
.
W starym kinie
.
Lubił, zwłaszcza w piątkowy i przedwiosenny wieczór, przejść się tą bardziej kolorową częścią centrum miasta. Krok po kroku smakować wzrokiem witryny sklepów, zaglądać przez krystalicznie czyste szyby aptek, wchodzić do kanciap z antykami, z przepiękną biżuterią czy do mini galerii sztuki. Podziwiał finezję aranżacji nowo wykwitłych knajpek z daniami rodem ze wszystkich niemal kontynentów i nęcących odpoczynkiem w przytulonych do nich ogródkach. Ach! Kochał Warszawę. W niej się urodził. Wraz z nią przeżywał wszystko zapoczątkowane upadkiem komuny, naznaczone potem mozołem zmiany ustroju oraz szorstką koegzystencją „starego” z „nowym”. Kto nie zaliczył dłuższej styczności ze stolicą, nie mógł pamiętać walki modnej pizzerii ze starym sklepem spożywczym. Nie obserwował zmagania nęcącego oprocentowaniem banku z podupadającym w bezpośrednim sąsiedztwie salonem gier automatycznych czy sklepem sportowym, który był na rogu ulicy „od zawsze” i niby „na zawsze”, a zginął jakby z dnia na dzień, pozostawiając po sobie tylko wspomnienie. Zresztą także nietrwałe, bo ulatniające się gdzieś w chmury cienką, ale nieubłaganą strużką.
.

.
Był – trochę napuszenie to ujmując – chyba jednym z bardziej świadomych świadków przeobrażania się miasta. Widział, jak szarzyzna PRL-owskiej rzeczywistości ustępuje „nowemu”. Potem jak to „nowe” jest zastępowane jeszcze nowszym. A i tamto w końcu musi paść pod naporem kolejnej zmiany. I chociaż takie doświadczenie początkowo budziło u niego niechęć i opór, czas działał jakby łagodząco; na koniec był z takiego obrotu spraw w sumie kontent.
Jego miasto! Tu się urodził. Tu żył i tu pewnie odejdzie, gdzieś, kiedyś. Stare przeminie, aż przyjdzie taki czas, że miasto będzie porównywane do najciekawszych europejskich stolic. Widział zapowiedź tego w wyrazie zadowolenia malującym się na twarzach młodych, obsiadających modne dziś bary i kawiarnie. Dostrzegał to kąpiących się w przeszklonych biurowcach promieniach słońca, a nawet w fantazyjnie ukształtowanych centrach handlowych. W końcu i w twarzach przechodniów, zdających się głośno wołać: „Jestem już Warszawianinem. I mega jest ta Warszawa!
Tak! To jego miasto. Kiedyś cierpiące, niemal unicestwione. Odbudowane z heroicznym wysiłkiem – lepiej, gorzej, miejscami trochę szaro, lecz potem pokolorowane, już w nowej, całkiem nowej, rzeczywistości.
Jego Warszawa.
Nie wszystko mogło się i dziś podobać. Z okna starego, ale godnego uwagi ze względu na bogatą historię budynku, w którym pracował, widział brutalnie zrywany stary asfalt. Wydobywane z ziemi szkielety ludzi mogły być jednym z ostatnich krzyków o pamięć cierpień cywilnej ludności miasta. Potem obserwował wjazd ciężkiego sprzętu budowlanego i ciężarówek z dziesiątkami ton betonu (oraz granitu) w kostkach do ich przykrawania i układania wszędzie, gdzie się tylko da. Co prawda, miało to być udekorowane jakimiś drzewami czy inną „zielonością”, tworząc reklamowane w tramwajach i metrze „zielone parki stolicy”, ale jak na razie tak obmyślony nowy Plac Miejski w centrum Warszawy nie dostarczał nadmiaru nadziei na bycie miejscem rzeczywiście dobrym dla prawdziwego odpoczynku. Ale dobrze, bo jak mawiają Rosjanie: pożyjemy, zobaczymy. Dajmy planistom szansę – myślał.
.

.
Zachciało mi się nagle oglądać stałe motywy miejskiego krajobrazu. Te dziś trzeba wyławiać jak rodzynki z ciasta. O rzut berem od budynku, w którym pracował (beretem sołtysa, bo jednak nie prezydenta W-wy) ostało się na ulicy Złotej 9/9 stareńkie kino „Palladium”. Chodziło się tam jeszcze za młodu, podobnie jak do nieodległego „Relaxu”. W tym drugim wyświetlano najbardziej kasowe filmy, głównie amerykańskie, a bilety na nie zdobywało się za odpowiednią sumkę wręczaną tzw. konikom, czyli nieco szemranym pośrednikom w sprzedaży biletów. „Palladium” było inne. Wyświetlało filmy często słabiej reklamowane i ambitniejsze, w tym polskiej produkcji. Kino to, chociaż powstałe jeszcze w okresie międzywojennym, zlikwidowano ponad sześć lat temu, a w budynku po nim ulokował się teatr. Zaczęły odbywać się tam wernisaże, rozmaite eventy, spotkania ze znanymi ludźmi itp. Szczęśliwie udało się zachować dawny wygląd obiektu, łącznie ze stylowym neonem „Palladium”. Miejsce zostało więc uszanowane, pozostając w służbie kultury.
Teatr? Czemu nie? Postanowił sprawdzić jego repertuar. Może coś ciekawego się trafi?
Droga z pracy do „Palladium” zajęła mu z ulicy Jasnej nie więcej niż trzy-cztery minuty. Dzień był jeszcze krótki i zmrok zaczynał rozkładać się już nad ulicami. Przyjrzał się dokładniej budynkowi. Nadal ten sam neon zapraszał, by wejść do środka. Na drzwiach ktoś niezbyt starannie powyklejał stary repertuar, pewnie dla zachowania klimatu miejsca. Kino faktycznie nie było już kinem; stało się czymś innym. Jeden z plakatów zapowiadał przyszłe przedstawienia. Inny zachęcał do organizowania eventów na terenie budynku, a wiele rzeczy nie pasowało tu do siebie. Otworzył stare drzwi. Ale to nie specyficzny zapach spowodował, że cofnął się od progu. Kątem oka dostrzegł bowiem coś dziwnego. Wokół tego miejsca uformowała się osobliwa, srebrzysta mgła, która niemal w oczach objęła swoim zasięgiem kilka budynków, a nawet część ulicy. Rozejrzał się, ale najwyraźniej tej zmiany nikt poza nim nie dostrzegł – każdy gdzieś pędził w swoich sprawach lub szedł z nosem utkwionym w smartfonie. Mgła szybko się jednak rozwiała. Coś jednak uległo zmianie. I to poważnie! Przed chwilą stał przed wejściem do sześciokondygnacyjnego budynku ze stylizowanym napisem „Palladium”. Tymczasem dawne kino gdzieś… zniknęło. Budynku już nie było. Czy raczej, co uznał za zupełnie już dziwne, pojawił się on tylko na ułamek sekundy, by zostać częściowo przesłonięty inną budowlą, jakby zanurzoną w dziwnym, złowieszczym świetle oraz strzępiastych resztkach srebrno-lśniącej mgły. Patrzył zdumiony… Co to jest, do licha? Przed oczami miał koliste wejście prowadzące jakby do groty wykutej w zboczu góry… Teatr grecki? Z historii kultury zapamiętał, że starożytne przedstawienia nie zawsze odbywały się w amfiteatrach na wolnym powietrzu. Gdy „gościła” je góra, miały raczej półkolisty, może nawet podkowiasty kształt, a wejście prowadziło do tonącej w półmroku galerii z setkami kamiennych rzędów.
Za chwilę jednak ta wizja zniknęła. Budynek z charakterystycznym neonem „Palladium” powrócił na swoje miejsce. Powróciły też sąsiadujące z nim kamienice z ich restauracyjkami, punktem xero i innymi usługami. Wszystko było znów tam, gdzie dawniej.
Przeszedł go dreszcz. Co się wydarzyło przed chwilą? Widział tamto na pewno! Może ktoś wrzucił jakiś nowy halucynogen do sałatki z „Żabki”, którą jadł kilka godzin temu? Przyjrzał się teraz dokładniej murom dawnego kina. Nadal jest napis „Palladium” i nadal sześć kondygnacji. Tym razem zajrzał przez szybę. Na dole widać było dawną salę kinową i teatralną. Ta druga została przerobiona w nowoczesny sposób. Zadarł głowę. Mieszkania na górnych piętrach miały starannie zaciągnięte zasłony, więc trudno było stwierdzić, co znajduje się wewnątrz. Może nadal działają tam jakieś kluby?
Wszystko to jednak osiadło na nim nieprzyjemnym wrażeniem. Uznał, że pora zbierać się do domu. Przyjdzie tu znowu w poniedziałek po pracy, o tej samej porze. Wierzył, że sobotnio-niedzielny relaks pozwoli mu skutecznie uporać się ze zwidami.
.

.
W poniedziałek było jakby inaczej. Kino zdawało się leżeć jakoś poniżej ulicy. Z bramy, której nigdy wcześniej nie zauważył, schodziło się do niego szerokimi, dziewięciostopniowymi schodami. Tworzyły one całość z betonowymi słupami balustrady. Między schodami a budynkiem dostrzegł jakiś placyk. Stały tam, improwizując mały amfiteatr, zielone ławki.
Wycofał się jeszcze na moment, żeby zweryfikować to, co widzi. Na kremowym froncie kina lśnił neon. Przymocowany do jasnobrązowej obwódki półokrągłego dachu przypominał wskazówki zegara. Następujące po sobie, umieszczone w pionie, pogrubione litery tworzyły napis „kino”. Nazwę główną kina – Helgoland – wystylizowano prawie gotykiem. „Hegoland”?! Nie „Palladium”?
Szybko wyszeptał do smartfona brzmienie nowego napisu. Odpowiedź pojawiła się niemal natychmiast: „Hegoland” to nadana przez Niemców nazwa kina „Palladium”. W tym otwartym ponownie 22 grudnia 1939 roku kinie nur für Deutsche bywali niemieccy oficerowie, urzędnicy okupacyjni, a także dygnitarze nazistowscy odwiedzający Warszawę, przybywający do okupowanej stolicy nawet z Berlina. „Wyświetlano tu główne niemieckie filmy propagandowe, kroniki filmowe oraz lekką rozrywkę dla Niemców – filmy uchodzące wówczas za erotyczne, sensacyjne, przygodowe, wojenne, ale też przedwojenne polskie produkcje” – przeczytał.
Wzdrygnął się. Nie, to nie mogła być prawda. Przeszłość nigdy nie wraca. A na pewno nie taka i nie w taki sposób! Rozejrzał się. Mniejszy już nieco afisz informował o aktualnie emitowanym filmie: „Sportowiec mimo woli, czyli…” Przypatrując się dokładniej, pod samym dachem można było dostrzec okienko kabiny projekcyjnej z czteroszybowym oberluftem.
Zdecydował się wejść, chociaż nie bardzo rozumiał, gdzie w końcu tak naprawdę się znalazł i czy na pewno trafił do tego samego obiektu. Zszedł jeszcze dwa schodki w dół. Dwuskrzydłowe drzwi ustąpiły, otwierając się do środka. Klamka uwolniła tylko lewe skrzydło, prawe było otwarte już bowiem na oścież. Okna doświetlały dwa pomieszczenia na parterze. Jedno znajdowało się po lewej stronie kasy biletowej, drugie – chyba w poczekalni. Oba pomieszczenia łączyły się ze sobą. Poczekalnię okalały rzędy drewnianych foteli – ich skrzypienie można było sobie łatwo wyobrazić. Samo okienko kasowe, do którego z boku prowadziło wąskie wejście, wyłaniało się znad barierki. Przez drzwi wejściowe widać było kolejne, dwuskrzydłowe, prowadzące wprost do sali kinowej. Przy schodkach, symetrycznie w kątach sali, postawiono dwa białe piece kaflowe. Biały też, ale pomalowany w niebieskie kwadraty był sufit – swoisty kinowy „nieboskłon”.
Na widowni znajdowały się rzędy krzeseł. Złączone ze sobą, rozkładane, przy tym brązowe, z pewnością drewniane. Z półokrągłym oparciem. – Ponad dwie setki foteli – oszacował. W sali panował półmrok. Pierwsze cztery rzędy zajmowali jacyś mężczyźni. To kino jest w końcu czynne czy nie? Gubił się w tym wszystkim. Zaczynała się kronika filmowa. Na nieco pomarszczonym białym ekranie wykwitł napis gotykiem, ale dający się odczytać: „Nacht und Nebel” („Noc i Mgła”). W tym momencie sala rozbrzmiała ostrymi dźwiękami marszowej muzyki, a na ekranie zaczęły przemieszczać się kolumny wojsk oznaczonych charakterystycznymi, z niczym nie do pomylenia, czarnymi krzyżami.
To przecież niemożliwe – pomyślał.
Postanowił przyjrzeć się dokładniej siedzącym z przodu mężczyznom. Nawet z daleka widać było ich podekscytowanie tym, co widzieli na ekranie. By zminimalizować ryzyko, że go odkryją, udawał widza i, korzystając z półmroku panującego w sali, powoli, bardzo powoli, przesuwał się do przodu, przesiadając za każdym razem o dwa – trzy rzędy. Przednie fotele po lewej i prawej stronie zajmowali w większości chyba wyżsi rangą wojskowi w znanych, choćby z popkulturowych przedstawień, zielonych mundurach Wehrmachtu. Tylne – mężczyźni w cywilnych ubraniach, niektóre z nich mogły wskazywać na urzędników niemieckiej partii nazistowskiej. Pośród nich wyróżniał się mężczyzna bardzo wysoki, emanujący szczególną elegancją. Zajmował jedno ze środkowych miejsc w drugim rzędzie. Z kolei w pierwszym rzędzie zwracał uwagę jeden z dwóch zajmujących obok siebie miejsca hitlerowców. Czarny nazistowskiej formacji SS, znaczony licznymi dystynkcjami i odznaczeniami, znamionował ważną personę najbardziej bezwzględnego hitlerowskiego aparatu represji.
Kim oni są?! Duchy? Raczej duchy-nieduchy. Upiory historii. Nadal i ciągle powracające. Temperatura w sali jakby nagle spadła. Chłód z chwili na chwilę był coraz wyraźniejszy; pojawił się lęk, jak w sennym koszmarze, gdy zdajesz sobie sprawę, że stoisz przed obliczem zła w jego najczystszej i wciąż na nowo odradzającej się postaci.
.

.
Pomimo że od lat interesował się historią, w tym hitlerowskim aparatem represji, a twarze wielu wysokich rangą nazistów pojawiały się przecież w tysiącach różnych publikacji i filmów, z powodu panującego w tym archaicznym kinie półmroku nie był w stanie nikogo zidentyfikować. Tego eleganckiego w cywilnym ubraniu nie kojarzył zupełnie. Może to jakiś Volksdeutsch ustalający tygodniowy przegląd filmów? A może nawet sam Ludwig Fischer, niemiecki prawnik i bez wątpienia jeden z najgorszych zbrodniarzy wojennych. Był to jednak tylko domysł. Skąd przemknęła mu taka myśl, że to on? Było to możliwe, ponieważ ten siepacz w latach 1939–1945, kiedy kino „Palladium” zamieniono na miejsce niemieckich seansów nienawiści, sprawował funkcję gubernatora Dystryktu Warszawskiego w Generalnym Gubernatorstwie.
Ten budzący odrazę domysł usiłował od siebie jakoś oddalić, odepchnąć. Udało się, bo twarz jednego z hitlerowców w pierwszym rzędzie coś mu mówiła, tym samym przykuwając jego uwagę. W tym momencie jakiś głos „zza sceny” obwieścił koniec kroniki, zapowiadając jednocześnie rychłą emisję filmu. Na chwilę rozbłysło światło. Tak, tego hitlerowca „znał”! Poznał tę charakterystyczną bladą cerę i wystające kości policzkowe nadające twarzy ascetyczny wyraz. I te zaczesane do tyłu, przyczernione włosy. Oraz elegancki i starannie odprasowany mundur partyjny z dystynkcjami SS i monokl w oku. Wszystko to nie pozostawiało już wątpliwości: w pierwszym rzędzie rozsiadł się Hans Frank, gubernator Generalnego Gubernatorstwa z siedzibą w Krakowie, bezwzględny prześladowca polskiej ludności, który widać bywał także i w Warszawie. On oraz drugi dygnitarz w mundurze SS wstali i zaczęli wymieniać jakieś uwagi. Z odległości, w jakiej się znajdował, nie mógł niestety usłyszeć rozmowy, jednak co do tożsamości drugiego hitlerowca pomylić się już nie można było. Twarz niemal tak dobrze znana jak jego Führera. Wąska szczęka, krótkie, siwiejące włosy oraz takie lekkie okulary w niebieskich oprawkach. Za nimi małe oczka. Zaciśnięte usta. Patrzył na samego Heinricha Himmlera!
Poczuł, że nogi się pod nim uginają, a strużki potu żłobią swoje ścieżki na plecach. Nie mógł jednak oderwać wzroku od nich. Wtedy… obaj hitlerowcy ukłonili się sobie grzecznie, a Himmler sięgnął w kierunku swojej twarzy. Dotknął brody, po czym jednym zdecydowanym ruchem ściągnął z twarzy maskę, ukazując zupełnie inną, brodatą twarz o ciemnych świdrujących oczach.
Tego było już za wiele. Przed sceną po prawej stronie wypatrzył drzwi. Wyszedł przez nie, raczej wypadł jak oszalały na ulicę. Rozkwitająca młodością wiosna 2026 uderzyła zapachem nadziei.
Robert Azembski