
.
Coś ważnego
.
Monika opuściła swoje byłe już miejsce pracy ze złośccią. Czara goryczy się przepełniła. Trzasnęła drzwiami opuszczając firmę i poszła do domu. Codziennie przechodziła obok remizy PSP, nigdy nie zwracała na to uwagi. Teraz, przechodząc, podniosła wzrok i zobaczyła baner z informacją o naborze na stanowisko strażaka. Ten baner wisiał tu od kilku dni. Nigdy nawet przez myśl jej nie przeszło, że mogłaby tu pracować. Teraz niewiele myśląc, pod wpływem impulsu, a może złości spowodowanej rzuceniem pracy, poprawiła kasztanowe włosy i weszła do remizy. Znalazła się w pustym hallu i nie bardzo wiedziała gdzie teraz się skierować. Na szczęście pojawiła się piękna bondynka, z fryzurą na boba, elegancko ubrana. Niosła jakąś teczkę z dokumentami.
– Przepraszam…- Zaczepiła ją Monika.
– Tak?- Uśmiechnęła się uprzejmie kobieta.
– Ja w sprawie pracy…
– Proszę pójść schodami na drugie piętro do rotundy i tam do kadr. Na lewo. Na pewno pani trafi.
– Dziękuję bardzo.
Kiedy trafiła do części administracyjnej budynku, zaskoczyło ją też, że w remizie może znajdować się tyle pomieszczeń biurowych.
W kadrach bardzo miła pani w średnim wieku wytłumaczyła jej wszystko co powinna wiedzieć o tej pracy i skierowała ja na trzymiesięczne szkolenie do Krakowa.
Takim sposobem w przeciągu zaledwie godziny niespodziewanie jej życie zupełnie się zmieniło. Nawet nie podejrzeała jak bardzo teraz będzie inne, niż dotąd.
Po powrocie do domu usiadła na kanapie i westchnęła. Wciąż była w lekkim szoku po tym wszystkim co się dzisiaj wydarzyło. Musiała się tym z kimś podzielić, sięgnęła więc po telefon i napisała do siostry wiadomość:
„Rzuciłam robotę.”
Odpowiedż przyszła już po chwili:
„No i bardzo dobrze. Masz jakąś inną na oku?”
„Owszem. W życiu nie zgadniesz…”
„Nie każ mi zgadywać! „
„Będę strażakiem. Za dwa tygodnie zaczynam trzymiesięczne szkolenie.”
„Wkręcasz mnie? Ty z sikawką? Nie wierzę!” Dominika opatrzyła wiadomość szeregiem zdziwionych emotek.
„Chyba zwariowałam, ale niech się dzieje co chce. Przynajmniej będę robić coś naprawdę ważnego.”
„Wariatka XD”- Odpisała Dominika.
Nadszedł wielki dzień. Po trzymiesięcznym szkoleniu Monika stawiła się przed wpół do ósmej rano, do tej samej remizy którą mijała przez tyle lat. Weszła głównym wejściem, tak jak ostatnio i skierowała się w prawo, w stronę garaży. Zajrzała tam. Przy jednym z zamochodów uwijali się strażacy.
– Pani kogoś szuka?- Padło pytanie tuż za jej plecami. Aż podskoczyła. Nie spodziewała się, że ktoś za nią jest. Młody, przystojny, świetnie zbudowany brunet w ubraniu koszarowym, patrzył na nią przyjaźnie i czekał na odpowiedź.
– Ale się wystraszyłam. Cześć, ja do pracy. Pierwszy dzień…
– A, rozumiem. Witam w zespole. Aspirant sztabowy Tomasz Adamski, twój przełożony.
– Monika Bodnar. Przepraszam za to per „ty”.- Zarumieniła się.
– Nie ma sprawy, właśnie tak się do siebie zwracamy.
Uśmiechnęła się i uścisnęła mu dłoń.
– Chodź ze mną.
Dostała całe umundurowanie, hełm, radio, wszystko czego potrzebuje strażak. Było tego sporo. Strażak w kieszeniach nosi naprawdę dużo różnego sprzętu, a każdą wolną dodatkową kieszeń zapycha jednorazowymi rękawiczkami.
Adamski podpowiedział jej gdzie co trzymać, żeby było pod ręką. Wspomniał, żeby zawsze te same przedmoity wkłądała do tych samych kieszeni. Uprzedził, by zdążyła się przebrać przed ósmą, bo o ósmej będzie odprawa. Zabrał ją na piętro, pokazał gdzie zostawić swoje rzeczy przebrać się, gdzie będzie spała, gdzie jest kuchnia pomieszczenie socjalne. Oprowadził ją po całym piętrze. Najpierw pobiegła szybko do szatni, obok której była łazienka z toaletami i szeregiem pryszniców. Szybko przebrała się w ubranie koszarowe, na którym na piersi była naszywka z jej nazwiskiem. Była już ósma, pobiegła więc do garaży, gdzie miała się odbyć odprawa. Strażacy stali w dwóch rzędach naprzeciwko siebie a między nimi na końcu szeregów stał komendant, brygadier Zbigniew Gut. Człowiek w średnim wieku, z lekko zaokrąglonym brzuchem i siwizną na skoniach.
Monika nie wiedziała po której stronie ma stanąć, ale Adamski dał jej znak głową, by dołączyła do szeregu. Padła komenda baczność.
– Młodszy aspirant Gustaw Świerczek dowódca pierwszej zmiany melduje zakończenie służby!
Dowódca odczytał jakie zadania zostały wykonane. Następnie Tomasz Adamski zameldował gotowość rozpoczęcia służby drugiej zmiany i odczytał planowane zadania do wykonania poza wyjazdami alarmowymi. Tak wyglądała pierwsza odprawa w życiu Moniki. Następnie pierwsza zmiana udała się do domów, a do remizy powrócił swobodny nastrój.
– Chłopaki, przywitajcie nową koleżankę. Będzie jeździć z nami zespole. Strażak Monika Bodnar.
– Jesteś nasza. Cześć, Radek.
– Mikołaj.- Przedstawiali się po kolei. Emocje w niej tak buzowały, że i tak by nie zapamiętała od razu tch wszystkich imion. Na jednej zmianie pracowały obsady trzech wozów, razem piętnastu strażaków. Kiedy kurtuazjom stało się za dość, Adamski klasnął w dłonie.
– Dobra, do roboty. Sprawdzić sprzęty po pierwszej zmianie i uzupełnić braki.
Monika przyglądała się jak młodszy ogniomistrz Radosław Górecki odczytuje z listy kolejne sprzęty będące na wyposażeniu wozu, a starszy sekcyjny Maciej Strózik i strażak Mikołaj Stanek sprawdzają wyczytywane sprzęty. Szybko się okazało, że trzeba uzupełnić sorbent i olej do piły łańcuchwej.
– O proszę. Zmyję im głowę za to.- Rzucił Strózik.
– To co? Szybka kawka na dobry początek dnia?- Zapytał Górecki. Wszyscy byli w dobrych nastrojach, pełni energii. Stanek już miał się zadeklarować, że pójdzie zaparzyć, ale w tym momencie zabrzmiał sygnał. Głos dyspozytora z głośników poinformował:
– Wyjazd alarmowy, zastęp 25 zderzenie dwóch samochodów na strefie.
– To my.- Oznajmił z szerokim uśmiechem Maciek i wciągnął jedne spodnie na drugie.
Natychmiast wskoczyli w nomexy i wsiedli do samochodu. Monika także wykazała się refleksem. Wyjżdżając z garażu, dowódca połączył się z dyspozytorem i zapytał o szczegóły. Dowiedział się, że prawdopodobnie jedna osoba jest poszkodowana i od razu wydał dyspozycje załodze:
– Rękawiczki, torba medyczna.
– AED?- Zapytał Maciek, załadając lateksowe jednorazowe rękawiczki.
– Zobaczymy, ale niech będzie pod ręką.
Monika także założyła rękawiczki.
Jechali przez miasto na sygnałach, a wszystkie samochody zjeżdżały na pobocza, robiąc im piękny korytarz życia. Monika była podekscytowana. Jej pierwszy wyjazd alarmowy. Co zastaną na miejscu?
Z daleka widzieli dwa rozbite samochody osobowe, plastikowe elementy rozrzucone na jezdni. Adamski wywołał dyspozytora przez radio.
– Melduję dotarcie na miejsce zdarzenia, udaję się na rozpoznanie.
– Zrozumiałem.- Odpowiedział dyspozytor.
Wysiedli z wozu.
– Dzień dobry. Czy jest ktoś poszkodowany?- Zapytał od razu dowódca, podchodząc do ludzi przebywających przy rozbitych samochodach. Jeden z samochodów stał na jezdni, drugi zjechał z jezdni na łąkę i wylądował w dość płytkim rowie.
– Tak, tutaj.- Ktoś wskazał młodą kobietę siedzącą na chodniku.
– Mikołaj, Radek zablokujcie ruch, kierujcie na objazdy.
Monika z torbą medyczną poszła za Maćkiem do wskazanej poszkodowanej. Maciek przykucnął przy kobiecie. Miała ranę na czole.
– Jak tam? Jak się pani czuje? – Cały czas miał lekki uśmiech na twarzy, jego zachowanie i to w jaki sposób mówił do kobiety, miało ją uspokajać. Monika patrząc na niego mogła się uczyć jak w praktyce wygląda to, czego uczyła się na kursach. – Coś panią boli?
– Szyja i ręka. I ramię od pasa.- Odpowiedziała. Była bardzo przejęta.
– Dobrze, założymy pani taki gustowny kołnierzyk ortopedyczny, tak na wszelki wypadek.- Co powiedział, to zrobił.
Obejrzał ranę na czole. Było to zwykłe płytkie rozcięcie skóry.
– A głowa? Nie ma pani zawrotów głowy? Była pani przytomna cały czas?
– Tak, cały czas.
– Monika opatrzysz tę ranę?
– Jasne.
– A z ręką co? Może pani nią normalnie poruszać?
– Chyba wybiłam kciuk.
– Pani pokaże rączkę.- Obejrzał kciuka i zajął się opatrywaniem, by go unieruchomić. Adamski odnalazł drugiego kierowcę, ale tamten twierdził, że nic mu nie jest i dobrze się czuje. Miał więc chwilę na uzupełnienie protokołu. Karetka właśnie dojechała. Policja także. Z samochdu stojącego na drodze wyciekał płyn, więc Radek rozsypał sorbent. W obu samochodach odłączono akumulatory.
– Jest już ZRM, pójdzie pani do nich, niech panią tam przebadają. – Maciek pomógł kobiecie wstać, a Monika zamknęła torbę i zabrała do samochodu.
Policjanci podeszli do Adamskiego i przywitali się uściskiem dłoni.
– Cześć chłopaki.
– Cześć, jak tam sytuacja?
– Wygląda na to, że mamy kolizję, jedna osoba lekko poszkodowana.
Niestety nie można było zepchnąć samochodu z jezdni dopóki policja nie wykonała pomiarów. Strażacy musieli pozostać na miejscu, kierować ruchem i posprzątać. Zajęło to trochę czasu.
Kiedy wracali do koszar, Maciek zagadną nową koleżankę.
– Jak wrażenia po pierwszym wyjeździe?- Monika pokowała głową z uśmiechem.
– Spoko.
– Chrzest bojowy za tobą, trzeba to oblać.
– Nareszcie coś zjem. Już mi kiszki marsza grają.- Stwierdził Radek, kierowca. Monika spojrzała na zegarek. Ona też już była głodna, ale nie śmiała się do tego przyznać. Po powrocie do remizy Monika zrozumiała o co chodziło Maćkowi, gdy mówił, że trzeba to oblać. Została oblana woda z węża. Potem od razu zasiedli do upragnionej kawy. Mieli chwilę, żeby porozmawiać. W kuchni uwijał się Krzychu, czyli starszy sekcyjny Krzysztof Nadolny z drugiego wozu.
– Ale coś pachnie. Krzychu co dziś serwujesz?- Zapytał Radek.
– Jak będziesz miał odrobinę szczęścia, to się przekonasz.- Odparł Krzysztof oblizując palec.
– Monika! Powiedz, co cię podkusiło, żeby przyjść do straży?- Zapytał Maciek.
– Sama nie wiem. Coś mi odbiło.- Zażartowała.- A tak poważnie, to była szybka decyzja, bez zastanowienia. Taki impuls.
– Impuls?
– No tak.- W skrócie opowiedziała im w jakich okolicznościach się zgłosiła do służby.
– Czyli można powiedzieć, że zrobiłaś to pod wpływem chwilowej niepoczytalności.- Zażartował Mikołaj, śmiejąc się.
– No może nie chwilowej, skoro miałam trzy miesiące na rezygnację.- Odparła. Śmiali się. Atmosfera była bardzo pozytywna, zupełnie inna niż w poprzedniej pracy Moniki.
– Nie przejmuj się, Monia, u nas sami niepoczytalni.- Skwitował Radek. Tomek gdzieś zniknął, ale nikt się tym nie intersował. On zawsze chodził swoimi drogami.
Na szczęście udało im się doczekać obiadu. Krzychu zaserwował karkówkę w sosie, ziemniaki i surówkę. Wszyscy zajadali się ze smakiem. Monika dziwiła się, że jedzą tak szybko, ale starała się nie zostawać w tyle. Zrozumiała dlaczego tak jest, gdy zabrzmiał kolejny sygnał alarmowy i głos dyspozytora.
– 401-25, miejscowe zagrożenie.
Musieli porzucić pyszną karkówkę i szybko biec do wozu.
Jak się okazało, ktoś zgłaszał że na posesji jest żmija.
Po dojeździe na miejsce wysiedli z auta. Kobieta po sześćdziesiątce już na nich czekała. Widać było, że jest zdenerwowana.
– Dzień dobry. Pani zgłaszała zagrożenie?
– Tak, ja. Dzień dobry, panowie. Dobrze, że jesteście.
– Pani pokaże, gdzie ta żmija.
– Tutaj w konewce siedzi. Chyba żmija, nie wiem.- Przejęta kobieta wskazała plastikową zieloną konewkę. Bała się nawet do niej zbliżyć.
– Dobra, ja to wezmę, wyniosę w krzaki gdzieś.- Adamski sam wziął konewkę. Reszta załogi czekała przy wozie. W konewce było trochę wody i faktycznie wewnątrz słychać było jakieś zwierzę. Przez niewielki otwór trudno było cokolwiek zobaczyć, jednak Tomasz był pewien, że to nie jest żmija a coś znacznie mniejszego. Wylał wodę, a potem starał się wytrzepać to, co wpadło do tej zielonej pułapki. Widząc co wypadło z konewki roześmiał się. Rozbawiony wracał z pustą konewką.
– Co tam było?- Zapytał Maciek, widząc minę dowódcy.
– Żabka.
– Co? Żabka?
– Tak, taka mała.- Pokazał palcami. Nie chcieli się śmiać, przy wystraszonej kobiecie, ale było to dość zabawne wezwanie. Tomasz wypełnił dokumenty, dał kobiecie do podpisania i mogli wracać do koszar. Od razu zgłosił do dyspozytora zakończenie działań.
– Ależ to była super akcja!- śmiał się Radek.
– Do końca życia jej nie zapomnę.- Żartował Tomek. Teraz mogli się pośmiać i pożartować. Podobnych błahych wezwań było jeszcze kilka, ale to z żabką biło wszystkie.
Kiedy mieli chwilę spokoju, nie odpoczywali. Tomek zafundował im ćwiczenia. Tak naprawdę chciał się przekonać co potrafi Monika. Zorganizował więc konkurencje typowe dla zawodów pożarniczych. Rozwijanie i zwijanie węzy na czas, przeciąganie osiemdziesięcio kilowego manekina. Mierzył czas stoperem. Okazało się, że Monika miała najlepszy czas.
– Doskonale, gratuluję.- Przybił z nią piątkę.- Pokazałaś im.
– Ma dziewczyna formę.- Przyznał Radek.
– E tam, miała lepszy dzień.- Stwierdził Mikołaj. Jako najmłodszy w ekipie zawsze brylował na ćwiczeniach a tym razem pokonała go kobieta.
– Chciałbyś.- Odgryzła się.
Dzień szybko minął. Gdy tylko się ściemniło, przyszło kolejne wezwanie, do pożaru w bloku. Wysłano wszystkie dostępne jednostki. Pierwszy na miejsce dotarł wóz z Moniką na pokłądzie. Aspirant Adamski założył biało- niebieską kamizelką z napisem „KIERUJĄCY DZIAŁANIAMI RATOWNICZYMI” Od razu połączył się z dyspozytorem, by poinformować go, że pożar mieszkania na drugim piętrze w sześcio piętrowym bloku jest w pełni rozwinięty, prawdopodobnie ogień zajmował już kolejne mieszkania i siły i środki nie są wystarczające. Dyspozytor wysyłał już kolejne jednostki, także ochotnicze.
Na choodniku było pełno ludzi. Kasłali, byli zszokowani. W szlafrokach, piżamach, kapciach. Dowiedział się od nich, że prawdopodomnie nie wszyscy opuścili jeszcze blok. Jakiś mężczyzna pomagał jeszcze przed przybyciem służb mieszkańcom się ewakuować. Wyprowadzał ich na zewnątrz i wracał po kolejnych. Nikt nie był w stanie jednak powiedzieć czy ktoś konkretny został, kogo szukać i gdzie.
Dowiedziawszy się tego, dowódca natychmiast rozdysponował zadania.
– Ubierać maski, butle. Ruchy! Rota Radek, Mikołaj jedna linia na drugie piętro, Maciek, Monika rota poszukiwawcza. Trzymać się blisko, chce was słyszeć cały czas.- Rozdzielał zadania kolejnym. Pod blokiem ustawiono i rozsunięto drabinę, aby z zewnątrz móc także gasić. Adrenaina w organiżmie Moniki sięgała zenitu. Dotąd tylko z ćwiczeń w komorach znała realia pożaru. Teraz czekało ją to zupełnie serio. Szła zaraz za Maćkiem. Zadymienie już na parterze było duże, na pierwszym piętrze było całkowicie ciemno. Musieli otwierać kolejne mieszkania, nawoływać mieszkańców, nasłuchiwać, czy ktoś nie woła o pomoc. Z jednego z mieszkań wybiegł przerażony kot i czmychmął im między nogami prosto na zewnątrz. Radek i Mikołaj wyprzedzili ich na schodach, ciągnąć wąż.
Tak dotarli na drugie piętro, gdzie szalały płomienie. Płonęły drzwi trzech mieszkań na klatce.
Cały czas mieli kontakt z dowódcą, który kierował ich działaniami. Szybko opanowali ogień w pierwszym z mieszkań. Tam płonął tylko przedpokój. Nikogo tam też nie było.
– Wygląda na to, że pożar się zaczął w środkowym mieszkaniu. Wchodzimy.- Powiedział Maciek do dowódcy. Aby wejść, musieli ugasić płomienie przed sobą. Tu płonęło wszystko. Było tak gorąco, że robiło się nie do zniesienia. Gdy dotarli do sypialni i zaczęli polewać wodą, Monika pierwsza zauważyła coś makabrycznego.
– Tu ktoś jest!
Na całkowicie spalonym łóżku leżał człowiek. Radek i Mikołaj gasili co się da, a ona stała i patrzyła na ofiarę pożaru. Osoba ta miała kompletnie spalone ręce i głowę. Nie można było rozpoznać twarzy. Zamiast niej była mieszanina czerwieni i czerni. Spalone tkanki, włosy, palce. Klatka piersiowa także. Tułów był częściowo nie spalony i nogi. A na nogach widoczne ślady krwi.
– Monika!- Krzyknął Maciek, żeby się ocknęła. Musiał sprawdzić, czy ten człowiek żyje, choć było jasne, że nie miał szans.
– Nie pomożemy już temu komuś. Maciek do dowódcy.
– Na odbiorze. Co macie?
– Jedna ofiara śmiertelna.
Na radiu przez chwilę zapanowała cisza. Takiej wiadomości nikt nie chce usłyszeć, ale niestety to się zdarza.
– Tu chyba doszło do jakiegoś przestępstwa. Ona ma krew na udach.- Powiedziała Monika.
– Jesteś pewna?- Zapytał dowódca. Wtedy straciła pewność siebie.
– Tak mi się wydaje.
– To bardzo możliwe, Tomek.- Potwierdził Maciek z ciężkim sercem.
– Zawiadomię policję. Dobra, dogaszajcie to.
Kiedy ogień był opanowany, a zadymienie znacznie się zminiejszyło, trwało przeszukiwanie pogorzeliska, dogaszanie tlących się jeszcze elementów. Tomek przyszedł zobaczyć ofiarę. W świetle latarek spalone zwłoki wyglądały jeszcze bardziej upiornie. Teraz mogli dostrzec nie tylko krew na udach i w okolicach krocza, ale także ranę od noża na klatce piersiowej.
– Ktoś ją czymś oblał i podpalił, żeby zatrzeć ślady zabójstwa.- Powiedział. Przez radio zwrócił się do innych strażaków, aby zabezpieczyli teren i nikogo nie wpuszczali oprócz policji.
Maciek i Monika wyszli na zewnątrz. Wciąż było wokół pełno ludzi. Gapiów i ewakuowanych z mieszkań. Samochody gaśnicze, drabina, karetki. Była i policja. Tomek od razu udał się do nich, a Monika i Maciek przyklękli na chodniku, by zdjąć butle i maski. Ich nomexy były prawie czarne. Musieli je natychmiast zdjąć. Byli brudni, spoceni, ale nie zwracali na to uwagi. Monika wciąż miała przed oczami ten makabryczny widok. Maciek spojrzał na nią z ukosa. Klepnął ją w ramię?
– W porządku?- Zapytał.
– Kiwnęła głową, ale nie było w porządku.
– Pierwszy raz widziałaś coś takiego?
– Tak…
– To nie zdarza się często. Raczej bardzo rzadko. Można przeżyć lata w służbie i nie zobaczyć nigdy czegoś takiego. A ty od razu na pierwszej służbie…
– Dziecko szczęścia.- Parsknęłaa ironicznie.
– Każdy po swojemu reaguje na takie rzeczy, ale gdybyś chciała pogadać, to w każdej chwili możesz z każdym z nas. Z Tomkiem zresztą też. Do niego zawsze możesz pójść z każdym problemem, nigdy nie odprawi cię z kwitkiem. To równy gość.
– Ok.
Zaschło jej w ustach. Na szczęscie w samochodzie zawsze był zapas butelek wody do picia.
Policja dokonała oględzin miejsca zdarzenia, notatki, papiery, raporty, wszystko na goraco.
Tomek w towarzystwie policji podszedł do Moniki i Maćka.
– To wy odnaleźliście ofiarę?
– Tak.
– Będziemy potrzebować wasze dane.
Oboje podali potrzebne informacje.
– Będziemy potrzebować od was zeznania..
– O ósmej kończymy zmianę. Po służbie podjedziemy na komisarat i złożymy zeznania.- Rzekł Maciej. Policjanci przystali na to, podziękowali i poszli sobie.
– Maciek, dobra robota. Zwińcie węże, pozbierajcie nasze sprzęty.
Monika także wstała, myśląc, że to polecenie jest skierowane także do niej, ale Tomek powstrzymał ją.
– Zaczekaj Monika…
– Tak?
Oparł się ramieniem o samochód i spojrzał na nią.
– Jak się czujesz? W porzadku?
– Tak, spoko. – Odparła wymijająco, ale on wiedział, że to nie prawda. Uciekała wzrokiem gdzieś na bok.
– Obeznanie ze śmiercią nie przychodzi łatwo i długo trwa. Każdy z nas, bez znaczenia czy pracuje długo, czy krótko, korzysta czasem z pomocy psychologa. Jeśli tylko będziesz czuła taką potrzebę, jest do twojej ddyspozycji o kaźdej porze dnia i nocy.- Podał jej wizytówkę z numerem telefonu psycologa.
– Dzięki.- Schowała wizytówkę do kieszeni. Był pewien, że z niej nie skorzysta. Znał ten schemat doskonale.
Po powrocie do remizy wzięła prysznic i poszła się położyć. Było późno, gaszenie pożaru trwało wiele godzin. Mimo zmęczenia nie było szans na sen. Poziom adrenaliny jeszcze nie opadł emocje wciąz w niej buzowały. Bardzo starała się zasnąć, ale tylko wierciła się na pryczy. Po kilku godzinach takigo przewracania się z boku na bok w końcu się poddała. Usiadła na łóżku i przetarła twarz. Rozejrzała się. Było cicho, wokół niej wszyscy spali, a ona nie potrafiła zrozumieć jak po czymś takim mogą spać. Może pójdzie do łazienki, obmyje twarz zimną wodą… Spojrzała w stronę szklanych drzwi. Na korytarzu oparty o ścianę plecami i jedną stopą stał Tomek i patrzył na nią spode brwi. Gestem głoni przywołał ją do siebie, podeszła więc.
– Chodź ze mną.- Powiedział cicho, by nie budzić nikogo nie potrzebnie. Zabrał ją na zewnątrz. Pod ścianą stały dwa szmaciane leżaki. Na jednym leżał koc.
– Siadaj.
Usiedli oboje. Tomek przez chwilę milczał, w końcu zagadnął.
– Nie mieliśmy jeszcze okazji pogadać. Wykazałaś się świetną sprawnością, tępem, ale poza tym, że świetnie sobie radzisz fizycznie, nie wiem o tobie zbyt wiele, a powinienem znać swoich ludzi. Powiedz, dlaczego wybrałaś Straż?
– Chyba chciałam wreszcie robić coś ważnego. I w atmosferze wsparcia a nie wrogości i fałszu.
– Wreszcie? To co robiłaś do tej pory?
– Różne rzeczy. Krótko pracowałam w biurze, jako księgowa, potem na prdukcji w kilku różnych firmach, a ostatnio w firmie wysyłkowej.
– To twoja pierwsza doba służby w Straży. Miałaś prawdziwy chrzest bojowy, jakiego nie chciałby mieć żaden strażak. Jeśli chodzi o twoją pracę, spisujesz się bardzo dobrze.
– Dzięki.- Uśmiechnęła się. Noc była chłodna, lekki podmuch wiatru postawił jej włoski na rękach.
– Poważnie w twojej rodzinie nie ma ani jednego strażaka?
– Ani jednego.
– No to muszę ci powiedzieć, że masz talent. Nadajesz się do tej pracy.
– Po dzisiejszym wieczorze nie jestem tego taka pewna.
– Ja jestem. Wiem co mówię. W moje rodzinie są tradycje strażackie. Od zawsze wiedziałem, że tego właśnie chcę. Kiedy zacząłem służbę też trafił się pożar. Jeden ze strażaków wyniósł z pożaru dziecko i podał mi je przez okno. To było dla mnie takie przeżycie, taka nagła dawka adrenalny… Właśnie dla takich chwil zostaje się strażakiem, a prawdę mówiąc taka chwila trafia się rzadko. Można dożyć emerytury i nie mieć takiego przypadku. Oczywiście jest wiele trudnych chwil Najgorzej jest, kiedy w wypadku bierze udział dziecko. Zwłaszcza kiedy jest ciężko ranne, albo kiedy robisz co tylko możesz, a i tak nie udaje się go uratować. Dziecko w wypadku to jest najgorsze. Dla każdego. Na to nie ma mocnych. Nie ma chłopa, kóry by nie płakał. Można pracować lata, ale to zawsze jest cholernie trudne. To zawsze uderzy z taką samą siłą. Każdy z nas ma takie trudne chwile, z których ciężko się otrząsnąć. Czasem to długo trwa. Nie możesz spać po nocach. Kiedy zamykasz oczy, widzisz to. Nie możesz się pozbyć tego widoku.
– Jak sobie z tym radzić?- Zapytała cicho. Cała była spięta. Tomek wziął koc i okrył ją nim.
– Masz gęsią skórkę. Jest chłodno. Jak sobie radzić? Cóż, każdy ma własne tępo dochodzenia do siebie. Mnie pomaga praca. Im więcej masz pracy i uwagę kierujesz na coś innego, tym łatwiej oderwać myśli od tego, co cię gnębi. Dobrze jest mieć pasję, która angażuje mózg, aby dać mu odpocząć od stresu i adrenaliny. T chyba uprawiasz sport, prawda?
– Tak, biegam, jeżdżę na rowerze, pływam, a zimą morsuję.
– Mosujesz? Poważnie? Moczysz tyłek w przeręblu?- Był naprawdę zaskoczony tą nowiną.
– Mhm.- Uśmiechnęła się.- Lubię też dużo czytać.
– A masz jakiś pomysł na to co zrobić z wolnym czasem? Bo wiesz, służba trwa 24 godziny, po czym masz 48 godzin wolnego. Wielu chłopaków w tym czasie zajmuje się budowlanką, wykonują remonty, tego typu rzeczy.
– Nie, na razie jeszcze o tym nie myślałam. Najpierw chciałam się wciągnąć w pracę, zobaczyć jak to będzie poukładać sobie wszystko w głowie.
– Nuda nie jest dobra. Koniecznie znajdź sobie jakieś zajęcie. Coś, co naprawdę lubisz, co daje ci satysfakcję, a przy okazji, żeby dało się jeszcze na tym zarobić. To będzie nie tylko relaksujące dla głowy, ale i przyjemne i pożyteczne.
– Zastanowę się nad tym, dziękuję za radę.
– Lepiej trochę się już czujesz?- Zapytał uśmiechając się ciepło.
– Tak, dzięki, za rozmowę. Dużo mi dała.
– Zawsze możesz do mnie przyjśc z każdym problemem. Jestem tu po to, żeby o was dbać. Chcę, żebyście przychodzili do pracy z ochotą, a nie za karę. Jeszcze nie raz będzie trudno. Ludzie doprowadzą cię do szewskiej pasji swoją nieodpowiedzialnością i głupotą, ale będą też niesamowicie satysfakcjonujące chwile, kiedy uda się komuś pomóc, uratować kogoś. To dla takich chwil zostaje się strażakiem. To jest sens i cel tej pracy i na tym się skupiamy.
– Tak. Jeszcze raz dzięki.
– Chodź, bo kataru dostaniesz. Wracaj do łóżka i spróbuj się przespać. Może jeszcze się uda choć na chwilę zdrzemnąć. A o ósmej odprawa i do domu.
Wrócili do środka. Monika nie sądziła, że tak dobrze będzie jej się rozmawiało z dowódcą. Ta rozmowa naprawdę poprawiła jej samopoczucie. Położyła się na swojej pryczy i pomyślała, że tego właśnie brakowało jej najbardziej w poprzedniej pracy. Tutaj każdy dba o swoich. Szef jest liderem i przyjacielem. Atmosfera w pracy jest świetna, bardzo pozytywna. Tam były tylko wymagania, groźby, donoszenie, pretensje, obgadywanie… Rzucenie tamtej pracy to była najlepsza decyzja w jej życiu.
Rzeczywście udało jej się trochę zdrzemnąć.
Wszyscy wstali przed siódmą, sprawdzili stan sprzętu uzupełnili powietrze w butlach, aby trzecia zmiana nie narzekała na jakieś niedociągnięcia. Po doprawie Monika przebrała się, wzięła plecak i ruszyła do domu, pieszo, ponieważ rano przybiegła. Wyjeżdżający z remizy Tomasz zauważył ją na chodniku i zatrzymał się.
– Pieszo?
– Tak. Mam nie daleko.
– Wsiadaj, podrzucę cię na komisariat.
Dopiero teraz przypomniała sobie, że przecież musi złożyć zeznania odnośnie ofiary znalezionej w pożarze. Wsiadła więc.
– Dzięki, zapomniałam o tym.
– Lepiej załatwić to od razu i mieć z głowy.
– To prawda.- Westchnęła.- Radek i Mikołaj też będą składać zeznania?
– Tak.
Mikołaj siedział na komisariacie, kiedy tam przyszli. Okazało się, że Radek zaczął już składać zeznania, więc przysiedli się do Radka.
– Ciekawe jak długo to potrwa…- Westchnęła Monika. Była zmęczona. Chciała po prostu wrócić do domu i położyć się do swojego łóżka. Nigdy nie składała zeznań więc też się stresowała.
– Zwykle niestety dość długo.
– Zwykle? To często musicie to robić?
– Czasem się zdarza.
– A Maciek?
– Ma podjechać po południu.
Radek i Mikołaj nie mieli wiele do powiedzenia. Oni byli skoncentrowani na ogniu.
Potem do pokoju przesłuchań weszła Monika. To było jej pierwsze doświadczenie tego typu. Dwóch policjantów pionu kryminalnego siedziało przy stole pośrodku niewielkiego pomieszczenia z dużym lustrem. W rogu przy suficie była kamera.
– Jak w filmie.- Zażartowała. Starała się zamaskować stres związany z tym doświadczeniem.
– U nas jest fajniej niż w filmie.- Odparł policjant.- Zaczynajmy. Prosze podać swoje dane personalne, gdzie pani pracuje i na jakim stanowisku.
Zrobiła to i dodała:
– To była moja pierwsza służba. Dopiero co zaczęłam tę pracę.
– No to miała pani ciekawą służbę.- Skomentował policjant.- Prosze opowiedzieć jak to dokładnie było.
Powiedziała wszystko co zapamiętała. Znów miała przed oczami ten makabryczny widok. Mówiła o tym jak wyglądała ofiara, o krwi na udach, ranie którą zauważył Tomek. Policjant chciał wiedzieć co się działo później, pytał o ludzi ewakuowanych, o gapiów, ale Monika była tak wstrząśnieta że na nikogo nie zwracała uwagi.
Została uprzedzona, że prowadzący śledztwo mogą mieć jeszcze jakieś pytania w toku postępowania i wypuszczono ją do domu. Na szczęscie to wszystko nie trwało jakoś przesadnie długo i mogła odpocząć w swoim najbezpieczniejszym miejscu, ukochanym domu i ukochanym łóżku.
Tomek wszedł do pokoju przesłuhań.
– Witam, panie aspirancie, proszę usiąść.- Policjant przywitał się z nim uściskiem dłoni. Najpierw zadał Tomkowi te same pytania co pozostałym. On powiedział, że był na zwenątrz i kierował działaniami, kiedy Maciek zameldował mu o znalezieniu trupa w mieszkaniu. Kiedy wszedł, zobaczył nadpalone zwłoki. W powietrzu unosił się wyraźny zapach benzyny, a ciało nosiło ślady sugerujące, że ktoś oblał je czymś łatwopalnym i podpalił. Opisał dokładnie ślady krwi na ciele i ranę kłutą na klatce piersiowej. Wspomniał, że pożar rozpoczął się właśnie od tego mieszkania i od łóżka.
– Skąd to wiadomo?
– Ludzie sądzą, że ogień zaciera ślady, tymczasem wiele śladów utrwala, jak na przykład odciski palców. W miejscu gdzie następuje zapłon także pozostawia charakterystyczne ślady.
– To bardzo ciekawe.
– Doświadczony strażak wie gdzie i jak szukać śladów w pogorzelisku.
– Dobrze, zostawmy to na chwilę. Może pan coś powiedzieć na temat tajemniczego bohatra, który ewakuował ludzi z pożaru?
– Nie wiele.- Wzruszył ramionami.- Widziałem go. Poinformował mnie, że wyprowadził wszystkich z budynku. Potem szukałem go, żeby spisać dane osobowe, ale ulotnił się jak kamfora. Mieszkańcy, których ewakuował mówili, że prawdopodobnie zobaczył pożar idąc ulicą i pobiegł ich ratować.
– Czy to normalne zachowanie?
– Nie. Nie przy tak rozwiniętym pożarze i zadymieniu. To zbyt niebezpieczne.
– Czy potrafiłby pan pomóc sporządzić portret pamięciowy tego człowieka?
– Pamiętam jak wyglądał. Myślę, że mogę spróbować.
– Doskonale, od razu zaproszę pana do naszego rysownika.
Monika dotarła do domu, padła na łóżko, przytuliła się do poduszki i po dziesięciu minutach spała.
Obudziała się po południu. Nie miała najmniejszej ochoty gotować obiadu, więc wybrała się na miasto, do ulubionej restauracji, a potem pojechała do siostry. Dominika mieszkała z mężem i dwójką dzieci za miastem, na wsi. Robert był w pracy na popołudniówce, Damian na treningu, a Wiktoria u koleżanki, mogły więc usiąść i pogadać swobodnie.
– No, to opowiadaj, jak tam twoja nowa praca?
– Jest… No, nie jest to zwyczajna praca.
– Pewnie, że nie jest. Zawód bohater. No, mów jak było.
Monika opowiedziała jej o kolegach, atmosferze w pracy.
– Wow, pozazdrościć. Robota idealna. Szkoda tylko, że zmiana trwa 12 godzin.
– Ale potem wolne masz 24 godziny.
– Boże, co ty zrobisz z wolnym czasem? I ile ty zarobisz jeśli pracujesz przez 10 dni w miesiącu?
– Muszę sobie znaleźć jakieś zajęcie na te wolne dni, żeby nie zwariować z nudów.
– No raczej. A powiedz, mieliście jakieś ciekawe wezwania?
Opowiedziała jej o wypadku, o żabie w konewce i zakończyła makabrycznym odkryciem trupa w pożarze.
– O rany Boskie, chyba puściłabym pawia na taki widok.
– Zarzygałabyś maskę w której oddychasz.
– Straszne! Nie rusza cię coś takiego?
– Takie coś każdego ruszy. To jest… Nie da się tego pisać.
– I jak ty sobie z tym radzisz?
– Łatwo nie jest.
– Czekaj, czekaj… W tej remizie pracuje mój dalszy sąsiad. Właściwie dwóch gości z naszej wioski tam pracuje. Jeden jest dowódcą drugiego.
– Kto? Jak się nazywają?
– Piniondz. Znaczy Radziu Górecki. I Tomek Adamski.
– No, właśnie jestem z nimi w zastępie.
– Żartujesz! Farciara! Tomek to niezłe ciacho!
– Uważaj, żeby twój Robercik tego nie usłyszał. Wszystkie chłopaki tam to są ciacha. Nie ma żadnego starego brzuchatego wąsacza.
– Moja Siostra jest strażakiem… Gdyby ktoś mi powiedział, że tak będzie, to bym go wyśmiała. A tu masz.
– No, wiszisz. Potrafię zaskoczyć, co?- Śmiała się Monika.
– Ja myślałam, że to ja jestem szurnięa.
– Inaczej będziesz gadać, jak ci się kotlet na patelni spali, a ja przyjadę z wielkim wężem, zrobię Pśśt i będziesz miała sprzątania na tydzień.
– A jak ci się po tej jednej dobie dowcip wyostrzył ho ho.
– Dobra, lepiej chodźmy pobiegać, bo z tego siedzenia to żadnego pożytku nie ma i zaczynasz bredzić. Ruszaj się.
Monika często biegała wieczorami. Na rower wybierała się zwykle w weekendy na dłuższe trasy. Od czasu do czasu robiła sobie wspólny wypad z siostrą i szwagrem, albo razem biegały. To był najlepszy spsób na przewietrzenie głowy.
Dominika szybko się zebrała i wyszły pobiegać. Od niedawna istniała tu ścieżka rowerowa po której wiele osób biegało. Monika jeszcze nie korzystała z tej trasy, więc chętnie tam się wybrały. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, było przyjemnie ciepło, a na trasie niewielki ruch. Minęły ich może dwie pary rowerzystów i jeden solo. Była dziewczynka na rolkach, ktoś spacerwał z psem.
– Nieżle. Trasa rowerwa a mało rowerów.- Stwierdziła Monika.
– Ale nikomu to nie przeszkadza. Mieszkańcy lubią korzystać z tej ścieżki, zwłaszcza spacerwać, albo chodzić z kijkami.
– No i super. Ale Jak jadę szybko na rowerze to chyba bym nie chciała, żeby ktoś mi wszedł pod koła.
– Spokojnie, wszyscy na siebie uważają. Ne przesadzaj. O, patrz kto tam sobie biegnie przed nami.
Monika wskazała mężczyznę w trykocie, krótkich spodenkach i ciemnych okularach biegnącego z nprzeciwka.
– Czy to… Tomek?
– W rzeczy samej.- Dominika zrobiła dwuznaczną minę.
– Och dajże spokój. Może zawrócimy?
– Zwariowałaś? Jak by to wyglądało? Że uciekasz przed szefem?
– Oj cicho!
Adamski dobiegł do nich.
– Cześć. Monika?- Zatrzymał się zaskoczony.
– Tomek. Mieszkasz tu?
– Tak. A ty co tutaj robisz? Znacie się z Dominiką?
– To moja siostra.- Śmiała się Dominika, rozbawiona jego zaskoczoną miną.
– A to ci dopiero. Mały ten świat. Dlaczego nigdy wcześniej na siebie nie wpadliśmy?
– Bo ja wiem? Może i wpadliśmy, ale ja nie zwracam uwagi na ludzi, których nie znam.
– Racja, może tak być. Do zobaczenia w pracy.
– Cześć.- Ruszyli dalej, każde w swoją stronę. Dominia odczekała chwilę i powiedziała:
– Wiesz gdzie on mieszka? W tym takim domu co ma antracytowy dach i drzwi i ogrdzenie. A elewację taką jasno szarą.
– Bo ty myślisz, że ja się przyglądam na wszystkie domy.
– No na zakręcie jak się do mnie skręca, po prawej. Wiesz już?
– No wiem. Daj już spokój. A Radek? Jak na niego powiedziałaś?
– Piniondz.
– Dlaczego tak?
– Bo u niego nic się nie marnuje. Zawsze mówi, że to też jest pieniądz.
– Nie słyszałam, żeby tak mówił. Zwrócę uwagę. A on gdzie mieszka?
– W centrum, w pobliżu marketu w takim piętrowym domu. Z teściami mieszka.
Temat Radka nie był jednak tak fascynujący jak temat Tomka. Monika ucieszyła się, że jej siostra przestała o nich mówić.
Następnego dnia Monika zaczęła przeglądać internet. Kilka portali lokalnych, a nawet ogólnokrajowe, pisały już o pożarze w którym zginęła jedna osoba. Artykuły były okraszone zdjęciami z akcji. Fotografujących było kilku, a ona nie zauważyła ani jednego. Na kilku zdjęciach odnalazła nawet siebie jak siedzi na progu wozu z butelką wody w dłoni, a obok niej stoi dowódca. Pisano o bohaterskim cywilu, który ewakuował budynek przed przybyciem służb. Aby o tym nie myśleć, Monika postanowiła przygotować niespodziankę dla kolegów w pracy. Bardzo się starała, żeby wszystko wyszło jak najlepiej i aby mogła zabrać swoją niespodziankę na kolejną zmianę. Zaraz po odprawie wniosła do socjalnego dwie blachy z dwoma różnymi ciastami, pokrojonymi już na porcje.
– Chłopaki, mam coś dla was. Takie powiedzmy wkupne.
– Wow, Monia przyniosła ciasto! Chłopaki!- Ogłosił uradowany Mikołaj.
– Super! Kochamy ciasto!- Maciek pierwszy stanął z tależem po swoją porcję. Ta nowina przyciągnęła także Tomka.
– Przyniosłaś ciasto? Super! Sama piekłaś?
– Tak. Nie przynosiła bym gotowca z cukierni, to by było bez sensu.
– To malinowa chmurka?
– Tak, chmurka i brownie. Smacznego. – Podała mu tależyk.
– Dziękuję. To bardzo miły gest.
– Znalzałaś klucz do serca strażaka. Prawdziwy strażak nigdy nie pogardzi pysznym domowym ciastem.- Maciek miał rozanieloną minę, delektując się smakiem malinowej chmurki.
– Wcinajcie szybko chłopaki, bo zrobimy sobie dziś powtórkę z ratownictwa medycznego.- Przypomniał Tomek.
– Pyszne ciacho!- Rozpływał się Mikołaj, pochłaniając swój kawałek łapczywie, jakby nigdy nie jadł nic lepszego.
– To prawda, pyszne.- Potwierdził Tomek.
– A my też możemy?- Zapytał Jacek Górecki z drugiego zastępu.
– Oczywiście, wystarczy dla wszystkich. Częstujcie się.
– Monia, jesteś super babka.- Oświadczył Radek. – To kiedy masz urodziny?
– Liczysz na kolejne ciasto? Nie prędko. – Śmiała się.
Po tym miłym akcencie na początek służby, Tomek położył na podłodze fantom do ćwiczeń pierwszej pomocy. Na pierwszy ogień wziął Monikę, chcąc się przekonać jaką ma wiedzę i umiejętności w tym temacie.
– Proszę bardzo. Monika, Mikolaj zapraszam. Mamy zatrzymanie akcji serca. Monika uciska, Mikołaj wentyluje.
Na wyposażeniu jest worek ambu, więc Mikołaj włożył rurkę w usta fantoma, założył worek ambu Monika zaczęła uciskać. Na ćwiczeniach robiła to wiele razy, na żywo jeszcze nigdy nie miała okazji.
– Dobre tempo, bardzo dobrze. Mikołaj, o czym zapomniałeś? Znowu…
Chłopak szybko się zreflektował, przysunął się i umieścił głowę fantoma między swoimi kolanami, odchylając ją do tyłu.
– No. I co robisz?
– Pilnuję, żeby głowa była odchylona.
– To nie jest zabawa dla zabawy. Przy kolejnym wezwaniu możesz być w takiej sytuacji.
– Wiem, przepraszam.
– Żebyś nie musiał przepraszać rodziny ofiary za brak profesjonalizmu. Nie możesz tego lekceważyć!- Tomek był bardzo stanowczy, a Mikołaj zrobił się cały czerwony.
– A co jeśli mamy zatrzymanie akcji serca i masywny krwotok?
– Najpierw tamuję krwotok a potem reanimuję.- Odparła Monika.- To oczywiste.
– Niby tak, ale wielu ludzi popełnia ten błąd przyspieszając zgon.
– A urwana ręka? Jak zabezpieczysz urwaną kończynę, Mikołaj.
– Wkładam do worka z lodem.
– Żle! Mikołaj!- Zdenerwował się Tomek. Pozostali zerkali na siebie. Tomek bardzo rzadko tracił opanowanie. Tym razem poniosły go emocje. I trochę racji miał. Ktoś kto zawodowo ratuje ludzi, nie może mieć takich braków w wiedzy.
– Najpierw do worka foliowego, a potem do drugiego worka z lodem.- Odpowiedziała Monika.
– Dokładnie.
– Co to za różnica?- Wzruszył ramionami Mikołaj.
– Taka, że lód niszczy żywą tkankę i ręka się nie będzie nadawała do przyszycia.- Odparła Monika.
– Dość. Mikołaj, na następnej zmianie masz być douczony perfekcyjnie. Do tego czasu odsówam cię od ratownictwa medycznego. Zastanów się czy poważnie podchodzisz do tej pracy, czy to dla ciebie zabawa. To niedopuszczalne, żebyś nie wiedział tak podstawowych rzeczy.
Tomek był tak zły, że po prostu wyszedł, żeby nie powiedzieć o jedno słowo za dużo.
– No, chłopaku… Masz przerąbane. – Stwierdził Maciek.- Czemu ty nie wiesz takich rzeczy?
– Możesz mi nie dokłądać?
– Jak chcesz, to mogę i pomóc się poduczyć.- Zaproponowała Monika.
Wtedy rozległ się sygnał do wyjazdu. Wypadek z udziałem trzech samochodów, na autostradzie. Dyspozytor wysłał wszystkie wozy, dodając, że w tym wypadku obecne jest także dziecko, ale jego sytuacja nie jest znana. Tomek odruchowo sięgnął po misia, wsiadając do wozu. Mieli w garażu kosz z maskotkami wykorzystywanymi właśnie w takich sytuacjach.
Dojechali na miejsce jako pierwsi. Samochody i ich części rozrzucone były w promieniu kilkunastu metrów, może nawet kilkudziesięciu. Tomek pobiegł zrobić rozpoznanie. Pierwsza z osobówek stała przy barierze z rozbitym przodem, dwa kolejne auta były dalej. Jedno na środku jezdni odwrócone tyłem do kierunku jazdy, drugie prawie zawieszone na barierze energochłonnej, oparte o barierę dźwiekochłonną znajdującą się w niewielkiej odległości od tej pierwszej. Miał do dyspozycji trzy zastępy, natychmiast rozdysponował zadania.
– Zastęp drugi, bierzecie Opla, zastęp pierwszy Renówkę! Trójka auto na barierze. Mikołaj, Piotrek,zabezpieczyć miejsce zdarzenia i kierować ruchem.
W pierwszym samochodzie z rozbitym przodem za kierownicą siedziała kobieta, a z tyłu w foteliku przerażona mała dziewczynka. Kobieta była pokrwawiona, ale przytomna.
Proszę powiedzieć co panią boli? Może pani poruszać kończynami?- Pytał Gutek, zakłądając jej kołnierz ortopedyczny. Pomagał mu w tym Robert. Poduszka powietrzna była wystrzelona, kobieta mogła mieć jakiś uraz kręgosłupa szyjnego. Starała się uspokoić przerażoną córkę. Ale do niej już podszedł Tomek, z misiem. Tylne drzwi otworzyły się bez problemu.
– Cześć, kochanie. Wszystko będzie dobrze, nie płacz. Mamusi nic nie będzie, wiesz? Jest trochę pokaleczona tylko. Nie płacz, powiedz, jak masz na imię, co?- Uśmiechał się i mówił łagodnie do dziecka. Dziewczynka nieco się uspokoiła koncentrując na nim swoją uwagę. Miała około trzy latka.
– Lena.- Bąknęła.
– Lenka, ślicznie. Zobacz, mam coś dla ciebie.- Podał jej maskotkę.- To jest miś Sam. Pomocnik strażaka, a od tej chwili będzie twoim najlepszym przyjacielem.- Mała niepewnie wzięła misia. – A ja mam na imię Tomek i jestem strażakiem. Teraz odepnę pas i wyjmę cię z fotelika, dobrze? Nie bój się, mamusia tu jest z tobą, wszystko będzie dobrze. Chodż do mnie, skarbie. – Wziął dziecko na ręce i tulił tak, by mała nie widziała tych wszystkich okropnych scen i krwi. Jej matki nie można było wydobyć z samochodu. Trzeba było ciąć, aby ją wydostać. Ze wstępnych ustaleń Radka wynikało, że ma prawdopodobnie zakleszczoną nogę i złamaną prawą rękę. Trzeba było użyć sprzętu hydraulicznego, aby wydobyć ją z samochodu. Na miejsce dojechał kolejny zastęp, zaczęły też przyjeżdżać karetki, a za nimi na końcu policja. Tymczasem przy drugim samochodzie pracowała Monika z kolegami. Spod maski wydobywał się dym, a w samochodzie były dwie osoby. Wszystko wskazywało na to, że kierowca nie ma poważnych obrażeń, ale wgięte drzwi uniemożliwiały wydostanie się ze środka. Pasażer był nieprzytomny, ale miał fukcje życiowe. W trzecim samochodzie było o wiele gorzej. Kierująca nim kobieta nie wykazywała oznak życia. Siła uderzenia zmiażdżyła ją jak prasa.
– Krzysiek do dowódcy.- Zgłosił przez radio.
– Dowódca zgłasza, co masz?
– Jedna ofiara śmiertelna.
Słysząc to Tomek spuścił głowę. Takich właśnie wieści nie chciał usłyszeć.
– Jesteś pewien, że nic się nie da zrobić?
– Tak. Całkowicie. Mamy zmiażdżone narządy wewnętrzne.
– Dobra, zajmiemy się nią później. Priorytet mają żywi.
W tym czasie matkę dziecka ułożono na deskę, wyciągnięto z auta i zabrano do karetki. Tomek zaniósł tam małą Lenę i poinformował załogę karetki, że to córeczka poszkodowanej, aby ją także obejrzeli. Zanim przekazał dziewczynkę załodze ZRM, zwrócił się do niej z czułością:
– Posłuchaj, kochanie, teraz pojedziesz razem z mamusią i panami ratownikami do szpitala. Nie bój się, wszystko będzie dobrze. Jesteś bardzo dzielna. Trzymaj mocno misia Sama i pilnuj go. Wszystko będzie dobrze.- Uśmiechał się ciepło do dziecka. Gdy ratownicy przejęli małą, wróił do akcji. Uwolniono wszystkich rannych, karetki zabrały ich do szpitala, a strażacy zajęli się wycinamiem ciała z wraku. Monika stała z boku i patrzyła. Atmosfera była ciężka, miny skupione. Poza krótkimi poleceniami typu: „tnij tutaj”, nie było słycha nic. Wydobycie ciała nie było łatwe, trzeba było praktycznie rozciąć wrak na dwie części. Złamana deska rozdzielcza wbiła się w brzuch kobiety, Kierownica zgniotła jej klatkę piersiową, nogi były zmiażdżone i połamane w wielu miejscach. Wszędzie było pełno krwi. Gdy wyjęli ją z auta, położyli za przygotowanym wcześniej parawanem i nakryli ciało kocem termicznym. Tomek rozmawiał z policją. Monika rozejrzała się. Kilkanaście osób wysiadło ze stojących w korku samochodów i z dystansu obserwowało cała akcję. Wielu z nich robiło zdjęcia telefonami. Był także fotograf ratowniczy. Pracownik PSP wykonujący profesjonalne zdjęcia, które potem można było oglądać w mediach.
Po akcji trzeba było poczekać, az policja wykona zdjęcia i pomiary, posprzątać z jezdni wraki, szkło.
Kiedy w końcu wsiedli do samochodów i zameldowali dyspozytorowi, że wracają, od razu wysłał ich do kolejnego zdarzenia. Tym razem było to gniazdo szerszeni, a zgłaszająca osoba poinformowała, że jest uczulona na jad błonkoskrzydłych.
Udali się pod wskazany adres, ale w drodze w wozie panowała cisza.
Na miejscu starsza kobieta pokazała garaż w którym szerszenie zbudowały gniazdo. Istotnie, owady lataly przy drzwiach garażowych.
– Dobra, przebieraj się Mikołaj.
Gdy Mikołaj wkładał strój ochronny, Tomek rozmawiał z właścicielką posesji.
– Szybko panowie przyjechali.
– Byliśmy w okolicy, wracaliśmy z innej akcji.- Odpowiedział Tomek.
– Od tego wypadku na autostradzie? Syn do mnie dzwonił, że stoi w korku bo wypadek jest.
– Tak dokładnie.
– Mam nadzieję, że nikt nie zginął.
Niestety, jest jedna ofiara śmiertelna.
– Ojej, to okropne… Ludzie jeżdżą jak szaleni, a potem takie nieszczęścia.
– Cóż, nie zmienimy tego. Trzeba zawsze uważać na siebie i na innych. Mówiła pani, że jest uczulona na owady błonkoskrzydłe, tak?- Zmienił temat. Nie powinien rozmawiać z innymi na takie tematy.
– Tak, raz mnie tak dziabnął, że wylądowałam w szpitalu. Myślałam, że umrę. Od tamtej pory boję się jak ognia. Myślałam nawet, żeby zrobić jakąś pochodnię i je podpalić.
– Niech pani nigdy nie robi takich rzeczy. Dopiero by się wściekły i mogłyby panią pogryźć tak, że mogłaby pani umrzeć. Poza tym mogłaby pani spowodować pożar, droga pani. Tak nie wolno robić.
– Właśnie bałam się, że coś podpalę i wolałam wezwać was.
– Bardzo rozsądnie.
Maciek spryskał gniazdo, odciął i spadające złapał do worka, który od razu zamknął szczelnie.
Miejsce po gnieździe też spryskał. Zszedł z drabiny.
– No, zrobione. Miejmy nadzieję, że już nie wrócą.- Uśmiechnął się do właścicielki.
– Wywieziemy je gdzieś do lasu, a pani mi tutaj jeszcze podpisze protokół przekazania.
– Dziękuję bardzo panowie. Bardzo dziękuję. Za wszystko co robicie. Wielki szacunek.
– Dziękujemy pani za dobre słowo. Dobrego dnia. – Pojechali kawałek dalej, aby z dala od zabudowań wypuścić szerszenie, w niewielkim zagajniku.
Dopiero teraz mogli wrócić do remizy, którą zwali bazą, lub koszarami. Tam czekały na nich placki ziemniaczane z gulaszem, przygotowane przez Daniela Gagatka z trzeciego wozu.
– O, tego mi było trzeba. Gagtek, ty wiesz jak mnie uszczęśliwić. – Radkowi oczy się zaświeciły do tego smakowitego dania.
– Umyj się chociaż najpierw.- Upomniał go Tomek.
– Nie bójta się, nikomu nie braknie.- Odparł zadowolony Daniel.
Wszyscy ruszyli pod prysznice. Monika też. Czuła się trochę nieswojo, mając świadomość, że w pozostałych kabinach są sami nadzy mężczyźni, ale cóż miała zrobić? Ubranie się do niej kleiło. Spieszyła się. Wyszła spod prysznica pierwsza i przebrała się w toalecie. Chciała się jak najszybciej ewakuować z łazienki, ale musiała jeszcze zadbać o włosy. Stała przed lustrem i osuszała je jeszcze ręcznikiem, kiedy spod prysznica wyszedł Maciek w ręczniku na biodrach. Był najwyższy i miał najmocniejszą sylwetkę ze wszystkich. Uśmiechnął się do niej i poszedł do szatni po świeże ubranie. Po chwili wyszedł Radek już w spodniach i pobiegł prosto na placki. Monika uczesała włosy i zaplatała w warkocz, kiedy pojawił się Tomek, w samych spodniach. Na piersi miał tatuaż ryczącego lwa, którego grzywa przypominała płomienie, wykonany przez artystę z najwyższej półki.
– Wow, piękna dziara.
– Dzięki. Jechałem po nią specjalnie do Warszawy na konwent tatuażu.
– Widać, że robił go prawdziwy artysta. Też mam, ale nie taki okazały jak twój.
– Masz? Nie widać…
– Bo nie każdy musi widzieć…- Zrobiła tajemniczą minę.- Ale chyba zrobię sobie jeszcze jeden… Chodzi mi po głowie i spokoju nie daje. Idę na placki, bo Radek wszystkie zje.
– Racja, trzeba iść.- Włożył świeżą koszulkę i udał się na obiad.
– Przysięgam, jak teraz dostaniemy wezwanie to jadę z tależem.
Na szczęście mogli spokojnie zjeść. Dopiero później zostali wezwani do asysty policji i otwarcia mieszkania. Starsza pani poślizgnęła się w łazience i nie mogła wstać. Jej wołanie usłyszeli sąsiedzi i wezwali pomoc.
Cały czas Mikołaj starał się schodzić z drogi Tomkowi, żeby go dodatkowo czymś nie zdenerwować. Zdawał sobie sprawę, że ma kłopoty.
.

.
Nim zapadł wieczór, na autostradzie doszło do stłuczki. Tym razem obyło się bez poszkodowanych. Gdy wracali ze zdarzenia, Tomek odebrał telefon od komisarza prowadzącego śledztwo w sprawie która tak wszystkich poruszyła.
– Panie aspirancie, prosił pan o informacje w sprawie śledztwa. Miał pan rację, pożar był próbą zatarcia śladów. Ta kobieta była właścicielką tego mieszkania w którym zginęła. Została zgwałcona, dźgnięta nożem i podpalona, ale nie zginęła od tej rany kłutej. Miała poparzone płuca.
– Żyła gdy ją podpalono…
– Tak. Dzięki pańskim wskazówkom udało nam się zebrać ślady z mieszkania, mamy nawet odciski paluchów. Ten „bohater”, który ewakuował mieszkańców bloku, to nasz morderca. Portret pamięciowy bardzo pomógł, a paluchy potwierdziły.
– Najpierw ją zamordował i podpalił, a później zgrywał boatera…
– Sam pan wie, że podpalacz zawsze zostaje na miejscu, aby podziwiać swoje dzieło.
– Piroman tak.
– Wielu sprawców innych przestępstw także.
– No tak. Prawda.
– To recydywista. Już siedział za gwałt. Staramy się go namierzyć.
– Rozumiem. Mam nadzieję, że szybko trafi za kratki i nikogo więcej nie skrzywdzi.
– Oczywiście nie upubliczniamy tych infrmacji z uwagi na dobro śledztwa. Niech media dalej nazywają go bohaterem, może to go zachęci do wyjścia z kryjówki.
– Oczywiście. Dziękuję bardzo za informacje.
Kiedy się rozłączył, poinformował swój zastęp czego się dowiedział.
– Biedna kobieta, umierała w strasznych męczarniach.
– Potwór. I pomyśleć, że chodzi wolny po ulicach….- Komentowali. Monika milczała. Dla wszystkich był to duży bagaż emocjonalny.
Kiedy położyła się wieczorem na swojej pryczy, znów nie mogła zasnąć. Znów myślała o tej kobiecie z pożaru, o tym jak zginęła. Nigdy dotąd nie miała żadnej styczności z niczym podejrzanym, ani z policją. To był zdecydowany minus tej pracy.
Mikołaj też nie spał. Przejmował się swoją sytuacją. W końcu wstał, przeszedł cicho między pryczami, prosto do Moniki.
– Monika śpisz?- Zapytał szeptem.
– Nie. Co tam?
– Mam przerąbane…
– Siadaj.- Usiedli oboje na jej pryczy.- Jeśli nie nadrobię braków, wywalą mnie z roboty. A ja kocham to co robię.
– Nie martw się, to nie jest wiedza tajemna. Pomogę ci.
– Moglibyśmy jutro się umówić?- Zapytał z nadzieją. Leżący z zmknietymi oczami na swej pryczy Tomek podniósł głowę i spojrzał na nich dyskretnie.
– Tak, po południu. Pod wieczór bardziej. Wpadnij do mnie, to ci pomogę.
– Dzięki, jesteś wielka.
– Nie, mam tylko 168cm. Nie martw się, będzie dobrze. Idź spać.
Odesłała Mikołaja a sama sięgęła po telefon. Otworzyła lokalną stronę intenetową i co znalazła? Swoje zdjęcie i artykuł opatrzony tytułem: „Kobieta w szeregach PSP.” zdenerwowała się. Zawsze unikała publikowania swoich zdjęć w mediach społecznościowych. Jeśli jakieś wrzuciła, to takie na którym niezbyt dobrze ją widać. Z góry źle nastawiona zaczęła czytać artykół.
„Zawód strażaka to bardzo odpowiedzialna i wymagająca praca. Trzeba mieć świetną kondycję, ogromną wiedzę i odporność psychczną. W ostatnich latach w szeregach tej organizacji pracuje coraz więcej kobiet. Panie zawsze mają dobry wpływ na morale w zespole, łagodzą obyczaje.”
Monika pomyślała, że to straszne bzdury, ale czytała dalej;
„W naszym mieście także w ostatnim czasie kobieta zasiliła szeregi PSP. Strażaczka Monika pracuje na równi z mężczyznami i świetnie sobie radzi. Atrakcyjna, wysportowana. Nasza redakcja zna ją z biegowej sztafety charytatywnej organizowanej corocznie. Bierze w niej udział od początku. Należy też do klubu morsów.”
Monika była wściekła. Skąd oni mają te informacje o niej? Jakim prawem napisali o niej, nie pytając jej o zdanie? Musiała ochłonąć. Wstała szybko i wyszła na zewnątrz. Miała ochotę przywalić w coś pięścią. Zaklęła siarczyście.
– Możesz mi powiedzieć co się dzieje?- Zapytał głos za jej plecami, co prawie przyprawiło ją o zawał.
– Tomek, nie strasz mnie.- Znowu zaklęła.- Zawsze tak zachodzisz ludzi od tyłu?
– Przepraszam. Możesz powiedzieć co cię tak wyprowadziło z równowagi?
– A widziałeś to?- Pokazała mu artykuł w internecie.
– Nie widziałem…- Wziął telefon i zaczął czytać.
– Trochę infantylny ten artykulik.- Stwierdził oddając jej telefon.
– Nikt mnie o nic nie zapytał. Podali o mnie dużo informacji, dodali zdjęcie. Ja się na to nie zgadzam.
– Jesteś na zdjęciu w mundurze. Pracujesz w służbach publicznych więc kiedy jesteś w mundrze jesteś osobą publiczną.
– Ale podali o mnie informacje prywatne.
– Mieli twoje zdjęcia z tej imprezy biegowej, stąd mają infomacje. Przykro mi, Monika, ale nic z tym nie zrobisz. Nie przejmuj się, nie warto.
– Kurdę, ale nie chcę żeby publikowali moje zdjęcia. Jak ja na nim wyglądam? Włosy spocone na twarzy, brudna…
– Nawet z sadzą na twarzy wyglądasz bardzo dobrze. Naprawdę, uważam, że przesadziłaś z reakcją.
– Może, ale mnie to wkurza. Nie lubię czegoś takiego.
– Myślę, że to co wyprowadza cię z równowagi siedzi głębiej, a ten artykuł to tylko katalizator.- Powiedział spokojnie. Ochota, by coś rozwalić już ją opuściła, Rozbroił ją właściwie tym ostatnim stwierdzeniem.
– Może, nie wiem.- Mruknęła.
– Przepraszam, że pytam cię o sprawy osobiste, ale mieszkasz sama?
– Tak, a co to ma do rzeczy? Co chcesz powiedzieć?
Jej ton zapowiadał, że jeśli Tomasz powie o jedno słowo za dużo, będzie wybuch.
– Nic złego. Miotasz się, a ja chciałbym ci pomóc.
– Doceniam, dziękuję, ale całkiem nieźle sobie radzę. Poza tym nie widzę związku. Dziwne pytanie.
– Ok.- Podniósł ręce w geście kapitulacji i zmienił temat.- Dobrze, że chcesz pomóc Mikołajowi. On musi się ogarnąć i to jak najpędzej. W tej robocie dajemy z siebie 100%.
– Jasne. Spróbuję do niego dotrzeć.
Po wyjściu z pracy Monika cały czas miała wrażenie, że ktoś się na nią gapi, albo ją obserwuje. W sklepie ktoś zagadnął, że widział ją w internecie, że to co robi jest wspaniałe. Wdzięczność ludzi za pracę strażaków, była czymś bardzo miłym. Nie spodziewałą się usłyszeć tylu miłych słów. To bardzo poprawiło jej humor i podbudowało ją. Już nie była tak bardzo zła z powodu tego artykułu. Nikogo nie obchodziło, że na zdjęciu miała umorusaną sadzą twarz. Przekonała się, jak wiele życzliwości budzi w ludziach undur strażaka.
Przygotowała się do korepetycji z PPK. Znalazła w inernecie filmy wykorzystywane przez instruktorów BHP i ratownictwa.
Kiedy Mikołaj przyjechał, bez zbędnego rozpraszania uwagi niepotrzebnymi rzeczami, przeszla do rzeczy. Zauważyła, że trudno mu się skupić na materiale. Może tutaj był problem. Wyłączyła światło i w ciemności oglądając filmy instruktarzowe co chwile je zatrzymywała i tłumaczyła mu co i jak się robi. Filmy były pomocne bo pokazywały konkretne przypadki, wypadki w pracy, na ulicy… Potem przeszła do przepytywania go.
– Skup się Mikołaj! Czemu jesteś ciągle rozkojarzony?
– Nie wiem, tak mam.
– Słuchaj, sprawa jest poważna. Kochasz tę robotę i możesz z niej wylecieć na własne życzenie. Weź na poważnie moje rady. Od teraz zero gier komputerowych, internetu, głośnej muzyki, a zamiast zwykłej kawy pijesz funkcjonalną kawę grzybową.
– Jaką?
– Odpalę ci swój zapas. Ale jak dasz ciała, to cię zabiję. Będziesz miał przeprawę i z Tomkiem i ze mną. – Zdenerwowała się. Mikołaj westchnął.
– Naprawdę mi zależy na tej robocie.
– Przekonaj Tomka, że tak jest. A przekonasz go tylko dorównując mu wiedzą.
– Masz rację, wiem.
Zadzwonił stacjonarny telefon Moniki. Włączyła śwatło i podniosła słuchawkę.
– Tak, słucham.
Po drugiej stronie nikt się nie odezwał.
– Halo.
Nadal nic. Poirytowana odłożyła słuchawkę i wróciła do Mikołaja.
Maglowała go do późnych godzin nocnych. Oboje byli w końcu tak znużeni, że dalsza nauka nie miała sensu. Odprawiłą Mikołaja do domu z opakowaniem kawy grzybowej, która bardzo poprawiała koncentrację.
– Rano wypijasz kubek a potem wkówasz materiał. Nie zawiedź mnie.
– Dzięki, Monia. Jakoś ci się odwdzięczę.
– Odwdzięczysz mi się jak przestaniesz grać na kompie i staniesz na wysokości zadania. Zero imprez i randek póki się nie ogarniesz. Czas dorosnąć, Mikołaj. No, śmigaj do domu.- Zamknęła za nim drzwi. Była pełna obaw, co do Mikołaja. Oby się wziął w garść.
Gdy położyła się do łóżka, szybko zasnęła. Śniło jej się, że ktoś stoi za oknem jej sypialni i gapi się na nią. Obudziła się przestraszona, w chwili, gdy błyskawica rozcięła nocne niebo. Przecież nikt nie mógł obserwować ją jak śpi. Jej sypialnia była na piętrze. Pomyślała, że ten głupi sen to przez burzę, która właśnie trwała nad miastem. Wstała i wyjrzała przez okno. Lało dość mocno, niebo co chwilę mruczało złowrogo. Na chodniku po drugiej stronie ulicy ktoś stał. Centralnie naprzeciwko jej domu. Stał moknąc na deszczu, bez parasola. W kurtce, z kapturem naciągniętym na głowę. Wróciła do łóżka po telefon, by zrobić zdjęcie, ale gdy znów podeszła do okna, tego człowieka już nie było. To z pewnością nie było normalne. Może to jakiś złodziej, który planował okraść jej dom?Ale czy stałby tak bez parasola? Obserwowałby raczej z samochodu, by nikt go nie zauważył.
Czuła że coś jest nie tak. To wrażenie, że ktoś ją obserwuje nie było wcale efektem artykułu w internecie. Ktoś naprawdę ją śledził! Ale kto i dlaczego? Czy powinna powiedzieć o tym komuś? No, ale komu? I co by pomyślała ta osoba? Że przesadza? Wymyśla?
Na kolejnej zmianie Tomasz zorganizował specjalnie dla Mikołaja test z wiedzy ratowniczej. Podczas, gdy załoga korzystała z siłowni, Tomasz zamknął się w socjalnym z Mikołajem i przepytywał go. Gdy skończyli, oni także udali się do siłowni. Monika akurat podciągała się na drążku.
– Jak ci poszło?- Zapytała żywo zainteresowana. Mikołaj spojrzał na Tomka, a ten z uznaniem kiwnął głową.
– Zrobiłaś z niego ratownika. Szacun.
– No… ja bym nie zrobiła?- Zażartowała i roześmiała się. Naprawdę się cieszyła, że nie przyniósł jej wstydu.
Nocna burza nie przyniosła jakichś większych problemów. Kilka złamanych gałęzi. Jednak dzień był pochmurny i chłodny. Poza wezwaniami do czujki gazu w której skończyły się baterie, spięcia w skrzynce elektrycznej restauracji, czy ptaka uwięzionego w kominie, mieli wezwanie do próby samobójczej. Na numer alarmowy zadzwoniła kobieta, która znalzała wisielca na drzewie , za sklepem. Po przyjeździe okazało się, że na ciele są już plamy opadowe. Wisiał od wielu godzin. Nie mieli tam nic do roboty, zostawili sprawę policji i prokuratorowi. Takie wezwania nigdy nie są łatwe, dlatego tak bardzo ważnie jest odreagowywanie trudnych sytuacji. Mecz na boisku za remizą pomógł oczyścić głowy, a przy okazji zadbać o kondycję fizyczną. Wieczorem do remizy przybiegła kobieta, prosząc o pomoc.
– Maluję kuchnię i szafka wyślizgnęła mi się z rąk. Spadła mi na palec i teraz…. Pomóżcie panowie, proszę. To strasznie boli.
– Maciek obejrzał palec. Był mocno opuchnięty i siny, a obrączka spłaszczona. Na kostkach mocne otarcia.
– Nie wygląda to dobrze. Trzeba szybko rozciąć obrączkę. Dobrze, że pani przyszła.
Tomek wziął specjalny mały przecinak o cienkich końcach.
– Proszę teraz nie ruszać dłonią.- Rozciął obrączkę i uwolnił palec.
– Boże, jak to boli. Bardzo dziękuję, panowie. Uratowaliście mi palec.
– To nie jest takie oczywiste. Palec nie wygląda dobrze. Raczej nie wróci do normy w kilka minut. Proszę od razu udać się do szpitala, mogło dojść do uszkodzenia tkanek w palcu. Lepiej, żeby nie siadała pani za kierownicą. Ma panią kto zwieź do tego szpitala?- Zapytał.
– Tak, mąż jest w domu.
– Mąż w domu a pani sama szafki ze ściany ściąga?- Skomentował Maciek.- Nie ładnie ze strony męża.
– Ach, o czym pan mówi. Żeby się jego doprosić to musiałabym czekać do jesieni. Wolę sama zrobić.
– No i teraz mamy efekty.
– Teraz będzie musiał sam dokończyć malowanie, bo pani nie będzie w stanie nic zrobić z takim palem przez jakiś czas. Prosze jak najszybciej jechać do szpitala.
– Oczywiście Dziękuję bardzo panowie. Jesteście nieocenieni. Dziękuję.- Wróćiła do domu.
– Nie wiem, czy uratowaliśmy małżeństwo, ale palec raczej tak.- Zażartował Maciek.- Spece od wszystkiego.
W pracy Monika zapominała o dręczącym ją wrażeniu, że jest obserwowana, ale kiedy była w domu, wszystko wracało. Odbierała głuche telefony kilka razy dziennie, aż po prostu wyciągnęła wtyczkę ze ściany, żeby mieć spokój. Nie mówiła o tym Dominice. Całą rodziną wybierali się na wakacje do Włoch, po co miałaby im zawracać głowę swoimi problemami.
Na szczęście ktoś kto wydzwaniał na stacjonarny, nie miał numeru jej komórki, więc mogła odetchnąć. Może odpuści i na tym się skończy…
Myliła się…
Po któejś zmianie wróciła rano do domu. Siąpiła mżawka, było chłodno. Zbliżała się jesień. W nocy mieli kilka stłuczek na autostradzie, więc nie spała zbyt wiele. Wyjęła z plecaka klucze do domu, chwyciła za klamkę, a drzwi otworzyły się. Zamarła. Przecież zamknęła dom wychodząc do pracy. Nie była sklerotyczką. A co jeśli złodziej włamał się i wciąż był wewnątrz? Zdenerwowana sięgnęła po telefon.
– Tomek? Przepraszam, że zawracam ci głowę, ale nie wiem do kogo mogłabym się zwrócić.
– Coś się stało?
– Nie wiem, chyba tak. To znaczy… Drzwi do mojego domu są otawtre. Zamykałam je, przysięgam. Chyba ktoś się włamał.
– Czy ktoś jeszcze ma klucze do twojego domu?
– Nie, nikt. To może być ten facet…
– Jaki facet?
– Może to głupie, ale od jakiegoś czasu mam wrażenie, że ktoś mnie obserwuje. Odbieram głuche telefony a raz w nocy widziałam kogoś po drugiej stronie ulicy kto gapił się na mój dom.
– Co takiego? Dlaczego nic nie mówiłaś?
– A co miałam mówić? Nie wiem co robić, boję się wejść do domu.
– Nie wchodź. Najlepiej wsiądź do samochodu i zamknij się od środka. Zaraz tam przyjadę. Podaj adres.
Zrobiła tak jak mówił. Po głowie krążyło jej tysiąc różnych myśli, tysiąc różnych scenariuszy. Kto robi cś takiego i dlaczego? Czemu właśnie ją obrał na cel?
Tomasz pojawił się po piętnastu minutach. Wjechał na posesję Moniki z dużą prędkością i zaparkował obok jej samochodu. Widząc go wysiadła z samochodu. Miał w ręce huligana.
– Zaczekaj tutaj. Wejdę i sprawdzę, czy ktoś jest w środku.
Wszedł do środka, a ona stała na zewnątrz. Sprawdził każde pomieszczenie, otworzył wszystkie drzwi, nawet szafy. Nie było nikogo. Wyszedł do niej.
– Teren czysty, możesz wejść bezpiecznie.
– Dzięki. Przepraszam, że zawracałam ci głowę. Pewnie nie potrzebnie panikuję.
– Wejdź i dokładnie sprawdź, czy coś nie zginęło.
Na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało normalnie. Dopóki nie weszła do sypialni.
Przed zmianą zostawiła szlafrok na wieszaku w szafie, a teraz leżał rzucony na łóżku.
– Boże, to jakiś świr.- Szepnęła wystraszona.- Powiedziała Tomkowi o szlafroku.
– A inne rzeczy? Nic ci nie zginęło? Biżuteria? Sprawdź szuflady.
Zajrzała do komody.
– Ja pier…
– Co jest, Monika?- Zdenerwował się, widząc jak najpierw zbladła, a potem poczerwieniała, wpatrując się we wnętrze szuflady.
– Moja bielizna… Niedawno kupiłam nowy komplet. Ostatnio go wyprałam i włożyłam do szuflady. Był na wierzchu. A teraz go nie ma…
– Ktoś się włamał, ale nic nie ukradł nic cennego. Zamiast tego bawił się twoim szlafrokiem i ukradł komplet bielizny? Monika musisz to zgłosić na policję.
– I co im powiem?
– To jest poważna sprawa. Ktoś cię stalkuje. Może to jakiś świr który się w tobie zakochał, czy coś… Uważam, że możesz być w realnym niebezpieczeństwie. Musisz to zgłosić.
Nagle usłyszeli dzwoniący na dole telefon.
– Co? Przecież wyjęłam wtyczkę!
– Włamywacz mógł podłączyć telefon z powrotem, by móc dalej cię dręczyć. Nie jesteś tu bezpieczna. Powinnaś na jakiś czas zamieszkac gdzieś indziej.
– Niby gdzie?
– Jeśli nie masz alternatywy, możesz pomieszkiwać u mnie.
– Tomek, jak by to wygądało? Nie mogę u ciebie mieszkać. I nie chcę. Chcę móc normalnie żyć we własnym domu.
– Więc zmień zamki jak najszybciej. Dzwonię na policję.
Koledzy Tomka z policji przyjechali dość szybko. Po wysłuchaniu całej historii zrobili kilka zdjęć, zebrali odciski, ale powiedzieli, że powinna przyjechać na komisariat, aby złożyć oficjalne doniesienie. Tomek pojechał do sklepu budowlanego i wróćił z nowymi zamkami do drzwi. W samochodzie zawsze miął skrzynkę z narzędziami. Patrol policji odjechał.
– Monia musisz odpocząć. Napij się herbaty, spróbuj się rozluźnić, a ja wymienię zamki w drzwiach od razu. Nie mamy pewności czy nie dorobił sobie klucza, skoro brak jakichkolwiek śladów włamania.
Zajął się wymianą zamków, a ona skuliła się na kanapie w salonie.
Gdy skończył, przyszedł jej o tym powiedzieć i zobaczył, że Monika śpi. Na kanapie pod jej stopami leżał złożony w kostkę koc. Ostrożnie, by jej nie obudzić, wziął koc i okrył ją nim. Nie chciał jej budzić. Wiedział jak była zmęczona. Poza tym po tak stresującym poranku powinna odpocząć. Nie mógł jej też zostawić samej w otwartym domu. Usiadł na fotelu i wyciszył telefon. On sam także był zmęczony. W nocy mieli dużo pracy. Drzemał w fotelu, gdy poczuł wibracje telefomu w kieszeni. To była Sandra.
„Gdzie ty się podziewasz?”
Tomasz: „Przepraszam, nie wiem kiedy wrócę. U Moniki było włamanie. Nie mogę jej teraz zostawić.”
Sandra: „Żartujesz sobie? Jesteś u Moniki? Po co? Niech się tym zajmie policja”.
Tomasz. : „Proszę, nie dramatyzuj. Wrócę do domu jak tylko będę mógł. Nie mogę jej teraz zostawić. Nie ufasz mi?”
Sandra: „Ostatnio cięgle słyszę o tej Monice. Zastanawiam się, czy ja w ogóle jestem ci do czegoś potrzebna. Najważniejsza jest zawsze praca, a teraz Monika… Ja się już zupełnie nie liczę.”
Tomasz: „Znałaś mnie zanim się ze mną związałaś. Wiedziałaś jaki jestem. Imponowało ci to.”
Sandra: „Sądzilam, że to ja będę dla ciebie najważniejsza, a nie straż. To jeszcze mogłabym tolerować, ale nie fakt, że jestem trzecia…”
Tomasz: „W ten sposób nie będziemy rozmawiać. Ochłoń, porozmawiamy jak wrócę.”- Odpisał i schował telefon do kieszeni. Spojrzał na Monikę. Spała spokojnym snem. Ułożył się wygodniej i zamknął oczy z powrotem.
Sygnał wiadomości w telefonie przebudził Monikę. Sięgnęła po telefon. To Dominika wysłała rodzinne zdjęcie z lotniska. Monika usiadła na kanapie i przetarla zaspane oczy.
– Tomek? Nie pojechałeś do domu? Dlaczego?
– Zasnęłaś, nie chciałem cię budzić, żebyś zamknęła za mną drzwi, a nie zostawiłbym cię w tej sytuacji w otwartym domu.
– Przepraszam. Mogłeś mnie obudzić.
– Daj spokój. Nie jesteś głodna? Zamówiłbym pizzę…
– Nie musisz mnie niańczyć, Tomek. Jesteś moim dowódcą. Czuję się dziwnie, kiedy tak się mną zajmujesz.
– Posłuchaj mnie, Monika.- Przysiadł się obok niej i tłumaczył.- Jesteś moją podkomendną w pracy. Ale straż to nie tylko zależności zawodowe. To braterstwo. Kiedy jeden z nas ma kłopoty, to mu pomagamy. Jesteśmy zżyci poza pracą, dlatego tak doskonale współpracujemy na niwie zawodowej. Musisz się tego nauczyć, bo jesteś taka Zosia-samosia. Jesteś świetnym strażakiem, znakomitym ratownikiem. I członkiem rodziny, w której jeden za drugiego jest gotowy oddać życie. To nie jest puste gadanie. Chyba się już o tym przekonałaś.- Odruchowo chwycił ją za rękę.- Są takie sytuacje, w których musisz się nauczyć przyjmować pomoc, nawet jeśli o nią nie prosisz. A teraz jest taka sytuacja właśnie. Czy się mylę?
– Nie, masz rację.- Westchnęła.- Ja po prostu… Nie lubię tracić kontroli nad własnym życiem. Nigdy nie byłam w takiej sytuacji, nie wiem co robić.
– Pozwól sobie pomóc. Od tego są przyjaciele.
– A twoje życie prywatne? Pewnie ktoś czeka na ciebie w domu…
– Tym się nie przejmuj. Zamówię tę pizzę, a potem pojedziemy złożyć to oficjalne doniesienie. Z czym lubisz?
Po tym, jak wrócili z komisariatu, Monika zwróciła się do Tomka z pewną dozą nieśmiałości, tudzież niepewności, nie chcąc go urazić.
– Tomek… Dziękuję ci bardzo. Poświęciłeś mi badzo dużo swojego prywatnego czasu. Nie chcałabym, żebyś miał przez to jakieś problemy w domu. Lepiej jedź…
– Nie wiem, czy powinienem zostawić cię samą.
– Wymieniłeś mi zamki. Stacjonarny jest wyłączony. Powinno być ok.
– Gdyby nie było… Gdybyś miała chociażby przeczucie, że coś ci grozi, dzwoń natycmiast. Ustalmy hasło na wypadek gdybyś potrzebowała pomocy.
– Hasło? To nie jest przesada?
– Myślę, że nie. To stalker a tacy nie odpuszczają łatwo. Ustalamy, że gdy coś cię zaniepokoi i poczujesz się zagrożona, natychmiast dzwonisz do mnie i mówisz… „Kupiłam karkówkę.”
– Karkówkę?- Parsknęła.
– To nie wzbudzi podejrzeń, że wzywasz pomoc.
– Dobra, niech będzie.
Kiedy Tomek odjechał, usiadła i westchnęła ciężko. Nigdy dotąd nie była w takiej sytuacji. Odkąd zaczęła te pracę, ciągle doświadczała tego uczucia. Ciągle coś było dla niej nowością. Ta praca była fascynująca, wszystko było takie ciekawe. Tak wiele uczyła się każdego dnia. Te wszystkie szkolenia techniczne i medyczne, z szybkiego dostępu, z tamowania krwawienia, z technik ewakuacji… To było fantastyczne doświadczenie. Kiedy mogła komuś pomóc, dawało jej to ogromną satysfację. Miała świetnych kolegów w zespole. Była trochę taką maskotką komendy jako jedyna kobieta strażak w mieście, w szeregach zawodowych. Jednak to wszystko było nie tylko wspaniałe, ale też trudne. Zastanawiała się, czy ten kto ją prześladuje, robi to dlatego, że jest strażaczką. Zaczęło się przecież od momentu gdy na portalu infrmacyjnym opublikowano jej zdjęcia. Od tamtego pożaru, w którym były spalone zwłoki zamordowanej kobiety. Nigdy wcześniej nie myślała o tym jak wygląda praca strażaka. Z czym się ci ludzie mierzą. Trafiła w te szeregi z przypadku, ale teraz wiedziała że nie chce robić nic innego, nawet jeśli siostra sobie z niej kpiła. Zwyczajnie nie miała pojęcia czym jest ta praca, tak samo jak Monika kiedyś.
Tomek tymczasem wrócił do domu. Musiał porozmawiać z Sandrą. Ich wymiana zdań przez sms nie była przyjemna. Rozumiał, że mogła się zdenerwować, ale oczekiwał, że i ona będzie go rozumieć. Pracując w remizie na stanowisku recepcjonistki znała przecież specyfikę tej pracy, tego jacy ludze tam pracują.
Otworzył drzwi, wszedł do domu i już w przedpokoju na szafce na buty zobaczył kartkę. Napisała mu wiadomość.
„Próbowałam, ale to nie ma sensu. W pracy oddam ci klucze.”
Nie było jej butów, zabrała wszystkie swoje rzeczy z szafy, z łazienki. Wyprowadziła się. Tak po prostu się poddała, kiedy zrobiło się trudniej. Pragnęła z jego strony uwagi. Sądził, że jej ją dawał, ale ona chciała więcej. Skoro tak do tego podchodziła, może rzeczywiście to nie miało sensu.
Przed kolejną zmianą pojechał do koszar wcześniej. Chciał się z nią rozmówić bez świadków. Wiedział, że zawsze przyjeżdżała wcześniej. Tak też było i tym razem. Wszedł i zastał ją na recepcji układającą dokumenty. Dopiero co przyszła, bo jej torebka wciąż spoczywała na krześle, podobnie jak lekka kurteczka.
– Sandra, możemy zamienić słowo?- Zapytał ściszonym głosem.
– A jesteś…- Poszperała w torebce i wyjęła z niej klucze do jego domu. Położyła je na blacie. Wziął je.
– Sandra, dlaczego zachowujesz się jak mała niedojrzała dziewczynka?
– Ja jestem niedojrzała, tak? A ty dojrzałeś do związku?
– Właściwie o co ci chodzi? O to, że nie poświęcam ci dość uwagi? Czy że pomagam innym zawsze gdy tego potrzebują? Przecież to ci się tak podobało.
– W pracy. Ale dla ciebie nie ma różnicy między pracą, a wolnym czasem. Ty zawsze jesteś w pracy. Oczekiwałam, że po pracy będziesz miał czas tylko dla mnie.
– Czy kiedykolwiek olałem cię, gdy mnie potrzebowałaś?
– Owszem. Zawsze to robiłeś. Jeden telfon a ciebie już nie ma. Bo Radek potrzebuje pomocy przy drzewie, bo Piotrek ugrzązł i trzeba go wyciągnąć z błota, bo Robert sobie wypił i nie ma go kto odwieźć do domu…
– Pytam o to, czy zawiodłem kiedy mnie potrzebowałaś NAPRAWDĘ, a nie dla kaprysu. Słuchaj Sandra, mam w pracy wystarczająco dużo stresu. W domu potrzebuję zrozumienia i akceptacji. Przestrzeni na to, żeby oczyścić głowę. I wsparcia. A nie kłutni o bzdury, roszczeń i osaczania.
– I wreszcie to masz. Jesteś wolny.
– Wiesz co? Masz rację, to nie ma sensu. Księżniczki powinny szukać związków z książętami a nie ze strażakami.- Warknął i poszedł do szatni, mijając po drodze Monikę, Maćka i Orła z drugiego zastępu. Wszyscy troje byli świadkami ostatniej wymiany zdań. Maciek i Orzeł wymienili spojrzenia.
Monika zaskoczona spojrzała na kolegę.
– Nie wiedziałaś, że Tomek i Sandra są parą?- Mruknął cicho.
– Teraz to już chyba byli a nie są.- Odmruknął Jacek Orzeł Małecki.
– Nie skąd.- Wzruszyła ramionami.
– Ciekawe o co poszło…- Szepnął Orzeł konspiracyjnie.
– Ona jest za bardzo zaborcza. Osaczała go cały czas. Atrakcyjna jest, fakt, ale to trochę za mało, żeby budować związek.
Na tym rozmowa się urwała, bo zbliżali się do szatni. Tomek właśnie zakładał spodnie od munduru. Nie miał na sobie koszulki. Wido półnagoch mężczyzn wciąż był dla Moniki nieco kłopotliwy, choć miała go na co dzień odkąd tu pracowała. Wszyscy oni świetnie wyglądali, ale Tomek się wyróżniał. Starała się pokazać, ze jest jej to całkowicie obojętne.
– O Monia ma nową dziarkę!- Zawołał Mikołaj.- Pokaż. Kiedy robiłaś?
– Wczoraj. Jest świeża.
Zaklejona jeszcze ochronną folią oddychającą. Widać było jednak przez nią linię ekg a pośrodku niej symbol płomieni z logo PSP.
– Wow, Monia ma strażacki tatuaż! No, to teraz to chyba już wsiąknęłaś na dobre.
– Wsiąknęłam.- Przyznała. Gdzie ja znajdę drugą taką rodzinę?- Rozłożyła ręce, uśmiechając się szeroko.
– Monia! Nasza perełka w koronie!
Tomek włożył koszulkę i uśmiechnął się, widząc ją w dobrym nastroju.- Fajna dziarka.- Skomentował krótko.
Rozpoczął się rok szoklny. Komendant przypomniał na odprawie, że w najbliższych miesiącach czekają ich poza zwyczajnymi obowiązkami także wizyty w szkołach i pogadanki dla dzieci. Jesień oznaczała gorszą pogodę, gorsze warunki na drogach. Już na tej zmianie mieli sporo stłuczek i różnych zdarzeń drogowych. Najgorszy był wypadek na przejeździe kolejowym, gdzie samochód na przejeździe się zepsuł i doszło do zderzenia z pociągniem. Dwie osoby poniosły śmierć na miejscu.
Nocą samochód osobowy uderzył w murek okalający rabatkę z ozdobnymi krzewami, pod budynkiem straży. Trzask tuż pod komendą wymiótł wszystkich na zewnątrz. Jak się okazało, samóchód prowadziła kobieta w zaawansowanej ciąży, w trakcie akcji porodowej.
Najszybciej jak się dało wyciągnęli ją z pojazdu.
– Odeszły mi wody! Zaraz urodzę! Pomóżcie mi!
Maciek z Tomkiem przenieśli ją do środka, tworząc z rąk fotel. W hallu była skórzana kanapa, gdzie ją położyli. Monika już miała w ręce torbę madyczną.
– Boże, chyba już wychodzi!- Krzyknęła w panice ciężarna. Tomek obawiał się, że w wyniku zderzenia z murkiem coś mogło się stać dziecku. Modlił się w duchu, by tak nie było.
– Przynieście ręczniki. Monia, Maciek zostajecie, reszta dać kobiecie trochę prywatności! Wezwijcie karetkę.
Tomek okrył jej nogi kocem i powiedział do niej spokojnie:
– Damy radę. Jak ma pani na imię?
– Beata.
– Pani Beatko, zajrzę i zobaczę na jakim jesteśmy etapie.- Uniósł koc i zobaczył już główkę dziecka tuż u wyjścia z dróg rodnych. Była jednak jeszcze wewnątrz ciała matki.
– Dzidziuś spieszy się na świat. Zaraz będzie po wszystkim. Proszę wziąć głęboki wdech zaprzeć się nogami o mnie i przeć z całej siły.
Kobieta zrobiła co mówił. Podstawił dłonie już w rękawiczkach.
– Wyszła główka, teraz ramionka. Jeszcze raz z całej siły.
Dziecko wyślizgnęło się prosto w ręce Tomka. Maciek klęczący za kanapą podał mu ręcznik, by owinął nim dziecko.
– Dlaczego nie płacze?- Zapytała kobieta z przerażeniem.
– Spokojnie, wszystko jest dobrze.- Sięgnął do torby medycznej po coś, czym mógłby odessać płyn z noska i z ust dziecka i klepnął je lekko w pośladki. Po chwili rozległ się głośny płacz. Kobieta odetchnęła z ulgą i popłakała się z radości. Tomek także odczuwał radość i ulgę, że wszystko poszło tak sprawnie.
– Gratuluję. Ma pani pięknego synka. Może kiedyś zostanie strażakiem.- Oddał jej dziecko, a potem przeciął i zabezpieczył pępowinę.
– To nie koniec pracy. Musimy jeszcze urodzić łożysko.
Karetka dortarła w chwili, kiedy łożysko wyszło.
– Dziękuję bardzo. Jak pan ma na imię?
– Tomasz.
– Tomasz… Nazwę tak synka. Dziękuję.
Ekipa ZRM zabrała kobietę i jej dziecko do szpitala.
– To było…. Wow!- Monika była pod wielkim wrażeniem. Śmiała się.
– Dla naszego dowódcy to już nie pierwszyzna. Które to twoje dziecko, Tomek?- Maciek klepnął go w ramię.
– Trzecie.
– Jedno było w kiepskim stanie i matka poprosiła, by je od razu ochrzcić. Tak zostałeś nawet ojcem chrzestnym, nie?
– To był ksiądz pod ręką?- Zapytała zdziwiona Monika.
– Nie. Każdy może ochrzcić dziecko, kiedy jest sytuacja zagrożenia życia, trzeba tylko potem zgłosić to w kancelarii parafialnej. Taki chrzest obowiązuje tak samo jak ten w kościele.- Wyjaśnił Tomek.- Dobra, sprzątnijmy ten bajzel. W recepcji powinno lśnić czystością.
– Ale mega uczucie.- Rzekła Monika, wracając na górę, do pomieszczenia sypialnego, po tym, jak uprzątnęli wszystko.
– Tak, niesamowite. Wzruszające.- Potwierdził Maciek, któemu uśmiech nie schodził z twarzy.
– A te dwa poprzednie porody? Opowiedzcie.
No ten o którym wspomniałem to był na autostradzie, w karambolu. W czasie Bożego Narodzenia. Mąż wiózł żonę do szpitala i wylądowali w samym środku karabolu z udziałem kilkunastu samochoodów.
– Strasznie było wtedy ślisko. To była cholernie trudna zmiania.- Przyznał Tomek.
– Kobieta nam powiedziała, że to ciąża zagrożona. W dodatku doznała obrażeń, udeżyła brzuchem o deskę rozdzielczą. – Kontynuował Maciek.
– Spodziewaliśmy się najgorszego.
– Małego trzeba było reanimować. To też był chłopczyk. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło, mały się rozwija.
– Macie z nimi kontakt?- Zdziwiała się.
– Tak, co roku w święta nas odwiedzają, a my zawsze mamy dla małego jakiś prezent. Chłopiec ma zespół Downa, ale rozwija się zupełnie normalnie i nie ustępuje w niczym rówieśnikom.
– Ile ma teraz lat?
– W tym roku będzie miał piąte urodziny.
– Ale super. A ten drugi poród?
– A to było chyba dwa lata temu, nie Tomek?
– Chyba tak. Ale to nie było na służbie. Byłem na urlopie, nad morzem. Ukrainka rodziła w hotelu. Była w Polsce nielegalnie i nie chciała jechać do szpitala.
– No, ale chyba jej nie posłuchałeś?
– Oczywiście, że nie. Bezpieczeństwo dziecka jest ważniejsze niż to, czy ją deportują, czy nie. Sądząc po tym jak się ubierała, jaka była bezczelna, możemy się domyślić skąd to dziecko się wzięło. Założę się, że nie miała pojęcia kto jest ojcem.
– Takie osoby nie powinny mieć dzieci.
– Nie my o tym decydujemy. My jesteśmy od udzielania pomocy potrzebującym.
– Miałeś rację, dla takich chwil warto być strażakiem.- Przyznała.
Dzięki temu wydarzeniu Monika zapomniała o tym, co ostatnio spędzało jej sen z powiek. Z resztą po zmianie wszystko było w porządku. Żadnych telefonów, włamań. Zupełnie, jakby ten ktoś odpuścił. Pogoda się poprawiła, świeciło słońce. Wszystko nastrajało ją pozytywnie.
Kolejna zmiana, kolejne zdarzenia. Ona i Maciek zostali wyznaczeni do pogadanki dla małych dzieci w pierwszej klasie szkoły podstawowej, a Tomek i Radek w innej szkole w klasie czwartej. Wiązało się to z pokazem pierwszej pomocy, opowiadaniem jak to fajnie jest być strażakiem i gasić pożary. Głównie Maciek opowiadał, a dzieci słuchały jak urzeczone.
– Może macie jakieś pytania? Ktoś chce o coś zapytać?
Podniosło się kilka palców. Nauczycielka wytyowała pierwsze dziecko, chlopca.
– To dziewczyny też mogą być strażakami?
– Tak, oczywiście.- Uśmiechnęła się Monika.- Ja przecież jestem.
– A co trzeba zrobić żeby zostać dziewczyną strażakiem?- Zapytała dziewczynka.
– Trzeba być dziewczyną. A poza tym trzeba być wysportowanym i silnym. I trzeba pójść na specjalny kurs, który trwa trzy miesiące i tam się można nauczyć wszystkiego, co strażak musi wiedzieć.
– Czy to prawda, że strażacy jedzą dużo pączków?
– Pączki to chyba policjanci. Ale strażacy też lubią slodycze.- Odparł rozbawiony Maciek.
– To ja wolę zostać policjantem, bo będę mógł jeść dużo pączków.
– Policjanci nie mają takich fajnych zabawek, jak my.
Po tej wizycie, wracając do jednostki, Monika śmiała się.
– Ale pocieszne te dzieci. Będę policjantem bo oni mogą jeść dużó pączków.
Gdy wszyscy wrócili, zostani z powrotem wpisani do działań ratowniczych. W remizie pojawili się niespodziewani goście. Małżeństwo z maleńkim dzieckiem w nosidełku. To była ta kobieta, która urodziła na kanapie w recepcji. Ona trzymała nosidełko, a mąż tajemniczy biały karton z logo najlepszej cukierni w mieście.
– Chcieliśmy podziękować i przynieść skromny dowód wdzięczności.- Powiedziała z promiennym uśmiechem kobieta. Tomek zajrzał do nosidełka.
– Jaki aniołek. Mam nadzieję, że wszystko w porządku?
– Tak, jak najbardziej. Wiem, że ciasto to nie wiele, za to co robicie dla innych, ale będziemy wam wdzięczni do końca życia. Opowiemy małemu jak przyszedł na świat.
– Niech nas czasem odwiedzi, zapraszamy. Bardzo się cieszymy, że wszystko jest w porządku, życzymy dużo szczęścia. Dziekujemy za ciasto i życzymy żeby mały zdrowo rósł. Różne sytuacje spotykają nas na co dzień, ale takie jak ta zawsze pozostają w pamięci na zawsze.
– Boże, ja byłam taka przerażona… A pan był taki spokojny, opanowany. Wiedział pan co robić i w ogóle. Jesteście niesamowici, naprawdę. Mężu, wybacz, ale muszę to zrobić.
Wspięła się na palce i pocałowała Tomka w policzek.
Nagle zabrzmiał sygnał wyjazdu. Dyspozystor wezwał dwa zastępy.
– Widzi pani, jak jest. Musimy jechać. Powidzenia i wszystkiego dobrego.
– I dziękujemy za ciesto!- Dodał Maciek. Wskoczyli do wozu i pojechali na wezwanie. Tym razem był to wypadek przy pracy. Duża hala przemysłowa, wysoki skład.
Przewożona paleta ześlizgnęła się z wóżka widłowego i przygniotła jednego z magazynierów.
– Dobrze, że jesteście. Kuba stracił przytomność. Nie ruszaliśmy go.
– Bardzo dobrze.
Przygotowano deskę, torbę medyczną. Paletę można było łatwo rozładować. Ładunek, który zawierała, to były butelki z wodą, w sześciopakach. Mężczyzna był nieprzytomny, ale miał funkcje życiowe. Leżał na boku. Pogotowie było już w drodze. Zdjęli paletę z mężczyzny i bardzo ostrożnie ułożyli go na desce, utrzymując głowę i kręgosłup w odpowiednej pozycji. Musieli działać tak, by nie zmieniać położenia kręgów. Monika sprawdziła żebra i kończyny. Stwierdziła, że kilka żeber jest złamanych, bark wybity i zamane przedramię. Przypięli go do deski, monitorując cały czas funkcje życiowe. Kierowniczka magazynu była tak zdenerwowana, że nie wiedziała co ze sobą zrobić.
– Proszę tutaj niczego nie ruszać. Pogotowie już dojeżdża, za chwilę będzie policja. Osoba odpowiedzialna, to pani?
– Tak ja.
– Dobrze, proszę mi tutaj podpisać protokuł.
Przekazali pacjęta zespołowi ZRM i wsiedli do wozu. Tomek zgłosił dyspozytorowi zakończenie działań i opisał sytuację.
– Będą mieli na głowie wszystkie kontrole świata.- Stwierdził Radek.
– Jak ta paleta mogła się ześlizgnąć?- Zapytała Monika.
– Bloczki nie były dobrze przymocowane, była dośc sfatygowana. A ładunek raczej nie był dobrze zabezpieczony. To streczowanie to tak raczej na odczepne zrobili.
– Tak, ciekawe, czy obsługujący wózek miał do tego uprawnienia.
– To już nie nasz problem.- Uciął dyskusje Tomek.
Po zakończonej zmianie Monika wróciła do domu. Otworzyła drzwi i zdejmując buty i kurtkę, zauważyła na podłodze odbicie podeszwy męskiego buta. Od razu sięgnęła po telefon, zadzwoniła do Tomka, kiedy usłyszała jego głos, powiedziała.
– Cześć, kupiłam karkówkę…
– Już jadę. Nie rozłączaj się.- Odpowiedział.Ona ostrożnie weszła do salonu, idąc za zabłoconymi śladami butów. Nagle poczuła ogromny ból w całym ciele. Mięśnie zeszytwniały i upadła. Zobaczyła nad sobą mężczyznę z paralizatorem. Mężczyznę z portretu pamięciowego. To on zamordował tamtą kobietę i podpalił.
– Witaj moja piękna. Nareszcie razem…
Próbował na niej usiąść, ale w porę odzyskała władzę nad własnym ciałem. Mimo bólu zdołała znaleźć w sobie tyle siły, by go z siebie zrzucić. Kiedy znów próbował użyć paralizatora, kopnęła go i wytrąciła mu go z ręki. Wtedy ją uderzył w twarz pięścią, rozcinając jej górną wargę. Szamotali się chwilę na podłodze. Monika była silną kobietą. Przecież każdego dnia konkurowała z mężczyznami, nosiła ciężary. Próbowała wsadzić mu palce w oczy, uderzyć w krtań, ale znów uderzył ją, chwycił ją za ręce i przygwoździł do podłogi.
– Gorąca jesteś. Waleczna. Lubię takie. Długo na ciebie czekałem.
– Spadaj świrze!- Cały czas próbowała się mu wyrwać. Gorączkowo szukała w głowie rozwiązania tej sytuacji. Zanim Tomek dotrze, może być już za późno. Musiała się jakoś ratować. Nie chciała podzielić losu tamtej kobiety.
Tomek nie był daleko. Nie zdążył jeszcze wyjechać z miasta, kiedy odebrał telefon. Natychmiast zawrócił. Po drodze wezwał policję. Cały czas bowiem miał połączenie z Moniką i słyszał wszystko co się działo. Wpadł do jej domu i zobaczył, jak szamocze się z napastnikiem na podłodze. Napastnik zdzielił ją znowu w twarz i rozdarł bluzkę. Wtedy Tomek chwycił go za ubranie, odciągnął i rzucił nim o ścianę, po czym powalił na ziemię i zaczął okładać pięściami aż napastnik stracił przytomność. Podbiegł do roztrzęsionej Moniki skulonej w kącie.
– Jesteś cała?
Na jej twarzy widać było ślady pobicia. Miała rozciętą krwawiącą wargę, Była tak roztrzęsiona, że nie mogła nic powiedzieć.
– Spokojnie. Wszystko będzie dobrze.- Objął ją mocno i przytulił.
Policja przyjechała szybko. Intruz wciąż był nieprzytomny, więc wezwano pogotowie, które zabrało go do szpitala, oczywiście w asyście policji. Drugi patrol został, na miejscu. Dokonali oględzin i spisali zeznania. Przestępca dostał się do środka przez okno na tyłach domu, które wybił. Tomek oczyścił ranę, przykleił plasterki ze ściągaczem, które zastępowały szwy, dal jej worek z lodem, by przyłożyła do twarzy.
Monika trochę doszła do siebie, ale wciąż była bardzo zdenerwowana.
Gdy policja odjechała, Monika poszła do łazienki, żeby się przebrać. Wciąż miała na sobie podartą bluzkę. Zdjęła ją i włożyła pierwszą lepszą koszulkę. Była obolała. Wciąż trzęsły jej się ręce. Oparła się rękami o umywalkę i spojrzała w lustro. Dotknęła twarzy i syknęła z bólu. Nerwy wciąż w niej buzowały. Nie mogła sobie z nimi poradzić. Osunęła się na podłogę i zaczęła płakać.
Tomek usłyszał hałas, bo siadając na podłodze kopnęła kosz na pranie. Zapukał do drzwi.
– Monika? Wszystko w porządku? Dobrze się czujesz?
– Nie.
– Mogę wejść?
– Tak…
Przykląkł przed nią na podłodze.
– Monika, jesteś już bezpieczna.- Otarł jej łzy z twarzy.- Chodź. Chodż ze mną.- Zabrał ją do kuchni. W salonie panował spory bałagan.
– Masz jakąś melisę, albo coś takiego?
– Nie, nie używam takich rzeczy. Nie potrzebuję. Nie potrzebowałam…- Poprawiła się. Łzy znów zaczęły jej napływać do oczu.
Tomek objął ją i przytulił z człością.
– Już nikt ci nie zagraża. Spokojnie.
Nie miała nic co działałoby uspokajająco, dlatego trzymał ją w ramionach. Ona jednak zamiast się uspokoić, zaczęła szlochać, chowając twarz w jego bluzie.
– Wypłacz się. Daj sobie tyle czasu ile potrzebujesz. Potem pojedziemy do lekarza, zrobimy obdukcję.
Długo to trwało, ale w końcu Monika przestała płakać, uspokoiła się, choć jej ciało wciąż było zesztywniałe i napięte. Zabrał ją wtedy do lekarza. Przy okazji obdukcji podano jej środki uspokajające i przeciwbólowe.
Po powrocie Monika poszła się położyć, a Tomek załatał wybite okno płytą pilśniową. Nie zamierzał jej zostawiać w takiej sytuacji. Bardzo się martwił. Nie miało znaczenia, czy dziewczyna będzie w stanie stawić się do pracy na następną zmianę. Liczyło się tylko, by doszła do siebie i poradziła sobie emocjonalnie z tym, co się wydarzyło. Sprzątnął bałagan w salonie, by nic nie przypominało jej tego ataku. Policja wydała pozwolenie, ponieważ wykonano już dokumentację fotograficzną. Potem przygotował kakao, jajecznicę z warzywami i poszedł na górę do jej sypialni. Wszedł cichutko, sądząc, że śpi, ale gdy się zbliżył, by położyć tacę na stoliku nocnym, zobaczył, że leży i patrzy w jeden punkt.
– Usiądź, powinnaś coś zjeść.
– Nie chcę.- Mruknęła cicho nie odrywając wzroku od punktu w który patrzyła.
– O nie, nie możesz poddać się depresji. Nie pozwolę na to. Usiądź, Monika. No siadaj.- Polecił służbowym tonem.
Niechętnie usiadła na łóżku.
– Jedz, bo zaraz będzie zimna.
Z oporami wzięła do ust pierwszy kęs, ale jajecznica była bardzo smaczna. Szczęka bolała ją przy każdym ruchu. Wiedział, że tak będzie, dlatego przygotował jej coś miękkiego do jedzenia.
– Smaczna.- Bąknęła.
– Cieszę się, że ci smakuje. Wszystko ma zniknąć z talerza. Nie chcesz zadzwonić do sostry?
– Nie chcę, żeby się o tym dowiedziała. Nie mam ochoty o tym rozmawiać z nikim. A zwłaszcza z nią. Będzie mi prawić kazania.
– Rozumiem, ale nie powinnaś się blokować na rozmowę. Wiem, że unikasz psychologów, ale wolałbym, abyś tym razem jednak porozmawiała z jakimś specjalistą. Dużo przeszłaś a ja nie jestem pewny, czy potrafię ci pomóc tak, jak trzeba.
– Pomagasz mi. Bardzo mi pomogłeś.- Przyznała.- Gdyby nie ty…
– Miałem na myśli wsparcie psychologiczne. Wiesz, że masz moje wsparcie, o tym nie muszę mówić. Ale jedyne co mogę zrobić, to pobyć z tobą, pomilczeć razem, albo wysłuchać i przytulić.
– Tego właśnie potrzebuję.
– Dobrze. Jestem.
– Przykro mi z powodu twojego rozstnia z Sandrą…
– Nie ma o czym mówić. Mamy zupełnie inne oczekiwania.
Pokiwała tylko głową, nie ciągnęła tematu. Przez chwilę panowała cisza.
– Muszę kupić okno…
– Wystarczy wstawić szybę.
– To są jeszcze szklarze?
– Tak, załatwię to, jeśli chcesz.
– Musze oddać ci pieniądze za te nowe zamki do drzwi…
– Nie musisz.
– Ale chcę. Pomagasz mi, narażasz się i nic z tego nie masz. Pozwól mi chociaż zwrócić ci pieniądze.
– Dobrze, niech będzie. Nie musisz tego robić, ale skoro uważasz, że powinnaś, to w porządku. Uszanuję twoją wolę.
– Dziękuję.
– Masz ochotę obejrzeć coś w telewizji?
– Wolałabym pobiegać, ale nie dam rady. Wszystko mnie boli.
– To może spacer?
Pokręciła głową.
– Niech już będzie ten telewizor.
Zeszli na dół do salonu. Monika była zaskoczona, że wszysto jest na swoim miejscu.
– Posprzątałeś tu?
– Tak, uznałem, że to dobry pomysł. Mam nadzieję, że dobrze zrobiłem.
– Bardzo dobrze. Dziękuję.
– Dobra, to co oglądamy?- Zapytał, siadając na kanapie.- Może jakąś durną komedię?
– Komedię?
– Abyś oderwała myśli od tego co się wydarzyło.
– Nich będzie.
Siedzieli na kanapie tuż obok siebie, szukając czegoś, co można by obejrzeć.
– O a może to. Widziałaś to już?
– Szczerze mówiąc wolę kryminały, ale chyba nie dzisiaj.
– Nie dzisiaj.- Uśmiechnął się. Monika podkurczyła nogi i usiadła wygodnie, opierając się o ramię Tomka. Na początku skupiła się na filmie, nawet ją śmieszył. Ale potem zamyśliła się. Tomek tyle dla niej zrobił. Był niesamowity. I zawsze taki opanowany. Kiedy siedział na tym draniu i okładał go pięściami, to było…
Wierciła się, bo w tej pozycji zaczął jej dokuczać ból.
– Nie wygodnie ci?
– Boli mnie noga.
– Poczekaj, to może tak. Oprzyj nogi na stoliku.- Uniósł ramię i objął ją.
– Może być?- Zapytał.
– Tak, chyba lepiej.
Wrócili do filmu. Tomek zauważył, że przestała się nawet uśmiechać w najbardziej zabawnych momentach, ale jej ciało było nieco bardziej rozluźnione. Była spokojna. Spojrzał na nią i powiedział cicho:
– Jesteś cholernie odważna, wiesz? I dzielna. Mieć kogoś takiego w zespole, to zaszczyt.
– Wiesz jak poprawić morale, szefie.- Stwierdziła.
– Najbardziej jestem szczęśliwy z tego powodu, że mogę być nie tylko twoim przełożonym, ale też prywatnie mamy fajną relację. Jesteś niesamowita…- Wziął ją za rękę. Nie wiedział jak zareaguje. Ona sama nie wiedziała, jak zareagować. To był ideał faceta, ale był jej przełożonym…
Nic już więcej nie mówili. Żadne z nich też tak naprawdę nie oglądało filmu. Siedzieli w ciszy, tak blisko siebie, jak to było możliwe. Ciało Moniki stało się wiotkie. Zasnęła. Na kanapie było dość miejsca dla obojga.
Budziła się powoli. Dopiero po chwili dotarło do niej, że leży na kanapie w objęciach Tomka. On wciśnięty w oparcie, by zrobić jej jak najwięcej miejsca. Pod głową miała jego ramię. Drugim obejmował ją w talii, by nie spadła na podłogę. A nogi były poplatane. Spał. Mogła wstać i zostawić go na tej kanapie.
Mogła, ale nie zrobiła tego.
Ostrożnie przekręciła się plecami do niego, wpasowując się idealnie w jego sylwetkę. Nie otwierając oczu uśmiechnął się, czego nie mogła zobaczyć i objął ja mocniej. Oboje przeciągali tę chwilę, gdy trzeba będzie wstać jak najdłużej, choć żadne nie przyznałoby się do tego. Ręka mu całkowicie zdrętwiała. Monika zdrętwiała cała. Nie mogła już dłużej udawać, że nie śpi i wstała.
– Chyba nam się przysnęło.- Mruknął z lekkim uśmiechem.
– Chyba tak.- Zaczęła rozciągać mięśnie, ale wciąż odczówała dość dotkliwie skutki wczorajszego pobicia.
– Monika, jeśli potrzebujesz, weź wolne na następną służbę. Potrzebujesz dojść do siebie także fizycznie.
– Nie trzeba. Dam radę. Dostałam mocne leki przeciwbólowe.
– Wiesz, że musisz dać z siebie sto procent. Na jutro miałem przewidziane ćwiczenia wydolnościowe i wzmacniające. Bieg z oponą w pełnym rynsztunku.
– No to pobiegnę. Jestem obolała, nie połamana.
– Nie chcę cię forsować po tym wszystkim.
– A ja nie chcę, żebyś traktował mnie specjalnie, bo jakiś świr chciał mnie zgwał…- Urwała. Nie mogło jej to słowo przejść przez gardło. Oczy jej się zaszkliły.- Nie lituj się nade mną.
– To nie jest litość. To dbanie o kogoś na kim mi zależy.
– No to dbaj o mnie tak jak o innych. O to, żebyśmy byli dobrze przygotowani na wszelkie sytuacje. Wszyscy zauważą jeśli będziesz mi dawał fory.
Miała rację. W tak zżytym gronie nic się nie ukryje.
– W porządku.- Zgodził się.
– Muszę wziąć prysznic. Wracaj do domu, Tomek. Zobaczymy się jutro w pracy.
– Ok. Przyślę do ciebie znajomego po to okno do zaszklenia.
– Dobrze, dziękuję ci za wszystko…
– Uśmiechnął się, włożył buty i wyszedł.
Kiedy została sama, wcale nie było łatwiej. Wręcz przeciwnie. Jej myśli krążyły wciąż wokół tego co się stało. Nigdy dotąd nie odczówała ani takiego strachu, ani takiego bólu, jak ten, gdy dostała strzał z paralizatora. Świadomość, że mógł ją spotkać taki los jak tamtą kobietę, nie dawała jej spokoju. Wciąż czuła jego zapach, słyszała to sapanie. Żałowała, że nie ma z nią Tomka, ale przecież nie mogła go tak wykorzystywać. Tyle dla niej już zrobił, ryzykował. Jak miała mu się odwdzięczyć, za coś takiego? Nie ma takiej rzeczy na świecie, która mogłaby być równoważna z tym co zrobił. Uratował jej życie. Realnie.
To wszystko było dla Moniki dużym obciążeniem psychicznym. Musiała sama znaleźć sposób na to jak oczyścić głowę.
Kiedy stawiła się do pracy, wszyscy natychmiast zauważyli widoczne na jej twarzy obrażenia.
– Monia! Co ci się stało?- Pytał Mikołaj.
– Nic, nie ważne.
– Jak nie ważne? Ważne!- Wturował mu Maciek.
– Oj zderzyłam się z drzwiami.
– Z drzwiami. Monika, masz nas za debili? To są ślady pobicia. Tomek, widziałeś to?- Pytał Radek zaniepokojony. Tomek spojrzał na jej twarz.
– Widziałem.
– Wiesz coś o tym? Ona jest pobita! To nie jest zderzenie z szafką!
Tomek westchnął:
– Muszę uszanować jej prywatność. Wy też spróbujcie.
– Tomek no!
Wezwanie pojawiło się jeszcze przed odprawą. Czasem tak się zdarza. Dostali wezwanie do pomocy zespołowi ZRM w transporcie chorego do karetki. Mężczyzna w średnim wieku mający ponad 150 kilo wagi wymagał przewiezienia do szpitala.
– Które piętro?- Zapytał Maciek.
– Nie podali.- Odparł Tomek, sprawdzajac szczegóły w aplikacji. Dojazd na osiedle, pod właściwy blok nie był łatwy. Wąskie uliczki zastawione samochodami osobowymi to największa zmora strażaków. Jakoś udało się przecisnąć i nie zahaczyć żadnego samochodu, ale gdyby chodziło o pożar, lub zagrożenie życia, zabrałoby im to cenne minuty. Dwóch członków ekipy pogotowia czekało przed blokiem.
– Cześć panowie.- Przywitał się Adamski.
– Cześć. – Przywitali się przybijając żółwika.
– Co macie dla nas?
– Pacjent 150 kilo.
– Które piętro? Mam nadzieję, że nie czwarte.
– Drugie.
– Mogło być gorzej. Damy radę, idziemy. Prowadźcie.
Zabrali specjalną płachtę do przenoszenia pacjentów i poszli na drugie piętro. W małym ciasnym mieszkanku z dość wąskimi drzwiami czekał pacjent i jego żona.
– Dzień dobry pani. Gdzie pacjent?
– Tu w pokoju.
Tomek wszedł i przywitał się z leżącym mężczyzną.
– Proszę mi powiedzieć, czy pan w ogóle wstaje? Chodzi?
– Nie.
– Nie. Dobrze, to zrobimy sobie tak. Pan się przekręci na bok, twarzą do ściany, dobrze?
Podłożyli z boku płachtę.
– Super, teraz w drugą stronę. Proszę mnie złapać za rękę.- Pomógł mężczyźnie przekręcić się , by mogli rozłożyć pod nim płachtę z mocnego tworzywa z uchwytami.
– Monika, Mikołaj złapiecie za pierwsze uchwyty, Maciek ze mną na środku, Radek chwyć tam, pomożesz. Chłopaki z pogotowia za nogi i idziemy. Wychodzimy na zakładkę. Prawa, lewa.
Wyszli z mieszkania przeciskając się przez drzwi, ale najgorsze było przed nimi. Musieli ostrożnie znieść mężczyznę po schodach z drugiego piętra, tak, by nie udeżył o schody, ani o barierki. Wymagało to sporo siły i energii. Włożyli go na nosze i pomogli je wsunąć do karetki.
– Dobra, to tyle.
– Dzięki, panowie.
– Nie ma sprawy, na razie.- Pożegnali się żółwikiem i wrócili do koszar. Dopiero wtedy mogli mieć odprawę. Tomek zarządził ćwiczenia o których uprzedzał Monikę. Wyczytał w jakiej kolejności będą biegać. Monikę umieścił na końcu listy, mając nadzieję, że dostaną wezwanie i nie będzie musiała tego robić. Ona jednak zaprotestowała.
– Mogę coś powiedzieć?- Zapytała.
– Słucham.
– Chciałbym pobiec pierwsza.
– Nie.
– Ale dlaczego? Poszę.
– Monika, chodź na słówko.- Odeszli we dwoje nieco dalej by pozostali nie słyszeli ich rozmowy.
– Co ty wyprawiasz? Próbuję cię chronić.
– Dam radę, nic mi nie jest. Potrzebuję tego.
– Potrzebujesz ekstremalnego wysiłku po tym jak zostałaś pobita?
– Muszę to wypocić, Tomek.
– Nie mogę ci na to pozwolić. Jestem odpowiedzialny za twoje zdrowie i bezpieczeństwo. Potrzebuję cię w zespole a nie w szpitalu.
– Rany, Tomek, gdybym nie dała rady, to bym nie prosiła. Boli mnie szczęka a nie całe ciało. Wiem co robię. Naprawdę tego potrzebuję.
– Dobra, ale masz być rozsądna.
– Będę.
Wrócili do pozostałych.
– Zaczyna Monika. Przygotuj nomexy, maskę, butlę.
Kiedy była gotowa, w pełnym rynsztunku i masce, założyła na ramiona uprząż do której była przypięta opona z tira. Tomek wyjął stoper.
– Jedno okrążenie dookoła budynku. Dajesz! Policzę do trzech, powiem start i startujesz. Monika ruszyła, ciągnąc oponę. Taki bieg wymagał dużego wysiłku, a maska była dodatkowym utrudnieniem.
– To jest szaleństwo.- Radek był zszokowany. Nikomu się to nie podobało.
– No nie jest to fajne. Dziewczynę ewidentnie spotkało coś złego. Nie powinno tak być.- Mruczał Maciek. Tomek starał się to ignorować. Mikołaj podbiegł na tył budynku, by sprawdzić jak jej idzie. Biegła dzielnie. Nie przystanęła ani na sekundę, by złapać oddech. Pokonać ostatnie metry nie było łatwo, zaciskała zęby mimo bólu szczęki, żeby dac radę. Wykonała całe okrążenie, potem wzięła manekina, by przeciągnąć go z jednego końca parkingu na drugi. Manekin miał standardową wagę osiemdziesięciu kilo. Dopiero wtedy Tomek wyłączył stoper, a ona zdjęła chełm i maskę. Była zdyszana, z trudem łapała oddech, ale była z siebie zadowolona.
– Świetny czas, gratuluję.- Pochwalił ją Tomek.
– Dzięki. Tego mi było trzeba.
– Czy ktoś do cholery może bmi wytłumaczyć co tu się dzieje?- Zapytał zbulwersowany Radek. Tomek westchnął i pokręcił głową.
– Monika, chcesz to znosić przez cały dzień, czy powiesz im co się stało? Jeśli chcesz, ja mogę to zrobić. Tak będzie prościej. Monika zastanowiła się chwilę, po czym kiwnęła głową.
– Zrób to.
– Ok. Podejdźcie tu i posłuchajcie. Mówię wam to przy Monice i dlatgo, że poprosiła bym ja to zrobił. Praktycznie od samego początku jak Monika jest z nami, była nękana przez stalkera. Odbierała głuche telefony, była obserwowana. Miała nawet włamanie do domu. Jakimś sposobem otworzył sobie drzwi, chodził po jej domu, ukradł jej bieliznę.
– Bieliznę? Co za świr.
– Wymieniłem jej zamki, ale włamał się znowu i zaatakował.- Tomek przerwał na chwilę i spojrzał na nią. Jej twarz stężała. Nie chciała słyszeć tego, co za chwilę miało paść z jego ust, ale musiała się z tym zmierzyć.- Na szczęście zadzwoniła do mnie, podała hasło bezpieczeństwa jakie ustaliliśmy.- Znów zawiesił głos i spojrzał na nią. Miała lęk w oczach. Ścisnęło ją za gardło. Jak zareagują? Będą się nad nią litować?
Radek zaklął siarczyście i walną pięścią w ścianę. Maciek kręcił głową z niedowierzaniem.
– Zdążyłem w porę. To był ten sam człowiek, który zgwacił i zamordował a potem podpalił tamtą kobietę. Możecie sobie sami dopowiedzieć z jakim zamiarem zaatakował.
– Jezu… – Mikołaj odwrócił się tyłem do grupy, by nie pokazać emocji.
– Monika nie chciała wam nic mówić, żebyście się nad nią nie litowali. Nie ma nic gorszego niż litość. Bombardowanie współczuciem też nie jest fajne. Na szczęście nie doznała większych obrażeń poza tym co widać. Proszę was w jej imieniu, żeby traktować ją normalnie, jak zawsze, nie koncentrować się na tym i nie grzebać w temacie. Teraz już wiecie, więc dajcie jej spokój. A teraz skoro mamy wszystko wyjaśnione, to wracamy do ćwiczeń. Mikołaj ubieraj się.
Mikołaj zaczął bieg, ale przyszło wezwanie. Zostawił więc oponę i pobiegł do wozu. Tam zdjął z twarzy maskę.
– Co mamy?- Zapytał.
– Wypadek dzieciaków na hulajnodze. Zgłaszający stwierdził brak funkcji życiowych.
Jechali tak szybko jak to tylko było możliwe. Liczyła się każda sekunda. Każdy myślał tylko o tym co zastaną na miejscu.
Już z daleka widzieli dwie osoby leżące na jezdni. Ktoś przy nich był.
– AED rękawiczki, torba. 25 do 988.
– Bochnia 988 zgłasza.
– Jestem na niejscu.
– Zrozumiałem, bez odbioru.
Podbiegli do leżących na jezdni dzieci. Byli to dwaj chłopcy w wieku 10- 12 lat. Obaj nieprzytomni.
– Jak sytuacja? Jest oddech?
– Tak, jest oddech, jest przytomność tutaj.
– Ten jest nieprzytomny, ale żyje.
– Dzięki Bogu. Działamy. Dajcie deski, obrócimy ich sobie ręcznie. Przytrzymujcie głowę.
Bardzo ostrożnie dzieci zostały odwrócone na plecy i jednocześnie położone na deski ratownicze. Żadne z nich nie miało kasku, choć przepisy tego wymagają. Obaj mieli rozbite głowy, liczne otarcia. Jeden z chłopców miał złamaną rękę. Karetki właśnie dojechały na miejsce, kiedy zastęp opatrywał rozbite głowy. Na miejscu był też drugi zastęp, który rozstawił parawan i zabezpieczał ruch na drodze. Pojawił się zaraz za pierwszym. Przyjechał też radiowóz.
Strażacy zanieśli dzieci do karetek i przekazali pod opiekę zespołów ZRM. Tomek podszedł do samochodu po papiery do wypełnienia. Na progu siedziała młoda kobieta, a przy niej kucał Piotrek.
– Robo, sprawdziliście samochód? Odłączcie akumulator. A z panią co jest?- Zapytał Tomek. Nie zauważył jej wcześniej.
– Pani jest w szoku. Ona kierowała pojazdem.- Odpowiedział Piotrek.
– Rozumiem, ale fizycznie nic pani nie jest, tak?
Pokręciła głową. Była blada i zdenerwowana.
– Jechali chodnikiem i nagle skręcili prosto pod koła. Obaj na jednej hulajnodze. Hulajnoga spadła z krawężnika i wylądowali mi pod kołami. – Powtarzała.
– No widzi pani jak te dzieciaki jeżdżą. Obaj żyją, więc będzie dobrze. Są już w karetkach.
– Nie jechałam szybko, bo to było przed pasami. Zwolniłam, ale i tak ich udeżyłam.
– Spokojnie, proszę pani. Przyjechała policja, to wszystko im pani opowie. My tu tylko sprzątamy. Piotrek ogarniesz panią, nie?
– Jasne. Będzie dobrze.
Tomek poprosił przez radio o zastęp OSP do dalszej asysty policji. Samochody stojące wkorku trzeba było kierować na objazdy. Zanim policja dokona pomiarów, spisze zeznania i zgromadzi dokumentację, minie wiele godzin a oni nie mogli pozostawać tyle czasu wyłączeni. W takich wypadkach pomagały zastępy OSP które czekały aż policja zakończy działania, kierowały rucem, sprzątały to co zalegało po wypadku na jezdni.
Gdy w końcu mogli wrócić do koszar i zgłosili przekazane działań OSP, dostali kolejne wezwanie. Mieli się udac na autostradę do neutralizacji plamy oleju na drodze. Plama ciągnęła się przez kilka kilometrów.
– Wystarczy nam sorbentu?
– Zobaczymy. Mikołaj weź siewniczek i przejdź się. Radek będziesz jechał za nim powoli. Zobaczymy jak się to daleko ciągnie.
Po tylu emocjach od samego rana morale w zastępie nie było na najwyższym poziomie. Nikt nie miał ochoty na żarty. Byli raczej milczący. Każdy musiał przepracować to sobie w głowie. Taki wyjazd z rozsypywaniem sorbentu pozwolił się rozluźnić, opanować emocje. Dla Tomka Adamskiego jako dowódcy zastępu morale w zespole było niezwykle istotne. Znał swoich ludzi i wiedział ile czas potrzebują i jak odreagowują trudne wezwania.
Radek jechał sam, a reszta zastępu szła przed samochodem.
– Przespacerujemy się trochę.- Rzuciła Monika dla rozładowania atmosfery.- Pogoda piękna, słoneczko świeci…
– Tam jest jakieś zwierzę. Chyba pies. Widzicie?- Maciek wsazał palcem na przeciwległy pas. Po drugiej stronie przy barierce siedział piesek.
– Faktycznie. Idźcie tam zobaczyć, czy nie jest potrącony, czy coś. Co on tu robi na autostradzie?
– Może ktoś go wyrzucił.
Monika przeszła przez pas ruchu, uważając na samochody. Piesek był mały. Szczeniak. Siedział przerażony. Na jej widok zaczął skamleć i machać ogonem.
– Cześć malutki. Co z tobą. Cały jesteś? Pokaż się.- Obejrzała psa. Nie wyglądało na to, by został potrącony przez samochód. Wzięła go na ręce i wróciła do pozostałych.
– Zobaczcie jaki słodziak. Nie możemy go tu przecież zostawić.
– Hej, maluchu. Kto cię tak urządził?- Tomek pogłaskał szczeniaka.
– Jak tak można. Przecież to żywe stworzenie.
– No cóż mamy z nim zrobić, zabierzemy go, a potem się zobaczy co z nim będzie dalej. Mam nadzieję, że nie trafi do schroniska.
– Zróbmy mu zdjęcie i wrzućmy do internetu, może ktoś się zgłosi.- Zaproponował Maciek.
– Dobry pomysł.- Zgodził się Tomek. Maciek natychmiast sięgnął po telefon i zrobił kilka zdjęć pieskowi.
– Ale nie wrzucaj zanim go nie przebada weterynarz.
.

.
Piesek odwrócił uwagę od Moniki, co było jej bardzo na rękę. Wracając z autostrady Tomek zgłosił dyspozytorowi, że znaleźli pieska. Dyspozytor zgodził się, by zabrali go do weterynarza na kontrolę stanu zdrowia, bo alkurat nie miał dla nich żadnego wezwania. Musieli się jednak spieszyć.
Ich pojawienie się w gabinecie weterynaryjnym wywołało lekką sensację. Pani doktor wystraszyła się, że dzieje się coś złego. Maciek obdarzył ją promiennym uśmiechem i rzekł.
– Niech się pani nie boi, nic się nie pali. Nam się trochę pali, bo się spieszymy, a znaleźliśmy na autostradzie porzuconego pieska. Może pani go obejrzeć tak bez kolejeczki?
– Jeśli strażak prosi, to myślę, że wszyscy zrozumieją. Proszę pokazać tego malucha.
Obejrzała psa, zbadała, zajrzała do pyszczka.
– Wygląda na to, że nic mu nie dolega. Pewnie jest głodny.
– Pewnie tak. Można tutaj kupić jakieś jedzenie?
– Jedzenie i wyprawkę…
Maciek wszedł z psem a wyszedł z psem, kilkoma rodzajami karmy dla szczeniąt, miskami na wodę i jedzenie i smyczą oczywiście. Za wszystko zapłacił z własnej kieszeni.
– No, chłopie, zaszalałeś. Czyżbyś chciał go adoptować?- Śmiał się Radek.
– A ty byś goo nie chciał? Masz dom na wsi, byłoby mu tam dobrze.
– Wykluczone. Mam już psa, dwa koty, królika i gołębie. Lepiej, żeby moje dzieci się o nim nie dowiedziały, bo żyć mi nie dadzą.
– Nie zła menażeria.
– A może ty byś go wzięła Monika?
– I kto miałby się nim zajmować kiedy ja będę 24 godziny na służbie?
– No niby tak.
Kiedy zdjęcia pieska pojawiły się w internecie na stronie Straży, od razu były w jego sprawie telefony. Ludzie umawiali się, by przyjść zobaczyć pieska, porozmawiać. Większość z nich mówiła, że ma małe dzieci i chce pieska wziąć dla dziecka, by dziecko maiło się z kim bawić. Większość strażaków miała swoje rodziny i dzieci. Wszyscy jednogłośnie powiedzieli, że takim ludziom nie można oddać zwierzaka. Pies to nie zabawka. Zgłosił się mężczyzna ze wsi w śrenim wieku, ale Mikołaj go znał i wiedział, że ten człowiek trzyma psa przy budzie na zewnątrz. To również nie wchodziło w grę.
Komendant krzywo patrzył na zwierzę w koszarach.
– Co on jeszcze tutaj robi?- Zapytał widząc psiaka na kanapie.
– Szukamy mu domu, ale to musi potrwać.
– A jak mi wpadnie kontrol? Tu nie można trzymać zwierząt.
– Panie komendancie… Niech pan na niego spojrzy…- Monika rozczulona głaskała śpiącego psiaka. On spojrzał, ale na jej twarz. Wiedział co ją spotkało, rozmawiał z Adamskim. Podszedł i podrapał psiaka, który natychhmiast podniósł głowę i zaczął machać ogonem.
– To jest pies dla pana.- Stwierdził z przekąsem Tomasz.
– Właśnie, lubi pana. Poza tym pan pracuje w systemie ośmiogodzinnym, ma pan dom z dużym ogrodem…- Podchwycił Maciek.
– I jest pan rozsądny i odpowiedzialny…- Dodał swoje trzy grosze Radek.
– No, no.- Komendant pogroził mu palcem i poszedł do siebie, a pies zeskoczył z kanapy, pobiegł za wyspę kuchenną i tam zsikał się na podłogę.
– Kurdę!- Piotrek szybko powycierał, żeby komendant nie zobaczył, ani nie wyczuł, po czym przetarł to miesce octem, żeby zniechęcić go do zostawienia w tym miejscu kolejnej plamy.
– A może wymyślimy mu jakieś imię? Co powiecie na Strażak?
– Albo Aspirant.
– Niee. Aspirant do nogi. Niee..
– Racja, to nie brzmi.
– Niech komendant mu wymyśla imię.- Mruknął Jacek.
A jak go nie weźmie?
– Weźmie, weźmie. – Tomek mruknął porozumiewawczo do Radka.
Rozmowę przerwało wezwanie na akcję. Van na autostradzie uderzyl w barierki. Na szczęście kierowca był cały i zdrowy.
Kolejne wezwanie dotyczyło próby samobójczej. Potencjalny samobójca wyszedł na dach własnego domu, więc na miejsce zadysponowano zastęp pierwszy i wysięgnik z koszem.
Jadąc bardzo się spieszyli, żeby ten człowiek nie zdążył skoczyć. Pół kilometra przed dotarciem na miejsce wyłączyli sygnały dźwiękowe i świetlne. Tę zasadę wprowadzono, żeby zamieszanie nie spowodowało przyspieszenia decyzji o samobójstwie. Byli pierwsi na miejscu. Dom miał trzy kondygnacje i strzelisty dach o dużym nachyleniu, a na szczycie siedziała młoda kobieta. Na dole przed domem stała przerażona matka.
– Poczekajcie z tym wysięgnikiem. Uprząż. Sam do niej pójdę. Radek ty się trzymaj na dystans. Reszta rozłoży materac na wszelki wypadek.
– Kaśka, co ty wyprawiasz, dziecko! Zejdź, błagam cię!- Krzyczała matka. Tomek podszedł do niej.
– Proszę pani, proszę nie krzyczeć. To nie pomaga.
– To co ja mam robić? Przecież ona się zabije.
– Monika zajmiesz się panią? Uspokój ją proszę, weź ją do domu. Najpierw pokaże nam pani drogę na strych, jak tam można wyjść, a potem pójdzie pani do kuchni z moją koleżanką. My się tym zajmiemy. Prosze się uspokoić.- Poklepał kobietę po ramieniu. Zauwfała mu. Pokazała wyjście na strych. Tomasz przypiął linę do uprzęży. Radek miał go asekurować. Tomasz wyszedł na dach i powoli posówał się szczytem.
Widząc go dziewczyna zaniepokoiła się.
– Co robisz, nie podchodź!- Krzyknęła.
– Jak ty tu weszłaś? Odważna jesteś.- Zagadnął.
– Zwariowałeś, spadniesz!
– Chciałem zobaczyć świat z twojej perspektywy.
Usiadł na szczycie dachu, w odległości dwóch metrów od niej. Bliżej nie pozwoliła mu podejść. Monika nie miała pojęcia co tam się dzieje, musiała jakoś uspokoić matkę dziewczyny. Pytała ją, czemu córka podjęła taką decyzję.
Tomek tymczasem rozejrzał się wokoło.
– Wow, piękne widoki… Wicać całe centrum miasta. Można nabrać dystansu do życia, kiedy spojrzy się z takiej perspektywy…
Dziewczyna parsknęła. Miała mokre oczy.
– Chyba chciałaś coś przemyśleć tutaj… Właściwie jak masz na imię?
– Kaśka.
– Ja jestem Tomek. Powiesz mi co się dzieje?
– Chcę umrzeć.- Zaczęła płakać.
– Myślę, że nie szukasz śmierci, tylko pomocy. Nikt cię nie rozumie, albo nie słucha, kiedy ty prosisz o pomoc. Olewają cię, bo mają własne problemy.
Zauważył, że skupił na sobie jej uwagę. Czyli trafił na dobry trop. Musiał uważać na każde słowo. W jego rękach było życie tej dziewczyny.
– To zabrzmi jak banał, ale cokolwiek się stało, nie jest warte ani twoich łez, ani tego co chcesz zrobić.
– Nic nie rozumiesz.
– To mi powiedz. Sporo w życiu widziałem i sporo przeżyłem. Może wcale nie tak trudno cię zrozumieć.
– Tak? A zgwałcił cię ktoś kogo kochasz i zaszedłeś potem w ciążę?- Krzyknęła przez łzy i zachwiała się. Przysunął się bliżej, lecz wciąż nie mógł jej dosięgnąć.
– Nie. Ale kocham kobietę, którą ktoś próbował zgwałcić. Niestety nie mogę jej tego powiedzieć, bo nie mogę z nią być.
– Dlaczego?
– Przepisy mi tego zabraniają.
– Jak to przepisy?
– Pracujemy razem. Jest moją podkomendną.
– Codziennie widzisz ją w pracy i nic nie możesz?
– Dokładnie. To nic fajnego. Poza tym… Sam jestem dzieckiem z gwałtu. Moja matka też mogła wyjść na dach i skoczyć, ale tego nie zrobiła. Cierpiała, jak ty, ale mnie urodziła. A kiedy miałem roczek poznała miłość swego życia. Wyszła za niego i był dla mnie wspaniałym kochającym ojcem, a przy nim jej rany duchowe zagoiły się i była szczęśliwa.
– Naprawdę?
– Tak. Dzięki niemu zostałem strażakiem. A teraz jestem tutaj i rozmawiam z tobą. Posłuchaj Kasia. Nie obiecam ci, że będzie pięknie. Będziesz cierpiała, jeszcze nie raz ludzie cię zawiodą. Ale jeśli dasz szansę sobie i temu dziecku, które nosisz pod sercem… Może któregoś dnia to dziecko wyrośnie na człowieka, który będzie pomagał innym, może kogoś uratuje. Nie odbieraj sobie i jemu szansy na szczęście, które czeka na was. Wierzę w to, że jeszcze będziesz szczęśliwa. Są instytucje, które pomagają osobom w takim kryzysie jak ty teraz. Zupełnie darmowe. Nikt cię tam nie będzie osądzał, pouczał, za to dostaniesz tam naprawdę dużo wsparcia. Może znajdziesz jakiś nowy fajny pomysł na życie.- Znów się przysunął, korzystając z tego, że skupiła uwagę na słuchaniu go.- Teraz jest trudno, wiem. Ale to się zmieni. Nie będzie źle na zawsze. To co złe też się kiedyś kończy. Musisz tylko dać sobie szansę. I temu dziecku. Dać mu szansę, by poznało co to jest bezwarunkowa miłość. Jak smakują lody, jak fajnie jest skakać po kałużach w deszczu… Daj mi rękę i pozwól mi zabrać cię z powrotem na dół. Pomogę ci.- Wyciągnął do niej rękę.
– Naprawdę myślisz, że mogę być jeszcze szczęsliwa?
– Oczywiście, Kasiu. Jesteś młodą, śliczną, wspaniałą dziewczyną. Trafiłaś na wyjątkowego buca, ale nie wszyscy są tacy. Daj mi rękę.
Patrzył jej w oczy. Gdyby teraz zdecydowała się skoczyć, widok tych oczu nie dałby mu spać do końca życia. Ale ona podała mi rękę. Chwycił ją mocno.
– Dobrze. Bardzo dobrze. Widzisz? Jesteś bardzo dzielna.
Przez radio skontaktował się z zastępem.
– Dajcie wysięgnik na górę.
Czekający na dole w napięciu, mogli odetchnąć. Udało mu się przekonać ją, by nie skończyła ze sobą. Trzymając ją mocno, przsówał się powoli do samej krawędzi dachu. W koszu wysięgnika czekał już Mikołaj.
– Mikołaj pomoże ci wejść do kosza. Teraz powoli, ostroźnie. Najpierw przełóż nogi w tamtą stronę.
Mikołaj pomógł jej wejść do kosza. Za nią wszedł też Tomek. Odpiął linę i dał znać Radkowi, że może ją zwijać.
– Widzi pani? Kasia nie skoczyła. Proszę iść do niej, bardzo teraz pani potrzebuje.- Uśmiechnęła się Monika, widząc przez okno jak z kosza wysiadają trzy osoby. Kobieta pobiegła na zewnątrz i uściskała córkę. Obie płakały.
– Dobra robota.- Mruknął policjant do Tomka, zdejmujcego z głowy chełm i odpinającego uprząż. Policja przywiozła negocjatora, ale okazał się niepotrzebny. Adamski wyjął z kieszeni broszurkę i dał ją dziewczynie.
– Kasiu… To są numery telefonów, pod którymi znajdziesz wsparcie i dobrą radę w każdej trudnej sytuacji. Z całego serca życzę ci powodzenia.- Uśmiechnął się.
– Dziekuję.- Szepnęła dziewczyna, biorąc broszurkę.
– Dziękuję panu. Tak bardzo dziękuję. Uratował pan życie mojemu dziecku. Dziękuję.- Matka dziewczyny rzuciła mu się na szyję i wycałowała go po policzkach. On zareagował na to bardzo powściągliwie.
– Córka potrzebuje mądrej miłości, zrozumienia i wsparcia. Życzę wszystkiego dobrego i obyśmy się nie musieli nigdy więcej spotkać w takich okolicznościach.
Tymczasem dziewczyna zauważyła Monikę stojącą w pobliżu. Jej wzrok spoczął na obrażeniach widocznych na twarzy Moniki.
Matka podpisała protokół dla Tomka, zwinęli materac, zapakowali sprzęt do samochodu i wsiedli, zostawiając matkę i córkę z policją.
Tomek wsiadł do samochodu i wywołał dyspozytora przez radio.
– Zgłaszam działania zakończone sukcesem. Niedoszła samobójczyni przekazana matce. Na miejscu obecna policja, a my wracamy do koszar.
– Zrozumiałem prawidłowo. Dobrze słyszeć takie wieści.- Odpowiedział dyspozytor.
– Ładna dziewczyna. Co to się podziało, że chciała się targnąć na życie?- Zapytał Maciek.
– Żle ulokowała uczucia. Zakochała się kimś, a on ją zgwałcił. W wyniku gwałtu zaszła w ciążę.
– Kurdę, paskudna historia. Biedna dziewczyna.- Kręcił głową Radek.
– Co za świat…- Westchnął Maciek.
– Jak ją przekonałeś?
– Tak, jak mnie uczono.- Uciął krótko, nie wdając się w szczegóły.
– Szacun, bracie. Dobra robota.
Tomek nie odczówał ani dumy, ani radości. Było to dla niego potężne obciążenie psychiczne. Gdy wrócili do koszar, poszedł prosto na siłownię. Gdy tylko się oddalił, Maciek mruknął do Moniki konspiracyjnym tonem:
– Rano podsłuchałem, że Sandra złożyła wymówienie.
– Poważnie? Odchodzi?
– Będzie wakat na stanowisku…
– Hm… Dzięki za info.- Monika od razu wykorzystała tę informację i wysłała wiadomość do siostry.
– Gdzie jest piesek?- Mikołaj rozglądał się, ale szczeniaka nigdzie nie było.- Hej, pies chyba uciekł!- Biegał i szuał go wszędzie. Inni też się rozglądali. Wybiegł do hallu. Sandra właśnie prowadziła jakąś rozmowę telefoniczną.
– Sandra nie widziałaś szczeniaka?
Zasłoniła mikrofon w słucawce dłonią i odpowiedziała:
– Komendant zabrał go do siebie.
– Ha!- Mikołaj wrócił do pozostałych, aby przekazać im nowinę.
– Wiedziałem!- Śmiał się Radek.
Monika także poszła do siłowni. Nie pytała jak Tomasz się czuje, nie mówiła nic. Po prostu zaczeła ćwiczyć, w milczeniu.
Minęło może dwadzieścia minut takich ćwiczeń w kompletnej ciszy, kiedy przyszło kolejne wezwanie. Tomek otarł pot ręcznikiem, a wychodząc klepnął Monikę w ramię i pobiegł. Ona za nim. Było to jak powiedzienie „Dzięki za wsparcie”.
Rozumieli się bez zbędnych słów.
Jesień przynosiła coraz niższe temperatury, coraz więcej ponurych dni. Podniósł się procent wyjazdów do czujek trlenku węgla, wypadków drogowych.
Na tablicy w socjalnym pojawił się grafik pracy na resztę roku. Wzbudził duże zainteresowanie.
– No to mamy służbę w wigilię.- Westchnął Maciek.
– I wolny dzień w sylwestra.- Ucieszył się Mikołaj.
– Wolisz sylwka od wigilii?- Zapytała Monika.
– Jasne. Jak mam wysłuchiwać tych kłutni o politykę, albo pytań kiedy się ustatkuję to jasne, że wolę imrezkę w sylwestra.
– A kiedy się ustatkujesz, Mikuś?- Zapytał żartobliwie Radek.
– Ja mam czas. Lepiej zapytajcie dowódcę.- Mruknął Mikołaj tak, by Tomek tego nie słyszał.- Poza tym mam dziewczynę.
– Masz dziewczynę? No… Zmężniejesz.
– Ja nie mam problemu z powodzeniem u kobiet.
– No to będzie imprezka strażacka w sylwestra.- Ucieszył się Maciek.- Co wy na to?
– Tylko gdzie ty znajdziesz lokal do wynajęcia teraz? Jest za późno. Wszystko już pewnie porezerwowane.
– E tam. Teraz wszyscy spędzają sylwester na domówkach, nie w lokalach. Wynajmijmy sobie jakąś remizę OSP na wsi.
– Spoko, jak znajdziesz lokal to jestem za.
– Ja nie znajdę?- Maciek wypiął dumnie pierś do przodu.- Zróbcie listę. Kto chętny na wspólnego sylweriusza, niech się wpisze czy przyjdzie sam, czy z drugą połówką. A ja zorganizuję resztę.
– Trzymamy cię za słowo, Maćku.
Monika chciała podpytać Tomka o plany, ale nie śmiała przy kolegach.
Tego dnia Sandra była w pracy ostatni dzień. Miała wprowadzić w swoje obowiązki nową recepcjonistkę. Tą nową recepcjonistką została Dominika. Tomek był zaskoczony widząc ją.
– Dominika? Będziesz tu pracować?
– Mhm. Fajnie, nie?
– No fajnie. Powodzenia w nowej pracy.- Uśmiechnął się. Sandra obserwowała tę scenę spode brwi. Nie była zachwycona, ale nie zamierzała tego komentować.
– Domi, udało się.- Szepnęła Monika z promiennym uśmiechem. Siostra puściła jej oko.
– Przepraszam, możecie nam nie przeszkadzać? Musze wprowadzić koleżankę w obowiązki.
– Ni przeszkadzamy. Miło cię widzieć.- Uśmiechnął się do sąsiadki jeszcze raz i wróćił do swoich obowiązków.
W ostatnich latach zimy były lekkie, śniegu nie wiele, a temperatury często dodatnie. W tym roku zima postanowiła o sobie przypomnieć. Utrzymywały się temperatury od minus pięciu w dół. Przed świetami nie było jednak śniegu i nic nie zapowiadało, że święta będą białe.
Żony strażaków jak co roku przygotowały potrawy wigilijne, każda inną. W sali socjalnej pojawiła się żywa choinka, a na niej oprócz bombek z logo PSP zawisły wykonane przez dzieci ozdoby. To dało strażakom poczucie że rodzina jest z nimi w tym czasie. Pod choinką pojawił się duży prezent zapakowany w kolorowy papier.
Nawet w wigilię strażacy mieli co robić od samego rana. Pierwszy wyjazd był do uatniającego się tlenku węgla. Poziom tlenku był na tyle wysoki, że zagrażał życiu mieszkańców. Na szczęście w porę się zorientowali i opuścili dom. Mimo to, wymagali transportu do szpitala.
Kilka kolejnych wyjazdów do niegroźnych stłuczek na drodze. Po południu zrobiło się spokojniej. Strażacy mogli w socjalnym ułożyć stoły, nakryć białymi obrusami, na których wylądowały świąteczne stroiki. Bardzo elegancko zastawione stoły czekały na rozpoczęcie kolacji. Pojawił się komendant, a nawet kapelan. Wtedy wszyscy zebrali się przy stołach. Kapelan przywitał się, zaczął od modlitwy. Przeczytał fragment pisma świętego, a potem zaśpiewali wspólnie kolędę. Kapelan wziął w dłoń opłatek. Było ich tyle, aby nikomu nie zabrakło.
– W tej trudnej służbie życzę wam nie tylko tylu powrotów ilu wyjazdów, ale życzę, aby tych wyjazdów było jak najmniej, aby dobrze się kończyły. Życzę wyrozumiałości ze strony waszych wspaniałych żon. Niech was Bóg strzeże i wam błogosławi każdego dnia.
Potem wszyscy zaczęli sobie nawzajem składać życzenia. Było przy tym dużo żartów i śmiechu. Monika pierwszy raz w życiu mogła przęzyć taką wspólną strażacką wigilię. Tak mocno wsiąknęła już w to środowisko, że nie wyobrażała sobie innego życia. Kochała tę pracę tak samo, jak wszyscy tu obecni. Naprawdę byli rodziną. Ta świadmość była jedną z najcenniejszych rzeczy w jej życiu.
Po życzeniach zasiedli do stołu. To komendant pełnił rolę kelnera. Wszystkie potrawy były bardzo smaczne, ciasta także.
– Nie zdarza się zbyt często, żebyśy mogli spędzić tyle czasu na luzie spokojnie zjeść.- Stwierdził z zadowoleniem Maciek.- To miłe.
– Prawda. W zeszłym roku to była szalona wigilia.- Przyznał Jacek.
– Nawet nie wspominaj, żeby nie zapeszyć.
– To co? Może jeszcze coś zaśpiewamy?- Zapytał kapelan.
Około dwudziestej pierwszej dopiero mieli wezwanie do pożaru sadzy w kominie, a potem do samochodu, który wylądował w rowie. Obyło się bez poszkodowanych.
Dopiero po świętach zaczął sypać śnieg. Na ostatniej służbie tego roku mieli z tym sporo roboty. Śnieg zalegał na drogach, utrudniał ruch. Gałęzie drzew łamały się, spadając na linie ektryczne i trakcje. Praktycznie nie wracali do koszar, jeździli od jednego wezwania do drugiego. Z ulgą przyjęli koniec służby.
W sylwestrowy wieczór w miejscowości z której pochodził Tomek, pod remizą OSP pojawiło się sporo samochodów. Trzy zastępy w pełnym składzie, ze współmałżonkami, które tym razem nie musiały nic przygotowywać. Dzieki zrzutce mogli wynająć catering, oraz DJ’a.
Na dole znajdowały się garaże i przestrzeń wyłącznie strażaca, a lokal na imprezy znajdował się na piętrze. Wszyscy elegancko ubrani, w garniturach, kobiety w pięknych sukienkach, makijażach, fryzurach. Mikołaj zaskoczył wszystkich tym, z jaką dziewczyną pojawił się na imprezie.
– Pamiętasz Kasię?- Zapytał, a Tomek nie krył zaskoczenia. To była ta sama dziewczyna, którą ściągał z dachu. Jej ciąża była już bardzo widoczna.
– Pamiętam. Cudownie wyglądasz Kasiu. Promieniejesz. Dobrze cię widzieć w takiej formie.
– Dziękuję. Panu to zawdzięczam.
– O ile pamiętam byliśmy już na „ty”. Niech tak zostanie.
– Dobrze.
W końcu zjawiła się Monika. W czerwonej dopasowanej, krótkiej sukience wyglądała świetnie. Włosy miała rozpuszczone, a makijaż pięnie podkreślał jej urodę. Weszła do remizy i rozejrzała się. Muzyka już grała, wszyscy byli obecni. Przy wejściu były wieszaki. Gdy zdejmowała płaszcz, pojawił się przy niej Tomek, wziął płaszcz i powiesił go na wieszaku.
Wyglądał świetnie w czarnym garniturze, białej koszuli i muszce. Jak model z żurnala, albo jakiś aktor.
– Wyglądasz olśniewająco.- Powiedział, rozkoszując się widokiem, jaki miał przed oczami.
– Dziękuję. Ty też robisz wrażenie. Przyszłam ostatnia?
– Na to wygląda.
– Mam gdzie usiąść?
– Zapraszam.
Żona Maćka obserwowała ich i mruknęła do męża.
– Widziałeś? Twój dowódca chyba wreszcie znalazł odpowiednią kobietę.
– Kogo? Monię?
– Mhm… Nie widzisz tego? Przecież między nimi aż iskrzy.
– Nawet jeśli, to oni sami chyba tego nie zauważają. Na służbie żadnych sygnałó nie dają.
– A bo wy faceci to jesteście ślepi na takie rzeczy. Nie, Madzia?- Zapytała żonę Radka.
– Ale co, bo nie słuchałam?
– No popatrz na Tomka i Monikę. Co widzisz?
Madalena spojrzała dyskretnie.
– No… Ogień. Na sto procent łączy ich coś więcej niż praca.
– Sam widzisz.- Wzruszyła ramionami Jola, żona Maćka.
Tymczasem Monika przywitała się ze wszystkimi, po czym poszła zająć miejsce przy stole. Tomek odsunął jej krzesło. Siedzieli obok siebie, Między Mikołajem i Kasią, a Robertem i Iwoną.
DJ przemówil do mikrofonu.
– Dostałem cynk, że wszyscy już są, więc zaczynamy ten piękny wieczór! Dziś nie myślicie o trudach służby, tylko się bawicie! Na dobry początek wjedzie zaraz pierwsze ciepłe danie, a potem chcę zobaczyć wszystkich na parkiecie!
Monika była trochę spięta. Czuła na sobie spojrzenia.
Kiedy DJ znów wezwał wszystkich na parkiet, Tomek zapytał:
– Zatańczysz?
– Nie jestem w tym dobra.
– Nie przejmuj się, ja też.- Wziął ją za rękę i wyszli na parkiet.
– Wszyscy się gapią.- Szepnęła mu do ucha. W szpilkach musiała nieco wspiąć się na palce, by móc to zrobić.
– Nie przejmuj się, niech się gapią. Jesteś najpiękniejsza na tej sali, to się gapią.
Roześmiała się.
– Dajmy im powód do plotek.- Rzekł uśmiechając się z przekąsem i puścił do niej oko. Nie musiał jej więcej przekonywać. Była mu wdzięczna, że nie musiała wykonywać żadnych ewolucji w tańcu, bardzo dobrze im się tazem tańczyło na parkiecie.
– Rozkręcacie się! A teraz rozpalmy parkiet do czerwoności! Belgijka!
Mikołaj się ucieszył najbardziej z tej belgijki, ale jego dziewczyna była w ciąży. Nie mogła tak szaleć. Porwał więc do tańca panią kelnerkę i poprowadził z nią w pierwszej parze.
Monika rzadko bywała na taich tanecznych imprezach, ale szybko nauczyła się kroków. To był szybki, szalony taniec z bogatą choreografią, zmianą partnerów po kolei, aż wróciło się do swojego własnego. Były i podnoszenia. Akurat tak trafiło, że to Maciek wziął ją na ręce, podniósł i kręcił się wokół własnej osi, a potem zwrot i dalej w szalonym tempie. Monika śmiała się głośno.
Wszyscy doskonale się bawili, nawet jeśli dostawali zadyszki. W końcu DJ się ulitował;
– To jest właśnie to! Strażacy wiedzą jak rozpalić parkiet! Macie kondycję, jak mało kto! No to teraz dla uspokojenia palpitacji serca kilka evergreenów.
– Wow, dawno się tak nie ubawiłam. Belgijka jest świetna- Stwierdziła Monika.
Mikołaj wrócił do swojej dziewczyny i wyciągnął ją z powrotem na parkiet.
– Widziałaś z kim przyszedł Mikołaj?
– Właśnie wydaje mie się, że gdzieś ją widziałam, ale nie kojarzę.
– To ta dziewczyna, która chciała popełnić samobójstwo.
– Poważnie? TO jest jego dziewczyna?
– Nie powinien wchodzić w relację z kimś, kogo ratował.
– Bezpośrednio to ty ją ratowałeś, nie on. Ale fakt, to trochę dziwne…
– Mam nadzieję, że on wie co robi. I że kieruje się właściwymi pobudkami. Bo współczucie i sympatia to nie jest właściwy fundament związku. A jeśli coś się popsuje między nimi? Czy ona nie wyjdzie znów na ten dach?
– Miejmy nadzieję, że nie będzie takich scenariuszy.
– Tomek, pozwolisz, że zatańczę z koleżanką z roty?- Zapytał nagle Maciek.
– Jeśli ty pozwolisz zatańczyć z Jolą…
Zamienili się partnerkami.
– Ale sexi wyglądasz, Monia! Na co dzień w mundurze, w nomexach a tu nagle szpile i w ogóle… Nie ta kobieta.
– Cóż, nie można ubierać szpilek do nomexów…- Zażartowała.- Twoja żona też super laska.
– No, mam fart. Moja żona to prawdziwy skarb. Wytrzymuje ze mną już od dziesięciu lat. To moja pierwsza miłość.
– Super. Nie wielu ludzi może się pochwalić, że od razu tafiło na tę właściwą druga połówkę.
– A ty? Nie trafiłaś? Taka super dziewczyna, fajna i atrakcyjna?
– No jak widać…
Monika musiała zatańczyć z każdym członkiem swojego zastępu, nim wróciła w ramiona Tomka.
Podano kolejne ciepłe danie, a po nim płonące lody. To też było okazją do żartów w stylu:
– Leć po gaśnicę! Pali się! Na imprezie obecny był też alkohol. Strażacy mogli sobie pozwolić na rozsądne picie, bo każdy przyszedł z żoną, która mogła odwieźć go do domu. Tomek i Radek mogli nawet pójść do domu piechotą. Radek nie zamierzał sobie niczego odmawiać, a Tomek pił bardzo niewiele. Kiedy koledzy mu proponowali, odmawiał.
– No jak to? Ze mną się nie napijesz.
– Spasuję. Nie lubię tracić kontroli nad własnym ciałem.- Odpowiadał. Wykorzystał moment, kiedy rozbawione towarzystwo wreszcie przestało zwracać na nich uwagę. Wziął płaszcze z wieszaka i wyszedł na bakon, a Monika za nim. Na zewnątrz panował ośmieostopniowy mróz, ale nie było wiatru.
– No, chwila spokoju.- Odetchnął.
– Fajna impreza.
– Kiedy ludzie są fajni to impreza jest fajna. Chociaż chętnie zamieniłbym ją na jakiś ciepły cichy kącik w mniej licznym towarzystwie…
– Jakim?- Zapytała prowokacyjnie. Uśmiechnął się półgębkiem. Milczał chwilę, po czym poprawił jej płaszcz, otulając ją mocniej, by nie zmarzła.
– Dobrze cię widzieć taką roześmianą, beztroską, wyluzowaną.
– A ten luz to przez procenty. Mam słabą głowę.
– Ile wypiłaś? Dwa kieliszki.
– Tak. Caluśkie dwa kieliszki.- Śmiała się.
– Ech, Monika…- Pociągnął ja za płaszcz i wsunął pod niego rękę. Chwycił ją w talii i patrzył. Z wielką przyjemnością, nic nie mówiąc, patrzył tylko. Położyła mu dłoń na piersi.
– Tomek… Czy coś się dzieje między nami?
Pokiwał głową. Spuściła wzrok i stała tak, wpatrując się w swoją rękę na jego klatce. Pięknie wyrzeźbionej, twardej.
– Co się dzieje w twojej głowie?- Zapytał.
– Bardzo dużo…
– Nie każ mi zgadywać. Jestem tylko mężczyzną.- Szepnął. Wolną dłonią zaczął pieścić jej kark.
– Najchętniej ulotniłabym się stąd w tej chwili.
– Po północy możemy wiać. Wypiją więcej, poza tym będzie już po odliczaniu, po życzeniach. Znajdziemy pretekst i się ulotnimy.
Monika zmarszczyła brwi i zrobiła przepraszającą minę.
– Cholera… Bardzo mi tu z tobą dobrze, na tym balkoniku, ale… Odmarzają mi stopy…
– Boże, przepraszam, nie pomyślałem. Wracajmy. – Otworzył drzwi, puścił ją przodem. Zostawiłą płaszcz na wieszaku i usiadła przy stole. Sięgnęła donią do stopy, była bardzo zimna. Musiała się jakoś rozgrzać. Zdjęła buty i próbowała rozcierać stopy.
– Zaczekaj, pomogę ci.- Tomek usiadł i klepnął się w uda.- Zdejmij buty, połóż mi stopy na nogach.
Zakołoptana zrobiła to, a on zaczął rozcierać je dłońmi. Rzeczywiście były bardzo zimne.
– Co to się stanęło, Moniczka?- Zapytał podchmielony Robert.- Stópki cię bolą od tańca?
– Od zimna. Wyszłam na zwenątrz i odmroziłam sobie stopy.
– A, to trzeba ratować, żebyś się nie pochorowała.
– Polej mi, Robo. Szybciej się rozgrzeję.
– A pewnie, że poleję, pewnie. Który kieliszek twój?
Podsunęła mu kieliszek, a on go napełnił. Wypiła całą setkę naraz i podstawiła znowu, a on nalał.
– No, Monia, ja nie wiedziałem, że z ciebie taki zawodnik do picia. Dziewczyna do tańca i do różańca, do gaśnicy i do spódnicy.
– Robo może ty już nie pij, bo za chwilę zaczniejsz wiersze pisać.- Śmiał się Tomek.
– Właśnie. Słyszałeś?- Żona szturchnęła go w ramię.
– Spokojnie, kochanie, bo ja tu polewam koleżance.
– Dziękuję, już mi więcej nie polewaj.- Drugi kieliszek wypiła jednym łykiem i przepiła kolą.
– Cieplej ci już trochę?
– Trochę. Jeszcze rozcieraj, proszę.
Zabawa trwała w najlepsze, północ zbliżała się szybkimi krokami. DJ powiedział, że skoro zdecydowali się świętować nowy rok bez fajerwerków, to zostaną wewnątrz budynku i odpalą sztuczne ognie i zaśpiewają „Sto lat”.
Tak też było. Najpierw bardzo głośne wspólne odliczanie, potem zimne ognie i śpiewanie a potem życzenia na nowy rok. Powstało spore zamieszanie. Tomek zapytał ją na ucho:
Spadamy?
Kiwnęła głową. Przemknął do wieszaków, wziął oba paszcze i wymknął się na dół, na parking. Ona upewniła się tylko, czy ma torebkę i jej całą zawartość i po chwili także wyszła. Pomógł jej się ubrac i wsiedli do jego samochodu.
– To gdzie jedziemy? Do ciebie, czy do mnie?
– Piłeś coś?- Zapytała. Istotnie wypił trochę, lepiej było nie ryzykować jazdy do miasta i spotkania z patrolem drogowym.
– Do mnie.- Kiwnął głową.
Mieszkał blisko, więc szybko znaleźli się na jego posesji.
Pierwszy raz tutaj była. Czekała, aż otworzy drzwi i zastanawiała się co jeszcze przyniesie ten wieczór. Puścił ją przodem, wziął od niej płąszcz. W domu panowało przyjemne ciepło. Rozejrzała się. Jego dom był urządzony nowocześnie i minimalistycznie. Panował w nim idealny porządek.
– Ładnie mieszkasz.
– Dziękuję.
– Rozgość się, mi casa es su casa.
– Muchas gracias querido.
– No proszę. Nie przestajesz mnie zaskakiwać.
– To dobrze, tak powinno być.- Uśmiechnęła się i usiadła wygodnie na kanapie.
– Napijesz się czegoś ciepłego? A może czegoś mocniejszego?
– Napiję się, jeśli ty się napijesz. Nie będę przecież pić sama.
– Dobrze, coś znajdę.
– Pilotem włączył kominek gazowy, wyjął z barku dwa kieliszki i szampana. Zdjął marynarkę i muszkę, rozpiął dwa guziki w koszuli. Nalał im, po czym przyciemnił światła i przysiadł się do niej.
– Proszę. Uczcijmy ten ostatni rok i najlepszą rzecz jaką mogłaś zrobić w życiu.
– Czyli jaką?
– Właściwie dwie rzeczy w jednej. Twoje przyjście do straży i pojawienie się w moim życiu.- Uśmiechnął się.
– Dominika mówi, że ta praca mnie zmieniła…
– Bo ta praca zmienia. Każdego. Każda akcja pozostawia ślady w człowieku. Ale wiesz jak to mówią…. Złoto chartuje się w ogniu…
– No tak, prawda.- Zapatrzyła się w płomienie w kominku.
– Dobrze, że zwialiśmy i wreszcie możemy posiedzieć w ciszy i spokoju. Z dala od spojrzeń i plotek za plecami.
– Myślisz, że plotkują?
Myślę, że po dzisiejszej imprezie mogą.
– Impreza to impreza. Rządzi się swoimi prawami.
Otoczył ją ramieniem. Przylgnęła do niego z przyjemnością.
– Nigdy nie spotkałem takiej kobiety, jak ty… Jesteś niezwykła, wiesz?
– Pewnie mówisz to każdej.- Zażartowała.
– Nie. Znasz mnie, nie nadużywam słów.
– To prawda.
– Monika… – Wyjął z jej dłoni kieliszek i oba odstawił na stolik. Spojrzał jej w oczy, szukając w nich odpowiedzi. Pochylił się i zatrzymał tuż nad jej twarzą. Ich nosy się dotykały. Nie cofnęła się. Pocałował ją. Długo, namitnie, po czym cofnął się nieznacznie. Od tylu miesięcy o tym marzył…
– Tomek… Ile nam wolno? Dokąd to nas zaprowadzi?
– Na razie komendant nic nie musi wiedzieć. Wystarczy, że będziemy dyskretni i zobaczymy co dalej. Czy nam wyjdzie.
– A jeśli wyjdzie?
– Zasady są takie, że generalnie nie ma zakazu, żeby osoby będące w związku służyły w jednym zastępie. Przepis zabrania tego w przypadku, jeśliby jeden małżonek dowodził drugim. Czyli póki nie jesteśmy małżeństwem, nie ma problemu. A gdybyśmy byli, wystraczy żeby jedno z nas przeniosło się na inną zmianę.
– Nie wyobrażam sobie pracować z kimś innym, na innej zmianie… Musimy być dyskretni.
– Mamy więc uzgodnione.- Mruknął i znów ja pocałował. Położył się i pociągnął ja na siebie.
– Ta twoja sukienka doprowadzała mnie do obłędu przez cały wieczór…
– A ty mnie doprowadzasz do obłędu, kiedy paradujesz w pracy bez koszulki.
– Dobrze wiedzieć. Będę to robił częściej.
Pociągnął sówak jej sukienki w dół. Zatrzymał się.
– Mogę?
– Najpierw ty.
Chwilę później leżał z nagim torsem.
– Teraz ty.- Pociągnął zamek do końca, a ona usiadła mu na biodrach i zdjęła sukienkę. Miała na sobie czerwony koronkowy stanik.
– Boże, jesteś taka pięna… Uszczypnij mnie, bo nie wierzę, że to się dzieje naprawdę.
Monika obudziła się w sypialni i nie była to jej sypialnia. Okno zasłaniały ciężkie szare zasłony, blokując dostęp światła dziennego. Leżała wtulona w Tomka, a on patrzył na nią z przyjemnością.
– Nie śpisz?
– Nie.- Odparł krótko z uśmiechem.
– Która godzina?
– Dopiero dziewiąta. A my mamy przed sobą cały wolny dzień. Mogę sobie tak leżeć i patrzeć na ciebie.
– Pewnie wyglądam okropnie. Jestem rozczochrana.
– Jesteś idealna.- Szepnął i odgarnął niesforny kosmyk włosów z jej twarzy.
Pocałowała go w pierś i położyła się. Napawali się tym, że wreszcie mogą być razem. W końcu Tomek nie mógł już ignorować burczenia wbrzuchu.
– Trzeba pomyśleć o jakimś śniadaniu. Na co masz ochotę?
– A co serwujesz?
– Pomyślmy… Jajecznicę, albo parówki. Albo naleśniki, ale z tym dużo roboty. Wiem, a co powiesz na tosty?
– Tosty.
– Z czymś konkretnym?
– Zdam się na ciebie.
– Dobrze. Zostań tu. Nigdzie się stąd nie ruszaj. Zaraz wrócę ze śniadaniem.
– Ok.
Pocałował ją, włożył szlafrok i rozsunął zasłony wpuszczając światło do sypialni po czym poszedł do kuchni. Monika rozejrzała się po sypialni. Było tu dwoje drzwi. Jednymi wyszedł do kuchni, więc drugie musiały prowadzić do łazienki. Wyskoczyła szybko z łóżka i pobiegła do łazienki. Musiała sprawdzić, czy nie wygląda jak straszydło i doprowadzić się do ładu.
Zdążyła wrócić do łóżka zanim wrócił z tacą.
– Podano do stołu.
Usiadła na łóżku, zasłaniając kołdrą ciało. Tosty pachniały smakowicie. Było masło do smarowania i konfitury. No i kawa.
– Pyszne.- Uśmiechnęła się chrupiąc tosta.
– Smakowałoby mi lepiej w ten sposób…- Pociągnął kołdrę w dół, odsłaniając jej piersi.- Pacnęła go w rękę i poprawiła kołdrę.
– Za szybko by ci się przyjadło.
– Twarda z ciebie sztuka.
Kiedy zjedli, zaniósł tacę z powrotem. Gdy wrócił, wyciągnął ją z łóżka.
– Musimy koniecznie nadrobić te miesiące męki.
– Męki?
– To była straszna męka, nie móc cię dotknąć, zbliżyć się…- Posadził ja na parapecie okna.
– Zwariowałeś. Ktoś zobaczy mój goły zadek przez okno.
– Okno wychodzi na ogród, nikt nic nie zobaczy.
Spojrzała za siebie. Rzeczywiście za domem był dość duży teren, a ogrodzenie dość wysokie.
Zachęcił ją, by oplotla go nogami i patrzył. Chciał zapamiętać ją taką, by móc przywołać ten obraz, kiedy będzie ubrana w nomexy i chełm. Chciał, by jego place zapamiętały miękkość i gładkość jej skóry.
Podczas pierwszej służby w nowym roku w rozmowach przewijał się głównie temat imprezy sylwestrowej. Sukienka Moniki była szeroko komentowana. Wszyscy byli ożywieni, w dobrych nastrojach, więc Monika miała nadzieję, że jej wyjątowo dobry nastrój umknie ich uwadze. Niestety Dominika zauważyła to od razu, gdy tylko weszła.
– Moni, co ty taka rozpromieniona?- Zapytała. Tomek minął ja w wejściu, rzucił cześć i posłał spojrzenie, które powiedziało jej wszystko.
– A czemu nie. Wiesz, nowy rok, nowa ja…- Żartowała.
– To chyba impreza sylwestrowa musiała być udana.
– Fajnie było.- Odparła i uciekła do szatni, by siostra nie ciągnęła jej za język.
Zaraz po odprawie musieli jechać na wezwanie. Trzeba było zostawic na boku wszelkie emocje i skupić się na pracy. Nocą nasypało dużo śniegu i ciągle dosytywało. Na drogach korki, zniecierpliwienie wśród kierowców i oczywiście samochody w rowach. Zapowiadała się bardzo pracowita zmiana, jednak dobre nastroje nie opuszczały nikogo.
W nocy około drugiej zmieniło się wszystko. Przyszło wezwanie do pożaru domu. Na miejsce wysłano wszystkie dostępne zastępy. Pierwszy zastęp był pierwszy na miejscu. Tomek założył od razu kamizelkę kierującego działaniami ratowniczymi. Pożar był w pełni rozwiniety. Sąsiedzi z przerażeniem patrzyli w płomienie widoczne przez okna.
– Tam są ludzie!- Krzyczeli sąsiedzi.
– Ile osób?
– Cztery!
Rozdysponował ludzi. Najpierw został wyprowadzony mężczyzna, z synem w ramionach. Gdy się obudzili, wszędzie było pełno dymu. Najpierw pobiegł ratować dzieci. Wyciągnął synka i uciekał w stronę drzwi, gdy znaleźli go Maciek z Moniką. Wyprowadzili ich na zewnątrz i wrócili po kolejne osoby. Walka z płomieniami trwała rówlolegle. Trafili na kobietę, która nie chciała opuścić domu. Krzyczała. Maciek chwycił ją i wyniósł na zewnątrz, mimo że się miotała. Gdybyła bezpieczna na zewnątrz, wreszcie mogli zrozumieć o co jej chodzi.
– Moje dziecko! Tam jest moje dziecko!- Krzyczała zrozpaczona kobieta wyrywając się Maćkowi i chcąc wracać w płomienie, ratować dziecko.
– Znajdziemy go. – Tomek już wkładał maskę. Krzynął na Gutka, żeby poszedł z nim.-Ile ma lat?
– Dwa.
– Gdzie może się znajdować?
– W pokoju. Na górze korytarzem w prawo i po prawej stronie.
– Wrócimy po niego.- Powiedziała Monika. Tomek widział jak wyglądają płomienie i że nie ma dużo czasu. Minika z Maćkiem byli już zmęczeni, na pewno nie tak szybcy jak na początku akcji. Zaczynali kasłać.
– Nie! Ja pójdę. Gutek! Ruchy!
Wbiegli obaj do budynku. Wiedzieli gdzie mają się udać. Płomienie były wszędzie. Pobiegli na piętro i szukali chłopca we wszystkich pomieszczeniach. Temperatura była trudna do zniesienia, gazy pod sufitem się wypalały, a to nie wróżyło nic dobrego.
– Ja zobaczę tu, a ty sprawdź tamto pomieszczenie.- Polecił Tomek. Pozostali strażacy, w tym Monika słyszeli ich przez radio.
Tomek zajrzał do pokoju. Widoczność była bardzo niska, płonęły meble, łóżko. Gdzie mógł się schować taki mały chłopiec? Adamski w końcu usłyszał głośny płacz przerażonego dziecka. I kaszel. Mały musiał gdzieś tu być. W końcu dostrzegł go wciśniętego w kąt, pod biórkiem, obok którego topił się plastikowy stołeczek. Rozpiął nomex, wziął dziecko i schował go pod kurtkę. Dwulatek był drobnej budowy.
– Mam go! Idź przodem, jestem za tobą!- Zdjął maskę i dał dziecku, które było już podtrute dymem. Osłaniając go biegł za Gutkiem. Dym nieznośnie gryzł w gardło i w oczy, żar wdzierał się pod rozpięty nomex. Tomek starał się oddychać jak najwolniej i jak najpłycej, kiedy już nie dał rady dłużej wstrzymywać oddechu. Gutek był kilka metrów przed nim. Zdążył zejść z schodów, które też już trawił ogień.
Wtedy drewniane schody oberwały się.
Adamski miał wrażenie, że czas zwolnił.
Leciał w dół.
Liczyło się tylko to, by dziecku nic się nie stało. Musiał je osłonić od płomieni, uchronić przed zderzeniem z podłożem. Z rumowiskiem płonących schodów.
Poczuł bolesne zderzenie z rumowiskiem palących się schodów, pociemniało mu w oczach. Wiedział, że musi zachwować tyle świadomości, by utrzymać to dziecko, ochronić je przed ogniem i trującym dymem.
– Tomek!- Krzyknął Gustaw. Wszyscy zamarli słysząc to przez radio. Nagły w ruch płomieni i trzask to było wszystko co widzieli z zewnątrz. Serce Moniki stanęło.
Tymczasem Tomek upadł na podłogę parteru wciąż mocno trzymając dziecko. Gutek rękami w ochronnych rękawicach odwalił kilka płonących belek.
– Tomek! Tomek!
Odwrócił druha. Podkoszulek pod rozpiętym nomeksem i brzeg komina, który zakładali pod chełm zajęły się ogniem, a on wciąż trzymał dziecko, tak, by mogło oddychać przez jego maskę. Gutek ugasił płomień rękami, po czym przypiął Tomka do siebie i wywlókł na zewnątrz, posuwając się na czworaka.
– Boże!- Wyrwało się z ust Moniki. Podbiegła do nich wraz z innymi. Gutek wypiął Tomka i wyjął dziecko z jego uścicku. Chłopiec był przerażony, krzyczał i płakał. Cały był rozpalony od temperatury panującej w pożarze.Oddał go w ręce ratowników medycznych. Monika zdjęła Tomkowi chełm. Dowódca zmiany był nieprzytomny, poparzony. Błyskawicznie włożono go na deskę, potem na nosze i do karetki, gdzie podano 100% tlen. Widząc, jak karetka odjeżdża na sygnale, wszyscy byli pełni obaw, jednak mieli ogień do ugaszenia. Nie mogli pojechać do szpitala za Tomkiem.
Dowodzenie przejął Gutek, jako młodszy aspirant, był najstarszy stopniem po Tomku.
Monika bardzo starała się nie płakać i wykonywać to, co do niej należało. Umierała z niepokoju. To wszystko wyglądało bardzo źle.
Gaszenie trwało wiele godzin. Musieli wyrzucić na zewnątrz spalone meble, przelewać pogorzelisko, szukając tlących się elementów. Kiedy wreszcie mogli wrócić do koszar, trzeba było przygotować sprzęt żeby znów nadawał się do akcji, wymyć nomexy… Nikt nic nie wiedział poza tym, że komendant pojechał do szpitala. Wszyscy byli bardzo przejęci. W koszarach panowała straszna cisza, a w głowach przewijały się tysiące myśli, tysiące scenariuszy a jeden gorszy od drugiego.
Wreszcie wybiła ósma. Monika w ubraniu koszarowym, ze śladami sadzy na twarzy pobiegła do samochodu, chcąc jak najszybciej udać się prosto do szpitala.
W końcu dotarła na miejsce. W korytarzu spotkała komendanta.
– Gdzie on jest?
– Tamta sala. Teraz jest u niego ksiądz.
– Co?!- Szybkim krokiem, niemal biegnąc przemierzała korytarz, pewna, że za chwilę zobaczy, jak człowiek, z którym tak niedawno spędziła najpięniejsze chwile w życiu, teraz przyjmuje ostatnie namaszczenie.
– Weszła do sali. Ksiądz stał przy łóżku plecami do drzwi. Widziała stąd tylko czubek głowy pacjenta. To był on.
– Tomasz!- Podeszła bliżej.
– Spokojnie, proszę pani. Jeszcze nie umiera.- Rzekł ksiądz. Tomek miał maskę tlenową na twarzy, oparzenia zakrywały opatrunki, z lewej strony od żuchwy, przez szyję, poniżej obojczyka. Miał też zasinione pręgi wybroczyn na ramieniu i klatce piersiowej. Na palcu pulsoksymetr i kroplówkę podpiętą do wenflona w przegubie łokcia. Spojrzał na nią, a jego oczy uśmiechały się do niej.
Wyciągnął do nej rękę. Ujęła ją mocno.
– Ale mi napędziłeś stracha…
– Zostawię was, odpoczywaj i wracaj do zdrowia, Tomku.
– Dzięki.- Powiedział cicho, przez maskę. Ksiądz uśmiechnął się.
– Trzeba czegoś więcej, niż dym, żeby wykończyć Adamskiego.- Zażartował ksiądz, ale jej nie było do śmiechu.
– Proszę ksiedza, taki dym zabija w kilka minut.- Odpowiedziała, ale on już wyszedł.
– Jak dobrze, że ciebie nie tak łatwo zabić.- Uśmiechnęła się do Tomka, ale był to uśmiech przez łzy. On sięgnął do jej twarzy, pogłaskał ją po policzku i rzekł:
– Nie becz. Będzie dobrze.- Mówił mało i cicho, ponieważ miał uszkodzone gardło. Roześmiała się i pociągnęła nosem.
Nie tylko ona chciała zobaczyć Tomka. Cała zmiana przyjechała do szpitala, by się czegoś dowiedzieć. Kiedy pielęgniarka zobaczyła dwunastu chłopa pchających się do sali chorego, pobiegła tam czym prędzej.
– Czy wyście zwariowali? Więcej was nie było? Z wami strażakami tak zawsze. Zwalicie się kupą, jakby tu był targ a nie szpital.
– W kupie siła, siostro.- Odparł żartobliwie Maciek.
– Pacjent jest słaby, potrzebuje dużo odpoczynku i spokoju, a nie bandy kolegów. Już was tu nie ma!- Tupnęła nogą, jakby chciała przegonić kota.- Sio mi stąd, ale już! A pani taka brudna! Co wy chcecie, żeby chłopak zakarzenia dostał? Prosze bardzo, w tył zwrot i naprzód marsz. I żebym was tu dzisiaj nie widziała. A jutro może pojedynczo! No już, już!- Wygoniła wszyskich.
Monika wróciła do domu, poszła pod prysznic. Odkręciła wodę, osunęła się bez sił w brodziku i siedziała z kolanami pod brodą, a woda spływała po jej ciele. Nie ruszała się, patrzyła w jeden punkt, jakby chciała spłukać z siebie wszystkie wydarzenia ostatniej służby, wszystkie emocje. Adrenalinę i ten potworny strach. Panikę jaka ją ogarnęła. Przed oczami przewijały jej się obrazy z imprezy sylwestrowej, wspólnie spędzonej z Tomkniem nocy, obrazy wszechogarniających płomieni, paląca skórę przez ubranie temperatura, czarny dym, huk płomieni i huk zawalających się schodów. A potem widok leżącego na ziemi Tomka z brudną od sadzy twarzą, poparzeniami. Ostatnimi siłami trzymajcego dziecko, by je ocalić. Tego co czuła, co przeżyła, nie dało się opisać żadnymi słowami. Nie potrafiła też określić słowami tego co czuje do Tomka, co czuję w związku z jego ostatnim czynem. Nigdy nie zwracała uwagi na pracę strażaków. Słysząc w wiadomościach, że strażak kogoś uratował, czy został ranny w pożarze, zupełnie puszczała to mimo uszu. I nagle znalzała się w samym środku tego świata. Nagle wiedziała co to znaczy, kiedy strażak kogoś uratuje, z czym to się wiąże, z jakim poświęceniem. Jak ogromną trzeba mieć wiedzę, by móc to robić. Wiedziała co to znaczy kiedy strażak zostaje ranny, jakie ryzyko podejmuje idąc na pomoc innym.
Wcześniej nie angażowała się w żadne dramy, do wszystkiego miała dystans. Teraz już tak nie umiała. Nie potrafiła się nie zaangażować. Tak, ta praca zdecydowanie ją zmieniła. Ale gdyby Tomek był tam choćby kilkanaście sekund dłużej… Gdyby… Przetarła mokrą twarz rękami. Mokrą nie tylko od natrysku. Wstała, szybko. Odświeżona i w czystym ubraniu pojechała prosto do szpitala. Nawet gdyby na drodze stanęła jej tamta pielęgniarka, Monika miała mocne postanowienie, że powali ją na ziemie i po niej przejdzie, ale do Tomka wejdzie.
Udało jej się nie napotkać tupiącej pielęgniarki. Weszła cicho do sali w której leżał Tomek. Miał zamkniete oczy. Po cichutku przystawiła sobie do łóżka miękke wyścielane krzesło obite sztuczną skórą, z podłokietnikami. Usiadła i czekała, aż Tomek się sam obudzi. Długo wpatrywała się w jego twarz. Potem sięgnęła po komórkę.
Wtedy w do sali weszło dwoje ludzi. Kobieta i mężczyzna.
– Przepraszam, czy to tu leży ten strażak, który uratował naszego synka?- Zapytała kobieta ściszając głos. Monika zerwała się z krzesła.
– Tak, tutaj.
– Tomek przebudził się i słysząc rozmowę spojrzał w ich kierunku. Widząc to kobieta podeszła do jego łózka.
– Tak bardzo panu dziękuję… To, co pan zrobił… Rozmawialiśmy z komendantem. Wiemy, że zdjął pan maskę, by ratować naszego synka. Komendant wyjaśnił nam, jak bardzo niebezpieczne to było dla pana. Zaryzykował pan własne życie, żeby ocalić nasz bezcenny skarb.- Mówiła przez łzy.- Nie ma takich słów, które by wyraziły jak bardzo jesteśmy panu wdzięczni…
– Proszę pani… Największą nagrodą jest świadomość, że nic mu nie jest.- Odpowiedział, uśmiechając się pod maską.
– Nie wiem co teraz z nami będzie, straciliśmy dorobek życia…- Westchnął mężczyzna.
– To są tylko rzeczy. Wszyscy życjecie, wciąż macie siebie. To jest najważniejsze. Możecie rozpocząć życie na nowo, w komplecie…
– To prawda.- Potwierdziła Monika kiwając głową.- Pożar domu, to wielka tragedia i trauma. Ale są ludzie, którzy pomagają radzić sobie z tą traumą. Nieodpłatnie. Zrozumieją, doradzą co robić dalej. Proszę poszukać choćby telefonu zaufania dla osób w kryzysie. To naprawdę bardzo duża pomoc.- Poradziła.
– Dobrze, dziękuję bardzo. Pani też tam była. To pani z kolegą wyprowadziła mnie z pożaru… Dzięki wam żyjemy… Jesteście aniołami w ludzkiej skórze.
– O, proszę pani… Mój spowiednik chyba by się z tym nie zgodził.- Zażartował Tomek słabym głosem.- Prawdziwym bohaterem jest nasz kolega. Gdyby nie on, nie byłoby mnie tu dzisiaj. I waszego synka też…
– Do końca życia będziemy o was pamiętać w naszych modlitwach.
– Dziękujemy bardzo.
– Mam nadzieję, że szybko wróci pan do zdrowia.
– Powodzenia.
Małżeństwo opuściło salę. Monika uśmiechnęła się do Tomka, To było bardzo wzruszające spotkanie. Ważne i cenne.
Nie minęło pięć minut, a przyszło kolejne małżeństwo. Eleganccy ludzie.
– Przepraszam, czy tutaj leży Tomasz Adamski?
– Tak, a państwo kim są?
– To rodzice Oskarka.- Wyjaśnił Tomek, pokasłując.
– Byliśmy w remizie, ale dowiedzieliśmy się co się stało. Dziękujemy bardzo w imieniu Oskarka, za pięny prezent. Mały był zachwycony.
– Jak on się ma?- Zapytał Tomek.
– Znakomicie. Świetnie się rozwija, rośnie jak na drożdżach.
– Jaka szkoda, że nie mogłem się z nim spotkać…
– Nie mogliśmy go tutaj zabrać. Nie wiedzieliśmy jak się czujesz i w ogóle….
– Uściskajcie go ode mnie.
– Jasne. Nie przeszkadzamy dłużej. Wracaj do zdrowia i do zobaczenia.
– Do zobaczenia. Dzięki, że wpadliście.
Kiedy wyszli, Tomek chciał się podnieść, by usiąść.
– Pić mi się chce.- Monika dała mu wodę i pomogła ustawić łóżko w pozycji pół siedzącej. Gdy siadał, trzymał się za żebra, a na jego twarzy pojawił się grymas bólu.
– Co ci jest?- Zapytała zaniepokojona.
– Złamane dwa żebra i stłuczony bark.- Mruknął. Zsunął z twarzy maskę tlenową. Pił, jakby od tego zależało jego życie. Był mocno odwodniony. Znów kaszlał, odkrztuszając sadze. Dała mu usteczki i oparła się o parapet okna, z telefonem w ręku. Chciała znaleźć coś ciekawego, by pomóc mu zabić nudę.
Na portalu społecznościowym, na stronie straży były zdjęcia z nocnej akcji. Teraz już wiedziała, że wykonuje je specjalnie zatrudniony przez komendę do tego celu człowiek z działu prasowego. Również strażak. Monika z uwagą przeglądała zdjęcia. Mogła zobaczyć wszystko to, co umknęło jej gdy była skoncentrowana na swoich zadaniach.
Było tam te zdjęcie Tomka, leżącego na ziemi, ale nie było go praktycznie widać, ponieważ zasłaniały go czerwone chełmy kolegów, którzy wkładali go na deskę.
– Co tam masz?- Zapytał. Pokazała mu.
– To ja?- Kiwnęła głową.
– Nie oglądaj tego. Nie myśl. Zapomnij.
– Do końca życia tego nie zapomnę.- Rzekła ściszonym głosem, bo znów ścisnęło jej gardło. Znalazła jednak coś innego i oglądali razem. Infrmacje w telewizji regionalnej. Mówili coś o pożarze. Dziennikarka stała przed spalonym budynkiem z rzecznikiem prasowym komendy PSP.
– Wiemy, że w pożarze ucierpiało dwóch strażaków. Proszę nam powiedzieć coś więcej na ten temat.
– Tak, podczas ewakuacji mieszkańców tego domu jeden ze strażaków doznał niegroźnych poparzeń dłoni, a drugi, zatrucia dymem, poważnych poparzeń i obrażeń w wyniku zawalenia się schodów.
– Jego życiu zagraża niebezpieczeństwo?
– Jego stan jest poważny, wciąż jest ryzyko, że może się pogorszyć.
– Rozmawialiśmy już z mieszkańcami tego spalonego domu. Od nich wiemy, że poważnie ranny strażak postawił na szali swoje życie, aby ocalić najmłodszego synka państwa Kapuścińskich, dwuletniego Dawidka. Zdradzi pan kim jest ten boater?
– Nie mogę ujawniać takich informacji.
Oglądając to, Monika wzięła Tomka za rękę odruchowo. Wydawało jej się, że jakoś głośniej oddycha. Zachowała czujność.
– W takim razie ja tylko przytoczę to, czego dowiedzieliśmy się od mamy Dawidka. Ten bohaterski strażak zdjął własną maskę, aby podać ją małemu Dawidkowi, by chłopiec mógł oddychać, a sam naraził się na niezwykle toksyczny gęsty dym, który może nawet zabić.
– Tak, dym zabija w kilka minut, jeśli jest silnie toksyczny i gęsty. Dlatego to zrobił. Strażacy ryzykują codziennie, nie tylko podczas takich spektakularnych akcji.
– Aby pomóc pogorzelcom ruszyła już zbiórka internetowa. Pieniądze mogą państwo wpłacać na numer konta podany na dole ekranu, lub wchodząc w link w komentarzu pod tym nagraniem w internecie. Poza tym potrzebne jest dosłownie wszystko. Ubrania, zabawki, buty. Zwłaszcza ciepła zimowa odzież, a także produkty higieny osobistej, kosmetyki, czy przedmioty codziennego żytku. Ci ludzie stracili wszystko. A oto co nam powiedzieli.
Na ekranie pojawiło się nagranie spod szpitala a na nim małżeństwo pogorzelców.
– Straciliśmy dorobek życia, ale mamy siebie. Wszyscy żyjemy i to jest najważniejsze. Nie ma słów, by wyrazić naszą wdzięczność, za to co zrobili dla nas strażacy.
Potem znów pojawiła się dziennikarka i spłęntowała:
– Przyczyny pożaru ma wyjaśnić śledztwo. Będziemy dla państwa śledzić tę sprawę.
Monika odłożyła telfon. Chciała mu poprawić koc obleczony w poszwę, ale zakręciło jej się w głowie. Zachwiała się.
– Dobrze się czujesz? Usiądź.- Zaniepokoił się. Kaszlał.
– To nic, tylko trochę mi się zakręciło w głowie. Odpocznij trochę, może się prześpij.
Oddech Tomasza zaczął cicho świszczeć. Zrobiło mu się duszno, jakby w płucach nie było miejsca na powietrze. Zorientował się co się dzieje. Jego ojciec tak umarł…
Monika też wiedziała. Rzuciła się na poszukiwanie przycisku wzywającego pielęgniarkę, nacisnęła kilka razy. Opuściła podporę łóżka, by położył się płasko. Wybiegła na korytarz i krzyknęła.
– Lekarza! Szybko!
Od razu zbiegło się pół oddziału personelu, odsunęli Monikę na bok i zabrali go gdzieś. Wyszła na korytarz, oparła się o ścianę, próbując zapanować nad emocjami. Nie wiedziała co robić.
– Proszę pani…- Pielęgniarka podeszła do niej.- W tej chwili pan Tomasz jest badany, ale z tego co się orientuję, przeniosą go na OIOM. Proszę się zawczasu nie martwić, poczekac na jakieś informacje. Może pani tam pójść.
– Gdzie dokładnie?
– Zaprowadzę panią.
Pielęgniarka była tak miła, że poszła z nią na OIOM i zostawiła ją pod opieką tamtejszej pielędniarki. Ta zaś kazała jej usiąść i poczekać. Obiecała, że da jej znać, gdy będzie coś wiadomo.
– A może pani czegoś potrzebuje? Mogę pani jakoś pomóc? Dobrze się pani czuje? Nie najlepiej chyba pani wygląda.
– Dziękuję. – Odparła automatycznie.
Chciała do kogoś napisać co się dzieje, ale do kogo? Nie miała ochoty na towarzystwo. Z drugiej strony chłopaki mieli prawo wiedzieć co się dzieje z Tomkiem. W końcu zdecydowała się napisać do Maćka, swego partnera w rocie.
Wysłała mu sms „Tomek jest na OIOMie. Ma opóźnione objawy…”
„Jadę.”
„Powiadom chłopaków, ale niech nie przyjeżdżają na razie.”
„Ok.”
Monika westchnęła. Nikt nie wiedział co się wydarzyło między nią, a Tomkiem. Musiała udawać, że jest tylko koleżanką, nie mogła się rozkleić. Tak jak na służbie. Musiała robić swoje, nie ważne jak zły dzień ma. Przecież zawsze była twarda. Musi dać radę.
Czas płynął, a ona wciąz nie miała żadnych informacji. Maciek też się nie zjawiał. Miała ochotę chodzić po ścianach. Modliła się o życie Tomka, o to, żeby wszystko dobrze się skończyło. Wreszcie Maciek się pojawił z siatką w dłoni. Wysoki na prawie dwa metry, potężny nordycki blondyn rzucał się w oczy.
– Monia! Wiadomo już coś?
Pokręciła głową.
– Pomyślałem, że pewnie siedzisz tu cały czas i nic nie zjadłaś. Przywiozłem ci wodę i jakieś przekąski, batoniki dla sportowców i takie tam.
– Dziękuję.
– Dlaczego jeszcze nikt nic nie mówi?
– Pan doktor już dostał wyniki, teraz już mogą państwo z nim porozmawiać. Jest w gabinnecie lekarskim, o tutaj.- Pielęgniarka wskazała drzwi gabinetu. Maciek zapukał do drzwi, a Monika weszła do środka.
– Przepraszam, ale czekam już dość długo na jakieś informacje o stanie Tomasza Adamskiego.
– A tak, przepraszam, nie miałem czasu wcześniej. Pan Tomasz leży u nas, został wprowadzony w stan śpiączki i zaintubowany, ponieważ jego stan gwałtownie się pogorszył.
– Ostra niewydolność oddechowa?
– RTG wykazało obrzęk płóc. Na szczęście został bardzo szybko wykryty, nie jest jeszcze najgorzej. Rozwinął się stan zapalny w płucach. Podajemy już leki i czekamy, aż organizm zacznie na nie reagować. Miejmy nadzieję, że zahamujemy rozwój zapalenia. To pani podniosła alarm, że coś jest nie tak, prawda?
– Tak.
– Dzięki temu możemy być ostrożnymi optymistami. Jego życie jest zagrożone, to prawda, ale pan Tomasz jest młody, silny, wysportowany i jak widzę ma dla kogo żyć. Proszę myśleć pozytywnie, droga pani.
– Czy możemy do niego pójść?
– Tak, ale proszę założyć odzież ochronną. To jest OIOM.
– Oczywiście. Dziękuję bardzo.
Widok Tomka peżącego pod respiratorem, był czymś strasznym.
– Jak to możliwe…- Szepnęła, nie zdajć sobie sprawy, że głośno myśli.- Przedwczoraj… A dziś….
Maciek otoczył ją ramieniem, chcąc ją pocieszyć i wesprzeć. Wypatrzył pod ścianą wygodny szeroki fotel. Miękki, obity sztuczną skórą, co ułatwia utrzymanie czystości. Przysunął fotel do łózka.
– Siadaj Monia.
Dla siebie przysunął zwykłe krzesło. Usiadł naprzeciwko niej i wziął ją za rękę.
– Słyszałaś, co mówił lekarz. Musimy myśleć pozytywnie.
– To jest ponad moje siły.
– Monia, pogadajmy szczerze, co?
– To znaczy?
– Ja wiem wszystko. Widzę co się dzieje. Widze jak się starasz być twardzielką. Zaciskać zęby, żeby nikt się nie zorientował. Ale to bez sensu. Cierpisz i udawanie, że tak nie jest może cię jeszcze w jakąś chorobę wpędzić. Organizm ma swoje granice, a twój organizm chce wreszcie uwolnić te wszystkie nagromadzone emocje. Przecież nikt nie jest w stanie wytrzymać tylu takich ekstremalnych emocji.
– Emocji? Przecież Tomek, to tylko…
– Tylko kto? Jeśli on nas teraz słyszy? Zobacz…- Wyjął telefon i pokazał jaj zdjęcie z imprezy sylwestrowej, na którym tańczyła z Tomkniem. Patrzyli sobie w oczy i uśmiechali się.
– Przecież wy się kochacie… I to jak!
Łzy napłynęły jej do oczu. Zacisnęła zęby, żeby się nie rozpłakać.
– Monika, nie powstrzymuj się. Potrzebujesz płakać, to płacz. Jestem po twojej stronie. Możesz na mnie liczyć nie tylko na służbie.
Wstała szybko, podeszła do okna. Stanęła do niego plecami, by nie patrzył na nią i wybuchnęła cichym płaczem. Maciek podszedł i głaskał ją po plecach.
– Jeszcze będziecie szczśliwi, zobaczysz. Tomek dojdzie do siebie i wszystko się ułoży.- Te słowa otwierały kolejne tamy, a którymi czekał potok łez. Maciek sam miał wilgotne oczy. Poczekał, aż Monika sama się wypłacze i uspokoi.
– Komendant nie może się dowiedzieć… Podlegam Tomkowi.- Powiedziała cicho, pociągając nosem.
– Monisiu, my za wami w ogień pójdziemy. Nie zdradzimy was, tego możesz być pewna. A komendant zazwyczaj jest w porządku gość, on też dba o swoich ludzi i nie raz nas chroni i świeci oczami za nas.
– Nie może wiedzieć.
– Sokojnie. Całe życie przed wami. Musisz być dobrej myśli, żeby Tomek czuł twoją nadzieję. On się tak łatwo nie podda. Nie zostawi ciebie ani nas. Zobaczysz.
– To my powinniśmy wrócić po to dziecko, nie on. Ja powinnam tu leżeć. Gdybym tylko mogła, wzięłabym to na siebie, żeby tylko nic mu nie było.
– I to jest właśnie miłość… Monia, Tomek to świetny dowódca, który potrafi błyskawicznie ocenić sytuację. Widział, że jesteśmy zmęczeni. Pewnie wolniejsi, a liczyła się każda sekunda. Zrobił to w trosce o swoich ludzi i o to dziecko. Widziałaś te płomienie. Mogliśmy tam oboje zginąć.
Miał rację, wiedziała o tym.
– Jeśli leki nie zadziałają, jeśli on umrze…
– Zadzałają. Ma po co żyć i nigdy nie odpuszcza.
– Dziękuję, Maciek. Dobry z ciebie przyjaciel.
– Noo ja myśle.- Uśmiechnął się.- Powinnaś odpocząć, położyć się, zjeść porządny posiłek.
– Nie zostawę go.
– Monia, na służbie musisz być w formie, wiesz o tym. Jutro masz się wziąć za siebie. I dla niego i dla siebie i dla ludzi, którzy będą potrzebowac twojej pomocy.
– Jutro się wezmę. Będę gotowa. Ale dziś muszę tu być.
– Tylko nie głoduj. Pisz, gdybyś czegokolwiek potrzebowała, lub miała jakieś wieści, ok?
– Będę pisać. Dzięki, Maciek…
Monika była wierząca, ale nigdy przesadnie religijna. Nie miała nawet różańca w domu, a pomyślała, że teraz by się jej przydał. Kiedy Maciek wyszedł, usiadła w fotelu, okryła kolana kocem i trwała tak, z głową opartą na łżku, trzymając Tomka za rękę. Zamknęła oczy i modliła się.
Rano, kiedy pielęgniarka przyszła skontrolować sytuację, zmierzyć temperature Tomkowi, uśmiechnęa się do Moniki ciepło.
– Pani cała zesztywniała już chyba na tym fotelu. Przecież to nie wygodnie.
– To nie ma znaczenia.
.

.
Widziałam, jak mówili w wiadomościach o tym pożarze. Od razu się domyśliłam, że ten bohater to nasz pacjent. Taki chłopak, to skarb.- Rzuciła okiem na reklamówke z batonikami.
– Tym chce pani żyć? Niechże pani pójdzie, zje coś ciepłego w stołówce. My tu nad pacjentem czuwamy.
– Tomasz. Prosze nie mówić pacjent, tylko Tomasz.
– A z przyjemnością. A pani jak ma na imię?
– Monika.
– No, to pani Moniko, teraz idzie pani na śniadanie, na kawkę, ogarnie się pani, odetchnie trochę. Pan Tomasz nigdzie stąd nie ucieknie. Do pracy pani nie idzie?
– Jutro mam służbę.
– Służbę?
– Tak, pracuję z Tomkiem.
– O to pięknie! Kobieta strażak i to zawodowy. Bardzo szachetna praca.
– Pani też. Jesteśmy po tej samej stronie barykady.
– W sumie prawda. Pani Moniko, naprawdę, proszę iść coś zjeść. Pani przyjaciel na pewno by nie chciał, żeby pani się głodziła. Ja wiem, że pani go nie chce zostawić, ale on jest w dobrych rękach, naprawdę.
– Dobrze, pójdę. – Wyszła na korytarz i wtedy dostała wiadomość, na grupie strażackiej, z pracy. Gutek napisał: „ Dziś o godzinie dziewiętnastej w parafii Tomka zostanie odprawiona dodatkowa msza święta, poza porządkiem, w intencji zdrowia Tomka. Kto tylko może i chce, zachęcam, żeby przyjść i się za niego pomodlić. To może tylko pomóc.”
Monia była mu wdzięczna za ten gest. Pod postem pojawił się komentarz komendanta. „Na galowo.”
Stan Tomka nie zmieniał się. Czuwała przy nim cały dzień. Kiedy jednak wybiła godzina dziewętnasta, stawiła się w mundurze galowym i płaszczu w kościele. Co ją zaskoczyło, obecni byli wszyscy, którzy nie mieli tego dnia służby. Byli nawet strażacy OSP z miejscowości, w której Tomek mieszkał całe życie. Wszyscy w galowych mundurach. Neobarokowy kościół był pełen ludzi. Monikę wzruszenie ścisnęło za gardło. Cały czas myślami była w szpitalu. Nawet odprawiający msze ksiądz był pod wrażeniem, o czym wspomniał. Powiedział, że przyjaźni się z Tomkniem i bardzo się zmartwił na wieść o tym co się stało. Obiecał modlić się za Tomka podczas każdej mszy, codziennie i także prywatnie.
Po mszy wszyscy wyszli na zewnątrz, ale nie spieszno im było wracać do domów. Stali w grupkach i rozmawiali o tym co się wydarzyło. Monika przysłuchiwała się w milczeniu, w końcu mruknęła:
– Jadę do domu.
Maciek, który stał obok, pogłaskał ją po plecach i ścisnął za ramię, chcąc pokazać, że ją rozumie i wspiera. Musiała bardzo walczyć ze sobą, żeby nie pojechać do szpitala. Zmuszała się, by pójść spać we własnym łóżku. Dla dobra służby. Tomasz sam by ją pewnie namawiał, żeby tak zrobiła. Cóż z tego, że leżała wygodnie, skoro i tak nie mogła zasnąć, zastanawiajac się czy czasem stan Tomka nie uległ zmianie. Czy nie daj Bóg się nie pogorszył. W końcu zasnęła, ale nie obudziła się wypoczęta. Nie mogła pojechać sama na morsowanie, więc w samej bileiźnie wybiegła za dom, natarła się śniegiem, nawet robiła w śniegu anioła. Potem szybko wbiegła do domu.
Dzięki temu mogła stawić się na służbę pełna energii.
Komendant na miejsce Tomka musial kogoś znaleźć, dla zastępu pierwszego. Wyznaczył swojego zastepcę Jana Noworolskiego. Był to mężczyzna nie wysoki, ogolony na łyso i z lekko zarysowującym się brzuchem. Dla Moniki było to trudne doświadczenie. Tomek był tu zawsze i nagle zastępuje go ktoś inny. Ot tak.
Pierwsze wezwanie zaraz po odprawie było do wypadku przy pracy. Kiedy poznali dokładny adres, Radek prowadzący auto zmarszczył czoło.
– Brzmi znajomo. My tam już chyba byliśmy. Nie, załoga? Pamiętacie tego gościa którego przygniotła paleta z towarem?
– No, było takie coś. To tam?- Podchwycił Maciek. Nie jestem paewny, ale chyba tam. A co tym razem się stało?
– W zgłoszeniu kobieta około czterdziestki na którą przewrócił się regał. Zgłaszająca mówiła, że kobieta wyszła na jakąś drabinkę, zachwiała się i chwyciła tegał, żeby nie upać, a on poleciał na nią.- Wyjaśnił Noworolski.
– No to może być ciekawie.- Stwierdził Maciek. Monika włożyła rękawiczki, zanim Noworolski polecił:
– Od razu ubieramy rękawiczki, bierzemy torbę medyczną. Może być potrzebne sporo sprzętu.
– Dojeżdżamy. Tak, to ta sama firma co wtedy.
Na wjeździe stał i machał do nich młody chłopak. Większość pracowników w tej firmie niała n ponad 20 lat.
– Dzień dobry. Pan prowadzi na miejsce zdarzenia. Gdzie to?
– Na hali. Chcieliśmy podnieść ten regał i uwolnić Lucynę, ale ona nam zabroniła. Nie chciała. Uparła się, że poczeka.
– Czyli poszkodowana jest przytomna, tak?
– No tak. O tam.- Pokazał chłopak Dwa mtalowe regały wysokie na dwa i pół metra leżały na ziemi. Nagle jeden drgnął, obsunął się. Usłyszeli krzyk przez zaciśnięte zęby. Pod regałami leżała kobieta.
– Zwariowałeś! Po co to ruszałeś idioto!- Zgromadzeni wokól pracownicy zaczęli krzyczeć na jednego.
Zaraz, chwileczkę! Prosze o spokój!
– No bo ten debil ruszył to pudełko. I przygniotło Lucynę jeszcze bardziej.
Monika uklękła przy poszkodowanej. Kobieta miała trudności z oddycaniem i leżała w dziwnej pozycji, jakby na czymś. Monika zajrzała pod jej plecy.
– Pod panią jest metelowa niewielka drabinka.
– Dzięki Bogu, że jesteście.- Powiedziała kobieta z trudem łapiąc oddech. Maciek obejrzał dokładnie jak leżą regały, na czym się wspierają i jak jest ułożona pod nimi poszkodowana. Noworolski zresztą robił to samo.
– Półka uciska na żebra. Może być przebite płuco.- Powiedziała Monika.
– Trzeba to jak naszybciej usunąć. Przynieście taśmy i kliny. Sprobujemy uniesć to i wyciagnąć ją.- Zadecydowal Jan, ale Radek przypomniał.
– Pani ma pod plecami drabinkę. Nie możemy jej wysunąć.
Pozostali spojrzeli na siebie dyskretnie.
Racja. Trzeba ustabilizowac ten regał pod spodem, który leży na niej i podnieść ten pierwszy.
Monika delikatnie ugniatała klatkę piersiowa kobiety, aby wyczuć urazy.
– Spieszcie się. Wzywał ktoś ZRM?- Ponagliła. Kobieta miała kilka złamanych żeber i co najmniej jedno wbite w płuco, które zamiast powietrzem, wypełniało się krwią. Trzeba było działać bardzo szybko.
Strażacy usunęli regał z wierzchu, odrzucili na bok towary, które przeszkadzały im podczas pracy. Teraz było widać dobrze w jakiej pozycji jest kobieta. Niestety traciła oddech.
– Płuco się zapadło, muszę odbarczyć.
– Działaj Monia.
Nigdy dotąd tego nie robiła. Ćwiczyła tylko na fantomie. Nie mogła teraz o tym myśleć, nie mogła się bać tego zrobić. Wygrzebała z torby najgrubszą igłę jaką tylko znalazła. Wymacała odpowiednie miejsce i wbiła igłę. Pojawiło się ciche syczenie i płuco uniosło się. Zyskali trochę czasu.
– Weżcie deskę. Monika stabilizuj głowę. Wsuwamy ją po trochę, na trzy. Uwaga na nogi.
Jedna była wykręcona nienaturalnie i oczywiste było, że jest złamana.
Zespół ZRM właśnie dojechał na sygnale, podobnie jak policja. Monika rozejrzała się wokół, gdy mężczyźni nieśli poszkodowaną do karetki. Zbaraniałe twarze młodych chłopaków i dziewczyn gapiły się na nią i na wynoszoną kobietę.
– 25 do 998- Noworolski wywołał dyspozytora przez radio.
– 998 zgłasza.
– Poszkodowana w stanie zagrożenia przekazana zespołowi ZRM, na miejscu policja. My kończymy powoli działania i wracamy do koszar.
– Zrozumiałem prawidłowo, dzięki 25.
Pozbierali swoje narzędzia.
– Mam nadzieję, że więcej już tu nie przyjedziemy.- Mruknął Mikołaj niby to do siebie, patrząc na tępe miny pracowników i pokręcił głową.
Idąc do samochodu, Maciek poklepał Monikę po ramieniu.
– Brawo Monia. Świetna robota.- Powiedział ściszając głos.
Po tym piwerwszym wyjeździe z nowym dowódcą wszyscy myśleli to samo, choć nikt nie mówił tego głośno.
Potem Noworolski zorganizował ćwiczenia z ratownictwa na zamarzniętym akwenie wodnym. Zima była piękna, mróż od dawna trzymał, więc pokrywa lodowa była solidna. Założył kartę ćwiczeń i wypisał zastęp z dyżuru bojowego. Pojechali nad jezioro ukryte w środku pięknej puszczy. Najpierw sprawdzili grubość pokrywy lodowej. Miała ponad 10 cm. Wycięli więc kwadratowy otwór w lodzie.
– Dobrze, Monika będzie pozorantem, a Mikołaj ratownikiem. Ubezpiecza Maciek. Przebierajcie się.
Kombinezony były gumowe, nie przemakalne. Temperatura powietrza sięgała minus dziesięciu stopni. Monika szybko zdjęła ubranie koszarowe i w podkoszulku i getrach włożyła kombinezon. Sądziła, że to będzie coś podobnego do morsowania.
– Monia wychłodzisz się, zwariowałaś?- Protestował Radek dopinając jej kombinezon szczelnie.
– Spokojna twoja rozczochrana, Radek.- Poszła do przerębla, usiadła na lodzie i weszła do wody. Miała udawać tonącego człowieka. Maciek z podpiętą liną i z pomocą drabiny posówał się płasko po lodzie. Noworolski obserwował wszystko z brzegu. Monika czekała w wodzie, aż się do niej zbliży. Szybko się zorientowała, że to nie to samo, co morsowanie. Mikołaj zabezpieczył ją, wyciągnął z wody, położył na drabinie, którą reszta załogi wyciągnęła na brzeg.
Noworolski nie dawał im od siebie odpocząć. Na każdym kroku robił im swoiste egzaminy, opisując różne sytuacje i pytając o działania ratownicze. Towarzyszył im cały czas, nawet podczas posiłku, tak, że nie mogli porozmawiać ze sobą jak zwykle. Nie chcieli go angażować w swoje sprawy, więc milczeli. Szczególnie upodobał sobie Monikę i Mikołaja. Narzucał też swoje tematy do rozmowy. Chwalił się, że dostaną węże dwufazowe, nowe wzory ubrań koszarowych. Monika nie chciała tego wszystkiego słuchać. Jej myśli krążyły wokół Tomka. Wzięła talerz z jedzeniem, wstała od stołu i poszła sobie usiąść na kanapę.Tyłem do wszystkich.
– Co ją ugryzło?- Zapytał Noworolski.
– Może lubi jeść sama. Są ludzie, którzy nie mogą słuchać mlaskania innych. To się nawet jakoś nazywa…- Mikołaj próbował sobie przypomnieć słowo, ale ubiegł go Gustaw.
– Mizofonia.
– O! To. Może to ma.
– Wybacz, Janek, ale wszyscy mamy trudny dzień. Nasz przyjaciel leży na IOIMie i walczy o życie. Chyba rozumiesz, że nie bardzo nam się chce gadać…- W końcu Gutek powiedział to, co myśeli wszyscy.
– No tak, to całkowicie zrozumiałe. Dlatego staram się, żebyście o tym nie myśleli. Morale w tej pracy jest bardzo ważne.
– Morale nam wzrośnie jak Tomek się wyliże.
Maciek i Radek mieli tego dosyć. Wyszli na plac ćwiczebny, żeby choć na chwilę uwolnić się od niego.
– Ale menda. Widziałeś? Sprawdza naszą wiedzę na tematy ratownicze, a sam w tym magazynie mógł popełnić głupi błąd.- Narzekał Maciek.
– Nie wiem jak my to wytrzymamy… Brakuje Tomka…
– Oby szybko się wylizał, bo jak nie to poproszę o przeniesienie. Widziałeś jak się uwziął Monię i na młodego? Tylko czeka, aż się komuś noga powinie.
– Takie są skutki uboczne siedzenia za biórkiem. Wiesz kto się pcha za biórko, nie?
– Ta…- Parsknął Maciek. Sygnał do wyjazdu przerwał ich rozmowę. Natychmiast pobiegli do garażu.
Tym razem mieli podtrucie tlenkiem węgla. O tej porze roku wezwań do podtruć czadem było bardzo dużo.
– Jak wygląda osoba która zatruła się czadem?- Zapytał Noworolski gdy jechali do wezwania. Radek stracił cierpliwość.
– Słuchaj Janek, takie pytania to można zadawać dzieciom w podstawówce na kursie pierwszej pomocy. My widzieliśmy setki zatruć czadem.
– No niby tak, ale nie wszyscy. Monika i Mikołaj pracują od niedawna.
– I są cholernie dobrzy w tym co robią. I doskonale przygotowani.
Zwrócenie uwagi przełożonemu w taki sposób i to przy zastępie, mogło się dla Radka źle skończyć. Noworolski miał kwaśną minę. Zapadła bardzo niezręczna cisza.
Czteroosobowa rodzina z tego wezwania trafiła do szpitala. W najgorszym stanie była osiemdziesięciosiedmioletnia babcia.
Gdy odmeldowali dyspozytorowi zakończenie działań, wysłał ich do siłowego otwarcia mieszkania. Znów kobieta w podeszłym wieku. Mieszkająca samotniew małym starym domku jednorodzinnym na granicy miasta. Wezwanie pochodziło z systemu elektroniczny anioł. Takie osoby jak ta pani wyposażone w inteligentne opaski wyglądające jak smartwatche, w sytuacji zagrożenia mogą wezwać pomoc naciskając przycisk alarmowy na takiej opasce. Kobieta więc sama wezwała pomoc.
Noworolski wyznaczył do otwarcia drzwi Maćka. Po chwili mogli wejść do środka. Kobieta leżała na podłodze w pokoju. Nie miała funkcji życiowych. Monika i Maciek przystąpili do działania. Podpięli AED, próbowali ją reanimować, ale defibrylator pokazywał asystorię. Mimo to, próbowali aż do przyjazdu karetki. Zespół ZRM jednak stwierdził zgon. Taki negatywny finał też nie wpłynął dobrze na ich nastroje. Mieli jednak dużo pracy. Kilka zdarzeń drogowych a wieczorem pożar sadzy w przewodzie kominowym. Udało się go opanować zanim rozprzestrzenił się, nie doszło też do pęknięcia komina.
Gdy wrócili po tym wezwaniu do koszar, czekał już na nich komendant. Monika bardzo się zaniepokoiła. Podobnie jak ona, wszycy pomyśleli, że ma jakieś wieści o Tomku.
– Panie komendancie? Co pan tu robi o tej porze? Jakieś wieści ze szpitala?- Zapytał Radek z niepokojem.
– Ze szpitala? Z tego co wiem, to na razie bez zmian. Podają leki i czekają. Jestem tu, bo wiem, że w tej sytuacji jest wam ciężko. Jesteście najlepszymi strażakami w mieście. Kiedy trzeba iść do akcji idziecie i robicie swoje bez względu na to, jak dużo problemów dźwigacie na swoich barkach. Chciałem wam tylko przypomnieć, jak bardzo jestem z was dumny i że to dla mnie zaszczyt, że mam takich ludzi, jak wy. Nikt nie zastąpi Tomka, nikt nie będzie wam tak bliski jak on. Dla mnie Tomek jest jak syn i też się martwię o niego tak samo, jak wy. Wiecie o tym. Gdyby mógł wam coś powiedzieć w takiej sytuacji… Co by powiedział?
– Pewnie by zażartował, żebyśmy mu dali się wyspać.- Stwierdził Mikołaj.
– Powiedziałby: Zrobić porządek z wężami, wyczyścić nomexy, żebym się nie musiał za was wstydzić.- Maciek przedrzeźniał Tomka sposób mówienia i mimikę.- Radek następnym razem nie jedz kebebów przed służbą, bo dojdzie do pożaru.
– Nie powiedziałby tak!- Odparł Radek. Zaczęli żartować i śmiać się, naśladując Tomka. Komendant patrzył na to z ulgą. Monika śmiała się, ale miała wilgotne oczy. Poszła na swoją pryszę, usiadła i zaczęła przeglądać zdjęcia w telefonie. Długo patrzyła na wspólną fotografię z sylwestra. Maciek przyszedł, usiadł obok niej i zerknął na wyświetlacz telefonu.
– Jak sobie radzisz?- Zapytał.
– Tak sobie.- Wzruszyła ramionami.- Ta zmiana jest taka długa…
– Ciągnie się. Ale już tylko nocka przed nami i pojedziesz do niego. Niedługo go zobaczysz.
– Pod respiratorem…
– Niedługo go zobaczysz na nogach. Wróci i da nam popalić. W grafiku rozpisał ćwiczenia w komorze ogniowej. Ognisty podmuch, ewakuacja w ciemnościach w ciasnym labiryncie i takie tam. I to pod kierownictwem speców ze Stanów. To może być ciekawe. W nawiasie był dopisek: Zawody 1:1, cokolwiek to znaczy.
– Hej, widzieliście to?- Mikołaj biegł do nich z telefonem. Pokazał im nagranie, które pojawiło się na stronie ich jednostki w mediach społecznościowych. Rodzice małego Oskarka nagrali apel do wszystkich, którym pomógł Tomek. Opowiedzieli, że strażak walczy o życie, a kiedyś uratował ich synka. Pod tym filmem było mnustwo komentarzy w postaci podobnych filmików, gdzie różni ludzie mówii w jaki sposób pomógł im ów strażak wraz ze swoimi ludźmi. To było niezwykle wzruszające, Monika nie mogła powstrzymac łez. Były także wpisy. Tyle różnych historii, tylu ludzi… Musiała zapisać ten fi
lmik. Oby wszystko się skończyło dobrze, aby wkrótce Tomasz sam mógł te nagrania obejrzeć.
Wreszcie skończyła się zmiana i Monika mogła znów jechac do szpitala.
Przy Tomku była pielęgniarka, wymieniała kroplówkę.
– Dzień dobry. Jak sytuacja?- Zapytała.
– Pacjent zaczął reagować na podawane leki.- Uśmiechnęła się pielęgniarka. Możemy chyba mówić o ostrożnym optymiźmie.
– Jak pani myśli, ile to może potrwać?
– Tego nie da się przewidzieć. Każdy pacjent inaczej reaguje, w innym tempie. Trzeba czekać.- Usmiechnęła się i wyszła. Monika spojrzała na twarz Tomka. Pojawił się już zarost. Pocałowała go w czoło i szepnęła:
– Cześć. Pora wracać do zdrowia, Tomasz. Wszyscy na ciebie czekają… Muszę ci coś pokazać…- Włączyła nagrania osob, którym pomógł Tomasz w swojej karierze. Położyła mu telefon obok ucha. Wierzyła w to, że jego mózg rejestruje to, co syszy ucho i że to może pomóc mu szybciej wrócić do zdrowia. Potem opowiedziała mu co się dziąło na zmianie, o wkurzającym Noworolskim, o tym co było na obiad. Monika pojawiła się w szpitalu jueszcze przed obchodem, musiała więc wyjść na chwilę, kiedy wróciła, usiadła w fotelu i tak już została. Wychodziła tylko do toalety, lub by coś zjeść. W ciągu dnia na chwilę wpadali koledzy z jednostki, komendant także. Po południu zadzwoniła do niej Dominika:
– Hej, co robisz? Jesteś w domu?
– Nie.
– Szkoda, bo myślałam, że wpadnę i pogadamy. Kiedy będziesz?
– Nie będę. Zostaję w szpitalu na noc.
– W szpitalu? U Adamskiego?
– Tak. A o czym chciałaś pogadać?
– Ej, na noc zostajesz w szpitalu? Przy dowódcy?- Dominika była całkowicie zaskoczona. Zupełnie nic nie podejrzewała.
– Dośka coś ważnego chcesz obgadać, czy tak tylko? Możesz teraz przez telefon?
– No mogę. W sumie to ważne. Bo zbliża się nasza rocznica ślubu z Robertem. Chcieliśmy sobie zrobić taki romantik wyjazd w góry, bez dzieci. Mogłabyś się nimi zająć? Sprawdziłam wasz grafik. Za trzy tygodnie wypadnie ci wolne 48 w weekend. Pojechalibyśmy w sobotę koło południa a wrócilibyśmy w niedzielę pod wieczór.
– Kurczę nie wiem co będzie za trzy tygodnie.
– Właśnie pytam cię wcześniej, żebyś miałą czas sobie poukładać sprawy. My też musimy zarezerwować kwaterę wcześniej.- Monika drapała się po głowie, patrząc na Tomka.
– No dobra, niech będzie. Chyba, żeby się coś pokomplikowało.
– Ale wstępnie się zgadzasz, tak? To super, strasznie się cieszę. Od lat nie mieliśmy randki we dwoje.
– Dobra, zajmę się dziećmi, jedźcie gdzie chcecie. Tylko się przypominaj, bo ja teraz nie mam do tego głowy, ok?
– Jasne, dzięki wielkie, siostra.
Kilka dni później, podczas służby, komendant przyszedł z wiadomością do swych podkomendnych.
– Słuchajcie, mam wieści ze szpitala. Stan Tomka poprawił się na tyle, że chcą zacząć go wybudzać. Nie wiadomo jak długo to potrwa i kiedy się wybudzi, ale to zdecydowanie jest dobra wiadomość. Tylko żebyście tam nie pojechali wszyscy naraz, jak ostatnio. Najlepiej rozpiszcie sobie grafik odwiedzin.
Po takiej wiadomości nastroje od razu się poprawiły. Wróciły żarty i przekomażania. W nocy, gdy Monika przyszła się położyć, zastała swoje łóżko okręcone czarnym streczem. Roześmiała się.
– Wariaci!
– O, Monia, co to się stanęło z twoim łóżkiem?- Śmiał się Maciek.
– To twoja sprawka?
– Moja? Nie, skąd. Dopiero co tu wszedłem.
Sięgnęła do kieszeni po nóż, rozcięła strecz i rozpakowała łóżko. Wszyscy ze zmiany stali i śmiali się.
– A wiesz, Monia, nie miałaś porządnego powitania w jednostce przez tą pierwszą trudną zmianę, więc postanowiliśmy to nadrobić teraz?
– Sporo czasu wam zajęło wymyślić to od lata.- Śmiała się.- Myśleiście nad tym pół roku?
– My tak z miłości, Monia. Uwielbiamy cię.
Alarm przerwał im zabawę. Wezwanie dotyczyło zderzenia mini vana z tirem. Wysłano wszystkie trzy zastępy.
Kierowca tira był tylko w szoku. Jego auto było rozbite z przodu, od strony kierowcy, a mini van skasowany caly przód i bok od stron kierowcy. Kierujący tym pojazdem zakleszczony był wewnątrz i poważnie ranny.
– Najlepiej będzie go wyjąć przez pakę, ale żeby to zrobić, trzeba by się dostac od jego strony…- Myślał głośno Noworolski. Radek przewrócił oczami. Gdyby tu był Tomek, padłaby krótka szybka komenda: Bierzecie rozpieraki i do roboty! Maciek wziął jeden, Radek drugi. Monika weszła do środka przez boczne drzwi na pace, osłoniła poszkodowanego. Maciek utrzymywał mu głowę a Mikołaj stał w pogotowiu z deską. Noworolski był całkowicie zbędny. Najpierw otworzyli pogięte drzwi, potem użyli drugiego rozpieraka, by odgiąć fotel jak najbardziej na płasko. Ostrożnie, po trochę umieścili nieprzytomnego poszkodowanego na desce i wydostali z samochoduprzez tył. Ekipa LPR już czekała. Wylądowali na zamkniętej autostradzie dosłownie przed chwilą. Teraz trzeba było poczekać, aż policja skończy przeprowadzać swoje czynności. Korzystając z okazji, Maciek odciągnął Monikę nieco na bok i powiedział konspiracyjnym tonem.
– Wpisałem cie w grafik odwiedzin u Tomka. Ja jestem pierwszy, ty druga. Rzecz jasna idziesz ze mną…
– Naprawdę zrobiliście grafik?
– No jasne. Przynajmniej na najbliższe dwa dni.
– Dzięki, Maciek. Super z ciebie przyjaciel. Boję się co będzie dalej…
– Dobrze będzie.
Po pracy Maciek i Monika pojechali swoimi samochodami do szpitala i razem weszli do sali w której leżał Tomek. Był u niego lekarz prowadzący.
– Dzień dobry, panie doktorze. Jak sytuacja?- Zapytał Maciek.
– Obserwujemy go cały czas. Powinien już się wybudzić. Trochę to za długo trwa, ale dajmy mu jeszcze trochę czasu. Zostawię państwa, ale gdyby coś się zmieniło, proszę mnie powiadomić.
– Dobrze, dzięujemy bardzo.
Lekarz wyszedł, a oni zbliżyli się do łóżka. Tomasz był rozintubowany. Miał spierzchnięte usta. Świeże opatrunki zakrywały oparzenie. Był też ogolony. Monika wzięła go za rękę i poczuła, że jego palce zaciskają się lekko na jej dłoni.
– Tomasz? Obudziłeś się? Tomasz otwórz oczy.
Spojrzał na nią przez pół przymknięte powieki.
– Pić mi się chce.- Szepnął. Na stoliku nocnym stał jednorazowy kubek wody a na nim leżała szpatułka okręcona wacikiem. Monika zamoczyła ją w wodzie i zwilżyła mu usta.
– Udało się?- Zapytał.
– Tak, udało się. Wygrałeś tę walkę.- Rzekła z uśmiechem. Jej oczy nagle zrobiły się wilgotne. Maciek także odczówał wielką ulgę.
– No, bracie, nareszcie. Musisz wziąć się w garść i wracać, bo Noworolski nie nadaje się na dowódcę.
– Pewnie, że się nie nadaje.- Tomek starał się uśmiechnąć. Monika znów zwilżyła mu usta.
– Dobrze, że się wykaraskałeś z tego. Teraz już będzie tylko z górki. Pójdę po lekarza, bo prosił, żeby go zawołać.- Maciek wyszedł. Kiedy zostali sami, Monika pocałowała Tomka w czoło.
– Ile czasu minęło?- Zapytał. Wciąż był bardzo słaby i nie do końca przytomny.
– Dużo. Tydzień.
Wrócił lekarz, ale już bez Maćka. Sprawdził parametry, zadał mu kilka pytań, wykonał kilka prostych testów, po czym wyszedł, ale wcześniej poprosił, by nie męczyć pacjenta i pozwolić mu dojść do siebie w jego własnym tempie.
– Dobrze, że jesteś.- Szepnął. Miał podrażnione gardło, od rurki intubaczyjnej. Czuł się, jakby miał grypę. Uśmiechnęła się tylko.
– Śniło mi się, że różni ludzie… Których kiedyś uratowałem… Opowiadali o tym…
Wypowiedzenie długiego zdania sprawiało mu trudność. Co chwilę zwilżała mu usta.
– To nie był sen. Puściłam ci nagranie. Pokażę ci.- Odnalzała w telefonie film zmontowany przez rodziców Oskarka. Trzymała telefon tak, by mógł go obejrzeć. Słuchając tego wszystkiego, widząc te wszystkie twarze, wzruszył się mocno. Z kącików oczu poleciały łzy. Monika otarła je i przytuliła swoją twarz do jego twarzy.
– Widzisz? To zaledwie promil z tego, co zrobiłeś dla innych. Pomyśl jak wiele jeszcze zrobisz, kiedy wrócisz do pracy…
– Kocham cię, Monia.
– Powiedz mi to, jak już będziesz w pełni sił i świadomości, a ja ci wtedy odpowiem, że ja kocham ciebie bardziej. A teraz odpoczywaj i nabieraj sił, żeby wrócić jak najszybciej do pracy. Potrzebujemy cię.
Już po kilku dniach wypisano Tomka ze szpitala, ale do pracy jeszcze nie mógł wrócić. W domu musiał wrócić do pełni sił i do formy. Żebra jeszcze się nie zrosły. Rany oparzeniowe także goją się długo. Ze szpitala odebrał go Radek i przywiózł do domu. To było logiczne rozwiązanie. Mieszkali w tej samej miejscowości. Byłoby dziwne, gdyby Tomek poprosił kogoś innego o podwózkę. Kiedy się ściemniło, Monika przyjechała do niego. Siedział na kanapie i skakał po kanałach telewizyjnych. Kiedy zadzwoniła do drzwi, krzyknął, żeby weszła. Wstawanie z kanapy wcale nie było takie łatwe. Weszła właśnie, gdy wstawał powoli, trzymając się za zebra. Na jego twarzy pojawił się grymas bólu.
– Oj Tomasz, po co wstajesz? Przecież cię boli.
– Chciałem się z tobą przywitać.- Uśmiechnął się i wyciągnął do niej rękę. Pocałował ja na powitanie.
– Zrobiłam zakupy i zaraz wykombinuję ci jakąś kolację.
– Nie „ci”, tylko nam. Zjesz ze mna.
– No tak, nam.- Uśmiechneła się i poszła prosto do kuchni. Wyłożyła wszystkie produkty na blat.
– Rany, co ty chcesz ugotować? Trzydaniowy obiad?
– Coś pożywnego, zdrowego i pysznego.
– Pomóc ci?
– Nie. Ty masz odpoczywać.
– Zwariuję z nudów przy tobie.- Burknął.
– Skoro ci się nie podoba, to wracam do domu.- Odparła. Zostawiła nóż na blacie i ruszyła do wyjścia, ale chwycił ją za rękę.
– Żartowałem przecież.
Obserwował ją jak krzątała się po kuchni i przygotowywała zapiekankę z warzyw i kurczaka z mozarellą. Lubił na nią patrzeć. A tu, we własnym domu, gdy byli tylko we dwoje, mógł się tym rozkoszować do woli.
Kiedy zapiekanka była wreszcie gotowa, zrobiła herbatę, nałożyła dla obojga. Usiedli przy wyspie, na wyższych stołkach, bo tak było łatwiej Tomkowi.
– I co? Zjadliwe?- Zapytała.
– Bardzo dobre. Serio. Wyśmienite.
– Tylko nie mówi nic w robocie, bo nie umiem gotować dla dwudziestu osób. Niech żyją w przeonaniu, że mam dwie lewe ręce do gotowania.
– Ty do niczego nie masz dwóch lewych rąk. Jesteś bardzo zdolna. Baardzo.- Puścił jej oko.
– No, no, no, bez kudłatych myśli, bo na razie to nie wiele możesz.
– Zostaniesz dziś ze mną?- Zapytał poważnie.
– Po to przyjechałam. Ktoś musi rano zmienić ci opatrunek.
Po kolacji pozmywała naczynia. Cały wieczór po prostu cieszyli się swoją obecnością. Nie musieli nawet rozmawiać. Po prostu byli ze sobą. Ze świadomością jak łatwo mogli to stracić. Życie Tomka wisiało na włosku. Mógł tego nie przeżyć. Dzięki temu doświadczeniu oboje doceniali każdą sekundę, którą mogli spędzić razem. Było już dość późno, kiedy rozległ się dzwonek do drzwi.
– Zostan w sypialni, zobaczę kto to.
Tomasz poszedł otworzyć drzwi. Komendant postanowił go odwiedzić. Tego Adamski się nie spodziewał.
– Zbyszek? Cześć, wejdź.
– Cześć, dobrze cie widzieć na nogach. Jak się czujesz?
– Coraz lepiej. Nudze się w domu. Poszedłbym już do pracy.
– A propos… Mam dla ciebie nowiny. To się już zapowiadało od jakiegoś czasu, ale nic nie mówiłem, bo nie miałem pewności… Szykuje mi się awans…
– No to gratulję.Zasłużyleś. Gdzie cię rzucą?
– Wojewódzki odchodzi na emeryturę. Mam zająć jego miejsce, więc przeniosą mnie do Krakowa.
– Czy to znaczy, że twoje miejsce zajmie Noworolski.
– Postaram się wam tego oszczędzić. Zabiorę go ze sobą jako zastępcę, a waszym komendantem zostanie obecny zastępca wojewódzkiego. Znam go, jest w porządku gość.
– Mam nadzieję.
– Ma podobny styl zarządzania do mnie. Z resztą, wiem że się dogadacie. Mam też niespodziankę dla ciebie… Dostaniesz medal, za uratowanie tego dziecka z pożaru. Mam zamiar zgłosić cię też do awansu.
– Nie, Zbyszek! Nie! Odmawiam awansu.- Zdenerwował się.
– Oszalałeś? Jesteś najlepszym kandydatem na komendanta, jeszcze szczebelek i będziesz mógł zająć takie stanowisko.
– Nie zgadzam się, nie słyszysz?!- Podniósł głos. Monika schowana na piętrze, podsłuchiwała ich rozmowę. Tomek nigdy nie tracił panowania nad sobą. Nawet gdy wściekł się na Mikołaja, nie podnosil gosu, a teraz krzyczał.
– Co w ciebie wstąpiło?- Komendant był zdumiony.- Możesz mi wytłumaczyć dlaczego tak reagujesz?
– Mam swoje powody!
– Powody… Jakie?
– Nie po to zostałem strażakiem, żeby siedzieć za biórkiem! Z całym szacukiem dla ciebie, Zbyszek, nie zgadzam się. Wolałbym zginąć na akcji niż przewalać papiery za biurkiem. Nie, Zbyszek! Dowódca zmiany mi wystarczy w zupełności. Sprawdzam się i spełniam się na tym stanowisku. Nie chcę tego zmieniać.
– Mnie też było ciężko zrezygnować z wyjazdów na akcję, adrenaliny, ale można przywyknąć.
– Nie przekonuj mnie, bo ci się nie uda. Jesli będę musiał, zaprotestuję u wyższej instancji. Nie przyjmę żadnego awansu! Dlaczego nie awansujesz Gutka? On też zasłużył. Na medal też. Uratował mi życie. Gdyby nie on, ani ja ani to dziecko nie wyszlibyśmy z tego żywi. Zasługuje na awans i się z niego ucieszy. Proszę cię, Zbyszek… Nie rób mi tego….
– Zaskoczyłeś mnie. Nie sądziłem, że tak zareagujesz. Tak bardzo zależy ci, żeby zostać na tym stanowisku?
– Tak. Ci ludzie to moja rodzina, a ta jednostka to mój dom. Jeśli to stracę, to równie dobrze możesz mnie wysłać do piekła bez maski i nomexów.
– Dobrze, dobrze, już zrozumiałem. Skoro taka jest twoja wola, uszanuję ją. Nigdy cię takim nie widziałem… Czy jest coś o czym powinienem wiedzieć?
– Zdecydowanie nie.
– Rozumiem…- Komendant zerknął na damska apaszkę leżącą na kanapie.- Nie przeszlkadzam ci dłużej.
– Zbyszek… Przepraszam cię. Wiem, że chciałeś dobrze i tak dalej… Przepraszam, za ten wybuch. Chciałbym, żebyś wiedział, że bardzo doceniam to co dla nas robisz, jak o nas dbasz. Nie raz nadstwiasz za nas karku. Bardzo się cieszę, że dostaniesz ten zasłużony awans. Będzie nam ciebie bardzo brakowało. Kiedy oficjalna nominacja? Czwartego maja?
– Tak, dokładnie. I wasze medale też.
– Jeszcze raz szczerze przepraszam, że cię zawiodłem, dziękuję, za zrozumienie i szczerze gratuluję. – Nie zawiodłeś mnie Tomku. Nigdy. Mało który komendant może się pocwalić takim podkomendnym. Jestem szczęściarzem, że mogę z tobą pracować i nazwać cię moim przyjacielem. Trzymaj się, Tomku. Wracaj szybko do zdrowia. Twoi ludzie nie najlepiej znoszą twoją nieobecność.
– Sa to kiepsko znoszę. Najchętniej wrócił bym od zaraz.
– Trzymaj się.- Komendant wyszedł, z mieszanymi uczuciami. Tomek zamknął za nim drzwi. Musiał chwilę ochłonąć. Przy złamanych żebrach każdy głębszy oddech był bolesny. Wiedział, że musi poważnie porozmawiac z Moniką, ale nie w tej chwili, nie kiedy jest wzburzony.
Monika czekała na niego na schodach.
– Tomasz?
– Już idę do ciebie. Po prostu… Muszę trochę ochłonąć…
– Nic nie musisz mówić. Słyszałam.
– Co o tym wszystkim myślisz?
– Jestem z tobą. Zawsze.
Rano Monika najpierw zrobiła amerykańskie pankejki z owocami na śniadanie, a potem przygotowała sobie apteczkę i zabrała się za zmianę opatrunku. Pierwszy raz mogła zobaczyć te wciąż nie zagojone rany. Zastosowano u Tomka nowatorskie opatrunki, potocznie zwane świńskimi. Były to substytuty skóry stworzone z tkanek świni. Swego rodzaju siatka konstrukcyjna na której bazie miała się odtworzyć skóra właściwa. Taki opatrunek chronił także ranę przed infekcją, a nawet sepsą. Oczywiste było, że będzie miał widoczne bliznyna żuchwie, szyi, aż do piersi. Patrząc na nie, przypomniała sobie tamten pożar. Ten moment, gdy Radek wziął dziecko z jego ramion. To był straszny widok.
– Monika?- Głos Tomka wyrwał ją z rozmyślań.
– Przepraszam, już kończę.
– Monika, proszę, nie wracaj do tego. Nie myśl o tym.- Rzekł cicho.- Nie chcę, żebyś cierpiała.
– Będziesz miał widoczne blizny…
– I będziesz mnie chciała takiego szpetnego?- Zapytał żartobliwie.
– Szpetnego? Uwielbiam facetów z bliznami.- Uśmiechnęła się.- To jest sexi.- Mruknęła i przykleiła mu świeży opatrunek.- Gotowe.
– Moniczka, usiądź, musimy porozmawiać… O nas…
– Chcesz mnie spławić?
– Wręcz przeciwnie. Kocham cię i chcę z tobą być, ale nie będę budował związku na niedomówieniach. Sprawa nie wygląda tak, jakbym sobie tego życzył i nie wiele mogę z tym zrobić. Bardzo chciałbym się z tobą zestarzeć. W przyszłości wziąć ślub, założyć rodzinę… Pracujemy razem i jesteś moją podkomendną. Nie mamy wiele opcji, bo ustawa dokładnie określa, że małżeństwo może pracować razem, ale tylko jeśli jedno z małżonków nie podega drugiemu. Tutaj takiej opcji nie ma. Jeśli zachowam stanowisko, mogłabyś przenieść się do innej zmiany. Wtedy byś mi nie podlegała i nie byłoby problemu. Gdybym awansował i został komendantem, małżeństwo w ogóle nie wchodziłoby w grę, chyba, że jedno z nas pracowałoby w innym mieście. A tego żadne z nas nie chce. Jest jeszcze taka opcja, że aby pracować jak teraz, możemy być w związku nieformalnym i raczej nie rzucać się w oczy. Przyznaję, że jestem katolikiem, chodzę do kościoła i jest to dla mnie ważny temat, dlatego nie jest to dla mnie takie łatwe i oczywiste. Nie wiem, czy potrafię całe życie zachowywać się jak uczniak i ukrywać się. Związki niegformalne są zresztą traktowane tak samo, jak małżeństwa. Jeśli przełożeni się dowiedzą, jedno z nas dostanie preniesienie do innej jednostki, ewentualnie mnie zdegradują. Będziemy mieć od maja nowego komendanta. Nie wiem czego można się po nim spodziewać. Musisz być świadoma w co się pakujesz, co nam może grozić, jakie konsekwencje. I musisz podjąć decyzję, co w tej sytuacji robimy.
– Sama mam podjąć decyzję?
– Ja jestem gotowy zaryzykować. Nie wiem czy się uda, nie mogę ci tego obiecać. To wszystko może nam bardzo skomplikować życie, ale jeśli chodzi o mnie, chcę zaryzykować.
– Ja też… Boję się tego, co może nam przynieść przyszłość. Nie chcę rezygnować ani z tej pracy, ani z ciebie. Bo kocham tę robotę, tych ludzi i kocham ciebie. Spróbujmy, zobaczymy co będzie… Przekonajmy się, czy damy radę podołać wyzwaniom i czy nam wyjdzie, czy nie.
– To nie będzie łatwe.
– A co w naszym życiu jest łatwe? Codziennie mamy trudne wyzwania.
– Stawiamy na szali wszystko co mamy…
– Stawiamy…- Powtórzyła cicho, patrząc mu w oczy.
Dotknął jej policzka. Pocałowała go.
Po długiej chwili ciszy w końcu rzekł:
– Lodówka jest pusta. Pójdę po zakupy, przy okazji przewietrzę się trochę.
– Nie zapomnij zamknąć drzwi. Mnie tu przecież nie ma.
Tomek poszedł pieszo do sklepu. Miał blisko, poza tym miło było się przejść. Niewielki mróz, brak wiatru sprawiały, że pogoda była bardzo przyjemna. Gdy chodził po sklepie, wkładając produkty do koszyka, ludzie zerkali na niego. Jedna z sąsiadek, starsza ciekawska kobieta, zgadała wreszcie.
– Tomek, wyszedłeś ze szpitala? Podobno było bardzo źle.
– Najważniejsze, że już jest dobrze, pani Madejska.
– Ano pewnie, pewnie. Masz bardzo niebezpieczną pracę, ale za to robisz tyle dobrego… Nie myślałam, że z ciebie taki prawdziwy bohater.
– Przepraszam, pani Madejska, ale chciałbym dokończyć zakupy.- Uśmiechnął się uprzejmie i ruszył dalej, zostawiając ją mruczącą coś pod nosem do siebie. Stanął w kolejce do kasy. Przed nim było kilka osób. Kasjerka posłała mu przepraszające spojrzenie. Kiedy dotarł do kasy i wykładał zakupy na ladę, ktoś przechodzący obok potrącił go niechcący, udeżając prosto w żebra. Aż odebrało mu oddech. Oparł się ręka o blat i powoli wypuścił powietrze z płuc.
– O Matko Boska co się stało?- Wystraszyła się kasjerka.- Panie Tomku co się dzieje?
– Nic, wszystko w porządku.- Odparł.
– Na pewno? Dobrze pan się czuje? Przecież dopiero wyszedł pan ze szpitala.
– Nic mi nie jest, pani Madziu. Proszę podliczyć.- Uśmiechnął się na dowód, że nic mu nie jest.
– Oczywiście.
To sprowokowało komentarze wśród kolejkowiczów. Zaczęli rozmawiać o tym, co Urbański zrobił, jak uratowa dziecko. Starsze panie wychwalały go pod niebiosa, wyrażając swoją dumę z tego, że z ich miejscowości wywodzi się taki bohater. On udawał, że tego wszystkiego nie słyszy.
Zapłacił, podziękował uprzejmie i wyszedł.
– Wszystkiego dobrego, panie Tomku. Zdrowia.- Usłyszał na odchodne od kasjerki.
– Dziękuję bardzo. Dowidzenia.
Takie słowa wsparcia zawsze mio było usłyszeć, ale Tomek nie lubił rozgłosu. Nie chciał być w centrum uwagi. Wolałby, aby te wszystkie miłe słowa dotyczyły jego munduru, jednostki, a nie jego personalnie. Nie niepokojony wrócił do domu.
Dominika przywiozła Wiktorię i Damiana do Moniki w sobotę przed południem.
– Tylko nie świrować mi, nie robić bałaganu i o dwudziestej drugiej macie już spać jak susły. Nie dzwonić i nie skarżyć jedno na drugie. Nie spalić ciotce domu.
Dzieci słysząc tę litanię, śmiały się głośno.
– Dośka ty lepiej już jedź, bo zaczynasz gadać od rzeczy.- Rzuciła rozbawiona Monika.- Bawcie się dobrze, tylko nie świrujcie za bardzo i o 22 macie grzecznie spać z Robertem.
– No, no. Do jutra do wieczora, pa.
Gdy tylko drzwi za Dominiką zamknęły się, Monika klasnęła w dłonie:
– To co będziecie jeść na obiad? Chińszczyznę, domowy obiad, czy pizzę?
– Pizzę!!!- Krzyknęły dzieci jednomyślnie.
– A z czym?
– Ja chcę z pieczrkami! I z szynką!
– A ja z salami i duuużo sera.
– Ok. Zadzwonię i zamówię.
– Wyszła z salonu, wzięła telefon i zadzwoniła do Adamskiego.
Jakąś godzinę później rozległ się dzwonek do drzwi. Monika otworzyła i wpuściła Tomka z czterema pudełkami pizzy.
– Dzień dobry. Dostawa pizzy. Kto zamawiał!
– My!- Krzyknęły dzieciaki. Spodziewali się dostawcy z restauracji a pojawił się dobrze im znany sąsiad.
– Mam też różne sosy i Pepsi.
– Ale super!
– Położył pudełka na stoliku w salonie. Każdy miał swoją pizzę, taką, jaką chciał. Siedzieli na podłodze, pałaszując ulubione jedzenie. Korzystając z nieuwagi dzieciaków, Monika dała znak Tomkowi i wyszli do kuchni, zabierając swoje pizze ze sobą.
– Dziękuję.- Rzekła z uśmiechem.
– Dominika tak karmi swoje dzieci? Pizzą?
– Nie, ale co mi szkodzi ich rozbestwiać, kiedy jej nie ma w pobliżu. W końcu bycie ciocią idealną zobowiązuje.
– No ba!
– Usiądź, zmienię ci przy okazji opatrunek.- Odpiełą kilka guzikó jego koszuli, umyła ręce i odkleiła wczorajszy opatrunek, po czym poszła wyjąć z szafki apteczkę.
– Szybko i całkiem ładnie się goi.
– O, masz w kuchni gaśnicę, brawo.- Zauważył gaśnicę ukrytą w szafce.
– Wcześniej nie miałam, ale odkąd pracuję w straży… Sam wiesz…
– No jasne.
– Damian przyszedł do kuchni z pustym pudełkiem po pizzy, ale zatrzymał się w połowie drogi. Jego oczy utkwione były w zabliźniającej się ranie Tomka.
– Wow!- Wyrwało mu się.
– Damian, niegrzecznie tak się gapić.
– To jest rana z tego pożaru w którym uratował pan chłopca?
– Tak.- Odparł Tomek.
– Wow, ale super! Widziałem w telwizji. I mama opowiadała. I ciocia pracuje z panem, prawda?
– Tak. Wasza ciocia jest znakomitym strażakiem. Możecie być z niej bardzo dumni.
Monika przygotowała sobie gazy, plastry i zakryła to, na co tak gapił się Damian.
– A co trzeba zrobić, żeby zostać strażakiem?
– Cóż, trzeba mieć świetną kondycję i uprawiać sport, chodzić na siłownię, bo żeby zostać strażakiem, trzeba zdać testy sprawnościowe. A nawet jak już się jest w straży, to i tak co roku trzeba od nowa przechodzić te testy, więc nie ma taryfy ulgowej.
– Pan to chyba dużo czasu spędza na siłowni…
Monika i Tomek uśmiechnęli się.
– Pracujemy na zmianach po 24 godziny i w czasie każdej zmiany musimy soędzić na siłowni jakieś półtorej godziny, obowiązkowo.
– Serio? Czemu aż tak dużo?
– Kondycja fizyczna i siła jest niezbędna w tej pracy. Poza tym żeby zostać zwykłym strażakiem, jak twoje ciocia, trzeba skończyć trzy miesięczne szkolenie na którym przyswaja się bardzo dużo wiedzy. A potem uczyć się cały czas, ciągle mamy jakieś szkolenia.
– A pan nie jest takim zwykłym strażakiem, jak ciocia?
– Nie, ja jestem wyższy stopniem. Tak jak w wojsku i w policji, w straży też są stopnie. Ja jestem dowódcą zmiany, czyli kieruję trzema zastępami.
– Wow, ale super.
– Tak, ale żeby być takim dowódcą, trzeba skończyć szkołę aspirantów?
– I ciocia też by mogła skończyć taką szkołę?
– No jasne. Wiesz, że to jest świetny pomysł? Myślę, że ciocia byłaby znakomintym dowódcą.
– Hej, panowie! Może zamiast układać mi plany na życie, posprzątacie po wyżerce, co?- Wtrąciła się w końcu Monika.
– Oczywiście. Ale uważam, że Damian trafił w sedno. To byłoby całkiem dobre rozwiązanie.
– Może, ale niech się poukłada najpierw to, co jest teraz. Nie wszystko na raz. Wiesz, jak mówią, co nagle to po diable.
– Może i tak. Ale gdybyś dojrzała do takiej decyzji, to masz moje wsparcie i pomoc. Moglibyśmybyć równi stopniem…
– Wrócimy do tego kiedyś. Na razie jeszcze za wcześnie.
– Cieszę się, że nie mówisz nie.- Uśmiechnął się. Bardzo chciał ją pocałować, ale przy dzieciach nie chciał tego robić.
– A jak posprzątacie po obiedzie, to może pojedziemy na lodowisko? Co wy na to?
– Ja chcę na basen!- Oświadczyła Wktoria, która właście dołączyła do pozostałych.
– A pan pojedzie z nami? Proszę! Byłoby super!- Błagał Damian.
– Pan Tomek na basen nie pojedzie, bo nie może zamoczyć opatrunku.- Wtrąciła się Monika.
– No to niech już będzie to lodowisko. Ale niech pan jedzie z nami. Będę mógł się pochwalić kolegom, że jeździłem na łyżwach z prawdziwym bohaterem.
– Myślisz, ze jestem bohaterem, bo zostałem ranny na akcji? To nie jest tak. Twoja ciocia robi to samo co ja, tak samo ratuje ludzi. I też jest bohaterką, chociaż nie została ranna. Na szczęście i miejmy nadzieję, że nigdy nie zostanie. Ona jest bohaterką, bo pomaga ludziom, ratuje ludzi. Ofiary wypadków… Wiesz, że w tamtym pożarze, jeszcze zanim ja wyiosłem to dziecko, to ona wyprowadziła z ognia dwie osoby?
– Naprawdę?- Oczy dzieci zrobiły się wielkie jak spodki.
– Tak, naprawdę.
– Ale suuuupeeeer!
Dzien spędzony na lodowisku w towarzystwie dwóch bohaterów był dla dzieci nie lada atrakcją. A po powrocie i po kolacji uprosiły, by Tomek został z nimi i żeby razem obejrzeli film. Dzzieci wybrały film i razem we czwórkę zasiedi na kanapie. Na początku oglądali z wielkim zaangażowaniem, szczęśliwi, że mogą siedzieć tak dług, jak chcą i mama ich nie wygoni do łóżek. Szybko jednak zmęczenie pokonało Damiana, a wkrótce po nim Wiktorię. Tomasz położył dłoń na udzie Moniki i szepnął:
– Zasnęli.
– No popatrz, a tak się cieszyli, że do północy będą szeć.- Śmiała się cicho. Tomasz skorzystał z okazji, na którą czekał cały dzień i pocałował ją.
– Wolałabym ich nie budzić, ale muszę ich wygonić do łóżek. Przecież nie będą spali tacy połamani na kanapie.
– A może spróbuję ich zanieść? Obudzą się?
– Nie wiem, ale oni mają 8 i 9 lat. Takie stare konie chcesz nosić?
– Chyba lepsze to, niż by się mieli obudzić, nie?
– A twoje żebra?
– Już jest dużo lepiej.
Udało mu się wziąć na ręce, wynieść i położyć do łóżek oboje dzieciaków. Potem stwierdził, że powinien się zbierać do domu.
– Byłbyś wspaniałym ojcem. Masz podejście do dzieci.
– Chciałbym kiedyś być ojcem.- Uśmiechnął się, obejmując ją w talii.- A ty? Chciałbyś być mamą?
– Gdybym mogła, to czemu nie. Może nie w tej chwili, ale myślę o tym, żeby w przyszłości zaadoptować dziecko.
– Zaadoptować? To stąd ta blizna na podbrzuszu? Nie możesz mieć własnych?
– Tak wyszło.- Przyznała.- Endometrioza.
– Ale jesteś otwarta na adopcję? To wspaniale. Cieszę się, że tak do tego podchodzisz. Lepiej już pójdę, bo jeśli teraz nie wyjdę, to dzieci twojej siostry zobaczą mnie rano w samych gaciach.
– Lubię cię w samych gaciach.- Roześmiała się.
Rano Monika wywlokła dzieci z łóżek już o szóstej rano. Były bardzo nie pocieszone. Przecież to niedziela, a ciotka każe im wstawać o szóstej ubierać się i pakuje ich do samochodu. I to po co!
Zawiozła ich nad Rabę. Były tam już inne samochochody. Grupa roeśmianych ludzi w różnym wieku robiła sobie rozgrzewkę. Monika od razu przyłączyła się do nich. A kiedy już się rozgrzali, wszyscy zdjęli ubrania i w kostuimach kąpieowych i czapkach na głowach wbiegli do lodowatej wody. W dodatku się z tego cieszyli, śmiali się i żartowali. Damian i Wiktoria stali oparci o samochód, naburmuszeni i zgorszeni tym co wyprawiają dorośli ludzie. Na domiar złego robili sobie zdjęcia i nagrywali, jak się pluskają w rzece w której płynęła drobna, nieliczna kra. Potem wyszli z wody. Monika natarła się śniegiem, potem włożyła ubranie i wsiadła do samochodu, a dzieci razem z nią.
– No a wy co? Stchórzyliście. Trzeba było chociaż spróbować.
– Jeszcze nie zwariowaliśmy.- Burknął Damian.- Po co to robisz?
– Dla zdrowia, dla endorfin.
– Co to są endorfiny?- Zapytała Wiktoria.
– Hormony szczęścia. Morsowanie daje dużo energii, odporność na choroby. I jest bardzo fajne.
– Fajne? W życiu. I nie jest ci zimno? Ani trochę?
– Kiedy wejdziesz do takiej wody, masz wrażenie, że cię patrzy, a nie chłodzi.
– Ale przecież jest zimna i tak naprawdę chłodzi.
– Dlatego nie można w niej siedzieć zbyt długo. A wwidzieliście, żebym kiedyś miałą katar?
– Nie.
– A no waśnie. To wszystko dzięki morsowaniu.
