.

.
Powrót latarnika
.
Miasteczko tańczyło pod chmurami. Skąpane w południowym słońcu błyszczało niczym odpustowy ołtarzyk. Wybijający się ponad całość ratusz prowadził w słonecznym tańcu smukłą wieżę kościoła. Za nimi podążały domy bogatych kupców. Te skromniejsze, należące do rodzin zubożałych rzemieślników oraz do dawnych rolników, nie skrzyły się już tak wyraźnie.Wszystko wirowało, jakby bez dbałości o harmonijny układ uliczek, jeszcze przed chwilą przecinających się pod kątem prostym. I gdy od ziemi zaczęła unosić się mgła, okrywając „tancerzy”, przetarł oczy wierzchiem dłoni. Poczuł, że pieką go i są zaczerwienione. Jak wtedy, podczas burzy piaskowej na pustynii, gdy piasek, pomimo szczelnego otulenia twarzy, wdzierał się szparami do oczu, wyciskając kłujące w kącikach oczu, łzy.
Tak gorąco. I tak tu spokojnie. Tylko ciche, jednostajne brzeczęnie owadów. Wielokrotnie wyobrażał sobie tę chwilę, gdy stanie na pagórku swojego dzieciństwa i że spojrzy na panoramę rozciągającą się poniżej. Na miasteczko, w którym urodził się i wychował, wtopione w ten jedyny na świecie krajobraz: łąki, na których wypasają się zwykłe, polskie, chłopów, pokrzykujących na oporne szkapy i na tę zakurzoną zawsze drogę, zaznaczoną kilkunastoma starymi wierzbami. Chłopaków pokrzykujących co prawda nie dojrzał, ale nadal na rozstajach stała ta prosta kapliczka, zawsze skłonna wysłuchać wędrownego dziada. Opodal dziupla w dębie kilkusetletnim, który którejś nocy, gdy niebo niemal zawaliło się na ziemię, nie oparł się piorunowi. Być może w tej naznaczonej ciemnością dziurze w drzewie, tam gdzies głęboko i już na zawsze, skrył się dawny, pogański świat. Tam przycupnęli i tam skulili się uchodzący przed cywlilzacją: wiedźma stara, pachnąca ziołami i przydrożny diabeł rogaty. Oboje skazani na wieczne obcowanie ze sobą, zdala od ludzkich oczu.
Jak okiem sięgnąć ciagnęly się przepełnione soczyste zielnią łąki oddzielające wsie, poniżej miasteczko i wreszcie nadbrzeżny lasek z wybijającą się ponad wszystko latarnią morską. Samotnym strażnikiem morza, postawionym na swej straży tak dawno, że już najstarsi mieszkańcy z pewnością nie pamiętają, przez kogo i dla kogo.
Czy jednak to wszystko można było nazwać ojczyzną, do której wracał? Czy do tego tęsknił? O tym śnił, a gdy na drugim końcu świata słyszał jakieś złe wiadomości z kraju. Gdy unosił się gniewem, przepełniony jednocześnie goryczą i bezsilnością.
Ze słonym wiatrem na twarzy, niosąc w sobie zapachy i widoki dzieciństwa i młodzieńczych lat , mógł już powrócić do miasteczka. Upał mocno doskwierał. Błądzą wąskimi uliczkami starał się rozpoznawać znajome miejsca, odnajdując w sobie, z trudnością “odławiając” te dawne, najgłębiej zepchnięte uczucia, emocje i myśli..
Poczuł, że chce mu się pić. Nogi same zaniosły go na ulice Ratuszową. Ileż to razy deptał przed trzydziestu dwu laty po tych (wciąż zachowanych!) kocich łbach, idąc do fryzjera lub sklepu Bolka Rzeźnika, a potem jednej z dwóch miasteczkowych kawiarnio-restauracji. Nieodmiennie zachwycając się po drodze unikatową architekturą kamieniczek. Wyławiał oczami domy stylizowane na secesyjne. Inne jeszcze, przebudowane wa XVII w. “na bogato” , nawet z niezłym gustem, ozdobione były gdzieniegdzie jakimiś symbolami. Narzucającymi myśl o istnieniu być może jeszcze czegoś doskonalszego, jednak już gdzieś w świecie nierozpoznanym a przede wszystkim – niedostrzegalnym.
