.

Telegram z Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej

.

Relacja z brytyjskiej rzeczywistości – czyli co naprawdę się tu dzieje

Siedzę w moim mieszkaniu w Kettering z kubkiem herbaty (w dodatku z mlekiem, tak, to się udziela) i zastanawiam się, jak wytłumaczyć wam, co się tutaj ostatnio wyprawia. Bo wiecie, media w Polsce pewnie coś tam pokazują, ale jak to bywa – obraz z daleka wygląda inaczej niż widok z okna.

Napięcie wisi w powietrzu

Nie będę udawać, że jest spokojnie. Ostatnie miesiące to taki dziwny cocktail frustracji, który zbiera się od dawna. Anglicy – ci słynni z „keep calm and carry on” – zaczynają głośno mówić o rzeczach, o których jeszcze niedawno szeptali tylko przy piwie w pubie.

Chodzi głównie o imigrację, o to jak szybko zmieniają się ich dzielnice, o koszty życia, które poszybowały w kosmos, i o poczucie, że ich głos się nie liczy. Partia Pracy wygrała wybory obiecując zmiany, ale ludzie mają wrażenie, że dostali więcej tego samego – tylko z czerwoną kokardką zamiast niebieskiej.

Co konkretnie się dzieje?

Nie nazwałabym tego buntem w stylu francuskich Żółtych Kamizelek, ale coś się definitywnie gotuje. Protesty, głównie organizowane przez Reform UK i różne grupy antyimigracyjne, zbierają coraz więcej ludzi. Z drugiej strony masz kontrprotesty, które krzyczą o rasizmie i nietolerancji. W środku stoi przeciętny Anglik, który po prostu chciałby móc zapłacić rachunki i czuć się bezpiecznie w swojej dzielnicy.

Rząd? Reaguje tak, jak często reagują tu politycy – dużo słów o „wartościach”, „różnorodności” i „spójności społecznej”, ale zwykli ludzie czują przepaść między tym, co słyszą z Westminsteru, a tym, co widzą na własnej ulicy.

A moja perspektywa jako Polki?

To jest ciekawe, bo my – Polacy w UK – jesteśmy w dziwnej sytuacji. Pamiętam Brexit i to, jak nagle staliśmy się „problemem”, chociaż ciężko pracowaliśmy i płaciliśmy podatki. Teraz dyskusja przesunęła się dalej, ale klimat nie jest komfortowy dla nikogo z akcentem.

Z jednej strony rozumiem frustrację Brytyjczyków. Obserwowałam, jak NHS (odpowiednik naszego NFZ) się sypie, jak kolejki do lekarzy są absurdalne, jak szkoły są przepełnione. Ludzie szukają winnych i najłatwiej jest pokazać palcem na „tych, co przyjechali”. Z drugiej strony wiem, że to nie imigranci zdemontowali tutejszą ochronę zdrowia – to lata niedoinwestowania i kiepskich decyzji politycznych.

Czy Anglicy mają siłę się wyzwolić?

To jest pytanie za milion funtów (które teraz są warte znacznie mniej niż kiedyś, ale to historia na inną okazję). Szczerze? Jestem sceptyczna. Anglicy to nie Francuzi – tutaj kultura polityczna jest inna. Ludzie narzekają, protestują, ale na koniec dnia wracają do domu i włączają czajnik. Ten słynny brytyjski stoicyzm to ich siła i słabość jednocześnie.

System jest ustawiony tak, że dwie główne partie wymiennie się rządzą, a dla „trzecich sił” jest ciężko. Reform UK nabiera wiatru w żagle, ale czy to wystarczy, żeby rzeczywiście coś zmienić? Póki co to głównie głośny sprzeciw bez konkretnej alternatywy.

Co dalej?

Jestem tu już ponad dwie dekady i nauczyłam się jednego – Brytyjczycy są bardziej wytrzymali niż się wydaje. Przetrwali pandemię, Brexit, kryzysy ekonomiczne. Może nie wyjdą na ulice z widłami, ale powoli, systematycznie będą wywierać presję. Wybory lokalne, kolejne wybory parlamentarne, media społecznościowe – to tam toczy się prawdziwa walka.

Czy to polityczna matnia? Zdecydowanie. Czy się z niej wyzwolą? Może nie w sposób, jakiego byśmy oczekiwali, patrząc z polskiej perspektywy. Nie będzie rewolucji, ale może być powolna ewolucja. Albo – i to też realne – dalsze zamiatanie problemów pod dywan, aż w końcu…

No ale to już pokażą kolejne miesiące. Na razie robię sobie kolejną herbatę i obserwuję. Bo jedno jest pewne – nudno tu nie jest.

To moja subiektywna opinia jako osoby mieszkającej w UK, nie obiektywna analiza polityczna. Sytuacja jest złożona i różne osoby mają różne doświadczenia.

Dominika Caddick

6
0

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *