
.
Katarzyna Anna Urbanowicz: rozmowy ze stadatem – Kosmitka
(stadat – człowiek starej daty)
.
— Czy pani wie — spytał mnie stadat — co ludzie zrobiliby, gdyby nagle w centrum miasta, na środku samobieżnego chodnika, pojawił się przybysz z kosmosu?
Siedzieliśmy razem przy śniadaniu. Stadat przeniósł się do mojego stolika na stałe, bo ciągle nie mogliśmy skończyć dyskutować, choć zrozumieć stadata nie było łatwo. Nigdy nie wiedziałam jakiego poglądu się po nim spodziewać, często jednak tak trafiał w sedno rzeczy, że zdawało się, iż to ja jestem taka głupia, że wcześniej oczywistych prawd nie byłam w stanie pojąć. Może właśnie dlatego kłóciliśmy się bez przerwy, ale ja byłam młoda i zapalczywa, a on na tyle rozsądny, że nie miał mi tego za złe .
Tym razem postanowiłam nie dopuścić go do głosu. Kim on jest, że będzie zadawał mi pytania retoryczne, a ja muszę grzecznie wysłuchać, co ma na dany temat do powiedzenia i wreszcie ja coś opowiem. Wprawdzie nie miałam do czynienia z kolorowymi, mówiącym mi ludzkim głosem bakteriami, ale czy przez to byłam głupsza? Czy mniej widziałam dookoła siebie?
— Wiem — powiedziałam — sama widziałam kosmitkę.
Zdziwił się, ale nie powiedział —niemożliwe — z tym charakterystycznym przeciąganiem e, które świadczy o braku wiary w słowa rozmówcy, co ja zresztą na jego miejscu natychmiast bym zrobiła.
Spytał tylko spokojnie:
— Gdzie ją pani spotkała?
— W drodze na Księżyc. W podróży służbowej.
— Po czym pani poznała, że to kosmitka?
— Oczywiście po reakcji współpasażerów na jej osobę. Po niej samej nie było tego widać. Miała ręce i nogi jak wszyscy, trochę rozczochrane włosy i parę nieuchwytnych drobiazgów różniących ją od ludzi.
Nie, nie, żadne tam zielone palce, czy fioletowe oczy! Takie szczegóły zupełnie nieznaczne, z których każdy sam w sobie o niczym nie świadczy, dopiero razem, w całości tworzyły coś odmiennego.
Wie pan pewnie, jak są ustawione siedziska w rakietach księżycowych? Prawie tak, jak w dawnych pociągach; po jednej stronie ciąg podwójnych foteli, po drugiej wąski korytarzyk i ekrany imitujące okna. Podróż jest krótka, więc ludzie na ogół niczym nie interesują się, drzemią, trochę rozmawiają, oglądają program wideo. Nowych znajomości nie nawiązuje się, nie ma na to ani ochoty, ani czasu. Każdy siedzi spokojnie w swoim siedzisku nie zwracając uwagi na innych.
Kiedy włączono grawitację i pozwolono już rozpiąć pasy, a stewardessa zaczęła roznosić napoje i słodycze, z jednego z siedzisk podniosła się właśnie ona. Początkowo sądziłam, że jest to zwykła dziewczyna. Obserwowałam ją jak kobieta drugą kobietę, uważnie i krytycznie .Niewątpliwie była bardzo ładna. Miała ciemną cerę, szczupłą, zgrabną sylwetkę, bardzo czarne, aż granatowe włosy. Tylko ubrana była dziwacznie. Wtedy, nie wiem, czy pamięta pan, panowała taka moda, że wszystkie dziewczyny ubierały się na czerwono i pomarańczowo, w ostateczności, te spokojniejsze na wiśniowo. Starsze, stateczne kobiety nosiły białe suknie, czasem z jakimś czerwonym akcentem. Biżuterii nie nosiło się wtedy, nawet tak modnych wcześniej, trzcinowych bransolet powyżej łokcia. „Gorący płomień” — nazywano ten styl ubierania się. Ale ona wyglądała zupełnie dziwacznie. Suknię miała czarną, spinaną jakimś klipsem czy wisiorkiem z ordynarnego, żółtego metalu .Przy ciemnej cerze robiło to wrażenie, jakby twarz jej i ramiona były przyprószone popiołem. Twarz pozbawiona ochronnej warstwy kremu w ogóle nie świeciła się, jak u starych, zaniedbanych kobiet. Zamiast ogolonej głowy miała własne włosy, bardzo rozburzone, ale uczesane wymyślnie i dziwacznie. W sumie robiła wrażenie prowincjonalnej piękności. Skąd taka w rakiecie na Księżyc, gdzie zazwyczaj wyjeżdża się tylko służbowo?
Dziewczyna podeszła do ekranu w korytarzu i oparła się obiema rękami o jego obudowę, nieco powyżej głowy. Gest był tak dziwaczny! Przecież każdy przy swoim fotelu miał ekrany i mógł niebo oglądać do woli. Po co aż wstawać i stać w korytarzu w niewygodnej, dziwacznej pozycji, z rękami wzniesionymi nad głową, skoro wygodniej siedzieć. Po co patrzeć w ekran z takim wyrazem twarzy, jakby między nią a kosmosem nie leżały te tony stali, z których zbudowano statek, jakby ekran był zwykłym oknem z szybą i firankami. Nikt tak przecież nie robił.
Kilka osób spojrzało na kosmitkę z niechętnym zaciekawieniem, ale szybko odwróciło głowę. Nie wypada zbyt natrętnie przyglądać się ludziom. Dziewczyna stała nadal oparta rękami o ekran. I nagle zaczęła śpiewać. Ładny miała głos, mogłaby śpiewać na koncertach i w programach wideo. Ale tu, na pokładzie rakiety na księżyc? Na środku korytarzyka, nie za pośrednictwem ekranu? Śpiewała bez słów, nucąc chwilami cicho, chwilami zaś pełnym, ładnym głosem, wibrującym, gdy przyciągała jakąś frazę.
Wszyscy odwrócili jednocześnie głowy i zobaczyłam, jak na nią patrzyli. Zaciekawienie na ich twarzach ustępowało miejsca pobłażliwości, lekkiej pogardzie, a gdy śpiewała głośniej, oburzeniu. A ona dalej, nie przejmując się niczym, nie zwracając na nich uwagi, śpiewała sobie i gwiazdom na ekranie.
Uświadomiłam sobie wtedy, że przecież my, ludzie, nawet w łazienkach, nawet kiedy jesteśmy sami — nie śpiewamy. Chyba, że ktoś jest profesjonalistą i musi ćwiczyć. W dwudziestym wieku śpiewali jeszcze czasem ludzie odurzeni alkoholem ale takie było działanie tej trucizny. Zwyczaj ten już dawno zaginął. Zresztą po co śpiewać, skoro każdy profesjonalista w wideo zrobi to lepiej.
I po tym poznałam, że dziewczyna jest kosmitką. Bardziej się różni od nas, niż gdyby miała po sześć palców u ręki i trąbkę zamiast ust.
— Jest pani optymistką — stwierdził stadat — a pani kosmitka miała szczęście. .Pewnie automaty medyczne w rakietach księżycowych mają bardziej tolerancyjne programy. Na dole, w mieście, kosmitka nie przeszłaby dwóch kroków bez ich interwencji. Myślę, że to dlatego, że nie miała etykietki. Gdyby świeciła opalizującym światłem, miała głowę najeżoną antenowymi wyrostkami, przystosowanymi do odbioru sygnałów radiowych i w ogóle była mniej podobna do człowieka ,łatwiej może przyszłoby nawiązać z nią kontakt.
Ugryzłam się w język, bo przestraszyłam się, że tym, co powiedziałam, przypomnę stadatowi jego żonę, ale było już za późno.
— Wie pani — powiedział stadat — moja żona też była kiedyś kosmitką. Oczywiście nie była jeszcze wtedy moją żoną, tylko zwykłą znajomą. Zdobyła właśnie licencję mechanika rakietowego i wypadła z budynku kapitanatu szczęśliwa, z rozwianym włosem i pałającymi policzkami. Akurat tamtędy przechodziłem, a ona zauważywszy znajomą twarz, rzuciła mi się na szyje i pocałowała mnie.
— To przecież nic dziwnego i nie tak znowu rzadko spotykanego!
— Sama pani powiedziała, że kosmitę poznaje się po ludziach, którzy na niego patrzą, a nie po nim samym. Instynktownie zesztywniałem wtedy i zrozumiałem dzisiaj, że ona była kosmitką.
— Mam nadzieję — powiedziałam — że kosmici, którzy postanowili złożyć nam wizytę, będą wyglądać odpowiednio do pełnionej przez siebie misji. I że nie przyjdzie im do głowy śpiewać na ulicy…
Katarzyna Anna Urbanowicz