
.
Porwanie Drakuli
.
Rozmowa
Siedziałam przy kominku, w głębokim fotelu, z kotem na kolanach. Deszcz stukał w szyby, wiatr zawodził w kominie — klasyczny październikowy wieczór na zamku.
Drzwi otworzyły się gwałtownie i do biblioteki wszedł Hubert z obcym mężczyzną. Nieznajomy uniósł głowę i wciągnął powietrze jak pies myśliwski. Możliwe, że wyczuł moją obecność, ale nic nie powiedział.
— Przypuszczam, że nie przyszedł pan tu tylko po to, by podziwiać blask księżyca? — Hubert nonszalancko oparł się o framugę okna.
— Niezupełnie. Słyszałem, że zamek jest na sprzedaż.
— Jest pan zainteresowany?
— Bardzo. Ma niezwykły klimat… taki, którego dziś już się nie spotyka.
— To prawda. Choć wielu ludzi uważa to za przerażające.
— Tajemnica przyciąga bardziej niż luksus.
Oczy nieznajomego błysnęły fosforyzującym blaskiem, a Hubertowi po plecach przebiegł dreszcz.
— Jak mam pana nazywać, monsieur?
— Vlad.
— Rumun? — spytał Hubert z udawaną obojętnością.
— Można tak powiedzieć. Ze starego rodu z Transylwanii. — Obejrzał okno, przesunął dłonią po rzeźbionej ramie. — Ten zamek przypomina mi dom. Mógłbym tu odnaleźć spokój.
— Spokój? — Hubert parsknął. — Między przeciągami, duchami i kapryśnym piecem? Raczej pole bitwy.
Vlad uśmiechnął się chłodno.
— Bitwy mnie nie przerażają. — Zrobił krok naprzód. — Powiedz, byłbyś skłonny odstąpić mi ten zamek, gdybym złożył ofertę… nie do odrzucenia?
— To zależy — odpowiedział Hubert ostrożnie. — Licytacja jeszcze się nie rozpoczęła.
— Nie lubię czekać. Noc jest krótka. — Jego cień wydłużył się aż po sufit. — Niektóre okazje zdarzają się tylko raz… na sto lat.
— Mówisz jak bohater gotyckiego romansu.
— Być może nim jestem.
Wiatr wdarł się przez nieszczelne okno, gasząc świecę. Cień Vlada drgnął.
— Opowiedz o swojej ofercie — rzekł Hubert.
— Pieniądze. I obietnica, że zamek nie umrze.
— Brzmi jak reklama kredytu hipotecznego dla wampirów — mruknął Hubert.
Vlad uniósł brew, jakby nie był pewien, czy to żart.
— Zobaczysz. Noc ma swoje sposoby.
Musnął dłoń Huberta zimnymi palcami i zniknął tak nagle, jak się pojawił.
Wiatr zajęczał w wieży. Kot na moich kolanach prychnął i uciekł pod sofę.
— Nie możesz sprzedać zamku — powiedziałam. — Przecież mieszka tu Drakula.
— Nie mogę mu od razu odmówić. Nie wiem, co ukrywa. — Hubert westchnął. — Ale wiem jedno: jeśli ktoś wchodzi bez zaproszenia i znika bez śladu, to nie jest przedstawicielem banku.
Kot zasyczał w stronę drzwi.
— No proszę — mruknęłam. — Nawet kot wie, że nie należy sprzedawać zamku.
— Kupię cały zapas czosnku w wiosce — zdecydował Hubert. — Poproszę Jarząbka, żeby zrobił z niego zasłony.
Kot zamiauczał przeciągle, jakby chciał dodać: I słusznie!
.

.
Plan
.
Następnego ranka kuchnia tonęła w złotym świetle świtu. Zapach kawy mieszał się z aromatem tostów. Maestro Augusto ubijał jajka w ceramicznej misie z godnością alchemika, a ja obserwowałam zgromadzonych znad filiżanki espresso.
— Źle wyglądasz — Renkloda postawiła przed Hubertem kubek. — Jakbyś widział ducha.
— Prawie. Wampira zainteresowanego nieruchomościami.
Jarząbek uniósł wzrok znad gazety.
— Kolejna twoja nocna legenda?
— Nie legenda. Nazywał się Vlad.
Maestro przestał mieszać w misce.
— Vlad? Jak Wład Palownik?
Zapadła cisza.
— Nie mów, że zaprosiłeś go na oględziny.
— Nie zaprosiłem. Sam przyszedł.
— Świetnie — mruknął Jarząbek. — Albo oszalałeś, albo wkrótce zabraknie nam czosnku.
— Spokojnie — wtrącił Maestro. — Ten zamek przeżył już gorsze rzeczy: przeciągi, bazyliszka i ekipę reality show. Wampir to pestka.
— A jeśli wróci? — Hubert zmarszczył brwi. — Nie wiem, czy srebrny krzyżyk wystarczy.
Renkloda pochyliła się nad stołem.
— Trzeba go pokonać jego własną bronią.
— Czyli?
— Zorganizujemy bal maskowy! — ogłosiła. — Wypełnimy zamek życiem, światłem i hałasem. Jeśli lubi mrok, utopmy go w śmiechu.
Hubert zamyślił się.
— Genialne. Ożywiony zamek nie potrzebuje nowego pana.
— Dokładnie. Nieumarli nie znoszą tłumów.
Jarząbek kiwnął głową.
— Przywiążę czosnek do wszystkich drzwi, na wszelki wypadek.
— A ja — dodał Maestro — przygotuję bufet, któremu nawet wampir się nie oprze. Kaszanka, tartaletki z wiśniami, sos malinowy…
— Po prostu krew wszędzie — podsumował Hubert. — Idealnie.
Spojrzeliśmy po sobie. Plan był absurdalny, ale najlepsze pomysły zwykle takie bywają.
.
Bal
.
Wieczorem, w Halloween, zamek pulsował światłem dyniowych lampionów. Cienie tańczyły po ścianach, jakby same chciały się bawić.
Hubert krzątał się przy stole w holu, próbując zapanować nad rozsypującymi się cukierkami, gdy rozległo się pukanie.
— Cukierek albo psikus! — wrzasnęła gromadka dzieci.
— Wchodźcie śmiało! — zawołała Renkloda pojawiając się jak zjawa w białej gazowej sukni. — Pajęczyny są autentyczne jeszcze z czasów średniowiecza, proszę nie zrywać!
— A czosnek to nowa dekoracja! — dorzucił Jarząbek. — Chroni przed turystami z Transylwanii!
Z korytarza dobiegło skrzypienie drzwi. Wiatr poruszył firanką, a świeca zgasła z cichym syknięciem.
— Wreszcie jesteście! — zawołał Hubert, widząc mnie i Piotra.
Weszłam w czarnym płaszczu i masce, Piotr w błyszczącej zbroi, brzęcząc mieczem przy każdym kroku.
— Wyglądacie jak z legendy o Czarnym Rycerzu — mruknął Maestro, podając nam kieliszki grzanego wina.
— Albo z piekła rodem — zaśmiałam się. — Po drodze minęliśmy faceta w pelerynie. Stał pod bramą i patrzył prosto na nas.
— Wysoki, blady, z uśmiechem jak z reklamy pasty do zębów? — spytał Jarząbek.
— Właśnie.
Drzwi otworzyły się z jękiem i do sali wszedł Vlad, razem z nim do środka wtoczyły się jesienne liście poruszane podmuchami wiatru. Dzieci zapiszczały i zbiły się w gromadkę.
— Ale świetne przebranie! — zawołał jeden z odważniejszych chłopców. — Pan to wampir, co?
Vlad uśmiechnął się.
— Coś w tym rodzaju. Czy ja też dostanę cukierka?
Podałam mu lizaka w kształcie serca.
— Dziś wszyscy dostają.
— Wspaniale. Słodkiej nocy. — Skinął głową i zniknął.
Dzieci klaskały, a Maestro dolał dorosłym wina.
— Najlepsze Halloween od stu lat — westchnęła Renkloda.
— I oby ostatnie z wampirem w roli głównej — mruknął Jarząbek.
.

.
Pieśń
.
Kiedy dzieci rozeszły się z rodzicami do domów zamek ucichł. Jedynie wiatr z werwą uderzał o szyby, a płomień w kominku dogasał. Księżyc wychylił się zza chmur, oświetlając wieżę, przy której stała ciemna postać.
— Widzieliście? — szepnęła Renkloda, mrużąc oczy. — Na wieży coś się poruszyło.
— Pewnie kot — uspokoił ją Hubert. — Albo nietoperz.
Piotr odruchowo chwycił miecz. W ciemności dało się słyszeć kroki. Powolne człapanie, jakby ktoś sunął po podłodze w mokrych butach.
— Co się tak patrzycie? — w drzwiach stanął Drakula, otrzepując płaszcz z kropel deszczu.
— Gdzie byłeś? — spytał Hubert.
— Na spacerze. Chciałem zobaczyć zamek w świetle księżyca.
— Drako… co knujesz? — zapytałam.
— Myślisz, że jestem podmienionym Vladem? — Uśmiechnął się krzywo. — W tobie można czytać jak w otwartej księdze.
Przełknęłam głośno ślinę, wiedziałam, że Drakula potrafi czytać w myślach. Jakiś rodzaj telepatii czy jasnowidzenia. Zastanawiałam się czy tylko on to potrafił, czy inne wampiry również.
— Vlad ma serce z kamienia — ciągnął spokojnie. — Nie potrafiłby stać się mną. Jestem dla niego nieodgadnioną zagadką.
— Skąd o nim wiesz? — spytała Renkloda.
— Czuję jego negatywną wibrację. — Spojrzał w okno. — Jeśli kupi zamek, stanie się moim panem. A wtedy zrobi ze mną, co zechce. Pójdę na górę… poczatować. O Vladzie pomyślę jutro.
Zniknął na schodach. Kroki ucichły.
— „Poczatować”? — powtórzyła Renkloda. — On naprawdę to powiedział?
— Może loguje się na jakieś forum — mruknął Jarząbek. — „Zgryźliwi po północy”.
— Vlad i Drakula w jednym zamku… — westchnęłam. — To się źle skończy.
I wtedy z góry popłynęła melodia. Cicha, smutna, jak kołysanka w obcym języku.
.
Kto raz wypił krew, ten nie śpi,
aż księżyc zgasi swój blask.
Słowa starej pieśni
powtarza wiatr cały czas.
.
Kto raz spojrzy w noc bez tchu,
ten dnia już więcej nie chce.
Bo cień, gdy wkradnie się do snu,
zostaje w duszy — wiecznie.
.
Kto raz pokochał mroczną twarz,
co chłodem serce otula,
ten już na zawsze w sobie ma
ślad kłów — jak znak wampira.
.
A kiedy świt zapuka w drzwi,
i w promieniach rosa zapłonie,
wampir się śmieje, bo dobrze wie —
że noc to nie jest koniec.
.
Pieśń urwała się nagle. Jakby ktoś przeciął powietrze ostrzem. Zamek zamilkł. Kominek zgasł, a cisza była tak gęsta, że słyszeliśmy tylko własny przyspieszony oddech.
— On przestał śpiewać — szepnęła Renkloda, ściskając kieliszek z winem.
— Może poszedł spać? — próbował żartować Jarząbek, ale jego głos drżał.
— Wampiry nie śpią — przypomniał Hubert, marszcząc brwi.
Wstaliśmy niemal jednocześnie i wyszliśmy na korytarz patrząc na pogrążony w mroku strych. Kręte schody wydawały się dłuższe niż zwykle, a każdy krok dudnił w pustym korytarzu. Drzwi od strychu były uchylone.
Na łóżku leżał płaszcz, jeszcze wilgotny od deszczu. Na stole stał kałamarz z zanurzonym w nim piórem, niedopity kieliszek czerwonego wina i księga w podniszczonej skórzanej oprawie otwarta na stronie, gdzie ktoś zakreślił słowa: „Kto raz wypił krew, ten nie śpi.”
Renkloda przełknęła ślinę.
— Myślicie, że wyszedł?
Z daleka, z wieży, dobiegł odgłos dzwonu. Jeden, potem drugi. Dzwon, którego nikt nie używał od lat.
— To znak — powiedziałam. — W starych kronikach pisali, że kiedy dzwon sam dzwoni, to oznacza, że ktoś z mieszkańców zamku jest w niebezpieczeństwie.
Nie zdążyłam dokończyć zdania, kiedy podmuch wiatru zatrzasnął drzwi, za którymi rozległ się szyderczy śmiech. Spojrzeliśmy na siebie przerażeni. A dzwon zadzwonił po raz trzeci.
Katarzyna Godefroy