
.
Rademenes – Recenzja opowiadania Agnieszki Czachor „Mikser czyli tłusta czekolada”
.
Wkroczyć w świat wykreowany przez Agnieszkę Czachor to jak wejść do kawiarni „Mikser” bez płaszcza w mroźny majowy poranek: człowiek spodziewa się wiosennego oddechu nowej szansy, a dostaje w twarz lodowatym podmuchem metafizycznej drwiny. Autorka z niemal sadystyczną finezją kreśli portret Franki Zapłotnej, kobiety, która postanowiła „wziąć życie za rogi”, nie zauważywszy, że życie to w istocie rozjuszony byk literackiej konwencji, który nie zamierza się dać poskromić żadnemu „dziennikowi płacznikowi”. To opowieść o wielkim, hucznym otwarciu nowego rozdziału, który okazuje się być jedynie błędem drukarskim w większym, niezrozumiałym dziele. Franka, marząca o karafkach i nastrojowych akwarelach, ląduje w sterylnej bieli pustych ścian, gdzie zamiast aromatu świeżo mielonych ziaren unosi się cierpki zapach farby drukarskiej i determinizmu. Czachor buduje tu genialną metaforę ludzkiego losu – wszyscy jesteśmy takimi Frankami, które w tenisówkach przeskakują kałuże codzienności, wierząc w „prawidłowe decyzje”, podczas gdy za kulisami naszej egzystencji Trickster właśnie miesza nam w kartonach.
Gdy na scenę wkracza Ferdynand Wspaniały, opowiadanie gwałtownie skręca w stronę bezlitosnej metafikcji. Ferdynand nie jest tylko gościem; on jest świadomością tekstu, zmęczonym aktorem, który doskonale wie, że jego melonik ma większą szansę na przetrwanie niż dusza jakiejkolwiek drugoplanowej postaci. Relacja między tą dwójką – naiwną, miotaną emocjami dziewczyną a cynicznym, papierowym dżentelmenem – to majstersztyk dialogu, w którym dowcip służy jako tarcza przeciwko rozpaczy. „On pisze, my wykonujemy” – mówi Ferdynand, a w tym krótkim zdaniu zawiera się cały tragizm bycia bohaterem literackim i, per analogiam, człowiekiem w ogóle. Autorka bawi się z nami w kotka i myszkę, sugerując, że nad naszymi głowami unosi się jakiś Autor-Szarlatan, który zamiast kawiarnianego menu podsuwa nam „Sklepy cynamonowe” Schulza, czyniąc z literatury jedyny dostępny pokarm, choć – jak wiadomo – papierem trudno się nasycić.
Głębia obserwacji Czachor objawia się najwyraźniej w scenie za ścianą, gdzie maszyny do pisania wybijają rytm przeznaczenia bez udziału ludzkich rąk. To tam, w mroku zaplecza, rozstrzyga się kwestia ratunku i zagłady, a Franka dowiaduje się prawdy najstraszniejszej: że bycie istotnym to jedynie chwilowa jawa, kaprys niewidzialnego nerwu łączącego maszyny. Autorka z wielką wprawą operuje groteską, wprowadzając postać Jacka – skrzyżowanie Indiany Jonesa z desperatem, który chce zabić Autora za zepsucie mu życiorysu. To bunt, który wszyscy w sobie nosimy, gdy los nie chce dopisać nam szczęśliwego zakończenia. Jacek z karabinem pod płaszczem jest tak samo bezradny jak Franka ze swoim swędzącym mózgiem, którego nie da się podrapać. A finałowy akcent w postaci humanoida Tiktoka, kelnera o uroczo ułomnej polszczyźnie, to już czysty, ożywczy absurd, który przypomina nam, że nawet w obliczu końca świata – czy to tego wielkiego, czy tego małego, lokalnego – zawsze znajdzie się ktoś, kto zaproponuje nam wodę i powie, że „bedzie dobrze”, choć przecież wiemy, że nie będzie.
„Mikser czyli tłusta czekolada” to proza gęsta, mieniąca się odniesieniami, napisana językiem, który jest jednocześnie piękny i ostry jak odłamki szyb kawiarnianej witryny. Agnieszka Czachor stworzyła traktat o bezsilności, podany w formie literackiego żartu, w którym śmiech więźnie w gardle niczym zbyt sucha krówka. To historia o tym, że nasze życie jest kawiarnią, w której wiecznie brakuje kawy, ale nadmiar książek pozwala nam przynajmniej zrozumieć, dlaczego jesteśmy tak bardzo nieszczęśliwi. Autorka nie daje nam pocieszenia, daje nam coś znacznie cenniejszego: doskonałą, ironiczną diagnozę naszego uwięzienia w tekście rzeczywistości. Franka, rycząca niczym dziecko w przedszkolu nad bajzlem swojego nowego życia, to my wszyscy – w samej sukience, w majowy śnieg, czekający na gości, którzy być może nigdy nie nadejdą, bo Autor właśnie wyszedł na papierosa pod trzepak i zapomniał nas dopisać do końca. To opowiadanie to literacka uczta, po której pozostaje się z pustym żołądkiem, ale za to z duszą pełną cynamonowego pyłu i zachwytu nad tym, jak pięknie można opisać własną nieistotność.
Rademenes