.

Ocalić Oreo w Wigilię

.

Karina przez dłuższą chwilę mocowała się z drzwiami od werandy. Zamek zacinał się już od wielu miesięcy. Wreszcie drzwi uległy pod naporem ciężaru jej ciała a kobieta wpadła obiema nogami odzianymi w kozaki w dwudziestocentymetrową warstwę śniegu. Nie odśnieżyła ani brukowanego kwadratowego placyku między jej werandą a ścianą werandy sąsiadki, ani ścieżki biegnącej przez sześciometrowy ogródek. Odśnieżyła ścieżkę i schody prowadzące do domu od strony ulicy wraz z kawałkiem chodnika przylegającym do jej posesji. W zeszłym roku listonosz zatańczył rozpaczliwy taniec na oblodzonych schodach zanim runął w śnieg wypełniający przestrzeń przed schodami. Paradoksalnie fakt, że ten śnieg tam wciąż leżał, ocalił mężczyznę przed odniesieniem uszczerbku na zdrowiu. Ale ile kobieta się nasłuchała kąśliwych uwag i pomstowania, tylko ona wie. Listonosz słusznie się rozzłościł i gdyby złamał którąś z kończyn lub mocniej się potłukł, Karina musiałaby ponieść odpowiedzialność. Przepisy dotyczące odśnieżania terenu przed prywatnymi domami są jasne. W tym roku usuwała śnieg rzetelnie i regularnie. Ze ścieżki, schodów, chodnika a nawet z podjazdu. Zauważyła, że listonosz lubi robić sobie skrót i pędzić przez podjazd. Karina sprzedała samochód kilka miesięcy temu, więc podjazd służył głównie znajomym, którzy parkowali na nim swoje auta. Dla kurierów to była równie wygodna opcja. 

Z ogródkiem z tyłu domu sprawa miała się zupełnie inaczej. Nikt tam nie przychodził, przynajmniej nie w zimie, nikt oprócz niej i jej kota. Jeśli wywinęłaby orła, mogłaby mieć pretensję wyłącznie do siebie. Karina postanowiła przemieszczać się po głębokich śladach, które zostawiła wcześniej. Dotarła mniej więcej do połowy ścieżki w górnej części ogródka, ciaśniej otuliła się ciepłą kurtką i naciągnęła kaptur na głowę. Minęła piętnasta, ale wokół panowała zupełna cisza. Ludzie w sąsiednich szeregówkach z pewnością byli zajęci przygotowaniami do uroczystej kolacji lub szykowaniem się do wizyt u krewnych. Karina pierwszy raz w życiu postawiła się reszcie rodziny z Katowic i oświadczyła, że przyjedzie dopiero w pierwszy dzień świąt późnym wieczorem. Do tego czasu brat, siostry, kuzyni i ciocie opuszczą dom rodziców. Miała dosyć tego tematu przy wigilijnym stole, tematu który wypływał nawet wtedy, kiedy wszyscy bardzo starali się go nie poruszać. Jednak temat wisiał w powietrzu tak długo, aż w końcu ktoś go podejmował. Kobieta nie przyznała się do prawdziwej przyczyny swojej tegorocznej nieobecności. Wymyśliła jakiś dobrze brzmiący solidny powód.

Nadchodził zmierzch i temperatura spadała coraz szybciej. Karina martwiła się o swojego kota. Wyszedł na zwyczajową inspekcję okolicy ponad godzinę temu i nadal nie wrócił. Nietypowe zachowanie w zimie, chyba że…

– Oreo! – zawołała i odniosła wrażenie, że jej donośny głos niszczy podniosłość ciszy. – Oreo! – zawołała trochę ciszej, ale wciąż na tyle głośno, żeby pupil mógł ją usłyszeć. Potem nasłuchiwała. Nie nadeszło żadne radosne miauczenie ani nawet pomrukiwanie obwieszczające jego powrót do domu. 

Powinnam była nazwać go Łajza – pomyślała Karina.

– Nie chcesz wracać, to se siedź. Najwyżej tyłek ci porządnie zmarznie zwróciła się na głos do nieobecnego kota, jakby kręcił się tuż obok jej nóg.

Chciała się nie przejmować. Wszak to kot, który ma futro, i to całkiem grube. Jednak nie mogła zaprzeczyć, że odczuwała pewien rodzaj niepokoju. Postała jeszcze chwilę w ogródku i wreszcie ruszyła z powrotem w stronę werandy. Nagle coś ją tknęło. Zawróciła i zawołała jeszcze raz. 

– Oreo!

Usłyszała stłumione miauczenie płynące z garażu sąsiada. Przynajmniej wtedy jej się wydawało, że właśnie stamtąd dochodził dźwięk.

– Niech to szlag! – zaklęła i spojrzała w okna Korneliusza. Zapalone światło świadczyło o tym, że ktoś jest w domu.

Dwa miesiące temu, zanim nadszedł mróz, Oreo postanowił zwiedzić garaż sąsiada. Zaciekawiony wnętrzem pełnym różnych fascynujących zakamarków i przedmiotów, wślizgnął się niezauważony przez otwartą bramę i utknął tam na kilka godzin. 

Karina chciała się upewnić, czy kot i tym razem został uwięziony w garażu przez sąsiada nieświadomego jego przebiegłej obecności. Nie zamierzała na marne naruszać spokoju Korneliusza w wieczór wigilijny. Jeśli ma zapukać do jego drzwi, musi przyjść z konkretem a nie ze spekulacjami. Wróciła do domu po czapkę, szalik, rękawiczki i kluczyk od ogrodowej  furtki. Za furtką znajdowała się ścieżka, a dalej skwerek obsadzony wysokimi drzewami. Zatrzymawszy się przed garażem sąsiada, Karina ponownie zawołała kota i wtedy ku swojemu przerażeniu zorientowała się, że miauczenie wcale nie dobiega z wnętrza garażu, ale płynie z góry. Zadarła głowę, najpierw niczego nie mogła dostrzec pośród gęsto splecionych gałęzi. Postanowiła nawoływać kota i pozwolić się prowadzić dźwiękowi miauczenia, które teraz ustąpiło miejsca rozdzierającemu kociemu pojękiwaniu. Wreszcie stanęła pod kilkunastometrowym rozłożystym drzewem. Podniosła wzrok i na grubym konarze na wysokości około trzeciego piętra bloku mieszkalnego dostrzegła biało-czarną kulę. Oniemiała. Tak wysoko Oreo jeszcze nigdy się nie wspiął. Kot się miotał, próbował znaleźć drogę zejścia. Robił pielgrzymki do końca konaru, który nad garażem Korneliusza robił się cieńszy, i szykował się do skoku na dach garażu. Jednak ostatecznie rezygnował i wycofywał się do głównego pnia drzewa. 

– Chryste Panie! Coś ty narobił, głuptasie! No chodź! No dalej! No dasz radę! Oreo! Kotku, no chodź tu do mnie! Wlazłeś, to kurde, chyba przecież zejdziesz, co?!

Po pół godzinnej obserwacji poczynań kota, Karina zrozumiała, że Oreo boi się zsunąć po pniu głową w dół a tyłem nie potrafi. Uświadomiła sobie również, że lepiej, żeby nie zeskakiwał na dach garażu, bo odległość jest duża a on nie uchodził za mistrza giętkości i elastyczności. Wręcz przeciwnie – był niezdarny i niezgrabny. Kiedyś w radosnej pogoni za piłeczką potknął się na kamiennych ogrodowych schodkach i jakimś cudem nadział ząb na wargę. Karina nigdy nie zapomni wzroku weterynarza wpatrującego się ze zdumieniem w wargę przekłutą na wylot przez kieł. Największym osiągnieciem Oreo w dziedzinie skoków było pokonanie odcinka od ziemi do parapetu na parterze. Jednak mimo jego fajtłapowatości, kobieta od razu go pokochała. Chociaż umaszczenie miał piękne, nikt go nie chciał. A Karina miała słabość do wyrzutków. Spał w kącie klatki, podczas gdy inne koty ocierały się o drucianą siatkę w boksie i próbowały zwrócić na siebie uwagę. Karina pomyślała wtedy, że on już stracił nadzieję, że ktokolwiek weźmie go ze schroniska. 

Oreo znów przymierzał się do skoku z konaru wystającego z pnia.

– Oreo, nie! – wrzasnęła Karina i zaczęła okładać pień dłonią. – Chodź tutaj, nie skacz! Jeszcze mi tylko brakowało kota w gipsie! Jeśli w ogóle przeżyjesz! 

Kot ruszył z powrotem w kierunku głównego pnia drzewa. Karina wyciągnęła z kieszeni telefon komórkowy i wybrała numer alarmowy. 

– Dzień dobry. Straż pożarna, słucham. 

– Dzień dobry. Chodzi o mojego kota.

– Proszę powtórzyć.  Nie wiem, czy dobrze zrozumiałem. 

– Mój kot siedzi na drzewie na wysokości około jedenastu metrów i nie może zejść.

– Jeśli tam wszedł, to i zejdzie.

– Też tak sądziłam, ale chyba jednak nie zejdzie. Czy strażacy mogliby go ściągnąć?

– Proszę pani, bez urazy, mamy tu pilniejsze wezwania. Jeśli kot nie zejdzie z drzewa do jutra rano, przyślemy wóz, dobrze?

– Ale jak to? Przecież temperatura spadnie do kilkunastu stopni poniżej zera! Poza tym on ciągle próbuje zeskoczyć a to jest bardzo wysoko. No, zabije mi się kot! Proszę, przyślijcie kogoś. Przecież przyjeżdżacie do takich sytuacji, prawda?

– Prawda, ale nie mamy teraz wolnego wozu. Proszę poczekać do rana. 

Karina się rozłączyła.

– Cholera jasna! I co teraz? 

Odpowiedziało jej żałosne przeciągłe miauczenie.

– Siedź tam! Myślę. 

Mogła zrobić tylko jedno. Najwyraźniej nie miała innego wyboru. Przyłożyła telefon do ucha.

– Hej, Karina. Co tam?

– Hej. Słuchaj Darek, chyba potrzebuję twojej pomocy…

Po drugiej stronie zapadła cisza.

– Błagam, tylko nie mów, że kocur znów wywinął jakiś numer.

Tym razem milczała Karina.

– Nic nie mówisz czyli wywinął… Jezu, Karina! Czy ten kot nie mógłby siedzieć spokojnie na swoim kocim zadku? Co tym razem? Opuszczona altanka na działkach? Garaż sąsiada? A może dach kościelny? 

– Obawiam się, że z tym ostatnim za bardzo się nie pomyliłeś… Darek, no cholernie mi głupio. Mam wrażenie, że ostatnio odzywam się tylko w sprawie ratowania kota, ale nie dam rady go stąd zdjąć – zawyła.

Usłyszała w słuchawce wymowne westchnienie.

– To znaczy, gdzie konkretnie jest?

– Wlazł na jedno z tych wielkich drzew na naszym skwerku. Nie może zejść. Serio. Stoję tu już ze czterdzieści pięć minut a on nic. Boję się, że albo zamarznie na kość albo w końcu w akcie desperacji skoczy i się zabije. W najlepszym razie ostro połamie…

– Kurde… Dzwoniłaś na straż pożarną?

– Tak. Nie mają wolnego wozu. Jeśli kot nie zejdzie do rana, przyjadą. Tyle pomogli…

– Rano to on trafi do galerii figur z lodu.

– No właśnie. Darek, naprawdę czuję się jak idiotka, ale co mam zrobić?

– Karina, ja mam tu kupę roboty przed Wigilią. Kaśka zacznie się wściekać. Czy pan kot nie mógł sobie wybrać innego momentu?

– No najwyraźniej ma gdzieś, że to akurat Wigilia.

Darek cicho jęknął.

– Dobra. Zaraz będę na skwerku. Mam w garażu drabinę. Nie jest zbyt długa, ale może wystarczy. Pomożesz mi ją przytachać. Najpierw zrobię ogląd sytuacji. 

Karina nie chciała gasić optymizmu sąsiada, chociaż była przekonana, że drabina o przeciętnej długości nic nie wskóra. 

– Dzięki. Czekam pod drzewem. 

Karina się rozłączyła. Pomyślała o akcji w zeszłą wiosnę, kiedy Darek włamał się do opuszczonej altanki, żeby wyciągnąć ze środka Oreo. Spojrzała w górę. Kot przycupnął na konarze. 

Po około pięciu minutach usłyszała trzeszczenie śniegu pod czyimiś butami. Darek szedł w jej stronę szybkim krokiem. Zatrzymał się pod drzewem. Poszukał kota wzrokiem, a ten na widok kolejnej istoty ludzkiej przejętej jego losem ożywił się a dźwięk jego głębokiego miauczenia rozdarł powietrze. To był ten rodzaj miauczenia, jakie koty wydają z siebie, kiedy są na skraju paniki. 

– Dzięki, że przyszedłeś – odezwała się Karina.

– A miałem inne wyjście? – odparł zadziornie wysoki mężczyzna. 

– Kasia jest bardzo zła? 

– Powiedziałem, że potrzebujesz pomocy przy otwarciu wina. Nie wspomniałem o kolejnej przygodzie kota.

– Chryste! Darek! Bardzo ci dziękuję! Teraz Kaśka pomyśli, że na bank mam problem z uzależnieniem! 

– Nie pomyśli. Ostatni raz wezwałaś mnie do otwarcia butelki rok temu. Poza tym ma całe ręce oblepione ciastem. Wiesz przecież, jak ona nie cierpi lepić tych uszek, chociaż robi to co roku. Nie da się przekonać do kupnych, nic na to nie poradzę. Ale przynajmniej wtedy wszystkie jej zmysły są przytępione złością i informacje docierają do niej wybiórczo. A więc pewnie już zapomniała, po co do ciebie poleciałem. A tak a propos, kupiłaś sobie wreszcie jakiś porządny korkociąg?

– Nie. Miałam ważniejsze wydatki. 

– No dobra, trzeba jakoś ściągnąć z drzewa Łowcę Wrażeń.

Mężczyzna znów zadarł głowę w górę. 

– Moja drabina jest zdecydowanie za krótka, ale tak sobie pomyślałem, że może jak oprzemy ją o drzewo, ja na nią wejdę i dodam kocurowi otuchy, poczuje się zachęcony, żeby zsunąć się po pniu. 

Plan brzmiał rozsądnie. Ruszyli do garażu Darka po drabinę. Kiedy ustawili przedmiot pod drzewem, Darek zaczął energicznie wchodzić po szczebelkach aż wreszcie zatrzymał się na ostatnim. Odległość pomiędzy nim a Oreo porażała swoją wielkością. Darek zawołał kota i potem powtarzał nawoływanie co kilka sekund. Zamiast „Oreo” używał słowa „Rodeo”. Karina nie miała pewności, czy się przejęzyczał czy robił to celowo, żeby humorystycznie, aczkolwiek z pewną dozą złośliwości podkreślić, że ratowanie kocura z opałów jest pełne emocji niczym impreza rodeo. Karina też wołała i rzeczywiście wydawało się, że Oreo pokona swoje wewnętrzne opory i zacznie się ześlizgiwać po pniu. Niestety początkowy entuzjazm Darka i Kariny szybko opadł, kiedy kot wycofał się i ponownie wtulił w konar.

– Jasna cholera! Jednak chyba nic z tego nie wyjdzie – mruknął ze zniechęceniem Darek, kiedy zszedł z drabiny. 

Oboje wpatrywali się w kulę sierści, która z powodu zmierzchu nie była już tak wyraźnie widoczna. 

– Zaniesiemy drabinę do garażu. Już i tak nie będzie nam potrzebna – oznajmił Darek.

– Słuchaj, jest jeszcze jedna opcja. Znasz tego sąsiada z końca naszej ulicy przy skrzyżowaniu z Wesołą? – zapytał Darek, kiedy wrócili pod drzewo, na którym siedział kot.

– Nie, w ogóle nie znam ludzi z tamtej części. 

– Tam mieszka taki facet. Ma na imię Paweł. Wprowadził się na naszą ulicę jakieś pół roku temu. Wcześniej mieszkał na Kasztanowej.

– No normalnie mi imponujesz. Skąd ty znasz tych wszystkich ludzi? 

– Bez przesady, Nie wszystkich. Tego akurat poznałem, bo nasz dach potrzebował uszczelnienia. Paweł prowadzi firmę remontującą dachy i ma długich drabin od licha i trochę. 

– Ale gdzieś tu?

– No, aż tak daleko to moja wiedza nie sięga. Raczej nie tu, bo niby gdzie miałby je trzymać? Pewnie ma jakiś magazyn z biurem albo coś takiego?

– No dobra, nadzieja do mnie powraca. Pójdziemy do niego razem? 

W tym momencie zadzwoniła komórka Darka. 

– Hej….Aha….Kryzys w kuchni? Jasne….Już pędzę z powrotem.

Darek spojrzał na Karinę przepraszająco.

– Chciałbym doprowadzić do końca misję ratowniczą Księcia, ale Kaśka szaleje nad tymi uszkami. Tomek powiedział, że mama na nich nawrzeszczała a potem się rozpłakała. Muszę zażegnać kryzys. Słuchaj, to sympatyczny facet, serio – dodał, widząc zbolałą minę Kariny. – Serdeczny. Może troszkę dziwny…

– Ale dziwny jak seryjny zabójca, czy po prostu trochę specyficzny?

– Raczej to drugie. 

– Raczej? Jezu, Darek, nie pocieszasz mnie!

– Ojeju, no przecież wiesz, że sobie żartuję. Normalny facet z delikatnym zabarwieniem dziwności. Poradzisz sobie. Numer osiemdziesiąt pięć. 

– Ale czy on w ogóle jest teraz w domu? A może przyjechała do niego rodzina a ja tam bez pardonu wtargnę?

– Możesz wtargnąć z pardonem. 

– O matko, Darek, zaczynasz mi działać na nerwy!

– Karina, nie komplikuj. Po prostu pójdź do niego i zapytaj. Albo to, albo martwy Rodeo. Wybieraj.

– Oreo! 

– Dobra, lecę, żeby żona mi dzieci nie zamordowała… I to jeszcze w wieczór wigilijny.

Darek pocałował Karinę w policzek i mocno ją uściskał. Odszedł kilka kroków dalej i się odwrócił.

– Ale co ty w ogóle robisz tutaj w Wigilię? 

– Jak to co? Kota z drzewa ściągam.

– A tak poważnie?

– To na inne pogaduchy. Wpadnę do was po świętach, dobra? Dzięki za pomoc i wszystkiego najlepszego. Uściskaj Kasię.

– Nie chcesz przyjść do nas na Wigilię?

– Dzięki, ale to by było jakieś takie niezręczne.

– Jakie niezręczne? Przecież wiesz, że zawsze jesteś mile widziana.

– Wiem, ale jutro i tak jadę do Katowic. Muszę się spakować i tak dalej. Nie martw się, nie będę sama przez całe święta. Zostawmy nasze spotkanie na potem, okej? – Karina się uśmiechnęła. 

– Pewnie. Jak chcesz. Przynieś butelkę wina, to ją otworzę. – Darek puścił do Kariny oko. – Wszystkiego najlepszego i powodzenia z misją ratowniczą. Kocie! – zawołał. – A tobie życzę mniej brawurowego życia!

Karina zatrzymała się przed posesją z idealnie odśnieżonym podjazdem, na którym stał biały Ford Transit z bagażnikiem dachowym a obok Volvo XC60.

Niektórym to się powodzi – skomentowała w myślach.

W oknie kuchennym paliło się światło. Ktoś prawdopodobnie był w domu. Kobieta podeszła do drzwi i natychmiast została oślepiona światłem na fotokomórkę. Nie znosiła tego i nie rozumiała, dlaczego niektórzy ludzie chcą pozbyć się ciemności na każdym kroku. Zadzwoniła i miała wrażenie, że jej frustracja wlała się do dźwięku dzwonka. Zauważyła światło przeciskające się przez luksfer z korytarza za drzwiami. Otworzył jej mężczyzna w wieku między trzydziestką a czterdziestką ubrany w kurtkę i czapkę. Wyglądało na to, że zamierza gdzieś wyjść. A może właśnie wrócił? Był zaskoczony jej wizytą. Nic dziwnego. Kto pojawia się na progu obcego sobie człowieka i to w Wigilię? Karina czasami zastanawiała się, czy tradycja zostawiania wolnego miejsca przy stole dla strudzonego wędrowca sprawdziłaby się w praktyce. Czy naprawdę wpuścilibyśmy do domu nieznajomego i pozwolili mu usiąść z nami do posiłku? 

– Dzień dobry – zaczęła. – Choć może powinnam powiedzieć, dobry wieczór, skoro na dworze już ciemno – chrząknęła. Zawsze, kiedy się stresowała, zaczynała mówić jeszcze więcej niż normalnie. – Czy pan jest panem Pawłem?

– Dzień dobry. Tak to ja – odpowiedział mężczyzna i zdjął czapkę. Miał ciemne krótkie włosy lekko przyprószone siwizną.

– Przepraszam, że pana nachodzę, i to jeszcze w Wigilię, ale mam problem. Darek Agrafka spod dziewiętnastki poradził, że pan może mi pomóc. Podobno kiedyś robił pan u niego dach?

– Tak, znam go. Słucham. 

– Mieszkam pod numerem dwadzieścia trzy. Nazywam się Karina Roztocka. – Kobieta wyciągnęła rękę do mężczyzny. Dopiero po chwili zorientowała się, że jest w rękawiczce. Pośpiesznie ją zdjęła. 

– Paweł. – Mężczyzna uścisnął jej dłoń.

– No, więc nie chodzi o dach. Gdzież bym śmiała przychodzić w Wigilię w sprawie dachu… –Kobieta skarciła się w myślach za swój słowotok. – Chodzi o to, że mam kota i on lubi włazić tam, gdzie nie trzeba i pakować się w różne tarapaty. –  Im bardziej próbowała skrócić historię, tym więcej słów na minutę z siebie wypluwała. Wzięła głęboki oddech i mówiła dalej. – No i tym razem wlazł na bardzo wysokie drzewo na naszym skwerze i za nic nie potrafi zejść. Próbowaliśmy z Darkiem go stamtąd ściągnąć, ale Darka drabina jest za krótka a straż pożarna nie chce przyjechać. Podobno ma pan dostęp do długich drabin…ale… – Karina nagle urwała i potrząsnęła głową. – Widzę, że pan chyba się gdzieś wybiera. Nie chcę zawracać panu głowy…Niepotrzebnie w ogóle przyszłam.

– Ale to żaden kłopot. Naprawdę – odparł spokojnie Paweł. – Po pierwsze, skoro poznaliśmy już swoje imiona, może przejdziemy na „ty”? Tak będzie łatwiej. Po drugie, nigdzie nie wychodzę. Chętnie ci pomogę. Tylko będę potrzebował pomocy drugiego mężczyzny, żeby załadować drabinę na dach dostawczaka. Sam nie dam rady. Jest bardzo ciężka. Myślisz, że Darek mógłby z nami pojechać do magazynu? To niedaleko.

– Kurczę, sama nie wiem. Miał w domu kryzys…

– Ojej… A co się stało?

– A nie, nie… Nie w tym sensie kryzys. Nie w tym, czyli nie w sensie czegoś katastroficznego. Jego żona lepi uszka i to… A zresztą nieważne… – Karina miała ochotę zakneblować sobie usta. 

– To może ktoś inny?

– Mówiąc szczerze, nikt nie przychodzi mi do głowy w tym momencie. Dobrze. Zadzwonię do Darka i zapytam. 

– No, co tam? – Głos Darka brzmiał wesoło, co oznaczało, że kryzys uszkowy został zażegnany.

– Hej. Stoję tu z Pawłem przed jego domem. – Karina spojrzała na mężczyznę. – Paweł pomoże, ale potrzebuje drugiego faceta, żeby załadować drabinę na dach auta. Wiem, że stąpam po cienkim lodzie, ale dałbyś radę? 

– Dałbym pod warunkiem, że uwiniemy się w ciągu godziny.

– Paweł, uwiniemy się w ciągu godziny? – zapytała Karina.

– Tak. 

– Okej, słyszałem. Dobra, za chwilę będę.

Kiedy Darek do nich dołączył, cała trójka wsiadła do Forda Transita i Paweł odpalił silnik.

– Na pewno nie chcesz poczekać na skwerku? Może Rodeo poczuje się raźniej? – zasugerował Darek.

– Oreo – poprawiła go Karina. – Nie, pojadę z wami. Boję się, że ta „raźność” może się skończyć jego desperackim skokiem. Lepiej, żeby mnie już nie oglądał, dopóki nie przywieziemy drabiny.

– Jak daleko mamy do magazynu? – zwrócił się Darek do Pawła.

– Około siedmiu minut.

– To rzeczywiście kamieniem dorzucić. – Darek pociągnął nosem. 

Paweł wycofał Forda z podjazdu na ulicę i skręcił w lewo. 

– Jedziesz potem z rodziną na Wigilię, czy organizujecie w domu? – zagaił Pawła Darek. Nie lubił milczenia. W żadnej przestrzeni. W swoim samochodzie zawsze włączał muzykę z radia. 

– Planowałem wybrać się do siostry, ale zostanę w domu.

– Czyli jednak gdzieś wychodziłeś? – wtrąciła Karina. – Przeszkodziłam ci. 

– Nie, skąd. Zanim przyszłaś, podjąłem decyzję, że jednak nie pójdę.

Karina czuła, że Darka aż świerzbi, żeby wypytać Pawła o powody jego decyzji, ale Paweł odpowiedział tonem, który nie pozostawiał żadnych wątpliwości, że nie zamierza zwierzać się ze szczegółów. Temat był zamknięty. Przynajmniej na tą chwilę. Do końca podróży rozmawiali o błahostkach. Na obszernym placu przed magazynem, mężczyźni wysiedli z samochodu i ruszyli do magazynu po drabinę. Karina została w Fordzie. Po niedługim czasie Darek i Paweł wyłonili się z budynku, dźwigając drabinę. Przytwierdzili przedmiot do uchwytów na bagażniku dachowym i oznaczyli ładunek czerwonym światłem oraz odblaskiem.

.

.

– Ale długa ta drabina – skomentowała Karina, kiedy wsiedli do kabiny.

– Można ją jeszcze dodatkowo rozłożyć – wyjaśnił Paweł. – Oreo zostanie uratowany. – Mężczyzna spojrzał na Karinę i po raz pierwszy się uśmiechnął. Karina przyjrzała mu się dokładniej. Wcześniej jego twarz była po prostu spokojna, ale bez żadnego cienia uśmiechu. Miał bardzo ładne oczy – duże, zielone, otoczone gęstymi rzęsami. Bił z nich smutek lub nostalgia. A może jedno i drugie?

Ruch zrobił się nieco większy, ulice się zakorkowały. Ludzie przemieszczali się do swoich rodzin, żeby wspólnie zjeść kolację. Cyfry zegarka na desce rozdzielczej pokazywały godzinę siedemnastą trzydzieści. Karina patrzyła przez szybę na domy przyozdobione świątecznymi lampkami i nagle wydało jej się to kompletnie surrealistyczne, że siedzi w Fordzie Transit z drabiną na dachu. Karina Roztocka właśnie tak spędza Wigilię, bo nie ma odwagi albo siły postawić granic własnej rodzinie. Nie potrafi dobitnie im oznajmić, że nie życzy już sobie pytań o jej życie osobiste i jak będzie chciała im coś powiedzieć, sama o tym zadecyduje. Zamiast tego stosuje mechanizm ucieczki. Po prostu nie przyjeżdża na święta do domu. Spojrzała na Pawła. Prawie mu zazdrościła, że dawał sobie pozwolenie na to, żeby pewnych rzeczy nie ujawniać i wcale nie sprawiał wrażenia, jakby męczyły go z tego powodu jakiekolwiek wyrzuty sumienia. No, ale przecież przyjęcie takiej postawy jest dużo łatwiejsze względem obcych niż rodziny. 

Paweł zatrzymał samochód tak blisko drzewa, na którym „zimował” kot, jak tylko to było możliwe. Oreo wydał z siebie ciche żałosne miauknięcie. Przynajmniej wciąż tam był. Nie pokusił się o samobójczy skok. Paweł i Darek zdjęli drabinę z dachu Forda i ustawili ją pod drzewem. Darek ciaśniej naciągnął czapkę na skronie. 

– To, co?  – zagaił do Pawła. – Rzucamy losy, kto tam włazi?

– Ja to zrobię – oznajmił Paweł. – Ty będziesz przytrzymywał drabinę. – Paweł spojrzał na Karinę. – Na co mam się przygotować? Na podrapanie? Pogryzienie?

– Jeśli chwycisz go za fałdę skóry na karku, nie będzie mógł się ruszyć i nic ci nie zrobi. On jest łagodny, ale wiadomo, że jak zwierzę się stresuje to się broni. Nawet przed swoim wybawcą. Oby tylko do ciebie podszedł.

– Dobra. Wchodzę.

Darek i Karina obserwowali, jak mężczyzna pnie się coraz wyżej. Wreszcie dotarł na wysokość konaru, na którym mniej więcej w połowie długości siedział skulony kot.

– Hej, Oreo. Chodź do mnie, kotku. No, chodź! – przemówił do niego łagodnie Paweł. 

Oreo nie rzucił się z ulgą w jego kierunku, nie zmienił swojej pozycji, nawet ani razu nie zamiauczał.  Była to zapowiedź złego obrotu sprawy.

– No, dalej. Chodź! – zachęcał go cierpliwie mężczyzna.

Kot powoli się podniósł. Darek i Karina wstrzymali z wrażenia oddech, ale Oreo zamiast iść do wyciągniętej dłoni Pawła, ruszył w przeciwną stronę ku cieńszemu odcinkowi konaru zawieszonemu nad garażem Korneliusza. 

– O nie! – wyrwało się niemal jednocześnie z płuc Darka i Kariny. 

– No, gdzie ty leziesz! – krzyknęła z bezsilnością Karina. – Wracaj!

Oreo przycupnął na gałęzi. Przemawianie do kota trwało dobre kilka minut. Po dobroci i po złości. Karina bała się, że Paweł w końcu zrezygnuje a wtedy los Oreo będzie przesądzony. Z nieba zaczęły leniwie spadać gwiazdki o koronkowej strukturze, przynosząc ze sobą wrażenie jeszcze głębszej ciszy. Było ich coraz więcej aż wreszcie śnieżna kurtyna zgęstniała. Kocur wstał i ostrożnymi powolnymi ruchami, jakby był w posiadaniu całego czasu Wszechświata, wszczął akcję powrotną ku pniu drzewa. Zbliżył się do nadal wyciągniętej ręki Pawła, która powoli mdlała, i nieufnie obwąchał rękawiczkę, po czym znów zaczął się wycofywać. Karinie pociemniało przed oczami. Paweł maksymalnie wyciągnął ciało w bok i w ostatniej chwili udało mu się chwycić Oreo za kark. Przytulił kota do piersi, wciąż ściskając fałdę skóry na jego szyi. Drugą ręką przytrzymywał się drabiny i sunął w dół. Karina modliła się w duchu, żeby się nie poślizgnął. Wreszcie Pawła stopy dotknęły ośnieżonej ziemi. Ledwo udało mu się oderwać od swojej kurtki przerażone zwierzę wczepione w nią pazurami, trzymające się jej kurczowo. Podał kota Karinie. 

– Ty wariacie! – wykrzyknęła. – Mógłbyś mi dostarczać nieco mniej adrenaliny, co? – Odsunęła od siebie kota na odległość ramion.

– Kurde! Widzicie to! – wypalił Darek, wpatrując się w zwierzę.

Z oczu kota tryskały łzy. Nie chodzi o to, że jego spojówki były podrażnione zimnem. Prawdziwe, jakby ludzkie łzy, wielkie jak grochy, spływały ze ślepi Oreo przy nieprzerwanym zawodzeniu wydobywającym się z jego pyska.

– Nie miałem pojęcia, że koty mogą płakać – stwierdził Paweł.

– Chyba tylko wtedy, kiedy są chore? – zastanawiał się Darek.

– Nie jest chory. Już kiedyś to widziałam.

– Serio? – Darek nie wierzył.

– Tak. Weterynarz włożył mu termometr w… no wiecie, w co, i Oreo zaczął płakać rzewnymi łzami. Coś takiego dzieje się bardzo rzadko u niektórych kotów, kiedy przeżywają dyskomfort albo strach. Zaraz mu przejdzie.

– Rodeo, to ty jesteś kot emocjonalny. Taki wyjątkowy – żartował Darek.

– Nazywa się O-r-e-o – przeliterowała Karina. – Strasznie wam dziękuję. Nie wiem, co bym bez was zrobiła.

– No, ja też się właśnie zastanawiam, co byś bez nas zrobiła – rzucił Darek poważnym tonem a następnie wybuchnął śmiechem. – Dopiszę sobie kolejny dobry uczynek do listy. – Pogładził Oreo po mokrej sierści. – Zabieraj Podróżnika do domu. Zobacz, jak cały drży z zimna… I emocji. Dostał niezłą nauczkę.

Kraina też liczyła na to, że kocurowi odechce się robienia takich numerów. Chociaż angielskie przysłowie: „Curiosity killed the cat”, wydawało się opisywać generalną niezmienną przypadłości kotów. 

Wreszcie wszyscy rozeszli się do swoich domów. Oreo siedział pokornie w ramionach Kariny niczym płochliwy królik tylko do momentu, kiedy dotarli do kamiennych schodków w ogródku. Śnieg przestał padać a kot zaczął się wiercić, próbując się wyswobodzić z pewnego i mocnego uścisku jego pani. 

– Nawet o tym nie myśl, kocie – mruknęła ze złością kobieta. – Nigdzie się nie wybierasz. A przynajmniej nie dziś.

W domu Oreo rzucił się do miski, jakby nie jadł od kilku dni. Ekscytujące ekspedycje chwilowo zeszły na dalszy plan. Spałaszował nawet suchy pokarm, którego nie znosił. Patrząc, jak wszystkie chrupki są wymiatane co do ostatniego kawałeczka, Karina niemal się cieszyła z kociego doświadczenia drzewa. Wreszcie Oreo zwinął się w kłębek na kanapie i twardo zasnął. W kocim śnie przeżywał swoją przygodę od nowa – nerwowo poruszał łapkami, ogonem i wąsami, cicho warkotał. Wyglądał komicznie i bezbronnie. 

Karina poczuła wszechogarniające ją zmęczenie. Wypiła dwie szklanki wody i przygotowała sobie kanapkę na szybko – niezbyt wigilijna potrawa. Cóż, dzisiejszy dzień w ogóle nie był typowym wigilijnym dniem. Kobieta usiadła przy stole i wtedy pomyślała o białym winie, które dostała od kogoś w prezencie. Wyciągnęła butelkę z lodówki i uśmiechnęła się do siebie. Nakrętka zamiast cholernego korka. Wyjęła z szafki kieliszek i w tym momencie przestrzeń domu wypełnił piskliwy dźwięk dzwonka do drzwi. Oreo błyskawicznie podniósł łeb a jego oczy zrobiły się duże i czujne. Karina nerwowo drgnęła i odwróciła głowę w stronę drzwi wejściowych. Była przekonana, że Darek powiedział Kasi, że spędza Wigilię samotnie a Kasia wysłała męża, żeby ją przekonał, żeby jednak do nich dołączyła. Potocka głośno westchnęła. Wiedziała, że odmówi, ale z drugiej strony doceniała troskę sąsiadów. Tacy ludzie to skarb. Podeszła do drzwi i spojrzała przez wizjer bardziej z przyzwyczajenia niż z przezorności. Przecież była pewna, że to Darek. Ku swojemu wielkiemu zdumieniu zobaczyła na schodach Pawła. Otworzyła. Mężczyzna trzymał obie ręce w kieszeniach i sprawiał wrażenie nieco zakłopotanego. Karina zauważyła jego auto zaparkowane niestarannie na podjeździe. Zupełnie tak, jak robi to ktoś, kto ma zamiar zaraz odjechać.

– Cześć. – W jego głosie dało się wyczuć onieśmielenie. – Teraz to ja przepraszam, że cię nachodzę, ale czy mogę na chwilę wejść? 

– Cześć. No pewnie – odparła. Nie mogła przecież odpowiedzieć inaczej człowiekowi, który uratował jej kota. Nie mogła też zaprzeczyć, że poczuła się trochę zaintrygowana tą niespodziewaną wizytą. Co też Paweł mógł od niej chcieć?

Mężczyzna wszedł do kuchni połączonej z salonem. 

– Jak się czuje Oreo? 

Kocur zeskoczył z kanapy, podszedł do Pawła i otarł się o jego nogi. Mężczyzna przykucnął i kilka razy przeciągnął dłonią po grzebiecie zwierzęcia. Po chwili Oreo stracił zainteresowanie pieszczotami i ruszył prosto ku wyjściu na werandę. Usiadł, utkwił wzrok w drzwiach i głośno zamiauczał. Wobec braku reakcji ze strony Kariny, zaczął sugestywnie w nie drapać. Kobieta klasnęła a kot odskoczył od drzwi jak oparzony.

– Ani mi się waż! – krzyknęła. – Nigdzie cię nie wypuszczę! No i widzisz jak on się czuje – zwróciła się do sąsiada. – W jednym momencie roni łzy, potem miska, krótka drzemka i już gotowy do eksploracji terenu. Obawiam się, że nie przerobił lekcji drzewa.

Oboje się roześmiali.

– Koty już chyba tak mają, prawda? – skomentował Paweł.

– Niestety, większość tak. 

Niezadowolony Oreo znów wskoczył na kanapę i zabrał się za wylizywanie futra. Zapadła niezręczna cisza. Paweł rozpiął kurtkę i z wewnętrznej kieszeni wyjął kopertę. Podał ją Karinie. 

– To nie są pieniądze – wyjaśnił szybko, widząc jej skonfundowane spojrzenie.

– No to mi ulżyło. – Kobieta zachichotała nerwowo. – Myślałam, że to łapówka. Masz tu kasę, ale już nigdy więcej nie każ mi ściągać kota z drzewa w Wigilię. 

Znów się roześmiali.

Na kopercie zamiast danych adresata widniało zdanie napisane ładnym charakterem pisma: Dla kobiety ze ślicznymi włosami.

– W środku jest napisane coś dla ciebie – dodał Paweł. – Od mojej żony. 

Karina uniosła obie brwi w górę. 

– A… To…Żona nie mogła przekazać mi osobiście? 

– Mogłaby… – odparł powoli mężczyzna. – I na pewno by to zrobiła, gdyby nie… Gdyby nie zginęła rok temu. 

Roztocka poczuła, że uginają się pod nią nogi. Zabrakło jej tchu w piersiach. Teraz zdecydowanie wolałaby, żeby w kopercie były pieniądze.

– Chryste! Przepraszam! Nie wiedziałam… Bardzo mi przykro. 

– Nie masz za co przepraszać. Znasz mnie przecież dopiero od kilku godzin. Niby skąd mogłabyś wiedzieć?

Karina nie miała bladego pojęcia, co teraz powinna zrobić. Otworzyć kopertę? Zapytać, jak zginęła jego żona? Paweł ją wyręczył.

– Pamiętasz tamtą katastrofę lotniczą nad Szwecją?

– O Boże! Twoja żona była w samolocie?

– Niestety. Leciała zobaczyć się ze swoją przyjaciółką. Ewa lubiła pisać takie kartki do różnych osób. Widywała cię przez okno, jak przechodziłaś przez ulicę Kasztanową. Kiedyś mi cię pokazała. Kilka razy się nawet minęliśmy na ulicy. Szliśmy z Ewą a ty z przeciwka. Ewa mówiła : Brzmią mi w sercu słowa dla tej kobiety. Ale muszą dojrzeć. Tak właśnie mówiła. Brzmią mi w sercu… Miała bliską relację z Bogiem. Jak z najlepszym przyjacielem. Słyszała Jego głos. 

Karina znów pomyślała, że pieniądze w kopercie byłyby dużo łatwiejszym wariantem.

– Wiem, co sobie możesz myśleć. Że była wariatką. Głosy i te sprawy… Ale nie. Ewa byłą najnormalniejszą osobą, jaką w życiu poznałem. I najzdrowszą. Emocjonalnie i mentalnie. Ona po prostu czuła Boga. Namacalnie Go doświadczała. Czuła Jego serce względem innych ludzi. Rozumiesz, co próbuję powiedzieć?

– Chyba nie za bardzo – wymamrotała Karina skonsternowana sytuacją, która właśnie rozgrywała się przed jej oczami. 

– Wcale się nie dziwię. Ja też nie wszystko rozumiałem. Potrafiła przez kilka dni albo nawet tygodni lub miesięcy myśleć o kimś i się o niego modlić. A potem właśnie pisała przesłanie dla tego człowieka.

– Twoja żona o mnie myślała? Modliła się? – Karina poczuła, że ściska jej się gardło. Nie była osobą religijną, ale na samą myśl o tym, że ktoś mógł ją widzieć i rozmyślać o niej poza jej świadomością wywołała w niej mocne wzruszenie.

– Właśnie tak. Podziwiała twoje włosy. Dlatego napisała: Dla kobiety ze ślicznymi włosami. 

Karina kilka razy obróciła kopertę w dłoni.

– Nie musisz otwierać przy mnie – odezwał się Paweł. – Ewa nie zdążyła dać ci kartki przed katastrofą. A ja jakoś przez ten rok nie mogłem… Przepraszam. Ale kiedy dzisiaj do mnie przyszłaś, to pomyślałem… Może to Boskie zrządzenie? Nie mam pojęcia, czy wiadomość jest nadal aktualna. Nie wiem, czy słowa z serca Boga się przedawniają, ale chyba raczej nie…

– Otworzę teraz – zdecydowała Karina.

Delikatnie rozerwała kopertę. Czuła się tak, jakby miała zajrzeć do czegoś świętego. W środku była kartka ze zdjęciem małej dziewczynki w kolorowej sukience tańczącej w deszczu. Karina odwróciła kartkę na drugą stronę.

– I co napisała? – zapytał mężczyzna stęsknionym tonem, jakby dzięki poznaniu tych słów mógł jeszcze raz zobaczyć Ewę żywą. – Przepraszam… Jeśli oczywiście chcesz się podzielić… – dorzucił cicho.

.

.

– Chcę – odpowiedziała Karina. – Cześć. Mam na imię Ewa – zaczęła czytać. – Mieszkamy na tej samej ulicy, ale nigdy się nie poznałyśmy. Mam nadzieję, że to się kiedyś zmieni. Czasami, kiedy patrzę na ludzi czuję lub widzę rzeczy, które Bóg chciałby im powiedzieć. Wiem, że to brzmi bardzo dziwnie, ale Bóg naprawdę nie jest ani legendą ani srogim dziadkiem z obrazu. To najbardziej czuła i kochająca osoba we Wszechświecie. – Karina przełknęła ślinę. – Przyszedł na Świat, stał się człowiekiem i żył pośród ludzi. Doświadczał tego, co my, chociaż nie zgrzeszył. Współczuje nam w tym, co przechodzimy, bo to rozumie. Zbawił nas. Mam wrażenie, że Bóg chce ci powiedzieć, że cieszy się z wyborów, których dokonałaś. Wybrałaś inaczej niż od ciebie oczekiwano, ale nie jesteś z tego powodu gorsza i nie zmarnowałaś życia. Wybrałaś to, co przynosi ci radość, mimo że to nie była łatwa decyzja. Nie wszyscy zrozumieją i nie musisz im się z tego tłumaczyć. Nie czuj się winna, że „tańczysz w deszczu”. Nie zastanawiaj się, jak to wygląda w oczach innych. Bóg cię widzi i jest z ciebie dumny. Jesteś bardzo cenna i nigdy o tym nie zapominaj. – Karina urwała. – Tu jest jeszcze coś z Biblii. Bo góry mogą ruszyć się z miejsca, mogą się też zachwiać pagórki, ale moja niezmienna miłość do ciebie nigdy się nie skończy. Mój pokój nigdy nie przestanie do ciebie płynąć. Tak mówię Ja, Pan, który żywi względem ciebie współczucie – W oczach Kariny błysnęły łzy. – Z najlepszymi myślami o tobie, Ewa. Boże, jak to czytam, to po plecach dosłownie przechodzą mi ciarki. Wszystko wydaje się takie surrealistyczne. Kocur na drzewie. Nasze spotkanie dziś. Kartka od twojej żony… To najlepsza kartka świąteczna i w ogóle najlepsza kartka ever, jaką kiedykolwiek dostałam. Ona przecież nie mogła o mnie tego wiedzieć, prawda? Więc jak…? Skąd…? Jakim cudem…? To niemożliwe, a jednak się dzieje…

– Ale czego nie mogła wiedzieć? 

Stali przez chwilę w milczeniu. 

– Skończyłam zootechnikę – mówiła dalej Karina. – Potem jeszcze zrobiłam kurs behawiorystki zwierząt. Przez dziesięć lat pracowałam w ogrodzie zoologicznym. W końcu moje marzenie się spełniło. Powierzono mi opiekę nad dzikimi kotami. Kochałam tą pracę. Tylko że zarobki były dość niskie i trudno było się z tego utrzymać. Postanowiłam się przekwalifikować, zresztą za namową mojej rodziny. Dostałam pracę w korpo. Wreszcie mogłam odetchnąć finansowo, ale z każdym rokiem coraz bardziej usychałam w środku. Trzy lata temu mój dobry kumpel z ZOO dał mi znać, że szukają ludzi do międzynarodowego projektu w Afryce. Rezerwat dla gepardów. Aplikowaliśmy oboje i oboje się dostaliśmy. Spędziłam tam miesiąc. Potem kolejny. Poczułam, że naprawdę żyję. Że to, co chcę robić to pracować ze zwierzętami. Po powrocie z Afryki zrezygnowałam z korpo i znów zatrudniłam się w ZOO.  Nie zarabiam kokosów, ale przynajmniej jestem w pracy szczęśliwa. Wstaję rano z radością a nie narzekaniem. Moja rodzina nie akceptuje mojego zajęcia. Mówią, cytuję: Czy zamierzasz do końca życia sprzątać wybiegi? A przecież ta praca to dużo więcej. Smuci mnie to i boli. Ciągle są jakieś przytyki, uwagi i porównywania do mojego rodzeństwa. Moi rodzice nie są ze mnie dumni. – Karina spuściła głowę. – Nie mam odwagi im powiedzieć, żeby wreszcie dali mi spokój. Że skoro nie akceptują tego, czym się zajmuję, nie chcę rozmawiać o mojej pracy. No i właśnie dlatego w tym roku spędzam Wigilię sama. Temat mojej pracy w ZOO zawsze wypływa podczas rodzinnych zjazdów, zwłaszcza świątecznych. Miałam już tak tego dość… 

Paweł pokiwał głową ze zrozumieniem.

– Ewa o tym wszystkim nie wiedziała, prawda?

– Oczywiście, że nie. Niby skąd miała wiedzieć? 

– Fakt. Nawet Darek nie wiedział, że rodzinka mnie „prześladuje”. Nikomu nigdy nie mówiłam, że moja decyzja tak im nie w smak. Dziękuję, że przyniosłeś kartkę od Ewy. Będę często wracać do jej słów. Ja chyba jeszcze do końca nie rozumiem, jak wiele one dla mnie znaczą… Czuję się…

– Oszołomiona?

– Tak. Dokładnie. Muszę to wszystko przetrawić…

– Bardzo się cieszę, że Ewa do ciebie napisała…

Znów zapadło milczenie.

– Czy mogę jeszcze coś dodać do tego całego surrealizmu? – zapytał Paweł.

Karina uśmiechnęła się i kiwnęła głową.

– Pojechałabyś ze mną do mojej siostry na Wigilię?

Karina nabrała powietrza, ale zanim zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, Paweł mówił dalej.

– To pierwsza Wigilia od śmierci Ewy. Moja rodzina, moja siostra… Oni po prostu nie mają pojęcia, jak się przy mnie zachowywać. Za każdym razem, kiedy się widzimy robi się sztywno, niezręcznie, strasznie dziwnie, jakby ktoś zasnuł niebo ołowianą kurtyną. Ja dalej bardzo tęsknię za żoną i często o niej myślę, ale nie wiem, jak im powiedzieć, że ja już nie chcę rozmawiać o wypadku, o jej odejściu. Chcę zostawić to za sobą. Nie chcę zapomnieć o Ewie. Przecież nigdy o niej nie zapomnę, i nawet dziś, jak czytałaś tą wiadomość, to tak jakbym mógł jej dotknąć, usłyszeć dźwięk jej głosu w tych słowach, poczuć jej cudowne serce. Ale ja już potrzebuję ruszyć do przodu. Rozumiesz mnie?

– Nie mam w tych sprawach doświadczenia, ale chyba tak.

– Moja rodzina myśli, że musi być dalej przy mnie poważna i smutna, że dalej musimy rozmawiać o śmierci Ewy. Nie musimy, tylko że ja nie wiem, jak im o tym zakomunikować. I nie wiem, dlaczego nie wiem. Przecież to powinno być proste. Nie gadajmy już o śmierci Ewy. I tyle. Ale wcale proste nie jest. Chciałbym pojechać na tą Wigilię, ale na samą myśl o ciężkości, która znów między nami zawiśnie…. Nie dam rady im dziś powiedzieć…

Kurde, nie po to nie pojechałam do swojej rodziny, żeby teraz spędzać Wigilię z całkowicie obcymi ludźmi i to jeszcze w uwierającym kontekście śmierci żony Pawła… To przecież kompletnie porąbane – pomyślała Karina. Odrzuciłam zaproszenie od Darka i Kaśki, a mam przyjąć propozycję Pawła? 

– Słuchaj, bardzo dziękuję za zaproszenie, ale to chyba by było nie na miejscu? – powiedziała dyplomatycznie – Czy to nie będzie dziwne, delikatnie rzecz ujmując, jeśli pojawisz się z nieznajomą kobietą?

– Myślę, że paradoksalnie wszyscy poczują ulgę, że mogą skupić się na kimś innym.

– Ale my przecież prawie wcale się nie znamy.

– To prawda, ale czy trzeba ich o tym informować? Zresztą mam wrażenie, że jakoś tak skoczyliśmy szybko na dość duże głębiny w naszej relacji…

– Racja. – Karina się uśmiechnęła. – A  co, jeśli zapytają, kiedy i jak się poznaliśmy?

– Ludzie z sąsiedztwa jakoś się poznają po prostu. To nie musi być żadna niezwykła historia. Mieszkamy na tej samej ulicy i tyle. Jedziesz do rodziny dopiero jutro, więc zaprosiłem cię na Wigilię. Koniecznie musimy im zrelacjonować akcję ratowniczą kota. Trochę humoru i śmiechu bardzo się przyda.

– No tak. 

– To co? Byłabyś gotowa dopełnić dziś miary surrealizmu? Dasz się zaprosić? Proszę…

W prośbie Pawła było coś tak ujmującego, szczerego i bezbronnego, że Karina nie potrafiła mu odmówić. I teraz już nawet nie chciała. Zobaczyła w Pawle siebie. Swoją słabość i nieumiejętność a jednocześnie gorące pragnienie, żeby umieć być z rodziną. Znów poczuła szczypanie wokół oczu.

– Nie wierzę, że to mówię, ale niech będzie – odparła. – Potrzebuję chwili, żeby się przebrać. 

– Super. Jestem naprawdę wdzięczny.

– Przyjechałeś samochodem na mój podjazd. To znaczy, że wiedziałeś, że się zgodzę?

– Nie wiedziałem. Nie miałem pojęcia, jak potoczy się nasza rozmowa. Gdybyś się nie zgodziła, pewnie pojeździłbym trochę po mieście i wrócił do domu.

– Ale już nie musisz. 

– Nie.Karina weszła po schodach do sypialni. Usiadła w ciemności na łóżku i patrzyła przez kilka minut na roletę, na której odbijało się światło z ulicznych latarni. Z mieszkania obok płynęła kolęda. Karina słyszała przez ścianę słowa. Bóg się rodzi, moc truchleje. Pan niebiosów obnażony! Ogień krzepnie, blask ciemnieje. Ma granice Nieskończony. Wzgardzony, okryty chwałą. Śmiertelny Król nad wiekami! A Słowo Ciałem się stało. I mieszkało między nami.

M.M. Macko

3
0

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *