.

.
JĄTREWKA
.
– Czy Lila przyjedzie tym razem na Wszystkich Świętych? – zapytała Celinę Domańską sąsiadka z naprzeciwka, Marcewiczowa, ledwo skrywając uśmieszek.
Może się tylko Celinie tak zdawało, bo wszyscy mieli jej za złe, że niechętnie przyjmuje bratową. Tym więc usilniej przekonywała na lewo i prawo, iż Lila tam w Warszawie jest bardzo zajęta, zaabsorbowana pracą w szpitalu i licznym towarzystwem, jakie tam ma. Teraz też skwapliwie zatrajkotała, jak to ona:
– Może odwiedzi grób rodziców, o ile jej narzeczony, ten profesor, pozwoli, bo mają dla siebie tak mało czasu. Obojga ich nie miałabym gdzie ulokować… i to jeszcze przed ślubem…
I rozgadała się jak katarynka, wjeżdżając w znane wszystkim wymówki, że Lila niepotrzebnie sprzedała tutaj swoje mieszkanko po mamie. Miałaby teraz jak znalazł… A Marcewiczowa, ledwo dźwigając z targu torbę pełną warzyw i owoców, oparła się o poręcz schodów i dodała kąśliwie:
– Ale pani, dostało się od tej mamy trzy pokoje, a jej tylko jeden i musiała wykupić to od ciotki w Warszawie. Sama to mówiła…
Nieraz tym sąsiadki z bloku kłuły Celinę w oczy. Nie ich sprawa – rozsierdziła się nie po raz pierwszy:
– A po co mi ona?!
Na szczęście z dołu dobiegł tupot szybkich kroków i zaogniona pogaduszka się urwała.
– No cóż – dodała sąsiadka pojednawczo – Lila też jest ciotką dla pani dzieci i ma mieszkanko w Warszawie.
Celina znieruchomiała i nagle oko jej rozbłysło. Ale męskie kroki na schodach były coraz bliżej, więc schowały się do swych mieszkań.
I Lila zjechała już 30 października, zwabiona listem bratowej, w którym krył się tajemniczy dopisek: „Mamy tu dla Ciebie pewną propozycję”.
– Wygląda, że przyjechała sama – powiedziała do męża Jadzia Marcewiczowa, zerkając przez firankę na wysiadającą z taksówki Lilę z jedną tylko torbą.
– A z kim miała przyjechać? – rzucił Marcewicz znad gazety.
– Ja tam i tak w tego profesora wierzę. Ona, jakby nie było, tylko pielęgniarka… On zapewne ma żonę…
– Co cię z tym profesorem naszło?
– To jakaś moda na tych profesorów. Już ze trzy razy słyszałam to z ust wiekowych panien lub ich… bliskich. To niezła wymówka. Nie żeni się, bo zapracowany. Ale to ktoś! Tutaj to coś znamienitszego niż najwyżej dotąd ceniony lekarz czy inżynier. I coś tajemniczego, bo taki pewnie wykłada na wyższej uczelni, a tu na prowincji takiej nie ma. To wyjaśnia, że nie smali cholewek do panny, bo on jest ponad to.
– Sądzisz, że aż tak się zmieniła? Zawsze to biedactwo biegło ze spuszczonym wzrokiem przy samym murze bloku. Jakby bała się przewrócić.
– A raz, gdy weszłam po coś do nich na chwilkę, jej ojciec wpadł zdenerwowany do kuchni, że już dwadzieścia po siódmej, a Lila jeszcze nie wróciła! A dobiegała już trzydziestki. Jej koleżanki powychodziły dawno za mąż i miały duże dzieci…
Tu Jadzia zamilkła. Rzeczywiście Lila nie miała wzięcia u chłopaków. Była dobrą dziewczyną. Zawsze uśmiechnięta, uczynna. Z wyglądu – niczego sobie. Tylko, taka jakby niedokończona. Ubrana zawsze w sukienki z porządnych materiałów, porządnie wyprasowanych. Czegoś jej jednak brakowało.
