WYCHODZIŁA  O  ZMIERZCHU  OSŁONIĘTA  GĘSTĄ WOALKĄ

.

Lubiłam patrzeć na zdobną starą szafę z owalnym lustrem na drzwiach i rzeźbę dziewczyny z rozchylonymi ku górze rękami, w których kiedyś podobno trzymała owalne lustro, ale się stłukło, a przede wszystkim wertować album ze starymi zdjęciami. Wszystko to stało na półkach otwartej szafki na książki i czasopisma w obcym mieszkaniu, gdzie na I roku studiów zamieszkałam w Krakowie u ciotki, kuzynki mojego taty.  Całe dnie spędzałam na uczelni, to w bibliotece lub z koleżankami i wracałam dopiero pod wieczór.

Po raz pierwszy znalazłam się   z dala od rodziców. Tęskniłam za nimi bardzo, ale myśli miałam tak wypełnione nowymi wrażeniami, nauką, poznawaniem nowych ludzi oraz miasta, a przede wszystkim radością, że dostałam się na fascynujące, a oblegane, studia, że , o dziwo, brakło mi czasu na smutki. Nawet niewielkie już mieszkanko cioci dostarczało wrażeń, bo przyciągały mą uwagę  nieznane mi przedmioty. 

W starymi albumie nie zdołałam zapamiętać która fotografia kogo przestawia, bo  ciocia mi niektórych pokazała, a ja tych ludzi na ogół nie znałam. Za to przyciągnęły mą uwagę dwa zdjęcia na drugiej już stronie: urodziwej, roześmianej, damy i poniżej, wśród innych zdjęć młodego mężczyzny, który, jakby podrywał się do czegoś w górę, jakby chciał kogoś zawołać, do kogoś pobiec. Już nie pamiętam czemu odniosłam wtedy takie wrażenie, bo przecież zdjęcie było robione w atelier fotograficznym i odpowiednio upozowane zanim fotograf pstryknął. Widocznie w tym młodzieńcu było już coś takiego, jakby się zrywał, porywał na coś. Taki niespokojny duch, Inny niż panowie z sąsiednich fotografii: dostojni, opanowani, ważni.

Zapytałam ciocię o tych dwoje. Akurat o tych i ona popatrzyła na mnie badawczo, chwilę się zastanawiała i wreszcie opowiedziała. 

Ten pan przychodził do młodszej siostry tej pani, która już wtedy była zacną mężatką i przygarnęła z mężem do   domu swą najmłodszą, osieroconą niedawno siostrę. Chciała ją wydać dobrze za mąż, żeby jak ona, miała dostatnie i spokojne życie. A ta dziewiętnastoletnia cicha dziewczyna ledwo wróciła ze szkoły u sióstr zakonnych,  zakochała się   w młodym chłopaku, jeszcze studencie, jakiego poznała w pociągu, jeżdżąc ta samą trasą na ferie do domu i wracając. Pisywał do niej poetyczne listy, które przekazywał jej w skomplikowany sposób przez osoby trzecie, bo siostry zakonne miłosnej korespondencji nie tolerowały. Ani egzaltowania się przedwcześnie tym tematem. Może tylko w poezji Mickiewicza, którą dziewczęta skwapliwie czytały zawsze na głos na rozpoczęcie odrabiania lekcji. Na to siostry patrzyły pobłażliwie, bo kształtowało to w ich podopiecznych wzniosłość uczuć i pragnienie piękna. Dlatego dziewczyna po ukończeniu szkoły tak skwapliwie przeniosła się do siostry w Krakowie, gdzie mógł bywać i jej student. 

Pani Dagmara, ta z fotografii w albumie, naradziła się z mężem, czy ten młodzian imieniem August, to odpowiednia partia dla siostry i wkrótce Jadzia była uszczęśliwiona, gdy jej ukochany składał wizyty w tym szanowanym domu. Nie psuło jej humoru, że czasem się spóźniał, bo wykład się przedłużył. Innym razem długo czekali na niego, wyjeżdżając razem na majówkę, a on zaspał, gdyż, jak się jej po cichu przyznał, prawie do rana grał w karty z kolegami. Ciągle gubił parasole i rękawiczki. Za to pisywał dla niej piękne wiersze.

