.

Wakacyjna przygoda

.

Zrezygnowana przeglądałam oferty wakacyjnego wypoczynku. Uśmiechnięte twarze, opalone ciała, baseny z lazurową wodą, wszędzie tak samo. Westchnęłam zniechęcona, nuda.

Sięgnęłam do torebki z żelkami Haribo, włożyłam do buzi trzy kolorowe misie naraz. Przez chwilę ssałam ich słodycz.

– Znalazłaś coś? – Za moimi plecami stanęła Zośka – kuzynka, z którą miałam spędzić baśniowe wakacje. Na wypad w nieznaną, lecz urokliwą okolicę jechało nas cztery dziewczyny: ja, Zośka i nasze dwie przyjaciółki. Stanowiłyśmy zgraną paczkę jeszcze z czasów liceum. Na mnie padło szukanie miejsca, bo podobno i tak dużo czasu spędzam przed komputerem. Też coś. Jako księgowa ciagle muszę podliczać i znajdować zagubione sumy. Ale szukanie obiektu na wakacje to zupełnie inna para kaloszy.

– Znalazłaś coś? – powtórzyła Zośka, jakbym była głucha.

– Nie. Siedzę już od godziny i nie ma nic, ale to nic, ciekawego. Wszystko wyprane z tożsamości, z autentyzmu, z prawdziwości. To samo jak długa kula ziemska: te same hotele, takie same baseny, a nawet pamiątki produkowane tak samo w Chinach – powiedziałam lekko sepleniąc, gdyż jeden z żelków przykleił się do podniebienia.

– Kula ziemska jest okrągła, nie długa – sprostowała Zośka, a ja zmierzyłam ją lodowatym spojrzeniem.

Chciałyśmy zmiany, czegoś nowego. Plan był taki, że miałyśmy się zaszyć w ustronnym miejscu, aby móc spokojnie dojść do równowagi emocjonalnej po rozstaniu z naszymi partnerami. Tak się bowiem złożyło, że wszystkie straciłyśmy chłopaków prawie w tym samym czasie. Plaga jakaś czy co?

– O, tu jest napisane „Osada Aurora”, zobacz. – Zośka pochyliła się nad moim ramieniem zasłaniając ekran długimi kasztanowymi włosami.

– Odsuń się, bo nie widzę.

Zośka przesunęła się na bok, a ja nacisnęłam kursor na zdjęciu drewnianego domku z werandą. Ukazał się nam malowniczy pejzaż z jeziorkiem i zarysem niewysokich gór.

– A gdzie to jest? – zainteresowała się kuzynka.

– Okolice Karpacza jeżeli dobrze widzę. Dokładnie koło Miszkowic.

– W jeziorku możemy ryby łowić.

– Akurat potrafisz łowić ryby. – Spojrzałam na nią ze zdziwieniem.

– Nie potrafię, ale mogę się nauczyć. Poza tym na pewno można tam pływać i uprawiać sporty wodne. Zobacz jaka piękna okolica, pełno dzikiego ptactwa, roślinność świeża i zielona, nie to co w mieście. Zadzwonię do Joli i Ewy, że znalazłyśmy idealne miejsce. – Zośka cieszyła się jak dziecko, a ja nie chciałam jej psuć przyjemności.

Zorganizowałam wyjazd i kiedy z clio wyładowanego po sam dach bagażami wyszłyśmy rozprostować kości przed domkiem lawendowym, aż pisnęłam z zachwytu. Spokój, od czasu do czasu słyszałam nawoływanie dzikiej kaczki, od wody wiał przyjemny wietrzyk przynosząc ze sobą zapach sitowia. Podziwiałam roztaczający się przede mną widok, a dziewczyny zaczęły wyładowywać bagaże. Weszłyśmy po schodkach na werandę, a stamtąd do wejścia. Na dole znajdowała się całkowicie wyposażona kuchnia, obok salon z kominkiem, w którym w chłodniejsze noce mogłyśmy rozpalić ogień. Kanapa zachęcała do odpoczynku, zrzuciłam buty i ułożyłam się w wygodnej pozycji na miękkim welurze.

– Wstawaj leniu, pomóż nam z bagażami – Ewa z uśmiechem złapała mnie za duży palec u stopy. – Nie będziesz tak leżeć cały dzień. Nad jezioro mamy pójść, chcemy też skoczyć do czeskiej restauracji na knedliki.

– Hej, dziewczyny, nie uwierzycie. – Do salonu wpadła przejęta Jolka. – W domku lnianym mieszka czterech fantastycznych chłopaków.