– Ciociu, a jak wchodzisz do palącego się domu, to wtedy nie jest ci za gorąco przez to, że morsujesz?
– Nie, to nie ma nic wspólnego. W porzaże jest bardzo gorąco, prawie nie do wytrzymania, ale to nie ma nic wspólnego z morsowaniem. Każdy strażak odczówa to tak samo, chociaż inni nie morsują.
Wysłała filmik z morsowania do Tomka, po czym wrócili do domu. Zorganizowała dzieciom cały dzień, żeby się nie nudziły.
Kiedy Dominika przyjachała po nie i zapytała jak było u ciotki i co robili, to wzruszyli ramionami.
– W porządku.
– Nie szaleliście do późna?
– Nie, skąd.- Śmiała się Monika.- Posnęli jak susły, chociaż plany mieli ambitne.
– Mamo, a pan Tomek jeździł z nami na łyżwach. To jest prawdziwy bohater. I powiedział, że ciocia też jest bohaterem, bo uratowała z pożaru dwie osoby! Super, nie?!- Opowiadała ożywiony Damian.
– Pan Tomek?- Dominika zrobiła wymowną minę.
– Przyjechał na zmianę opatrunku i przywózł pizzę. – Wyjaśniła Monika.
– No pięknie. Teraz będą mieć gdzieś matkę i ojca, bo tylko pan Tomek się będzie liczył. No i mają ciotkę bohaterkę. Gorzej być nie może.- Gderała dominika a Monika śmiała się.
– Teraz będziesz musiała się postarać, żeby im zaimponować.
– Bardzo śmieszne Pakować manele i do auta. Raz, raz!
Nadszedł w końcu dzien powrotu aspiranta sztabowego Adamskiego do pracy. Zjawił się jak zwykle jako pierwszy. Najpierw udał się do komendanta, kóry także był już w biurze.
– Tomek, cześć! Dobrze cię widzieć. Gotowy do służby?- Uścisnęli się jak starzy dobrzy przyjaciele.
– Jak zawsze. Przyniosłem papiery. Testy zdane, lekarz zatwierdził.
– Ale opatrunek jeszcze nosisz?
– Profilaktycznie, żeby nie zabrudzić, póki warstwa skóry jest jeszcze cienka.
– To dobrze. Znam cię, wiem, że dasz sobie radę.
– Dzięki. Boże, jak dobrze wrócić do służby.
– Nareszcie wróci normalność. Bez ciebie to nie są ci sami ludzie. Idź do nich. Potrzebują cię bardziej, niż myślisz.
– To Noworolski się nie sprawdził?
– A daj spokój…- Komendant nakreślił Adamskiemu jak wyglądała współpraca między Noworolskim a podwładnymi Tomka. Żadna skarga oficjalna nie dotarła do niego, ale zawsze wiedział co się w jego jednostce dzieje, słyszał komentarze, plotki.
– Nie chcę tego na mojej komendzie.
– Powiedziałeś im, że przenosisz się do Krakowa?
– Jeszcze nie. Czekałem, aż wrócisz, żeby cię nic nie ominęło. Idź do nich. Długo na ciebie czekali.
– Ja też długo czekałem na powrót.
Kiedy Zszedł na dół, jego podwładni już byli gotowi do odprawy, choć jeszcze było trochę czasu do ósmej. Na jego widok ucieszyli się. Zaczęli go ściskać.
– No! Nareszcie syn marnotrawny powrócił!
– Ładnie to tak się lenić kiedy inni pracują?
– Dobrze, że jesteś, bracie!
Jak przyjemnie było stanąć na odprawie i powiedzieć znowu słowa:
– Aspirant sztabowy Tomasz Adamski, dowódca drugiej zmiany melduje gotowość do służby.
Pierwsze wezwanie dotyczyło rozszczelnienia butli z gazem. Ruszyli na pełnej petardzie za miasto. Starsza pani struchlała ze strachu stała w bramie wjazdowej do domu i machała na nich. Zatrzymali się na drodze.
– U pani ta butla?
– Tak. Dzięki Bogu jesteście! Tak się boję, żeby nie wybuchło.
– Gdzie ta butla jest?- Zapytał Tomek.
– W kuchni.
– Jest jeszcze ktoś w domu?
– Nie, mieszkam sama.
– Radek wyznacz bezpieczną strefę, zabierzcie panią jak najdalej. Monika zajmij się panią. Maciek, Mikołaj, jeden prąd w pogotowiu.
Pobiegł do domu. Butla stała na środku kuchni i syczała. Próbował dokręcić zawór, ale był uszkodzony, więc szybko chwycił butlę i wyniósł za dom na łąkę, jak najdalej od domów. Odsunął się. Polewanie wodą schładzało płaszcz butli i rozpraszało wydobywający się gaz.
Monika przy samochodzie nie widziała co dzieje się za domem. Wiedziała jednak jak niebezpiecznie może być. Starsza pani była bardzo zdenerwowana.
– Proszę się nie denerwować. Nasi strażacy są najlepsi, wiedzą co robią.
– Ale zawsze może pójść coś nie tak.
Monika otuliła kobietę kocem, żeby nie zmarzła.
– Trzeba myśleć pozytywnie. Jestwm pewna, że wszystko będzie dobrze.
– To czemu tak długo wszystko trwa?
– Butla była pełna, prawda? Zawór jest uszkodzony, nie można było dokręcić, więc trzeba ją bezpiecznie opróżnić, a to trwa. Spokojnie, nic się nie stanie.
-Ten dom, to wszystko co mam.
– Rozumiem doskonale. Prosze się nie martwić, wszystko będzie dobrze. Chłopaki nad wszystkim panują. Pani dom nie jest już zagrożony. Kolega wyniósł butlę na tyle daleko, żeby ocalić pani dobytek nawet gdyby wybuchła.
– Woda stop.- Usłyszeli przez radio. Radek zakręcił zawór. Po chwili zobaczyli Mikołaja ciągnącego węża. Maciek zdjął chełm i niósł go pod pachą. Za nimi szedł Tomek.
– Wszystko w porządku, droga pani.- Powiedział Macie z uśmiechem.- Ma pani drugą butlę, czy ta była jedyna?
– Nie, no jedna. Dopiero co kupiona.
– Gotuje pani na butli, czy używa pani gazu jeszcze do czegoś innego?- Zapytał Tomek.
– Gotuję. Na czym ja teraz będę gotować? Oni pojadą dopiero za miesiąc. Co ja zrobię? Nic ciepłego przez miesiąc nie zjem?- Biadoliła starsza pani, przejęta.
– Nie ma pani kogoś żeby poprosić o podjechanie do sklepu i kupienie butli?
– Nie. Syn mieszka zagranicą.
– A jakiś sąsiad?
– Skąd. Nie można się nikogo doprosić o pomoc.
– To nie dobrze. Czemu ci sąsiedzi tacy niefajni?- Pytał Maciek.
– Przoszę jeszcze chwileczke zaczekać, podpisze mi pani protokół przekazania.- Tomek zdjął chełm i położył na siedzeniu, po czym zabrał dokumenty na podkładce.
– O mój Boże! To pan!- Krzykneła nagle kobieta. On wypałniał rubryczki w skupieniu.|
– To o panu mówili w telewizji. Pan to dziecko uratował z ognia. Mówili, że walczy pan o życie.
– Na szczęście udało się wygrać tę walkę. I z butlą też wygraliśmy.- Uśmienchnął się i podsunął jej papier.- Proszę tutaj podpisać.
– A co to jest?
– Protokół przekazania. To znaczy, że prowadziliśmy działania w pani domu, a teraz skończyliśmy i przekazujemy pani dom jakby z powrotem. W tej rubryczce.
Podpisała, ale patrzyła w niego jak w obrazek.
– Pan taki przystojny, młody. Jak ja to przeżywałam, jak o panu mówili… Taki bohater…
Tomek zniecierpliwił się trochę, choć starał się tego nie pokazywać.
– Pani kochana, wszyscy moi ludzie brali udział w tym pożarze. To jest Monika, to Maciek. Oni wyprowadzili z pożaru dwie osoby. O tym nikt nie powiedział. Kolega z drugiego zastępu wyciągnął i mnie i tego chłopca. Gdyby nie ten kolega, nie byłoby mnie tutaj. To nie ja jestem bohaterem, ale ci ludzie wokół mnie. Jak pani ogrzewa dom? Piecem?
– Tak, palę sobie w piecu.
– Butli potrzebuje pani do gotowania posiłku i nie ma pani nikogo, kto mógłby pani pomóc, tak?
– No tak, tak…- Kiwała głową zmartwiona.
– Monik zaprowadź panią do domu i weź koc. Wszystkiego dobrego dla pani. Prosze się nie martwić, może się znajdzie jakieś rozwiązanie. Najważniejsze, że jest pani już bezpieczna i nic się nie stało. My się już zwijamy. Musimy wracać.
– Bardzo wam dzięuję, panowie. Bardzo. Będę się za was codziennie modlić.
– Dziękujemy bardzo, modlitwa bardzo się przyda.- Uśmiechnął się ciepło Tomek.
Gdy zgłosił do dyspozytora zakończenie działań, dyspozytor od razu wysłał ich do kolejnego zdarzenia. To był bardzo ładny zimowy dzień. Nocą przyprószyło trochę świeżego śniegu, a teraz jaskrawo świeciło słońce, oślepiając kierowców. Każdy strażak wie, że w taką pogodę będzie miał ręce pełne roboty. Tak też było. Dostali wezwaie do zdaarzenia drogowego z udziałem jednego samochodu. Kierowca osobówki wypadł z drogi i wylądował w rowie. Dyspozytor wysłał też drugi zastęp.
Na miejscu zastali samochód leżący na boku, w rowie, z nieprzytomnym kierowcą wewnątrz. Tomasz otworzył drzwi od strony pasażera i zajrzał do środka.
– Proszę pana! Słyszy mnie pan? Prosze pana!
Mężczyzna poruszył się. Po chwili otworzył oczy. Był zdezorientowany.
– Spokojnie, proszę się nie ruszać. Miał pan wypadek. Zaraz panu pomożemy.
– So? Ale so?- Mamrotał. Tomasz zrozumiał, że ten człowiek jest pijany.
– Pod samochodem jest pies.- Krzyknęła Monika.
– Co? Pies?- Mikołaj zajrzał pod auto. Pies nie był przygnieciony przez samochód. Leżał w rowie, wśród drobnych odłamków szkła.
– Chyba wypadł przez okno. Trzeba go stamtąd wyjąć.
Mężczyzna zaczął się gramolić, chcąc wyjśc z samochodu, ale nie bardzo wiedział gdzie dól, gdzie góra.
– Spokojnie! Niech się pan nie rusza! Proszę siedzieć spokojnie, zaraz pana wyciągniemy! Może pan być ranny!
– Pier**le…- Mruknął kierowca.- No pomóż mi się wydostać.
– Boli pana coś?
– Przestań pierd**lić i pomóż mi k**.- Rzucał bluzgami i gramolił się w górę. Wyglądało na to, że nic poważnego mu nie jest, nawet jeśli stracił na krótko przytomność. Pomógł mu wyjść, bo i tak nie miał większych szans zapanować nad nim. Na miejsce dojechał zespół ZRM. Radek przekazał im nietrzeźwego kierowcę i zajęli się psem, który podnosił głowę, ale nie był w stanie się ruszyć. Podejrzewali złamany kręgosłup. Reakcje zwierząt są nieprzewidywalne, musieli więc działać tak, by jak najmniej go stresować. Pies był dość duży, w typie lebradora, czarny. Okryli ziwerzę kocem, osłonili deską i odsunęłi pojazd na tyle, by mieć dobry dostęp do zwierzęcia. Z koca zrobili płachtę i we czterech wynieśli go na pobocze. W tym czasie dyspozytor próbował wydzwonić jakiegoś weterynarza, który przyjechałby po zwierzę. Kiedy pies był już na poboczu, dokładnie okryli go kocem, a Tomek przyklękł przy nim trzymając jego głowe na kolanach głaskał go.
– Dobry piesek. Nie bój się, biedaku, nie damy ci zginąć. Nie bój się.- Mówił czule do zwierzaka. Dyspozytor odezwał się przez radio.
– Bochnia 998 do 401-25
– 25 zgłasza. Co z tym weterynarzem?
– Żaden nie chce przyjechać, bo zwierzę ma właściciela. Nawet dyżurny wojewódzki odmówił. Twierdzą, że właściciel ma zadbać sam o swoje zwierzę.
– Właściciel sam o siebie zadbać nie potrafi.
– Będę próbował dalej.
– Ok, czekamy.
Tomek westchnął.
– Posiedzimy tu trochę, piesku… Dajcie mu chociaż wody, może się napije.
Mikołaj podszedł z butelką wody.
– Spróbuj mu tak polać trocę do pyska. Tylko, żeby się nie zakrztusił.
W karetce pytali o dokumenty pacjenta, więc Monika przeszukała samochód. Znalazła dokumenty, telefon i butelkę wódki.
Karetka zabrała pacjenta.
Czas mijał, a weterynarza wciąż nie było. Cały czas nie mogli otworzyć pełnego ruchu na drodze. Udostępnili połowę pasa i kierowali ruchem, a Tomek trwał przy psie.
– Boże, ale mi zdrętwiały nogi. Muszę wstać, bo już nie mam czucia.
– Zastąpię cię.- Zaoferowała Mionika.
– Dzięki. Przejmij go.
Odsunął się i powoli próbował wstać.
– O kurcze…Moje nogi…- Musiał się rozchodzić. Szedł powoli i kulał.
– Czego się nie robi dla zwierzaka.- Uśmiechnął się Maciek.
– Nie śmiej się z niepełnosprawnego.- Żażartował Tomek, rozcierając łydki rękami. Dyspozytor wywołał go przez radio.
– Co masz?- Zapytał.
– Weterynarz ze schroniska w Borku zgodził się zając psem. Powiedział, że przyjedzie za pół godziny, do godziny, bo coś tam teraz ma.
– Nareszcie. Ok, dzięki.
– Słyszałeś, piesku?- Rzekłą Monika do zwierzęcia.- Leż sobie spokojnie, niedługo pan doktor ci pomoże. Słodziak jesteś, wiesz? Słodziak kochany.- Glaskała psa, a ten patrzył na nią ufnie.
– Fajnie byłoby mieć takiego przyjaciela…- Westchnęła.
– Fajnie, ale co z nim zrobić na służbie?- Odparł Tomek. Chodził w tę i z powrotem, odzyskując powoli czucie w nogach. Dokuczało mu nieznośne mrowienie.
– Musicie sobie obydwoje znaleźć drugie połóki, które będą dbać o zwierzę kiedy wy będziecie na służbie.- Stwierdził Mikołaj.
– Powiedział co wiedział.- Marsknął Maciek.
W końcu pojawił się weterynarz. Włożyli ostrożnie psa do klatki na pace samochodu i mogli kończyć działania.
Życie w komendzie wróciło do normy. Służba, wyjazdy do zdarzeń, ćwiczenia. Tomek oznajmił swoim ludziom, że w tym roku to jego zastęp weźmie udział w ogólnopolskich zawodach strażackich, dużo więc trenowali pod tym kontem, aby poprawiać czas wykonania kolejnych konkurencji. Monika i Mikołaj byli bardzo szybcy, ale nie przestawali pracować nad poprawą wyników. W kwietniu, gdy mieli służbę, Mikołaj chodził cały czas podenerwowany, nie mógł sobie znaleźć miejsca.
– Co ty tak drepczesz? Hemoroidy masz, czy co? Nie dasz rady usiąść?- Żartował Radek.
– W ncy odwiozłem Kasię na porodówkę.
– Żartujesz? Kasia rodzi? Kurczę, szkoda, że nie możesz przy niej być w takiej chwili.- Monika poklepała go po ramieniu.
– O chłopie! Skończą ci się szczeniackie lata. Będziesz tatusiem.
– Nie mogę się już doczekać.
Mikołajowi zupełnie nie przeszkadzało, że to nie on jest biologicznym ojcem dziecka. Był świadomy przez co przeszła jego dziewczyna i że nie tak łatwo było jej pogodzić się z tym, że jej dziecko jest owocem przemocy. Dzięki jego zaangażowaniu i czułości jaką okazywał jej i nienarodzonemu jeszcze dziecku, mogła łatwiej przejść przez to wszystko i pogodzić się z tym co się stało. Ten młody chłopak okazał się nadzwyczaj dojrzały emocjonalnie, odpowiedzialny i mądry. Cechy te zyskał dzieki pracy w straży.
– Mokołaj… Kiedy wstąpiłeś do Straży, byłeś lekkoduchem, dla którego to była świetna zabawa. Zrobiłeś kawał pracy nad sobą, stałeś się mężczyzną.- Rzekł Tomasz oficjalnym tonem. Był to po części żart, ale jednocześnie szczera prawda.- Miło było patrzeć jak się zmieniasz, choć czasami doprowadzałeś mnie do szału.
– To zabrzmiało, jak mowa pogrzebowa.- Śmiał się Maciek.
– Wypluj te słowa!- Monika rzuuciła w niego miśkeim.
– Mikuś tylko na zdarzeniu masz myśleć o robocie nie o Kasi.- Dorzucił swoje Radek.
– Łatwo powiedzieć.
– Nie ty pierwszy to przeżywasz.- Przypomniał Maciek.
W godzinach szczytu dostali wezwanie do wypadku na autostradzie. Mikołaj pracował rozpierakiem przy wraku, kiedy telefon w jego kieszeni zaczął dzwonić. On jednak musiał to ignorować i w stu procentach skupić się na pracy. Tomek obserwował go, ale nie miał się do czego przyczepić. Czas zgłosić kilka awansów- pomyślał. Gdy Wyciągnęli poszkodowaego z samochodu, Tomek podszedł do Mikołaja i klepnął go w ramię.
– Zadzwoń do niej.
– Dzięki.
Mikołaj odszedł na bok, sięgnął po telefon. Miał nieodebrane połączenie od Kasi i MMS. Przysłała mu zdjęcie nowonarodzonego synka opatrzone komentarzem: „Witaj tatusiu.”
Bardzo się wzruszył. Z szerokim promiennym uśmiechem wybrał jej numer. Gdy usłyszał jej głos, zarzucił ją pytaniami:
– Cześć kochanie. Jak się czujesz? Wszystko w porządku?
– Tak. Nie było łatwo, ale daliśmy radę.
– Jestem z ciebie bardzo dumny. Kocham cię. Tak bardzo chciałbym być teraz przy tobie, ale nie mogę…
– Musisz ratować świat.
– Tak, dziś znowu ratuję świat. A ty… I Tomuś… Jesteście moim całym światem. Po służbie przyjeżdżam prosto do ciebie.
– Czekamy z Tomusiem.
– Kocham cię, odpoczywaj.
Rozłączył się i pobieg do dowódcy, by pokazać mu zdjęcie.
– Piękny maluch. Gratuluję, młody.- Tomek klepnął go w ramię z dumą.
– Tomuś…
– Tomuś? O.
– Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko temu?
– Nie, nie mam.- Uśmiechnął się Tomek.
– W końcu to ty ściągnąłeś ją z tego dachu. Zawdzięczamy ci wszystko.
– Ona nie chciała się zabić. Rozpaczliwie szukała pomocy i bała się Na początku wątpiłem w to, czy wiesz co robisz, pakując się w taki związe, ale widze, że bardzo się rozwinąłeś, zmieiłeś. Stanales na wysokości zadania. Ciesze się, że tak się wszystko potoczyło. Ze ona ma ciebie a ty ich oboje. Jeszcze raz gratuluję.
– Dzięki.- Mikołaj uścisnął Tomka.
– Urodziło się? Pokaż!- Wszyscy otoczyli go, chcąc zobaczyć zdjęcie.
– Hej! Hej! Przypominam wam gdzie jestescie i co robicie!- Zareagowal Tomek.
Po skończnej zmianie Monika poszła do szatni, aby wziąć z szafki ubranie i przebrać się. Otworzyła szafkę i ujrzała satynowe pudełeczko oraz kopertę ze swoim imieniem. Owinęła to w swoje cywilne ubranie i poszał ado toalety. Wciąż nie miała miejsca by się przebierać i musiała robić to w toalecie.
Usiadła na sedesie i najpierw otworzyła pudełeczko. Wewnątrz była szeroka obrączka z okrągłym rubinem i grawerem płomienia i linii życia dookoła. Założyła obraczkę na palec. Pasowała idealnie. Poruszona szybko otworzyła kopertę i wyjęła list od Tomka.
„Skarbie… Jest mi źle z tym, że musimy się ukrywać, że nie możemy się pobrać, jak normalni ludzie. Kocham cię i chcę z tobą spędzić resztę życia. Póki nie znajdziemy jakiegoś rozwiązania, niech ta obrączka będzie takim symbolicznym przypieczętowaniem naszej miłości. Wiem, że to nie wiele, zaedwie namiastka tego, co powinienem ci zaoferować. Przepraszam, że dotąd nie znalazłem rozwiązania tej sytuacji. Będę szczęśliwy, jeśli zechcesz nosić tę obrączkę. Kocham cię. T.”
Wsunęła list z powrotem do koperty. To był najpiękniejszy i najmilszy pezent, jaki w życiu dostała.
Przebrała się i w cywilne ubranie i wróciła do szatni po resztę rzeczy. Zatała Tomka przebierającego się. Od rzu zauważyla, że ma coś nowego. Nieśmiertelnik na szyi a na nim taki sam grawer jak na jej obraczce. Płomień i linia życia. Usmiechnęła się do niego i niby przypadkiem siegnela by założyć włosy za ucho. Oczywiście natychmiast zobaczył obrączkę i uśmiechnął się. Gdyby mógł, wziąłby ją w ramiona i nie wypuścił, ale wokół byli inni.
W maju, w Dniu Strażaka na placu ćwiczebnym zorganizowano uroczystości, w których wzięli udział wszyscy Bocheńscy strażacy z PSP. Zmiana Tomka nie miała wtedy służby, zatem w galowych mundurach na bacznośc stali w szeregach i suchali przemówienia ustępującego ze stanowiska komendanta wojewodzkiego PSP. Potem na mowinicę wszedł nowy komendant wojewódzki, Zbigniew Gut, co spotkało się z owacją. Jego przemówienie było bardzo emocjonalne i sentymentalne. Trudno było mu pożegnać się z miejscem, które tak kochał i które uształtowało go jako strazaka, dowódce i człowieka. Przedstawił swojego nastepcę.
Na mówinice wszedł wysoki, dobrze zbudowany, wyprostowany jak struna nowy komendant, w galowym mundurze, brygadier Rafał Brynkus.
– Czołem strażacy.
– Czołem panie komendancie!
– Kiedy dowiedziałem się, że zostałem skierowany do objęcia stanowiska komendanta w tej jednostce, zrobiłem małe rozpoznanie. Byłem pod wrażeniem osiagnięć i wyników, a także pracowitości służących tutaj strażaków. Jestem dumny, że będę mógł pracować z taką kadrą. Byłem tutaj tydzień temu i zauważyłem kilka rzeczy, które chciałbym zmienić, aby ulepszyć funkcjnowanie komendy i wyjść naprzeciw potrzebom kadry. Ale tym zajmiemy się od jutra. Dziś będę miał przyjemność wręczyć kilka awansów i odznaczeń. Proszę o wystąpienie z szeregu następujące osoby. Strażak Monika Bodnar i strażak Mikołaj Stanek.
Oboje zrobili krok do przodu i czekali na baczność. Tomek uśmiechał się lekko. Był dumny ze swoich ludzi. Monika i Maciek zostali także wyróżnieni, za wzorową służbę.
Nowy, przystojny komendant wręczył im nominacje na stopień starszego strażaka. Awansowali zatem o jeden mały szczebelek wyżej. Następnie wywołany został młodszy aspirant Gustaw Świerczek. Dostał nominację na stopień aspiranta. Dotąd był młodszym aspirantem. Następnie otrzymał medal Zasłużony dla Ochrony Przeciwpożarwej, przyznawany prze MSWiA za wzorową służbę, osiągnięcia w akcjach ratowniczych, lub wybitną działalnośc zawodową. Nowy komendant wyczytał, że Gutek dostaje ten medal za uratowanie życia druha podczas pożaru. Ostatnia dekoracja medalowa dotyczyła aspiranta sztabowego Tomasza Adamskiego. Został odznaczony Medalem za Ofiarność i Odwagę, oraz Krzyżem Zasługi za Dzielność. Nowy komendant wyraził wielkie uznanie dla niego i nadzieję na owocną współpracę. Potem odbył się uroczysty obiad w koszarach. W tym czasie służbę mieła trzecia zmiana. Nie mogli brać udziału w całych tyc uroczystościach, ponieważ musieli się udać do zdarzenia. Ominęło ich to, co najlepsze.
Po uroczystym obiedzie nowy dowódca podszedł do Moniki.
– Cieszę się, że w szeregach PSP pojawia się coraz więcej kobiet. Z doświadczenia wiem, że obecność kobiet wpływa dobrze na męską część załogi, łagodzi obyczaje, prowokuje większą kulturę osobistą. Zauważyłem, że nie ma pani tutaj łatwo. Jednostka nie jest przystosowana do kobiet w służbie. Nie ma osobnego prysznica, pzebieralni. Z prysznicem nie wiele mogę zdziałać, ale zadbałem już, aby miała pani wydzielone miejsce, aby mieć przynajmniej minimum komfortu przy przebieraniu się.
– Dziękuję bardzo. Cieszę się.
– Czas, aby PSP weszła w końcu w 21 wiek nie tylko pod względem wyposażenia bojowego.
– To wszystko pięknie brzmi.- Przyznał Tomasz, który podszedł do nich.
– Panie aspirancie… Wiem, że odmówił pan przyjęcia awansu, który bardzo słusznie się panu należał. Nie bardzo rozumiem takie podejście.
– Wyjazdy do zdarzeń to moje życie. Zrezygnowanie z aktywnej służby dla awansu, czy korzyści finansowych byłoby dla mnie jak wyjęcie ryby z wody.
– No tak, rozumiem. Bardzo chętnie przyjrzę się pańskiej służbie, stylowi kierowania zespołem. Słyszałem same dobre rzeczy. Mam nadzieję, że nie będzie pan miał nic przeciwko temu, bym pojechał parę razy w teren i poobserwował. To pozwoli mi lepiej poznać podwładnych.
– Oczywiście, nie ma najmniejszego problemu.
– Nie będę inerował w pana pracę, tylko obserwował z boku.
– Ok, proszę robić co pan uważa za słuszne, komendancie.
Już na kolejnej zmianie mieli się przekonać o stylu zarządzania nowego komendanta. Dla moniki było to miłe doświadczenie. Po przyjściu do pracy odkryła, że jeden z przyszniców, na końcu łażni był oddzielony od innyc zasłoną, a naprzeciw niego ustawiono ścianki przebieralni, z zasłoną. Wewnątrz były wieszaki i ławeczka. Bardzo jej się to spodobało, choć było tylko prowizorka.
Po odprawie, która wyglądała jak zawsze, każdy udał się do swoich obowiązków. Szybko przyszło wezwanie do pożaru w firmie zajmującej się segregacją odpadów. Dyspozytor zadysponował wszelkie dostępne jednostki, ale jako pierwszy na miejsce dotarł zastęp Tomka. Pożar widać było z daleka. Nad miastem unosiły się kłęby czarnego dymu.
Gdy się zbliżali do hal firmy, Tomek wywołał dyspozytora.
401-25 do 998.
– Bochnia 998 zgłasza.
– Zadysponuj mi na miejsce chemika.
– Już jadą z Krakowa.
– Ok, reszta po rozpoznaniu.
Wysiadł z samochodu i podbiegł do grupki ludzi stojącej na parkingu przed bramą. W tym czasie na miejsce dojeżdżały kolejne zastępy straży.
– Czy wewnątrz są jeszcze jacyś ludzie?
– Nie. Nikogo.- Odpowiedział elegancko ubrany mężczyzna.
– Wszyscy ewakuowani, tak? A z tej drugiej hali też?
– Tak.
– Wiadomo co tam się wewnątrz pali?
– Coś wybuchło i zaczęło się palić. Tam są tworzywa sztuczne, opony… Różności.
– Domyśla się pan co mogło wybuchnąć? Są tam jakieś butle z gazem, płyny łatwopalne?
– Nie. Właśnie nie. Nie mam poęcia co tak rąbnęło. Coś musiało być w odpadach.
– Dobrze, proszę jak najszybciej zabrać te samochody z patrkingu i oddaliś się do bezpiecznej strefy. Natychiast porszę opuścić ten teren.
Wyznaczył strefę zero, postawił kilku ludzi by jej pilnowali, zaecił wykonanie magistrali wodnej.
– Pijemy z Raby. KSR do wszystkich jednostek. Meldować się.- Musiał wiedziec kogo ma do dyspozycji.
– Rota RIT Monika i Maciek. Dwójka RIT z OSP Słomka. OSP Rzezawa zabezpieczenie strefy zero. Dwie drabiny od południa, dwie od pólnocy! Lejemy panowie!- Podszedł do płonącej hali, zajrzał przez otwarte drzwi, ale nie było już szans wejść do środka. Było to zbyt niebezpieczne. – Cztery prądy naziemne. Lejemy wyłącznie z zewnątrz. Nie wchodzić do środka. Pamiętać o własnym bezpieczeństwie. Przypiąć się do drabin! Monitorować stan wiatru w butlach.
Dopiero teraz zobaczył, że na miejscu pojawił się także komendant Brynkus. Stał z boku przy samochodzie i obserwował. Trwało gaszenie dużego, rozwiniętego pożaru, który wciąż się rozprzestrzeniał. Na miejsce dojeżdżały kolejne zastępy.
Zespół Hazmat przyjechał po godzinie, aby monitorować ewentualne skarzenie powietrza. Kłęby czarnego dymu unosiły się wysoko w powietrze. Tomasz nie odrywał wzroku od pożaru i pracujących przy nim ludzi. Czekało ich wile godzin piekielnie trudnej pracy. Dach hali zapadł się a wściełe płomienie wystrzeliły w górę. Nagle jeden ze strażaków gaszących z drabiny zachwiał się i spadł prosto w płomienie.
– Mayday! Mayday! Strażak wpadł w sam środe pożaru!- Krzyczał jego kolega. Był to jeden ze strażaków OSP z Baczkowa.
– Widziałem!
– Zróbcie coś!
– Nie poślę ludzi na śmierć. Lejcie w tamto miejsce! Monika zastąp go. Tylko na miłośc Boską zabezpiecz się!
– Tak jest!- Założyła szybko maskę i pobiegła na tę drabinę z której spadł przed chwilą człowiek.
– Co widzisz? Widać go tam?- Pytał zdenerwowany Tomek przez radio.
– Nie. Nie ma szans, widać tylko płomienie!
– Trzeba go ratować!- Krzyczeli koledzy z zastępu OSP Baczków.- Pójdziemy tam! Wyciągniemy go!
– Nie!- Wrzasnął Tomasz.- Albo wykonujecie rozkazy, albo wracać do jednostki! Natychmiast! Nikt więcej dziś nie zginie!
Co pół godziny strażacy musieli wymieniać butle z powietrzem. Po kilku godzinach takiej walki z pożarem każdy był wycieńczony.
– OSP Rzezawa do KDR.- Usłyszał Tomek przez radio.
– KDR zgłasza.
– Przyjechał tutaj pan, właściciel restauracji i przywiózł dla chłopaków wodę i całą górę pizzy. Mówi, że to od firmy, za to, co robimy.
– Naprawdę? To bardzo miłe. Podziękuj panu bardzo serdecznie i przynieście tutaj to wszystko. Pan niech nie wchodzi ani nie wjeżdża poza strefę zero.
– Zrozumiałem, wykonujemy.
Tomek zerknął na zegarek. Walczyli z pożarem już od wielu godzin. Przy każdej wymianie butli na pełną strażacy musieli nawodnić się i odpocząc przed kolejnym wejściem do działania. Tomek wyznaczył strefę do odpoczynku na parkingu firmy, z dala od dymu i żaru. Kiedy Monika zeszła z drabiny, zdjęła hełm i otarła pot z czoła husteczką.
Tomek podał jej butelkę wody.
– Trzymaj. Tam jest pizza. Jedzcie ile chcecie, jak zabraknie, zapewnimy dostawę kolejnych posiłków. To twój pierwszy taki pożar. Jak się czujesz?- Zapytał. Była naprawdę zmęczona.
– Jak koń po westernie.
– Odpocznij. Jeśli potrzebujesz, połóż się. I dużo pijesz, pamiętaj.
– On mie ma najmniejszych szans, prawda?- Zapytała ściszonym głosem. Tomek westchnął ciężko. To było dla niego bardzo trudne. Pokręcił głową przecząco.
– Boże… Dlaczego nie był zabezpieczony linką?
– To jest mój problem, nie twój. Ty masz się skupić na własnym bezpieczeństwie. Czeka nas bardzo długa służba w bardzo trudnych warunkach. Zrób wszystko, żebym nie musiał się o ciebie martwić.
– Tak jest.
Jedni strażacy leżeli na ziemi jedli pizzę i odpoczywali, ale nikt nie miał ochoty rozmawiać. Panowała cisza, a myśli wszystkich krążyły tylko wokół strażaka, który wpadł w płomienie.
Poza strefą bezpieczeństwa zebrały się tabuny dziennikarzy z kamerami.
Po ośmiu godzinach gaszenia Adamski poprosił dyspozytora o przysłanie nowych zastępów, żeby tych, któzy pracowali od rana wysłać do remizy. Zanim wsiedli do wozów, musieli zdjąć nomexy, wrzucić do worka, który następnie umieścili na dachu pojazdu. Po powrocie do remizy natychmiast wrzucili je do prania. W membranie ubrania specjalnego zbierały się toksyczne substancje rakotwórcze, dlatego musieli zminimalizować narażenie na te substancje.
Tomek został na miejscu, by nadal kierować działaniami.
Oni usiedli przy stole, nie wiele się odzywali. Ktoś włączył telewizor. Na kanale informacyjnym leciała relacja z pożaru. Dziennikarka mówiła o tym strażaku, który wpadł do hali. Oficjalnie traktowano go jako zaginionego. Każdy strażak jednak wiedział, że wyrażanie nadziei iż strażak odnajdzie się żywy, jest bezpodstawne.
Komendant, który cały czas był na miejscu pożaru, podszedł do Tomka.
– Pan też powinien wrócić do koszar i odpocząć.
– Nie ma takiej potrzeby. Wszystko w porządku.
– Widzę, ale myślę, że pańscy ludzie potrzebują pana obecności. To co się wydarzyło, mocno na nich wpłynęło. Na pana także.
Tomek spuścił głowę. Dopóki był tutaj, skoncentrowany na kierowaniu działaniami, nie myślał o tragedii, która się wydarzyła.
– Nie pomogę im w takim stanie.- Powiedział cicho, spuściwszy głowę.- Póki mogę działać, jest dobrze.
– Aspirancie! Na pana miejscu wszystko zrobiłbym tak samo. Nie popełnił pan błędu.
– Straciłem strażaka. Nie ważne, że to nie był mój błąd.
– Ważne. Kluczowe. Przejmuję dowodzenie, a pan wraca do koszar moim samochodem. Umawiamy się, że o dwudziestej drugiej jest pan z powrotem i kieruje dalej działaniami. To poecenie służbowe. – Tak jest.
– Prosze odpocząć i wrócić z przewietrzoną głową.
Kiedy Tomek wrócił do koszar, Radek podszedł do niego i bez słowa poklepał go po ramieniu. Maciek także to zrobił. I pozostali. A w Tomku coraz mocniej buzowały emocje. Musiał wyjść na zewnątrz.
Oparł się o ścianę i ukrył twarz w dłoniach. Monika przyszła do niego. Chwyciła go za ramię, ścisnęła i trzymała. Odwrócił się do niej plecami, wziął głęboki wdech i powoli wypuścił powietrze z płóc. Bardzo powoli. Objęła go wciąż stojąc za nim i pocałowała w ramię. Nie obchodziło jej w tej chwili czy ktoś ich zobaczy. Stali tak długą chwilę. W końcu Tomek powiedział cicho:
– Dziękuję.
– Chodź, zjesz coś ciepłego. Chodź.- Pociągnęła go za rękę.- Zrobiłam zapiekankę, którą lubisz.
Przyprowadziła go do kuchni i nałożyła solidną porcję na talerz, nalała świeżo zaparzonej kawy z ekspresu. Zaczął jeść i spojrzał na swoich podwładnych.
– Odpocznijcie, bo za osiem godzin wracacie do gry.
– Myślisz, że to potrwa tyle?- Zapytał Radek.
– Tak. Nawet jeśli ugaszą, to trzeba będzie przelewać, dogaszać i przeszukać zgliszcza…
– Komendant cię zmienił?
– Tak. Dziękuję, pyszna zapiekanka.- Zostawił nieniedojedzoną i poszedł się położyć. Leżąć z zamkniętymi oczami udawał, że śpi, żeby mieć spokój. Nie zareagował nawet kiedy dostał SMS. To Monika napisała mu krótkie „Kocham cię”, ale on tego nie przeczytał. Leżał z zamkniętymi oczami, aż pzyszła godzina powrotu na miejsce pożaru.
– Jak sytuacja?- Zapytał komendanta.
– Ogień opanowany. Mamy jeszcze zarzewia, ale już coraz mniejsze. Więcej już pary wodnej niż dymu.
– Rozumiem. Jestem gotowy.
– Ok, przejmuje pan dowodzenie a ja wracam.
Po przejęciu dowodzenia najpierw zebrał meldunki by zorientować się dokłądnie w sytuacji i w tym ilu ma ludzi do dyspozycji i na jakich pozycjach. Potem połączył się z dyspozytorem i poprosił o kolejną wymianę ludzi i przysłanie swoich podwładnych. Nad ranem mogli w końcu wejść do spalonej, częściowo zawalonej hali. Widoczność wciąż była utrudniona, tyle było pary. Tomasz musiał pilnować porządku, aby nikt nie biegał po hali chaotycznie przerzucając zgliszcza w poszukiwaniu ciała zaginionego kolegi. Hala mogła się zawalić na ludzi. Musieli być czujni i ostrożni. Sukcesywnie i powoli przelewali wszystko, bosakami szukając utajonych zarzewi. Monitorowali temperaturę wnętrza kamerami termowizyjnymi. Zbliżała się siódma rano, kiedy Tomasz usłyszał przez radio Maćka.
– Poszukiwacz do KDR.
– Co masz?
– Możesz tu przyjść.
– Już idę.
Pobiegł do wnętrza. Wszystko było czarne, śmierdziało stopionym plastikiem i milionem różnych innych smrodów. Grupka strażaków stała i czekała na niego. Wyminął ich i zobaczył najpierw butlę na powietrze atmosferyczne, a dopiero po chwili zwęglone ciało. Trzeba było wezwać policję, prokuratora. Kiedy skończyli działania i złożyli ciało do plastikowego worka, Tomek powiedział przez radio do wszystkich strażaków:
– Zróbcie szpaler.
PSP które już dawno powinno skończyć zmianę, zostało na miejscu. Wszyscy ochotnicy, którzy mogli, także tam byli.
– Możemy sami wynieść ciało?- Zapytał prokuratora.
– Jasne.
Sześciu strażaków wzięło metalowe nosze na których złożono ciało i wynieśli je na zewnątrz. Panowała przejmująca cisza. Na zewnątrz stali strażacy w dwóch rzędach, tworząc ścieżkę do karawanu. Stai na baczność i salutowali. Monika wraz z kilkoma innymi strażakami szła za ciałem. Miała łzy w oczach. Nie znała tego człowieka, który zginął, nic o nim nie wiedziała, ale był jednym z nich. Sposób ostatniego pożegnania, szacunek jaki oddano koledze, który zginął na służbie, był niezwykle wzruszający. Dopiero potem mogli oddać służbę i wrócić do domów.
– Tomek, pojedź do mnie.- Poprosiła.
– Nie wiem czy to dobry pomysł. Nie jestem w zbyt towarzyskim nastroju.
– Ufasz mi?
– Oczywiście.
– Pojedź do mnie.
Nie przyjechał, więc ona wsiadła w samochód i pojechała do niego. W domu światła były pogaszone. Nacisnęła na klamkę. Nie zamknął drzwi na klucz. Weszła i zastała go siedzącego w ciemności, na kanapie w salonie. Nawet nie drgnął, kiedy się pojawiła.
Wpierwszym odruchu chciała zapalić światło, paplać coś o tym, że nie może tak postępować, ale wiedziała, że potrzebował przetrawić to wszystko po swojemu. Nie powiedziała ani jednego słowa. Usiadła obok niego, przytuliła się i trwała przy nim. Czas płynął gdzieś obok nich, jakby nie istniał, a to wspólne trwanie w ciszy nie dłużyło im się ani trochę. Myśleli o tej tragedii, któa dotknęła całą społeczność strażacką, a Tomka w sposób szczególny.
W końcu zasnęła.
Przebudziła się nad ranem, gdy Adamski się poruszył. Wiąż siedzieli na tej kanapie, a właściwie on siedział, a ona leżała z głową na jego udach. Spojrzała na niego, a on uśmiehnął się do niej lekko.
– Dziękuję.- Szepnął.
Po tygodniu odbył się pogrzeb strażaka, który zginął w tym pożarze. Tomasz, z komendantem Brynkusem wzięli w nim udział. Człowiek ten miał trójkę dzieci, od dziesiatego do piętnastego roku życia. Cała rodzina była zdruzgotana tą niespodziewaną straszną śmiercią. Płacz tych dzieci, żony, był najtrudniejszym doświadczeniem z jakim przyszło się Adamskiemu zmierzyć. Policja już przeprowadziła szybkie śledztwo, oczywiście stwierdzono nieszczęśliwy wypadek bez winy osób trzecich. Po dokładnym przeszukaniu pogorzeliska stwierdzono iż pożar rozpoczął się od wybuchu baterii w ulajnodze elektrycznej. Ale jak ta hulajnoga znalazła się między odpadami z tworzyw sztucznych, tego nie wiedział nikt. Nie można było tego sprawdzić w żaden sposób, ponieważ monitoring zepsuł się kilka dni wcześniej. Tomasz podejrzewał jakiś sabotaż, ale to już nie leżało w jego gestii. Właściciel firmy powiniec zadbać o to, by poznać prawdę.
Dźwięk ręcznej syrey strażackiej na korbkę rozdarł powietrze, gdy trumna strażaka ochotnika zanużała się w ziemię. Dzieci tuliły się do mamy. Tome zacisnął zęby, by zapanować nad własnymi emocjami.
Po pogrzebie, gdy wszyscy zaczęli się rozcchodzić a przy grobie zostali tylko najbliżsi, Tomek podszedł do wdowy.
– Pani Zielińska… Prosze przyjąć głębokie wyrazy współczucia.
– Dziękuję panu.
– Jestem dowódcą zmiany w PSP Bochnia. Kierowałem działaniami podczas tego pożaru. Pani mąż… Był pod moja komendą. To się stało na moich oczach.
Powiedział to, mimo że kobieta mogłaby obwiniac go za śmierć męża. Był gotowy się z tym zmierzyć. Ona chwyciła go za rękę i ocierając oczy chusteczką, powiedziała:
– Ja wiem, że to nie pana wina. To Mietek nie zadbał o bezpieczeństwo. Ja wszystko wiem. Widzi pan, on ostatnio miał tyle na głowie. Robotę stracił, nie mógł nowej znaleźć… Do tego kredyt wzięliśmy na remont… Nie wiem jak ja teraz to wszystko ogarnę.
– Rozumiem. Duży państwo ten kredyt wzięli?
– Niby nie, bo na 20 tysięcy, ale jak ja go sama teraz spłacić mam.
– A ten remont… Zrobili go państwo już?
– Skąd. Nie wiem, czy w ogóle go ruszać, czy wynajmować ekipę, czy trzymać pieniądze na kupce i po trochu oddawać.
– W tej chwili proszę się skupić na dzieciach, a takie problemy mogą poczekać. Bardzo pani wspólczuję.
– Dziękuję. Jest pan bardzo miły, dziękuję. Nie musieli panowie przyjeźdźać, przecież panowie są z PSP. To bardzo miłe.
Kiedy odeszli, Tomek zwrócił się do komendanta.
– Większość chłopaków dorabia sobie między zmianami, wykonując remonty. Pomyślałem, że może ktoś z naszych zechciałby pomóc tej kobiecie za darmo. Ja zamierzam to zrobić.
– To jest bardzo dobry pomysł. Przynajmniej na ekipie i robociźnie mogłaby zaoszczędzić. Też pomogę.
– Naprawdę? No to świetnie.- Ucieszył się Tomek.
– Mam tylko jeden warunek…
– Proszę mówić.
– Mómy sobie po imieniu.
– Nie ma problemu.
Komendant poszedł o krok dalej. Ogłosił powstanie projektu harytatywnego i zaprosił do niego wszystkich strażaków, którzy znają się na remontach. W ten sposób z każdej zmiany znalazł się ktoś, aby codziennie jechać do pani Zielińskiej i pracować przy remoncie.
Kiedy sześciu mężczyzn z komendantem i aspirantem sztabowym na czele zjawiło się w domu pani Zielińskiej ze skrzynkami narzędzi i w roboczych strojach, kobieta oniemiała.
– Ale panowie w jakiej sprawie?
– Komenda Miejska Państwowej Straży Pożarnej w Bochni melduje gotowość do wykonania zadania.- Powiedział komendant, a reszta zasalutowała.
– Ale jakiego zadania? Nic nie rozumiem.
– Pani pokaże co trzeba wyremontować.- Powiedział Tomek, uśmiechając się ciepło.
– Wyremontować? Panowie chcą nam remont zrobić? Ale jak?
– Pani Zielińska, my swoich nie zostawiamy w potrzebie. Niech się pani nie martwi, nie wieźmiemy złotówki.
– Naprawdę? O Boże! Niech Bóg wam błogosławi! Tyle serca!- Rozpłakała się.
– To co trzeba zrobić?
Kuchnia rzeczywiście wymagała remontu, wymiany starych mebli i cieknącej armatury. Za meble Zielińscy już zapłacili, stolarz wykonywał je na miarę. Płytki też już były zakupione. Trzeba było pozbyć się starych mebli, zerwać starte płytki, położyć nowe, odmalować. Kilku strażaków z OSP także się przyłączyło. Oni jednak nie poprzestali na tym. Postanowili się zrzucić i zrobić ogrzewanie podłogowe, oraz wymienić armaturę w łazience. Rodzina Zielińskich była zszokowana skalą pomocy jaką otrzymała.Nie minęły dwa tygodnie a remont był skończony. Teraz Zielińscy mogli już tylko czekać aż stolarz przywiezie i zamotuje meble. Nie czekając na niego zamontowali kobiecie kuchenę, by miała na czym gotować w tych spartańskich warunkach, a kończąc pracę dali jej w prezencie czujkę gazu i czadu.
– Pani Zielińska, wygląda na to, że skończyliśmy. Mam nadzieję, że teraz będzie pani choć odrobinę łatwiej mierzyć się z życiem. W żaden sposób nie umniejszy to pani bólu po stracie męża, ale może choć jeden problem zliwidowaliśmy.
– Jesteście aniołami… Tyle pracy, takie poświęcenie…
– Pani kochana, to żadne poświęcenie. Lubimy to robić.- Uśmiechnął się komendant.
– Szkoda, że Marian nie może tego zobaczyć…
– Wierzę, że patrzy z góry i widzi. Myślę, że będzie spokojniejszy o przyszłość pani i dzieci, wiedząc, że ma pani na kogo liczyć. Gdyby pani potrzebowała jakiejkolwiek pomocy, proszę się do nas zwrócić.- Powiedział Tomek, trzymając jej dłoń w swoich dłoniach.
– Niech was Bóg błogosłąwi za wszystko co robicie każdego dnia. Niech wam da zdrowie, siłę i szczęście na jakie zasługujecie.
– Dziękujemy pani bardzo. Pani też życzymy dużo siły i wszystkiego dobrego. Niech się pani nie poddaje.
Wyszli z jej domu, z poczuciem dobrze wykonanej pracy i satysfakcją z tego, że mogli znów komuś realnie pomóc.
– To co, chłopaki? Zapraszam na pizzę.- rzekł z zadowoleniem komendant.
– Ja podziękuję. Jestem umówiony.- Wymówił się Tomek.
– Umówiony? Na randkę? O, to nie zatrzymuję.
– Dzięki. Na razie, panowie.
Tomek istotnie umówił się z Moniką. We własnym mieście nie mogli się afiszować, a miło jest od czasu do czasu wyjść gdzieś razem, rozerwać się, dlatego zabrał Monikę do Krakowa, żeby zjeść coś w romantycznej atmosferze, potańczyć, a potem poszli na spacer po ruynku.
– Jak dobrze czasem tak się urwać…- Powiedziała z rozmarzoną miną.- Wiesz co sobie pomyślałam?
W tym momencie jak spod ziemi przed nimi pojawił się komendant Brynkus.
– Apirancie… Co za spotkanie.
– Rzeczywiście, zaskakujące…- Przyznał Tomek, a Monika w duchu dziękowała Bogu, że akurat nie trzymali się za ręce.
– To jest ta randka na którą byłeś umówiony?- Mina komendanta mówiła wszeystko. A uniesiona brew zapowiadała poważne problemy.
– Powiedziałem, że jestem umówiony. Nie mówiłem, że na randkę.
– Mogę zapytać co robisz w Krakowie na rynku z podkomendną?
– Szczerze powiedziawszy namawiam koleżankę na to, by poszła do szkoły aspirantów, albo chociaż na podoficera, bo uważam, że ma potencjał. Mam nadzieję, że to nie jest coś złego?
– Nie, namawianie koleżanki na rozwój oczywiście, że nie jest niczym złym. Nie mogę się z tym nie zgodzić, Monika jest znakomitym strażakim i świetnym ratowniekiem KPP. Dziwi mnie tylko, że musiałeś zabrać koleżankę do Krakowa, by ją na to namawiać.
– Pokazałem jej gdzie jest szkoła, wytłumaczyłem jak się do niej dostać, jakie dokumenty złożyć i tak dalej.
– Rozumiem. I co? Będziesz aplikować?- Zapytał z nie słabnącą podejrzliwością.
– Jeszcze się waham. To nie jest taka łatwa decyzja, jakby się wydawało. Z jednej strony bym chciała a z drugiej chyba nie czuję się aż tak pewnie, by się na to zdecydować.- Powiedziała nieco nerwowo.
– Cóż, osobiście uważam, że to jest dobry pomysł. Jestem pewien, że poradziłabyś sobie doskonale. Popieram Tomasza. Dlaczego masz wątpliwości?
– Obawiam się, czy po szkole oficerskiej byłoby dla mnie miejsce w Bocheńskiej jednostce. Zżyłam się ze wszystkimi i nie chciałabym być zmuszona do zmiany otoczenia…
– Żartujesz? Nie wypuściłbym tak dobrego strażaka do innej jednostki. Naprawdę przemyśl to, bo jest jeszcze czas by złożyć papiery. Cieszę się, że to o to chodzi, bo już zacząłem się martwić, że łącz was coś niezgodnego z przepisami, czego nie mógłbym zaakceptować…
– Co? Ach niee..- Roześmiali się oboje nerwowo.
– Dobra, my już będziemy lecieć.
– Widzimy się na służbie. Na razie. Monika, on ma rację, przemyśl to naprawdę.
Rozeszli się, a kiedy stracili go z oczu, oboje odetchnęłi z ulgą.
– Co on tu robił? Akurat wtedy kiedy my tu byliśmy. Kurdę! Nigdzie już nie można się swobodnie poczuć?- Gderała Monika. Gdy wsiedli do samochodu na parkingu, Tomek spojrzał na nią poważniei powiedział:
– Nie możemy wiecznie tak żyć. Sama widzisz, że o mały włos a zorientowałby się, że coś nas łączy. Musimy coś z tym zrobić.
– To są dwa lata nauki, dwa lata mieszkania w Krakowie w koszarach. Dwa lata z daleka od siebie.
– Przecież będziemy się widywać tak samo jak teraz. No, może troszkę rzadziej. Mieszkanie w koszarach to nie więzienie.
– Nawet jeśli… Jeśli pójdę do tej szkoły i przetrwamy te dwa lata. Kiedy wrócę z powrotem do Bochni, to co będzie? Nadal będe niższa stopniem od ciebie i nadal będę służyć pod tobą.
– Nie, jeśli będziesz na innej zmianie.
– Na inną zmianę to i bez szoły mogę się przenieść. Ile wtedy będziemy mieć dla siebie czasu w tygodniu? 24 godziny?
– Albo to, albo będziemy się wiecznie ukrywać, jak szczury. Ja zrobiłem ile mogłem, żeby dać nam szansę. Odrzuciłem awans po to, by nie objąć dowództwa nad wszystkimi zmianami. Żebyśmy mieli jakiekolwiek możliwości. Przepraszam, że to mówię, ale teraz piłka jest po twojej stronie. Od ciebie wszystko zależy.
– Super!- Burknęła i zapięła pas.- Jedźmy już ok?
W drodze powrotnej nie wiele rozmawiali. Monika źle znosiła presję, a to była dla niej bardzo trudna decyzja. Wcale nie miała pewności, że wszystko ułoży się tak, ja by sobie tego życzyli oboje.
Gdy zjawili się na kolejnej zmianie, komendant już na nich czekał, z psem na smyczy.
– O pies! Jaki fajny!
– Posłuchajcie mnie chwilę. Ten piękny bokser wabi się Borys i od dzisiaj jest nowym mieszkańcem naszej jednostki.
– Serio? Ale super! Mamy psa!- Wszystkich ucieszyła ta nowina.
– Jak wiadomo pies jest najlepszym przyjacielem człowieka, działa zbawiennie na układ nerwowy, łagodzi stres związany z pracą, więc będzie pełnił rolę nie tylko maskotki remizy, ale przede wszystkim takiego pierszoliniowego terapeuty dla was. Nie muszę dodawać, że macie o niego dbać, karmić, zabierać do weterynarza i rozpieszczać.
– Komendancie, dziękujemy! Zawsze chcielismy mieć tutaj psa. Ale super!
– Tylko go nie przekarmiajcie. Żeby on przy was jakiejś choroby nie dostał i żebym tego nie żałował.
Wszyscy się rzucili do głaskania. Mieli mieć odprawę, ale zamiast tego dostali wezwanie do wypadku na węźle autostrady. Oba samochody i ich rozbite fragmenty znajdowały się na jednym pasie. Ustawili samochód tak, by ten pas zablokować i od razu przystąpili do działania.
Jeden kierowca mógł samodzielnie opuścić pojazd, drugiego trzeba było wydobyć z pomocą sprzętu hydraulicznego.
– Monika przynieś deskę.- Polecił Tomek. Samochód strażacki blokował półtora pasa. Ustawili też pachołki, by zatrzymać ruch. Monika musiała obejśc samochód, aby wziąć deskę ortopedyczną. Kiedy wyszła zza samochodu, nagle pojawił się pędzący z ogromną prędkością sportowy samochód. Monika próbowała odskoczyć, schować się za samochód, ale było już za późno. Rozległ się pisk opon, huk uderzenia. Drugi wóz strażacki właśnie dojeżdżał na miejsce. Jadąc, zastęp Gutka widział doskonale co się wydarzyło.
– Monikaa!- Wyrwało się z gardła Mikołaja. Samochód uderzył w barierki energochłonne, zatańczył na drodze, przoziołkował i wylądował jakieś piętnaście metrów dalej. Tomek biegnąc w stronę Moniki połączył się z dspozytorem.
Zadysponuj mi jeszcze dwa zespoły, natychmiast! Potrącony strażak! Powtarzam, potrącony strażak i kolejny rozbity samochód!- Zastęp Gutka przybiegł gotowy do działania.
– Zrozumiałem, wysyłam. Jaki stan strażaka?
– Zaraz ci powiem.- Ukląkł przy leżącej na asfalcie Monice. Była nieprzytomna.
– Trzymaj się, Monia, błagam cię. Trzymaj się.- Mówił cicho pod nosem. Jego ludzie wyciągali rannego z samochodu. Karetka właśnie dotarła. Miał do dyspozycji Mikołaja, więc razem z nim próbował pomóc Monice. Bardzo ostrożnie zdjął jej chełm i cały czas trzymał jej głowę nieruchomo.
– Zobaczcie co z tamtym kierowcą! Dajcie deskę! Mikołaj sprawdź czy są złamania.- Polecił, monitorując cały czas jej oddech i akcję serca. Co z tamtym?!
– Żyje, ale musimy się spieszyć!
Znów skontaktował się z dyspozytorem.
– Gdzie dodatkowe siły i środki?!
– W drodze. Komendant też jedzie. Wysłałem dwa zastępy i dwie karetki. Jak sytuacja?
– Strażak nieprzytomny, możliwe uszkodzenie kręgosłupa, liczne złamania i obrażenia wewnętrzne. Stan jest bardzo poważny. Reszta pracuje przy aucie drugiego kierowcy. Mówią, że żyje, ale stan jest ciężki.
– Trzymaj się Monia, zaraz będzie pomoc.
Po kilku minutach dotarły dodatkowe siły i środki. Monika trafiła na deskę i odpowiednio zabezpieczona została zabrana do karetki. Kierowcę, który w nią uderzył wydobyto z wraku samochodu. Jego stan był krytyczny, Maciek i Radek musieli go reanimować z użyciem AED.
– No dalej, skurczybyku! Zaskocz! Masz żyć, słyszysz? Odpowiesz za to, co zrobiłeś. No dalej!- Warczał przez zaciśniete zęby Maciek. Akcja serca wróciła. Jego też zabrano do szpitala. Tomek ledwo panował nad nerwami. Podszedł do samochodu i pięścią z całej siły rąbnął w karoserię.
– K** Jak to się stało?!- Mówił w nerwach do siebie. Komendant cały czas był na miejscu.
Podszedł do Tomka i powiedział:
– Pojadę do szpitala i dam wam znać jak wygląda sytuacja.
– Ok, dzięki.
Oni sami nie mogli odjechać z miejsca zdarzenia, dopóki policja nie przeprowadzi swoich czynności. Myśli wszystkich strażaków krążyły jednak wyłącznie wokół Moniki. Opowiadali policji co się wydarzyło. Zastęp Gutka wiedział na ten temat najwięcej, ponieważ widzieli całe wydarzenie. Tomek nie potrafił znaleźć sobie miejsca. Chodził w tę i z powrotem, żeby rozładować nerwy choć trochę. Musiał przecież dowodzić ludźmi. Czekał na wiadomośći od komendanta, tymczasem czas mijał wyjątkowo powoli. W końcu Brynkus odezwał się przez radio.
– Rozmawiałem z lekarzem. Monika ma złamaną nogę, wstrząśnienie mózgu, wybity bark i pęknięte kilka żeber. Jest też uszkodzenie kręgosłupa.
– Jak poważne?
– Lekarz twierdzi, że mogło być o wiele gorzej. Uszkodzenie nie jest groźne. Nie jest tak źle jak się wydawało, więc możecie być spokojni o koleżankę i skupić się na pracy.
– Dziękuję za iformacje, przekażę pozostałym.
Tomek rozmawiał z komendantem w pewnym oddaleniu od swoich ludzi, na poboczu drogi. Po rozmowie z przełożonym wziął głęboki wdech i powoli wypuścił poiwetrze z płuc. Kucnął i zdjął chełm i spuścił głowę. Maciek podszedł do niego zaniepokojony.
– Tomek? Co z nią? Żyje? Powiedz, że żyje.
Tomek kiwnął głową i powtórzył wszystko czego się dowiedział.
– Dzięki Bogu.- Maciek poklepał go po ramieniu.
Świadomość, że życie Moniki nie jest zagrożone, pozwoliła Tomkowi skupić się na pracy i doczekać końca zmiany. Robił sobie wyrzuty, że posprzeczali się o wspólną przyszłość.
Kiedy oddali zmianę, pojechał prosto do szpitala.
Monika leżała na łóżku szpitalnym w kołnierzu ortopedycznym, z nogą w gipsie do połowy uda, z ortezą unieruchamiającą bark.
– Monia?- Odezwał się cicho, nie chcąc jej zaskakiwać. Miała zamknięte oczy, ale nie spała.
– Tomek…
– Jak się czujesz?
– Jakby po mnie przejechał czołg.
– Przepraszam cię. Nie powinienem na ciebie naciskać o tą szkołę aspirantów…
– Nie, Tomek. Ja wiem, że masz rację. Po prostu muszę to sobie w głowie poukładać.
– Obiecajmy sobie, że już nigdy nie rozstaniemy się pokłuceni.
– Też tego nie chcę. Kocham cię.
– Ja ciebie też. Bardzo cię kocham, Monia. Nie przeżyłbym, gdybym cię stracił…
Ujął jej dłoń, uniósł do ust i pocałował. Do sali wszedł komendant. Zauważył, jak szybko Tomek puścił jej dłoń, ale nie dał nic po sobie poznać.
– Dzień dobry. Wpadłem zobaczyć jak się czujesz.
– Bywało lepiej. Komendancie… Możemy porozmawiać w cztery oczy?- Zapytała.
– Zostawię was.- Adamski wyszedł na korytarz. Kiedy Monika została sama z przełożonym, poruszyła temat, który budził tyle emocji.
– Gdybym poszła do tej szkoły aspirantów… Jaką mam gwarancję, że będę mogła wrócić tu z powrotem do pracy?
– Masz moje słowo, a to znaczy, że masz gwarancję. Miejsce będzie na ciebie czekać.
– Na innej zmianie?
– Czy to na tyle poważne, żeby już szukać rozwiązań?- Zapytał wprost.
Monika spuściła wzrok.
– Załatwię to tak, abyście byli na różnych zmianach. Ale jeśli chcesz złożyć papiery do szkoły, musisz się spieszyć.
– 6 tygodni będę w gipsie. Przyjmą mnie w takim stanie?
– Jeśli chcesz, pomogę ci z dokumentami. Nie zapominaj, że komendant Gut ma teraz bardziej wpływowe stanowisko, szersze znajomości… I podejrzewam, że ma do ciebie słabość…
– Mogłoby się udać już w tym roku? Naprawdę?
– A chcesz tego naprawdę? Czy robisz to pod presją?
– Chcę. Boję się, ale chcę. Wiem, że mogę się sprawdzić na takim stanowisku.
To chciałem usłyszeć. Nie martw się, wszystko się uda i będzie dobrze. Skup się teraz na powrocie do zdrowia. I nie afiszujcie się na razie.
– Bardzo dziękuję za wyrozumiałość. Naprawdę jestem bardzo wdzięczna.
– Nie mogę sobie pozwolić na utratę tak dobrych strażaków, a stawać na drodze miłości też nie mam prawa. Dobrze, że jest jakieś rozwiązanie, żeby wilk był syty i owca cała. Ale musisz wiedzieć, że wszyscy balansujemy na krawędzi.
– Tak. Tym bardziej dziękuję.
Wychodząc, komendant klepnął Tomka w ramię.
– Idź do niej.
Dzięki pomocy komendanta, Monice udało się w ostatniej chwili dostać do szkoły. Oznaczało to praktycznie wyprowadzkę do Krakowa, na dwa lata. Dominika pomagała jej finansowo w tym czasie. Związek z Tomkniem został jednak wystawiony na ciężką próbę. Widywali się rzadko, zostawały im wiadomości, rozmowy telefoniczne i maile. Monika coraz częściej miała wrażenie, że te zapewnienia o uczuciach są zdawkowe, formalne, że oddalili się od siebie.
Między semestrami, gdy znów mogli być razem, było niemal tak, jak dawniej. Niemal. Oboje czuli, że coś się zmieniło.
Po dwóch latach szkolenia w systemie skoszarowanym, Monika została wreszcie młodszym aspirantemi w nowym mundurze gaowwym pojawiła się w biurze u komendanta Brynkusa. Uradował się na jej widok.
– Proszę, cóż za widok. Pani aspirant Monika Bodnar… Sredecznie gratuluję. Bardzo się cieszę, ba jestem z ciebie dumny.
– Dziekuję bardzo. Mam nadzieję, że mogę wrócić do pracy?
– Nie obrażaj mnie. Dałem ci przecież słowo. Miejsce na ciebie czeka. Będziesz pracować na trzeciej zmianie. Na razie jako świeżo upieczony aspirant nie dostaniesz stanowiska kierowniczego, ale to jest kwestia czasu. Będziesz służyć pod Mateuszem Florczykiem, na 13stce.
– Ok.
– Wyślę ci grafik na maila, ale zaczynasz jutro o ósmej rano.
– Czyli teraz ma służbę zmiana Tomka…
– Tak, są na akcji.
– Mogę zaczekać na nich, żeby się przywitać?
