
.
Don Kichot z Komańczy
Niezwykłe przygody Don Kichota z la Manczy według Miguela Cervantesa de Saavedry/
„…I nigdy, przenigdy, nie przestawaj marzyć. Ale bacz uważnie, czego sobie życzysz…”
“…Y nunca, jamás, dejes de soñar. Pero mira bien lo que deseas…”
.
Gabinet psychiatryczny w szpitalu wojewódzkim. Na biurku stosy papierów, kubki po kawie, w kącie wieszak z długim płaszczem zimowym i dziwaczną czapką z gazety. Obok, oparty o ścianę, plastikowy miecz świetlny — dowód rzeczowy i zarazem rekwizyt. Za oknem widać ruchliwą ulicę, echo niedawnego wypadku na skrzyżowaniu Podkarpackiej i Matuszczaka, gdzie volkswagen zderzył się czołowo z busem mercedes, przewracając pojazd i blokując dwa pasy ruchu.
Postaci:
Dr Miśkiewicz – psychiatra, zafascynowany literaturą, mówi z sympatią o pacjencie.
Dr Lukerbach – psychiatra bardziej pragmatyczny, czujny, ostrzegający przed konsekwencjami medialnymi.
Dialog:
Dr Miśkiewicz (z uśmiechem, przeglądając notatki): — Proszę spojrzeć, panie kolego. Nasz Don Kichot z Komańczy. Iberysta, tłumacz Cervantesa, a teraz sam bohater własnej epopei. W płaszczu zimowym, z czapką z gazety, wymachuje mieczem świetlnym jak rycerz Jedi.
Dr Lukerbach (marszczy brwi, ale z lekkim rozbawieniem): — Tak, tak… tylko że ten rycerz Jedi zatrzymał tramwaj na środku skrzyżowania. Media już o tym piszą, a rodzina ma wpływy. Musimy być ostrożni.
Dr Miśkiewicz (z sympatią): — Ale przyzna pan, że to zabawne. Wyobrażał sobie walkę z machiną zła, a tymczasem zatrzymał tramwaj. I paradoksalnie — jego obłęd ocalił ludzi. Gdyby nie on, skutki zderzenia na Podkarpackiej mogły być jeszcze poważniejsze.
Dr Lukerbach (notując): — Pacjent niegroźny, lecz ewidentnie chory. Objawy urojeń wielkościowych, identyfikacja z bohaterem literackim. Ale sympatyczny, nawet błyskotliwy.
Dr Miśkiewicz (z lekkim śmiechem): — Opowiadał mi, że tramwaj to smok z La Manczy, a kierowca to czarnoksiężnik. A potem z pełną powagą tłumaczył, że jego tłumaczenie Cervantesa wymagało „przekroczenia granicy tekstu”.
Dr Lukerbach (z powagą): — I właśnie dlatego musimy uważać. To nie tylko pacjent, to znany dziennikarz. Każde nasze słowo może trafić do gazet.
Dr Miśkiewicz (zamyślony): — A jednak… czy nie jest w tym jakaś prawda? Że literatura potrafi tak zawładnąć człowiekiem, iż staje się jego rzeczywistością?
Dr Lukerbach (kończąc notatkę): — Prawda czy nie, nasza diagnoza musi być jasna. Pacjent zabawny, niegroźny, lecz wymagający leczenia. A miecz świetlny… zostaje w depozycie.
.
Dokument psychiatryczny – fragment diagnozy
.
Imię i nazwisko pacjenta: [anonimizowane] zamieszkały w Komańczy
Data badania: 14.11.2025 Miejsce: Szpital Wojewódzki w Rzeszowie
Wywiad: Pacjent znany jako tłumacz literatury iberyjskiej, w ostatnich tygodniach prezentuje objawy zaburzeń psychotycznych. Występują urojenia wielkościowe i identyfikacja z postacią Don Kichota. Pacjent nie przejawia agresji, zachowania oceniane jako niegroźne, choć społecznie dezorganizujące.
Objawy:
- Urojenia prześladowcze i wielkościowe (walka z tramwajem jako „smokiem”).
- Zaburzenia spójności myślenia, interpretacja rzeczywistości przez pryzmat literatury.
- Brak krytycyzmu wobec własnych zachowań.
- Nastrój podwyższony, pacjent wesoły, czasem euforyczny.
Diagnoza (ICD-10/ICD-11): F22.0 – Zaburzenia urojeniowe (paranoidalne), przewlekłe.
Wnioski: Pacjent wymaga dalszej obserwacji psychiatrycznej i leczenia farmakologicznego. Nie stanowi zagrożenia dla otoczenia, jednak ze względu na zainteresowanie mediów i rodziny zaleca się ostrożność w komunikacji oraz kontynuację hospitalizacji.
.

.
Scena: Sala wspólna
Na ścianie, wysoko pod sufitem, zawieszony telewizor sączył bez końca obrazy — migotliwe, bezkształtne, pozbawione sensu. Pacjenci, rozproszeni na krzesłach i łóżkach, siedzieli w półśnie, jakby wciągnięci w rytm beznadziejnego żucia treści, które nie miały ani początku, ani końca. Byli jak stado owiec, które nie wiedzą, że pasą się na jałowej ziemi.
Wtedy drzwi otworzyły się gwałtownie. Don Kichot z Komańczy wszedł, niosąc w spojrzeniu płomień, którego nie sposób było zignorować. Bez wahania postawił stopę na krześle, a potem wspiął się na nie, jakby wznosił się na kazalnicę. Wyciągnął rękę ku telewizorowi, jak ku smokowi, który więzi dusze, i przemówił głosem, w którym mieszała się archaiczna powaga z szaleńczą żarliwością:
Bracia uśpieni! Owce, które żujecie bez końca papkę obrazów! Czy nie widzicie, że ten ekran jest smokiem, który więzi wasze dusze? Powstańcie! Niechaj wasze oczy nie będą już karmione beznadziejną strawą, lecz niech spojrzą ku światłu wolności! Nie jesteście stadem, lecz rycerzami ducha! Niech każdy z was zerwie kajdany apatii i stanie się wojownikiem przebudzenia!
Sala zadrżała, lecz nie od entuzjazmu. Jeden pacjent przeciągle ziewnął, nie odrywając wzroku od telewizora. Drugi zachichotał, powtarzając półgłosem: „Smok, smok, telewizyjny smok…”. Trzeci podjął próbę wstania, lecz zaraz osunął się z powrotem na krzesło, jakby ciężar ciała był większy niż wezwanie. Reszta pozostała w bezruchu, obojętna, jakby słowa Don Kichota były tylko kolejnym programem w tle.
Don Kichot stał wciąż na krześle, jak na podwyższeniu, które w jego oczach było tronem kaznodziei i rycerza zarazem. Telewizor migotał nieustannie, rzucając na twarze pacjentów blade refleksy, jakby były to maski z gipsu, pozbawione życia. On jednak widział w nich nie stado owiec, lecz armię uśpionych wojowników, których należało obudzić.
„Oto wasze zadania, rycerze ducha!” — zawołał, a jego głos rozbrzmiał w sali jak dźwięk trąby bojowej. „Ty, który ziewasz, powstań i obal pilota, tego czarnoksiężnika, który jednym kliknięciem więzi wasze oczy! Ty, który się śmiejesz, niech twój śmiech stanie się fanfarą przebudzenia, niech rozbrzmi jak pieśń zwycięstwa! Ty, który próbowałeś wstać, dokończ dzieła, stań się pierwszym, który zerwie kajdany marazmu! A wy wszyscy, którzy milczycie, niech wasze milczenie przemieni się w hymn wolności, aby smok telewizyjny runął w proch i pył!