Jadzia westchnęła i usiadła, poczytać trochę przed kolacją. Ale sięgając po swą lekturę, zamyśliła się z wyciągniętą do książki ręką. Nie zachwycał jej ten romans, jaki wcisnęła jej bibliotekarka. Nagle przyszło jej do głowy, że Lila jest właśnie jak ta napisana bez inwencji powieść, z gatunku tych, gdzie wszystko jest przewidywalne i zaraz po przewróceniu ostatniej strony się o tym zapomina. Tak, Lili brakowało przyciągających szczegółów i barw.
Najlepiej ujęła to jej koleżanka z pracy, położna Magda, gdy czekając raz na Lilę, przysiadła się do pań przesiadujących wiecznie na ławce pod blokiem. One obsypały komplementami jej sukienkę w wielkie kwiaty i zaczęły współczuć nieobecnej tu Lili, że nie ma wzięcia u panów, a lata lecą. Wtedy Magda, jak to ona, wypaliła: – Jak ma przyciągnąć oko mężczyzny, gdy każdą kieckę ma zapiętą pod brodę? Mama na większy dekolt nie pozwala. Tato zaś pilnuje, by wracała do domu zanim się ściemni… A to już nie nastolatka!
Niedługo potem ta sama mama zabroniła tej Magdzie zapraszać, choć ta zdążyła podbić serca sąsiadek i – o zgrozo – sąsiadów. Była niebezpieczna. Zbyt często się śmiała, mówiła za głośno i często nie to, co trzeba. Zresztą Lila przy niej nikła. Tak tłumaczyła sąsiadkom, gdy pytały o Magdę. A te, domyślając się, po co na każde imieniny Lila zaprasza jakiegoś lekarza, mitygowały ją:
– Przecież mogła pomóc Lili zdobyć serce jakiegoś lekarza.
– Prędzej dla siebie.
Umilkły zaskoczone, choć w tej chwili otworzyły się im oczy, ale ta szybko spróbowała zatrzeć niemiłe wrażenie:
– Na szczęście w naszym domu panują stare zasady.
A Magda naprawdę wyszła, gdzieś za rok czy dwa, za lekarza. Tylko Lila – nie.
– Wygląda, że przyjechała sama – powiedziała do męża Jadzia Marcewiczowa, zerkając przez firankę na wysiadającą z taksówki Lilę z jedną tylko torbą.
– A z kim miała przyjechać? – rzucił Marcewicz znad gazety.
– Ja tam i tak w tego profesora wierzę. Ona, jakby nie było, tylko pielęgniarka… On zapewne ma żonę…
– Co cię z tym profesorem naszło?
– To jakaś moda na tych profesorów. Już ze trzy razy słyszałam to z ust wiekowych panien lub ich… bliskich. To niezła wymówka. Nie żeni się, bo zapracowany. Ale to ktoś! Tutaj to coś znamienitszego niż najwyżej dotąd ceniony lekarz czy inżynier. I coś tajemniczego, bo taki pewnie wykłada na wyższej uczelni, a tu na prowincji takiej nie ma. To wyjaśnia, że nie smali cholewek do panny, bo on jest ponad to.
– Sądzisz, że aż tak się zmieniła? Zawsze to biedactwo biegło ze spuszczonym wzrokiem przy samym murze bloku. Jakby bała się przewrócić.
– A raz, gdy weszłam po coś do nich na chwilkę, jej ojciec wpadł zdenerwowany do kuchni, że już dwadzieścia po siódmej, a Lila jeszcze nie wróciła! A dobiegała już trzydziestki. Jej koleżanki powychodziły dawno za mąż i miały duże dzieci…
Tu Jadzia zamilkła. Rzeczywiście Lila nie miała wzięcia u chłopaków. Była dobrą dziewczyną. Zawsze uśmiechnięta, uczynna. Z wyglądu – niczego sobie. Tylko, taka jakby niedokończona. Ubrana zawsze w sukienki z porządnych materiałów, porządnie wyprasowanych. Czegoś jej jednak brakowało.