– Jeśi tylko chcesz… Nie mam nic przeciwko temu.
– Dziękuję. Jak dobrze wrócić do domu…
Tymczasem wszystkie trzy zastępy wyjechały do poważnego wypadku na autostradzie. Samochód osobowy jadący za tirem wbił się pod tego tira. Kierowca i pasażerka zginęli na miejcu. Niemal oderwało im głowy. Z tyłu w foteliku siedziało trzyletnie dziecko. Dziewczynka ze ślicznymi złotymi loczkami. Miał wielkie niebieskie oczy i patrzyła z przerażeniem na Tomka. Nie płakała.
On wyjął ją ostrożnie z fotelika. Wyglądało na to, że nie miała żadnych obrażeń. Przytulił ją, a ona przylgnęła do niego z ufnością. Ratownik medyczny z ZRM obejrzał ją pobieżnie u niego na rękach.
– Wyciągnijcie ich i poszukajcie dokumentów, telefonów. Trzeba znaleźć jakąś rodzinę temu dziecku.- Mówił do swoich ludzi spokojnie, by nie straszyć dziecka. Cały czas ją tulił. Otworzył samochód i sięgnął po misia- strażaka.
Policjant podszedł do niego. Już wiedział, że dziewczynka została sierotą.
– Mam nadzieję, że mała ma jakąś rodzinę…- Powiedział policjant, głaszcząć dziecko po plecach.
– Moi ludzie przeszukają auto. Znajdą telefon, to będziemy szukać rodziny.
– Biedne dziecko… Rozmawiałem ze świadkami wypadku. Wszyscy potwierdzają, że kierowca zachowywał się jak wariat. W pewnym momencie przyspieszył, jakby celowo chciał popełnić rozszerzone samobójstwo.
– Chciał zabić siebie i rodzinę? Celowo wjechał pod tego tira?
– Tak mówią świadkowie. Śledztwo to wyjaśni, ale na ten moment tak to wygląda.
– Jak można… Dziewwczynka poruszyła się i spojrzała na policjanta, cały czas tuląc się do Tomka. Na widk policjanto odwróciła się od razu i ścisnęła małymi rączkami tomka za szyję. Miał na głowie chełm. Rozpiął pasek, ale jedną ręką trudno było mu go zdjęć z głowy, więc policjant mu pomógł. Zrobił to, by dziewczynka mogła się wtulić w niego wygodniej.
– Kochanie… Skarbie, spójrz na mnie.- Dziewczynka podniosła głowę i spojrzała na niego wielkimi niebieskimi oczami.
– Spójrz, mam dla ciebie misia. To jest taki miś strażak, który pomaga wszystkim dzieciom. Taki przyjaciel, wiesz? Zobacz, jaki ma czrwony chełm. Taki sam jak ja. Widzisz?
Dziewczynka wzięła misia i znów przytuliła się do Tomka.
– Już dobrze, skarbie. Już dobrze. Wszystko będzie dobrze. Jesteś już bezpieczna.- Powtarzał z czułością. Zanim wydobyto ciała z wraku, minęło trochę czasu. Mikołaj przeszukał wszystkie skrytki, torebkę kobiety. Znalazł dokumenty, telefony i przyniósł je policjantowi, który stał z Tomkniem.
– Łukasz Nowak i Marta Nowak… Zobaczmy ten telefon…
Udało się go włączyć. W telefonie kobiety był numer zapisany jako Mama. Policjant wybrał ten numer. Kiedy odezwała się kobieta, przedstawił się.
– Dzień dobry pani. Aspirant Szwiec, Komenda Miejska Policji w Bochni. Czy pani jest krewną pani Marty Nowak?
– Tak, to moja córka. Rany Boskie a co się stało? Dlaczego policja dzwoni z jej telefonu.
– Córka miała wypadek samochodowy, proszę pani.
– O Boże, Martusia.
– Proszę pani, proszę mi powiedzieć, czy jest pani w stanie przyjechać po wnuczkę i zaopiekować się nią?
– Tak, oczywiście. Ale my mieszkamy w Tarnowie. Możemy być do godziny.
– W porządku.
– Gdzie mamy przyjechać po Liliankę?
– Najlepiej na komendę miejską. Będę się jeszcze z panią komentował. Do usłyszenia.- Rozłączył się, nie mówiąc kobiecie o tym że jej córka nie żyje. Takich wieści nie przekazuje się przez telefon. Odpisał sobie mumer kobiety.
– Mała ma na imię Liliana.
– Lilianka. Śliczne imię dla ślicznego aniołka. Nie bój się, kochanie, babcia po ciebie przyjedzie, wiesz?- Mówił Tomek do dziecka.
– Dobra, daj ją. Zajmę się nią do przyjazdu krewnych.
– Tomek oddał dziecko policjantowi, ale mała natychmiast wpadła w histerię, zaczęła krzyczeć, piszczeć, płakać. Wyciągała ręce do Tomka.
– Daj ją. Nie fundujmy jej jeszcze gorszej traumy.- Tomek wziął ja z powrotem i dziecko kurczowo chwiciło go za szyję.
– Zaufała ci.
– Zajmę się nią. Nie prędko stąd odjedziemy. Zadzwoń do tej babci, żeby przyjechała tutaj na miejsce wypadku. Do tego czasu biorę odpowiedzialność za małą.
– Dobra, w tej sytuacji to chyba będzie najlepsze wyjście. Tomek cały czas obserwował co się działo na miejscu zdarzenia. Ona ciała ułożono za parawanem na poboczu i czekały na prokuratora.
Policja prowadziłą swoje czynności, więc strażacy nie mogli na razie nawet sprzątnąć odłamków. Kręcili się tylko, czekając na swoją kolej.
Tomek wsiadł do wozu, z dzieckiem na ręku i wywołał dyspozytora:
– 401-25 do 998.
– Bochnia 998.
– Na chwilę obecną zakończyliśmy działania. Musimy poczekać aż policja zrobi swoje, więc na razie czekamy. Prokurator w drodze. Świadkowie twierdzą, że kierowca celowo wjechał pod tira, by zabić siebie i rodzinę.
– Żartujesz.
– Cóż, policja to wyjaśni. Tak, że na obecną chwilę to tyle. Jak policja zrobi swoje, to sprzątniemy i wracamy.
– Przyjąłem.
Gdy skończyli rozmowę, Tomek pogłaskał dziewczynkę po pleckach i rzekł:
– Lilka, kochanie? Usiądziesz mi na kolanach? Chodź, usiądź sobie, tak będzie wygodniej. Nie bój się, nie oddam cię. Usiądź tylko.- Posadził ją sobie na kolanach, a ona chwyciła mocno misia i przytuliła się do niego, z palcem w buzi. Pocałował ją w czubek głowy i objął.
Ciała rodziców dziewczynki zabrano z miejsca zdarzenia. Policja powoli kończyła działania. Wszystko pomierzyli, obfotografowali i przekazali miejsce zdarzenia strażakom.
– KDR do wszystkich jednostek. Sprzątnijcie te odłamki na pobocze, przesuńcie wrak, żebyśmy mogli przywrócić normalny ruch.
– Robi się.
Jeszcze mówił, gdy policjant przyprowadził do niego kobietę i mężczyznę w średnim wieku.
– Aspirancie, to są dziadkowie dzieczynki.
– Dziękuję. Dzień dobry państwu. Aspirant sztabowy Tomasz Adamski, Państwowa Straż Pożarna. Proszę przyjąć wyrazy współczucia.
– Taka tragedia… Właśnie się dowiedzieliśmy. Nasza Martusia…- Rozpaczała kobieta, a mała Liliana patrzyła na nią z lękiem.
– Na szczęście Dziewczynka jest cała i zdrowa. Zupełnie nic jej nie dolega fizycznie, jest tylko mocno przestraszona.
– Biedne maleństwo… Lilka, skarbie, chodź do babci.- Kobieta wyciągnęła ręce, ale wtedy dziewczynka mocniej wtuliła się w Tomka i schowała głowę za jego ramieniem.
– Z jakiegoś powodu mi zaufała i nie chce mnie puścić. Spróbujemy delikatnie. Lilianka, kwiatuszku, popatrz na mnie. No, nie chowaj się. Kochanie? Popatrz na mnie i posłuchaj.- Łagodny głos pelen czułości sprawił, że dziecko się nieco rozuźniło i skupiło na nim swoją uwagę.
– To jest twoja babcia. Pamiętasz babcię? Babcia bardzo cię kocha i zaopiekuje się tobą. Pójdziesz do babci? Z misiem. Miś strazak jest twój i wszędzie z toba pójdzie.- Uśmiechnął się.
– Ona naprawdę panu zaufała.- Powiedział dziadek dziewczynki.
– Prosze panstwa… Dla tak malego dziecka to wszystko co się stało jest ogromnym szokiem. Ona nic z tego nie rozumie i bardzo się boi. Rzeczywiście przy mnie się uspokaja z jakiegoś powodu. Sugerowałbym, aby państwo udali się z małą do psychologa dziecięcego. Specjalista będzie wiedział co robić, by złagodzić tę traumę, podpowie państwu, jak sobie radzić.
– Dziękujemy za radę. Może skorzystamy, chociaż uważam, że mała potrzebuje po prostu dużo miłości i czułości.
– To z pewnością, ale rada od specjalisty zawsze się przyda.
– Pan wyciągnął ją z auta?
– Tak. I od tamtej pory mnie nie chce puścić.
– Czy moglibyśmy liczyć na pana pomoc, w razie czego? Mała pana polubiła…
– Nie jestem pewien, czy to dobry pomysł. Nie powinienem się angażować w życie prywatne poszkodowanych.
– Bardzo pana proszę. To dziecko panu ufa. Ze względu na nią pana proszę.
Tomek wyjął wizytówke ze swoim numerem telefonu i wręczył im. Wziął siedzące mu na kolanach dziecko na rece i wysiadł z samochodu, w którym przez cały czas siedział.
– Proszę się tym nie chwalić.
– Oczywiście. Bardzo panu dziękuję, jest pan dobrym człowiekiem.
– Lilka? Pójdziesz do babci? Idź na rączki do babci.
– Nie.- Protestowała, ale już nie tak stanowczo.
– Skarbie, ja muszę wracać do pracy, wiesz? Bo jak nie wrócę, to będę miał kłopoty. Wszystko będzie dobrze, obiecuję. Mówiłem, ci, że jesteś już bezpieczna. Obiecuję ci, skarbie, że przyjadę do ciebie i razem się pobawimy. Dobrze? A teraz musisz już iść z babcią. Daj buziaka na drogę.- Pocałował ją w policzek i oddał babci. Tym razem pozwoliła na to. Wyciągała do niego rączkę a w drugiej trzymała misia.
– Pa, kochanie. Pa, pa.- Uśmiechał się i machał jej, gdy się oddalali.
Gdy skończyli prace na miejscu, wsiedli do wozu i ruszyli do koszar, rozmawiali o tym co się stało.
– Co za historia…
– I to biedne dziecko. Taka śliczna dziewczynka…
– Widziałeś te oczy….
– Ja nadal widze te oczy.- Mruknął Tomek. Z tym dzieckiem połączyla go jakaś dziwna więź. Juz teraz wiedział, że nie będzie w stanie tak po prostu przejść nad tym do porządku dziennego, zapomnieć.
– A ja te pogruchotane czaszki.- Uciął Maciek i zapadła cisza.
Po powrocie do koszar rzyszli do socjalnego i zastali tam Monikę.
– No proszę! Nareszcie! Pani aspirant!
– Cześć chłopaki. Byłam u komendanta, bo wracam do pracy. Poczekałam na was, żeby się przywitać, bo teraz będę na trzeciej zmianie.
– Uściskała wszystkich po kolei serdecznie.
– Na trzeciej? Stracimy cię? Osz kuuurdeee.- Jęczał zawiedziony Mikołaj.
– Cicho, baranie.- Sztuchrchnął go Maciek.
– A gdzie Tomek?
– Został w garażu. Mieliśmy ciężką akcję…
– A co się stało?
Opowiedzieli jej o samobójstwie rozszerzonym, zmasakrowanych ciałach, o dziecku, które nie miało nawet zadrapania i o tym jak kurczowo trzymało się Tomka.
– Pójde do niego.
– Idź, idź, na pewno się ucieszy.
Monika użyła rury i po chwili była w garażu. Tomek sprawdzał sprzęt przy samochodzie.
– Cześć Tomasz…- Powiedziała miękko, stojąc tuż za nim. Gdy ja zobaczył, jego twarz się rozjaśniła i od razu chwycił ja w ramiona.
– Monia! Cudownie wyglądasz. Byłaś u Byrynkusa?
– Tak. Zaczynam od jura, zaraz po tobie. Będę służyć pod Florczykiem. Tak myślałem… Będzie ci dobrze. No, oczywiście, nie tak dobrze, jak u nas…- Zażartował.
– Wiadomo. Nigdzie mi nie będzie tak dobrze, jak pod tobą…
– Teraz nie musimy się ukrywać. Ciesze się. I jestem z ciebie cholernie dumny.
– Dziękuję, kochanie. Wróciliscie z akcji… Pytać, jak było?
– Ciężko. Mała dziewczynka została sierotą. Gdybyś ją widziała, taka śliczna, złote loczki, jak z obrazka. I nie płakała. Tylko patrzyła we mnie tymi wielkimi biebieskimi ślicznymi oczami.
– Będzie mial się nią kto zająć?
– Dziadkowie są chyba w porządku, choć na początku nie chciała do nich iść. W ogóle nie chciała mnie puścić. Z całej siły zaciskała mi rączki na szyi.
– Byłeś jej aiołem stróżem…
– To tylko małe bezbronne dziecko. I nagle straciło cały znany sobie bezpieczny świat.
– Wiem, kochanie. Wiem…
– Moja pani aspirant…- Uśmiechnął się.- Tęskniłaś za nami?
– Nic a nic. Ani trochę.- Droczyła się z nim. Wezwanie do pożaru sadzy w kominie przerwało im chwilę czułości. Zastęp Adamskiego pojechał na akcję a ona wróciła do domu. Nie wiedziała jak to wszystko się poukłada, ale wiedziała, że bardzo chce robić to co robi, coś naprawdę ważnego i że chce być z Tomkiem.
Rano stawiła się do pracy dużo przed czasem, mając nadzieję, że będzie mogła się zobaczyć z Tomkiem, który będzie kończył zmianę i przywitać z nowymi kolegami, a zwłaszcza z nowym dowódcą. Obsadę dwóch pozostałych zmian znała tylko z widzenia, przelotem. Wiedziała o tych ludziach tyle ile czasem usłyszała z rozmów kolegów czyli bardzo nie wiele. Czuła lekki stres. Na szczęście jej przyjaciele z dotychczasowej zmiany pracowali w garażu, doprowadzając sprzęt po akcji z powrotem do stanu używaności.
– Cześć ziomki.- Uśmiechnęła się.
– Moniczka! Dziś twój nowy początek. Aż serce boli, że nie wracasz do nas.- Maciek uściskał ją.
– Też mi żal, ale nie było innego wyjścia.
– Rozumiemy, rozumiemy.
– Wybaczcie chłopaki, ale dzięki temu teraz mogę zrobić to…- Tomek objął ją w talii i pocałował namiętnie.
– Zagarnąłeś ją tylko dla siebie, ale my się tak łatwo nie poddamy.
– Właśnie, młody ma rację.
– Dobra, dobra. Kończyć to, żeby nam Florczyk potem nie narzekał, że czegoś nie dopilnowaliśmy. – Uciął temat Tomek. Wydawał się być w dobrym humorze, ale wszyscy widzieli, że coś nie daje mu spokoju.
.

.
Po odprawie trzecia zmiana została na placu ćwiczebnym. Młodszy kapitam Mateusz Florczyk, dowódca zmiany i jednocześnie zastępu w którym teraz miała służyć Monika, mężczyzna przystojny, szczupły, nie miał tak wyrzeźbionej sylwetki, jak Adamski. Pedantyczny, nieco sztywny, ale sympatyczny. Mia
– Witamy w zastępie młodszą aspirant Monikę Bodnar.- Powiedział.- Słyszeliśmy, że nie miałaś porządnego chrztu bojowego…
– Miałam zmywanie nowości.
– Daj spokój, aspirant zasługuje na coś lepszego… Nie znasz dnia ani godziny.- Mruknął do niej okiem. Reszta zastępu śmiała się. Monika jednak już trochę w Straży przeżyła i nie bała się zartobliwych gróźb.
– Dobra, zapraszam wszystkich do socjalnego, mamy coś do obgadania.
Cała zmiana usiadła w pomieszczeniu socjalnym, a Florczyk stanął nad nimi i powiedział:
Nie wiem, czy iwdzieliście prognozy pogodowe, ale zbliża się potężny front deszczowy, musimy się przygotować na podtopienia, może nawet zagrożenie powodziowe. W tym tygodniu ma już zacząć lac i będzie lało przez co najmniej dwa tygodnie. Przerabiamy to co kilka lat. Powodziowy lipiec to w naszym regionie nie nowość. Musimy przygotować pompy, agregaty…
Sygnał do wyjazdu przerwał ten monolog.
Kiedy nowy zastęp Moniki jechał na akcję, Tomasz miał coś do załatwienia. Wpadł do jubilera i oglądał asortyment, kiedy zadzwonił jego telefon. Numer nieznajomy. Odebrał:
– Pan aspirant Adamski?- Zapytał kobiecy głos.
– Tak, a kto mówi?
– Barbara Wożniczka. Babcia Lilianki, z tego wypadku.
– Tak, dzień dobry, pani Barbaro. Coś się stało?
– Nie wiemy już z mężem co mamy robić. Mała ciągle płacze. Ja przepraszam, że panu zawracaam głowę, ale przy panu była spokojna…
– A gdzie panstwo są? W Tarnowie?
– Nie, w Bochni, na mieszkaniu u córki. Lekarz powiedział, żeby tutaj z nią pomieszkać, bo to będzie mniejszy szok dla dziecka. – Tomek słyszał w tle płacz dziecka.
– Słusznie.
– Nie wiemy co mamy robić, a pan pewnie jest w pracy… Przepraszam, że dzwonię. Pan jest w sumie obcym człowiekiem, pewnie nie powinien pan się angażować w takie rzeczy…
– Spokojnie, pani Barbaro, skonczyłem służbę. Jeśli pani chce, mogę podjechać. Akurat jestem na mieście, robię zakupy.
– Naprawde? Mógłby pan?
– Oczywiście. Potrzebują państwo czegoś? Mogę przy okazji zrobić jakieś zakupy.
– Och nie, nie, dziękujemy bardzo, nie trzeba.
– Prosze podać adres, niedługo będę.
Wstąpił jeszcze do sklepu, myśląc o tym czego może potrzebować trzyletnia dziewczynka. Kupił jakieś owoce, słodycze i pojechał na osiedle Niepodległości. Mieszkanie rodziców małej Lilianki było na 3 piętrze. Już na klatce syszał płacz dziecka. Mała muusiała być już bardzo zmęczona tym płaczem, ale skurcze przepony wciąż nie pozwalały jej przestać.
– Dzień dobry, panie Tomku. Tak się cieszę, że pan przyjechał. Nie wiemy co robić. Ona ciągle tylko powtarza „mama” i „mama”. Nic innego nie chce mówić.
– Prosze, pomyślałem, że mała może lubi takie rzeczy.
– Jest pan taki miły. Strażacy to tacy dobrzy ludzie… Prosze wejść, proszę. Lilianka jest w swoim pokoiku z dziadkiem.
Tomasz pokierowany przez pania Barnarę poszedł do małego uroczego pokoiku dziecięcego, całego w bieli różu i szarości. Dziadek siedział na łóżku dziewczynki i przytulał ją, a ona zanosiła się placzem. Ściskała w rączkach misia strażkaa, którego dał jej Tomek przy wypadku.
– Dzień dobry panu.- Tomek uśmiechnął się do zmartwionego dziadka.
– Przyjechał pan… Chyba jesteśmy na to za starzy. Nie radzimy sobie z nią.
– Spokojnie, proszę pana. Wszystko będzie dobrze.- Podszedł, przykucnął i uśmiechnął się do dziewczynki.
– Cześć Lilianka.- Uśmiechał się ciepło.- Pamiętasz mnie? Jestem Tomek.
Dziewczynka skupiła na nim swoje wielkie niebieskie oczy. Przestała płakać, choć wciąż dokuczały jej skurcze przepony.
– Masz misia strażaka…- Uśmiechnął się.- On mi powiedział, że jesteś smutna i przyjechałem do ciebie, żeby zobaczyć, jak się czujesz.
Dziewcznka wyciągnęła do niego ręce.
– Chodź, skarbie.- Przytulił ją z czułością.
– Boli cię brzuszek, co? Nie możesz przestać płakać i aż brzuszek boli. Zaraz coś na to zaradzimy… Czy mógłby pan przynieść kubek wody?
– A pewnie, już przynoszę.
Tomek wziął ją na ręce i nocił po mieszkaniu, głszacząc po plecach, aż mała uspokoiła się całkiem. Wtulała się w niego tak, jak podczas akcji.
– Mała tęskni za rodzicami. Nagle coś się stało i zniknęli, ona nic z tego nie rozumie i boi się. Mówili jej państwo co się stało?
– O czym? Że jej rodzce nie żyją? Nie. Jak mamy jej to powiedzieć?
– Tak, żeby mogła to jakoś zrozumieć. Rodzice wychowywali ją w jakiejś religii?
– No tak. Przecież jest ochrzczona i zabierali ją normalnie do kościoła. Wie co to Bozia, krzyż, Jezus…
– Ok. A jadła coś na śniadanie?
– Dziubnęła trochę parówki, ale tyle co nic.
Słysząc to Tomasz zrobił jej amerykańskie pankejki z owocami i dpoilnował, by zjadła. Dziewczynka przy nim uspokoiła się, zaczęła jeść.
– Ma pan dzieci?- Zapytał dziadek.
– Nie, niestety nie mam.
– Szkoda. Byłby pan wspaniałym ojcem. Nie to co ten nasz zięć, Łukasz. Od początku mi się nie podobał i miałem rację.
– Dlaczego?
– To był wariat. Furiat. Robił Martusi awantury o byle co, ciągle podejrzewał ją o jakieś romanse. A to była dobra dziewczyna. Policja podejrzewa, że specjalnie wjechał pod tego tira żeby zabić cała trójkę.
– Myślą państwo, że to możliwe? Że mógł tak postąpić?
– To był wariat. Do niego wszystko podobne. Skoro myślał, że Mrtusia go zdradza…
– Znęcał się nad nią?
– Psychicznie tak, ale nie wiem, czy ją kiedykolwiek uderzył, albo małą, bo nic takiego nam nie mówiła.
– Rozumiem.
– Moja córeczka.- Kobieta rozpłakała się.- Za tydzień pogrzeb… Moja córeczka…
Stojąc między stołem a kuchenką, kobieta zachwiała się i upadłaby, gdyby Tomek nie zareagował natychmiast. Przytrzymał ją.
– Proszę usąść. Kręci się pani w głowie?
– Tak, czasem mam takie zawroty głowy.
– A boli panią ta głowa?
– Prawie cały czas. A teraz to…- Machnęła ręką.
– Od dawna?
– Bo ja wiem? Jakiś czas.
– I nie była pani z tym u lekarza?
– Nie, co mu powiem? Przecież to nic takiego.
– Oj nie, proszę pani. Zawroty i ból głowy mogą świadczyć o wielu poważnych chorobach. To koniecznie trzeba sprawdzić, zrobić badania. Teraz mają państwo pod opieką małe dziecko. Muszą państwo być w pełni sił. Koniecznie trzeba zadbać o zdrowie.
– Ma pan rację.- Przyznał dziadek Lilianki.- Mnie też martwią te zawroty głowy u Basi.
– To może mieć związek z secem, ciśnieniem, albo ze schorzeniami neurologicznymi. Musi pani zrobić badania.
– Zrobię po pogrzebie. Chcemy zostać opiekunami prawnymi Lilki. Przecież nie oddamy jej do jakiegoś domu dziecka.
– Nie ma nikogo innego w rodzinie, kto by się chciał nią zająć?
– Nie, każdy ma własne życie i nie potrzebuje dodatkowego kłopotu. Pytaliśmy wszystkich. Nawet od strony Łkasza, ale oni, to… Szkoda słów.
– Rozumiem. Lilianka to wspaniała słodka dziewczynka. Będzie teraz bardzo potrzebować dużo miłości.
Mała wzięła z półki zdjęcie i przyniosła Tomkowi.
– Mama. – Na zdjęciu była ładna uśmiechnięta kobieta z córeczką. Tomasz przypomniał sobie jej ciało w tym samochodzie. Trudno było rozpoznać twarz. Teraz zobaczył jak wyglądała.
– To twoja mamusia? Piękna. Teśknisz za mamusią?- Zapytał delikatnie.- Nie wiesz czemu jej nie ma, gdzie zniknęła…
Mała patrzyła na niego, jakby czekała na odpowiedzi. Posadził ją sobie na kolanach i powiedział.
– Widzisz, kochanie…- Spojrzał na dziedków i nie zobaczył u nich oznak protestu.- Twoja mamusia… Jest teraz w niebie, z aniołkami. Tatuś też.
W niebie?- Powtórzyła.
– Tak, skarbie. W niebie.
– Kiedy wróci?
To były jej pierwsze słowa od wypadku i dziadkom łamały serce.
– Lilciu, mamusia nie wróci. Z nieba nie można wrócić. Ale mamusia bardzo, bardzo cię kocha i z nieba cię widzi. Cały czas się tobą opiekuje, nawet jeśli nie możesz jej zobaczyć, ani się do niej przytulić. I wiesz co? Mamusia zawsze będzie mieszkać w twoim serduszku. I nigdy się to nie zmieni. A kiedy będziesz chciała jej coś powiedzieć, to zrób to, a ona zawsze cię usłyszy, wiesz? Nawet wtedy, gdy tylko o niej pomyślisz, to ona usłyszy twoje myśli z nieba.
– Panie Tomku…- Babcia dziewczynki kręciła głową, ze wzruszeniem.
– Przepraszam, nie powinienem…
– Nie, nie… My nie wiedzieliśmy jak jej to powiedzieć. Dobrze, że pan to zrobił. Tak bardzo panu dziękujemy. Za wszystko. Pan ma własne życie, jest pan po nocy, pewnie zmęczony…
– Nie mieliśmy dużo pracy w nocy, więc jest w porządku. Mogłem się przespać w spokoju.
– Mówł pan, że nie ma dzieci, obrączki też nie widzę.
– Mam narzeczoną. Pracuje w tej samej jednostce, tylko na innej zmianie.
– Tez jest strażaczką?
– Tak, też.
– Bardzo odważna kobieta.
– Odważna, mądra i wspaniała. Właśnie rano, gdy ja skończyłem służbę, ona zaczęła swoją.
– To państwo się prawie nie widują.
– Nie jest łatwo, ale da się żyć. Ja mam 12 godzinną zmianę, potem 24 godziny wolnego, więc kiedy ona skończy swoją zmianę, będziemy mieć 12 godzin dla siebie. W tym czasie na służbie jest kolejna zmiana.
– A, tak to dziąła. Całe 12 godziny w pracy?
– Można się przyzwyczaić. Czasem akcja trwa wiele godzin. Jak ten pożar w sortowni odpadów. To była trudna akcja…
– Mówi pan o tym pożarze, w którym zginął strażak?
– Tak, dokładnie.
– Był pan tam?
– Tak, dowodziłem tą akcją.
– To pana kolega zginął…
– Nie, nie znałem go. Tam było 20 różnych zastępów z różnych miejscowości, głównie OSP. Nie znałem go, ale zginął pod moim dowodzeniem.
– Dlaczego? Co się stało?
– Nie dopełnił procedury bezpieczeństwa. Nie przypiął się specjalnym pasem do drabiny i wpadł w ogień. Akcja ratownicza nie była możliwa. W takim rozwinietym pożarze może być nawet kilka tysięcy stopni…
– Okropna historia.
– Tak, to było trudne dla nas wszystkich. Niestety takie rzeczy też się zdarzają. Lilianka zajęła się czymś, więc będę już leciał. Gdyby państwo jeszcze potrzebowali czegoś, proszę dzwonić. Pomogę, jeśli tylko będę mógł.
– Bardzo panu dziękujemy. Bardzo.
– Nie ma za co. Proszę iść koniecznie do lekarza, pani Barbaro. Koniecznie.
Kiedy Tomek spędzał przedpołudnie z małą Lilianką, Monika pojechała do wezwania. Kobieta utknęła w windzie, która zatrzymała się pomiędzy piętrami. Problem polegał na tym, że dostała ataku paniki. Klucze do otwierania wind tutaj się nie przydały. Na serwis trzeba było czekać, a kobieta zamknięta w windzie dostała hiperwentylacji. Trzeba było działać szybko.
– Dobra, pani aspirant, czas się wykazać. Zakładaj uprząż.
Monika została opuszczona na linie do szybu windy. Na dachu znajdował się właz awaryjny. Musiała go otworzyć i wejść do środka.
Wciśnięta w kąt windy młoda dziewczyna była przerażona, łapała powietrze, jakby nie mogła oddychać.
– Spokojnie. Zaraz ci pomożemy. Jak masz na imię?
– Vanessa.
– Ja jestem Monika. Wyciągnę cię stąd, tylko musisz się trochę uspokoić. Trzymaj.- Podała jej jednorazową rękawiczkę.
– Oddychaj do rękawiczki. To ci pomoże. Skup się na mnie i oddychaj. Wdech, wydech, wdech, wydech… Bardzo dobrze. Świetnie sobie radzisz.
– Nie wiem co się stało. Nagle szarpnęło… I winda stanęła… Nie mogę otworzyć. Nie mogę wyjść.
– KDR do Moniki.- Odezwało się radio.
– Na odbiorze.- Odpowiedziała.
– Otworzyliśmy drzwi na czwartym piętrze. Będziecie mieć szparę jakieś 30 centymetrów. Zmieścicie się?
Monika spojrzała na dziewczynę. Była raczej drobnej budowy.
– Tak, bez problemu.
– No to do dzieła. My tu czekamy. Pomożemy wam wyjść.
– Przyjęłam, otwieram drzwi windy.
Niestety systemy awaryjne również nie działały. Monika musiała otworzyć drzwi za pomocą huligana i użyć go do zabezpieczenia, by drzwi nie zamknęły się same, nie w porę. Kiedy dziewczyna zobaczyła otwór, nie ucieszyła się.
– Widzisz, zaraz stąd wyjdziemy.- Powiedziała Monika, ale ona zaprotestowała.
Nie wyjdę tędy. A jak wpadnę do szybu?
– Nie wpadniesz. Zabezpieczymy cię i będziemy asekurować. Nic ci się nie stanie.
– Nie. Nie ma mowy! Nie wyjdę.
– Posłuchaj, Vanessa. Wiem, że się boisz, ale my wiemy co robić. Jesteśmy tu po to, żeby ci pomóc i zadbać o twoje bezpieczeństwo. Nic ci się nie stanie. Widzisz to? Strażacy już podstawili drabinę, byś mogła bezpiecznie wyjść. Ja przypnę cię liną i będę asekurować stąd, a gdy tylko staniesz na drabinie, strażacy cię chwycą i zdejmą bezpiecznie. Wszytko będzie dobrze. Jesteśmy profesjonalistami. To wcale nie jest jakaś trudna akcja dla nas. Zaufaj nam. Wiemy co robimy. Proszę, załuż to.- Dała jej pas, założyła na korpus i podpięła karabińczykiem do liny. Zaparła się nogami o windę.
– Teraz wejdziesz na drabinę. I nie patrz w dół, tylko na mnie. Cały czas patrzysz na mnie. Wszystko będzie dobrze. Świetnie sobie radzisz, Vanessa. Powoli, spokojnie. Tak, bardzo dobrze. Patrz na mnie.- Cały czas mówiła do dziewczyny tonem pewnym siebie, zdecydowanym i dziewczyna powoli stanęła na drabinie, chociaż trzęsły się jej nogi jak galareta.
– Świetnie, jeszcze kroczek. Brawo.- Florczyk zdjął ją z drabiny i uśmiechnął się. Całkowicie wyluzowany powiedział:
– Widzisz? Nie było tak strasznie. Jak się czujesz? Wezwać ci karetkę?
– Nie, nie chcę. Chcę do domu.
– Zaraz wrócisz do domu. Najpierw jeszcze zaczekaj, bo musimy wypełnić taki papierek. Monika wychodź.
Kiedy Monika wydostała się z windy, przybiła piątkę z Florczykiem.
– Dobra robota. A teraz młoda damo podaj mi proszę kilka informacji. I zapytam jeszcze raz. Naed pewno nie chces karetki?
– Na pewno. Dziękuję za pomoc.
Po powrocie do koszar Florczyk kazał jej założyć nomeks, chełm i stanąć w bramie do garażu. Stanęła, a oni zniknęli. Zastanawiała się co też wymyślili. Po chwili Florczyk, Pilch i Stefański stanęli przed nią na baczność.
– Aspirancie Bodnar, witamy w zastępie trzynastym!- Powiedział kapitan Florczyk i w tym momencie Wójcik stojący na dachu garażu, wylał na Monikę wiadro wody. To było zaskoczenie.
– Wariaci!- Śmiała się.- Mogę już zdjąć nomex?
– A, nie tak szybko. Najpierw przynieś wiadro dymu.
– Dymu?
– A dymu. A my idziemy na kawkę, chłopaki.
– No dobra. Chcesz wiadro dymu, to będziesz je miał… – Pobiegła na plac ćwiczebny. Tam w kontenerze mieli różne szpeje. Wygrzebała stare metalowe wiadro. Najpierw chciała włożyć do niego odpaloną świecę dymną i przynieść to do sypialni, ale nie wiedziała która prycza należy do Florczyka. Świeca narobiłaby tyle dymu, że w całej komendzie zrobiłoby się czerwono i pewnie włączyłyby się systemy przeciwpożarowe. Nie mogła działać z aż takim rozmachem. Wyciągnęła z kosza papierowe śmeici. Na kartce napisała DYMU (?) i przyniosła wiadro do socjalnego. Postawiła na stole przed Florczykiem. On zajrzał do wiadra i roześmiał się. Uścisnął jej dłoń.
– Brawo za pomysł. Myślałem, że podpalisz coś i przyniesiesz.
– Szczerze mówiąc chciałam użyć świecy dymnej…
– No… To by była gruba akcja. Już widzę komendanta jak lata sciekły i ewakuuje budynek.- Śmiał się Antek Pilch.
– To mnie właśnie powstrzymało.
– Dziewczyna z fantazją. Brawo.- Pokiwał głową z uznaniem Forczyk i usiadł z powrotem przy stole.
– To chcesz zachować to wiaderko na pamiątkę? Zabierzesz do domu?- Śmiała się.- Borys! Chodź, piesku, pójdziemy posprzątać.
Zabrała psa na plac ćwiczebny, zachęcając, żeby sobie pobiegał. Rzuciła mu atyk i poszła wyrzucić śmieci. Borys przybiegł z patykiem.
– Brawo! Dobry piesek. Ciekawe co jeszcze potrafisz.- Wytarmosiła go i znów rzuciła patyk, tym razem o wiele dalej. Wrócił po chwili, ale zamiast patyka miał w zębach but.
– Borys? Co ty masz? Pokaż.
Wzięła mu buti w nozdrza uderzył ją słodkawy obrzydliwy odur. Natychmiast połączyła się z dowódcą przez radio.
– Monika do dowódcy.
– Co tam? Żarty się ciebie trzymają?
– Ani trochę. Borys znalazł coś podejrzanego.- Niepokój w jej głosie kazał Mateuszowi potraktować poważnie to co mówiła.
– Możesz jaśniej?
– Rzuciłam mu patyk, a on przyniósł coś, co śmierdzi trupem.
– Jak śmierdzi trupem?
– No przyjdź na plac i zobacz sam.
Po chwili cały zastęp pojawił się na placu. Monika pokazała but dowódcy.
– Nieźle daje. Chyba masz rację. Gdzie on to znalazł?
– Rzuciłam mu kij w tamtą stronę a on przyniósł to.
– No to trzeba to sprawdzić. Dowódca 401-13 do 998.
– 998 czego potrzebujesz?
– Pies znalazł coś podejrzanego, podejdziemy na granice działki i przeszukamy tamten teren, tak dla spokojności.
– Coś podejrzanego?
– Powiem więcej za chwilę.
– Dobrza, 13, róbcie co trzeba i meldujcie.
Poszli na koniec działki. W miarę zbliżania się do granicy terenu koszar, słodkawy trudny do zniesienia zapach naslilł się.
– Kurczę, naprawdę daje trupem.- Mruknął najmłodszy w zastępie, stażysta Wojtek Wójcik.
– Tam są kontenery z marketu. Obstawiam że to spod tamtej sterty sklejek.
Podeszli do ogrodzenia. Smród stał się nie do zniesienia. Ogniomistrz Stefański pierwszy zauważył ludzką stopę, bez buta, praktycznie wciśniętą pod siatkę ogrodzenia.
– Trzynastka do 998.
– Bochnia 998 co macie?
– Ciało prawdopodobnie w zaawansowanym stopniu rozładu, sądząc po zapachu.- Mówił spokojnie Florczyk. Zawsze był oazą spokoju.
– Ciało?!
– Tak, przy kontenerach na śmieci z sąsiedniego marketu.
– Zrozumiałem, wzywam policję.
– Dzięki, a my zabezpieczymy teren. Objedziemy tam samochodem, żeby było szybciej i oznaczymy teren taśmą.
– Działajcie.
Zrobiło się spore zamieszanie. W sąsiedztwie remizy były dwa duże supermarkety, zawsze kręciło się tam wiele osób. Parking był zawsze zajęty w co najmniej 70 procentach.
– Jak to możliwe, że nikt niczego nie poczuł? Nikt nie widział tego ciała? Przecież te kontenery opróżnia się dość często.- Dywagowała Monika.
– Racja. Ktoś powinien coś zauważyć wcześniej. A przecież on tu musi leżeć już jakiś czas, skoro tak śmierdzi.- Przyznał sekcyjny Antek Pilch.
– Ktoś go mógł tutaj podrzucić już w tym stanie. Na przykład wczoraj.-Stwierdził Florczyk.
Radiowóz pojawił się bardzo szybko.
– Cześć Mati. Macie dla nas jakieś ciało?
– Hej. Raczej to nie perfumy tak czuć, nie?
– No, zapaszek jedyny w swoim rodzaju. Gdzie ten delikwent? Za kontenerem, pod płytami ze slejki.
– Ruszaliście coś?
– Oczywiście, że nie. Za kogo ty mnie uważasz, Bartuś?
– Sorki, Mati. Dobra, to my sobie obejrzymy tam wszystko. Na pewno mają tu jakiś monitoring, może dowiemy się czegoś konkretngo.
Działania policji trwały dość długo. Zbieranie dowodów, zabranie ciała do patologa. Ta sprawa zajęła prawie połowę dniówki. Kiedy Monika skończyła swoją zmianę, Tomek przyjechał po nią. Mimo lata, było dość chłodno, a niebo było zachmurzone.
– Wskakuj Monia.
– Tomek? Specjalnie po mie przyjechałeś?- Zapytała wsiadając do samochodu.
– Tak. Chciałbym cię gdzieś zabrać…
– Zabrać? Tomek, trzeba było mnie uprzedzić. Ubrałabym się jakoś, czy coś…
– Nie musisz się stroić.- Uśmiechnął się.
– To powiesz gdzie jedziemy?
– Zobaczysz.
Zabrał ją uroczego zajazdu, gdzie wynajął pokój.
– Nie mamy wiele czasu, żeby pojechać w jakieś wyjątkowe miejsce, a tu jest całkiem miło.- Powiedział, otwierając przed nią drzwi. Jej oczom ukazał się przytulny schludny pokój, raczej w wiejskim rustykalnym klimacie. Stół dla dwóch osób pięnie nakryty stał na samym środku pokoju.
– Jak miło. Randka?- Tego rzeczywiście się nie spodziewała. Po chwili obsługga przywiozła kolację.
– Przepraszam cię, ż etak się porządziłem, ale już zamóiłem kolację. Włoska kuchnia, taka jak lubisz. Usiądź.
– To był dobry pomysł. Miła odmiana po takiej służbie.
– Ciężko było? Jak nowe towarzystwo? Nowy dowódca?
– Towarzystwo w porządku, dowódca też spoko. Ale Borys znalazł gnijące ciało przy naszym ogrodzeniu. Za konrtenerem na śmieci po stronie marketu.
– Co ty gadasz? Gnijące ciało? Człowieka?
– No człowieka. Teraz będzie docodzenie. Policja sprawdza kto to był, jak umarł i jak się znalazł przy tym śmietniku.
– Coś okropnego. Ale jak to możliwe, że nikt go tam wcześniej nie znalazł? Przecież musiało śmierdzieć.
– Wcześniej nie śmierdziało, dopiero dzisiaj. Być może ktoś go tam podrzucił dzisiaj dopiero.
– Makabra jakaś. Dobrze, że wymyśliłem ten zajazd. O takiej dniówce lepiej zapomnieć.
Po kolacji, przy lampce wina Tomasz uśmiechał się, patrząc z przyjemnością na Monikę i rzekł:
Otwierają się przed nami nowe możliwości… Teraz, kiedy spokojnie możemy być razem i nie koliduje t z naszą pracą…
– Przyznaję, że obawiałam się tego. Ale na trzeciej zmianie też są spoko ludzie.
– Cieszę się. Kocham cię, wiesz?
– Zrobiłeś się jakiś taki… Rozmarzony.- Zauważyła.
– No, bo wiesz że trudno było mi żyć z tym faktem, że nie możemy być oficjalnie razem, że musimy się ukrywać i w ogóle…
– No tak, wiem. Mnie też nie było z tym łatwo.
– Chciałbym dzisiaj spełnić swoje największe marzenie. Mam nadzieję, że jest to też twoje marzenie…
– Jakie?
– Chciałbym… Żebyś została panią Adamską…- Wyjął z kieszeni pudełeczko z pierścionkiem i podsunął jej.- Wyjdziesz za mnie Moniko?
Tego się nie spodziewała. W pierwszej chwili zaniemówiła, ale zaraz potem uśmiechnęła się promiennie.
– Oczywiście, że za ciebie wyjdę, wariacie. Kocham cię.
Włożył jej pierścione na palec.
– Mam nadzieję, że ci się podoba. Może nie jest jakiś okazały, ale…
– Tomasz, pierścionek jest idealny.- Pocałowała go.- Rozumiem, że wracamy dopiero jutro…
– Po śniadaniu.- Mruknął.
– Doskonale.- Roześmiała się.
Tego wieczoru Monika wysłała siostrze zdjęcie swojej dłoni z pieścionkiem na palcu, opartej na klatce piersiowej Tomka. Dominika od razu odpisala: „Nareszcie!! Gratuuje, Tomek jest boski. Dużo szczęścia, siostrzyczko!”
Nad ranem, leżąc w łóżku, Monika wpatrywała się w bliznę po oparzeniu na szyi Tomka. Zauważył to.
– Nie wracaj do tego.- Szepnął.- Wiem, że szpeci, ale co zrobię…
– Szpeci? Tomasz, kocham twoją bliznę. Ona mówi o tym jaki jesteś…
– Musimy zdecydować gdzie będziemy mieszkać. U ciebie, czy u mnie. No i wybrać datę ślubu…
– Chciałabym, żeby obie zmiany mogły być na naszym ślubie…
– Oczywistość. Nie wyobrażam sobie inaczej.
– Z Bochni nam będzie bliżej do pracy.
– Niby tak, ale na wsi jest spokojniej, swobodniej. Nie ma takiego ruchu na drodze…
– Kurczę, będzie kłopot, żeby wybrać…
– Zawsze możemy mieszkać trochę tu, trochę tam…- Uśmiechnął się. Zadzwonił jego telefon. Była piąta rano, więc widząc numer pani Babary, zaniepokoił się. Odebrał. Jeszcze zanim pani Barbara się odezwała, słyszał płacz Lilianki.
– Panie Tomku, ja bardzo przepraszam, że dzwonię o tej porze.
– Nic się nie stało, pani Barbaro. Nie spałem. Co się dzieje?
– Nie możemy zapanować nad Lilką. Chyba jej się śniło coś złego, bo obudziła się z krzykiem i zanosi się płaczem. Do tego chyba ma gorączkę.
– Dobrze, może najpierw ją uspokójmy, a potem sprawdzimy gorączkę jeszcze raz. Jeśli się potwierdzi, to proszę jechać z nią do lekarza. Proszę ją dać do telefonu.
Kiedy usłyszał wyrażnie płacz dziecka, zaczął mówić łagodnym tonem.
– Lilka, żabko? Słyszysz mnie? Lilianka? Tomek mówi. Skarbie odezwiesz się do mnie?
– Tomek?
– Tak, żabko, to ja. Co się stało, miałaś jakiś zły sen, tak? Nie płacz, już wszystko dobrze.
– Przyjedziesz?- Zapytała dziewczynka.
– Nie mogę teraz, kochanie. Jestem daleko. Ale gdy tylko będę mógł, to przyjadę do ciebie.
Znów zaczęła chlipać.
– Nie płacz słoneczko. Uśmiechnij się do mnie, proszę. Jak się czujesz, powiedz mi? Nie boli cię brzuszek?
– Nie.
– A gardełko? Albo główka?
– Nie.
– To się bardzo cieszę. Słuchaj babci i dziadka, dobrze? A wkrrótce się zobaczymy. Ja już muszę kończyć. Pa pa, żabko.
Rozłączył się.
Z kim ty rozmawiałeś? To jakieś dziecko?- Zapytała zaskoczona Monika.
– Pamiętasz ten wypadek w ktym facet wjechał pod tira, żeby zabić siebie i żonę?
– Tak, pamiętam. To było to dziecko z wypadku?
– Tak.
– Utrzymujesz kontakt z dzieckiem, które ratowałeś? Tomek…
– Nie robię nic nieetycznego. Dziadkowie, którzy teraz się zajmują Lilianką nie zawsze sobie radzą. Mała ma napady lękowe, płacze, a przy mnie się uspokaja. Przywiązała się do mnie.
– A ty do niej. Nie jestem pewna, czy to dobrze. A co jeśli to dojdzie do komendanta? Jeśli oskarżą cię o nadużycie? Boję się, że przekroczyłeś granice.
– Nadużycie jest wtedy, gdy używa się swojego wpływu na ofiarę, którą się ratowało. Dziadkowie Lilki skontaktowali się ze mną, oni szukali pomocy, a ja pomogłem.
– Sugerowałeś im zwrócenie się do psychologa?
– Oczywiście. Monia, nie jestem świeżakiem. Swoje już w tej służbie przeżyłem i w różych sytuacjach byłem. Jestesm profesjonalistą.
– No wiem, ale tym razem to tak nie wygląda…
– Chciałbym, żebyś pojechała do nich ze mną, porozmawiała z dziadkami Lilki. Przekonasz się, że nie ma w tym nic nieetycznego, ani żadnego nadużycia z mojej strony.
– Dobrze, pojadę z tobą.
Zapowiadane ulewne deszcze przyszły nawet wcześniej, niż zapowiadano. Pogrzeb rodziców Lilianki miał się odbyć w taki brzydki, zimny, deszczowy dzień. Był to dzień, w którym i Monika i Tomasz mieli wolne od pracy. Dziadkowie Lilianki woleli, aby dziecko nie brało udziału w pogrzebie, ani stypie, Tomek przywiózł więc małą do siebie. Monika już tam była i czekała na nich, gdy weszli do domu. Tomek zdjęł kurtkę, po czym pomógł Liliance zdjąć kurteczkę i buciki.
– Chodź, żabko. To jest mój dom. A to jest Monika. Moja narzeczona.- Uśmiechnął się. Dziewczynka spojrzała na monikę nieco nieufnie.
– Cześć. Jestem Monika. A ty? Jak masz na imię?
– Lilka.- Odpowiedziała dziewczynka.
– Masz ochotę na pyszne kakao?
Mała spojrzała pytająco na Tomka, a on przykucnął i powiedział do trzylatki:
– Monika jest bardzo, bardzo fajna, wiesz? I robi pyszne kakao. Biegnij, może w kuchni znajdzie się coś jeszcze, jakas pyszna niespodzianka.
Nie od razu, ale mała zaakceptowała Monikę, jednak Tomek był jej bezpieczną przystanią i to miało się nigdy nie zmienić.
Tymczasem, gdy oni zajmowali się dziewczynką, wymyślając różne gry i zabawy, na cmentarzu trwał pogrzeb Nowaków w ulewnym deszczu. Dwie trumny obok siebie na katafalachwyciskały łzy żałobników. Szczególnie mocno rozpaczała pani Barbara, a kiedy trumna jej córki zanużyła się w ziemi, kobieta nagle straciła przytomność i wylądowała w szpitalu.
Dziadek Lilki przyjechał do Tomka po wnuczkę dopiero późnym wieczorem, kiedy mała już spała. Był bardzo przejęty.
– Jest pan. Martwiłem się… Mała śpi.
– Panie Tomku… Ja tak późno, bo… Ze szpitala wracam.
– Jak to ze szpitala? Co się stało? Proszę, proszę usiąść. Niech pan mówi.
– Moja Basia… Straciła przytomnośc na pogrzebie.
– Dlaczego? Co się stało? Jak ona się czuje?
– Jest w szpitalu. Ja nic nie wiem, nie rozumiem. Ciągle jej te badania robią, nic nie chcą powiedzieć. A właśnie zaczęliśmy się starać, żeby zostać opiekunami prawnymi Lilki…
– Panie Woźniczka, proszę się uspokoić Jeśli żona jest w szpitalu, to z pewnością jest pod właściwą opieką. Wszystkiego się dowiemy jak już zrobią badania.- Adamski starał się go uspokoić.
– Ale dlaczego żona zemdlała?- Zapytała Monika.
– Nie wiem, ale ona od jakiegoś czasu narzekała na bóle głowy, a ostatnio często miała takie zawroty. To może ma jakiś związek.
– To bardzo możliwe.- Przyznała Monika. Miała swoje podejrzenie, ale wolała o tym nie mówić, żeby bardziej nie niepokoić tego biednego człowieka.- Badania na pewno dadzą odpowiedzi.
– Pani jest narzeczoną pana Tomka, prawda?
– Tak, to Monika.
– Mają państwo cudowną wnuczkę Lilianka jest taka słodka…
– Tak, tak, ae co z nią będzie? Jeśli żona jest na coś chora to nam jej nie dadzą. Znajdą jej jakąś rodzinę zastępczą.
– Na pewno nie będzie tak źle. Proszę nie tworzyć czarnych scenariuszy. Trzeba być dobrej myśli.
– Tylko, że ja teraz nie mogę się nią zająć. Musze być w szpitalu, przy żonie. Do południa mała może być w ochronce, ale potem? To żona się nią zajmuje. Ja nie mam tyle energii, bolą mnie stawy… Zwłaszcza teraz, jak tak leje i leje.
– Rozumiem. Ja rano zaczynam zmianę…
– Mogę się nią zająć jutro.- Zadeklarowała Monika, widząc, że sytuacja jest podbramkowa.
– Mogłayś? Naprawdę?
– No tak, przecież będę w domu.
– Bardzo pani dziekuję. Nie wiem co robić…
– Panie Woźniczka, proszę być dobrej myśli.
– Przepraszam, że stawiam państwa w takiej sytuacji. Panie Woźniczka, może zrobię panu herbaty? Trochę pan się uspokoi, odpocznie. Miał pan bardzo trudny dzień.
– Bardzo pani dziękuję, pani Moniko. Nie wiem co bym zrobił, gdyby nie państwa pomoc…
Dziadek Liliany nieco się uspokoił, wiedząc, że jego wnuczka jest pod dobrą opieką. Bardzo martwił się o ukochaną żonę. Po godzinie wrócił do domu, a oni zostali z dzieckiem. Leżeli w łóżku, a między nimi spokojnie spała Lilianka. Monika patrzyła na jej śliczną buzię.
– Dziękuję ci.- Szepnął Tomek, bawiąc się kosmykiem jej włosów.
– Za co?
– Za to, jaka jsteś. Jak zajęłaś się małą. Za to, że nie jesteś przeciwna temu, byśmy się nią zaopiekowali.
– Wuyobrażam sobie przez co przechodzą teraz ci ludzie. Najpierw ta historia z wypadkiem, teraz taki pogrzeb i ta kobieta w szpitalu… Obawiam się, że to nie jest koniec złych wieści…
– Dlaczego?
– Bóle i zawroty głowy, utraty przytomności… Nie chchcę być złym prorokiem, ale to może być coś bardzo poważnego… Mój wujek miał takie objawy. Zmarł na raka mózgu…
– Oby nie. On sam nie będzie w stanie zająć się wnuczką, a fundowanie kolejnej traumy temu biednemu dziecku…
– Biedne dziecko… Taka śliczna, słodka dziewczynka…- Westchnęła Monika.
Rano, gdy Tomasz pojecha do pracy, Monika dała Lilianie śniadanie i odwiozła ją do ochronki.
Z powodu nieustannych ulewnych deszczy Straż Pożarna miała pełne ręce roboty. Praktycznie jeździli od wezwania do wezwania. Głónie do wypompowywania wody z piwnic. Monitorowali także stan wody w rzekach. A poziom wody w Rabie rósł systematycznie. Lało w całym kraju, głównie w południowej Polsce, więc Raba zbierała wody na całej swojej długości. Podobnie Wisła. Istniała realna groźba powodzi. Zwołano sztab kryzysowy i wspólnie przygotowano strategię dziąłania w wypadku powodzi właśnie. Pod wiaduktami na ulicach zbierała się woda. Każdy zastęp był w terenie.
Monika wybierając się do pracy, musiała zabrać ze sobą Liliankę. Przyjechała jak zwykle wcześniej. Weszła do remizy prowadząc dziewczynkę za rękę. W garażach nie było trzech wozów, zatem wszyscy byli na akcji. Trafiła na komendanta Brynkusa.
– Monika? Co to za dziecko?
– Przepraszam, ae nie miałam jej z kim zostawić. Tomek ją zabierze kiedy skończy zmianę.
– Chłopcy są w terenie cały dzień. Nie wiem czy wrócą na czas. Nie wiedziałem, że macie dziecko.
– Nie mamy. Opiekujemy się nią tylko czasami.
– No to lepiej, żeby wrócił na czas, bo takie małe dziecko nie może tutaj być.
– Zdaję sobie z tego sprawę.
– Piesek!- Liliana wskazała palcem Borysa
– Tak, mamy tutaj pieska. Nazywa się Borys i jest bardzo miły. Chcesz go pogłaskać?
– Tak!- Mała podskakiwała, jak piłeczka. Pierwszy raz zareagowała tak żywiołowo.
– Przebierz się, ja jej przypilnuję na chwilę.
– Dzięki, komendancie.
Zastęp Tomka wrócił praktycznie na samo oddanie służby. Kiedy Lilka zobaczyła Tomka, pobiegła do niego z wyciągniętymi rączkami.
– Lilcia? Cześć żabko.- Wziął dziecko na ręce i przytulił. Dopiero potem pocałował Monikę.
– Ciężka służba, co?- Zapytała, widząc jak wygląda Tomek.
– Tak… Od rana nic nie jadłem, jestem wykończony.
– To zjedz coś tutaj, nim wrócisz do domu.
– Jaka piękna rodzinka.- Zachwycał się Maciek.- Czy to nie jest…- Urwał nagle widząc znaki jakie dawała Mu monika, by nie kończył. Zrozumiał dlaczego.
– Spokojnej służby.- Rzekł Tomek i pożegnał się czule z Moniką.
Na wezwanie nie czekali długo. Przyszła informacja, że w szpitalnych piwnicach zbiera się woda. Były tam pracownia RTG, rezonans, poza tym magazyny sprzętu, oraz prosektorium. Trzeba było zabezpieczyyć najważniejszy sprzęt i wypompowywać wodę. Szpital miał swoje generatory na wypadek awarii, ale wszyscy mieli nadzieję, że nie trzeba będzie ewakuować szpitala. Zapowiadała się długa i trudna noc. Deszcz nie odpuszczał i każdy z obawą patrzył na wciąż rosnący poziom wody w Rabie. Rzeka wystąpiła z koryta i dotarła już do wałów. Co jakiś czas przychodziły nowe informacje o stanie rzek, a prognozy pogodowe nie były łaskawe.
Tomasz po pwrocie do domu położył Lilanę do spania. Poprosił Dominikę, by przy niej została, a sam ruszył do remizy OSP.
– Cześć. Pomóc wam?
– Jasne, każda para rąk się przyda. Właśnie jedziemy na wał, bo chłopaki dzwonili, że zaczyna przeciekać.
– Macie worki czy trzeba napełniać?
– Na razie mamy przygotowane. Brakuje nam pomp. Wszystkie pracują w terenie. Potrzebujemy większej pompy o dużo większej przepustowości. Inaczej może być kiepsko…
– Daj mi chwilę.
Zadzwonił do komendanta Guta, przedstawił sytuację. Komendant obiecał, że spróbuje pomóc. Ledwo zakończył rozmowę, miał drugi telefon. Tym razem od dziadka Lilianki.
– Panie Tomku, przyjadę zaraz po Liliankę.
– Dobrze, mała śpi u mnie. W tej chwili nie ma mnie w domu, ale jest z nią moja szwagierka. A jak się czuje pani Barbara?
– Ech, panie Tomku… Tragedia… Straszna tragedia…
– Ale co się stało?
– Wybadali jej, że ma raka w mózgu.
– Jakie są rokowania?
– Będzie operacja i leczenie. Ale nie chcą powiedzieć jakie ma szanse.
– Wszystko pewnie czas pokaże. Została w szpitalu?
– Tak. Widziałem wiadomości, wiem, że straż ma teraz dużo pracy. Wezmę Lilkę do mieszkania Martusi w Bochni.
– Poradzi pan sobie?
– Będę musiał.
– Dobrze, w razie czego proszę dzwonić, na pewno znajdziemy jakieś rozwiązanie. Trzeba się modlić za panią Basię i być dobrej myśli.
– Nic innego mi nie zostało, panie Tomku. Nic innego.
– Niech się pan trzyma, panie Woźniczka. Będziemy w kontakcie. Muszę kończyć.
– Oczywiście, panie Tomku, proszę uważać na siebie.
Sytuacja była podbramkowa. Z jednej strony to dobrze, że dziadek zabrał Lilkę, bo Tomek mógł się skupić na pomocy kolegom z OSP.
Dopiero około czwartej nad ranem wrócił do domu i położył się spać, a o siódmej przyjechał do OSP transport z krakowskiej PSP z potężna pompą. Została wypożyczona.
Monika wróciła dopiero po dziewiątej, bardzo zmęczona. Tomek właśnie robił sobie śniadanie.
– Cześć kochanie. Połóż się, prześpij.
– A Lilka gdzie?
– Zabrał ją dziadek.
– To dobrze.
– No nie za dobrze. Barbara ma raka mózgu.
– O Boże… To źle. Bardzo źle. Nawet jeśli ona z tego wyjdzie, to najpierw czeka ją długie leczenie, pewnie jakieś operacje… Mąż będzie miał na głowie wnuczkę i jeżdżenie do szpitala… Nie wiem, czy on sobie poradzi. Musi mu być strasznie ciężko…
– Cóż… Będziemy mu pomagać.
– Nie wiem, czy to wystarczy. Zwłaszcza teraz, kiedy ryzyko powodzi rośnie. Tutaj też widzę, że ochotnicy są cały czas w terenie.
– Byłem z nimi do czwartej. Pomagałem uszczelniać wały. Robię tosty. Zjesz?
– Tak, poproszę. Jestem padnięta.
– Widzę. Zjedz, połóż się, jak podjadę do chłopakó z OSP i zobaczę, czy nie potrzebują pomocy.
– Jesteś dobrym człowiekiem, wiesz?
Kiedy Adamski wrócił do remizy, zastał w niej komendanta. Ten wyszedł mu na spotkanie i uścisnął doń.
– Cześć Tomku. Dziękujemy ci bardzoza pomoc, ta pompa była nam bardzo potrzebna.
– Dostaliście pompę?
– Tak, przywieźli i powiedzieli, że możemy kożeystac tak długo jak długo będzie nam konieczna. Dzięki, że to załatwiłeś.
– Nie ma sprawy. Dobrze, że się udało.
– Dzisiaj już trochę mniej leje. Prognozy móią, że dziś po południu ma przestać padać, ale jutro znów ma zacząć.
– Każda chwila bez deszczu jest ważna. Mogę się wam jeszcze do czegoś przydać?
– Na obecną chwilę sytuacja na wale jest opanowana, ale cały czas monitorujemy. Chłopaki są na wale, chodzą i sprawdzają cały czas kazdy odcinek. Woda sięga 2/3 wału.
Telefon komendanta zadzwonił.
– Przepraszam.- Odebrał. Tomek słyszał tylko pełne niepokoju pytania.- Gdzie? Jesteś pewny że to nie jest takiś stary ciuch? Dobra, jedziemy.- Rozłączył się.
– Przy moście w wodzie podobno jest jakieś ciało.
– Macie kombinezon?
– Mam. Jurek ma papiery nurka, ale on jest w terenie.
– Ja go wyłowię. Tylko weź kombinezon, auto z wyciągarką linę, uprząż.
Pojechali na most. Rzeczywiście przy jednym z przęseł utknęło coś co wyglądało jak ciało w granatowo-czerwonej kurtce. Na możcie stał człowiek, który zaalarmował komendanta i patrzył w dół z przejęciem. Zatrzymało się na konarach i gałęziach, któe naniosła woda, a zatrzymały przęsła. Tomek szybko założył kombinezon, uprząż.
– Myślałem, żeby go wyciągnąć w górę, ale jest nas tylko dwóch, nie będę miał jak przekazać ci ciała. Lepiej będzie spróbować go przeciągnąć do brzegu.
– Nurt jest mocny. Może cię porwać. Musimy próbować górą.
– Dobra, schodzę.
Komendant miał jeepa z wyciągarką. Opuścił Tomkado poziomu wody. Teraz już Tomek był pewny, że w wodzie rzeczywiście dryfuje ciało. Odwrócił je twarzą do góry. Był to starszy mężczyzna. Tomek założył mu na korpus i ramiona taśmę, przypiął sobie do uprzęży. Ciało nawet takiego chudego starszego człowieka było ciężkie, ale wiedział jak sobie radzić z takimi wyzwaniami. Czuł mocny nurt wody, poniewaaż był w niej częściowo zanużony. Dał znak ręką komendantowi, aby zaczął go powoli wciągać na górę. Ciało wisiało półtora metra pod Tomkiem.
– Dobra czekaj! Powoli!- Gdy Tomek chwycił barierki, mógł już sam się wdrapać na most, a potem we dwóch wciągnęłi ciało na most, położyli na chodniku. Ciało było biało sine. Komendant przykrył je folią termiczną, a Tomek zdjął z siebie sprzęt.
– Dobra robota, Tomku. Dzięki, że tu byłeś. Dzwonię po policję.
– Kto to jest?- Zapytał przejęty mężczyzna, który przyglądał się całej akcji.
– Jakiś obcy. Ciało mogło tak dryfować z daleka.- Odpowiedział Tomek, gdy komendant już się łączył z numerem alarmowym.
Policja przyjechała dość szybko. Ciało zabrano do zakładu medycyny sądowej.
Po południu, gdy Monika odespała ciężką noc, oboje pojechali do Liliany. Dziadek dziewczynki chciał z nimi porozmaiać o czymś bardzo ważnym. Był mocno przybity, zgaszony. Usiedli we trójkę i Woźniczka westchnął ciężko.
– Posłuchajcie… Rozmawiałem z żoną i z naszym prawnikiem… W najbliższy piątek ma się odbyć rozprawa w sądzie, w sprawie opieki nad Lilą. Czy możecie być tam obecni?
– W najbliższy piątek? Mam służbę, ale spróbuję wziąć wolny dzień, jeśli to konieczne.- Powiedziała Monika.
– Ja mam wolne, więc będę na pewno, ale dlaczego pan chce, żebyśmy tam byli?
– Jestem zmuszony prosić was o coś… Coś naprawdę bardzo ważnego. Nie jest mi łatwo.- Mężczyzna rozpłakał się. Tomek położył mu dłoń na ramieniu.
– Panie Staszku, wiemy, że jest panu bardzo ciężko. Proszę powiedzieć co pana dręczy.
– Basia i ja… Nie jesteśmy w stanie zająć się Lilką…- Powiedział i zaczął szlochać. Dali mu tyle czasu ile potrzebował, żeby opanować emocje.- Nie jesteśmy już młodzi i sprawni. A Basia… Przed nami bardzo trudny czas. Nie wyobrażam sobie, żeby nasza mała dziewczynka trafiła do jakichś obcych ludzi. Nasz jedyny, największy skarb… Nie wyobrażam sobie, żeby miał się nią zaopiekować ktokolwiek inny. Błagam was… Wiem, że to nie jest pies, czy kot, że to ogromna odpowiedzialność…
Tomek spojrzał na Monikę. Była mocno poruszona. Emocje tego biednego zrospaczonego człowieka udzieliły się i jej.
– Błagam was…- Powtórzył, szlochając i ukrywając twarz w dłoniach.
– Niech pan już nic więcej nie mówi.- Powiedziała cicho Monika, ze ściśniętym gardłem.- Damy Lilce rodzinę.
Słysząc to, dziadek dziewczynki nie był w stanie już opanować emocji.
– Spokojnie, panie Staszku. Może pan być spokojny o przyszłość wnuczki. Przyniosę panu wody.
Oboje wyszli do kuchni. Tomek zapytał szeptem:
– Jesteś tego pewna? To bardzo poważna deklaracja.
– Przecież nie możemy jej skazać na kolejną traumę, oddać obcym ludziom. Po prostu nie możmy… Nie mogłabym spojrzeć sobie w twarz.- Odpowiedziała, ze łzami w oczach.
– Bardzo cię kocham, wiesz?- Objął ją i przytulił mocno.
– Chodźmy do niego. Jesteśmy mu potrzebni…
Tomasz przyniósł załamanemu mężczyźnie szklankę wody.
– Sam Bóg postawił was na naszej drodze. Naszej Martusi tak się zawsze kiepsko wiodło. Zawsze źle lokowała uczucia. Ale uparła się, że chce wyjść za tego Łukasza, chociaż jej odradzaliśmy. On ją kontrolował cały czas. Był chorobliwie zazdrosny. Wystarczyło, żeby dłużej jej zeszło na zakupach po pracy, a on już oskarżał ją o zdradę. Ostatnio się przyznała, że ją uderzył. Planowała się z nim rozwieść. Nie wiem, czy mu o tym powiedziała, ale myślę, że mogło tak być. Pewnie dlatego tan bydlak zabił ich oboje.
– Panie Woźniczka, bardzo dużo państwo przeszli w ostatnim czasie, a problemy się nie kończą.Teraz musi pan wspierać żonę w walce z chorobą. Musi pan zadbać o siebie, żeby mieć siłę dla żony. Nie pomoże jej pan, jeśli z tego wszystkiego pan sam wyląduje w szpitaliu.
– Niech was Bóg błogosławi… Prawnik dał mi dokumenty, które trzeba złożyć w sądzie…
Woźniczka dał im teczkę z dokumentami, które trzeba było złożyć w sądzie by zostać opiekunem prawnym dziecka.
Najbliższe dni nie były łatwe. Walka ze skutkami ulew trwała. Policja ustaliła, że ciało, które wyłowił z Raby Tomek, przypłynęło z Bochni. Był to jakiś bezdomny. Policja ustaliła jego tożsamość i szukała krewnych.
W końcu deszcze ustały, poziom wody przestał się podnosić. Mimo to strażacy wciąż mieli dużo pracy z odpompowywaniem wody z piwnic i podtopionych budynków.
Gdy przyszedł piątek, oboje stawili się w sądzie. Co ciekawe w sali sądowej pojawiła się także Dominika, oraz koledzy Tomka z zastępu.
Prawnik przedstawił sytuację Woźniczków, oraz ich wolę, by dzieckiem zajęli się Monika i Tomek. Dominika i zapytała, czy może coś powiedzieć. Ona i strażacy jednogłośnie potwierdzili przed sądem, że przyszli państwo Adamscy będą znakomitymi opiekunami dla Liliany. Sędzia zadał im wiele pytań. Miał obiekcje, ponieważ praca w straży niesie ryzyko. Prawnik przedstawił opinię biegłego psychologa, który rozmawiał z dziewczynką. Według biegłego, dziecko jest bardzo przywiązane do Tomka i ufa mu. Monikę także akceptuje i lubi. W końcu sędzia zadecydował, że warunkowo Liliana może pozostać po opieką Moniki i Tomka, ale zanim wyda decyzję, opieka społeczna sprawdzi, czy mają warunki dla dziecka. Sąd wyznaczył datę kiedy wyda decyzję o tym, czy Monika i Tomek mogą zostać opiekunami prawnymi Liliany.
Kiedy wyszli z sali rozpraw na korytarz, Tomek wziął Liliankę w ramiona i pocałował w policzek.
– Dziękujemy wam za wsparcie.
– Normalka.
– Mogę mieć do was prośbę, chłopaki? – Zapytał.
– Czego potrzebujesz?
– Trzeba pojechać do mieszkania, w którym mieszkała Lilka z rodzicami. To mieszkanie trzeba opróżnić i wszystko z pokoju Lilki przewieź do mnie.
– Myślałem, że wybierzecie dom Moniki. Jest w mieście, wszędzie byłoby bliżej.- Mówił trochę zaskoczony Radek.
– Tak, byłoby pewnie bliżej, ale na wsi będzie spokojniej i swobodniej. Długo o tym rozmawialiśmy z Monią i taką podjęliśmy decyzję. Jeśli nie wypali, to zawsze będziemy mogli się przenieść do domu Moni. Najpierw spróbujemy u mnie.
– No dobra, a resztę rzeczy?
– O tym niech już państwo Woźniczkowie zadecydują.
– Dajcie klucze.
Po upływie dwóch godzin meble i rzeczy dziewczynki stały już w pokoju obok sypialni Tomka, a on siedział w salonie na kanapie, z Moniką. Oboje obserwowali Liliankę bawiącą się swoimi zabawkami.
– To wszystko dzieje się tak szybko…- Mruknęła Monika.
– To prawda. Ale czy żałujesz, że się w to wszystko zaangażowałaś?
– Żartujesz? Myślisz, że wplątałabym się w coś wbrew sobie? Zgodziłam się na to wszystko, bo tego chcę. Odkąd pierwszy raz w życiu przekroczyłam próg naszej remizy, moje życie to rollercoster. Wbiegam tam, skąd inni uciekają. Zawsze chciałam być mamą, ale po operacji straciłam nadzieję. A teraz los dał nam Lilkę.
Dzwonek do drzwi przerwał im rozmowę.
– Pójdę otworzyć.
Tomek poszedł do drzwi. Nie spodziewał się zobaczyć dwóch znajomych policjantów.
– Cześć Tomek.
– Jacek? Co tu robicie? Coś się stało?
– Mamy taką nietypową sprawę…
– Wejdźcie.
– Ok, ale my tylko na chwilę.- Weszli do salonu. Monika zainteresowała się i podeszła.
– Powiedz, kojarzysz nazwisko Kazimierz Iwański?- Zapytał policjant.
– Nie. Zupełnie nie. A powinienem?
– Ustaliliśmy, że tak nazywał się człowiek, którego ciało wyłowiłeś z rzeki.
– Rozumiem, ale ta twarz nie jest mi znana. Nazwisko też.
– Ten człowiek był bezdomnym, pomieszkującym z kilkoma innymi w Bocheńskich pustostanach. Jego kumple oddali nam jego rzeczy. Próbowaliśmy ustalić jego rodzinę, żeby miał się kto zająć pogrzebem. Wśród jego rzeczy znaleźliśmy to.- Jeden z policjantów wręczył mu bordową kopertę, na której widniało jego nazwisko i podniszczoną teczkę na dokumenty. Widząc swoje własne nazwisko na kopercie, Tomek zmarszczył brwi.
– Co? Moje nazwisko? On mnie znał? Może to chodzi o kogoś innego z takim samym nazwiskiem?
– Otwórz teczkę.
Tomek szybko otworzył teczkę i jego oczom ukazały się wycinki z gazet na temat jego pracy zawodowej i akcji, w których brał udział. Był artykuł o pożarze sortowni odpadów, o wypadkach, opatrzone zdjęciami Tomasza.
– Zbierał o mnie informacje? A po co? Kto to był?
– Tomek… Lepiej przeczytaj ten list…
– Nie możecie mi normalnie powiedzieć? O co tutaj chodzi?
– Przeczytaj…
Tomek oddał Monice teczkę, poirytowany wyjął z koperty list nakreślony ręcznie, dość brzydkim pismem.
„Nazywam się Kazimierz Iwański i wiele lat temu zrobiłem coś strasznego. Pokutuję za to każdego dnia. Helena była we mnie zakochana. Dla niej to naprawdę była miłość, a mnie interesowała tylko zabawa. To była dobra, porządna dziewczyna. Kochała mnie, ale nie była pierwszą lepszą łatwą panienką. Nie chciała po dobroci, więc wziałem ją siłą. Zgwałciłem. A potem jakby nigdy nic, bawiłem się dalej. Dużo piłem. Wiedziałem, że zaszła w ciążę i śmiałem się z tego. Kompletnie się stoczyłem. Bawiłem się w jakieś drobne kradzieże, ale w końcu wylądowałem na ulicy. Przestałem się interesować Heleną, ale nigdy nie zapomniałem. Sumienie nie dawało mi spokoju. Dowiedziałem się po latach, że wyszła za mąż, za porządnego faceta, który dał jej szczęście. Naprawił to, co ja spieprzyłem. Wychował mojego syna na wspaniałego człowieka. Strażaka. Tomasz Adamski. Dowódca. Wspaniały szlachetny człowiek. Jest taki dlatego, że nie miałem okazji zniszczyć mu życia, tak jak zniszczyłem je jego matce. Gdybym ja go wychowywał, nauczyłbym go tylko jak pić, kraść, oszukiwać, jak gardzić ludźmi. Nie ma dnia, żebym nie żałował tego, jak bardzo skrzywdziłem tą dziewczynę. Każdy dzień na ulicy to kara za to, co zrobiłem, moja pokuta. Nie ma dnia, żebym nie podziwiał tego jakim człowiekiem jest mój syn. To, jaki jest, zawdzięcza swemu ojcu- temu, który go kochał i wychował. A ja muszę żyć z tym, co zrobiłem. Taki śmieć, jak ja nie zasługuje nic dobrego. Nie zasługuję na wybaczenie Heleny, ani jej syna. Będę się smażył w piekle.”
Tomek w trakcie czytania usiadł, bo pociemniało mu przed oczami. Gdy skończył czytać, potarł czoło dłonią z niedowierzaniem. Czuł się tak, jakby ktoś dał mu w łeb. Albo jakby skończyło mu się powietrze w butli.
– Tomek? Dobrze się czujesz?
Monika nigdy go takim nie widziała.
– Tomek? Potrzebujesz pomocy?- Policjanci także byli zaniepokojeni. W końcu spojrzał na nich z ukosa i mruknął:
– Nie. Ale nie chciałem tego wiedzieć.- Rzucił kartkę na podłogę i poszedł na górę. Chciał być sam.
– Mogę wiedzieć o co chodzi?- Zapytała Monika podnosząc z podłogi kartkę.
– Bezdomny, którego ciało wyłowił z rzeki, był jego biologicznym ojcem.
– Co? O Boże… Może faktycznie lepiej mu było o tym nie mówić. – Pobierznie przeczytała tekst z kartki.
– Nie mogliśmy tego zataić. Cokolwiek zrobi z tą wiedzą, Tomek ma prawo wiedzieć.
– A wy chcielibyście wiedzieć kim jest człowiek, który dał wam życie w taki sposób?
– To naprawdę nie jest nasz wybór…
– Jeśli szukacie krewnych, którzy zajmą się pogrzebem, to szukajcie dalej. Albo niech po prostu ma taki sam pogrzeb jak każdy NN.
– Jasne. Rozumiemy. Przepraszam, ale musieliśmy.
– Idźcie juź, proszę…
Policjanci wyszli.
– Moni co się stało?- Zapytała zmartwiona Liliana, tą swoją słodką dziecięcą mową. Widziała, że wydarzyło się coś niepokojącego, ale nie rozumiała co.
– Nic, kochanie. Takie tam.- Machnęła ręką i uśmiechnęła się.- Chyba już pora do łóżeczka. Chodź, umyjemy się, wyszorujemy ząbki.
– Chcę bajkę.
– Dobrze, poczytamy bajkę. Chodź.
Wzięła małą do łazienki, potem przebrała w piżamkę i położyła do jej własnego łóżeczka.
– Którą bajkę ci przeczytać?
– Tomek!
– Kotku Tomek źle się czuje. Ja ci poczytam.
– Nie. Tomek.- Skrzywiła się, jakby zaraz miała się rozpłakać. Monika westchnęła.
– No dobrze, zaczekaj tutaj, pójdę po Tomka i zobaczę jak on się czuje, czy może ci poczytać. Zostań w łóżeczku, ok?
Poszła do sypialni, sądząc, ze tam zastanie Tomka i nie pomyliła się. Siedział w półmroku, wpatrzony w jeden punkt.
– Tomek… Lila się uparła, że to ty musisz jej poczytać. Mówiłam, że źle się czujesz, ale to nic nie dało.
Wstał bez słowa i poszedł do pokoju dziewczynki. Przykląkł przy jej łóżki i zapytał łagodnie, ale stanowczo:
– Lilianka, dlaczego nie chcesz, żeby Monika ci poczytała? Powiedziała ci przecież, że źle się czuję. Monika kocha cię tak samo mocno jak ja i jest jej przykro, kiedy tak ją traktujesz. Tak nie można.
– Nie jest na to za mała?- Zapytała Monika, ale zerknął na nią i odparł:
– Myślę, że zrozumie.
– Opiekujemy się tobą razem z Moniką i oboje ciebie kochamy. Wybierz bajkę i Monia ci poczyta. Ja tylko posiedzę tutaj, aż zaśniesz.
Tak, jak zdecydował, Monika czytała, a on tylko siedział przy łóżku. Jego myśli krążyły zupełnie gdzie indziej. Monika z czułością zajmowała się Lilianą, czytała jej, leżąc obok i głaszcząc jej złote loczki. Kiedy doczytała bajkę do końca, uśmiechnęła się i pocałowała Lilkę w czoło.
– Czas spać.- Szepnęła.
– Zanim zaśniesz, jeszcze poprosimy aniołka stróża, żeby nad tobą czówał.- Powiedział Tomek i zaczął odmawiać Aniele Boży stróżu mój, a potem ucałował małą, otulił kołdrą i wyszedł, zostawiając słabe ciepłe światło. Poszedł pod prysznic. Kiedy wrócił do sypialni, nadal milczał.
– Monika podeszła do niego od tyłu i objęła go.
– Nie zamykaj się.- Szepnęła. On nakrył jej dłon swoją, ale nadal nic nie powiedział.
– Odkąd służę w straży widzę siebie i innych w sytuacjach, o których większość ludzi woli nie myśleć. Wiem, jak ciało reaguje na dźwięk alarmu. Jak w pół sekundy ze snu wchodzi w stan pełnej gotowości. Wiem jak to jest, kiedy jedziemy na akcję a mózg przestawia się na tryb superbohatera. Widzimy krew, śmierć, makabryczne widoki. Każdy z nas przekracza swoje granice. Ale wiesz czego nigdy nie widziałam, ani nie słyszałam? Żeby ktokolwiek z nas mówił, że się bał, że coś jest ponad jego siły, że przeżywa to co widzi. Dusimy to w sobie i to nas niszczy. Odreagowujemy jakoś inaczej, bez rozmów na te tematy. Ale każdy ma swoje granice. Nie zamykaj się, Tomasz. Rozmawiaj ze mną.
– Co mam ci powiedzieć?- Zapytał.- Ja sam nie wiem co mam myśleć, co mam czuć. Nigdy nie chciałem wiedzieć kto jest moim bilogicznym ojcem. Kto skrzywdził moją matkę. Miałem kochającą rodzinę, wspaniałego ojca, z którym moja matka była bardzo szczęśliwa. Dzięki niemu przepracowała to, co ją spotkało. Kochała mnie, mimo że byłem owocem przemocy. Zachowała w tajemnicy kto jej to zrobił nie bez powodu. I to była dobra decyzja. Ja też nigdy nie chciałem tego wiedzieć. I co mam teraz zrobić z tą wiedzą? Ona nic nie zmienia, a jednocześnie zmienia wszystko. Nie wiem co z tym zrobić.- Westchnął.- Potrzebuję czasu, żeby to przetrawić.
– Masz go tyle ile potrzebujesz, tylko się nie zamykaj.
Monika cieszyła się, że wreszcie zaczął z nią rozmawiać. Pociągnął ją za rękę, by stanęła przed nim.
– Dziękuję, że jesteś.- Szepnął i pocałował ją.
– A ja dziękuję za to co powiedziałeś Lilce. Że oboje kochamy ją tak samo.
– Rozumiem, że przywiązała się do mnie, ale nas jest dwoje. Będę dążył do tego, by traktowała nas tak samo.
– No nie wiem czy ci się to uda. Myślę, że zawsze będziesz jej numerem jeden, ale dziękuję za to, że jest to dla ciebie ważne.
– Oczywiście, że jest.
Chodźmy spać. Mieliśmy dosyć wrażeń dzisiaj.
– Racja.
Sobota gospodarcza w koszarach PSP to cotygodniowe porządki generalne. Opróżnienie garaży, mycie podłóg, szyb w samochodach, sprzątanie w schowkach, inwentaryzacja całego sprzętu. Tomek jako dobry lider razem z innymi robił porządki. Zajął się czyszczemiem szyb samochodowych. Tego dnia był małomówny raczej unikał rozmów, żartów. Około południa prace gospodarcze przerwało wezwanie do wypadku busa do przewozu osób, na obrzeżach miasta. Dyspozytor wysłał tam zastęp Tomka, drugi zastęp Gutka, oraz OSP z najbliższej miejscowości. Dojeżdżając zobaczyli busa leżącego na boku, na niewielkiej skarpie. Tomek połączył się z dyżurnym dyspozytorem:
– 401-25 do 998.
Bochnia 998.
– Jestem na miejscu udaję się na rozpoznanie.
– Zrozumiałem prawidłowo.
Tomek podbiegł do busa. Słyszał ludzi wewnątrz. Pojazd leżał na tym boku, na którym były drzwi dla pasażerów. Obszedł na tył samochhodu. Z tyłu były drzwi, ale gdy je otworzył, zobaczył fotele. Przestrzeń była zbyt ciasna, by ewakuować nią poszkodowanych. Zajrzał jednak do wnętrza samochodu. Było w nim dziesięć osób, włącznie z kierowcą.
– Straż pożarna. Proszę zachować spokój, zaraz państwu pomożemy. Czy jest ktoś ranny? Jakieś złamania?
– Nie, my nie, ale pod busem jest człowiek! Szedł po poboczu i bus się na niego przewrócił!
– Już sprawdzam. Proszę zachować spokój.- Zbiegł z półtora metrowej skarpy i zobaczył człowieka przygniecionego przez pojazd na wysokości pasa i bioder. Mężczyzna był nieprzytomny.
Na miejsce przyjechała jednostka OSP, a za nią karetka.
– Radek, wyjmijcie przednią szybę i ewakuujcie ludzi z pojazdu. Tylko uważajcie, żeby nie pogorszyć sytuacji przydgniecionej osoby. Gutek, deska, torba medyczna, poduszki pneumatyczne. Ruchy, ruchy.
– Co macie? W czym pomóc?- Zapytał dowódca zastępu OSP.
– Cześć, dobrze, że jesteście. Pomóżcie zabezpieczyć miejsce zdarzenia i ewakuować ludzi z busa.
– Jasne, działamy.
Radek z Mikołajem Wyjęli przednią szybę.
– Proszę państwa, teraz spokojnie, po kolei. Proszę uważać, by jak najmniej poruszać busem. Nie chcemu zaszkodzić przygniecionej osobie. Najpierw pan kierowca. Jest pan cały? Może pan się poruszać normalnie?
– Tak, mogę.
– Prosze powoli wychodzić, pomogę panu. Teraz następny.
Jedna z pasażerek, w średnim wieku trzymała się za łokieć. Na twarzy miała grymas bólu.
– Co z pani ręką? Złamana? Może pani poruszać palcami?
– Mogę, ale strasznie boli. Siedziałam przy oknie po tej stronie co na ziemi.
– Rozumiem. Ostrożnie, powoli. Prosze wychodzić, ja panią podtrzymam. Proszę uważać na głowę. Bardzo dobrze, teraz kroczek na trawę. Młody przejmij panią i zaprowadź do karetki.
Dopiero, gdy wszyscy pasażerowie opuścili wnętrze pojazdu, można było użyć poduszek pneumatycznych do uniesienia pojazdu. Zanim to zrobili, najpierw przygniecionemu człowiekowi przyklejono elektrody z AED by monitorować jego funkcje życiowe.
– Teraz uważajcie. Jeszcze trochę unieś poduszki, Robo. Nagle AED zaczęło piszczeć. Kiedy unieśli auto, stan poszkodowanego dramatycznie się pogorszył. Doszło do zatrzymani akcji serca.
– Na deskę, szybko!- Wysunęli mężczyznę spod pojazdu i natychmiast przystąpili do reanimacji. Po chwili reanimację przejęła ekipa karetki. Tomek obawiał się, że mogło dojąść do masywnego krwotoku wewnętrznego w wyniku zmiażdżenia. Poszkodowanego zabrano na nosze i do karetki, nie przerywając reanimacji. Po poszkodowaną kobietę przyjechała druga karetka.
– 401-25 do 998
– Bochnia 998
– Wszyscy pasażerowie bezpiecznie ewakuowani z busa. Jedna pani ma niegroźne obrażenia. Przechodzień przygnieciony busem pod opieką ZRM. W tej chwili stan krytyczny. Będziemy powoli kończyć działania. Zostawimy na miejscu zastęp OSP, żeby zabezpieczali teren póki policja będzie prowadzić swoje czynności, a my wrócimy do koszar.
– Dobrze, czekam na zgłoszenie zakończenia działań.
Po tym meldunku poszedł do zastępu OSP.
– Chłopaki, dzięki za wspołpracę.
– Nie ma sprawy.
– Zostańcie z policją, dobra? My musimy wracać do koszar.
– Wiadomo.- Obruszył się jeden z białych chełmów.
– Daj spokój Michał.- Upomniał go kolega.
– O co chodzi?- Zapytał Tomek. Ochotnik o imieniu Michał skorzystał z okazji by powiedzieć co myśli:
– My zawsze odwalamy robotę za was i zawsze jesteśmy gorsi. Chłopcy od sprzątania. A wy spijacie śmietankę.
– Nie wiem o co ci chodzi, przyjacielu, ale ja was szanuję tak samo, jak własnych ludzi. Dlaczego miałbym was inaczej traktować? Jesteście tak samo wyszkoleni, za miastem zawsze pierwsi na miejscu zdarzenia. Jestem ze wsi i po służbie nie raz pomoagam kumplom z OSP.
– To dlaczego my zawsze po was sprzątamy?
– Chłopie, ja mam nad sobą całą armię przełożonych, działam w ściśle określonej strukturze i mam poza akcją narawdę multum obowiązków i wymagań, które muszę spełnić. Mogę temu podołać dzięki wam i dzięki temu, że tu jesteście. Naprawdę pod zły adres te pretensje. Mam wakat w zastępie, jeśli jesteś zainteresowany służbą zawodową, zgłoś się.
– Daj spokoj, Michał, kto jak kto, ale chłopaki z 25 są naprawdę w porządku. Tyle razy pracowaliśmy razem.- Upomniał go kolega.- Tomek mam nadzieję, że między nami spoko?
– No jasne.- Uśmiechnął się półgębkiem.- Mówiłem poważnie o wakacie w zastępie. Dzięki, panowie, trzymajcie się.
W czasie gdy Tomasz kierował akcją przy wypadku busa, do Moniki zadzwonił pan Woźniczka. Był roztrzęsiony. Jego żona była po operacji wycięcia guza mózgu.
– Nie jest sobą. Nie potrafi mówić. Bełkocze niezrozumiale a ja nie wiem o co jej chodzi.
– Panie Staszku, tak może być. Najwyraźniej guz był usytuowany w okolicy ośrodka mowy. Ale mózg jest niesamowity, potrafi się zregenerować. Z czasem to może się cofnąć i żona będzie znów normalnie mówić.
– Może. A jeśli nie? Jak ja mam wiedzieć o co jej chodzi?
– Wiem, że to trudne. Są państwo małżeństwem od tylu lat… Znają się państwo tak doskonale… Bez słów się państwo pewnie rozumieją. Nauczy się pan rozpoznawać o co jej chodzi, ale wszystko wymaga czasu i cierpliwości.
– To chyba ponad moje siły… Najpierw Martusia, teraz Basia… Nie mam na to siły. Za stary jestem.
– Panie Staszku Prosze się nie załamywać. Wiem, że dużo na pana spadło w krótkim czasie, ale da pan radę. Na pewno. Będzie dobrze.- Nie wiedziała co ma mu powiedzieć. Nie była psychologiem, poza tym ostatnio sama zaczęła odczówać przeciążenie tymi wszystkimi zmianami w życiu. Rozmawiając z Woźniczką zerkała na zegarek. Miała niedługo pojechać po Lilkę do ochronki.
– Nie wiem co bym zrobił, gdyby nie wasza pomoc. Nie dałbym sobie rady z małym dzieckiem i chorą żoną.
– Myślenie o tym co by było, gdyby, nie ma najmniejszego sensu. Panie Staszku, musi pan do tego inaczej podejść. Jak do zadania do wykonania. Nie mysleć co będzie za tydzień, dwa, tylko skupić się na tym co jest teraz i następnym kroku. Tak jest łatwiej. – Wzęła kluczyki i rozmawiając z dziadkiem Lilki wyszła z domu, wsiadła do samochodu i pojechała do ochronki. Przełączyła tylko na głosnik.
– Ja was przepraszam, tyle wam sprawiam problemów.
– Żadnych problemów pan nie sprawia, proszę tak nie myśleć. Panie Staszku, jadę teraz po Liliankę, a pan niech odpocznie, uspokoi się. Wiem, że jest bardzo trudno. Ja wiem. Ale wiem też, że pan będzie w stanie zaopiekować się żoną. To wszystko jest dla pana nowe i bardzo trudne, ale da pan radę. Ułoży się wszystko, tylko trzeba czasu.
Dojeżdżała do skrzyżowania i na jej oczach dwa samochody przed nią wydarzył się wypadek. Dziecko nagle wbiegło na przejście dla pieszych i zostało potrącone przez samochód, który miał zielone światło. Natycmiest xhwyciła telefon i pobiegła. Dziecko leżało twarzą do jezdni, nieprzytomne. Wokół niego natycmiast zebrał się tłumek gapiów. Komentowali to co się wydarzyło. Ktoś powiedział że trzeba zadzwonić na 112, ktoś inny, że dzieci biegają jak szalone i nikt ic nie pilnuje. Monika nie słuchała. Przerwała połączenie z Woźniczką i zadzwoniła na 112 jednocześnie sprawdzając stan dziecka. Najpierw podała likalizację.
– Dziecko około 10- 12 lat potrącenie na przejściu dla pieszych. Chłopiec nieprzytomny, funkcje życiwe w tej chwili ma, rozbita głowa, złamana ręka, żebra i noga. Sprawca na miejscu.
Kierująca samochodem, która potrąciła dziecko, była w szoku, bardzo zdenerwowana, chodziła w tę i z powrotem płacząc i powtarzając sobie, że zabiła dziecko. Monika nie mogła się nią zająć, musiała pilnować dziecka. Poprosiła jednego z gapiących się kierowców o apteczkę, okryła dziecko folią termiczną. Po kilku minutach od zgłoszenia pojawił się na miejscu zespół ZRM i zastęp OSP, oraz policja. Pomogła ratownikom przełożyć dziecko na deskę ortopedyczną i zabezpieczyć. Monika wiedziała, że może jeszcze być potrzebna, więc zadzwonila do ochronki, że może się trochę spóźnić. Policja chciała z nią porozmawiać, dowódca zastępu OSP także.
– Koleżanka z PSP. Dobrze, że pani tu była.- Skomentował strażak.
– Muszę jechaać po dziecko do przedszkola. Będę jeszcze potrzebna?
– Chyba nie. Z resztą w razie czego mamy pani dane, więc gdyby zaistniała taka potrzeba, to będziemy się kontaktować.
– Nie puścicie ruchu na razie?
– Nie, na razie drogę zamykamy.
– Dobra, spróbuję jakoś wydostać się i objechać.
– Pomożemy.
Dzięki pomoc strażaków wydostała się z korka i mogła inną drogą pojechać do ochronki, po Lilkę.
Mała czekała na Monikę w towarzystwie tak zwanej cioci. Bawiły się razem.
– Dzień dobry. Bardzo przepraszam, że musiała pani czekać, ale na skrzyżowaniu z Hutniczą doszło do potrącenia dziecka przez samochód osobowy. Musiałam się tym zająć.- Gdy tylko się pojawiła, Lilka z radością podbiegła do niej.
– Pani ratowała to dziecko?
– Co zrobić, tak się przytrafiło, to trzeba działać.- Wzruszyła ramionami.
– I co z tym dzieckiem? Żyje?
– Żyje, ale jest w ciężkim stanie, połamane, uraz głowy… Wbiegło prosto pod koła.
– Okropność, a pani tak spokojnie o tym mówi…
– To, że spokojnie mówię, nie znaczy, że mnie to nie rusza. Mam taką pracę, że emocje muszę umieć odsunąć na bok i robić to, co do mnie należy. Chodź, skarbie idziemy do domku.- Monika nie miała ochoty się tłumaczyć i opowiadać o szczegółach wypadku.
Wzięła Lilianę i wyszła z ochronki. Dziewczynka widziała, że Monika jest spięta i zapytała dziecinną mową:
– Co się stało mamusiu?
Zaskoczyła ją. Po raz pierwszy Lilka nazwała ją mamą, a przeciez sad jeszcze nie zdecydował, czy zostaną z Tomkniem opiekunami prawnymi. Postanowiła na razie nie zareagować, musiała najpierw porozmawiać o tym z Tomkniem.
– Nic, Lilciu, jestem tylko zmęczona.- Odparła i odpaliła samochód.- Co byś chciała na obiadek? Zupkę z literkami, czy kurczaczka?
– Ziupkę i kuciaćka.
– Dobrze, zrobimy zupkę i kurczaczka.- Uśmiechnęła się. Ta słodka śiczna buzia, złote loczki i wielkie niebieskie oczy otoczone długimi rzęsami, działały na Monikę kojąco. Pokochała to dziecko, chociaż tak naprawdę nie była gotowa na tak gigantyczną zmianę w życiu.
Podczas przygotowywania obiadu napisała do Tomka sms, o tym, że Lilka nazwała ją mamą. Miała wątpliwości, czy może jej na to pozwolić, kiedy jeszcze sąd nie wydał decyzji, czy mogą zostać opiekunami prawnymi Lilki. Odpisał później, że porozmawiają z nią razem. Najpierw jednak Monika miała swoją zmianę na służbie.
Wieczorem zaprowadziła Lilkę do Dominiki, na czas aż Tomek ją odbierze, wracając ze swojej zmiany, po czym pojechała do pracy.
Noc miajała spokojnie, strażacy mogli się przespać, ponieważ nie było zgłoszeń. Dopiero około trzeciej sygnał alarmowy postawił ich na nogi, a dyspozytor wysłał wszystkie jednostki do ewakuowania ludzi z pociągu.
Pociąg relacji Kraków- Rzeszów minął dworzec i zatrzymał się około dwa kilometry dalej. Na szczęście na torze nie było żadnego innego pociągu, więc nie doszło do żadnego wypadku. Na miejscu wyszła do nich konduktorka.
– Dzień dobry, panowie, dobrze, że jesteście. Kierownik pociągu poszedł do maszynisty i nie wraca. Żaden z nic nie odpowiada. Wezwałam też policję, bo my musimy zadbać o pasażerów, zająć się nimi. W całym składzie mamy 118 pasażerów. Odpowiadamy za ich bezpieczeństwo, więc potrzebujemy pomocy przy ewakuacji.
– Oczywiście, proszę pani. Czego pani od nas oczekuje dokładnie?
– Kolej zaraz podstawi autobusy żeby przewieź pasazerów ten kawałek na dworzec. Nie mam pojęcia dlaczego pociąg minął stację i zatrzymał się tutaj.
– Może kierownik zaraz się odezwie. Zrobimy tak. Po dwóch obstawiamy wszystkie drzwi i pomagamy pasażerom wysiąść, zejść z torów.
– Żeby lepiej zapanować nad porządkiem otworzymy tylko 3 drzwi. Ja przejdę po całym pociągu i poiformuję pasażerów, żeby się kierowali do tych trzech wyjść.
– Dobrze, no to do roboty.
Monika miała przeprowadzać ludzi przez tory, ścieżką przez zarośla, do podstawionych autobusów. Konduktorka także przy tym pomagała, ale cały czas zerkała na lokomotywę.
– Martwi się pani o maszynistę?
– Powinni się już dawno odezwać, albo wrócić. Dlaczego ich nie ma nigdzie?
Monika postanowiła interweniować i wezwała przez radio Mateusza Florczyka:
– Monika do KDRa.
– KDR zgłasza.
– Może ja przejdę do lokomotywy, sprawdzę co z maszynistą. Może zasłabł, albo coś… Przecież powinien dac jakieś znaki życia do tej pory.
– Dobra, przejdź się, ale na odsłuchu w razie czego.
– Jasne. Udaję się.
Od zewnątrz do lokomotywy nie mogła wejść, a przez okno zobaczyła, że maszynista prawdopodobnie jest nieprzytomny. Widziała tylko fragment pleców i tył głowy. Musiała spróbować wejść przez wagon. Zgłosiła to Mateuszowi. W wagonie było ciemno. Gdy weszła, zobaczyła na początku wagonu przy przejściu leżącego na podłodze kierownika pociągu, całego we krwi.
– Jezu!- Wyrwało jej się i nagle poczuła, że ktoś chwyta ją od tyłu i przykłada jej nóż do gardła.
– Co robisz!- Krzyknęła.
– Shatt up!- Warknął napastnik. Shut up or you’ll finish like a pig!
Monika była przerażona, próbowała jakoś zebrać myśli, przypomnieć sobie angielski, ale miała pustkę w głowie. Dowódca usłyszał przez radio co się dzieje i pobiegł do lokomotywy, wzywając po drodze poicję.
Napastnik przeszedł na początek wagonu, cały czas przyciskając jej nóż do gardła.
– You will be my ticket to freedom.- Warknął napastnik. Monika spojrzała w dół na tyle na ile mogła i dostrzegła, że ręka trzymająca nóż jest śniada.
Now we will get out. Be quiet or you’ll finish like them. Undrestand? Understand?!- Powtórzył dociskając nóż mocniej.
– Yes! Yes.- Odpowiedziała umierając ze strachu. W tym momencie przez przejście między wagonami wpadł młodszy kapitan Florczyk. Zaskoczył mężczyznę od tyłu, obezwładnił błyskawicznie. Monika odepchnięta w przód padła na kolana. Odsunęła się maksymalnie. Zdjęła chełm i chwyciła się za gardło. Czuła wilgotną ciepłą ciecz na szyi. Przycisnęła rękę do rany, sadzac, że ma poderżnięte gardło.
– Monika co z tobą? Cała jesteś?- Zapytał Florczyk, klęcząc na napastniku. Spojrzała na niego przerażonymi oczami. Trzymała się za szyję. Pierwszy raz słyszała, jak zaklął. Wtedy do wagonu wbiegło dwóch policjantów. Przejeli napastnika, a Florczyk przykląkł przy Monice.
– Pokaż to.- Ostrożnie odsunął jej dłoń. Monika trzęsła się cała jak osika, nie odrywając wzroku od leżących na podłodze zwłok.
– Spokojnie, to tylko draśnięcie. Lekko nacięta skóra. Jest dobrze. Wszystko jest dobrze.- Wezwał pilnie przez radio Antka Pilcha z torbą medyczną. Zrobiło się duże zamieszanie, w wagonie zaroiło się od policji. Antek przyniósl torbę, nieświadomy tego co się tu rozegrało. Kiedy zobaczył zadźganego kierownika pociągu i maszynistę z poderźniętym gardłem, zamurowało go.
– Tutaj Antek, tutaj.
Dopiero teraz zauważył Monikę i Mateusza.
– Rany Boskie co tu się stało?
– Opatrz te ranę.
Antek bał się o cokolwiek pytać. W milczeniu opatrzył szyję Moniki.
– Zabierzmy ją stąd.
Wyprowadzili ją z wagonu. Ona wyrwała się im, pobiegła na bok i zwymiotowała. Zabrali ją do wozu, dali butelkę wody, okryli kocem. Florczyk skontaktował się z psychologiem służby, starszą kapitan Renatę Tomczyk. Gdy wrócili z wezwania do koszar, psycolog już czekała.
– Jesteś… Przepraszam, że wyrwałem cię z łóżka tak wcześnie i bardzo ci dziękuję, że przyjechałaś.
– Nie ma sprawy, jeśli jestem potrzebna, jestem do dyspozycji.
Po krótce wyjaśnił z czym musieli się mierzyć na wezwaniu.
– Rozumiem, gdyby ktokolwiek chciał porozmawiać, jestem cały czas pod telefonem. A póki co, możemy pójść do mojego gabinetu?- Zapytała z łag
odnym uśmiechem i zachęciła, by Monika z nią poszła. Było jej wszystko jedno, nie myślała. Trzęsła się. Poszła na piętro, do gabinetu psychologa.
– Proszę usiąść. Jest pani roztrzęsiaona, może dam pani łagodny ziołowy środek, który panią trochę uspokoi. To jest taka tabletka do ssania. Proszę.
Dała jej pigułkę i szklankę wody. Monika cały czas była okręcona kocem.
– Pracuje pani w naszej jednostce od dawna, ale jeszcze nie miałyśmy okazji się poznać. Chyba pani jako jedyna jeszcze mnie nie odwiedziła. My kobiety jesteśmy twarde.- Uśmiechała się łagodnie.
– Nie byłam u pani, bo nie potrzebuję. Jestem zdenerwowana, to chyba nic dziwnego w tej sytuacji.
– Oczywiście, że to nic dziwnego. Problem polaga na tym, że to ja wydaję opinię, czy pani jest zdolna do służby, czy nie. Więc chyba musi pani ze mną porozmawiać.
– Super. To rozmawiajmy. – Burknęła.
– Może na początek powie pani jak się czuje?
– A nie widać? Ktoś próbował poderżnąć mi gardło. Jak mam się czuć?
– Pani Moniko, jesteśmy tak skonstruowani, że aby lepiej się poczuć, musimy z siebie wyrzucić to, co nas niszczy od środka. To pani musi nazawać swoje odczucia i powiedzieć o nich głośno, aby móc się od tego uwolnić. Wszyscy pani koledzy zaglądają do mnie od czasu do czasu. Nikt na tym nie stracił. Może mi pani zaufać. Nie jestem od grzebania w głowie, manipulowania osobowością. Jestem od słuchania.
– Przepraszam.- Westchnęła Monika.- Ale ja chyba nie potrafie o tym mówić. Jeszcze się trzęsę.
– Miała pani nóż na gardle. Czegoś takiego nie przeżywa się na co dzień.
– Muszę się jakoś ogarnąć. W domu czeka na mnie trzyletnie dziecko.
– Ma pani dziecko?
– Staramy się o zostanie opiekunami prawnymi.
– To wspaniale. Taki trzylatek wymaga uwagi. Ja mam dwójkę, mają już 12 i 15 lat.
Monika nie skomentowała tego, więc kapitan Tomczyk wróciła do tematu.
– Właściwie co sprawiło, że została pani strażakiem? Strażaczką…
– Strażakiem. Nie mam kota na punkcie feminizmów.
– Zatem strażakiem. Zawsze chciała pani to robić?
– Nie, nigdy. To był przypadek.
– Przypadek? Przyznaję, że takiej odpowiedzi jeszcze nie słyszałam. Jak to przypadek?
– Miałam dosyć poprzedniej pracy, rzuciłam ją i zobaczyłam ogłoszenie o naborze. Pomyślałam, że może w końcu będę robić coś ważnego. A ta praca jest czymś totalnie odwrotnym od poprzedniej.
– Pod jakim względem?
– Tutaj jest braterstwo, zaufanie, wzajemne wsparcie. Taka druga rodzina. Tam było całkowicie przeciwnie.
– I to sprawiło, że zdecydowała się pani zostać strażakiem.
– Na kursie też mi się spodobało. Teraz nie wyobrażam sobie, że mogłabym robić coś innego.
– Mimo takich historii jak ta, która dziś panią spotkała?
– Tak.
– Co pani myśli o tym, co się dziś wydarzyło?
– Nie wiem co myśleć. To zbyt świeże. Ciągle mam przed oczami tych zabitych ludzi… I czuję nóź na gardle…
– Potrzeba czasu, żeby to sobie poukładać w głowie, przepracować. Sugerowałabym, żeby wzięła pani chociaż jedną zmianę wolnego. Mogę pani wystawić L4.
– Nie chcę. W domu tylko bym o tym myślała, zwłaszcza gdy Tomek będzie na służbie. Wolę być tutaj i mieć zajęcie.
– Na pewno? Spędziłaby pani trochę czasu z dzieckiem, wyciszyła się…
– Tak, pani kapitan, na pewno.
– Dobrze, ale jeśli nie będzie pani mogła poradzić sobie z tą traumą, czy przyjdzie pani do mnie? Teraz, gdy się już poznałyśmy, może nie będzie mnie pani tak bardzo unikać…
– Nie będę. Jeśli poczuję, że potrzebuję, zgłosze się do pani.
– Zaufam pani. Są specjalne techniki, pomagające się wyciszyć…
– Tak, wiem. Znam je.
Długo rozmawiały. Kiedy wreszcie Monika mogła opuścic gabinet psycholgiczny, odetchnęła. Bardzo uważała na to, co mówi, trzymała dłonie schowane między udami, aby ukryć ich drżenie. Miała nadzieję, że psycholog tego nie zauważyła. Gdy przyszła do przedziału sypialnego, Florczyk siedział nad papierami.
– Jak się czujesz?
– W porządku.
– Będzie dobrze?
– Tak, nie martw się, będzie dobrze.- Odparła nie patrząc mu w oczy.
– Mam nadzieję.
– Muszę tylko odpocząć, przespać się…
– Jasne, spróbuj się zdrzemnąć. Chłopaki już wszystko posprawdzali.
Po odprawie przebrała się i szła na parking na tyłach budynku.
– Nie pozwolę ci samej prowadzić. Odwiozę cię do domu.- Oświadczył Mateusz.
– Nie trzeba.
– Odpowiadam za ciebie. Poza tym chciałem ci coś zaproponować po drodze. Wsiadaj.
Nie miała siły i ochoty z nim dyskutować. Wsiadła i podała adres.
– Co chciałeś zaproponować?- Zapytała od razu.
– Po służbie jestem instruktorem wschodnich sztuk walki. Gdybyś chciała, mógłbym cię nauczyć przynajmniej kilku chwytów, abyś mogła sobie poradzić sama w takiej sytuacji jak dziś. Bezpłatnie, po znajomości.
– Przecież, żeby sobie poradzić w takiej sytuacji, to trzeba mieć więcej siły niż napastnik. A jak się trafi jakiś potężny?
– Właśnie większość ludzi tak myśli, a to nie jest prawda. Poradzisz sobie z łatwością, jeśli będziesz tylko wiedziała jak i jeśli wyrobisz sobie taki odruch, jak u nas na ćwiczeniach. Nie chciałabyś? Ja bym cię namawiał, bo to bardzo przydatne umiejętności.
– Ale ja mam teraz pod opieką dziecko. Mogłabym tylko w takim dniu jak dziś, kiedy Tomek będzie w domu.
– Nie ma sprawy. Godzinkę, półtorej raz w tygodniu i zobaczysz jak szybko się nauczysz. Nie odpowiadaj mi teraz. Przemyśl to, przedyskutuj z Tomkniem i na następnej służbie dasz mi odpowiedź, ok?
Dobrze, tak zrobię.
Mateusz wiedział, że trenowanie sztuk walki może jej także pomóc poradzić sobie psychicznie z tym co się wydarzyło. Nie chciał jej jednak o tym mówić, aby nie poczuła się potraktowana jak ofiara, jak ktoś słabszy, niepełnowartościowy, nad kim trzeba się litować i pomagać mu. Monika dorównywała mężczyznom sprawnością i siłą, a szybkością i zwinnością ich prześcigała. Nie była słabą ofiarą i nie zniosłaby takiego traktowania.
Mateusz nie tylko podwiózł ją do domu, ale chciał wstąpić, by porozmawiać z Tomkiem, dlatego nacisnął dzwonek do drzwi. Tomek otworzył o zaniepokoił się widząc Monikę w towarzystwie dowódcy. I z opatrunkiem na szyi.
– Mati? Co się stało?- Zapytał, uścisnąłwszy dłon koledze.
– Mieliśmy trudną służbę, wolałem ją przywieźć do domu, żeby sama nie prowadziła.
– Wejdźcie. A co się stało?
– Pewnie będą o tym mówić w ogolnopolskich mediach… Mieliśmy zdarzenie w pociągu. Jakiś imigrant zabił maszynistę i kierownika pociągu… Ewakuowaliśmy ludzi z pociągu… Nie wiem jak ci to powiedzieć… Monika poszła sprawdzić co z maszynistą, czemu nie ma z nim kontaktu i została zaatakowana.
– Co takiego?! Zrobił ci coś? Pokaż to? Co kryje ten opatrunek?- Zdenerwował się. Mateusz spojrzał na Monikę. Odpowiadał za nią.
– Trzymał jej nóż na gardle. Lekko ją drasną.
– Co takiego?! Odpowiadasz za nią!- Krzyknął.
– Tatusiu cio się śtało?
Dopiero teraz wszyscy zdali sobie sprawę z tego, że Lilianka jest tuż obok.
– Nic, kochanie, baw się.- Odparł Tomasz, próbując opanowac emocje.
– Posłałeś ją samą w ręce psychopaty?!- Ściszył głos, ale był wściekły na kolegę. Jednocześnie z czułością dotknął twarzy Moniki, ogladajac opatrunek na jej szyi.
– Jak się czujesz, kochanie?
– Nie miej pretensji do Mateusza. Wiesz jak jest na akcji. To się mogło zdarzyc i na twojej zmianie. Dzięki Mateuszowi nic mi nie zrobił. Gdyby nie on… Zaszedł go od tyłu.
– Zapomniałem, że zajmujesz się wschodnimi sztukami walki. Przepraszam. Wiem, że jesteś swietnym dowodcą. Poniosly mnie nerwy.
– Nie ma sprawy, to zrozumiałe.
– Dziękuje za to co zrobiłeś.- Podał mu rękę. Lilianka podeszła i wyciągnęła rączki do Tomka, więc wziął ja na rece.
– Pomyślałem, że mógłbym ją nauczyć jak się bronić. Wiesz, że prowadzę szkolenia…
– To jest interesująca propozycja. Co ty na to, Monia?
– Przepraszam, nie mam siły. Chciałabym się położyć. Możemy o tym porozmawiac później?
– Oczywiście.
– Nie przeszkadzam dłużej Śliczna dziewczynka.- Mateusz uśmiechnął się do Lilki i pogłaskał ja palcem po policzku.
– Dziękuję ci, Mati.
Kiedy Florczyk wyszedł, Tomasz objął Monikę i przytulił, jakby wrocila po bardzo długiej podróży. – Wezmę coś na sen i położę się.- Powiedziała cicho.
– Dobrze, prześpij się. Obudzę cię na obiad, dobrze?
– Dobrze.
Poszla do sypialni. Do Tomka zadzwonił komendant Brynkus.
– Jak się czuje Monika?
– Poszła się położyć.
– Dzwonię bo mam calkiem fajne wieści. Marszałek Małopolski chce ją nagrodzić za to, że po służbie ratowała to dziecko z wypadku.
– Poważnie?
– Temat się zrobił medialny, chcą promowac obywatelska postawę. Tak więc czeka ją krótka uroczystość na kolejnej służbie.
– Powiem jej o tym, jak się obudzi. Dziękuję. To rzeczywiście miła wiadomość.
– Mam nadzieję, że Monika poradzi sobie z tym, co ją spotkało. To jest wspaniała, silna dziewczyna i cholernie dobry strażak.
– Dzięki, przekażę jej.
Tomek kończył już gotowac obiad. Chciał pójść obudzić Monikę, kiedy zadzwonił dzwonek do drzwi. Nieznajoma kobieta w średnim wieku z aktówką przywitała się urzedowym tonem.
– Dzień dobry. Wiesława Tabor, Opieka Społeczna. Pan Tomasz Adamski?
– Tak, dzień dobry, proszę wejść.
– Jak pan wie, przyszłam sprawdzić warunki w jakich mieszka dziecko.
– Tak, proszę robić co do pani należy. Właśnie zrobiłem obiad. Zje pani z nami?
– Nie, dziękuję. Pan gotuje?
– Oboje z narzeczoną gotujemy. Narzeczona odsypia nockę, ale zaraz idę ją zawołać na obiad. Lilka bawi się w salonie.
– Dobrze, proszę sobie nie przeszkadzać.
Poszedł do sypialni, zostawiając Lilke z urzędniczka. Monika spała.
– Monika? Kochanie obudź się. Słyszysz?
Spała mocno, ale się zbudziła.
– Obad jest gotowy. Przyszła kobieta z Opieki Społecznej. Wstaniesz i przyjdziesz na obiad?
– Tak, tak, już idę. Zaraz się ogarnę.
– Ok to idę nakryć do stołu.
Gdy Monika przyszła na obiad, Tomek siedział przy Lilce i uczył ją jesc samodzielnie i poprawnie trzymac sztućce.
– Smakuje ci, żabko? Dobra zupka?
Mała kiwała głową, zajadajac ze smakiem.
– Dzień dobry pani. Monika Bodnar.- Przedstawiła się urzedniczce.
– Dzień dobry, Wiesława Tabor, Opieka Spoleczna. Coś się pani stao w szyje?
– Lekkie zadrapanie, nic takiego.
– Zadrapanie… I taki duży opatrunek…- Skomentowała kobieta.
– Kolege poniosło. Wie pani, w pracy często się brudzimy i pocimy, więc trzeba zabezpieczać nawet zadrapania. Zje pani z nami?
– Nie, dziękuję. Proszę sobie nie przeszkadzać. Zaczekam, aż państwo zjedzą. Oboje państwo pracują w Państwowej Straży Pożarnej…
– Zgadza się, proszę pani.
– To dość niebezpieczna praca.
– To służba. Wie pani, tak naprawdę to niebezpiecznie może być na spacerze, przechodząc przez pasy. Tysiące strażaków zawodowych ma szczęśliwe rodziny, dzieci… Nie bardzo rozumiem dlaczego my mielibyśmy się od nich różnić. Kochamy Lilkę. Ma dopiero trzy latka i tyle już przeszła w życiu.
– Rodzice zginęli w wypadku, babcia jest chora na raka a dziadek opiekuje się chorą żoną i nie jest w stanie opiekować się wnuczką. – Mówiła kobieta przeglądając swoje dokumenty.
– Zgadza się.- Potwierdził Tomasz.
Kiedy zjedli, kobieta oświadczyła, że chce obejrzeć pokój dziecka i dom. Pokazali jej więc wszystko co chciała. Notowała sobie coś w tej swojej teczce, z kamienną twarzą.
– Dobrze, teraz porozmawiam sobie z dzieckiem na osobności.
– Z Lilianą. Ona ma na imię Liliana, proszę pani.- Powiedziała nieco poirytowana Monika. Kobieta spojrzała na nią krzywo, ale nie skomentowała. Wzięła Lilkę do jej pokoju.
– Ta baba jest okropna. W ogóle nie ma ludzkich uczuć.- Szepnęła Monika, kiedy zostali sami w salonie czekając na dalszy rozwój sytuacji.
– Nie możemy z nią zadzierać. Stawka jest zbyt wysoka. Musimy panować nad emocjami.
– Wiem, ale to nie łatwe.
– Spokojnie. Każdy głupi widzi, że Lilce jest u nas dobrze.
Po pieciu minutach kobieta wróciła do salonu.
– Pozwalają państwo mówić dziecku do siebie mamo i tato?
– Lilka zaczęla tak mówić wczoraj. Chcieliśmy z nią o tym porozmawiać i wytłumaczyć jej, że jeszcze nie wiadomoczy będziemy mogli zostać jej rodzicami. Mieliśmy to zrobić dzisiaj, razem, ale pani pojawiła się zanim zdążyliśmy to zrobić.- Wyjaśnił uprzejmie Tomasz.
– Rozumiem.- Odparła.- Jeszcze jedna rzecz… W jaki sposób poznali państwo dziewczynkę?
– Podczas wypadku w którym zginęli jej rodzice. Wyjąłem ją z wraku samochodu, a ona nie chciała mnie puścić aż do przyjazdu dziadków.
– Czy dobrze rozumiem? Dziecko było ofiarą wypadku przy którym pan pracwał?
– Tak.
– Zdaje pan sobie sprawę, że to jest nadużycie? Upatrzył pan sobie dziecko i postanowił przygarnąć? To moralnie naganne i niedopuszczalne. Może panu uniemożliwić przysposobienie dziecka a nawet złamac karierę.
– Nie, proszę pani. Do żadnego nadużycia nie doszło. Nie narzucałem się i nie szukałem kontaktu z Lilianką anie z jej rodziną. To jej dziadkowie poprosili mnie o pomoc.
– Sprawdzę to.
– Proszę koniecznie to sprawdzić. Porozmawiać z dziadkami Lilki.
– Porozmawiam sobie, oczywiście. Z państwa przelożonymi także.
– Nie mamy nic do ukrycia i nigdy nie zrobiliśmy nic moralnie nagannego, jak to pani zasugerowała. Nie jesteśmy przypadkiem, tylko ludźmi, którzy kochają Liliankę i chcą dać jej dom. To nie jest dziecko, nazwisko w systemie. To jest mała dziewczynka, któa nagle straciła wszystko i bardzo potrzebuje domu, poczucia bezpieczeństwa, możliwości rozwoju i przede wszystkim miłości.
– Pan mnie poucza?
– Nie. Proszę tylko, by spojrzała pani na Liliankę oczami człowieka, a nie urzędu.
– Niestety, proszę pana, w tym wypadku to dwa w jednym. Nie jestem bez serca, ale muszę robić swoje. Pan się angażuuje emocjonalnie przy każdym wypadku, albo pożarze.
– Nie, oczywiście, że nie, ale życie i bezpieczeństwo człowieka jest dla mnie priorytetem.
– Dla mnie też, choć na to nie wygląda. Musi pan być świadomy, że dokładnie sprawdzę, czy nie dopuścił się pan nadużycia. Będę rozmawiać tak z dziadkami dziewczynki, jak i z pańskimi przełożonymi.
– Mam czyste sumienie, proszę pani.
– Widziałam już wszystko co chciałam, więc do widzenia państwu.
– Do widzenia.
Po wyjściu kobiety Tomek zaklął pod nosem.
– Co za okropna baba.
– Boję się, czy nam się uda, Monia… Woźniczkowie potwierdzą to co mówiłem, ale co do Brynkusa, to nie mam pewności jaką nam opinie wystawi. Boję się, że ona dowie się za dużo, uzna, że nasza praca jest zbyt niebezpieczna. Przecież walczyłem o życie w szpitalu, ty też byłaś poszkodowana. Jeśli ona się do tego dogrzebie…
– Tomasz, ale nawet jeśli, to Lilka nie ma innej, lepszej opcji. Przecież umieszczenie jej w zupełnie obcym domu to nie jest lepsza opcja, to kolejna trauma. My już jesteśmy jej rodziną, zresztą ona sama ciebie wybrała. Po co los miałby nas ze sobą połączyć? Żeby zaraz rozdzielać?
– Masz rację. Musimy zaufać Bogu, On wie co robi.
Kobieta z opieki społecznej jeszcze tego samego dnia spotkała się z dziadkiem Lilki. Przez jej wizytę Monika mogła skupić myśli na czymś innym, niż to, co stało się w pociągu.
Data rozprawy była wyznaczona. Do tej daty Opieka Społeczna musiała uwinąć się ze swoimi czynnościami. Pani Tomczyk udała się więc na rozmowę z komendantem Brynkusem. Spędziła w jego biurze prawie pół godziny. Wychodząc, miała taką samą zaciętą minę, jak podczas wizyty w domu Tomka.
W końcu nadszedł dzień, w którym sąd miał wydać decyzję. Monika i Tomek bardzo się denerwowali. Zabrali ze sobą Lilkę. Pan Woźniczka także był obecny. Uściskał wnuczkę, za którą bardzo się stęsknił, ale opiekując się żoną nie miał możliwości odwiedzać małej. Nie chciał też by dziewczynka widziała babcię w tak złym stanie zdrowia, z ogoloną głową, bełkoczącą i wymagającą opieki, jak noworodek. Sędzia poprosił panią z opieki społecznej, aby się wypowiedziała. Tomek wziął Monikę za rękę i pocałował Lilkę w czoło. Kobieta zaczęła mówić:
– Wysoki sądzie, przyjrzałam się dokładnie sytuacji w jakiej znajduje się małoletnia Liliana Nowak. Jak wiemy najbliżsi krewni, dziadkowie dziewczynki wyrazii wolę, by opiekę prawną nad małoletnią przejęli pastwo Tomasz Adamski i Monika Bodnar. Małoletnia obecnie mieszka wyżej wymienionymi w domu należącym do pana Adamskiego. Dziecko ma swój pokój, żyje w komfortowych warunkach, jest zadbane i dobrze zaopiekowane. Co do tego nie mam wątpliwości. Natomiast moje wątpliwości wzbudziło to w jaki sposób małoletnia trafiła pod opiekę pana Adamskiego. Do ich pierwszego spotkania doszło podczas wypadku, który spowodował ojciec małoletniej a w którym oboje rodzice ponieśli śmierć. Podejrzewałam, że pan Adamski dopuścił się moralnie nagannego nadużycia. Aby to sprawdzić rozmawiałam z jego przełożonymi i podwładnymi, obecnymi wtedy na miejscu. Wszyscy potwierdzili wersję podaną przez pana Woźniczkę, dziadka dziecka. To dziadkowie nawiązali kontakt i prosili pana Adamskiego o pomoc. Do żadnego nadużycia nie doszło, wszystko jest w jak najlepszym prządku. Dziewczynka jest bardzo przywiązana do pana Adamskiego i do pani Bodnar także. Z tego co wiem, państwo planują ślub, mają już wyznaczoną datę. Nie widzę powodu dla którego państwo nie mieliby zostać opiekunami prawnymi dziewczynki.
Słysząc to, Monika spojrzała na Tomka. Nie mogła powstrzymać uśmiechu.
Kiedy opuścili salę sądową, Tomasz wziął Lilkę na ręce i przytulił, śmiejąc się. Monika objęła ich oboje.
– Udało się. Bogu dzięki udało się. Musimy to uczcić. Idziemy na lody?
– Lody!- Ucieszłyła się Lilka.
Kobieta z Opieki Społecznej także wyszła na korytarz z sali sądowej. Mijając ich uśmiechała się.
– Dziękujemy pani.
– Mnie? Sobie niech państwo podziękują. Ja tylko przedstawiłam fakty.
– Fakty też można różnie iterpretować. Dziękujemy.
Całą trójką wybrali się na lody gałkowe. Najlepsze w mieście autorskie smaki jednej z cukierni.
Dla Lilki wzięli jedna gałkę w kubeczku papierowym, by uniknąć lodowej powodzi, zapaćkanych rąk, buzi, ubrania, stolika i wszystkiego dookoła. Kiedy usiedli przy stoliku, Monike zauważyła dawna znajoma.
– Monika? Cześć!
– Cześć Aśka, co tam u ciebie? Fajnie wygldasz. Zmieniłaś kolor włosów?
– A wiesz…- Kobieta odruchowo poprawiła długie czarnne włosy.- Coś trzeba zmienić czasem.
– Jasne. Siadaj z nami.
– Masz męża i dziecko? O kurde!
– To jest Tomasz, mój narzeczony, a to Lilianka. Moja koleżanka z byłej pracy.
– Miło mi, Tomek.- Przywitał się uprzejmie. Koleżanka zwana Aśką zmierzyła go wzrokiem z ciekawością.
– Właśnie świętujemy ważne wydarzenie. Zostaliśmy opiekunami prawnymi Lilki.
– Ale ci się pofarciło… Co chwilę czytam o tobie w internecie. O panu też. Zostałaś strażakiem! W życiu bym nie powiedziała, że trafisz do straży.
– Wtedy też bym tego nie brała pod uwagę. Ale teraz nie zamieniłabym tej roboty na żadną inną. To jest dla mnie najlepszy sposób na życie.
– No i chyba dobra w tym jesteś, skoro co chwilę wypisuja o tobie pochwalne artykuły na bocheńszczyzna.pl.
– Monia jest najlepsza.- Potwierdził z dumą Tomek.
– A ty, Aśka? Dalej tam pracujesz, czy zmieniłaś pracę?
– Zmieniłam, ale żałuję.
– Dlaczego? A gdzie pracujesz?
– W szwalni. Wiesz, że jestem po krawieckiej szkole…
– Wiem, pamiętam. Aż tak źle tam jest?
– A daj spokój. Kocioł parowy co chwilę się psuje, przecieka. Winda się zepsuła dwa miesiące temu i do tej pory nie naprawili. Raz lampa zaczęła iskrzyć i się zapaliła. Ugasiłyśmy to same, materiałem. Gdybym wiedziała, że jesteś w straży to bym cię wezwała na ratunek.- Zażartowała i sama zaśmiała się z własnego żartu. Monika wydawała się cieszyć z tego spotkania po latach. Była zaciekawiona tym, co słychac u koleżanki.
– To rzeczywiście nie ciekawie brzmi. A płacą wam chociaż jakoś godnie?
– Co ty. Najniższa krajowa. A prezes stoi nad nami ze stoperem i sprawdza ile czasu zajmuje nam dana czynność.
– Naprawdę? To mobbing! Dlaczego tego nie zgłosicie?
– To nie jest takie proste. Wiesz, że takie cwaniaki mają dobrych prawników. Trzeba mieć dowody, nagrywać go, czy coś…
– No tak. Do tego trzeba być dobrze prygotowanym i pewnym, że inni będą zeznawać, a z tym jest chyba najtrudniej.
– No…
– Mama!- Lilka zwróciła na siebie uwagę, pokazując rączkę pobrudzoną lodem.
– Oj Lilcia…- Wzięła serwetki s serwetnika na stoliku i wytarła jej rączkę.
– Jak skończysz, to pójdziemy do toalety i umyjemy rączki. Na razie jedz loda.
– Jaka śliczna dzieczynka. Słodka.- Zachwycała się Aśka.
– A jak tam twoje dzieciaki?
– A daj spokój. To siedzienie nad lekcjami mnie doprowadza do białej gorączki. Was to jeszcze nie dotyczy, ale sama zobaczysz, wyjdzie ci bokiem ta cała edukacja. Przychodę z roboty wykończona psychicznie i fizycznie i jeszcze muszę siedzieć nad lekcjami.
– A nie chciałabyś spróbować w straży?- Śmiała się Monika.- Byłabyś zawsze w świetnej formie. Na każdej zmianie godzinka na siłowni, co chwilę jakieś fajne ćwiczeniato z ogniem, to z wodą… Zawody firefighter combat chalenge… Wiesz jaka ciekawa praca? Jaką daje satysfakcję! Z niczym się nie da porównać.
– Dla ciebie to super opcja, zawsze byłaś w dobrej formie i uprawiałaś sport. Pamitam, że nawet biegłaś w maratonie. Lubilaś wyzwania które wymagały takiej walki z samym sobą i psychicznej i fizycznej.
– Teraz to mam na co dzień w pracy.- Uśmiechała się promiennie.
– Dla ciebie to super praca i chwała ci za to co robisz. Ja mogę was tylko podziwiać, ale dla mnie to za wysoka poprzeczka.
– Nie trzeba od razu iść do PSP. W OSP aż takich wymagań nie ma, a też robi się dużo dobrego dla innych.- Wtrącił Tomek.
– Wy wbiegacie tam skąd inni uciekają. Ja jestem z tych co uciekają. Spieprzam ile siły w nogach. Boję się ognia, na widok krwi mnie mdli. Na samą myśl o jakichś ofiarach wypadków cofa mi się posiłek. Nie mogłabym tego wszystkiego oglądać.
– Na takie rzeczy trzeba być odpornym. To prawda, że nie każdy się nadaje. My widzimy trochę więcej niż przeciętny człowiek.- Przyznał z powagą. Lilka znów pobrudziła rączki i chciała je wytrzeć w spódniczkę.
– Nie nie. Nie wycieramy rącze w ubranie. Chodź.- Zabrał małą do toalety. Aśka zrobiła minę wyrażającą uznanie.
– Na żywo jeszcze przystojniejszy, niż w internecie…
– Też tak myślę.- Roześmiała się Monika.
– Fajnie było cię zobaczyć. Może byśmy się spotkały kiedyś razem z dziewczynami na jakąś kawkę?
– Pewnie, z miłą chęcią. Tylko tak, żeby mi termin pasował, bo ja pracuję po 12 godzin.
– 12? O matko, to charujesz jak wół.
– Po 12 godzinach sużby mam 24 godziny wolne.
– Serio? Ile wam płacą?
– Wystarczająco.
– Podziwiam cię, naprawdę. To co? Spotkamy się jeszcze na kawuci, nie? Będziemy w kontakcie? Znajdę cię w necie?
– Znajdziesz. Fajnie było cię spotkać. Daj znać, kiedy będziesz chciała na tę kawkę skoczyć, jakoś sobie zorganizuję czas.
– Super, to na razie. Pa.- Aśka zarzuciła kucykiem i wyszła z cukierni. Kiedy Tomasz wrócił z Lilką, już jej nie było.
– Twoja znajoma już uciekła?
– Tak.
– Umówiłyście się na tą kawkę?
– Bez konkretów. Coś mi mówi, że na gadaniu się to skończy. Ale dziwię się, że poszła do takiej pracy, jeśli mają aż tak źle. Musiała być chyba zdesperowana.
– Z drugiej strony, gdyby było aż tak źle, to czy by się tak kurczowo trzymała tej pracy?
– Nie wiem. Jest dorosła, wie co robi. To co? Wracamy do domu?
– Tak, chodźmy.
Jakiś czas później, gdy Adamski miał dniówkę, jego zastępowi przypadły w udziale kontrole przeciwpożarowe w kilku zakładach pracy. Na liście miał także szwalnię. Monika w tym czasie skupiła się na sprawach organizacyjnych związanych ze ślubem i weselem. Zbliżało się wielkimi krokami. Data, lokal, muzyka, suknia… Wszystko to było już dawno załatwione. A dzień ślubu zbliżał się. Kiedy Tomasz był na służbie, ona wypisywała zaproszenia.
Tymczasem Adamski ze swym zastępem wkroczył do szwalni i najpierw udał się do biura i prezesowi oświadczył, że będzie kontrola. Mężczyna wpadł w lekki popłoch. Jego twarz stężała i przybrała nieprzyjemny wyraz. Przywołał do siebie pracownika.
– Marian oprowadź panów po firmie i pokaż im co tam trzeba.
– Jasne.
– To najpierw skontrolujemy sobie gaśnice.
Pracownik zabrał ich na halę. Rzędy maszyn do szycia, krojownia, maszyny prasowalnicze. Adamski widział to nie raz, bo co jakiś czas jemu przypadały kontrole. Wiedział jak działają szwalnie i czego szukać. Mijając stanowiska prasowalnicze spojrzał na jedno z nich i zobaczył Aśkę, koleżankę Moniki. Prasowała coś.
– Cześć.- Kiwnął lekko głową, ale nie wdawała się w rozmowy. Miał do wykonania zadanie. Pracownik wskazał im miejsca w których przymocowano gaśnice. Kilka z nic było zastawione jakimiś sprzętami. Stolikiem z całą górą odzieży, albo szafą.
– To musi być stąd zabrane. Jakie są przepisy odnośnie dostępu do sprzętu przeciwpożarowego? Wie pan?
– No tak. Jeden metr.
– Dokładnie. Proszę się więc dostosować. Gaśnice są aktualne, wysokość jest dobra, tylko dostęp proszę poprawić.- Mówił, notując sobie w dokumentach.
– Oczywiście.
– Teraz sprawdzimy systemy wentylacyjne. Radek, przejdźcie się z Mikołajem po hali i sprawdźcie to.
– Robi się. Chodź miłody.
– A pan mi powie taką rzecz. Widzę, że te maszyny prasowalnicze nie mają zbiorników, czyli system parowy idzie z kotła. Gdzie jest kocioł?
– Na parterze.- Odparł podenerwowany Marian. Tomasz pamiętał rozmowę z Aśką i wiedział, że tam znajdzie coś ciekawego.
– Na prąd, paliwo stałe, ciekłe?
– Olej opałowy.
– Olej, dobrze…- Mruknął do siebie, notując.- To niech pan prowadzi. Jest tu jakaś winda chyba?
– No winda jest, ale na razie nie działa…
– Winda nie działa? A co to się stało? Czemu nie działa?
– Serwisant miał być dzisiaj, ale się na razie nie pokazał, nie wiem dlaczego.
– Miał być dzisiaj, tak?- Powtarzał, dobrze wiedząc, że mężczyzna kłamie.- A od jak dawna ta winda nie działa?
– Od wczoraj.
Tomasz nieznosił kłamstwa. Wiedział dobrze, że robią go w konia i nie zamierzał im tego darować.
– Dobra, pan pokaże tą windę.
– Tam obok biura na końcu.- Wskazał ręką. Tomasz poszedł w tamtym kierunku, a za nim reszta ekipy. Naciskanie guzików rzeczywiście nic nie dało. Nie zamierzał odpuścić. Koniecznie chciał znaleźć dowód na to, że winda nie działa od pół roku.
– Maciek daj huligana.
Z pomocą huligana otworzył drzwi. Ostrożnie, nie wiedząc, czy szyb nie jest pusty, a kosz windy nie znajduje się na dole. Na szczęście winda była na miejscu. Zajrzał do srodka. Panel był wybebeszony, kable na wierzchu. Wszedł i dotknął kabli rekawicą. Zalegał na nich kurz. Na podłodze także.
– Dlaczego pan kłamie? Od wczoraj zebrało się tu tyle kurzu?
– To jest szwalnia, tu codziennie zmiera się gruba warstwa pyłu z materiałów.
– Ma mnie pan za idiotę? Nie potrafię odróżnić pyłu tekstylnego od kurzu?- Zdenerwował się Tomek. Mikołaj kiwał głową, uśmiechając się półgębkiem.- Ile ta winda nie działa? Pół roku?
– No mówię panu przecież, że od wczoraj.
– Idziecie w zaparte. Ok.- Wyjął huligana blokującego drzwi windy i oddał Maćkowi. Sam ruszył przyjrzeć się dokładnie całemu zakładowi pracy. Znalazł tekstylia zaleganące zbyt blisko źródeł prądu. Zauważył okopcony sufit, przy lampie. Na deser zażyczył sobie, by pokazać mu kocioł. Oczywiście sprzęt był stary. Zauważył na podłodze pamy oleju. Wszedzie unosił się zapach oleju opałowego. Sprawdził szczelność zbiornika, dokładnie obrzejrzał cały kocioł, po czym wrócił na górę.
– Jak wentylacja, chłopaki?- Zapytał, gdy Radek i Mikołaj skończyli kontrolę.
– W porządku. Wszystko działa bez zarzutu.
– Ok. Ja tu sobie skończę wypisywac dokumanty i zaraz pójdziemy do pana prezesa…
Długą chwlę wypełniał kilka dokumentów. W końcu przestał pisać i udał się razem z podwładnymi do biura prezesa. Nie poszedł sam, by mieć świadków.
– Dobrze, apnie prezesie. Zakończyliśmy kontrolę. To są dla pana dokumenty. To jest zalecenie natychmiastowego usunięcia wszystkich ucybień. Począwszy od tekstyliów zbyt blisko źródeł prądu, poprzez dostęp do gasnic, modernizacji elektryki, bo widziałem, że coś wam się chyba pod sufitem zadziało… Winda musi być naprawiona, to jest droga ewakuacyjna.
– Ale mamy schody przecież jako drogę ewakuacyjną.
– Hala jest spora, pracuje tu wiele osób. Gdyby wybuchł pożar w takim miejscu, miałby pan bardzo mało czasu na ewakuację pracowników. Doskonale pan wie, że w kilka minut wszystko byłoby objęte ogniem. Winda musi działać. Prosze mi pokazać dokumenty tego kotła, z ostatniej kontroli, modernizacji… Co tam pan ma.
– Muszę poszukać.
– Dobrze, zaczekamy.
Obserwował, jak prezes z pracownikiem biura grzebią w papierach. Długo grzebali we wszystkich segregatorach i nie mogli znaleźć.
– Kurczę nie wiem gdzie te papiery mogą być. Ostartnią kontrolę kocioł przechodził rok temu. Nie pamiętam teraz na gorąco, gdzie dałem te papiery.
– Taki pan ma nieporządek w dokumentach?
– Od razu nieporządek. Znajdą się, tylko muszę się zastanowić gdzie mogą być. Rok temu to tym się zajmowała pani Marysia, ae już u nas nie pracuje.
– Dobrze, proszę pana. Powiem panu jak sprawa wygląda. Od początku robicie nas w capa, kałamiecie i próbujecie tuszować rażące naruszenia przepisów. Wie pan, że mogę zatrzymać działanie firmy ze skutkiem natychmiastowym?
– Ale przecież wszystko naprawimy. Dostosujemy się do zaleceń. Potrzebujemy tylko trochę czasu.
– Ile? Kolejne pół roku?
– Niechże pan nie przesadza.
– Według pana to przesada? Prosze pana, biorę odpowiedzialnośc za to co się stanie, jeśli pozwolę panuprowadzić firmę w taki sposób. Jeśli dojdzie do pożaru, do jakiejś tragedii, wina będzie moja, bo pozwoliłem na to ja, podpisując dokumenty. To jest odpowiedzialność za ludzkie życie i zdrowie. Dam panu szansę. W ciągu najbliższych dwóch tygodni wrócimy tutaj i skontrolujemy wszystko jeszcze raz. Przy czym może pan się nas spodziewać w każdejj chwili. Jeśli znajde jakieś poważne uhybienie, firma zostanie zamknięta ze skutkiem natychmiastowym. I żaden prawnik panu nie pomoże. Proszę. – Wręczył prezesowi dokumenty, po czym wyszli.
– Co za palant! Dla kasy ryzykuje życie pracowników.- Komentował Maciek.
– Może mu się zdaje, że tu są chiny i może z ludźmi robić co zechce. Ale mnie wkurzył.
– Myślałem, że nie dasz mu szansy i zamkniesz tę budę od razu.
– Najpierw zawiadomię PIP. Nie dam mu argumentu do obrony. Kto wie, może się opamięta.
– Może… A jak tam przygotowania do ślubu? Masz już garniak?
– Tak, wszystko jest gotowe. Mamy mały poślizg z zaproszeniami, ale damy radę. Zdążymy.
– Jak duże wesele planujecie?
– Nie duże i bez jakichś ekstrawagancji. Oboje wolimy skromnie. To nie kwiatki i dekoracje mają znaczenie, tylko sakrament.
– Pawda. Jak się widzi co teraz wyprawaiją z weselami… Jakieś dmuchańce dla dzieci, fotobudki, imprezy na 300- 500 osób, jakieś loty śmigłowcem… Ludzie świrują.- Stwierdził Radek.
– A po pół roku do dwóch lat się z hukiem rozwodzą.- Dodał Maciek.
– Dokładnie.
Jakby wywołali temat ślubny, gdy kończyli zmianę przyjechała Monika z plikiem kremowych kopert. Wykorzystując chwilę, że w koszarach były chwlowo obecne obie zmiany, plus Dominika i komendant Brynkus, oboje Tomkiem rozdali zaproszenia wszystkim. Celowo wybrali taką datę, by obie zmiany mogły wziąć udział w najważniejszym wydarzeniu ich wspólnego życia.
Zastęp Tomasza wrócił do szwalni. Co prawda dostęp do gaśnic został poprawiony. Modernizacja sieci elektrycznej leżała w gestii właściciela budynku, a firma tylko go wynajmowała. Dokumanty z przeglądu kotła parowego się znalazły, te zaległe, jednak Tomasz podejrzewał, że zostały załatwione nielegalnie. Żaden fachowiec nie wydałby zgod na uzytkowanie kotła w takim stanie. Winda nie została naprawiona, nie było nowego przeglądu kotła. Zlekceważono także składowanie tekstyliów w pobliżu gniazdek i instalacji elektrycznych. Tomasz nie zamierzał wdawać się dyskusje, słuchac kolejnych kłamstw. Podpisał nakaz natychmiasowego zaprzestania pracy i wręczył go prezesowi.
– Proszę. Może pan się odwołać od tej decyzji, ale to potrwa, a decyzja wchodzi w życie ze skutkiem natychmiastowym.
Prezes zrobił się bordowy. Zaciznął zęby. Był tak spięty, że żyła na szyi stała się widoczna. Ta na czole też.
– Oczywiście, że będziemy się odwoływać. Nie zostawię tego tak. Pan w ogóle wie co pan robi? Przez pana prawie 80 osób straci pracę. A niezrealizowane zamówienia? Kary?
– Prosze nie zwalać na mnie winy za własną ignorancję. Miał pan czas, żeby naprawić wszystkie uchybienia. Jak widać bezpieczeństwo i higiena pracy nie ma dla pana znaczenia.
– To wszystko? Jeśi tak, to proszę wyjść.- Syknął prezes.
– Ja wyjdę, a pan będzie nadal prowadził produkcję. Nie, proszę pana.
Wyszedł do hali i zwrócił się do pracownic.
– Drogie panie, proszę wyłączyć maszyny i podejść tutaj. Mamy do przekazania wiadomość.
Musieli odczekać dość długą chwilę, zanim wszystkie maszyny zamilkły, a wokół nich zrobiło się tłoczno.
Za strażakami stanął bordowy z wściekłości prezes. Tymczasem Tomek zwrócił się do pracownic:
– Dzień dobry paniom. Aspirant sztabowy Tomasz Adamski, Państwowa Straż Pożarna. Zapewne pamiętają panie, że niedawno byliśmy tutaj i prowadziliśmy kontrolę. Nie wiem, czy paniom wiadomo, że ta kontrola wykazała wiele bardzo poważnych uchybień. Panie same przecież mają oczy i wiedzą jak jest. Wiedzą panie, że winda stoi od dawna, że z kotłem są problemy, z elektryką i wieloma innymi rzeczami. Przekazaliśmy pracodawcy protokół pokontrolny i nakaz bezzwłocznego wprowadzenia zmian, by wszystko było zgodne z przepisami BHP. Zalecenia zostały zlekceważone. Bardzo mi przykro, ale jestem zmuszony przerwać działalność firmy ze skutiem natychmiastowym, co oznacza, że panie teraz zabiorą swoje rzeczy i wyjdą do domu. Mam nadzieję, że rozumieją panie iż nie mamy innego wyjścia. Robimy to w trosce o pań bezpieczeństwo. Może pracodawca zrozumie, że dbanie o pracownika jest podstawą działania firmy.
Po chali rozszedł się pomruk. Kobiety kiwały głowami i komentowały cicho:
– No oczywiście, że rozumiemy. To nie panów wina.
– Od tej decyzji pracodawca ma prawo się odwołać i zapowiedział, że odwowywać się będzie. Ze swojej strony życzę paniom, aby zawsze panie pracowały w warunkach zgodnych z przepisami, które są po to stworzone, aby chronić życie, zdrowie pracownika i że będą panie jako pracownice szanowane. Teraz spokojnie, bez pośpiechu proszę zabrać swoje osobiste rzeczy. Prosze się upewnić, że niczego panie nie zostawiły, na wszelki wypadek. I spokojnie opuścić firmę. Potem pan prezez zabierze co potrzebuje z bióra i razem z nami opuści szwalnię. Proszę, my zaczekamy, aby się upewnić, że wszyscy bezpiecznie się ewakuowali.
Tak, jak zdecydował, spokojnie cały zastęp czekał, aż kobiety zabiorą torebki, kubki, jakieś inne rzeczy i ustawią się przy wyjściu, po czym pozwolili im wyjść. Prezes wściekły w asyście Mariana i pracownika biurowego bez słowa opuścili firmę. Tomasz czekał, aż mężczyzna zamknie drzwi, włączy alarm i odjedzie. Dopiero wtedy wsiedli do samochodu i wrócili do koszar. To była pierwsza taka interwencja w karierze Tomasza. Nigdy wcześniej nie musiał zamknąć firmy. Zwykle gdy wystawiał nakaz wprowadzenia zmian i dawał czas, te zmiany były zawsze wykonane i koniec końców wszystko zgadzało się z przepisami. Dzisiejsze wydarzenia nie były przyjemne dla nikogo. Tomasz jednak wiedział, że nie mógł postąpić inaczej.
Wrzesień przyszedł bardzo szybko. Monika wstała wczesnie, w swoim domu w Bochni. Lilka zas nocowała u Dominiki. Zwykle ślub osbywa się w rodzinnej parafii panny młodej. W tym przypadku jednak trzeba było nieco zmodyfikować zwyczaje, aby dostosować je do realiów życia Moniki i Tomka. Swój dzień ślubu Monika rozpoczęła długą relaksującą kąpielą. Potem fryzjerka, makijażystka. Nie stresowała się. O nic się nie martwiła. Najważniejsze było, że dziś stanie się żoną Tomasza. Ślub miał być po południu, więc właściwie nie wiedziała co ma zrobyć z czasem.
W południe , akurat gdy Monika skończyła jeść obiad, przyjechała Dominika z Lilianką. Obie były pięnie uczesane i wystrojone.
– Cześć siostra! Jak tam, jest stres?
– Stres? Żartujesz chyba. Wycodzę za faceta, którego kocham. Wszystko jest tak, jak ma być. Czym się stresować?
– Pokaż ta fryzurę. Będziesz miała welon?
– Nie.- Monika miała tylko delikatną ozdobę wkomponowaną w romantyczne upięcie. Rozświetlający, podkreśający urodę, ale nie przesadny makijaż nie zmieniał jej twarzy.
– Ślicznie wyglądasz. Naprawdę. Tomek padnie z zachwytu.
– Lepiej, żeby nie padł przy ołtarzu.- Parsknęła Monika.
– Ubieraj się. Komendant Gut zaraz tu będzie. Tomek też niedługo przyjedzie. No już, już, ubieraj sukienkę. Szybko.
– Spokojnie, beze mnie się nie zacznie.- Zażartowała i poszła do sypialni. Włożyła swoją suknię ślubną. Była to prosta, skromna i elegancka suknia z białego gładkiego materiału. Monika nie lubiła nadmiaru ozdób, przesadnego makijażu. W tej sukience wyglądała ślicznie. Bardzo delikatna biżuteria dopełniała całości.
– Wow. Wyglądasz jak z obrazka. Moja siostrzyczka w ślubnej sukni… Szkoda, że rodzice nie mogą tego zobaczyć…
– Daj spokój, nie wspominaj mi teraz rodziców, bo się rozryczę.
– Mama.- Lilka wyciągnęła rączki, ale Monika nie podniosła jej, tylko przykucnęła. Wtedy zabrzmiał dzwonek do drzwi.
– Otworzysz Dośka?
– Jasne.
– Co Lilcia, podobam ci się w takiej sukience?
– Tak.
– A będziesz dzisiaj sypać kwiatuszki w kościółku. Ciocia pokazywała ci jak będziesz sypać?
– Tak.
– To pokaż.
– O tak.- Mała udawała, że sęga do koszyczka, nabiera płatki kwiatów i rozsypuje.
– Slicznie. Właśnie tak. Moja kochana dziewczynka.- Pocałowała przyszywaną córeczkę. Dominika wprowadziła do salonu konendanta Guta w galowym mundurze.
– No proszę, jaka śliczna panna młoda…
– Komendant…
– Nie nie, teraz to nie komendant, tylko Zbyszek.
– Bardzo dziękuję, że się zgodziłeś zastąpić naszych rodziców.
– Żartujesz? Tomek jest dla mnie jak syn, ty zresztą też jak córka. Dla mnie to nie tylko zaszczyt, ae i ogromna duma, że będę mógł was pobłogosławić. Masz wodę święconą?
– Mam, wszystko gotowe.- Wskazała stół nakryty białym obrusem, na nim miseczka z wodą, gałązka bukszpanu przewiązana białą wstążeczką.
Wkrótce pojawił się fotograf, a niedługo po nim Tomasz w galowym mundurze, w towarzystwie Radka, swojego świadka i grupki gości. Na widok Moniki, zaniemówił z wrażenia. Patrzył, jak urzeczony.
– Monia… Wyglądasz…
– Ty też niczego sobie, panie strażaku…
– Chodźcie tutaj, dzieciki. Powiem parę słów. Moniko, Tomku, chciałem powiedzieć, że to dla mnie wielki zaszczyt, że w takim ważnym dniu mogę was pobłogosławić na nowej drodze życia. Znam was i wiem, że jesteście dla siebie stworzeni. Będziecie cudowną rodziną i wspaniałymi rodzicami dla Lilianki. Przyjmijcie moje wiellkie gratulacje i najszczersze życzenia wielu szczesliwych lat razem, żeby ogień waszej miłości nigdy nie przygasł. Niech was błogosławi Bóg Wszechmogący, Ojciec, i Syn i Duch Święty.- Zrobił znak krzyża gałązką bukszpanu, zamoczył ja w święconej wodzie i skropił klęczących Monikę i Tomasza. Potem ich uściskał i wycałował.
Po błogosławieństwie młoda para wraz z gośćmi ruszyła do koącioła. Ślub miał się odbyć w parafii do której należał Tomasz, inaczej, niż nakazuje zwyczaj. Na drodze wylotowej z miasta już czekał wóz GCBA z PSP, przystrojony białymi wstążkami. Włączyli sygnały dźwiękowe i ruszyli przed samochodem młodej pary. Na granicy miejscowości kolejna niespodzianka. Dwa wozy OSP zatarasowały drogę. Kierowca zatrzymał się, a Tomek i Monika wysiedli z samochodu. Z wozów strażackich wysypali się strażacy w bojowym rynsztunku, a z armatki wodnej na samochodzie popłynęła woda. Na szczęście nie zmoczyła Moniki.
– Dobra, dobra, wyłączcie tą wodę.- Zawołał Tomek.
– Tak jest, panie aspirancie! Czas na egazmin. Staszek, odpalaj!
Przygotowali ognisko w beczce i wręczyli Tomaszowi gaśnicę. On ugasił ogień. Dwóch strażaków zabrało beczkę z jezdni, a Monika wręczyła im skrzynkę alkoholu.
– Przyjmijcie tę małą łapówkę chłopaki i pozwólcie nam przejechać.
– A, teraz to inna rozmowa, jasne, że pozwlimy. Nawet wam zrobimy piękną bramę przejazdową. A tymczasem przyjmijcie najlepsze życzenia na nowej drodze życia. Szczęścia i miłości na całe życie!
– Dzieujemy. Dzięki, chłopaki.
Samochody rozjechay się na boki a z armatek popłynęła woda, tworząc łók, pod którym przejechały samochody weselników. Po dojeździe pod kościół goście pierwsi weszli do środka. Koledzy ze zmian Tomka i Moniki w mundurach galowych, dowodzeni przez komendanta Brynkusa ustawili się w dwóch rzędach i wmaszerowali do kościoła, tworząc korytarz dla młodej pary. Monika niby wiedziała jak mniej więcej będzie to wyglądać, ale przeżyć to, było czymś niesamowitym. Dominika ustawiła Liliankę przed młodą parą i powiedziała co mała ma robić. Monika wzięła Tomka pod rękę i prowadzeni przez uroczą małą dziewczynkę ze złotymi loczkami, w jasno różowej sukieneczce sypiącą kwiatki, weszli do kościoła, przy dźwięku skrzypiec a za nimi Radek i Dominika, jako świadkowie. Cała czwórka najpierw udała się do zakrystii, gdzie podpisali dokumenty, potem zajęli miejsca przed ołtarzem. Obecność umundurowanych strażaków PSP i OSP robiła wrażenie na gościachcywilnych, z rodzin mlodej pary. Ciągle ktoś robił zdjęcia, zerkał. Na czas ceremonii mała Lilka siedziała grzecznie w ławce z mężem Dominiki. Ksiądz był przyjacielem Tomka, nie raz spotykali się, by zwyczajnie pogadać przy kawie. Kapłan rozpoczął woje kazanie słowami:
– Moniko, Tomaszu, spotykamy się tu dzisiaj z bardzo szczególnej okazji. Zawarcia przez was sakramentu małżeństwa. Jesteście niezwykłą parą i wiedzą o tym wszyscy, którzy wam dziś towarzyszą. Znam Tomka od dawna. Zawsze mogę liczyć na jego pomoc, tak jak wielu spośród tu zebranych. Strażak zawodowy, który nie tylko na służbie, ale i poza nią kieruje się kodeksem moralnym, dobrem innych ludzi. Zawsze gotów do pomocy czy to sąsiadom, czy kolegom z OSP. To samo mogę powiedzieć o Monice. Obserwuję ich drogę, od samego początku. Ich miłość pokonała wiele trudności, również związanych z pracą. Znależli sposób na to, by być razem, mimo iż zasady panujące w pracy to utrudniają. Dali dom osieroconemu dziecku. Wszyscy możemy ich sobie stawiać jako przykład do naśladowania. Moniko, Tomaszu, jestem naprawdę szczęśliwy widząc was przed ołtarzem. Czekałem na to tak samo jak wy. Dziś sam Bóg pobłogosławi waszą miłość. Życzę Wam, abyście zawsze mieli poczucie, że Pan Bóg się wami opiekuje. Wasza służba jest trudna i niebezpieczna. Mierzycie się nie raz z czymś co trudno sobie nawet wyobrazić zwykłym ludziom. Życzę wam, abyście zawsze, zwłaszcza w najtrudniejszych chwilach mieli poczucie, że Bóg jest z wami i udziela wam wszelkich łask. Życzę, abyście zawsze we wspólnym życiu potrafili znaleźć kompromis, abyście się szanowali i kochali zawsze tak samo jak dziś. Nie kończcie dnia z niewyjaśnionymi nieporozumieniami.- Monika i Tomasz spojrzeli na siebie z uśmiechem. Właśnie tą zasadą się kierowali.- Życzę wam szczęścia, abyście zawsze bezpiecznie wracali oboje do domu, do waszej adoptowanej córeczki.- Ksiądz sięgnął po dość duży krzyż i uniosł go lekko w górę. – Pragnę wam dziś ofiarować ten krzyż, abyście zawsze byli w niego zapatrzeni. Abyście z nim zaczynali każdy dzień i kończyli każdy dzień. Znajdowali w Jezusie przyjaciela, który was zawsze rozumie, jak najlepszy przyjaciel, zawsze wysłucha, jak ktoś kto zna cierpienie lepiej niż ktokolwiek inny. Abyście w z Niego właśnie czerpali siłę i kochali jak On kocha.
Słowa przysięgi małżeńskiej, wymiana obrączek, które podała im mała Lilianka… Niezwykła chwila, na któą oboje od dawna czekali, a kiedy wreszcie się dopełniła, oboje poczuli wewnętrzny spokój i szczęście. Po zakończeniu ceremonii strażacy stanęli na paczność, unieśli w górę toporki i skrzyżowali je wysoko nad głowami, tworząc tunel. Monika i Tomasz ruszyli tym tunelem do wyjścia, przy dźwiękach marsza weselnegoStrażackim zwyczajem wychodząc z tunelu, Monika dostała solidnego klapsa wężem strażackim, od komendanta Brynkusa. Roześmiali się. Zamiast confetti przed kościołem spadł na nich deszcz z prądownicy. Symbolicznie, tak by nie zaszkodzić wizerunkowi panny młodej. Po wykonaniu kilku zdjęć pod kościołem, wszyscy wsiedli do samochodów. Młodą parę od kościoła do remizy prowadziły trzy wozy strażackie na sygnałach dźwiękowych i świetlnych. Przed wejściem do remizy, w której miało się odbyć wesele. Remiza była wyborem jedynym z możliwych. Wszystkie lokale weselne miały pełne obłożenie na dwa lata do przodu, a niektóre nawet trzy. Przed wejściem chlebem i solą powitał ich gospodarz miejsca, czyli komendant OSP z żoną. Potem były życzenia, kwaity, prezenty, koperty, następnie obiad i pierwszy taniec. W ciężkim sztucznym dymie Tomasz wziął Lilkę. Trzymał ją na jednej ręce, a drugą obejmował Mionikę. Nie było choreografii tak modnej w ostatnich latach, sztywnych niezgrabnych ruchów, podnoszeń. Była miłość i rodzina w objęciach.
Po pierwszym tańcu młoda para, oba zastępy, oraz Dominika i Lilka pojechali na zdjęcia. Naturalne było, że zdjęcia miały miejsce przed koszarami PSP w Bochni. Mogli nawet wykorzystać do zdjęć wozy bojowe, węże. Były też zabawne pozy, jak zastępy strażaków „rozrywające” młodą parę. Przez chwilę mogli zapozować także będący na służbie strażacy w ubraniach bojowyc i chełmach. Potem na kilka zdjęć ekipa udała się w plener.
Po ponad 2 godzinach wszyscy wróćili na przyjęcie weselne. Goście dobrze się bawili, parkiet był zajęty. Monika tego wieczoruu nie miała lekko. Musiała zataczyć z każdym kolegą, z każdym mężczyzną na weselu. Ciotki, wujkowie, kuzyni i kuzynki byli zachwyceni taką wersją wesela. Lilka biegała radośnie po parkiecie z dwójką innych małych dzieci, bawiąc się balonikami i śmiejąc się głośno.
Wieczorem wjechał trzy piętrowy tort. I on także nie był typowym, weselnym tortem. Zdobiły go płomienie z masy cukrowej, drabiny ustawione na kolejne piętra tortu, a na drabinach figurki strażaków. Na szczycie figurki młodej pary. Obie trzymające węża, z którego strumień wody uderza w sam środek tarczy w kształcie serca. Zza sukni panny młodej wyzierała malutka figurka dziewczynki. To był prawdziwy hit wieczoru. Wszyscy robili zdjęcia tak niezwykłemu ciastu. Dopiero po chwili na zdjęcia, Monika i Tomek mogli pokroić tort.
Lilka nie była nim zbytnio zainteresowana. Zrobiła się marudna. Była już senna i zmęczona szaloną zabawą na parkiecie.
– Odwiozę ją do domu i położę spać.- Zdecydował Tomek.
– Ale ktoś z nią musi zostać. Dominika trochę wypiła, Robert też.
– Mamy jeszcze dziadka. Myślę, że się zgodzi.
Stanisław Woźniczka był obecny na ślubie i weselu. Żonę zostawił pod opieką pielęgniarki z hospicjum domowego. Dziadek bardzo chętnie się zgodził by zostać w domu ze śpiącą Lilianką, a wesele trwało w najlepsze. O północy oczywiście odbyły się ocepiny i różne humorystyczne zabawy. A potem zabawa do wschodu słońca.
O tym ślubie i weselu mowiło się jeszcze przez kilka tygodni.
Nowożeńcy od razu po ślubie mieli dwa tygodnie urlopu. Tydzień spędzili w Chorwacji, razem z małą Lilką. To był czas niczym nie zmąconego szczęścia. Plażowanie, lody, góry, zwiedzanie pełnych uroku miasteczek. Wrócili kilka dni przed powrotem na służbę, żeby pobyć jeszcze trochę w domu z Lilką. Odwiedzili też dziadka i babcię dziewczynki. A babci wykryto kolejnego guza w mózgu, nieoperacyjnego. To był wyrok. Stanisław wydawał się pogodzony z sytuacją i towarzyszył żonie, opiekując się nią najlepiej jak umiał, by czuła, że jest kochana. Oszczędził jej tej strasznej prawdy, aby nie odbierać jej nadziei.
Gdy Tomasz stawił się na służbę po urlopie, został przywitany przez kolegów z entuzjazmem. Nawet komendanta ucieszył jego powrót.
– Dobrze, że jesteś. Braki kadrowe dawał nam się we znaki. Wypoczęliście?
– Tak, dziękuję. Dobrze czasem odpocząć na urlopie, ale kiedy za długo się odpoczywa, to służby brakuje.
– Żartujesz? Nodziłeś się z taką kobietą?- Zapytał żartobliwie Brynkus.
– Nie powiedziałem, że się nudziłem. Z Moniką nie ma nudy. Ale służba jest jak narkotyk.- Odparł.
– Żartowałem, doskonae wiem, o czym mówisz.
Nagle rozległ się alarm. Dyspozytor wysłał wszystkie jednostki do pożaru starego opuszczonego otelu, w którym przebywali bezdomni. Często kręciła się tam młodzież szukająca wrażeń. Byo to miejsce okryte złą sławą. Rególarne naloty policji nie zniechęcały do włamywania się wciąż na nowo do tego rozległego wysokiego na 4 piętra budynku. Główne wejście było zamknięte solidnie, ale tylne to tyłem, przez piwnice włamywano się do środka. Policja zabijała wejście sklejką, oznaczała zakazem wstępu, a za kilka dni skleja znów była wyłamana a wejście dostępne.
Organizm Tomka natychmiast przestawił się w tryb gotowości.
Po dojeździe na miejsce okazało się, że płonie wszystko od parteru po drugie piętro, a na czwartym w oknie są ludzie. Metalowe podwójne drzwi zabezpieczone kilkoma kłudkami uniemożliwiały natychmiastowe wejście do środka. Tomasz miał do dyspozycji wóz z drabiną. Od razu rozdysponował wszystkie dostępne zastępy. Jedni otwierali drzwi, kolejni z liniami gaśniczymi wchodzili do środka. Jeszcze inni gasili z zewnątrz, z wysięgników. Tomasz z Maćkiem zajęli się ewakuacją osób uwięzionych na czwartym piętrze. Jacek Małecki zwany Orłem ustawił drabinę. Pierwszy wspiął się po niej Tomasz. Miał przy sobie też linę na wszelki wypadek. Za nim szedł Maciek. Starsi męższyźni mocno kasłali, wyhylając się z okna.
– Ratujcie!- Wołali przerażeni. Ich twarze były brudne od sadzy.
– Spokojnie, zaraz wam pomożemy. Wykonujcie nasze polecenia, żeby nikomu nic się nie stało. Wychodzicie pojedynczo. Ja będę mówił kiedy, żeby kolega bezpiecznie mógł was sprowadzić na ziemię. Bez paniki, powoli.
Starszy czlowiek nie mógł przełożyć nogi przez okno, by stanąć na drabinie. Tomasz musiał zejść do niego i pomóc mu. Kiedy przejął go Maciek, kolejny chiał jak najszybciej zejść.
– Spokojnie. Kolega wróci na górę to pan zejdzie. Sytuacja jest pod kontrolą. Wiemy co robimy. Czy jest tu ktoś jeszcze? Było was tu więcej? Jak doszło do pożaru?
– Jakieś gówniarze się tu kręciły. To na pewno oni podpalili hotel. Na pewno.
– Ilu ich było?
– Dwóch. Zdrugiej strony.
– I nikogo więcej? Na pewno?
– Tylko my.
– Dobrze, teraz pana kolej. Powoli, najpierw jedna noga. Trzymam pana.
Pomógł zejść drugiemu mężczyżnie i przez radio powiedział, że idzie szukać osób, które mogą być jeszcze obecne na tyłach budynku. Założył maskę i ruszył w czarne od dymu pomieszczenia. Poruszał się z pomocą kamery termowizyjnej. Dym gęstniał, zaczął oddychać, czyli pulsować. Raz go było więcej, raz mniej. To był bardzo zły znak. Na klatce schodowej było już widać płomienie. Na szczęście Tomasz dostrzeg ludzką sylwetkę przy jednym z okien. Chłopak próbował wybić okno, ale był już osłabiony, podtruty dymem.
– Spokojnie, pomogę ci!- Odsuń się, zakryj głowę!- Wybił okno huliganem.- Gdzie twój kolega?
– Uciekł. Sam jestem.
– Na pewno?
– Tak, widziałem go jak uciekał.
– Zejdziemy na dół po linie, tylko rób co mówię, nie szarżuj.
Tomasz zawiązał linę na huliganie. Z kieszeni wyjął pas, założył chłopakowi na obręcz barkową i przypiął do siebie karabińczykiem. Zaparł huligana o ścianę, chwycił chłopaka i powoli opuścił się po linie na zewnątrz.
– Trzymaj się mocno, nie wierzgaj nogami. Kiedy byli na wysokości trzeciego piętra, przez okna wydobywał się czarny dym i płomienie. Na czwartym piętrze nagle doszło do backflasha. Kula ognia jakby wybuchła przez wybite okno. Chłopak ze strachu szarpnął się. Nagle znależli się na wysokości pierwszego piętra. Na szczęście Tomkowi udało się opanować sytuację w porę.
– Spokojnie! Jesteś bezpieczny!
Przez radio słyszał nawoływania Maćka.
– Tomek! Tomek odezwij się! Tomek!
Nie mógł mu odpowiedzieć. Dopiero gdy stanął na ziemi odpowiedział na wezwania.
– Nic mi nie jest. Jestem po północnej stronie. Mam poszkodowanego.
– Potrzebujesz pomocy?
– Nie, jesteśmy na ziemi. Poszkodowany mocno podtruty dymem. Idę z nim do ZRM.
Zaprowadził chłopaka do karetki, zdjął maskę i rękawiczki. Na dłoniach miał bolesne otarcia. Zauważyła to ratowniczka z jednej z ustawionyc wzdłuż ulicy karetek.
– Pokaż, opatrzę to, żebyś nie zabrudził.
– Dzięki.- Pozwolił jej działać. Kiedy założyła opatrunki, z powrotem założył rękawice, podziękował i wrócił do dowodzenia. Pożar ugaszono po dwóch godzinach a potem weszli do budynku, by dogaszać, przelewać i przeszukiwać pomieszczenia. W hotelu znajdowały się jakieś zniszczone pojedyncze stare meble, szafki, łóżka, materace. Do tego sterty szmat, jakieś rzeczy należące do bezdomnych. Ślady wskazywały jasno, że wszystko zostało oblane łatwopalną substancją i podpalone. Było to oczywiste dla każdego strażaka.
– Co to mogło być? Benzyna?- Mruczał pod nosem Maciek.
– Tak myślę. – Stwierdził Tomek i wywołał dyspozytora.
– 401-25 do 998.
– Bochnia 998 zgłasza.
– Pożar ugaszony, będziemy powoli kończyć działania. Trzeba Policję mam na miejscu, więc zgłoszę im zaraz, że to było ewidentne podpalenie. Z pożaru ewakuowane trzy osoby z zatruciem dymem, pod opieką ZRM. Brak ofiar śmiertelnych.
– Zrozumiełem.
Po powrocie do koszar wszyscy zajęli się przywracaniem gotowości bojowej. Czyszczenie sprzętu i nomexów, pucowanie hełmów, suszenie węży. Tomek zdjął rękawiczki. Musiał założyć nitrylowe, by móc towarzyszyć kolegom w pracy.
– Przepraszam…
W garażu pojawił się jakiś mężczyzna.
– W czym mogę pomóc?- Zapytał Tomek, przerywając załadanie rękawiczki.
– Chciałem zapytać o jednego ze strażaków, ale chyba trafiłem na właściwego…
– Nie rozumiem.
– Prosze zobaczyć.- Mężczyzna podsunął mu swój telefon i pokazał nagranie, na którym Tomek ewakuuje poszkodowanego na linie z płonąćego budynku.
– To pan, prawda? Stąd te opatrunki…
– Tak. Ale nadal nie rozumiem o co chodzi.
– Nagranie jest już w internecie i oglądalność rośnie z minuty na minutę. Ale ja nie po to tu przyszedłem. To było podpalenie.
– Wie pan coś na ten temat?
– Widziałem faceta w ubraniu budowlańca, z kanistrem, jak wchodził do hotelu.
– Poważnie?
– Prosze zobaczyć.- Pokazał kolejne nagranie na którym widać mężczyznę wybiegającego z hotelu z kanistrem.
– Pokazał pan to policji?
– Jeszcze nie.
– Proszę to zrobić jak najszybciej.
– Tak zrobię. Chciałem tylko spojrzeć w oczy człowiekowi, który tak ryzykuje, żeby ratować innym. Czapki z głów panowie. Macie jaja.
Tomek i jego koledzy roześmiali się.
– Dziękujemy. Bardzo proszę, żeby pojechał pan z tym na policję.
– Jasne, pojadę od razu. Spokoju, panowie.
– Dziękujemy. Dobrego dnia.
Takie wizyty zawsze podnosiły morale. Podziękowania, wyrazy szacunku, to zawsze coś bardzo miłego.
Nie minęło pół godziny a lokalny portal wypuścił artykuł o pożarze, ze zdjęciami, oraz filmem, z ewakuacji na linie.
Kiedy tylko Tomasz zakończył służbę, odebrał tajemniczy telefon. Zmodyfikowany komputerowo głos zapytał bez zbędnych wstępów.
– Czy to pan zamknął szwalnię Fancy Fashion?
– Kto mówi?- Zapytał. To było bardzo dziwne. Po co ktoś zadał sobie tyle trudu, by nie mógł rozpoznac głosu przez telefon.
– Mam ważne informacje w tej sprawie. Spotkajmy się tam na miejscu.
– Teraz?
– Tak, teraz.
– To nie możliwe. Właśnie skończyłem służbę, dziecko czeka na mnie w domu.
– Nie zajmę dużo czasu. Czekam pod szwalnią, przy wejściu do kotłowni. – Tajemniczy rozmówca rozłączył się. Tomasz poirytowany napisał do Dominiki, że się spóźni, żeby zajęła się Lilką do jego powrotu i pojechał pod szwalnie. Zaparkował przy głównym wejściu. Parking był niemal pusty. Przeszedł do garażowych drzwi prowadzących do kotłowni. Nie było tam nikogo, ale w kotłowni paliło się światło. Drzwi wmontowane w garażową bramę były lekko uchylone. Wszedł do środka. Organizm automatycznie przestawił się w tryb gotowości, jak w drodze na akcję. Słyszał niepokojące dźwięki, głośne stukanie i syczenie. Kocioł parowy pracował. Głośne trzaski były efektem nadmiernego ciśnienia gromadzącego się w kotle. Było to bardzo niebezpieczne, groziło wybuchem. Nagle za kotłem dostrzegł właściciela szwalni. W jednej ręce trzymał broń, w drugiej pilota, jak do jakiejś zabawki na baterie.
– Co pan wyprwia? To wybuchnie!
– Nie ruszaj się. Zastrzelę ciebie albo siebie.- Zagroził mężczyzna ostrym tonem.
Tomasz zatrzymał się.
– Oszalałeś? Człowieku! – Tomasz dyskretnie sięgnał po telefon i włączył dyktafon.
– Przyjrzyj się do czego doprowadziłeś. 80 osób straciło pracę. Ja straciłem źródło utrzymania. Przez ciebie mam gigantyczne długi.
– Nie, to nie jest moja wina. Nie ja prowadziłem tę firmę, wykorzytywałem ludzi, nie ja zaniedbałem wszystkie możliwe przepisy. To wyłącznie twoja wina i twojej pazerności. Płacisz za swoje własne winy. Gdybym ja tego nie przerwał, zrobiłby to ktoś inny.
– Poszedłem na dno i pociągnę cię za sobą.
– Ochłoń człowieku. Odebrało ci rozum? Co ty chcesz zrobić?
– To.- Ncisnął guzik na pilocieW tym samuum momencie łądunek umieszczony pod kotłem eksplodował. Ziemia się zatrzęsła a w okolicznych budynkach wyleciały szyby. Włączyły się alarmy w samochodach.
W koszarach rozległ się alarm. Wszystkie możliwe służby wysłano do wybuchu i katastrofy budowlanej.
Po dojeździe na miejsce okazało się, że połowa budynku legła w gruzach. To, co mogło płonąć, płonęło. W trakcie gaszenie płonących elementów strażacy usłyszeni słaby dzwone telefonu, dobiegający spod gruzów.
– StoP! Pompy stop! Cisza!- Zawołał Mateusz Florczyk. Telefon nadal było słychać spod gruzów.
– Tam ktoś jest! Wszyscy zejść z gruzów!
Najpierw skontaktował się z dyspozytorem.
– Mam podstawy podejrzewać, że ktoś został przysypany gruzami. Słychac dzwoniący telefon. Przystępujemy do przeszukania, ale proszę o grupę poszukiwawczą z psem.
– Zrozumiałem. Siły i środki masz wystarczające?
– Raczej tak. Nie możemy zadeptać rumowiska. Nie wiemy ile osób jest przysypanych.
– Słusznie. W razie czego melduj wszelkie potrzeby. Wydzwonię ekipę z psem.
Mateusz zebrał wszystkich i wydał dyspozycje.
– Pod gruzami mogą być ludzie. Zakładamy, że żyją. Musimy się spieszyć, ale działać sukcesywnie. Będziemy przeżucac gruz stąd tam, ale tak, żeby był dojazd do przychodni. Pracujemy w milczeniu i nasłuchujemy. Z każdej strony dookoła. Skupiamy się jedna najbardziej na tej okolicy. Gdzieś stąd dochodził dźwiek telfonu.
Wyznaczył ludzi do każdej czynności. Przżucali gruz, milcząc i nasłuchując. Po godzinie pojawiła się grupa poszukiwawczo ratownicza z Krakowa z wyszkolonym psem, który natychmiast wskazał miejsce. Trzeba było jednak przerzucić półtora metra gruzu, nim Stefański zawołał:
– Mam coś!
Dokopał się do telefonu. Mateusz zabrał go i wsunął do kieszeni.
– Jesteśmy na dobrym tropie. Pies wyrażnie wskazał to miejsce, kopcie dalej.
Wkrótce zobaczyli dłoń z obandażowanym śródręczem.
– Człowiek!
Z nowym zapałem zacżeli odrzucać gruz za siebie. Chełm przy chełmie pracowali, aż odsłonili klatkę piersiową, szyję.
– Co do cholery?- Mruknął Florczyk, widząc bliznę po oparzeniu na szyi ofiary. Zaczął grzebać szybciej i po chwili odsłoniła się twarz. Biała od pyłu twarz aspiranta sztabowego Tomasza Adamskiego. W tej samej chwili zobaczyła go Monika.
– Tomek? Nie!
Florczyk błyskawicznie chwycił ją i odciągnął na bok. Stefański sprawdził funkcje życiowe i spojrzał na dowódcę, kręcąc przecząco głową.
Krzyk rozpaczy przeszył powierze. Monika wyrywała się, krzyczała. Chciała biec, wyciągnąć go spod gruzu i ratować. Florczyk trzymał ją w żelaznym uścisku.
– Puść mnie! Puść mnie do niego!- Zaczęła okładać dowódcę pięściami, ale nawet nie drgnął. Nic nie mówił. Czekał, aż Monika się podda. Wszyscy pracujący przy gruzach mieli łzy w oczach.
– Nie, to nie może być prawda. To nie możliwe. Nie możliwe. Tak nie może być.- Powtarzała, powoli poddając się. Przestała okładać Mateusza pięściami, zaczęła szlochać. Tymczasem strażacy odkrywali zwłoki. Ich ruchy zmieniły się. Nie było już pośpiechu. Był szacunek. Kiedy odsłonili ciało, włożyli je na deskę , położyli za parawanem. Wtedy Mateusz puścił Monikę i pozwolił jej pożeggnać się z mężem.
– To nie koniec roboty. Pod gruzami mogą być inne ciała. On bez powodu by tutaj nie przyszedł. Puść psa, może jeszcze coś wywącha.- Powiedział do ratownika z psem. Ten od razu posłuchał. Monika klęcząc przy ciele Tomka tuliła się do jego klatki piersiowej, płacząc. Te rozdzierające serce sceny odbiły się na każdym, kto brał udział w tej akcji. Florczyk w końcu wywołał dyspozytora.
– 998 Bochnia, słucham cię.
– Wydobyliśmy spod gruzów jedną ofiarę śmiertelną, szukamy dalej. Wezwij proszę prokuratora, patologa…
– Jasne, zrozumiałem.
– Ta ofiara… To jeden z naszych. Po służbie… Powiadom komendanta.
– Żartujesz! Kto?
– Adamski.
– O Boże…
– Bez odbioru.
Pies złapał trop gdzieś przy pogiętym, rozerwanym kotle parowym, przy najgrubszej warstwie gruzu.
– Do roboty.- Powiedział Florczyk i podszedł do Moniki. Chwycił ją za ramiona, ale nie wymuszał siłowo, by robiła co każe.
– Monia… Chodź… Wstań, chodź ze mną. – Zaprowadził ją do karetki.
– Cześć, miałbym prośbę.
– Co możemy dla was zrobić?
– Zabierzcie proszę koleżankę. Przeżyła potężny wstrząs. Chciałbym, aby skonsultował ją lekarz. Może trzeba przepisać jakieś środki uspokajające, albo dać jakąś poradę…
– Dobrze, rozumiem. Oczywiście, zabierzemy koleżankę.
Po godzinie w szpitalu pojawił się komendant Rafał Brynkus. Mijając jakiegoś lekarza na izbie przyjęc zapytał o Monikę.
– Pan jest z rodziny?
– Tak.- Odparł bez wahania.
– Cóż, przeżyła bardzo silny wstrząs, jest w kiepskim stanie. Podaliśmy jej leki uspokajające, przepisałem też środki, które bedą ją jakoś wspomagać w najbliższym trudnym czasie, ale nie powinna zostawać sama.
– Rozumiem. Mogę ją stąd zabrać?
– Tak, oczywiście. Prosze tylko pamiętać o wykupieniu recepty.
– Oczywiście. Dziękuje bardzo.
Monika siedziała na szpitalnej kozetce i patrzyła w jeden punkt. Miała mokre oczy, ale nie płakała.
– Chodź, Monia. Zabiorę cię do domu.
– Komendant…- Szepnęła.
– Rafał. Chodź.
Wyłączyła się. Nie obchodziło jej dokąd idzie. Wsadził ją do samochodu. Najpierw pojechali do koszar, by zabrała swoje rzeczy z szafki. Po drodze zatrzymał się pod całodobową apteką, wykupił recepty a potem przywiózł ją do domu.
– Masz klucz?
Machinalnie wyjęła klucz z torebki i podała mu. Wciąż nie powiedziała ani jednego słowa. Włożył klucz do zamka.
– Gdzie jest Liliana?
Dopiero na dźwięk jej imienia zareagowała.
– Liliana… U Dominiki…
– Ok. Chodź.
Weszli do domu. Na wieszaku wisiała bluza Tomka. Na podłodze stały jego buty. Monika zdjęłą bluzę z wieszaka, podeszła do kanapy w salonie. Usiadła, wtuliła się w bluzę Tomka i wybuchnęła płaczem. Komendant usiadł obok niej i chcąc okazać jej jakieś wsparcie, głaskał ja po plecach. Zadzwonił jej telefon. Zerknęła na wyświetlacz i rzuciła telefon na stolik. Nie chciała z nikim rozmawiać. Brynkus spojrzał na telefon i widząc imię Dominika, odebrał.
– Monia, no w końcu. Wiesz może co się dzieje z Tomkiem. Wciąż nie wrócił z pracy. Mała śpi, ale martwię się o niego, bo dzwoniłam kilka razy a on wciąż nie oddzwania.
– Dobry wieczór. Komendant Brynkus z tej strony.- Odezwał się.
– Pan komendant? Dlaczego pan odebrał telefon Moni? Coś się stało?
– Tak. Czy może pani zająć się Lilianą do rana?- Zapytał, wychodząc z telefonem na zewnątrz.
– Oczywiście, że mogę, ale co się stało? Zaczynam się denerwować.
– Pani Dominiko… Nie wiem jak to pani powiedzieć, ale coś się faktycznie stało… Coś, czego sam do końca nie rozumiem. Doszło do wybuchu w budynku przy wiadukcie i część budynku się zawaliła. Spod gruzów wyciągnęłiśmy na razie jedną ofiarę śmiertelną. Tą ofiarą jest Tomek.
– Jaki Tomek?
– Adamski.
– Tomek Adamski? Ofiara śmiertelna? Nie rozumiem.
– Mąż Moniki. Wszyscy jesteśmy w strasznym szoku.
– Rany Boskie! Tomek?!- Dopiero teraz dotarło do Dominiki co mówi komendant.- Ale przecież dwa tygodnie temu brali ślub! To nie możliwe!
– Bardzo bym chciał mieć inne wieści. Widziałem ciało. Bardzo mi przykro.
– Boże, Tomek….- Słyszał, że Dominika się rozpłakała.
– Pani Dominiko… Przepraszam, że muszę o to prosić w tej sytuacji, ale Monika jest w bardzo złym stanie. Sama pani rozumie. Dlatego bardzo bym prosił, aby się pani zaopiekowała Lilianą, dopóki Monika nie będzie w stanie tego zrobić. My nie zostawimy Moniki, będziemy do niej zaglądać i czówać nad nią.
– Oczywiście, że zaopiekuję się Lilką. Boże, jaka tragedia…
– Przepraszam, że dowiaduje się pani w taki sposób, ale znaleźliśmy go może niecałą godzinę temu. Wszyscy jesteśmy wstrząśnięci. Przepraszam, odezwę się rano. Jeszcze raz proszę przyjąć wyrazy współczucia.
– Dziękuję. Dziękuję za informację, panie komendancie.
Zakończył rozmowę i wróćił do Moniki. Leżała skulona na kanapie, wtulając twarz w bluzę Tomka. Cały czas płakała. Przykląkł przy kanapie i głaskał ją po ramieniu. Nic nie mówił, bo cóż miał powiedzieć? Sam był zszokowany. Stracił najlepszego człowieka, a Monika straciła męża. Lilka ojca. To była niespodziewana, straszna tragedia.
Brynkus został z Moniką całą noc. Dostał wiadomość o odnalezieniu drugiego ciała.
Monika w końcu zasnęła nad ranem, ze zmęczenia. On tylko drzemał, siedząc na podłodze, przy kanapie. Rano starając się zachowywać bardzo cicho, zrobił kawę i kanapki na śniadanie. Postawił na stoliku obok kanapy. Wtedy zabrzmiał dzwonek do drzwi. Dominika przyprowadziła Lilkę.
– Pan komendant… Muszę iść do pracy. Nie mogę zabrać ze sobą Lilki…
Spojrzał na zegarek.
– Czy może pani wziąć urlop? Lilka i Monika potrzebują pani teraz. Ja pani dam tyle urlopu ile tylko będzie trzeba. Załatwimy formalności później. Prosze się tym nie przejmować.
– Jeśli tylko mogę, to chętnie wezmę urlop. Trzeba się zająć pogrzebem i w ogóle…
– Najpierw będzie pewnie sekcja, by wyjaśnić przyczynę zgonu. Zdaję sobie sprawę, że to jest ogromny cios, dla mnie także, proszę mi wierzyć. Jednak bardzo panią proszę, żeby miała pani oko na Monikę.
– Jasne, oczywiście.
– Gdyby było pani czegoś potrzeba, czegokolwiek, proszę dzwonić. Jesteśmy wszyscy po to, by pomagać i możecie na nas liczyć w każdej sytuacji, zwłaszcza w takiej.
– Dziękuję panu bardzo.
– Proszę przypilnować, żeby coś zjadła. Na stoliku są leki uspokoajające, gdyby były potrzebne. Ja już muszę iść.
Kiedy Lilka weszła do domu i zobaczyła mamę na kanapie, wyczuła, że coś jest nie tak.
– Mama?
Monika poprawiła włosy i podniosła się.
– Lilcia. Mój skarb. Cześć kochanie. Jak było u cioci? Dobrze ci się spało?
– Tak. Tatuś był.
– Gdzie tatuś był? U cioci?
– Tak.
– Kiedy, dzisiaj?
– Tak.
– Może ci się śniło, że przyszedł.- Monika robiła wszystko, by panować nad emocjami.
– Nie. Tatuś psysed.- Upierałą się.
– I co robił? Mówił coś?- Zapytała Dominika.
– Tatuś powiedział, ze mnie kocha. I psytulił.
– Boże, przyszedł się z nią pożegnać…- Szepnęła Monika i rozpłakała się. Mała widząc, ze mama płacze, zdenerwowała się.
– Mamusiu co się stało? Cemu płaces? Mamusiu nie płac.- Lilka przytuliła się do niej.- Nie płac mamusiu.- Broda zaczęła jej się trząść.
– Nie przejmuj się, myszko. Płaczę, bo jest mi smutno troszkę, wiesz? Ale ty się nie przejmuj. Nie martw się, kochanie. Wszystko jest dobrze. Przytul się do mnie, skarbie.
– Masz tutaj kanapki, Monia, zjedz śniadanie.
– Daj mi spokój, nie jestem głodna.
Rozmowa z Moniką była utrudniona. Starała się zachhowywać w miarę normalnie przy dziecku, ale kiepsko jej to wychodziło.
– Brynkus dał mi urlop, to może zawiozę ją do przedszkola? Ty nie powinnaś wsiadać za kółko, a ona nie powinna widzieć cię w takim stanie.
– Świetnie, zrób tak.- Burknęła Monika i poszła do sypialni.
Kiedy Dominika pojechała do przedszkola z Lilką, przyjechał Florczyk. Zadzwonił do drzwi, ale nikt nie otwierał. Zapukał. Nada bez rezultatu. Nacisnął klamkę i drzwi otworzyły się, więc wszedł.
– Monika? Jesteś tutaj? Monika?
Szukał jej na parterze, ale nie znalazł. Wyszedł więc na piętro.
– Monika?- Pukał do drzwi i otwierał po kolei. Zapukał do kolejnych i znów nie było żadnej odpowiedzi. Otworzył drzwi i zobaczył Monikę leżącą na łóżku, w pozycji embrionalnej, otuloną bluzą Tomasza.
– Monia…- Podszedł do łóżka. Zupełnie nie zareagowała, nawet na niego nie spojrzała.
– Monika możesz się do mnie odezwać? Zareagować jakoś?
Spojrzała na niego z ukosa, jakby miała pretensję, że jej przeszkadza.
– Wreszcie. Gdzie jest Lilka?
– W przedszkolu. Dominika ją zawiozła.- Mruknęła cicho.
– To dobrze. To małe dziecko, nie rozumie jeszcze co się dzieje.
Monika pomyślala, że ona sama też tego nie rozumie. Florczyk westchnął i usiadł na brzegu łóżka.
– Ja też tego nie rozumiem… Co on tam robił?
– Tam była na piętrze szwalnia. Tomasz wydał decyzję o zamknięciu, z uwagi na rażące zaniedbania. Stary kocioł bez serwisowania, brak drogi ewakuacyjnej i inne różne rzeczy. Właściciel miał się odwoływać.
– Wiesz kim był ten właściciel?
– Wiem jak wyglądał. Widziałam na zdjęciach. Koleżanka tam pracowała. Tomek opowiadał mi o tej kontroli i pokazał mi go w internecie.
– W gruzach było drugie ciało… – Sięgnął po telefon i pokazał jej zdjęcie.- Czy to może być ten właściciel?
– Tak, chyba tak. To możliwe.
– To chyba należy do Tomka…- Dał jej telefon znaleziony w gruzach.
– Tak, to jego.
Odblokowała urządzenie i zauważyła, że włączona jest aplikacja nagrywająca dźwięk.
– Coś tu jest…- Wyłączyła nagrywanie i włączyła odtwarzanie. Oboje zamarli słysząc co się nagrało. Kiedy na nagraniu usłyszeli wybuch, Monika aż podskoczyła. Najpierw zastygła w bezruchu, by po chwili wybuchnąć płaczem. Mateusz był równie wstrząśnięty, choć nigdy nie epatował emocjami.
– Musimy to pokazać policji. Jak najszybciej.- Powiedział.
– Więc zawieź go.
– Nie. Ty musisz to zrobić.
– Nie muszę. Nie mam siły.
– Posłuchaj Monika, nie pozwolę ci się poddać. Masz dziecko, które cię potrzebuje. Musisz się trzymać.
– Nie chcę się trzymać.
– Ale musisz! Wstawaj, jedziemy na komisariat.- Mógł ją chwycić za rękę, podnieść z łóżka i siłą zmusić do wyjścia, jednak nie dotknął jej nawet.- Monika, wstawaj.- Powtórzył łagodnie, ale stanowczo. W jego głosie było coś takiego… Jakaś taka nutazrozumienia, przyjaźni, która sprawiła, że go posłuchała.
Gdy przyjechali na komisariat, pokazać nagranie, śledczy od razu przekazał telefon informatykom.
– Dobrze, że państwo przyjechali.- Powiedział komisarz.- Pani Adamska, proszę przyjąć najszczersze wyrazy współczucia. Wiem, że przeżywa pani teraz bardzo ciężkie chwile. Sekcja zwłok pani męża odbędzie się dziś po południu. Potem będzie pani mogła zająć się firmalnościami pogrzebowymi. Czy chce pani teraz zobaczyć męża?
– Pan go widział?
– Tak, byłem tam przed godziną.
– Czy… Czy widac na twarzy sińce?
– Tak. Całe ciało praktycznie jest sine i poranione.
– Więc nie chcę. Nie chcę go pamiętać takiego.
– Rozumiem doskonale. Cóż, nie zamykam jeszcze śledztwa. Musimy się dowiedzieć skąd ten człowiek miał broń i ładunek wybuchowy. Ale nagranie, które nam państwo dostarczyli stawia sprawę jasno.
– Odzyskam telefon Tomka?
– Tak, oczywiście. Zwrócimy go pani za kilka dni.
– Dziękuję.
Przez następne dni Monika była jak otępiała. Nie bardzo wiedziała co się wokół niej dzieje, funkcjonowała automatycznie. Cały czas ktoś z nią był. Albo Dominika, albo któryś z kolegów z pracy. Oni dbali o Lilanę.
W noc przed pogrzebem Monika leżała w łóżku, a jej łzy wsiąkały w poduszkę. Przyszła do niej Lilianka, z misiem strażakiem, tym samym, którego dostała od Tomka, gdy zginęli jej biologiczni rodzice.
– Mamusiu?
– Lila? Co tu robisz? Dlaczego nie śpisz?- Monika szybko otarła twarz. Nie spodziewała się, że mała może do nej przyjść.
– Mamusiu płaces? Dlatego, ze nie ma tatusia?
– Tak, skarbie. Bardzo za nim tęsknię.
Nie rozmawiała jeszcze z małą o śmierci Tomka. Dziwne, bo Lilka w ogóle o niego nie pytała, a przecież był całym jej światem. Monika uznała, że nadszedł czas by z nią o tym w końcu porozmawiać.
– Nie płac mamusiu. Tatuś mieska w niebie.
– Lilka… Skąd ty o tym wiesz? Ktoś ci powiedział?
– Tatuś mi powiedział.
– Jak to?
– Tatuś psysedł. Powiedział mi, ze mieska w niebie.
– Och, Lilka… Dlaczego Tatuś przychodzi do ciebie, a do mnie nie?- Zapytała.
– Psyjdzie. Powiedział, ze psyjdzie.
– Moja mała… Bardzo cię kocham, wiesz?- Przytuliła Lilianę mocno, a łzy znów popłynęły jej po twarzy.- I bardzo kocham tatusia.
– Tatuś tez cię kocha.
Te słowa tak bardzo bolały. Trzy tygodnie temu brali ślub, byli tak szczęśliwy, a teraz pozostało tylko cierpienie i samotność.
– Zostaniesz ze mną? Chcesz ze mną spać dzisiaj?
– Zostanę, mamusiu. Monika położyła się i przytuliła Lilianę. Leżała w ciszy, kiedy poczuła zapach Tomka. Czuła jego obecność.
– Tomek, jesteś tu… Tak bardzo tęsknię…- Mówiła w myślach.- To tak strasznie boli…
Poczuła, że usiadł obok niej na łóżku. Nie widziała go, ale czuła fizyczną obecność. Dotknął jej ramienia, pocałował ją w czoło.
– Dasz sobie radę. Przejdziesz przez to i będzie dobrze.
– Nie mam siły. Kocham cię.
– Nie ważne jak jest źle, idziesz i robisz co trzeba i dajesz z siebie wszystko. Pamiętasz? Dasz radę. Wszystko się ułoży. Śpij, kochanie. Przetrwasz to, dasz radę i wszystko będzie dobrze.
Monikę ogarnął spokój. Całkowity, głęboki spokój. Zasnęła.
Justyna Mączka
[ Tekst powstał bez konsultacji ze Strażą Pożarną, a opisane sytuacje są wymyślone. Opowiadanie nie jest także insruktażem pierwszej pomocy i nie pełni roli edukacyjnej. Może zawierać przekłamania na temat pracy w służbach ratowniczych, z uwagi na to, że nie było konsultowane. Jest to wyłącznie wizja autora na temat tego jak wygąda ta praca. Wiedza autora opiera się na pradokumentach telewizyjnych. Nie należy się nią sugerować. ]