– Czterech? – podniosłam się na łokciu, zerkając na Jolkę z niedowierzaniem.

– Sama widziałam –  zapewniła, siadając na podłodze i zdejmując trampki. – Jeden ciemny, z brodą. Drugi wyglądał, jakby dopiero co zszedł z plakatu. Trzeci z błyskiem w oku. Czwarty uroczy koleś w koszulce z „Gwiezdnymi wojnami”.

– A jak ten błysk w oku zobaczyłaś?– Ewa pokiwala głową. – Przecież miałyśmy się odciąć od facetów. Terapia, detoks emocjonalny, świeże powietrze i książki.

– No właśnie – przytaknęła Zośka.

– Detoks detoksem, ale popatrzeć nie szkodzi – wzruszyłam ramionami.

Zaczęłyśmy się rozpakowywać, choć co chwilę któraś z nas wyglądała przez okno w kierunku domku lnianego. Uparcie udawałyśmy, że „sprawdzamy pogodę”.

Wieczorem, po spacerze nad jeziorem przyszedł nieunikniony moment – pierwsze spotkanie. Przypadkowe, rzecz jasna. A przynajmniej na takie miało wyglądać.

– Halo, dziewczyny? – rozległ się głos zza płotu. – Macie sól? Zapomnieliśmy kupić, a właśnie robimy grilla. Krzysiek jestem.

Za płotem stał ciemnowłosy z brodą w koszuli w kratę. 

– Pewnie, zaraz przyniosę! – zawołała Jolka i pobiegła do kuchni tak szybko, że omal nie zderzyła się z futryną.

– I tyle z detoksu. – Zośka parsknęła śmiechem.

Tego wieczoru grillowaliśmy już razem. Pachniało pieczonymi szaszłykami i jałowcowym dymem. Co chwilę ktoś wybuchał śmiechem. Adam grał na gitarze, Robert przyniósł domową nalewkę od babci. Było milo i sympatycznie.

Koło pierwszej w nocy rozeszliśmy się do domków, a rano obudziły nas promienie słońca wpadające przez niezaciągnięte zasłony. W domku panowała leniwa cisza, przerywana jedynie odgłosami przygotowywanego śniadania – Zośka wstała pierwsza i urzędowała w kuchni. Kiedy zeszłyśmy, czekały na nas: świeży chleb, dżem truskawkowy i aromatyczna kawa.

– Plan na dziś? – zapytała Ewa, smarując chleb grubą warstwą swojskiego masła.

– Pływanie, piknik, a następnie… – Jolka spojrzała na nas porozumiewawczo. – Łódki?

– I wieczorem czeska restauracja! Knedliki! – rzuciłam z entuzjazmem, podnosząc kubek do toastu.

Nad jeziorem unosiła się lekka mgła, która snuła się tuż nad wodą jak delikatny welon. Tafla jeziora lśniła w słońcu, a z trzcin wyleciała ważka, przeleciała kolo nas, mieniąc sie błękitem i złotem.

Wskakiwałyśmy do wody z piskiem, jedna za drugą, a fale uderzały delikatnie o pomost. Pluskałyśmy się jak dzieci, ochlapując wodą i próbując ściągnąć jedna drugą z materaca. W końcu zmęczone, wygramoliłyśmy się na brzeg i rozłożyłyśmy na dużych ręcznikach, susząc się w słońcu. 

Na piknik zabrałyśmy pomarańcze, których sok spływał po palcach, placek z rabarbarem, kwaśny i kruchy zarazem, oliwki, które Zośka wyciągała z wielkiego słoika, oraz domową lemoniadę z miętą i lodem. Chłopcy zjawili się chwilę później – Krzysiek niósł wielki wiklinowy kosz, z którego wyciągnęli sery, jeszcze ciepłe bagietki i butelkę czerwonego wina zawiniętą w kuchenną ściereczkę.

Rozłożyliśmy się pod wygiętą brzozą. Liście szeleściły nad naszymi głowami, dając przyjemny cień. Graliśmy w kalambury, śmiejąc się do łez – Robert miał niebywały talent do pokazywania filmów, które zgadywaliśmy w sekundę, ale przy „Titanicu” Jolka zaprezentowała tak dramatycznie tonący statek, że rozlała wino Krzyśkowi na koszulę. Zmuszony był ją ściągnąć, aby przysypać plamę solą. Przy okazji mogłyśmy zobaczyć jego umięśniony tors.

Po południu wypożyczyliśmy dwie łódki i dwa rowery wodne. Na jeziorze zapanowało radosne zamieszanie, Adam próbował zepchnąć mnie do wody – pociągnęłam go za ramię, aż z pluskiem wpadł obok mnie. Woda była ciepła, a jego mina – bezcenna. Pływaliśmy, aż ręce nam odmawiały posłuszeństwa, a słońce zaczęło chylić się ku zachodowi, malując niebo w różowo-pomarańczowe smugi.

Wieczorem, w domku, szykowałyśmy się jakbyśmy się wybierały na randkę. Sukienki, lekkie makijaże, odrobina perfum. Jolka, siedząc na kuchennym taborecie, malowała paznokcie u stóp na krwistoczerwony kolor.

– Jeśli to jest detoks – powiedziała z westchnieniem – to poproszę o przedłużenie do końca życia.

– Tylko nie zakładaj szpilek, bo twój Romeo będzie cię musiał nosić na rękach – mruknęłam, ciągnąc za zamek w sukience.

– Życie jest za krótkie, aby ciągle roztrząsać przeszłość. Trzeba chwytać chwile – wpadła mi w słowo Ewa. – Widzisz Kinga, jesteś za poważna. I co ci przyszło z tych wszystkich planów na przyszłość? Twój prawnik, jak mu tam było…

– Michał.

– No właśnie. Po roku zawracania ci głowy ożenił się z koleżanką z kancelarii, bo miała dzianego tatusia. Jeszcze miał czelność przysłać zawiadomienie o ślubie.

– Lepiej że przysłał, bo inaczej dowiedziałaby się z gazety albo od jakiejś życzliwej osoby – dorzuciła Zośka.

– Co tak na mnie wszystkie wsiadłyście? – zezłościłam się. – A ci wasi to niby lepsi? Jeden twierdził, że nie będzie się angażował, bo woli mieszkać z mamusią. Do ciebie, Jolu, przychodził „na kontemplację”. Do tej pory nie wiem, co to miało znaczyć. Drugi wyjechał w podróż dookoła świata i nie wrócił, a trzeci zniknął jak sen złoty z twoją najlepszą przyjaciółką, Zosiu.

– Niech się walą. – Jola wzruszyła ramionami.

Pod wieczór przyszli po nas chłopcy. Ogoleni i odświeżeni wyglądali jak wyjęci z żurnala. Do restauracji ruszyliśmy przez pachnący żywicą las. Zauważyłam, że Jolka trzyma Krzyśka za rękę, ale nie skomentowałam, uważając, że każdy ma prawo do własnych decyzji.

Restauracja była niewielka, z drewnianym wnętrzem i ogródkiem oplecionym winoroślą. Pachniało czosnkiem, świeżym chlebem i rozmarynem. Młody kelner zaprowadził nas do stolika przy oknie. Zamówiłyśmy knedliki z gulaszem, smażony ser, czosnkową zupę w chlebie i piwo, którego piana zostawała na ustach jak mokry wąs.

Zośka, która jeszcze wczoraj twardo deklarowała emocjonalny post, patrzyła na Andrzeja z uśmiechem, jakby się znali od lat.

Rozmowy i śmiechy mogłyby się toczyć do białego rana gdyby nas nie wyproszono z restauracji. Wracaliśmy pod gwiazdami, a trzciny po obu stronach jeziora szeleściły spokojnie. Rozmawialiśmy cicho jakbyśmy nie chcieli spłoszyć otaczającej nas magii. 

.

***

Chłopakom odbiło, pomyślałam. Późnym wieczorem, po całym dniu chodzenia po górskich szlakach, zaprosili nas na grilla i wyłuszczyli prośbę, która zjeżyła mi włosy na głowie. Gdyby poprosili o pożyczenie pieniędzy czy auta, wiadomo by było na czym stoimy, a tak?

– Co mamy robić? – spytała Zośka wpatrując się maślanym wzrokiem w Andrzeja.

– Musimy dobrać się w pary. My zabierzemy się za kopanie, a wy staniecie na czatach. Gdy ktoś będzie się zbliżał, to poinformujecie o tym waszego wspólnika.

– Tylko tyle? – powiedziałam złośliwie. – Jak ktoś nas przyłapie to wylądujemy w więzieniu.

– Nie przejmujcie się nią. Kinga zawsze jest do wszystkiego nastawiona negatywnie. – Jola uśmiechała się promiennie do Krzyśka.