 Wreszcie zaczął przynosić kwiaty. Jej i siostrze, bo tak wypadało. Jadzia nawet była o to nieco zazdrosna, bo chciała być tak tylko ona wyróżniana, ale wypadało inaczej. Przecież siostra musiała siedzieć razem z nimi w pokoju, bo nie wypadało zostawiać ich samych. Tylko August patrzył niekiedy na Dagmarę, jakby się zastanawiał, jak ją wypłoszyć. Ale przychodził coraz częściej. Tylko już nieregularnie, bo zdawał końcowe egzaminy i wpadał, kiedy tylko mógł. Czasem nawet nie zastał Jadzi w domu. Potem dobrodusznie wybaczał jej nieobecność, pocieszał, że żałowała straconej wizyty. Podobno pogadał trochę z siostrą. Wypili herbatę. Siostra w szczęśliwym małżeństwie zrobiła się domatorką i nie chciało się jej wychodzić z domu. Była zawsze, gdy August się pojawiał w przelocie na uczelnię.

Jadzia, choć tak lubiła włóczęgi po ulicach Krakowa, te z Augustem, ale i samotne, musiała tego poniechać, by nie tracić okazji spotkania z ukochanym. Pewnie się jej oświadczy jak uzyska dyplom. Już niedługo. Musi być cierpliwa. 

A tu, jak na złość, wszystko leciało jej z rąk, myliła się w pracy biurowej, gdzie ją niedawno zatrudniono z poręczenia szwagra. Miała teraz zbyt wiele na głowie, pracy i emocji, by być spokojną, jak przedtem. Tak sobie tłumaczyła, ale coś jeszcze niepokoiło, czego nawet nie potrafiła ubrać w słowa. Przecież nie była zazdrosna. Nie o siostrę. Dagmara jest szczęśliwa. Zawsze piękna i uśmiechnięta. Rozkwitła w małżeństwie. Kocha tego swego męża na stanowisku, poważnego i dystyngowanego. Ma z nim dobrze.

 Tylko  August mniej teraz wierszy miłosnych pisuje, bo zajęty końcowymi egzaminami. Nie wspomną nawet, gdzie potem osiądzie, weźmie posadę i przywiezie ją tam jako żonę. A to dłużyło się i dłużyło.

Dagmara też posmutniała, jakby czymś się frasowała. Pomiędzy brwiami pojawiła się jej ostatnio zmarszczka. Nie dbała o to, że się starzeje. Dobiega przecież trzydziestki. No nie, ma dopiero 27 lat. Podobno w tym wieku kobieta jest najpiękniejsza. Ale tylko machnęła ręką, gdy Jadzia ją zapytała, czym się martwi? Jeszcze naprawdę zmarszczek dostanie. Dotąd bała się nawet za bardzo śmiać, by nie dostać zmarszczek. A ostatnio śmiała się często. Szeroko i beztrosko. A teraz zapytana machnęła tylko ręką i uciekła. Włożyła pospiesznie płaszcz i wyszła z domu. Często coś wychodziła.  Pytana, tłumaczyła, ze boli ją głowa i musi się przejść. Towarzystwa nie chciała. Pragnęła się uspokoić.

Do końca nikt nic nie wiedział, Ani Jadzia się nie domyślała niczego. Ani szwagier.

Podobno stanęli przed nim oboje. Już z walizkami. Wybrali porę, gdy dzieci były w szkole, służąca na zakupach, a Jadzia w biurze.  Jej nie chcieli jeszcze bardziej smucić. Stanęli więc oboje z walizkami przed Stanisławem, Dagmara i  August. To musieli mu wreszcie powiedzieć. Wyjeżdżają. Oboje. Razem. Na zawsze. 

Obserwowała przecież tego prawie jeszcze chłopca przez tyle miesięcy, gdy  przychodził do Jadzi. Ten student był taki inny od jej misiowatego małżonka na stanowisku. Roztargniony aż czasem niezręczny, szczególnie odkąd zagapiał się w nią zaciekawiony, i czerwienił się, gdy Jadzia trzepnęła go w dłoń, że jej nie słucha. Twierdziła, że jest  rozwichrzony. Peszy się z nieśmiałości. 

Obie więc na wyścigi dodawały mu otuchy, otulały troskliwością. A kiedy wychodząc, całował ją w rękę, przechodził ją dreszcz. I gdy wtedy na moment ich oczy się spotkały, powiedziały wszystko. Jego wiersz więcej. Nawet milczenie, gdy następnym razem znowu siedziała na kanapie, a oni przy stole. Bała się spojrzeć na niego. On również. Wiedziała to.

Ale o tym wszystkim mężowi nie może opowiedzieć. A już na pewno nie w takiej chwili. I nigdy wszystkiego. Na to nie ma nawet odpowiednich słów. To się tylko czuje. Czuła to całą sobą.

I wtedy, jak ludzie opowiadają, choć nikogo więcej przy tym nie było, ten dobrotliwy, dystyngowany Stanisław poprosił, by na  pożegnanie mógł ją pocałować. Pozwoliła. Wtedy odgryzł jej nos.

Podobno wychodziła potem czasem z domu o zmierzchu, skrywając twarz za gęstą woalką kapelusza.

Skąd ja to wszystko wiem?  Oj, ciocia mi to opowiedziała tak plastycznie. Może wplotła w to swoje wyobrażenia? Nie wiem.  Miała przecież artystyczne usposobienie, mieszkała w różnych miastach, nawet  za granicą, chodziła namiętnie do kina, jak tamto pokolenie, a mój tato również. Nawet nad kuchenką gazową w swej małej kuchence ostatniego mieszkania powiesiła zdjęcie aktorki, do której, jak wszyscy mówili, była podobna.  Tak, miała romansowe usposobienie. Ale co fakty, to fakty. Kłamać nie kłamała.

Właściwie nie pamiętam dokładnie, jak to się potoczyło, co opowiedziała ciocia, co album, ile dodali ludzie, czego nikt nie wiedział?

Nie pamiętam zakończenia tej  historii, bo na tą opowieść cioci nałożyło mi się inne wydarzenie, w innym znowu mieście. Kilka lat później poznałam  na placu zabaw  starszą panią, która z wielkim przejęciem zajmowała się swoim wnukiem. Czym wyróżniała się z grupy kobiet, jakie pojawiały się z dziećmi na ławkach wokoło. Nie dołączała do rozgadanych i pokrzykujących na maluchy. Ona była jakaś osobna. Cicha, zamyślona. Ale zaczęła przysiadywać się do mnie, czytającej samotnie na ławce powieść. Kiedy  jej wnuczek bawił się w piaskownicy  z moim synem,  opowiadała mi trochę o córce i synu.  W końcu   o sobie. Z  wyraźnym przymusem. Jakby chciała to komuś wreszcie opowiedzieć, a coś ją powstrzymywało. 

– Widzi pani, ja już nie mam takiego zdrowia, aby na starość zajmować się małymi dziećmi, bo u syna też  robię, co mogę, ale jestem zależna od dzieci. Muszę im choć teraz odrobić czas, kiedy zajęta swoimi sprawami zostawiłam je same sobie. No, za mało się im poświęciłam. Wie pani, ja z mężem chciałam się rozstać, a on  na pożegnanie chciał mnie  tylko pocałować i odgryzł mi nos. Kawałek. Sam czubek. Wisiał jeszcze na skórze. Ale  wiedziałam, że  taką ranę  trzeba szybko posmarować białkiem jajka. Natychmiast, nie bacząc na krew,  rozbiłam jedno i nałożyłam na ranę. Pomogło. Teraz tylko ja  widzę tę okrągłą szramę na końcu nosa. To takie moje memento…

Nie śmiałam spytać   o nic więcej. Widziałam ją jeszcze ze dwa razy, ale wkoło były inne matki z dziećmi, nie pasowało  naciągać jej na osobiste tematy. Zresztą odtąd się ode mnie wstydliwie odwracała. Widać było jej wstyd, że już znam jej sekret. Może  sobie wyobrażała, że myślę o niej źle. Byłam  zanadto nieśmiała, by się narzucać.  Przyszła zima i przestała się z wnukiem pojawiać przy piaskownicy. Ja przestałam  też przychodzić, gdy moja pociecha poszła do szkoły. Straciłam  z oczu  interesującą panią. 

Ona więc to była tą z albumu, czy nie? Cioci już nie było na świecie, bym  ją o to spytała. Zapytałabym chociaż, czy miała taki kapelusz z gęstą  woalką. Ale przed  wojną wszystkie panie w podobnych wychodziły na ulicę. I takie pożegnania  nieraz się  zdarzają. Cóż, intrygująca historia. 

Ileż to historii skrywają stare albumy ze zdjęciami. 

      Katowice 27.4.2026r.

Krystyna Habrat                                                 

3
0

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *