
Zaślubiny
.
Już mi niosą suknię z welonem,
Już Cyganie czekają z muzyką,
Koń do taktu zamiata ogonem,
Mendelssohnem stukają kopyta.
.
Wiem, Leonardzie, powtarzam się, gdyż już raz śpiewałam tę piosenkę. Ale teraz jest mi potrzebna jako wprowadzenie do tematu ślubów.
Najpiękniejszy dzień życia. Tak nazywa się dzień, w którym dwoje ludzi mówi sobie „tak”, na dobre i na złe.
Welony, balony, muzyka, śpiew – wszystko po to, aby tanecznym krokiem wejść w życie we dwoje.
Czytam właśnie książkę Journal d’une wedding planner, czyli pamiętnik organizatorki ślubów. Jak wyglądają przygotowania do tego wyjątkowego dnia?
Wedding planner jest jednocześnie reżyserem, psychologiem i strażakiem gaszącym rozpalone emocje. Musi sprostać oczekiwaniom państwa młodych, rodziców i świadków, a przy tym zmieścić się w budżecie oraz pogodzić terminy księdza, kucharzy, florystów i całej obsługi przyjęcia. Powinien przewidzieć kaprysy pogody, zadbać o parkiet, by goście nie brodzili w błocie, dobrać kolor serwetek i obrusów, wydrukować menu, zamówić kwiaty, lampiony, a czasem nawet ogromny namiot, gdy niebo postanowi pokrzyżować weselne plany.
Dobry wedding planner powinien mieć nerwy ze stali i serce z aksamitu. W jednej chwili uspokaja pannę młodą, przekonaną, że świat się zawali, bo karta dań ma odcień kości słoniowej zamiast wymarzonej perły. W następnej tłumaczy ojcu pana młodego, że lista gości nie jest z gumy i dwudziestu kolejnych kuzynów nie da się dopisać na dzień przed weselem.
Ale książka nie opowiada wyłącznie o kwiatach, sukniach i dekoracjach. Zadaje znacznie trudniejsze pytanie.
Co zrobić, gdy widzi się, że dwoje ludzi nie powinno stanąć na ślubnym kobiercu? Czy milczeć, bo każdy ma prawo do własnych wyborów? Czy powiedzieć narzeczonej, że człowiek, którego kocha, jest manipulatorem i traktuje ją jak narzędzie do realizacji własnych planów?
Przed takim dylematem staje Zeli, organizująca ślub koleżanki z liceum. Wie więcej, niż chciałaby wiedzieć. Dostrzega sygnały ostrzegawcze, których Josephine nie zauważa albo nie chce zauważyć.
Bo prawda ma jedną niewygodną cechę – nie wystarczy ją wypowiedzieć, aby została przyjęta. Człowiek słyszy przede wszystkim to, na co jest gotowy. Resztę odrzuca, tłumaczy albo zagłusza nadzieją.
I chyba dlatego tak wiele osób woli żyć złudzeniami. Złudzenia są wygodne. Nie burzą planów, nie każą odwoływać wesela ani oddawać sukni do salonu. Pozwalają wierzyć, że po ślubie wszystko się zmieni, że miłość naprawi charakter, a obrączka uleczy egoizm.
Tylko że małżeństwo nie zmienia człowieka. Ono jedynie wyraźniej pokazuje, kim naprawdę jest. Ślub nie czyni manipulatora uczciwym, a egoisty troskliwym partnerem. Zdejmuje jedynie dekoracje, które tak pieczołowicie przygotowywano przez wiele miesięcy, i pozostawia dwoje ludzi sam na sam z codziennością.
Kasia Godefroy
Od razu przypomina mi się huczny ślub koleżanki z panem, który okazał się gejem. Ksiądz zapytał go, czy na pewno wie, co robi. Jeśli zapytał to chyba wiedział, kim jest, jednak prawdy nie ujawnił. Dlaczego? Czy ja bym jej powiedziała? Myślę, że tak, ale obawiam się, że koleżanka by mnie nie słuchała.
Myślę, że ślub jednak zmienia niektórych ludzi. Przede wszystkim uczy odpowiedzialności za „MY”, za dwie osoby a z czasem za całą rodzinę z dziećmi.
Ślub zmienia też inaczej ludzi. W jednych uwydatnia i wzmacnia ich złe cechy, bo znaleźli „ofiarę” do dręczenia. Ale w innych ludziach potrafi wydobyć na światło wcześniej ukryte dobre cechy, których widocznie nie mieli komu okazać.
Jedno jest pewne. Po kilku, kilkunastu lub kilkudziesięciu latach małżeństwa żadna osoba w związku nie jest już taka sama jak przed ślubem i życiem w pojedynkę.