Jadzia westchnęła i usiadła, poczytać trochę przed kolacją. Ale sięgając po swą lekturę, zamyśliła się z wyciągniętą do książki ręką. Nie zachwycał jej ten romans, jaki wcisnęła jej bibliotekarka. Nagle przyszło jej do głowy, że Lila jest właśnie jak ta napisana bez inwencji powieść, z gatunku tych, gdzie wszystko jest przewidywalne i zaraz po przewróceniu ostatniej strony się o tym zapomina. Tak, Lili brakowało przyciągających szczegółów i barw.
Najlepiej ujęła to jej koleżanka z pracy, położna Magda, gdy czekając raz na Lilę, przysiadła się do pań przesiadujących wiecznie na ławce pod blokiem. One obsypały komplementami jej sukienkę w wielkie kwiaty i zaczęły współczuć nieobecnej tu Lili, że nie ma wzięcia u panów, a lata lecą. Wtedy Magda, jak to ona, wypaliła: – Jak ma przyciągnąć oko mężczyzny, gdy każdą kieckę ma zapiętą pod brodę? Mama na większy dekolt nie pozwala. Tato zaś pilnuje, by wracała do domu zanim się ściemni… A to już nie nastolatka!
Niedługo potem ta sama mama zabroniła tej Magdzie zapraszać, choć ta zdążyła podbić serca sąsiadek i – o zgrozo – sąsiadów. Była niebezpieczna. Zbyt często się śmiała, mówiła za głośno i często nie to, co trzeba. Zresztą Lila przy niej nikła. Tak tłumaczyła sąsiadkom, gdy pytały o Magdę. A te, domyślając się, po co na każde imieniny Lila zaprasza jakiegoś lekarza, mitygowały ją:
– Przecież mogła pomóc Lili zdobyć serce jakiegoś lekarza.
– Prędzej dla siebie.
Umilkły zaskoczone, choć w tej chwili otworzyły się im oczy, ale ta szybko spróbowała zatrzeć niemiłe wrażenie:
– Na szczęście w naszym domu panują stare zasady.
A Magda naprawdę wyszła, gdzieś za rok czy dwa, za lekarza. Tylko Lila – nie.
Po kilku latach nieobecności Lila mało się zmieniła. Nadal była chuda, miła i trudna do zapamiętania. Tylko twarz miała jakby lepiej narysowaną. Chyba zaczęła się malować? A wśród wyrazistszych rysów błąkał się nieposkromiony uśmieszek. Nikt się nie domyślał, że to lekkie podniecenie oczekiwaniem na zapowiedzianą propozycję bratowej. Co to będzie?
Kiedy weszła do łazienki umyć ręce po podróży, od razu pobiegła wzrokiem do szafki po lewej stronie, by sprawdzić, czy to coś jeszcze tam jest. Oparta o zimną umywalkę przypomniała sobie, jak brat zabrał ją przed laty do domu Celiny, wtedy jego narzeczonej.
Pojechali autobusem. Podróż trwała z półtorej godziny, ale niemal nie widziała mijanych krajobrazów ani ludzi, którzy wsiadali i wysiadali. Była bardzo przejęta czekającą wizytą, a w dodatku ogromnie nieśmiała. Na samą myśl, jak to będzie, spływało jej na twarz gorąco rumieńców.
Ledwo ośmieliła się podnieść oczy na witającą ich Celinkę i jej rodziców, plącząc ręce z rękami wyciąganymi do niej, nawet je niezręcznie w tym gąszczu obcych ludzi krzyżując. Byle mieć to już za sobą, odważyła się zaraz pobiec do łazienki – niby umyć ręce, ale bardziej, by schować się choć na chwilę i uspokoić. Długo stała tam przed lustrem, oparta o brzeg umywalki, ciężko oddychając. Nie widziała nawet siebie w lustrze.