Pacjenci słuchali, lecz ich reakcje były jak echo groteski. Ziewający mężczyzna sięgnął po pilota, lecz zamiast obalić czarnoksiężnika, zmienił kanał, jakby w odpowiedzi na wezwanie Don Kichota chciał tylko odwrócić stronę w księdze obrazów. Śmiejący się pacjent zaczął klaskać w rytm własnego chichotu, tworząc absurdalną fanfarę, która bardziej przypominała kabaret niż hymn wolności. Ten, który próbował wstać, podniósł się na chwilę, lecz zaraz osunął się z powrotem, mrucząc z rezygnacją: „Za ciężkie…”, jakby ciężar jego ciała był większy niż ciężar kajdan, które miał zerwać. Reszta pozostała w bezruchu, ich twarze odbijały migotanie telewizora, a w oczach nie było ani gniewu, ani nadziei — tylko pustka, która chłonęła słowa Don Kichota jak studnia bez dna.
On jednak nie ustawał. W jego głosie mieszała się archaiczna powaga z szaleńczą żarliwością, a każde zdanie było jak cios miecza wymierzony w niewidzialnego smoka. Sala wspólna stawała się polem bitwy, w której rycerz walczył samotnie, otoczony przez apatycznych towarzyszy, którzy zamiast powstać, pozostawali w roli widzów, niezdolnych odróżnić kazanie od programu telewizyjnego.
W ciszy, która zapadła po płomiennej mowie Don Kichota, nagle rozległ się głos — nieśmiały, lecz podszyty dziwną odwagą. Jeden z pacjentów, dotąd skulony w kącie, podniósł się i powtórzył tonem naśladującym rycerską patetyczność:
Panie, ja pójdę z tobą! Niechaj będę twoim giermkiem, twoim towarzyszem w walce ze smokiem telewizji i w przebudzeniu tych dusz uśpionych!
Słowa te zabrzmiały jak echo, jak nieudolna kopia kazania, a jednak miały w sobie coś autentycznego — prostą, naiwną gotowość, która w groteskowym pejzażu sali wspólnej jawiła się jak iskra.
Don Kichot spojrzał na niego z góry, a jego twarz rozjaśniła się triumfem. Zszedł z krzesła powoli, jakby schodził z piedestału, i rozłożył szeroko ramiona, gotów objąć swego nowego giermka.
O, Sancho mój! — zawołał z uniesieniem. — Twój czyn jest formą wyzwolenia, twoje słowa są mieczem, który rozcina kajdany apatii! Tyś pierwszy, który powstał, tyś pierwszy, który zrozumiał, że nie jesteśmy stadem, lecz rycerzami ducha! Od dziś będziesz moim towarzyszem, moim giermkiem, moim bratem w walce!
Pacjent, nieco zawstydzony, pozwolił się objąć, a jego twarz, dotąd bez wyrazu, nabrała blasku dziwnej dumy. Reszta sali patrzyła na nich obojętnie, jak na teatr, który rozgrywał się obok telewizora, lecz w tym momencie Don Kichot i jego Sancho tworzyli własną rzeczywistość.
.
Notatka doktora Miśkiewicza
Pacjent Don Kichot wszedł na salę wspólną, zajął pozycję na krześle i wygłosił mowę o charakterze mesjańsko‑rycerskim, w której utożsamił telewizor ze smokiem więżącym dusze współpacjentów. Treść przemowy obejmowała wezwanie do przebudzenia, wyznaczenie misji rycerskich oraz apel o wspólne powstanie przeciwko apatii.
Reakcje współpacjentów były zróżnicowane: ziewanie, śmiech, zmiana kanału, chwilowa próba wstania, ogólna obojętność. W trakcie epizodu jeden z pacjentów podjął ton przemowy i zadeklarował chęć zostania giermkiem. Don Kichot przyjął go z szeroko otwartymi ramionami, nadając mu rolę Sancha Pansy i chwaląc jego czyn jako akt wyzwolenia.
Interpretacja: epizod urojeń o charakterze rycersko‑religijnym, z elementami teatralizacji i kaznodziejstwa, rozszerzony o komponent interakcyjny (tworzenie relacji rycerz‑giermek).
Zalecenie: dalsza obserwacja. Możliwe nasilenie urojeń w kontekście grupowym, szczególnie w obecności pacjentów podatnych na sugestię

.
Don Kichot i jego świeżo pozyskany giermek ruszyli przez korytarz, jakby wchodzili w nową krainę, w której miała rozegrać się kolejna bitwa. Drzwi do kuchni otworzyły się z jękiem zawiasów, a ich oczom ukazał się świat pełen pary, zapachów i stukotu garnków. Dla Don Kichota była to karczma — zamek pełen rycerzy i dam, gdzie miał zostać uroczyście pasowany.
Don Kichot i jego giermek wkroczyli do kuchni, która w jego oczach przemieniła się w salę tronową. Para unosząca się znad kotłów była mgłą bitewną, a zapach strawy – wonią królewskich uczt.
Pierwsze spojrzenie rycerza padło na młodą pomocnicę kucharza. Stała przy zlewie, z rękami mokrymi od naczyń, z twarzą zmęczoną codziennością. Dla Don Kichota była jednak objawieniem. Zbliżył się ku niej, padł na kolano i rozłożył ramiona, jakby składał hołd królowej:
O, najczystsza z dam, światło tej karczmy! Tyś Dulcynea, której piękno przewyższa blask gwiazd i której obecność rozprasza mrok apatii. Niechaj twe spojrzenie stanie się moim przewodnikiem w drodze ku zwycięstwu!
Pomocnica zamarła, oniemiała, nie wiedząc, jak zareagować. Jej oczy rozszerzyły się ze strachu, a wargi drżały, aż w końcu wyszeptała, cofając się w zakłopotaniu:
To wariat…
Śmiech kilku kuchennych pomocników rozległ się w tle, a atmosfera groteski gęstniała.
Dopiero wtedy Don Kichot zwrócił się ku głównemu kucharzowi, który stał przy wielkim kotle niczym monarcha władca ognia.
O królu, panie zamku, oto przybywam, byś nadał mi tytuł rycerza! Niechaj twe ręce, które władają strawą i płomieniem, pasują mnie na obrońcę wolności i ducha!
Kucharz, rozbawiony i zniecierpliwiony, chwycił wielką chochlę, jakby była mieczem. Z teatralnym gestem dotknął nią ramienia Don Kichota.
Pasuję cię na rycerza tej kuchni” — rzekł z szyderczą powagą.
Don Kichot rozpromienił się, jakby otrzymał najwspanialszy tytuł w dziejach. Rozłożył ramiona, gotów objąć cały świat.
Ale koronacja trwała tylko chwilę. Kucharz, nie tracąc ani sekundy, chwycił go za barki i popchnął ku drzwiom. Z brutalną prostotą wyrzucił go z kuchni, jak niepotrzebny garnek. Don Kichot runął na ziemię jak rycerz po przegranej bitwie.
Sancho Pansa, wierny giermek, podbiegł natychmiast, podnosząc swego pana z podłogi.
Panie — rzekł z ironiczną czułością — oto znak, że zostałeś pasowany nie mieczem, lecz chochlą, a koronowany kopniakiem. Król kuchni nadał ci tytuł i zaraz potem wygnał cię z zamku. A Dulcynea? Ona nazwała cię wariatem, lecz czyż nie każdy rycerz jest wariatem w oczach świata? Powstań, panie, bo twoja droga dopiero się zaczyna.
Don Kichot, otrzepując się z pyłu, spojrzał na giermka z wdzięcznością, jakby jego słowa były balsamem. I tak groteskowy rytuał kuchennej karczmy zakończył się pasowaniem chochlą i wyrzuceniem przez drzwi, a rycerz i giermek znaleźli wspólnotę w upokorzeniu, które stało się ich pierwszym zwycięstwem.
Dwaj pielęgniarze, potężni niczym strażnicy zamkowych bram, pojawili się nagle w kuchni, gdzie jeszcze unosiła się para po groteskowym pasowaniu chochlą. Ich dłonie, twarde i pewne, ujęły Don Kichota pod ramiona. Nie było w tym brutalności, lecz stanowczość, która nie pozostawiała miejsca na sprzeciw. Ruszyli długim korytarzem, którego jarzeniówki migotały jak pochodnie w zamku, a echo kroków niosło się jak rytm marszu.
Don Kichot szedł z podniesioną głową, jakby prowadzono go nie na sesję terapeutyczną, lecz na audiencję przed monarchami. Sancho Pansa, wierny giermek, podążał tuż obok, komentując półgłosem:
Patrzcie, oto orszak rycerski. Straż królewska prowadzi mojego pana na dwór książąt. Choć wygląda to jak konwój do gabinetu, w istocie jest to triumfalny pochód.
Korytarz zdawał się nie mieć końca, a każdy krok był częścią ceremonii. Wreszcie drzwi otworzyły się i ukazał się gabinet — przestrzeń, która w oczach Don Kichota przemieniła się w salę tronową dworu.
Za biurkiem siedzieli psychiatrzy Lukerbach i Miśkiewicz. Ich twarze były poważne, lecz w spojrzeniach kryła się ironia, jakby odgrywali rolę książąt, którzy z nudów postanowili zabawić się szaleńcem.
Miśkiewicz: „Witaj, rycerzu. Opowiedz nam o swoich czynach. Jakie bitwy stoczyłeś? Jakie smoki pokonałeś?”
Don Kichot (unosząc głowę z dumą): „Olbrzymy tramwajowe runęły pod moim mieczem, telewizyjny smok został wyzwany na pojedynek, a Dulcynea z kuchni rozświetliła mroki apatii. Moje czyny są świadectwem walki o wolność ducha!”
Lukerbach (notując z ironiczną powagą): „Wielkie to czyny, rycerzu. A powiedz, czy smok telewizyjny nadal więzi dusze twoich braci?”
Don Kichot: „Tak, książę panie, lecz ja ich obudziłem! Wezwałem do powstania, do zerwania kajdan. Choć nie wszyscy powstali, ziarno zostało zasiane.”
Sancho Pansa, siedzący obok, parsknął śmiechem i rzekł głośno: „Oto dwór książąt, którzy zamiast mieczy mają długopisy, a zamiast pasowania — notatki. Mój pan walczy w gabinecie, a jego czyny stają się rozrywką dla możnych.”
Miśkiewicz (z łagodną ironią): „Sancho, twoje słowa są trafne. Ale powiedz, czy nie lepiej, by twój pan odpoczął? Rycerz też musi złożyć miecz.”
Sancho: „Panie, każdy rycerz musi odpocząć, choćby w gabinecie. Ale pamiętajcie, że jego miecz jest ostrzejszy niż wasze pióra.”
Don Kichot spojrzał na nich, a jego twarz, dotąd rozpalona, zaczęła się uspokajać. Ramiona opadły, głos stracił żarliwość. Jakby w tej groteskowej ceremonii, w tym dworskim spektaklu, znalazł chwilowe ukojenie.
Lukerbach (zamyka notatnik): „Rycerzu, twoja walka jest już zapisana. Teraz odpocznij.”
Don Kichot skinął głową, a Sancho, z ironicznym uśmiechem, podsumował: „Panie, oto zwycięstwo. Nie mieczem, nie kopniakiem, lecz słowem książąt zostałeś uspokojony. A ja, twój giermek, powiem ci: każda bitwa kończy się w gabinecie.”
Don Kichot, uspokojony, siedział w kącie, a Sancho Pansa milczał, jakby nagle stracił język. Dwaj lekarze – Miśkiewicz i Lukerbach – pozostali przy biurku, pochylając się nad kartkami, które w ich rękach przypominały kroniki dworskie. Cisza była gęsta, lecz w końcu Miśkiewicz odezwał się pierwszy:
Miśkiewicz: „Widzisz, Lukerbachu, jak łatwo urojenie staje się teatrem? Pacjent wchodzi, a my, chcąc nie chcąc, odgrywamy rolę książąt. On potrzebuje dworu, więc my stajemy się dworem. Potrzebuje pasowania, więc dostaje pasowanie. Potrzebuje bitwy, więc zapisujemy ją w dokumentacji. To groteska, ale i metoda.”
Lukerbach (z lekkim uśmiechem, notując powoli): „Tak, groteska, lecz skuteczna. W jego oczach byliśmy monarchami, a w naszych – tylko lekarzami. A jednak w tej podwójnej grze znalazł spokój. Może właśnie dlatego, że pozwoliliśmy mu pozostać rycerzem, zamiast odbierać mu miecz.”
Miśkiewicz: „Rycerz, który walczy z tramwajami i telewizorem… A jednak, czy nie każdy pacjent walczy z własnym smokiem? My tylko nadajemy temu kształt, by nie rozpadł się w chaosie.”
Lukerbach: „Dokładnie. Nasza rola to nie tyle leczenie, co nadawanie formy. On potrzebuje narracji, a my jesteśmy jej redaktorami. Dwór książąt, sesja terapeutyczna, pasowanie chochlą – wszystko to są rozdziały jego epopei. A my, Miśkiewiczu, jesteśmy kronikarzami.”
Miśkiewicz odłożył pióro i spojrzał na Don Kichota, który siedział spokojnie, jakby wreszcie odnalazł chwilę wytchnienia.
Miśkiewicz (cicho, niemal do siebie): „Może to właśnie jest terapia – pozwolić pacjentowi być bohaterem własnej groteski, aż zmęczony sam odłoży miecz.”
Lukerbach skinął głową, a w jego spojrzeniu pojawiła się ironiczna powaga. Dwaj lekarze siedzieli w ciszy, jakby byli rzeczywiście książętami, którzy właśnie zakończyli audiencję.
.

.
Epilog – Rozmowa na korytarzu
.
Korytarz szpitalny był pusty, tylko echo kroków niosło się po zimnych kafelkach. Miśkiewicz zatrzymał się przy oknie, spojrzał w ciemność i odezwał się głosem, w którym brzmiała powaga, ale i cień melancholii.
Miśkiewicz: „Lukerbachu, pamiętasz tego pacjenta? Był u nas dwa miesiące. Sesje, rozmowy, leczenie – wszystko przebiegało jak należy. W końcu uznaliśmy go za prawie zdrowego. Zwolniliśmy, z zaleceniem, by kontynuował terapię już poza murami szpitala. Wydawało się, że odzyskał równowagę.”
Lukerbach (cicho, z namysłem): „Tak, pamiętam. Był spokojny, jakby naprawdę odnalazł grunt pod nogami. Wierzyłem, że sobie poradzi.”
Miśkiewicz wyjął z kieszeni złożony list, pożółkły od dotyku. „A potem przyszła wiadomość od jego lekarza prowadzącego. Pisał, że pacjent mimo wszelkich oznak uzdrowienia… umarł. Nie choroba go zabrała, nie ciało się poddało. Umarł, bo utracił wolę życia. Jakby cała terapia była tylko fasadą, a w środku pozostała pustka.”
Lukerbach milczał chwilę, a potem westchnął ciężko. „To najtrudniejsze, Miśkiewiczu. Możemy leczyć objawy, możemy prowadzić rozmowy, możemy nawet zbudować dla pacjenta teatr, w którym odnajdzie rolę. Ale jeśli zabraknie woli życia, wszystko się rozpada. To jest smok, którego nie umiemy pokonać.”
Miśkiewicz skinął głową, chowając list z powrotem do kieszeni. „Tak. I dlatego każdy nasz pacjent jest jak Don Kichot – walczy z własnymi olbrzymami, a my możemy tylko towarzyszyć mu w tej walce. Ale decyzja, czy chce żyć, należy do niego. A kiedy ta decyzja gaśnie, żaden dwór książąt, żadna terapia, żadna chochla nie wystarczy.”
Obaj lekarze ruszyli dalej korytarzem, ich sylwetki odbijały się w zimnym świetle lamp. Rozmowa ucichła, lecz w powietrzu pozostał ciężar słów.
Leonard
.
Film „Don Kiszot” (1933) to niema adaptacja powieści Miguela de Cervantesa w której Fiodor Szalapin zagrał tytułową rolę Don Kichota