jej emocje. Strach. Rozpacz. Bezsilność. Miłość do dziecka. Niemowlę cicho kwili, a ona kurczowo przyciska je do piersi. Mężczyzna bez twarzy nachyla się do ucha Żydówki i coś szepce. Mimo że mówi bardzo cicho, słyszę każde jego słowo. Mówi coś w tym stylu: „Za chwilę esesman pociągnie za spust. Zabije ciebie i twoje dziecko. Wiem, że jesteś przerażona. Ten człowiek potraktuje cię okrutnie, ale przebacz mu”.Jego słowa we mnie pulsują, jakby były biciem serca! – Po policzkach Rebeki popłynęły łzy. – Chcę rzucić się na ratunek kobiecie, ale nie mogę się poruszyć. Mogę tylko słyszeć i widzieć. Pragnę, żeby kobieta przeklęła esesmana! Pragnę wykrzyczeć, że jego czyn jest niewybaczalny, ale nie mogę wydobyć z siebie głosu! I czuję, że ona mu wybacza! Nie wiem, jak to dokładnie opisać, ale mam wrażenie, że z jej serca, które jakby w tym momencie jest jednocześnie moim sercem, wysącza się cała nienawiść. Wtedy w okamgnieniu, ja i ten mężczyzna bez twarzy, fruniemy w powietrzu do esesmana. Ma takie charakterystyczne bladoniebieskie oczy. Martwe, pozbawione wyrazu. Nie ma w nich nic. Ani nienawiści, ani sadystycznej przyjemności. Tylko pustka. Mężczyzna bez twarzy nachyla się do jego ucha i szepce: „Za chwilę pociągniesz za spust i zabijesz tę kobietę i jej dziecko. Wiedz, że ona ci przebacza. Pamiętaj o tym, kiedy nadciągnie ciemność”.
Szaja przeczesał dłonią włosy.
– Boże, co za sen!
– To nie koniec. W bladoniebieskich oczach Niemca wzbierają łzy – mówiła dalej Rebeka. – Jedna z nich toczy się po jego policzku. Zamienia się w kryształową kropelkę i zastyga na jego skórze… Czuję, jakbym mogła zajrzeć do wnętrza tego mężczyzny, do jego duszy. Zajrzeć i zobaczyć jego cierpienie i zmaganie… – zamilkła i zacisnęła powieki. – To nie jest tak, że to, co za chwilę zrobi nie ma znaczenia – kontynuowała po chwili. – Ma. Ale równocześnie ze świadomością jego okrucieństwa, ogarnia mnie współczucie. Płynie przeze mnie ciepłymi falami. Ciepłymi i dziwnie bolesnymi.
– Było coś dalej? – zapytał Szaja, który cierpliwie i uważnie słuchał.
Rebeka potwierdziła krótkim ruchem głowy.
– Patrzę na kropelkę na policzku esemana, a ona już nie jest łzą czy kryształkiem, tylko zamienia się w medalion ze zdjęciem pradziadków. Ten sen tak mocno mną wstrząsnął! – wybuchnęła. – Czuję, że powinnam spotkać się z Karlem. Wydaje mi się, że ten esesman ze snu mógł być Hansem. Ale nie wiem. Może gadam zupełnie bez sensu?
– Spotkaj się z Karlem. Nie wyjaśnił w liście wszystkiego.
Rano Rebeka napisała do Karla wiadomość przez WhatsApp. Był zaskoczony, że chce się z nim zobaczyć, ponieważ prawie zupełnie porzucił nadzieję na spotkanie. Umówili się na molo w South Pointe Park.
– Cześć – przywitał się Karl, kiedy Rebeka do niego podeszła. Przyszedł na molo trochę wcześniej, żeby poobserwować delfiny wpływające i wypływające z portu. – Myślałem, że masz dziś szkołę.
– Cześć. Skłamałam. Chciałam cię spławić – wyznała szczerze. – Jak tylko zobaczyłam cię w kawiarni za pierwszym razem, poczułam silny stres. Nie miałam przecież pojęcia kim jesteś, ale moje ciało w jakiś tajemniczy sposób cię rozpoznało. Wiesz, dziadek nie wtłoczył we mnie nienawiści, czy uprzedzeń względem Niemców. On zawsze opowiadał jak… Jak twój dziadek go uratował. Mało mówił o tym, co przeżył w obozie i o okrucieństwie nazistów. Mimo że zdawałam sobie sprawę, że w niemieckim narodzie, jak zresztą w każdym innym, są ludzie szlachetni, chociażby Oskar Schindler, i ludzie źli, to i tak czułam niechęć do Niemców. Pamiętam, jak kiedyś byłam na plaży i przyszli niemieccy turyści. Położyli się na ręcznikach obok mnie. Rozmawiali ze sobą, Ich język budził we mnie i lęk, i wstręt. Nie chciałam tego czuć, ale czułam. Wreszcie nie wytrzymałam. Wstałam i przeniosłam się w inne miejsce. Wycieczka do Niemiec albo do Polski nigdy nie wchodziła w grę. Skoro dziadek nie zaraził mnie tą traumą, skąd ona się we mnie wzięła?
– Istnieje coś takiego jak trauma pokoleniowa. Chociaż nie przeżyliśmy tego, co nasi przodkowie, ich złe doświadczenia zostają w nas zapisane niczym kod.
Rebeka przez chwilę milczała i zastanawiała się nad słowami Karla.
– To ma rzeczywiście sens. Naprawdę przyjechałeś specjalnie po to, żeby się ze mną zobaczyć? W jaki sposób mnie znalazłeś? – zapytała.
– Od momentu, kiedy osiem lat temu, dziadek na łożu śmierci wyjawił mi prawdę o tym, kim był i opowiedział mi o twoim dziadku, czekałem na sposobność, żeby przyjechać do Miami. Zrodziło się we mnie ogromne pragnienie, żeby spotkać się z rodziną Szmuela, a może i z samym Szmuelem. Chociaż czułem, że to bardzo ważne nie tylko dla Hansa, ale dla całej naszej rodziny, obawiałem się tego spotkania. Nie miałem pojęcia, jak zareagujecie. Wtedy w lesie, Hans poznał imię i nazwisko twojego dziadka i zapamiętał jego numer identyfikacyjny. A-4819. Cztery jak cztery pory roku. Osiem jako symbol nieskończoności. Jeden jako początek i dziewięć przed dziesiątką. Po wielu latach zaczął go szukać. Powiedział mi, że jednym z najpiękniejszych dni w jego życiu był dzień, kiedy odkrył, że Szmuel przeżył i że ma rodzinę. Strasznie mi smutno z powodu tego, czego mój dziadek dopuścił się w obozie koncentracyjnym. Czuję też wstyd. Zawsze czułem ten wstyd, tylko wraz z wyznaniem dziadka nabrał konkretnych kształtów. – W oczach Karla błysnęły łzy. – Nie wiem, czy Hans był bezpośrednio odpowiedzialny za śmierć rodziców Szmuela, ale nawet jeśli ich nie zabił, zabił wielu innych ludzi. Był częścią tego okropnego systemu. Czynił niewyobrażalne zło.
– To nie twoja wina. – Rebeka położyła rękę na ramieniu Karla. W jej oczach również wezbrały łzy. – A twój dziadek w jakimś sensie też był ofiarą machiny hitlerowskiego totalitaryzmu.
– Potrzebowałem sporo czasu, żeby to wszystko przetrawić. Walczyły we mnie dwie narracje: czy mój dziadek jest bohaterem, który uratował Żyda, czy sprawcą koszmarnych zbrodni? Czułem w sobie zamieszanie. Kotłowały się we mnie różne emocje tym bardziej, że miałem z dziadkiem bliską relację.
– Rozumiem cię. W dzieciństwie inaczej chłonęłam tę historię. Postrzegałam Hansa właśnie jako bohatera. Wtedy nie rozumiałam, że chociaż pomógł dziadkowi, to również zadał innym mnóstwo cierpienia. Kiedy w późniejszym wieku dotarła do mnie ta prawda, nie wiedziałam, jak sobie z nią poradzić. Pewnego razu wyznałam Szmuelowi moje zmaganie. Spojrzał mi prosto w oczy i tym swoim spokojnym głosem powiedział: „Jesteśmy słabi, podatni na zło. W każdym z nas drzemie potencjał do najstraszliwszych czynów. To, że ich nie robimy, zawdzięczamy łasce Boga”
– Mnie też bardzo ciężko było oswoić prawdę, że w moim dziadku żyło jednocześnie zło i dobro – stwierdził Karl tonem pełnym emocji. – Dziadek poprosił mnie o przebaczenie za to, że ukrył swoją tożsamość i oszukał mnie. Jednak miałem wrażenie, że pragnie, abym rozgrzeszył go za zbrodnie, których dokonał. Nie mogłem tego zrobić. Nie do mnie należy rozgrzeszanie. Mogłem mu jedynie przebaczyć jego kłamstwa wobec mnie. – Mężczyzna sięgnął do kieszeni po chusteczkę, by oczyścić nos.
– Karl, jestem wdzięczna za to, że Hans uratował dziadka. Oddał mu swój płaszcz i rękawiczki. Nie tylko pozwolił mu odejść, ale pokazał, gdzie może się schronić. Gdyby Hans pociągnął wtedy za spust, dziś by mnie tu nie było, prawda?
Mężczyzna pokiwał głową.
– O śmierci twojego dziadka przeczytałem na stronie Sklepiku Sary już wcześniej. Dopiero tuż przed podróżą do Stanów Zjednoczonych odkryłem, że twój tata również nie żyje. Bardzo mi przykro. Żałuję, że nie mogę go poznać.
– Mi też przykro, że taty już nie ma. I że nie może poznać ciebie.
– Mogę zapytać, co się stało?
– Sepsa. – Lemańska westchnęła. – Byliśmy z tatą blisko. Nie tak blisko, jak ja z dziadkiem. Szmuel był absolutnie moją ulubioną osobą na Ziemi. Moja relacja z tatą stała się lepsza po wyjeździe mojej siostry na studia do Europy. Wiesz, zawsze czułam, że chociaż tata kocha nas tak samo, to jednak bardziej lubi Annę. Wiesz, co mam na myśli? Z kolei ja byłam ulubioną wnuczką Szmuela! – wypaliła z pewną dozą satysfakcji.
– Twój tata ma rodzeństwo, jeśli niczego nie pomieszałem?
– Nie pomieszałeś. To wujek Dawid i ciocia Miriam. Mieszkają w Seattle. Odwiedzają mnie dwa razy w roku, albo ja ich. Będą zaszokowani, kiedy im opowiem o naszym spotkaniu. Oczywiście nie zamierzam czekać. Jeszcze dziś do nich zadzwonię. Boże, to wręcz nierealne, że stoisz teraz przede mną – zauważyła Rebeka. – Ale naprawdę cieszę się, że przyjechałeś. – Uśmiechnęła się do Karla.
– Życie pisze niesamowite scenariusze, prawda? – zapytał retorycznie. – A co z twoją mamą?
– Rodzice dziesięć lat temu się rozwiedli. Chociaż mama mieszka w Miami, nie mamy zbyt serdecznej relacji. Zawsze było mi ciężko z myślą, że nie lubiła Sklepiku Sary. Prawie nigdy tam nie przychodziła. Może i z tego powodu się nie rozwiedli, ale tata miał jej za złe, że nie rozumie, dlaczego on chce kontynuować dziedzictwo dziadka. Mama wolała, żeby pracował gdzie indziej i robił coś innego. Ach, to już przeszłość. – Rebeka machnęła ręką, jakby odganiała natrętnego owada.
– Nazwa Sklepik Sary to upamiętnienie siostry Szmuela, mam rację?
– Tak. Została bestialsko rozstrzelana.
– Strasznie mi przykro. – Karl spuścił głowę.
– Pokażę ci coś. – Rebeka zdjęła z szyi medalion i go otworzyła. – Zobacz. To moi pradziadkowie: Rachela i Moshe. Tutaj jest dziadek. A to jego bracia: Josef i Joel. I siostra, Sara. Josefowi udało się ukryć tę rodzinną pamiątkę w pryczy. Esesmani mu jej nie odebrali. Potem podarował ją Szmuelowi.
– Mogę wziąć do ręki?
– Proszę.
Karl wpatrywał się w malutkie zdjęcie przez dłuższą chwilą, a potem zwrócił medalion Rebece.
– Nie napisałeś w liście, dlaczego twój dziadek… dlaczego właściwie Hans pomógł mojemu dziadkowi? Dlaczego go nie zabił? Wiesz coś może o tym?
– Powiedział mi, że ratując Szmuela, w jakimś sensie uratował również siebie. Z każdej strony otaczały go cierpienie i śmierć. Zadawał śmierć i ból. Patrzył na nie. Oddychał nimi. To go przytłaczało i dobijało. Zmagał się wówczas z czymś, co dziś pewnie zostałoby zdiagnozowane jako stany depresyjne. Cierpiał wewnętrznie. Miał wręcz wrażenie, że coś rozrywa go od środka. Był zmęczony maskowaniem swojego stanu przed przełożonymi i kolegami. Nie mógł o tym nikomu powiedzieć, bo takich od razu zabijano. Uważano ich za skażonych i kompletnie nieprzydatnych. Tamtego dnia postanowił popełnić samobójstwo. Nie chciał skończyć ze sobą za pomocą karabinu obozowego. Ta broń była dla niego przeklęta. Wcześniej ukrył w kieszeni płaszcza Sauer 38H, prezent od ojca.
Rebeka szeroko otworzyła oczy ze zdziwienia.
– Dziadek zawsze się zastanawiał, co ten pistolet robił w kieszeni płaszcza – stwierdziła. – Ale nigdy nie rozpatrywał takiej wersji wydarzeń.
– Wcale się nie dziwię. To dość osobliwa historia. No, więc dziadek postanowił, że się zabije podczas marszu śmierci – mówił dalej Karl. – Czekał na odpowiedni moment. Nagle kilkunastu więźniów zaczęło uciekać. Ruszył za nimi, ale wcale nie miał zamiaru ich ścigać. Chciał tam w lesie zakończyć swoje życie. I wtedy zobaczył Szmuela. Patrzył, z jak wielką determinacją twój dziadek walczy o życie. Pada i powstaje, zmusza się do wysiłku przekraczającego ludzkie możliwości. W znękanej duszy mojego dziadka coś wówczas drgnęło. Jakby ujrzał błysk nadziei.
– Coś takiego…
– A co Szmuel zrobił z pistoletem, jeśli mogę zapytać?
– Sprzedał, żeby móc się utrzymać.
– Tak właśnie sądziłem. Dobrze, że to kolekcjonerskie cacko na coś sensownego się przydało. Hans mi powiedział, że kiedy się zorientował, że oddał twojemu dziadkowi płaszcz razem z bronią, wybuchnął śmiechem. Najpierw się śmiał, potem zaczął szlochać, a kiedy się uspokoił, to już wiedział, co ma zrobić.
– I co zrobił?
– Zdezerterował. Znalazł martwego żołnierza niemieckiego i wziął jego płaszcz. Udało mu się dotrzeć do ciotki. Mieszkała w Opolu i była jedyną osobą, która mogła mu pomóc. Załatwiła mu fałszywe dokumenty. Nie musiał pozbywać się tatuażu pod pachą z literą określającą grupę krwi, bo został późno wcielony do SS. Panował chaos, brakowało igieł, tuszu i barwników, więc już nie został wytatuowany. To znacznie ułatwiało ucieczkę. Wyjechał na dziesięć lat do Argentyny. Potem wrócił do Niemiec i założył rodzinę. Nigdy nikomu nie powiedział o swojej przeszłości, a ciotka zabrała jego tajemnicę do grobu.
– Zawiłe ludzkie dzieje – podsumowała Lemańska. – Jeszcze wczoraj czułam do ciebie niechęć i irracjonalnie się ciebie bałam, a dziś, wiem, że to może zabrzmi dziwacznie, ale czuję, jakbyś był moim przyszywanym bratem?
Karl wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu.
– Ja czuję tak samo.
– O której masz lot powrotny?
– Późno wieczorem.
– To może miałbyś jeszcze chwilę na wspólną kawę? A może i śniadanie? Nie wiem, jak ty, ale ja dziś rano niczego nie mogłam przełknąć. Tuż obok molo jest restauracja Smith&Wollensky. Wprawdzie to dość prestiżowy lokal, ale nasze ciuchy są w porządku – oceniła Rebeka, lustrując swoje i Karla ubrania. – Widzę, że lubisz patrzeć na ocean, a stamtąd będzie super widok na kanał Government Cut. Chciałabym zapytać cię o tyle rzeczy. Twój angielski naprawdę mi imponuje. Co robisz w życiu? Studiujesz czy pracujesz? Czy masz własną rodzinę? Wiem już sporo o twoim dziadku, ale właściwie nic poza tym. I co ty na to?
– Jestem zachwycony, bo ja też chcę poznać lepiej ciebie.
– To świetnie. Słuchaj, chcę ci coś dać. Najpierw planowałam ci o tym opowiedzieć, ale potem pomyślałam, że skoro ty napisałeś do mnie list, to ja też chcę, żebyś miał coś napisanego przeze mnie odręcznie. Mam nadzieję, że uda ci się rozszyfrować moje pismo. – Rebeka się roześmiała. – Nie jest tak schludne jak twoje. – Wyjęła z torebki list w kopercie i podała Karlowi. – Ale musisz mi coś obiecać.
– Jasne. A co?
– Zgadzasz się, zanim usłyszysz prośbę?
– Coś mi mówi, że prośba będzie wykonalna.
– Ach tak. No, zobaczymy. Przeczytaj list dopiero wtedy, kiedy samolot wystartuje i zacznie unosić się nad Miami.
– Czyli jednak niewykonalna – zażartował Karl. – To znaczy, że oczekujesz ode mnie, że poświęcę jeden z najbardziej spektakularnych widoków na drapacze chmur w Miami o zachodzie słońca?
Lemańska głośno się roześmiała.
– Jeśli będziesz miał szczęście, może nawet zobaczysz mokradła w Everglades. No, dobrze. Otwórz kopertę, jak już nasycisz oczy wieżowcami.
Oboje spojrzeli na ocean.
– Patrz! Całe stado delfinów butlonosych! – podekscytował się Karl i pokazał ręką w kierunku delfinów. – Zobacz, jak skaczą!
Obserwowali przez chwilę zwierzęta wyskakujące ponad powierzchnię wody.
– Wiesz, że to jeden z niewielu gatunków zwierząt, które potrafią rozpoznać siebie w lustrze? – powiedziała nagle Rebeka.
Rebeka i Karl spędzili kilka godzin w restauracji Smith&Wollensky. Kiedy się rozstawali, czuli się sobie jeszcze bliżsi.
Karl zwrócił auto do wypożyczalni, przeszedł przez odprawę na lotnisku i usiadł przy bramce, z której miał odlecieć jego samolot. Kusiło go, żeby już teraz przeczytać list, ale postanowił dotrzymać słowa Rebece. Godzinę później patrzył z lotu ptaka na skąpane w barwach zachodzącego słońca miasto. Napawał się tym wspaniałym widokiem, chociaż wciąż myślał o liście w kieszeni oparcia poprzedzającego fotela. Kiedy po opuszczeniu Florydy samolot skierował się na północny wschód, lecąc wzdłuż wschodniego wybrzeża, mężczyzna wyciągnął list z kieszeni fotela. Otworzył kopertę i wyjął z niej pojedynczą kartkę. U góry strony Rebeka napisała: „Ten sen przyśnił mi się poprzedniej nocy. Wydaje mi się, że jest o twoim dziadku”. Kiedy Karl skończył czytać, odwrócił głowę w stronę okna. Patrzył na chmury skąpane w odcieniach czerwieni i różu. Jego oczy coraz bardziej wilgotniały, a obraz stawał się zamglony i rozmazany. Mężczyzna czuł, że jego wstyd się rozpuszcza, a ciężar rodzinnej winy odkleja się od niego. Do jego duszy szeptał spokój niczym delikatny szelest liści na chodniku, muskanych przez powiew wiatru.
M.M. Macko