Kiedy wreszcie udało się jej jakoś przyjść do siebie, zauważyła w przeszklonej szafce po lewej pełno kolorowych puzderek w kropki i kwiatki, flakoników, a za nimi błyszczało coś jakby obcęgi, ale z szerokim, tępym zakończeniem, niczym paszcza drapieżnej ryby. Ach, to przecież zalotka do rzęs! Znała to z broszurki pożyczonej od koleżanki z ławki szkolnej. Ani mama, ani ona, czegoś takiego nie miały. Tylko, jak to się używa? Nie zdążyła doczytać, bo wszystkie w klasie wyrywały ją sobie z rąk. Nie niszczy rzęs? Musi spytać Celinę. I o te wszystkie pudełeczka, buteleczki… Och, ile się od niej nauczy! To nic, że przyszła bratowa od niej młodsza.
Wtedy nie zapytała. Plątałby się jej język. Wolała spokojnie milczeć. Później też nie było sposobu pytać.
Po ślubie Celina zamieszkała u nich. Dużo się odtąd zmieniło. W Sylwestra mama pozwoliła tańczyć przy adapterze, jaki Celina kupiła kilka lat wcześniej za pierwszą wypłatę. Na drugi dzień po obiedzie, gdy Lila jeszcze zmywała naczynia, Celina rozłożyła koce w stołowym pokoju obok pieca kaflowego, a naprzeciw choinki i tacy z ciastkami, orzechami, winem. Wprost na dywanie leżała sterta świątecznych czasopism. Rozsiedli się wśród tego ostrożnie: rodzice, ona i Jasiek z Celiną. Zaczęli zbiorowo rozwiązywać krzyżówkę z „Przekroju”. „Damski antyopad” na 9 liter – głowili się wszyscy. Wtedy Lila zabłysła: – Podwiązka!
No tak. Podtrzymuje pończochę, żeby nie opadła. Celina wpisała to, ale coś nie pasowało. Pili więc wino i częstowali się, wyobrażając sobie, że grzeją się tak przy kominku. Drzwiczki pieca tato zamknął, gdy ogień przygasł na tyle, że czad już nie zagrażał, a kafle powoli promieniowały ciepłem. Pilnował tego odkąd mama, zawsze energiczna, chcąc go wyręczyć, zamknęła ogień niedogaszony i omal nie byłoby nieszczęścia. Nie omieszkali o tym wspomnieć, gwoli nauki dla Celiny, kiedy zamykać piec. Dopiero na Trzech Króli, przy kolejnym takim posiadzie rodzinnym wokół pieca, zorientowali się, że w krzyżówce chodziło nie o podwiązkę, a parasolkę. Chroni przed opadem – deszczu, nawet śniegu. Acha…
Pomimo że nie trafiła z hasłem krzyżówki wtedy, tam przy piecu, Celina czuła się szczęśliwa. Nikt wcześniej nie wpadł na taki pomysł ucztowania przy piecu. Pomysłowa ta Celina. Wprowadzała nowe tradycje, na które nikt dotąd nie wpadł. A mama na wszystko przystawała. Ile się od niej nauczy. Niby młodsza, a taka obrotna.
Te świąteczne posiady, jakie Celina wymyśliła, pozostały we wspomnieniach Lili czymś najbardziej uroczym. Śpiewali kolędy, jedli, rozwiązywali gry umysłowe, pili wino. Nogi trochę bolały i plecy, więc zmieniali pozycję, ale nie uciekali. Tylko ten, co przynosił z kuchni kolejny półmisek. Najczęściej Lila, bo Celina zaczynała się zaokrąglać.
Wszystko się popsuło, gdy zmarł ojciec. Mama, dotąd zażywna i krzykliwa, ale pogodna, weszła w czarne stroje, schudła, zmalała, ucichła. Jaśkowi zaczęły przychodzić na świat dzieci i oni, gnieżdżąc się w małym pokoiku, tęsknym okiem zaczęli spoglądać na pozostałe dwa pokoje. Wtedy mama odżyła, kupiła niedaleko pokój z kuchnią, a ją, Lilę, wyekspediowała do ciotki w Warszawie. Jako pielęgniarka mogła wiekowej ciotce być pomocna. Tak wynikało z korespondencji, jaką w tajemnicy mama z ciotką prowadziły, co poznała później.
Kiedy odwiedzała mamę, powracała zgaszona. Teraz tam rządziła Celina, ale mama przychodziła każdego dnia skoro świt bawić jej dzieci. Tylko, co to były za zabawy, gdy dzieci były niesforne, a gdy na moment czymś się zajęła, pospiesznie gotowała, prała pieluchy. Sama schudła, ucichła i jakby jej nie było. Nie wydawała już jak dawniej poleceń, tylko prosiła pokornie. Jakby z trudem się na to wobec synowej mogła zdobyć. Jedynie do niej, Lili, co rusz wołała:
– No rusz się! Pomóż Celusi w kuchni!
Cela skwapliwie podawała jej nóż do obierania ziemniaków i wychodziła zapalić papierosa.
Potem Lila musiała wszystko zmywać. Poprawić jeszcze źle umyte szklanki. I już sama zrobić kanapki na kolację, bo przecież się tak bardzo nie zmęczyła.
Na Boże Narodzenie jechała już mniej chętnie. Nawet nie myślała, że jedzie do domu. Ten dom był już nie jej. To był zaledwie kąt z łóżkiem w jednopokojowym mieszkaniu mamy. I tak stamtąd szybko rano wychodziły, bo Celinka czekała. Tylko mama udawała, że nie robi to dla niej różnicy. I tak ładnie mówiła do synowej: „Celusiu”. Minęły lata, odkąd do niej samej z taką lubością mawiała: „Lilusia, moja Lileczka”. Już nie była jej ulubienicą. Może już odkąd brat się urodził. Tak, na pewno Celina bardziej spełniała aspiracje mamy, choć tylko synowa. Błyszczała w otoczeniu. I wszystko robiła idealnie. Chyba też trochę podburzała mamę przeciw niej? Tak, Lila z wiekiem zasługiwała na coraz częstszą krytykę. Ledwo obie nadążyły z wymówkami, gdy zjeżdżała na kilka dni. Za mało zarabia, źle się ubiera, nie zaprasza ich w gości do Warszawy, bo niby ciocia już niemrawa, zapomina, gubi i potrzebuje spokoju. Poszłyby tam do teatru, na zwiedzanie… i po sklepach! Szczególnie dopominała się takich rozrywek Celina i nie skrywała złości, że nie może się doczekać. A Lila milczała, myśląc: „Cóż, nie na darmo dawniej na bratową mawiano: jątrew”.
Póki mama żyła, jeździła do niej, ale było jej głupio, że sprawia wszystkim kłopot, że nie mają gdzie jej wstawić polowego łóżka, że jej dmuchany materac, jaki sobie przywiozła, zawadza na podłodze. Jak mama już się wyprowadziła do jednopokojowego mieszkanka, Lila wpadała więc tam na dzień, dwa, porozmawiać z mamą. Szybko zapadały w milczenie. Nie wiedziały, o czym mówić, bo mamy nic już nie ciekawiło. Nawet zdjęcia ją nużyły. – Opowiesz mi to później – mówiła coraz częściej, aby już nie musieć słuchać, co opowiada. I tylu rzeczy jej nie opowiedziała.
Ale mama zmarła, nie dożywszy siedemdziesiątki, kiedy trójka Jaśkowych urwisów już żwawo ganiała po pokojach i mama nie musiała wozić ich w wózku, prać pieluch czy rozcierać mleko w proszku i karmić nim kolejne niemowlę butelką ze smoczkiem.
Najgorsze przyszło, gdy należało uregulować sprawy spadku i podatku. Oni wynajęli przeciw Lili kancelarię adwokacką. Chcieli mieszkania po mamie. Na pewno Cela mu tak kazała. Czy to wtedy przyszło jej do głowy, że żonę brata nazywano kiedyś: jątrew? Albo: jątrewka? Czy to od słowa „jątrzyć”, czy na odwrót?
Ale minęło już parę lat i teraz ją zaprosili.
– To gdzie by cię teraz umieścić? – usłyszała Celinę po wyjściu z łazienki i dopiero teraz uderzyło ją, że tu nie ma już jej pokoju, jej łóżka, żadnych rzeczy, ubrań, książek, bo wszystko jest już młodych. A przecież to tu było. Tak to zawsze wspominała, tęskniąc do tych kątów, do otoczenia. Pod blokiem każda rodzina miała mały ogródek, gdzie sadzono kwiatki i pietruszkę, szczypiorek oraz parę krzaków pomidorów, by cieszyć się, gdy przywiązane troczkiem do palika zakwitają, a z tych nikłych kwiatuszków zawiązują się w gronach kule, tak zielone, że na sam widok robi się w buzi kwaśno. A one rosną i powoli czerwienieją. Każdy też miał tam swoje drzewo. Tato lubił wieczorami usiąść na ławce pod czereśnią i sobie pogwizdywać. Ach, jak on pięknie gwizdał! Musiał też płoszyć szpaki, objadające owoce… A niektóre sąsiadki z przyblokowej ławki jeszcze żyją. Taka choćby Marcewiczowa. Ale była młodsza od mamy.
Dziś Lila będzie spać upchnięta w kąciku na wąskiej i twardej rozkładanej amerykance. Nie spadnie aby?
A w łazience wisiała nowa półka z podziwianymi niedawno kosmetykami Celiny i ową niklowaną zalotką do rzęs. Ale nie sposób było o cokolwiek pytać. Czekało przecież to coś tajemniczego. Ich propozycja.
Może to będzie starszawy kawaler? Albo wdowiec z dziećmi? Rozwiedziony, młodszy – raczej niepożądani, ale niech tam. Trudno. Ma już czterdzieści lat. Wszyscy myślą, że dawno wywietrzała jej z głowy myśl o spędzeniu reszty życia z kimś bliskim. Tym wymarzonym mężczyzną. Nie miała wielkich wymagań, ale gdy ją swatano, ten wydawał się ślamazarą, tamten niedołęgą. Każdy kandydat wydawał się jej żałosny. Nie wystarczały tłumaczenia, że każdy chłopak też w takiej sytuacji speszony, a jest zupełnie inny, pewny siebie i energiczny. Raził ją każdy drobiazg: że stoi jak łamaga, że siedzi rozwalony, nie je mięsa… Może ma chory żołądek i szuka pielęgniarki, jak ona?
Wolałaby już cwaniaka, co nawet nie można na niego liczyć, ale taki zabawi towarzystwo, kawał opowie i wie, jak gdzie się zachować. Ona sama taka nieporadna, nieśmiała i – jak Celina mawia – gapa. Tak, kuty na cztery nogi cwaniak chyba by jej się podobał. Ale jeden wyglądający na takiego, bo prowadził liczne interesy, był taki ponury, skurczony w sobie, że wyglądał jak zaciśnięta w gniewie pięść.
„Nie!” – krzyczała nieraz, gdy bratowa usiłowała ją przymusić do jakiejś zmiany w życiu, w wyglądzie. Wtedy Celina trajkotała, nie zważając, czy to nie boli: – Ty jesteś we wszystkim na „nie”. Taka nieśmiała, niepozorna, niewidoczna, niedzisiejsza. Bo nie chcesz nic zmienić.
A gdy kolejny odrzucony bez słowa delikwent zamykał za sobą drzwi, pytała samą siebie: „Dlaczego akurat mnie nikt nie lubi?” Jak w piosence, którą dawno temu nuciła mama, gotując obiad: „Nikt mnie nie kocha. Nikt mnie nie lubi. Nikomu nie jestem miła.”
Potem jej zapomniała. Może bała się, że te słowa Lila weźmie do siebie? Raz, gdy po kolejnych nieudanych imieninach, gdy pan doktor – kolejny – znowu wyszedł, nic nie proponując, a nazajutrz Lila w zamyśleniu wyskrobywała z talerzyka resztki tortu, chyba nawet nie wiedząc, co robi, bo skrzypiała łyżeczką przeraźliwie, obserwującej ją mamie wyrwały się mimo woli pierwsze słowa owej piosenki, jakby obrazowały jej myśli, ale szybko stłumiła dalsze dłonią na ustach. Nigdy więcej już Lila tego nie słyszała. Ale zostały w pamięci jak żal, który się czasem lubi. Bo współczucie dla siebie potrafi uśmierzyć ból.
I jak tu miała spytać ją o zalotkę? A powinna była podkręcić swą urodę, jak swe rzęsy jakąś zalotką. Dotąd nie spytała, jak się jej używa. Zalotka? Ona sama nigdy nie była zalotna. Raczej odpychająca. Bała się męskich spojrzeń. I chodziła ze spuszczonymi oczami. Których koloru nikt nie znał, bo zwykle były zakryte powiekami o wyblakłych rzęsach.
Ale tym razem przystanie na zmiany. Przed przyjazdem tutaj odważyła się nawet kupić tusz do rzęs i brwi. A dziewczyna w sklepie tak grzecznie tłumaczyła, że trzeba starannie otrzeć szczoteczkę z nadmiaru tuszu o brzeg buteleczki, żeby rzęsy się nie posklejały. I podsunęła czerwieńszą szminkę niż ta blada, jakiej Lila niekiedy używała. Bała się przez chwilę, czy nie zabraknie jej na to wszystko pieniędzy. Przecież dawniej na taki sklep mówiono: drogeria. Widać nie każdego było stać, aby doń wejść.
Tylko niech szybciej powiedzą, kiedy przyjdzie ten pan? Nie mogła się doczekać, a oni jakby nigdy nic…
Wreszcie, po powrocie z cmentarza, gdy zanieśli na grób rodziców okazały wieniec i pokazali Lilę wszystkim znajomym, jacy odwiedzali groby, usiedli przy niej porozmawiać.
Chciał zacząć mówić Jasiek. Już otworzył usta, ale Celina mu przerwała, jakby chciała wreszcie przeciąć niepewność, i wykrzyknęła:
– Mamy dla Ciebie propozycję. Zapisz mieszkanie po ciotce naszemu Andrzejowi. Najpierw zamieszkałby z tobą, gdy wyjedzie tam na studia…
– Z młodym mężczyzną? Czułabym się niezręcznie.
– To wrócisz do nas. Zamieszkasz w dawnym pokoju. Ktoś na starość musi się tobą opiekować.
– Pomyślę o tym.
– Byle szybko, bo Andrzej już w klasie maturalnej!
Obiad już jej nie smakował. W nocy odkryła, że zapomniano napalić w pokoju, gdzie śpi. Nie pierwszy raz. Zmarzła i musiała rozłożyć na kołdrze palto. Odjechała następnego dnia. I tak znowu nie spytała o tę zalotkę. A tyle fajnych rzeczy można było sobie opowiedzieć. Tyle razem mieć ciekawych przeżyć.
Chyba naprawdę to staropolskie słowo „jątrew” pochodzi od: jątrzyć? Albo na odwrót? Na jedno wychodzi.
Patrząc teraz na mijane krajobrazy za oknem pociągu — żółto-czerwone, jesienne lasy, ludzkie domy z ich szczęściem, śmiechem i rozmowami — znowu myślała, że jej nikt nie lubi. I dlaczego nie mogły lubić się z bratową? Szkoda. Tyle by się mogły nagadać. Tyle sobie pomóc nawzajem. I to mieszkanie w Warszawie by im w końcu zapisała. No bo komu?
Nagle przeszedł ją dreszcz, że nie ma przed sobą żadnych perspektyw. Jest sama. Będzie sama. I nikogo nie obejdzie, jeśli zapłacze się na śmierć.
W tym momencie spostrzegła, że siedzący naprzeciw mężczyzna uważnie się jej przygląda. Pospiesznie chwyciła połę wiszącego nad nią płaszcza i wtuliła się weń, osłaniając głowę.
Po chwili jednak odważyła się odsłonić. Przecież to nic nie znaczy, że spojrzał. Ale on się uśmiechnął. Spłoszyła się. Co to znaczy?
Krystyna Habrat
7.11.2025 r.