Katarzyna Godefroy – Tango z koniem (część piąta)
.

.
Rozdział 6
.

.
Obudziłam się koło ósmej rano. Aby nie robić hałasu, postanowiłam wstąpić do knajpki na rogu. Podejrzewałam, że jak wszystkie szanujące się piekarniemają w ofercie zestawy śniadaniowe. Zamiast nieśmiertelnej małej czarnej ubrałam spodnie, granatową koszulkę z rysunkami pawich oczek, narzuciłam szary sweter z kapturem, w końcu byłam na wakacjach. Wyszłam z domu, cicho zamykając za sobą drzwi. Przeszłam skwerek z fontanną, w której wróble brały kąpiel. Zanurzały się w wodzie i strząsały krople z piór, robiąc przy tym sporo zamieszania.
Nie myliłam się, w menu kafejki widniało kilka pozycji na poranny posiłek. Po francusku, z kawą lub kakao, tostami z konfiturą, rogalikiem. Albo na modłę angielską – z jajkami, bekonem i herbatą z mlekiem. Wybrałam kawę, sok pomarańczowy, rogalika oraz tosty z konfiturą z brzoskwiń. Z moim żółtym śniadaniem wyszłam na dwór, ciesząc się ciepłym dniem. Z sąsiedniego stolika zabrałam gazetę pozostawioną przez poprzednich klientów, jadłam i przeglądałam wiadomości z ostatnich dni. Nagle ktoś zasłonił mi słońce. Podniosłam wzrok i spojrzałam na stojącego przede mną mężczyznę.
– Mogę się dosiąść? Ładny dzień, nieprawdaż? – Tomasz nie czekając na odpowiedź, usiadł przy stoliku. Ubrany był w strój do biegania, obcisły podkoszulek ukazywał mięśnie bez zbędnego tłuszczu. Sięgnął po papierową serwetkę dołączoną do mojego śniadania i wytarł spoconą twarz. – Dobrze pani spała?
– Dobrze. A pan jak spędził noc? Przeze mnie został pan zmuszony do opuszczenia swojego pokoju.
– Nie było tak źle, spałem na materacu w kuchni. Je pani rogalika czy karmi ptaki? – Uśmiechnął się.
– W kuchni nie ma miejsca – zdziwiłam się. – Proszę się poczęstować, jeśli ma pan ochotę.
– Jak się przesunie stół i przestawi krzesła, to się miejsce znajdzie. Dziękuję.
Może przestaniemy mówić sobie na pan, pani? Tomek jestem.
– Kinga. – Uścisnęłam mu dłoń, ciepłą i przyjemną w dotyku. – K jak kangur albo koala.
Zmrużył oczy i uniósł kąciki ust w kpiącym uśmiechu.
– T jak twardziel. To rodzaj zabawy? – zapytał i puścił moją dłoń, po czym urwał kawałek rogalika. – Chcesz pół?
Pokręciłam przecząco głową.
– Dlaczego myślisz, że to zabawa?
– Z tobą to nigdy nie wiadomo ani co powiesz, ani co zrobisz. Z tym przyjazdem chociażby. Kto przy zdrowych zmysłach pakuje się w coś takiego? Chyba że ukrywasz prawdziwy powód? – spojrzał na mnie intensywnym wzrokiem hiszpańskiego inkwizytora, jakby chciał mnie spopielić, i możliwe, że osiągnąłby cel, gdybym miała sobie coś do zarzucenia. Spokojnie wytrzymałam próbę ognia.
– A co według ciebie mogłabym osiągnąć? Darmowy pobyt w Paryżu? Daruj sobie, ale na tygodniowy wypad do stolicy mody i beretów jeszcze mnie stać.
– Beretów? – wydawał się mocno zaskoczony skojarzeniem. – Nie pomyliłaś z krajem Basków?
– Nie łap mnie za słowa. – Zdenerwowałam się.
– A za co mam cię łapać?
Całkowicie mnie zdekoncentrował, zapomniałam, o czym rozmawialiśmy, patrzyłam na niego z głupio otwartą buzią. Nie wiedziałam, co odpowiedzieć i czy w ogóle istnieje odpowiedź na tego typu pytanie.
– Od początku masz do mnie zastrzeżenia, ciągle coś ci się nie podoba, podejrzewasz mnie o chęć wykorzystania twojej siostrzenicy. Nie dostrzegasz, że od czasu, kiedy podjęła działanie, zrobiła się weselsza, pewniejsza siebie? Ale skoro nie jestem lekarzem, to znaczy, że na pewno chcę zbić na niej majątek, wykorzystując chorobę. Zastanawiałeś się, jak miałabym to osiągnąć? Podsuwając sfałszowany kontrakt na książkę, której nie napisała?
Spuścił wzrok i zaczął oglądać blat stołu. Przez moment panowało milczenie.
– Zacznijmy od początku. Tomasz, T jak torbacz. – Wyciągnął rękę i popatrzył mi w oczy. Jego szarozielone tęczówki pociemniały i przybrały stalowy odcień. Pokręciłam głową i uśmiechając się mimo woli, podałam mu dłoń. – Napijmy się z tej okazji. Pójdę po kawę, przyrzeknij, że nie uciekniesz.
– Nie ucieknę.
Wstał od stolika i udał się do kafejki, by po chwili wrócić z dwiema filiżankami.
– Pokażę ci okolicę – zaproponował, stawiając kawę na blacie. – A teraz opowiedz mi o sobie – poprosił, gdy usiadł na krześle. Słońce zaczęło całkiem mocno przygrzewać, zdjęłam sweter i założyłam okulary przeciwsłoneczne.
– Nie ma o czym opowiadać. Zajmuję się współpracą z autorami, poza godzinami pracy czytam, spaceruję, chodzę do kina, teatru.
– Współpraca z autorami? Na czym to polega? – zainteresował się między jednym a drugim łykiem kawy.
– Najpierw szukam interesujących dla wydawnictwa pisarzy, czytam przesłane przez nich teksty, oczywiście nie wszystko do końca, bo napływa bardzo dużo propozycji. Wybieram według mnie najciekawsze, pasujące do profilu, czyli powieści skierowane do kobiet w różnym wieku, new adult dla młodszych, obyczajowe, romanse dla starszych.
W skupieniu kręcił łyżeczką w filiżance, jakby sondował jej dno. Można by było pomyśleć, że od tego zależy przyszłość wszechświata.
– A co polecasz mężczyznom?
– Zależy co lubisz. Jeżeli kryminały, to mieliśmy w ofercie książki Agaty Chrząszcz, ale niestety zmieniła wydawnictwo.
– Co teraz czytasz?
– Millenium Larssona, drugą część. Pierwsza przypadła mi do gustu, druga mniej wciąga, ale ma około sześciuset stron i do końca pobytu wystarczy. A ty?
Zmieszał się i pokręcił niespokojnie na krześle, wziął łyk kawy, zastanawiając się nad odpowiedzią.
– To co wszyscy, gazety, informacje ze świata, wydarzenia, polityka. Czasami książkę podróżniczą. Najbardziej interesuje mnie Bliski Wschód, Syria, Iran, Irak…
– Kraje ogarnięte wojną – zamilkłam i przez chwilę wpatrywałam się w bezchmurne niebo myśląc, że gdzieś niedaleko toczą się walki, giną ludzie, a my spokojnie popijamy kawę, nie przejmując się ich losem. – Co cię w nich pociąga?
– Ludzie, ich życie jest dużo ciekawsze niż zabytki, dzieła sztuki czy miejsca kultu. Przemijają tak szybko, że nie zwracamy na to uwagi, znikają, a wraz z nimi ich historie. Dobrze jest się na chwilę zatrzymać i się w nie wsłuchać.
Odkrywałam ciekawą część jego osobowości, chciałam dowiedzieć się więcej o człowieku, który przede mną się rysował: wrażliwy, empatyczny, skoncentrowany na innych. Zaintrygował mnie jak powieść, której nie mogę odłożyć, dopóki nie doczytam do końca.
– Jeżeli masz ochotę, pokażę ci okolicę. Rano można pobiegać albo spacerować. Mówiłaś, że lubisz spacery?
– Lubię. – Wypiłam resztę napoju i wstałam gotowa na przechadzkę.
Poprowadził mnie wąską ulicą prowadzącą lekko pod górę. Nowoczesne osiedla ustępowały miejsca coraz starszym budynkom. Otoczone zielenią piętrowe domy z ogródkami bardziej przypominały wiejskie obejścia niż przedmieścia Paryża. Na jednym z domów wisiał szyld informujący przechodniów, że mogą wstąpić na małe co nieco. Zajrzałam do restauracji przez okno osłonięte białą firanka przytrzymaną z boku ozdobnym sznurem z frędzlami. Wnętrze urządzono jak wiejską posiadłość: welurowe fotele, haftowane obrusy, kominek, na ścianach obrazy ze scenami polowań. Z przyjemnością wyciągnęłabym się w fotelu z książką i kieliszkiem wina. Tomasz wziął mnie za rękę.
– Otwierają dopiero w południe, możemy przyjść wieczorem.
Wyobraziłam sobie romantyczną kolację przy trzaskającym ogniu na kominku, nie szkodzi, że upał leje się z nieba, stare domy mają to do siebie, że są chłodne nawet latem.
Przeszliśmy przez skrzyżowanie, za którym roztaczał się las, prawdziwy, gęsty, z krzewami, drzewami i poszyciem leśnym, prawdziwa uczta dla oczu zmęczonych widokiem miejskich zabudowań. Podziwiałam widok liści, ich szum na wietrze, zastanawiałam się, czy niektóre drzewa pamiętają polowania królewskie. Nagle zdałam sobie sprawę, że Tomasz ciągle trzyma moją dłoń. Wcale mi to nie przeszkadzało, wręcz przeciwnie, przyjemne ciepło rozeszło się po całym ciele na myśl o bezpośrednim kontakcie z jego skórą. Nie wiedziałam jednak, jak się zachować, nie przywykłam do sytuacji, kiedy dopiero co poznany mężczyzna trzyma mnie za rękę. W dodatku w biały dzień. Jeżeli decydowałam się na towarzystwo, to tylko po mocno zakrapianym wieczorze, po imprezie lub spotkaniu firmowym, gdy zdarzało się, że szef zapraszał młodych, dobrze zapowiadających się autorów, aby nawiązać współpracę. Nowe doświadczenie wywoływało emocje, z którymi nie umiałam sobie poradzić.
Gdy tak rozmyślałam nad aspektami uczuć, Tomasz pociągnął mnie w pobliskie zarośla.
– Pokażę ci polanę, z której widać Paryż.
Dobrze, że miałam tenisówki, a nie buty na obcasie, jak mam w zwyczaju. Wyjazd do Francji, a może też zwolnienie z pracy sprawiły, że poczułam się jak na wakacjach. Ciągnął mnie przez chaszcze dobrych kilkadziesiąt metrów. Nagle ściana drzew się rozstąpiła i w oddali ukazało się miasto położone na otaczających wzgórzach. Patrzyłam z zapartym tchem, podziwiając panoramę stolicy Francji. Myślałam o mojej Damie Kameliowej, która spędziła młodość w tym mieście, tańczyła w Casino de Paris. Egzotyczny ptak przeniesiony do innego kraju, innej kultury, innego systemu. System zdarł barwne pióra, wepchnął do szarego tłumu klasy robotniczej, z którego trudno się było uwolnić, zresztą gdy na świat przyszła mama, babcia zrezygnowała z wyjazdu, została w Polsce, sama z dzieckiem. Dziadek – niebieski ptak – poleciał dalej śpiewać miłosne trele nowym wybrankom.
Ocknęłam się z zamyślenia, czując ręce opasujące mnie w talii, plecami opierałam się o klatkę piersiową Tomka, jego oddech unosił mi włosy na karku. Pocałował moje włosy, skroń, policzek, zamknął usta wargami. Były ciepłe, miękkie i znajome, jakbym go już kiedyś całowała, nasze języki splotły się wywołując dreszcze. Zamknęłam oczy i poddałam się biegowi wydarzeń. Tomek wsunął ręce pod moją bluzkę, gładził skórę brzucha, moje ciało drżało z podniecenia. Uległam emocjom. Wtedy zadzwonił telefon i wyrwał nas z transu. Łapałam powietrze szybko, jak po wypłynięciu na powierzchnię wody po długim nurkowaniu. Wyprostowałam się i poprawiłam bluzkę, Tomek szukał telefonu w kieszeni dresów, czar prysnął, zostało wspomnienie przyjemnych doświadczeń.
– Halo? Tak, wszystko w porządku, zaraz wracamy. – Rozłączył się i dorzucił w moim kierunku: – Dziewczyny się niepokoją.
Pokiwałam głową, nie miałam ochoty na rozmowy, rozkoszując się przeżytą chwilą. Wziął mnie za rękę i poprowadził drogą powrotną. Nic więcej nie mówił, ale miałam pewność, że w moim życiu zaczyna się nowy etap.
– Gdzie byliście tak długo? – Julia wyszła do przedpokoju, gdy usłyszała otwieranie drzwi.
– Przeszliśmy się trochę po okolicy. – Tomek nie wdawał się w wyjaśnienia, długi spacer pozwolił nam ochłonąć, zanim doszliśmy do domu. – Jadłyście śniadanie?
– Tak, możemy zaplanować dzień.
– Idę się wykąpać, a wy ustalcie, co będziemy robić – powiedział i zniknął w łazience.
Weszłyśmy do kuchni, gdzie przy stole siedziała Zuzanna.
– Dobrze spałaś na nowym miejscu? – spytała popijając kawę.
– Tak, doskonale. Zwiedziłam też okolicę, fantastyczny las macie pod bokiem.
Usiadłam na wolnym krześle.
– Chcesz się czegoś napić?
– Nie, dziękuję. Wpadłam na śniadanie do bistro.
– To co robimy? – Zuzanna spoglądała na mnie z napięciem.
– Wstąpimy do klubu i zobaczymy, co dalej.
– Ja w takim razie jadę do Paryża – odezwała się Julia. – Wujek chyba będzie chciał pojechać do szpitala – dodała po chwili wahania.
– Mówicie o mnie? – Tomek wszedł do kuchni świeży i ogolony, jeszcze bardziej przystojny niż rano, albo u mnie zmienił się sposób odbierania świata. – Skoro chcesz jechać do Paryża, to podejdziemy razem na dworzec – zwrócił się do Julii.
Pożałowałam, że jedzie z nią, a nie ze mną, na twarzy musiało się odbić rozczarowanie, bo spojrzał rozbawionym wzrokiem.
– Zobaczymy się po południu. Podaj mi numer telefonu, na wszelki wypadek. – Popatrzył na mnie spojrzeniem, od którego przechodziło gorąco.
Wymieniliśmy się numerami, na wszelki wypadek, a Zuzanna poszła założyć buty. Stanęła w drzwiach z kluczami od samochodu w dłoni.
– No to jedziemy.
Raz kozie śmierć, pomyślałam, ale nie powiedziałam tego na głos. Towarzystwo i tak było mocno zdenerwowane pomysłem wtykania kija w gniazdo szerszeni.
Droga do klubu rozciągała się między pustymi o tej porze roku polami; ziemia odcinała się ciemną plamą od błękitu nieba. Rolnicy żniwa mieli już za sobą, tylko gdzieniegdzie widać było jeszcze łodygi kukurydzy czekającej na ścięcie. Jechałyśmy, słuchając muzyki, zatopione w myślach.
Zuza zatrzymała samochód i wyłączyła silnik.
– Co teraz? – szepnęła, wpatrując się we mnie z przerażeniem.
– Idziemy na spotkanie z przygodą. – Nie byłam pewna tego, co mówię, więc żeby nie poddać się panice, otworzyłam drzwi i wyszłam na zewnątrz.
Przede mną widziałam budynek stajni, z boku ujeżdżalnię, na której jeździło kilka osób. Poczekałam, aż Zuza zamknie auto i razem podeszłyśmy do barierki odgradzającej parking od miejsca treningu. Przyglądałam się jeźdźcom i stojącej na środku instruktorce, szczupłej kobiecie o wojskowej postawie, z krótkimi falowanymi włosami, gdy Zuza szturchnęła mnie w bok.
– Na tym gniadym koniu to Carla.
Zupełnie nie wiedziałam, o jakim koniu mówi. Gniady? Co to za kolor? Pytałam po cichu samą siebie, wytężając wzrok, żeby dostrzec twarze pod kaskami. Gdy tak wpatrywałam się w przejeżdżających ludzi, koło nas zatrzymał się jeździec na jasnym koniu.
– Zuza? Co słychać?
Zuzanna wdała się w pogawędkę z mężczyzną, tak na oko w wieku trzydziestu lat. W kas-kach i strojach do konnej jazdy wszyscy wyglądali podobnie, trudno było odróżnić kobietę od mężczyzny, a tym bardziej ocenić wygląd. Jednak z rozmowy domyśliłam się, że to był Michael, jeden z kolegów klubowych, o których pisała w książce. Przyglądałam się pozostałym kursantom… Jedna z osób, jeżdżąca na ciemnobrązowym koniu intensywnie na nas patrzyła, głowę miała ciągle zwróconą w naszą stronę, aż się zastanawiałam, czy widziała, gdzie jedzie. Wywnioskowałam, że to Carla, a ciemnobrązowy to gniady. Nauczyłam się dzisiaj czegoś nowego. Towarzystwo zbierało się do opuszczenia ujeżdżalni. Michael zaproponował udanie się do clubhouse’u na kawę i zanim dołączył do pozostałych, pomachał nam wesoło ręką. Trenerka podeszła do Zuzanny, uśmiechała się, ale oczy miała czujne. Ucałowała ją serdecznie w oba policzki.
– Przyjechałaś na dłużej, czy to tylko krótka wizyta? – spytała zaciekawiona.
– Krótka wizyta, niestety. – Zuzanna wydawała się speszona pytaniem.
– Szkoda, myślałam, że przyjechałaś potrenować. Pani pierwszy raz we Francji? – zwróciła się do mnie.
– Tak, przyjechałam zwiedzić Paryż.
– Witam i zapraszam na kawę, Zuza zna drogę, przyjdę do was, tylko sprawdzę, czy wszystko w porządku. Miałam dzisiaj nowego ucznia. – Oddaliła się niespiesznym krokiem w stronę stajni, a my oglądałyśmy konie pasące się w oddali na padokach. Zaczęłam się niecierpliwić.
– Idziemy, nie idziemy? – spytałam, nie chcąc przedłużać oczekiwania.
– Trochę się boję. – W głosie Zuzanny zabrzmiała niepewność. – Nie wiem, czy to dobry pomysł.
– Widziała cię, zobaczymy teraz, co zrobi. Pokaż mi ten cały clubhouse, cokolwiek to znaczy, a potem wróć do stajni, są tam ludzie, więc nic ci nie zrobi.
– Nie zostaniesz ze mną? – popatrzyła na mnie wzrokiem spłoszonego zwierzęcia.
– Przy mnie może niczego nie powiedzieć, z tobą sam na sam może stracić kontrolę i ujawnić jakiś detal. Masz telefon?
– Mam – odrzekła zdziwiona.
– Włącz dyktafon, odsłuchamy w domu, mam nadzieję, że złapiemy trop.
Zuzanna przez chwilę manipulowała przy telefonie, następnie weszłyśmy do budynku.
– Clubhouse jest na górze, ja zostanę tutaj.
Uścisnęłam jej rękę, chcąc dodać otuchy i weszłam schodami na górę. Po jednej stronie korytarza zobaczyłam oszklone drzwi z napisem „sellerie” – po drugiej stronie takie same drzwi, ale z napisem „clubhouse”. Otworzyłam i weszłam do przestronnego pomieszczenia z fotelami klubowymi, niskimi stolikami i podręcznymi regałami na gazety. Gdy podeszłam bliżej, zobaczyłam, że były to magazyny poświęcone jeździectwu. Jeśli wchodzisz między wrony, musisz krakać jak i one – pomyślałam, biorąc egzemplarz „Grand Prix” do ręki.
– Jeździsz konno?
Za barem ustawionym w rogu pomieszczenia kręcił się Michael, przygotowując kawę w ekspresie.
– Niestety nie, ale lubię konie – skłamałam jak z nut. – Mam na imię Kinga – dodałam, podchodząc do niego.
– Michael. – Podał mi rękę przez blat baru, uścisk miał mocny, pewny. – Przyjaźnisz się z Zuzą?
Trudno to nazwać przyjaźnią, raczej podróżą w interesach, ale pokiwałam głową, szczerząc zęby.
– A ty długo jeździsz konno? – spytałam dla podtrzymania konserwacji.
– Od dziecka. Startuję w WKKW. Trzymam tutaj konia – Mirabelle, taka nieduża klacz o izabelowatym umaszczeniu. Widziałaś ją na ujeżdżalni.
Potakiwałam głową nic nie rozumiejąc: WKKW – co to? Izabelowata? Ratunku, ten człowiek rozmawia w nieznanym języku!
– Pracujesz w klubie? – zmieniłam temat.
– Nie. – Uśmiechnął się, pokazując białe zęby. – Jestem grafikiem, robię projekty dla firm.
O, wreszcie coś, co potrafię zrozumieć – strona graficzna jest równie ważna jak treść powieści, bo to ona przyciąga czytelnika. Pierwszy kontakt jest z okładką, a następnie dochodzi, albo i nie, do bliższego poznania. Książka powinna zachęcać: weź mnie! A gdy czytelnik porwie ją w ramiona, nie powinien porzucać aż do ostatniej strony. Jednak w życiu różnie bywa, spotyka się ciekawe pozycje z fatalnymi okładkami albo kiczowate powieści w genialnym opakowaniu. Moje rozmyślania przerwało wejście trenerki. Elisabeth – jeżeli mnie pamięć nie myli. Michael postawił przed nami kubki z kawą, sam popijał wodę gazowaną z wysokiej szklanki.
– Pani jest przyjaciółką Zuzy? – spytała, siadając na barowym stołku. W ciągu dziesięciu minut drugi raz padło to samo pytanie.
– Pracujemy razem. – Nie wiedziałam, co powiedzieć, żeby sensownie wyjaśnić nasz wspólny pobyt w klubie, a nie chciałam ich wtajemniczać w powód przyjazdu.
– To ciekawe. – Elisabeth spojrzała na mnie z zainteresowaniem. – A co robicie?
Zmieszana pokręciłam się na stołku, nie chciałam mówić jej o perypetiach związanych z książką Zuzanny, moim zwolnieniem z pracy, szukaniem Eklerka. Udałam, że piję kawę, aby zyskać na czasie.
– Pracuję w wydawnictwie, chcemy wypuścić na rynek powieść Zuzanny. Przybyłyśmy do Francji nakręcić film promujący książę – wymyśliłam na poczekaniu.
– A o czym jest powieść? – dociekała dalej Elisabeth, mieszając cukier w kubku. Michael przysłuchiwał się rozmowie z zainteresowaniem. Nie wiem, co oboje wiedzieli o Zuzannie, nie wiem, co Zuzanna chciałaby powiedzieć, więc czułam się coraz bardziej niezręcznie. Rozmowa schodziła na grząski grunt.
– O przyjaźni – odparłam uśmiechając się promiennie.
– Będziesz chciała zrobić zdjęcia w klubie? Mogę oprowadzić – zaproponował Michael.
Nie chciałam mu wyjaśniać, że nie mam aparatu, tylko zwykły telefon, ale zgodziłam się na spacer po terenie. Dopiliśmy napoje, pożegnałam Elisabeth i zeszliśmy do stajni. Michael pokazał mi wszystkie konie, wysokie, niskie, gładkie, w ciapki… Po wysłuchaniu szczegółowych wyjaśnień, straciłam orientację. Nie wiedziałam, czy to Mirabelle jest jasna, a Nougatine ciemna, czy odwrotnie. Czy Sułtan to potężny wałach, czy nieduży ogier. A może Next był ogierem? Wszystko mi się pomieszało. Na szczęście wyszliśmy na zewnątrz obejrzeć konie na padokach.
– Przyjechałyście sprawdzić, gdzie jest Eclair – stwierdził bardziej, niż zapytał Michael. Byłam tak zaskoczona, że nie potrafiłam tego ukryć.
– Skąd wiesz? – Ukrywanie prawdy na nic się nie przyda, a Michael może dostarczyć nam informacji.
– Zuza bardzo się przywiązała do tego konia, dlatego wnioskuję, że chce go odnaleźć. I wcale się jej nie dziwię.
– Nie wiem, czy Elisabeth podziela twoje zdanie.
– Dla niej ta sytuacja nie jest łatwa, bo rzuca cień na klub. Wiesz, nielegalny handel końmi, niby nikt niczego nie mówi głośno, ale plotki się rozchodzą jak pchły po psie. Porównanie przypadło mi do gustu i od razu życzliwej spojrzałam na mojego rozmówcę.
– A Carla? Jak się zachowywała po wyjeździe Zuzanny?
Michael w zamyśleniu zmrużył swoje zielone oczy, analizując wspomnienia. Pomiędzy rudymi brwiami pojawiły się zmarszczki.
– Zrobiła się spokojniejsza, bardziej zrównoważona, nawet żartowała czasami, choć wcześniej nigdy jej się to nie zdarzało – powiedział po chwili.
– Czyli wyjazd podziałał na Carlę kojąco… – urwałam wypowiedź. – A gdzie jest Zuza?
– Może w stajni?
Ruszyliśmy szybkim krokiem w stronę budynków klubowych. Zdjęta nagłym niepokojem wpadłam do wnętrza z takim impetem, że stojąca obok boksu dziewczyna odwróciła się do mnie wystraszona. No tak, zapomniałam, że w stajni się nie biega. Spokojnie przeszłam korytarzem, nawołując cicho „Zuzanna”, bez odpowiedzi. W następnym korytarzu to samo.
– Chodźmy do clubhouse’u – zaproponował Michael, który przeprowadził poszukiwania w maneżu.
Niestety, i clubhouse, i siodlarnia były puste jak statek w trójkącie bermudzkim. Większość jeźdźców pojechała do domów na obiad, a ci, co zostali, krzątali się przy koniach.
– Sprawdźmy przy samochodzie. – Michael wyszedł pierwszy, ja deptałam mu po piętach.
Na parkingu nie było nikogo, w samochodzie również. Powoli zaczęła do mnie docierać niepokojąca prawda, że Zuzanna Kosińska przepadła, zniknęła jak sen złoty. Bezsilnie opadłam na kawałek trawnika przy parkingu.
– Co ja mu powiem? Co ja mu powiem? – powtarzałam bezmyślnie. Michael usiadł obok mnie.
– Masz jej telefon? Zadzwoń!
Że też sama na to nie wpadłam! Wyciągnęłam telefon i wybrałam numer, po kilku sygnałach włączyła się sekretarka.
– Nie odbiera – powiedziałam zawiedziona.
– Może jest zajęta i oddzwoni później – próbował mnie pocieszyć.
Siedzieliśmy, przyglądając się samochodom opuszczającym parking. W końcu zostały tylko dwa: renault Zuzanny i toyota corolla Michaela. Jeszcze raz wybrałam numer, ale nikt nie odbierał. Wiedziałam, że będę zmuszona powiadomić o tym Tomka i Julię, i ta świadomość napawała mnie przerażeniem.
– Muszę zawiadomić jej rodzinę – powiedziałam smętnie. Zrobiło mi się żal samej siebie, zaczęłam pociągać nosem, wargi złożyły się w podkówkę i wybuchłam płaczem.
– Chcesz, żebym zrobił to za ciebie?
Popatrzyłam na niego wzrokiem pełnym nadziei. Tak, chciałam!
– Jej wujek nie mówi zbyt dobrze po francusku, może nie zrozumieć, o co chodzi. – wydukałam, szlochając. Rozmowa z Tomkiem wydawała się łatwiejsza niż z Julią.
– Mówię też po angielsku, jestem Irlandczykiem.
Niebiosa cię zesłały! Nagle poczułam do niego ogromną wdzięczność, ale w tym samym momencie w mojej głowie pojawiła się nieprzyjemnie świdrująca myśl: jesteś tchórzem! Nawarzyłaś piwa, a teraz chcesz, aby ktoś inny je wypił.
Uśmiechając się, odrzekłam przez łzy:
– To akurat muszę załatwić sama. Namówiłam Zuzannę na wyjazd, nie mogę teraz chować głowy w piasek.
Wytarłam nos chusteczką i wstałam, otrzepując się z trawy.
– Nie mam czym wrócić do Saint-Nom-La-Bretèche, – przypomniałam sobie, że razem z Zuzanną zniknęły też kluczyki od samochodu.
– Odwiozę cię. – Michael podniósł się z trawnika, podszedł do toyoty, otworzył drzwi i gestem zaprosił do środka.
– Poczekaj na mnie, pójdę tylko po rzeczy do siodlarni.
Wsiadłam do auta i nie mając nic innego do roboty, rozglądałam się po okolicy. Cisza i spokój kontrastowały z moim wewnętrznym roztrzęsieniem. Nic w otoczeniu nie świadczyło o rozegranym dramacie. Ktoś uprowadził Zuzannę, tego byłam pewna, a jedynym dowodem jej zniknięcia był opuszczony samochód. Najpierw Eclair, teraz Zuzanna. A jeżeli się nie odnajdzie? Jak ja sobie poradzę ze świadomością, że to przeze mnie? Gdyby nie ja, siedziałaby dalej z depresją u siebie w domu. Co prawda niewesołe takie życie, ale leki pewnie by pomogły i wróciłaby do zdrowia, a teraz nie wiadomo gdzie jest. Próbowałam nie poddawać się rozpaczy, starałam się myśleć logicznie, ale powoli ogarniała mnie panika. A jeżeli jej coś zrobili? Wywieźli do lasu? Szukaj wiatru w polu. Las ogromny, trzeba by policję z psami ściągnąć.
– Kiedy zawiadamia się policję? – zadałam pytanie Michaelowi, gdy wrócił do auta.
– Chyba po czterdziestu ośmiu godzinach. Nic nie wskazuje na ślady walki… – urwał i popatrzył na mnie z litością. – Znajdzie się – dorzucił na pocieszenie.
Nie byłam tego taka pewna, ale nic nie odpowiedziałam. Jechaliśmy w milczeniu, każde zatopione w myślach.
– Gdzie cię wysadzić? – zasięgnął informacji, gdy dojechaliśmy do miasteczka.
– Koło kawiarni na dole. Poczekam, bo nie mam kluczy. Dziękuję ci bardzo za pomoc.
Michael podał mi wizytówkę.
– Dzwoń jakby co.
Wyciągnęłam z torebki notes i nabazgrałam mój numer. Kartkę położyłam przed szybą.
–To na razie. – Wyszłam na rozpaloną słońcem ulicę zastanawiając się co dalej.
W kafejce zamówiłam kanapkę z serem i piwo. Usiadłam na zewnątrz pod parasolem z napisem Heineken – zielony, kolor nadziei. Obmyślałam, co powiedzieć Tomkowi, jak go poinformować, że wróciłam sama, bez Zuzanny. Pociągnęłam ostatni łyk zimnego piwa i wybrałam numer.
– Halo – odezwał się ciepły głos.
– Zuzanna zniknęła.
W słuchawce zapadła cisza.
.
Rozdział 7
.

.
Z trudem otworzyła powieki opuchnięte od snu. Promienie słońca przeświecały przez szczeliny w okiennicach. Nie wiedziała, która jest godzina, ani jak długo spała. Podniosła głowę i natychmiast opadła na poduszki. Ból rozsadzał jej czaszkę. Nie mogła sobie przypomnieć, jak się znalazła w pokoju. Każda próba koncentracji na wspomnieniach kończyła się porażką, jakby miała zaniki pamięci, jakby nic wcześniej nie istniało, tylko pokój, cienkie smugi słońca tworzące jasne paski na ścianach, łóżko i ona. Przeszłości nie było, co wydało jej się całkiem dobrym rozwiązaniem, żyła chwilą obecną.
Z zainteresowaniem podniosła dłoń do oczu i zaczęła przyglądać się swoim szczupłym palcom z poobgryzanymi paznokciami. Zastanowiło ją to. Dlaczego obgryzała paznokcie? W tym momencie pytanie zostało bez odpowiedzi. Gdyby nie ból wwiercający się w mózg, może przypomniałaby sobie, kim jest i co robi w tym pomieszczeniu. Myśl, że mogłaby tutaj mieszkać, nie przychodziła jej do głowy.
Poczuła potrzebę zaczerpnięcia świeżego powietrza, podniosła się powoli, usiadła i czekała, aż miną zawroty głowy. Spod przymkniętych powiek przyglądała się otoczeniu. Koło łóżka stała jasna, drewniana szafka z lampką nocną i butelką wody mineralnej, po drugiej stronie przy ścianie komoda – również z jasnego drewna, na której ustawiono telewizor. Spojrzała na wprost, na okno. Ciężko podniosła się z posłania, szurając nogami i przytrzymując się ściany, podeszła do niego, odsunęła zasuwkę przytrzymującą drewniane okiennice i otworzyła je bez trudu – zaskoczył ją widok krat. Oparła czoło o zimny metal, spoglądając na zewnątrz. Otaczała ją zieleń, wszędzie, gdzie okiem sięgnąć, ciągnęły się zielone krzewy i drzewa, nigdzie nie dostrzegła obecności człowieka. Ani jej to nie zmartwiło, ani nie ucieszyło, nie zareagowała na to spostrzeżenie żadnym drgnieniem mięśni twarzy czy głębszym oddechem. Stwierdziła fakt. Powlokła się z powrotem do łóżka. Przejechała językiem po suchych wargach, sięgnęła po butelkę, łapczywie upiła kilka łyków – woda zostawiła w ustach gorzkawy smak. Okryła się kołdrą w jesienne liście i zapadła w niespokojny sen.
Śniło się jej, że przed kimś ucieka, nie wiedziała przed kim, bo mogła dostrzec tylko cień prześladowcy. Kiedy wreszcie zamknęła drzwi pomieszczenia, gdzie wydawała się bezpieczna, coś zaczęło ją dusić. Z krzykiem usiadła na łóżku, pot ściekał wzdłuż kręgosłupa, słyszała tylko świszczący dźwięk własnego oddechu. Chciała zamknąć oczy, aby uspokoić organizm, kiedy zauważyła ruch. Serce załomotało w klatce piersiowej. Obrazy niedawnego snu wyświetliły się w jej głowie, wywołując ucisk w gardle. Wytrzeszczonymi oczami spoglądała w miejsce, gdzie dostrzegła poruszający się kształt. Zwierzę? Szczur! Ta myśl błyskawicznie przeleciała przez połączenia nerwowe, wywołując wstrząs odrazy. Lubiła zwierzęta, ale szczurów się brzydziła. Nie zatrzymywała się dłużej nad tym stwierdzeniem, nie wiedziała, skąd miała pewność, że lubi zwierzęta, ale w tym momencie nie to zaprzątało jej uwagę.
Gdy rozglądała się za wyjściem, jej wzrok przykuły drzwi całkowicie zlewające się ze ścianą. Ten sam kolor – nie była pewna, czy to jasnożółty, czy morelowy – sprawił, że nie zauważyła ich wcześniej. Wyskoczyła z łóżka, potykając się podbiegła do drzwi i otworzyła mocnym szarpnięciem. Wejście do łazienki – zorientowała się po kabinie prysznicowej. Pstryknęła włącznikiem, ale światło się nie pojawiło. Odwróciła się, żeby sprawdzić, co robił szczur, ale nie było go już na dawnym miejscu. Rozejrzała się z niepokojem po pomieszczeniu, na ścianie naprzeciwko białą plamą odcinały się drzwi. Podeszła do nich szybkim krokiem, złapała klamkę próbując je otworzyć, ale pozostały nieruchome. Szarpnęła i jeszcze kilka razy nacisnęła klamkę, ale bez efektu. Odwróciła się, na parapecie siedział mały kot, jego sylwetka odcinała się wyraźnie od białych krat. Na dworze stopniowo zapadał zmierzch. Zachodzące słońce kryło się za drzewami, pokój powoli wypełniał mrok. Tracę zmysły, pomyślała, patrząc na kota. Zwierzątko przyglądało się jej z ciekawością, nie było pewne, czy uciec na zewnątrz, czy zostać, dotrzymując dziewczynie towarzystwa. W tym momencie w jej świadomości wyświetliła się sekwencja jak urywek filmu. Boksy, w których stoją konie. Rozmawia z kobietą. Kim jest ta osoba? Napięte rysy twarzy, zwężone oczy, jasne włosy związane z tyłu głowy. Powoli wracają wspomnienia rozmowy. Carla! Mówiła, że jej wyjaśni, że wytłumaczy swoje postępowanie, tylko muszą pojechać do niej do domu, wtedy pokaże wszystkie dowody. Wreszcie się dowie, co się stało z Eklerkiem.
W czasie drogi Carla opowiadała o sobie straszne rzeczy. O ojcu i o tym, że traktował ją jak marionetkę. Gdy dojechały, Carla zrobiła herbatę i na tym koniec. Nic więcej nie pamiętała. Masowała czoło, żeby sobie przypomnieć rozwój wypadków, jak doszło do spotkania i o co w tym wszystkim chodziło. Wróciła do łóżka, narzuciła kołdrę na nogi i zastanawiała się nad sytuacją. Dlaczego Carla zamknęła pokój na klucz?
Kot lizał futerko, udając, że nie interesują go jej poczynania. Przestała wreszcie biegać i krzyczeć, mógł więc spokojnie poczekać na to, co zrobi dalej.
Kolejny przebłysk świadomości przebił się do otumanionego mózgu. Twarz kobiety, uśmiecha się, w oczach błyszczą ogniki świadczące o poczuciu humoru. Ciemne włosy ścięte krótko przy uszach, w których połyskują diamenciki. Kinga! Gdzie ona jest? Dlaczego nie są razem? Co Carla jej zrobiła? Myśli przelatywały przez głowę w szalonym rytmie, w oczach pojawiły się łzy. Jeżeli się skoncentruje, to sobie przypomni, na pewno. Teraz powinna się odświeżyć, bardzo możliwe, że zimny prysznic przywróci jej jasność myśli. Odrzuciła kołdrę i poszła w stronę łazienki, zimne kafelki schłodziły jej stopy. Była boso – dopiero teraz to zauważyła. Carla musiała ją rozebrać. Miała na sobie tylko koszulkę i majtki, resztę ubrań oraz buty zostawila na dywaniku pozszywanym z różnych kawałków materiału. Jak to się nazywa? Wysiliła umysł, żeby przypomnieć sobie nazwę. Patchwork! Uśmiechnęła się do siebie z satysfakcją i weszła do łazienki. Drzwi zostawiła otwarte, żeby światło mijającego dnia pomogło jej w orientacji. Spojrzała w lustro, w półmroku starała się rozpoznać własne rysy. Na imię mam? Zmarszczyła czoło z wysiłku. Na imię mam… Zuzanna! Odetchnęła z ulgą, pamięć powoli odnajdowała drogę przez zamroczony narkotykami mózg. Nastawiła wodę, rozebrała się i weszła do kabiny, widocznie Carla zdjęła z niej ubrania, gdy kładła ją do łóżka. A może sama się rozebrała? Tego nie potrafiła sobie przypomnieć.
Woda przyjemnie obmywała ciało, jednak po chwili zaczęła spływać coraz słabiej aż w końcu skapywała pojedynczymi kroplami.
– Co jest! – krzyknęła, załomotała w rurę od prysznica, spadło kilka dodatkowych kropel i nastała cisza. Gwałtownie odsunęła zasłonę, sięgnęła po ręcznik zawieszony przy umywalce i wycierając się z piany, weszła do pokoju.
Za oknem zaszło słońce i nastał zmrok. Pstryknęła jeszcze włącznikiem, ale bez efektu. Położyła się z powrotem na łóżku i wpatrzona w szarzejący sufit, rozmyślała nad swoim położeniem. Pamięć jej wracała, środki odurzające, które spowodowały oderwanie od rzeczywistości, powoli kończyły działanie. Przyjrzała się nieufnie butelce – domyśliła się, że to ona jest przyczyną bólu głowy i zaników pamięci. Pomyślała, że powinna wylać zawartość, ale pozostanie bez picia; jedyny dostępny zasób wody znajdował się w muszli klozetowej, a na wykorzystanie go w tej chwili nie mogła się zdecydować. Możliwe, że umrze tutaj z pragnienia, czekając na ratunek! Kto wie o tym miejscu? Chyba tylko Jean-Lou. Na wspomnienie mężczyzny łzy znowu napłynęły jej do oczu. Zdrajca! Oszukał ją. Myślała, że jest nią zainteresowany, a on tylko udawał. Naprawdę pociągała go Carla. Złość dodała jej sił. Wyskoczyła z pościeli, podbiegła do drzwi i zaczęła w nie uderzać z całych sił pięściami.
– Carla, otwórz!
Przez chwilę nasłuchiwała, ale w domu panowała cisza. Oparła się o ścianę, myśląc, jak powinna postąpić. Musi przeczekać, nie ma wyjścia.
Bez prądu nie miała nic do roboty – telewizor pozostawał bezużyteczny. Mogła tylko wyglądać przez okno, żywiąc nadzieję, że zagubiony wędrowiec trafi pod dom. O tej porze nawet na wędrowca nie miała co liczyć, jedynie sowy pohukiwały od czasu do czasu.
Od ciemnego już okna odcinała się sylwetka kota, zwierzak postanowił dotrzymać jej towarzystwa. Była mu za to wdzięczna.
Wróciła do łóżka i sięgnęła po butelkę, chciała pogrążyć się we śnie, na nowo zapomnieć. Jeżeli nikt tutaj nie przyjdzie, najprawdopodobniej umrze z pragnienia.
Katarzyna Godefroy
.
wszystkie części :