I była na Ratuszowej oczywiście wesoła restauracja, może lepiej byłoby ją nazwać nadmorską tawerną, wokół której “od zawsze” koncentrowało się życie miasteczka. Drewniany, wymalowany szyld informował „Małe Pi i ryb…”. Końcowe literki napisu zatarły zapewne już dawno temu. Nikomu to widać przeszkadzało i nadal chodzili na piwko do PI i na świeżą rybkę z portu. Najważniejsze, że można było schłodzić się pienistym łykiem. Potem, jeśli ktoś nie chciał włączać się do rozmów, mógł wypełniać glowę rozmyślaniami.
Zdecydowal się tu wstąpić. Knajpa przywitała go ostrym zapachem tytoniu zmieszanym z kwaśnym odorem „morskiego piwa „. Rozmowy wiły się leniwie pod sufitem. O tej porze, czyli po robocie, tawerna była już niemal całkowicie wypełniona. Stoliki oblegli ludźie o twarzach prostych i o żywych spojrzeniach, nosach i policzkach zaczerwienionych, pokrzepionych piwem z miodem i setką wódki na wzmocnienie i jakże zabsorbowanych najnowszymi sensacyjkami, których omówienia domaga się zamknięcie małomiasteczkowego dnia.
Nikt nie odnotował jego przybycia, w każdym razie nie wzbudziło ono żadnego poruszenia.
– Rozpoczął się sezon turystyczny, turyści tu docierają rózni, a lokalsi zawsze mają o czym deliberować w swoim gronie – pomyślał.
Dym z tabaki, palonej przez tych którzy nie chcieli jawnie łamać zakazu plaenia, więc w roblili dyskretnie w drzwiach tawerny oraz zapach potu ludzi i zwierząt gospodarskich i przyciszone głosy, wszystko to zmieszało się ze sobą, przywołując wsmpomnienia. Przepływające obrazy przyspieszały bicie serca.Gdy się uspokoił, ruszył z miejsca, odważając się zapytać mężczyzn okupujących stolik pod oknem: mogę się przysiąść? Siadaj – ktoś dał mu pozwolenie skinieniem głowy. Rozmowa przy “ich” stoliku snuła się leniwą smużką podświelonego dymu. Dotyczyła – jak zrozumiał – obciętej przez rząd normy połowu ryb na kutrach – w zamian za porzucenie rybołówstwa i za unijną, całkiem chyba atrakcyjną gratyfikację majacą – przynajmniej w założeniu – skutecznie wesprzeć rybaków przy starcie w nowej pracy. Miejscowi rozmawiali ze sobą trochę gwarą, którą ledwie pamiętał i głównie półsłówkami. Ponieważ niewiele z tego rozumiał, przestał śledzić rozmowę. W oczekiwaniu na piwo skręcił sobie papierosa z paczkowanego, kupionego jeszcze w Holandii tytoniu. Taki właśnie lubił. Tak więc miał to, co chciał: wszystko co sam zrobil, czego dokonał od początku do końca bez niczyjej pomocy, co wcześniej robił dla siebie w życiu, tylko czasem innych ludzi, napełniało go satysfkacją.
Po dłuższej chwili zjawił się kelner. Nie znał go, bo skąd niby miałby go znać? Tak wiele, wiele wody upłynęło, odkąd opuścił miasto, by zakosztować świata. Przez te minione lata tyle się zdarzyło i wciąż go spotyka rzeczy nowych. Często zdumiewających, trudnych do wyjaśnienia, ale spojonych jakąś wyraźną, jednak zawsze umykającą zaklasyfikowaniu, zasadą.
Ktoregoś dnia, tam, na dalekiej obczyźnie, komuś szczególnie mu bliskiemu musiał przyznać rację: w tym życiu naszym Władcą Nadziei, Pokrzepienia oraz Śmierci i Odrodzenia a zarazem tym wszystkim, co wypełnia przestrzeń pomiędzy nimi, była, jest i zawsze będzie – Zmiana. Gdy tylko poznał tę prawdę, początkowo próbował się jej opierać. Póbując zatrzymać dobry czas, umykająśśące chwile, potrafił zastygać niczym posąg. Nie przeszkadzało mu to jednak marzyć o opuszczonej Ojczyźnie, tej krainie młodości, którą tak porzucił. Tylko na krótką chwilę udawało mu się zostać przy niej myślami. Zaraz życie samo pchało go gdzieś dalej i dalej. Dostarczając licznych dowodów, że nieubłagana Zmiana wyprzedza wszystkie nasze kroki. I że dopiero pełne tego zrozumienie i afirmacja, mogą trwale uspokoić targanego emocjami ducha.
Chociaż zrozumiał i przyjął nieuchronność Zmiany oraz widział i dostrzegał, że wszystko ma jakiś wyższy sens, przylatując do Polski po tylu latach, zwyczajnie bał się. Tak bardzo się bał, że wszystko będzie już zupełnie inne. Inne, obce i wrogie. Nie do poznania. Jedak mylił się. Było inaczej. Czuł się tu dobrze.
Młody czlowiek zebrał puste kufle ze stolika. Niemal jednocześnie, drugą ręką, wyuczonym, profesjonalnym ruchem, postawił przed nim kolejne, chłodne „morskie”. Tym razem przyprawione miodem i z wyrazistą pianką, taką nie za dużą i nie za małą. Uśmiechnął się do kelnera z wdzięcznością. Chłopak nieznacznie odwzajemnił uśmiech, szybko znikając gdzieś na zapleczu.
Gdy dopił piwo, podniósł rękę, by palcami zastygnalizować kelnerowi, że ma ochotę na następny. Międzynarodowy ten gest bywał zrozumiały nie tylko we Francji, gdzie stosuje się go zwyczajowo.
Nagle w tawernie zapadla cisza. Zamarł więc z ręką na wpół uniesioną. Zmrożony tą nagłą, niezrozumiałą ciszą i przeszywajacymi go spojrzeniami miejscowych.
Kelner krążył pomiędzy stolikami, jego stolik jednak omijając i wyraźnie unikając z nim kontaktu wzrokowego. Gdy w końcu “zakotwiczył”,w jego głosie słychac było z trudem skrywane poirytowanie:
– Widać, że pan gość w naszym miasteczku. U nas piwa nie woła się. Sam przynoszę. Życzy pan sobie jeszcze?
– Nie, już mi wystarczy. Przepraszam.. Ile płacę?
Piwa szumiały mu w głowie. Nabrał wigoru i postanowił poszukać noclegu. Przypomniał mu się pensjonat „Pod latarnią morską „. Może jeszcze istnieje? Po drodzę trzeba będzie jednak zgłosić w gmienie swoje przybycie do miasta. Ratusz był niedaleko, droga zajęła mu nie więcej niż pięć minut. Miasteczko nie potrzebowało komunikacji miejskiej. Było tak małe, że nawet chodzienie po nim z GPS mijało się z celem. O wiele łatwiej penetrowalo się je wykorzystując nieznane wiekszości turystów skróty.Te wciąż były tam, gdzie kiedyś i teraz należało jeszcze tylko przecisnąć się przez kilka “łączników” pomiędzy przytulonymi do siebie kamienicami. Najpierw jednak zaliczy urząd miejski a w potem hotel.
Być może to wakacyjny czas, a może to, że wiele urzędowych spraw można zalatwiać już przez internet, sprawiły, że w niemal opustoszalym ratuszu nikt nie wygrzewał krzeseł. Urzędnik przyjął go niemal natychmiast.
– Dzień dobry – miły uśmiech na przywitanie. Oficiel musiał być wysokiego wzostu znacznie wyrastając zza przepastnego biurka. Pan nowy w naszym mieście? – zagaił.
– Niezupełnie – odparł. Przyjechałem zza granicy. Urodziłem się tu i mieszkałem wiele lat, potem wyjachalem zagranicę, wtedy, gdy już było można wyjeżdzać bez wymyślania niestworzonych rzeczy i odpowiadania na krępujące pytania o powód wyjazdu.
– Skąd pan przyjechał?
– Byłem we Francji a ostatnio mieszkałem w Ameryce ..tułałem się też po różnych krajach… trochę w Europie, także Afryce, nawet na Dalekim Wschodzie.
– I tak wrócił pan po wielu latach? Tu, do naszego miasteczka?
– Dokladnie po trzydziestu dwóch. Chciałbym zostać na stałe. To jest chyba “moje” miejsce, tak to czuję, rozumie pan..?
Urządnik milczał.
– Podejmie pan pracę? – kontynuował wywiad.
– Chciałbym zająć się tym, czym kiedyś. Na nie zależy mi wysokiem wynagrodzeniu, mam trochę zaoszczędzonych pieniędzy.
– No tak – oczy urzędnika zabłysły. W tej chwili szuka pan pewnie noclegu? Mógłby pan ewentualnie zatrzymać się u mnie… mam duże mieszkanie… dzieci nie przeszkadzają, już wyszły z domu…
– Dziękuję, ale wolę hotel. Przynajmniej na razie. W związku z tym mam do pana małą prośbę. Przed emigracją byłem kilka lat latarnikiem. Mieszkanie w waszej latarni bardzo mi odpowiadało, ta praca też. Jeśli…
– Latarnik? W naszej latarni? – urzędnik aż wstał zza biurka. Skrzypnęło krzesło. Podszedł do okna. Jakiś ptak w pobliskim parku wydał z siebie zgrztliwy, przeciągły dźwięk.
– To niemożliwe, proszę pana! Nie może pan tam zamieszkać. Ani pracować w latarnii!
– Dlaczego nie? Zainstaluję się tam jakoś. Wnętrzem sam się zajmę, uprzątnę, urządzę. Nie oczekuję teraz wynagrodzenia. Chcę być po prostu użyteczny dla lokalnej społeczności – powiedział i łagodnym ruchem, ale szybko wsunął 300 dolarów w leżący na biurku papierowy kalendarz.
Latarnia jest od dawna nieczynna – wzrok urzędnika nie wyrażał nic, zmarszczenie czoła sugerowało jednak, że bije się z myślami. Nie trwało to jednak zbyt dlugo. Wyłuskany z kalendarza bankot zniknął w kieszeni przewieszonej przez krzesło marynarki.
– Hmmm.. może coś da się załatwić… Jeden warunek!. i proszę to dobrze zapamiętać: niech pan nie próbuje nawet zapalić latarni. To byłoby niepotrzebne. Wręcz szkodliwe, może i niebezpiczne. Nie należy tego robić, tyle panu mogę, tyle jestem zobowiązany powiedzieć i uprzedzić. Proszę się tym naprawdę przejąć i pamiętać! Teraz niech pan podpisze tu..i jeszcze tu…
Wszystko było już jasne. Na pożegnanie uścisnął urzędnikowi rękę i ruszył w kierunku do wyjścia.
– Aaa… niech pan chwilę jeszcze poczeka. Pewnie widział pan Niagarę? Te kaskady wody! Istne piekło! Jak słyszalem, istne piekło!
Rano zwolnił hotelowy pokój. Zostawiając recepcjonistce wszystkie potrzebne dane osobowe oraz obiecując uregulować rachunek, gdy tylko wymieni pieniądze w jakimś kantorze. Przypomniał sobie rozmowę w Ratuszu.Przyszło mu na myśl, że pomimo argumentu w postaci tych trzystu dolarów, urzędnik trochę zbyt szybko się na wszystko zgodził i dał mu klucz od latarni. Trochę tak, jakby spodziewał się już wcześniej, że przyjdzie do niego człowiek i będzie chciał w niej zamieszkać..
Wspinał się piaszczystą dróżką. Wydma stanowiła mało uczęszczany szlak, porosły skarłowaciałymi sosnami. Na szczycie hulał wiatr. Wzbijany w powietrze piach, niczym bardzo drobne muszki, kłuł w nos, policzki, uszy i przez chwilę poczuł się znów jak w portowej, marokańskiej Essaourze. Ale przecież był to kochany Bałtyk, żadne obce morze i żaden ocean.
Spojrzał w górę. Słońce było już wysoko. Zrobił jeszcze kilka kroków. Morze przywitało go jednostajnym szumem. A potem była już tylko latarnia, która kładła się długim cieniem na opustoszałą plażę.
Kiedy już „jako – tako” urządził się w latarnii, postanowił odwiedzić Rybkę. Osobnik ten mieszkał samotnie nad zatoką niemal “od zawsze” – jak mawiano. Za jedyne towarzyszki miał mewy, chętnie przysiadające na dachu rybackiej chaty. Właściwie nic się tu nie zmieniło. Nic od czasu, gdy był u Rybki ostatni raz. Sieci W słońcu suszyły się sieci a przy brzegu łagodnie kołysał się zakotwiczony kuter.
Przed wielu laty Rybka nie był jeszcze Rybką. Był kaletnikiem i podobno miał swoje mieszkanie w samym miasteczku. Potem przyszły czasy, gdy kraj zalała chińska, tandetna galanteria, a zawód, który Rybka wykonywał, przestał przynosić dochody. Ludzie nie potrzebowali już kaletnika – nikt nie naprawiał nawet urwanego paska. Szczęśliwie, pewnego dnia Rybka zakochał się ( i to miłością odwzajemnioną). Od tego momentu nie istniało dla niego już nic. Nic oprócz sieci, zapachu ryb, wschodów i zachodów słońca oraz tej, która wybrała go na zawsze – nieprzeniknionej, nieprzemierzonej toni morskiej.
Tak jak przypuszczał, stary niewiele się zmienił. Należał do tego typu ludzi, których czas rzeźbi bardzo powoli. Zastał go przy oprawianiu węgorzy. Rybka powitał go czule, chociaż na początku jakby z wyczuwalną rezerwę… ostatecznie te kilkanaście lat…
– Wreszcie wróciłeś do nas. Tyle czasu, tyle czasu…!
– Podróżowałem trochę… widziałem to i owo. Ale zmęczyłem się. Chciałbym spędzić spokojnie te ostatnie kilka, no może kilkanaście, lat…
– Rozumiem… tylko… u nas wiele się zmieniło. Ale… najpierw napijmy się! – nalał do szklanek. – Zdrowie!
– Co się zmieniło, Rybka?
– No… ludzie… Wielu z nas już nie żyje. Na przykład Bolek – rzeźnik. Pamiętasz jak jeździliśmy do niego po mięso? I pokazywał nam przy okazji taką swoją sztuczkę karcianą.
– Czy coś j e s z c z e zmieniło się?
– …
– Rybka!
Tamten spojrzał na niego zgaszonym wzrokiem.
– Ty coś przede mną ukrywasz…
– Nie wypytuj już. Pijmy. Będziesz miał otwarte oczy, sam zobaczysz. Ile razy byłeś już w miasteczku?
– Dwa. Pierwszy raz, gdy przyjechałem, drugi po jedzenie do tego nowego marketu. Potem nie wyściubiłem nosa z latarni.
– To dobrze. Teraz idź już. Jeśli nie do Pi, to gdzie indziej, idź sobie.
.

.
Opuścił rybacką chatę i zszedł do miasteczka, ponownie zapuszczając się w labirynt ulic. Przechodził obok otwartych witryn sklepowych pyszniących się świeżymi owocami, różnobarwnymi ciuchami i typowymi pamiątkami, jednak turystów dostrzegł niewielu. Kręcili się to tu, to tam, zaglądając do nowych kawiarenek pyszniących się kolorowymi parasolami i lodami o stu smakach, kołaczami czy goframi upstrzonymi górą owoców i wieloma innymi specjałami, których nazw nawet nie znał.
Wstąpił do sklepu elektrycznego z zamiarem zakupu żaróweczki do latarki. Potrzebował ruchomego światła, by swobodnie docierać do wszystkich zakamarków latarni. Tej potrzebnej żaróweczki akurat nie było, za to panienka za ladą zaproponowała mu zakup…modemu.
– Mam taki specjalny, dla pana — zrobiła do niego oko. — Wrócił pan zza granicy. Mam pan albo kupi telewizor. A telewizor bez modemu, nie może przecież pracować… – zachichowała.
– Wiem. Ale ja nie lubię telewizji. I nie kupię telewizora.
– Jak to? Przecież wszyscy… — zostawił ją zdziwioną, przykro zaskoczoną.
Przechodząc ulicą Ratuszową po drodze na rynek, usłyszał jakieś dziwne dzwięki. Dochodziły z bramy, a może z podwórza. Zaintrygowany, przystanął. Wtedy dżwięk ustał, za to doszedł go zdławiony charkot. Poczuł, że krople potu spływają mu z twarzy i karku. Przemógł się jednak i wszedł na podwórze. Nic. Cisza… Podwórko okrywała wieczorna mgła. Jeszcze kilka kroków… Znowu ten charkot. Zamarł bez ruchu, czekając na to nieuchronne, co zaraz się stanie…
Drzwi otworzyły się i w progu stanął człowiek w fartuchu poplamionym krwią. W ręku ściskał topór.
– Uszanowanie. Pan do mnie?
Znał te oczy. Tak bardzo niebieskie i zawsze pogodne. I ten nos, policzki.
– Bolek? — wyszeptał.
Zdziwienie odbiło się na twarzy mężczyzny. Odłożył narzędzie.
– Pewnie myśli pan o moim ojcu. Zmarł dwa lata temu. Znał go Pan? Ojciec miał wielu przyjaciół.
– Tak, znalem. Chyba tak. Dziękuję panu. Pójdę już. Proszę pozdrowić żonę.
– Nie mam żony. Nie wstąpi pan na herbatę?
– Niestety śpieszę się. Muszę coś załatwić…
– Coś powiem panu. Bądź pan ostrożny. To nie jest zbyt spokojne miasteczko i ludzie też już inni, niż kiedyś. No, do widzenia.
Dotarł na rynek. Zauważył, że restauracja “Szampańska” jest w remoncie albo w likwidacji. Szyba bieliła się farbą, pokreślona esami – floresami. Na niej plakat wzywał na wieczorną dyskotekę w klubie młodzieżowym. Nie wiadomo jednak na kiedy, bo deszcz zmył datę.
Na twarzy osiadły mu kropelki wody. Wiatr przyniósł ze sobą ochłodę z fontanny. Ta była na rynku od bardzo dawna i aż dziw, że czas jej nie zniszczył j. Ozdobne amorki przysiadły na brzegu górnej misy. Pulchne i ohydne, pobłyskiwały udawanym marmurem ze złoceniami. Zbliżył się, by przyjrzeć się, jak woda przelewa się z górnej misy do dolnej. Przez chwilę przypatrywał się refleksom tańczącym na wodzie..
Misa napełniała się… krwią. To naprawdę wyglądało na krew. Odskoczył od fontanny, przepełniony lękiem i obrzydzeniem. Z niedowierzaniem patrzył, jak purpurowa ciecz wąskim strumyczkiem cieknie po marmurze. Zacisnął powieki. To nie może być krew. Tego nie ma! Gdy otworzył powieki, krew co prawda nie wyciekała już poza misę fontanny, nadal się w niej zbierała. Podszedł i umoczył rękę. Szybko obtarł ją o spodnie. Krwawy ślad! Krzyknął.
Ktoś chwycił go za ramię. Biały fartuch, biały. To chyba lodziarz.
– Co jest?! Co się stało?
– Fontanna. Niech pan spojrzy…!
– Fontanna jak fontanna. Nic nadzwyczajnego… A co?
– Woda… czerwona… to chyba krew…
– Co pan! Normalna. No, może trochę brudna. Prawda, ludzie wrzucają tu różne paskudztwa. Papiery, niedopałki, ci letnicy…
Przyjrzał się dokładniej. Rzeczywiście, woda była mętna, ale po czerwieni nie byłu śladu.
– Pan też chyba przyjezdny — otaksował go wzrokiem lodziarz.
– Niech pan spojrzy — przerwał mu. – Mam czerwone ręce – pokazał . Sam nie wiedział, dlaczego próbuje przekonać tego człowieka.
– To od wiśni. Widzę, że pan kupił, torebka wystaje panu z kieszeni. Dziwny pan jakiś… Jadł pan wiśnie, żadna krew. Przepraszam, ale muszę już iść. Klienci czekają.
Przed lodziarnią ustawiła się kolejka krzykliwych kolonistów, w sumie nic nadzyczajnego, widok wręcz banalny.Turyści, których nagle przybyło (pewnie zajechał jakiś autokar), kręcili się wokół rynku, wymieniając uwagi na temat szkaradnych w większości pamiątek. Inni kupowali wiśnie i czereśnie na straganach od kupców, którzy na różne sposoby starali się chronić swoje produkty przed palącym słońcem. Nad wszystkim unosił się zapach smażonej ryby.
Jednak coś było nie tak. Jakoś “nie tak”. Jak mógł tego wcześniej nie dostrzec! Gazety! Po całym rynku walały się gazety. Niektóre zmięte, podeptane buciorami, inne nowsze. Targał je wiatr, płachty wzbijały się na krótko w powietrze, potem spadały jak ranne ptaki. – Przecież to jest czyste miasteczko — pomyślał. – A może służby komunalne… jakaś awaria, nie pracują?
Zajrzał do najbliższego kosza na śmieci. Też był pełen gazet. Starych i nowych..Delikatnie wyjął jeden egzemplarz, wyglądający na prawie nowy. Jakiś Kurier Lokalny czy coś takiego. Zastanawiające, bo inna jeszcze, obok leżąca gazeta miała to samo na okładce. Było to zdjęcie latarnii morskiej, a obok oszparowane…jego zdjęcie! Jedno z gorszych zresztą, jakie kiedyś zamieścił z braku lepszego na znanym portalu społecznościowym. Jego zdjęcie i jego twarz przekreślone były wyraźnie czerwonym krzyżykiem.
Przeczytał nagłówek: “Zmiana podstawy programowej dla szkół – “Latarnik” Sienkiewicza anachroniczną lekturą promujacą męską supremację”.
Podniósł kolejną gazetę. To samo, ten sam numer, ewidentnie z jego facjatą i także z przekreślonym na czerwono zdjęciem. Podniósl z ziemi jeszcze kilka innych egzepmplarzy, takich w trochę lepszym stanie: wsżedzie to samo! Zebrał, ile się tych gazet dało i wepchnął je do kosza. Dziwna, bardzo dziwna i nieprzyjemna sprawa – wzdrygnął się.
Wtedy poczuł na sobie czyjś wzrok. Odwrócił się. Mężczyźni obserwowali go z bramy kamienicy. Zakręcił się w miejscu, roześmiał nerwowo i przyspieszył kroku. Ruszyli za nim.
– Ej, Ty, z latarni, zatrzymaj się – ktoś krzyknął.
Długo biegł, klucząc, by zgubić prześladowców. Rzucał za siebie niespokojne spojrzenia. Ciemność wpłynęła na uliczki. Było pusto. Kamienice i obdrapane podwórka milczały, wchłaniając mrok, bramami, oknami, wszystkimi zaułkami. Prześladowcy gdzieś wreszcie zniknęli, chyba ich zgubił.
Gdy znalazł się znowu na morzem, odetchnął pełną piersią. Wiatr smagał mu twarz. Do latarni dotarł o zmroku, drzwi zidentyfikowal niemal po omacku, jedynie przy wątłym światełku ze smartfona, bo księżyc dawał nikłe światło. Rozpalił lampę naftową i sam później się zdziwił, jak szybko zasnął.
Następnego dnia obudziła go burza. Wiatr świstał przez szpary w ścianie, dobywając przejmujące granie. Zbliżał się sztorm. Morze kipiało, podrzucając przycumowane do mola kutry i jachty. Mewy odleciały gdzieś z krzykiem. Zjadł coś, ubrał się i poszedł do miasta. Pierwsza rzecz – wstąpić do biblioteki. Wyszedł stamtąd, mając ,,Alicję w Krainie Czarów”. Oraz świadomość, że może na kimś polegać. Oczywiście na Rybce, a teraz także na tej wspaniałej krainie fantazji.
Czuł się już lepiej.
Potem zajrzał do kiosku. Dziewczyna za szybą miała ładne oczy, podobała mu się. Kiedy tak patrzył na nią, uzmysłowił sobie, że coś jest na drodze do pełnego spotkania się ich spojrzeń. Kupił żaróweczkę i podziękował.
Przechadzając się po miasteczku znowu nie mógł pozbyć się wrażenia, że znowu ktoś go obserwuje. Przez rynek odprowadziły go krzywe spojrzenia jakiś dziadków. Siedzieli na murku, bo ławek nie było. Przyśpieszył kroku. Ściemniało się.
Teraz w i e d z i a ł już na pewno, że go obserwują. Gdy spoglądał w ich kierunku, chowali się za firankami.
Ktoś krzyczał z dna dużego śmietnika. Znowu tak specyficznie, chrapliwie. Odejść stąd jak najszybciej, odejść!
Gdy powrocił do latarni, wyrzucił wszystko z kieszeni marynarki, jakby chcąc w ten sposob pozbyć się rzeczy skażonych atmosferą miasteczka. Coś ściskało mu gardło. Chwilę posiedział i przeszło. Wziął ,,Alicję” i próbował czytać..
Potem poszedł raz jeszcze popatrzyć na morze. Było coraz bardziej niespokojne i nie znalazł w nim ukojenia. Powietrze pachniało sztormem. Wsłuchując się w ciszę pomyślał o ładnej kioskarce. To było z pewnością miłe wspomnienie.
Znowu zerwał się gwałtowny wiatr. Usłyszał znane mu wołanie morza. Usłyszał je na szczycie latarni pod chmurami, gdy ciemność chowała już w sobie świat i gdy miasteczko, tam w dole, układało się do snu. Lampa, przy której czytał dawała teraz słaby blask. Odłożył ksiażkę, zgasił ją, pogrążając się w myślach.
– Jestem strażnikiem wieży w chmurach dzierżącym spuściznę naszych przodków i przodków ich przodków – przemknęło mu przez głowę. Myśl ta spodobała mu się. Latarnia trwa i trwać będzie tak długo, jak długo dla ludzi ważna będzie historia polskiego emigranta politycznego o nazwisku Skawiński, który w swojej tęsknocie za ojczyzną – Polską tak się zaczytał w eposie Adama Mickiewicza, że zapomniał zapalić latarnię, doprowadzając tym do morskiej katastrofy.
Teraz on jest latarnikiem, a na zewnątrz szaleje sztorm. Czy na latarni nie powinno rozblyskać światło? Czy nie musi?
Pamiętał, że kiedyś, gdy ją zapalał, sztorm szybko uspokajał się, a statki mogły spokojnie odnaleźć drogę. Powracały nawet mewy.
Poderwał się z miejsca. Gdzie jest ten kurek z gazem? Odgarnął pajęczyny i odrzucił jakieś stare krzesło. Wkrótce odnalazł właściwy przełącznik. Prawie miał pewność, że gdzieś na dnie przerdzewiałej butli jest jeszcze trochę gazu. Odkręcił. Syknęło! Zdjął z lamp szybki osłonowe, wydobył zapałki i kolejno zapalał wszystkie lampy, wzmacniając odpowiednio światło. Potem z powrotem założył osłony i włączył mechanizm obrotowy. Ten który ruszył powoli, ze skrzypieniem, ale dał radę! Zogniskowany snop światła przebił się przez warstwę kurzu. Wyszedł na spotkanie szalejącego żywiołu, prześlizgnął po kipieli aż na brzeg, musnął wydmę, lasek sosnowy i wreszcie rozświetlił miasteczko. Widział, jak niektórych oknach zapalają się światła. Śwaatło latarni na krótki moment wydobyło brud zaułków.
Wreszcie gaz dopalił się i zapanowała ciemność.
Siedział jeszcze bardzo długo, nieporuszony. Tymczasem miasteczku zaczęły zapalać się światła, błyskały latarki. Powietrze przeszył alarmowy dzwięk syreny.
Tłum ludzi ruszył w kierunku latarni. Zeszli z wydmy cicho, niczym nocne upiory. Nawet nie zdziwił się. Czekał na nich. Szli z widłami, łopatami, nawet z jakimiś kijami. Był tam i syn Bolka – rzeźnika…była panienka ze sklepu, był znany mu urzędnik, kelner, który niedawno go obslugiwał, kioskarka i jeszcze kilkaście osób, których nie rozpoznawal.. Przewodził im.. Rybka.
Gdy dostrzegl, że są już blisko, ukrył twarz w dłoniach.
– Nie chcemy cię u nas! Wynoś się! – wrzasnął ktoś na zewnątrz.
– Zakłóciłeś nasz spoczynek! Latarnia! Kto ci pozwolił zapalić?!
– Nie ma już żadnego Latarnika i nigdy więcej nie będzie!
– Jeśli nie otworzysz… idziemy po ciebie… wyłamiemy drzwi!
Szukał gorączkowo. Wreszcie znalazł to, co powinno być ratunkiem. Zaczął schodzić. Głuche uderzenia w drzwi. Szarpnął zasuwę i otworzył. Stali. Rozpostarł przed nimi szeroko egzemplarz gazety, którą zabrał wtedy z rynku.
Cofnęli się.
– Przecież żartowałem tylko – powiedział już całkiem spokojnie – Dawno już wycięli mnie z listy szkolnych lektur i nie widzę problemu. Po co ten tumult? O co wam jeszcze chodzi?
Robert Azembski