– Wracając do tematu. Ja będę z Zosią – Andrzej się zaczerwienił. Rzucił szybkie spojrzenie na moją kuzynkę, ale Zosia wpatrywała się w niego, jakby świat nie istniał. – Krzysiek zostanie z Jolą. Adam z …

– Ja mogę być z Adamem – weszłam mu w słowo.

– Ewa z Robertem.

Wiedziałam, że Ewie podobał się Robert – chłopiec z plakatu, a mnie było wszystko jedno. Ta przygoda, z mojego punktu widzenia, nie wyglądała wcale zabawnie.

– Jak daleko jest stąd na cmentarz? – zapytałam. Unoszący się nad ogniskiem dym zakręcił mi w nosie i kichnęłam.

– Na zdrowie. Niedaleko, koło kościoła, ale i tak musimy tam podjechać. 

– Najlepiej dwoma samochodami – dorzucił Robert. 

– Do jednego się nie zmieścimy – wykrzywiłam się w nieszczerym uśmiechu.

– Musimy zabrać też sprzęt, łopaty, widły – wyliczał Krzysiek. 

– A kołków osinowych nie?

Adam nic nie mówił, patrzył na mnie jak chomik na plującą jadem kobrę. 

– Czyli co? Jedziemy tam nocą, wykopujemy dziadka i wracamy… – zawahałam się na moment. – Ale po co wykopujemy dziadka?

– No właśnie, tutaj tkwi gwóźdź naszej wyprawy.

– Gwóźdź do trumny. – Nie mogłam się powstrzymać. Sięgnęłam do torebki z żelkami i włożyłam trzy kolorowe misie do buzi, ich słodycz rozpłynęła się na języku, a ja poczułam otulający mnie spokój. 

– Ktoś chce? – zapytałam sepleniąc, wskazując na opakowanie Haribo. Nikt nie chciał.

– Dziadek wgrał w totka. Kupon miał przy sobie w dniu pogrzebu – wyjaśnił Robert.

– A skąd o tym wiecie? Ktoś z was jest medium i rozmawia z duchami? – Do rozmowy dołączyła Zosia, oderwała niebieskie spojrzenie od Andrzeja i potoczyła wzrokiem po pozostałych uczestnikach spotkania.

– Pisał pamiętnik. Kilka dni przed śmiercią zanotował, że wykupił los ze swoimi stałymi liczbami, a kupon włożył do ulubionej marynarki.

– A ulubiona marynarka jest teraz w trumnie. – Domyśliła się Jola.

– Tak, marynarka i dziesięć milionów złotych.

Zapadła pełna skupienia cisza, słyszałam cykające w trawie świerszcze.

Cmentarz rozjaśniało mdławe światło latarni. Na początku ścieżkę przed nami widzieliśmy całkiem dobrze. Jednak, im dalej zagłębialiśmy się w alejki, tym większa ciemność nas ogarniała. Paliła się co druga, a nawet co trzecia latarnia. Ubrani na czarno, z twarzami umazanymi błotem, wyglądaliśmy jak grupa nastolatków bawiących się w komandosów. Możliwe, że któryś z chłopaków brał udział w programie surwiwalowym i stąd taki pomysł. 

Wokół nas krążyły komary czekające na ucztę. Na łopatach odbijało się światło wyłaniającego się zza chmur księżyca, a na grobach pobłyskiwały pojedyncze lampki. Ze zdenerwowania zaczęłam się drapać po rękach. 

– Nie mów, że będziemy wykopywać dziadka. – Jolka złapała mnie za nadgarstek.
– My nie – powiedziałam uspokajająco. – Oni. My stoimy na czatach.

Nie wiem, czy ją pocieszyłam tym stwierdzeniem, bo – trzymając się kurczowo mojej ręki – zacisnęła mocniej palce i podążała na miejsce przeznaczenia.
– Daleko jeszcze? – wyszeptała mi do ucha.
– Nie wiem, jestem tu po raz pierwszy.

Po kilku metrach nasza cmentarna eskapada się zatrzymała, a ja wpadłam na plecy Adama. Pachniał cynamonem, jakby przed chwilą wyszedł z kuchni, w której przygotowywał słodkie danie.
– Robiłeś ryż z jabłkami?
– Słucham? – Adam odwrócił się gwałtownie i nasze głowy się stuknęły.
– Auć! – Krzyknęłam zaskoczona.
– Czego krzyczysz, głupia – uchwyciłam teatralny szept Zośki – Andrzej mówił, aby być cicho.
Ze zdenerwowania włożyłam do buzi całą garść misiów Haribo, które wyciągnęłam z kieszeni bluzy.
– Pszepszam jusz nie pszędę.
– Co ona mówi? – zdziwiła się Ewa.
– Kinga jak zwykle coś żre – usłyszałam głos Zośki i wyobraziłam sobie jej niezadowoloną minę. Moja kuzynka jadła tylko w określonych godzinach i nie brała niczego do ust poza porami posiłków. 

Chłopcy w tym czasie zaczęli bez słowa kopać. W ciszy, która nagle zapanowała, słychać było tylko odgłos odrzucanej ziemi. Cała się trzęsłam, choć noc była ciepła. W oddali pohukiwał puszczyk.
– To zły znak – powiedziała złowróżbnie Zośka. – Ktoś umrze.
– Już umarł. Zapomniałaś? Odkopujemy dziadka. – Jolce zebrało się na histeryczny śmiech.
– Uspokójcie się. Miałyśmy być cicho, a wy cały czas gadacie – Ewa starała się przywrócić poważną atmosferę.

Wtem usłyszałyśmy uderzenie łopaty o coś drewnianego. Omal nie zadławiłam się ostatnim żelkiem. W skupieniu wsłuchiwałyśmy się w dźwięki dochodzące z wykopanej dziury: postukiwania łopaty o drewno, zgrzytanie metalu, stukot otwieranego wieka. Zamarłyśmy w oczekiwaniu wpatrując się w oświetloną czterema latarkami mogiłę dziadka, która jaśniała w ciemnościach niczym gorejący krzew.

– Trumna jest pusta – usłyszałyśmy głos któregoś z chłopców.
– Hic – Ewa dostała czkawki, a ja usiadłam na świeżo usypanej ziemi.
– Ma ktoś fajki? – zapytałam łamiącym się głosem.
Adam podsunął paczkę Marlboro i podpalił drżącego w moich ustach papierosa.

– Co teraz robimy? – Zośka zachowała zimną krew.
– Teraz nas ktoś wymorduje.
– Kinga, za dużo kryminałów czytasz – odezwał się Robert. – Jest nas osiem osób, tak łatwo nas nie ubije.
– Pewnie ma kałasznikowa, wystrzela nas jak kaczki. Za ileś tam milionów może mieć co mu się spodoba.

– Dziesięć milionów poleciało, fiu…; teraz to w polu szukać – Zosia nie straciła poczucia rzeczywistości.

– Każdy dostałby dwa miliony – usłyszałam rozmarzony głos Jolki.

– Dokładnie milion dwieście pięćdziesiąt tysięcy. – Robert precyzyjnie wyliczył przypadającą na każdego z nas sumę.

– Ale dziadka nie ma, więc możemy się obejść smakiem. Wracamy do domu, bo komary nas tutaj żywcem zjedzą. Jeżeli wcześniej ktoś nas nie zamorduje. – Podniosłam się z ziemi podtrzymując się opiekuńczego ramienia Adama.

– No właśnie, gdzie jest dziadek? – zaniepokoił się Andrzej. – Co się stało z ciałem?

– Jakoś mnie to nie interesuje, chcę wrócić do domu – prawie krzyknęłam.

– Zostawiamy dziurę i udajemy się na zasłużony odpoczynek, czy jednak zakopujemy, aby nikt w nią nie wpadł? – Po raz pierwszy odezwał się Krzysiek.

– Wpaść to chyba może pies z kulawą nogą. Kto się szwenda w nocy po cmentarzu?

– My, Kinga. My się szwendamy, a poza tym ktoś może przeżyć okropny wstrząs kiedy zobaczy rozkopany grób z otwartą trumną.

– I bez dziadka – dorzuciłam.

– Może i lepiej, że bez dziadka. Mimo wszystko przyjemniej jest oglądać pustą trumnę niż z nieboszczykiem. To co chłopaki, zakopujemy?

Miałam wrażenie, że Krzyś odzyskał animusz. Bardzo możliwe, że fakt iż trumna była pusta poprawił mu humor. Pewnie nie miał ochoty grzebać w rozkładającym się trupie.

Po uklepaniu świeżego kopczyka nasza grupa udała się w drogę powrotną.

.

.

***

Na sąsiednim grobie – ukryta wśród kwiatów – błyskała czerwona lampka dyktafonu.

Kiedy doszliśmy do domków, było już dobrze po drugiej w nocy. Nikt nie miał siły ani ochoty na rozmowy. Chłopcy od razu się pożegnali i wrócili do siebie, a my po zrzuceniu butów udałyśmy się na spoczynek. Jeszcze chwilę stałam przy oknie w pokoju, zapatrzona w noc. Nie mogłam zasnąć po przeżyciach tego wieczoru.

Z sąsiedniego domku nie dobiegały żadne dźwięki. Cicho, aż za cicho. A przecież jeszcze parę godzin wcześniej był śmiech, gitara, nalewka od babci. Teraz – martwa cisza.

Zamknęłam okno i poszłam do kuchni po szklankę wody.

– Kinga – odezwała się cicho Zośka zza moich pleców – ty też masz wrażenie, że coś tu się nie zgadza?

– Masz na myśli to, że właśnie wykopaliśmy pustą trumnę? – spojrzałam na nią z ukosa.

Wzruszyła ramionami. Coś było nie tak, ale nie potrafiłam powiedzieć co.

–A jeżeli ktoś podmienił trumny?

Dreszcz przebiegł mi po plecach. Zośka zamilkła, jakby próbowała poukładać myśli. Na zewnątrz znowu rozległo się pohukiwanie puszczyka.

–Możliwe, że to ktoś z zakladu pogrzebowego. Porozmawiamy z chłopakami. –Spojrzałam na zegarek. Dochodziła trzecia w nocy. – Spotkamy sie z nimi rano. Teraz pewnie już śpią.

Następnego ranka obudziło mnie pukanie. Zeszłam do holu w koszulce z lamą i otworzyłam drzwi. Na progu stał człowiek w kapeluszu, z reklamówką z Biedronki.

– Dzień dobry, panienko – powiedział. – Dzwoniła do mnie pani z Urzędu Gminy. Podobno tu była nielegalna ekshumacja?

– Nie ekshumacja, tylko… eee… integracja – wypaliła Zośka zza moich pleców.

– Akurat w okolicy był cmentarz – dodała Jola, stojąca w holu.

–A kim pan jest, że się pan tak dopytuje z rana? – zapytałam.

–Sołtys. Błażej Kacperek. – Mężczyzna uchylił kapelusz. – A trumna to gdzie teraz jest?

– Trumna? – zapytałam – To jakiś kod, wie pan, metafora życia, przemijania?

– No TA trumna, co ją chłopaki wykopali – powiedział nieco żywiej.

– Aaa, ta. To nie była prawdziwa trumna. To był rekwizyt. Do przedstawienia – powiedziała Jola, włączając tryb „ściema level: festiwal teatralny”.

– Co wy tam miałyście za przedstawienie? “Weekend u dziadka”?

– Raczej “Weekend z dziadkiem, który jednak nie umarł” – mruknęłam. Spojrzał na mnie marszcząc krzaczaste brwi.

–Przyjdą panienki do urzędu złożyć wyjaśnienia. – Znowu uchylił kapelusz i odszedl w siną dal.

Zamknęłam drzwi i oparłam się o nie plecami.

– No to pięknie. Wczoraj groby, dziś urzędnicy. Jutro co? TVP Info i odcinek specjalny „Magazynu Kryminalnego 997”? Chodźmy do kuchni, zaparzymy kawy i pomyślimy co dalej. Zosia, pójdź po Ewę, będziemy w komplecie – powiedzialam.

– Dziadek naprawdę mógł wygrać w totka i upozorować swoją śmierć, żeby nie dzielić się z rodziną. Zamiast nieboszczyka była pusta trumna. Zresztą, kto sprawdza, co naprawdę jest w trumnie podczas pogrzebu? – rozważała Jola, wystawiając na stół nasze poranne zapasy, a ja nastawiłam kawę. Zosia weszła do kuchni przeglądając wiadomości w telefonie.

–Skąd on wiedział kto był na cmentarzu?

Odwróciłam się w jej stronę.

–Może siedział za krzakiem i podsłuchiwał?

– Dziewczyny – powiedziała Zośka – to wszystko brzmi jak kiepski odcinek „Z Archiwum X”, ale jeśli trumna była pusta, a dziadek faktycznie wygrał te dziesięć milionów…

– To może sam się „ewakuował”? – podsunęła Jola z przekąsem.

– Albo ktoś go „ewakuował” – Ewa weszla do kuchni, układając palcami rozczochrane włosy.

–Trzeba porozmawiać z chłopakami, chodźmy –  powiedzialam.

–Co ci tak spieszno? Najpierw zjemy, ogarniemy się i zajrzymy do nich. Trzeba też sprawdzić zakład pogrzebowy, ktoś na pewno wiedział o pustej trumnie. – Zosia nabrała chęci do działania. 

Po śniadaniu, uzbrojone w resztki zdrowego rozsądku, termos z kawą, którym ewentualnie mogłyśmy komuś przyłożyć, ruszyłyśmy do chłopaków. Jednak nikt nie odpowiadał na nasze pukanie.

– Może śpią jak zabici – mruknęła Ewa, po czym zamilkła, zdając sobie sprawę z doboru słów.

Weszłyśmy do środka. Panował lekki bałagan, na stole stała niedopita butelka babcinej nalewki, rozsypane chipsy i opakowanie mąki. Ale żadnego śladu po chłopakach.

– No nie… zgarnęli ich? – zapytała Jola, zerkając na mnie.

– Przestań. Może poszli do sklepu albo na spacer. Albo się boją i się schowali.

Zajrzałyśmy do pokoi. Puste. 

– Czyli mamy kilka opcji – Zośka zaczęła wyliczać na palcach – chłopcy: a) uciekli, b) zostali porwani przez dziadka-milionera, który żyje i ma się dobrze, c) zostali zjedzeni przez puszczyka-mutanta.

Zebrałyśmy się z powrotem do siebie. Sytuacja zaczynała robić się coraz bardziej niepokojąca. W południe, kiedy słońce prażyło jak na patelni, pod nasz domek zajechała stara skoda. Wysiadła z niej kobieta w średnim wieku, w okularach i różowej marynarce. Niosła czarną teczkę.

– Dzień dobry – powiedziała, poprawiając okulary. – Jestem Grażyna Śledź, pracuję w Urzędzie Gminy, wydział do spraw cmentarzy i spoczynków wieczystych.

– Jakich spoczynków? – zapytała Jola.

– W skrócie: wiem o waszej nocnej wycieczce. I przyjechałam zanim sprawa pójdzie do prokuratury.

– To był żart. Happening. Akcja artystyczna. Instalacja performatywna z elementami rekonstrukcji pogrzebu.

Grażyna Śledź spojrzała na nas tak, jakbyśmy właśnie przyznały się do czarów.

– Dziewczynki – zaczęła tonem wychowawczyni przedszkolnej – Jest nagranie z dyktafonu. Słyszałam wszystko. Od „dziesięciu milionów w trumnie” po „ktoś nas wymorduje”.

Zamarłyśmy.

– A więc to było nagrywane – szepnęła Ewa.

– Na przyszłość: jak odkopujecie trumny, zawsze najpierw sprawdźcie, czy obok nie leży świeża lampka z mikrofonem – Grażyna Śledź westchnęła. – W tej chwili sprawa jest zawieszona, ale ktoś musi mi powiedzieć, gdzie są wasi koledzy.

Wymieniłyśmy spojrzenia.

– My właśnie ich szukamy – powiedziała szczerze Zośka.

– Ciekawe. Ostrzegam: jeśli do jutra nie uzyskam wyjaśnienia zgłoszę to dalej. I tyle z waszego „weekendu”.

Zniknęła tak nagle, jak się pojawiła. Gdy jej skoda zniknęła za zakrętem, padłyśmy na kanapy jak po trzech godzinach WF-u.

–Jeszcze trochę i zjawi się duch dziadka w puchowej kamizelce – jęknęła Jolka.

– I powie: “To ja, wygrałem w totka, ale miałem dość was wszystkich i teraz żyję na Karaibach”. Albo: “Ktoś mnie zabił i schował ciało w worku z mąką”.  – Pomyślałam o zostawionym na stole opakowaniu mąki.

Zrobiło się cicho.

–Klasyka, stary, opuszczony młyn – Jolka podrapała się po głowie.

–Jest tu jakiś opuszczony młyn? – zapytała Zośka, wstając.

– Idziemy. Ale najpierw kawa i jakieś narzędzie do samoobrony. Na przykład tasak do mięsa.

–A jak w młynie niczego nie znajdziemy, to trzeba będzie się udać do zakładu pogrzebowego.

Zanim wyruszyłyśmy, Jola, uzbrojona w kuchenny tasak i latarkę czołówkę, zarządziła odprawę w kuchni, jakbyśmy miały ruszyć na ekspedycję badawczą do amazońskiej dżungli, a nie do lokalnego młyna, który najprawdopodobniej był siedzibą jeży, a nie trupów.

– Opuszczony młyn jest koło potoku Złotna, posesja sześćdziesiąt osiem – powiedziała Ewa, stukając w ekran telefonu. – Ostatni wpis w internecie z 2020 roku, ktoś próbował tam kręcić film grozy, ale skończyło się na jednym ujęciu i pogryzieniu przez dzikiego kota.

– Idealnie – skwitowałam. – Miejsce na pewno bezpieczne i wcale nie przypomina scenariusza horroru klasy B.

Zabrałyśmy termos, tasak, latarki, bułki z serem i multitoola, który według Joli mógł przeciąć kłódkę, otworzyć piwo i naprawić traktor.

Droga do młyna prowadziła przez niewielki lasek, który w pełnym słońcu wyglądał całkiem przyjaźnie, ale i tak Zośka co chwilę odwracała się za siebie, jakby spodziewała się ataku zombie.

Młyn rzeczywiście był opuszczony – duży, z czerwonej cegły, z oberwanym dachem i wybitymi szybami. Nad wejściem wisiała zardzewiała tabliczka z napisem „Młyn wodny Bracia Bratkowscy 1911”.

– To tu – mruknęła Ewa. – Pachnie kurzem i tajemnicą.

Jola popchnęła drzwi. Skrzypnęły złowieszczo, jakby ostrzegały: „jeszcze możecie zawrócić”.

W środku panował półmrok. Promienie słońca przebijające sie przez szczeliny przecinały kurz, wirujący w powietrzu. Ceglane ściany pokrywał grafitti i pajęczyny. Zeszłyśmy na dół – do piwnicy. Światło latarki odbijało się od metalowych części starych maszyn.

Obok worka mąki leżała butelka babcinej nalewki i paczka czipsów.

– Byli tu i uciekli? – zapytałam.

– Albo nadal tu są – powiedziała Ewa i ruszyła w głąb piwnicy.

Usłyszałyśmy szelest. Szybki, nerwowy. Zamarłyśmy.

– Kto tam?! – zawołała Jola, unosząc tasak jak bohaterka z horroru „Piła 7: Powrót do kuchni”.

Ze sterty worków wyłoniła się głowa.

– Nie strzelajcie, to my! – krzyknął Andrzej, z mąką we włosach.

Za nim wysunął się Krzysiek, trzymając w rękach telefon.

– Co wy tu…? – zaczęła Zośka, ale Robert jej przerwał.

– On żyje! Dziadek! Przyszedl do nas w nocy! Ubrany jak na ryby, z walizką pełną pieniędzy. Powiedział, że „świat go rozczarował”.

– Co?! – wykrzyknęłyśmy chórem.

– Mówił, że wygrał w totka naprawdę. Ale rodzina się rzuciła na pieniądze jak na promocję w Lidlu. Więc sfingował śmierć i ukrył się tu, w młynie. Żywił się konserwami, mył w strumieniu i wieczorami grał w szachy z puszczykiem.

– Z puszczykiem? – Jola uniosła brwi.

– No dobra, to był inteligentny kot. Nieważne.

Krzysiek przejął głos.

–Powiedział, że trumnę sam przygotował, ale nie spodziewał się, że ktoś będzie grzebał w ziemi. Wkurzył się. Kazał nam nikomu nic nie mówić i zniknął.

–No ale pani Śledź wiedziała, że ktoś bedzie grzebał, bo postawiła dyktafon w lampce na grobie – powiedzialam.

–Oboje, Grażyna i Błażej chcą sie dorwać do pieniędzy dziadka. Ustawili podsłuch przy grobie, aby się dowiedzieć, gdzie dziadek się ukrył. Dlatego nie można im niczego powiedzieć. Dziadek zna okolice jak własną kieszeń, pracował w młynie. – Robert nerwowo przestępował z nogi ma nogę.

–U braci Bratkowskich.

Robert spojrzał na mnie ze zdziwieniem.

–No nie, bracia Bratkowscy jeszcze przed wojną sprzedali młyn ojcu dziadka, czyli mojemu pradziadkowi.

–Ale jest tabliczka.

–Zostawili na pamiątkę. Lepiej się kojarzy firma z przeszłością.

– Co teraz? – zapytała Ewa.

– Teraz – odparła Zośka – zjemy bułki, wypijemy kawę z termosu.

Z kąta pomieszczenia wyszedł Adam, patrzył na mnie z niepokojem, ale nic nie mówił. Podałam mu bułkę, którą przyjął z westchnieniem ulgi.

–A potem pójdziemy na policję.

–I co powiemy?

– Może prawdę?

– Tej wersji by nam nawet Netflix nie kupił.

Katarzyna Godefroy

8
0

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *