Janusz Niżyński – Jak Sztuczna Inteligencja uznała Tokarczuk za krewniaczkę

.

.


Moje serce pisarskie krwawi – czyli jak Sztuczna Inteligencja uznała Tokarczuk za krewniaczkę
. . .
Ostatnio, scrollując bezmyślnie fejsa, trafiłem na post znajomego, po którego lekturze naszła mnie wiekopomna myśl: w świecie literatury rodzi się nowa, dziwaczna moda. Nie, nie mam na myśli wysypu kryminałów z mroźnej Północy czy epickie sagi, w których bohaterowie co stronę popijają rzemieślnicze piwo. Chodzi o typa, który wtargnął na salony bez zaproszenia, rozwalił się w fotelu i zapytał, czy ktoś uraczy go ogniem? Tym typem, a poprawniej: typiarą, jest Sztuczna Inteligencja. A powiadam wam: to panna, której nie brakuje tupetu. Ta cyfrowa muza, spasiona na danych – od Szekspira po przepisy na szarlotkę – nauczyła się zgrabnie składać zdania. I to jak! Potrafi pisać wiersze, które brzmią jak podrasowany Słowacki, sklecić opowiadania, jakich nie powstydziłby się Lem czy Lovecraft (gdyby akurat naszły ich gorsze dni i jakimś cudem mieli otwartą kartę z Wikipedią). Jakość tesktów? – Z tym bywa różnie. Czasem człowiek rozdziawia gębę z podziwu, czasem z zażenowania, a najczęściej z tego specyficznego uczucia, że świat właśnie odkręca się w złą stronę jak słoik z niedobrym dżemem.
Ale owa panna AI to nie tylko twórczyni. To także, jak się okazuje, samozwańczy krytyk literacki i sędzina uzbrojona w detektory, którymi zawzięcie tropi swoje cyfrowe rodzeństwo w tekstach pisanych przez nas, biednych, analogowych ludzi. Obiecuje odpowiedzieć na jedno z kluczowych pytań XXI wieku: „Człowiek ci to, co sklecił tekst, czy bot?”.
Nie byłbym sobą, gdybym nie zrobił więc małego eksperymentu. Taki literacki test na ojcostwo. Na ruszt wrzuciłem fragment prozy Olgi Tokarczuk z jej genialnych „Biegunów”. Tekst gęsty, pulsujący myślą. Wpisałem go w okienko cyfrowego cerbera, który miał orzec, ile w tym człowieczeństwa, a ile AI. Wcisnąłem „Enter” i czekałem, aż algorytmowi przepalą się styki. Aplikacja pomyślała parę sekund i wypluła werdykt: „Prawdopodobieństwo, że tekst napisało AI, wynosi 95%”… Zamurowało mnie. Oto Olga Tokarczuk, nasza duma, sprowadzona zostaje przez AI do roli perfekcyjnej maszyny! Misterne zdania noblistki, te wszystkie metafory i niedopowiedzenia, program uznał za… zbyt regularne. Zbyt dobre jak na człowieka. No, mówię Wam, poczułem się tak, jakby ktoś oskarżył Chopina, że grywał z playbacku, a komponował przy wspomaganiu syntezatorów czwartej generacji. No dobra, pomyślałem, może to błąd w matriksie. Może styl noblistki jest tak kunsztowny, że wymyka się prymitywnym narzędziom. Trzeba sięgnąć po coś bardziej swojskiego. Coś, co ocieka ludzką niedoskonałością.
I wtedy mnie olśniło. Moja szuflada! Ta zakurzona, z literackimi grzechami młodości. Wygrzebałem stamtąd opowiadanko sprzed ponad pięćdziesięciu lat, nigdzie i nigdy dotąd, z tego co pamiętam, niepublikowane, pisane w oparach kawy „plujki” (tej wiecie: po turecku). Dzieł(k)o, mówiąc delikatnie, chropowate. Pełne grafomańskich uniesień i zdań tak pokracznych, że niemal uroczych. To jest to! – pomyślałem. Esencja człowieczeństwa! Z drżącym więc sercem i pewną masochistyczną ciekawością wrzuciłem swój tekst na pożarcie maszynie. Spodziewałem się komunikatu: „100% HOMO SAPIENS. Dopisek: SŁABE. ZALECA SIĘ ODSTAWIĆ KLAWIATURĘ”.
Werdykt? „Twój tekst na 90% napisało AI”.
I wtedy mnie zamurowało po raz drugi, tym razem z mieszanką rozbawienia i jakiejś egzystencjalnej grozy. Algorytm nie tylko namaścił Tokarczuk na swoją siostrę, ale i mnie, autora ramoty sprzed półwiecza, przygarnął do cyfrowego klanu. Zabawne, co nie? Ale zaraz potem pomyślałem: może to wcale niezabawne? Może te programy wiedzą coś, czego my nie wiemy? Może styl Tokarczuk jest tak precyzyjny, że ociera się o matematyczną doskonałość? A moje stare opowiadanie tak nieudolnie schematyczne, że idealnie wpisuje się we wzorce, których maszyna nauczyła się na milionach podobnych tekstów? Kto wie… Może AI widzi tylko dwie kategorie: geniuszy, których kunszt wydaje się nieludzki, i amatorów, którzy nieświadomie powielają klisze tak skutecznie jak algorytmy. A pośrodku jest cała reszta – ci „bezpieczni”, którzy piszą na tyle dobrze, by nie być grafomanami, i na tyle źle, by nikt nie pomylił ich z botem. Albo, co bardziej prawdopodobne, te wszystkie detektory to pic na wodę. Cyfrowa wydmuszka, która ocenia teksty na podstawie kryteriów tak wiarygodnych jak horoskopy z kolorowej prasy.
Niezależnie od prawdy, moje pismakowe serce sprzed lat trochę pokrwawiło, trochę zabolało, ale ego dzisiejsze dostało dziwnego kopa. W końcu nie co dzień człowiek słyszy, że już na starcie miał 90% cech wspólnych z cudem techniki.
Chyba dopiszę to sobie do CV.
. . .
Cała ta historyjka byłaby tylko absurdalną anegdotą, gdyby nie zasiała we mnie pewnego niepokoju. Bo skoro algorytm, rzekomo tak zaawansowany, nie jest w stanie odróżnić własnej inwencji od prozy noblistki, to o czym my w ogóle rozmawiamy? Droga Ai! – mam dla ciebie sugestię: może zamiast skupiać się na zimnej analizie, powinnaś najpierw pojąć, czym jest piękno? Albo chociaż spróbować zrozumieć ulotną esencję stylu? Ten unikalny odcisk palca duszy, zaklęty w rytmie zdania? Wygląda na to, że przed tobą (mimo wszystko i jeszcze) daleka droga. Wszystko też wskazuje na to, że na dziś spać spokojnie mogą nie tylko nobliści. Możemy i my, skromni rzemieślnicy słowa, którzy z dala od fleszy, w domowym zaciszu, godzinami cyzelujemy zdania. My, którzy szukamy tego jednego, właściwego słowa, też jeszcze nie musimy przejmować sie ani obawiać się konkurencji ze strony bezdusznych automatów. Okazuje się bowiem, że ich narzędzia oceny są równie skuteczne co wróżenie z fusów. Ich twórczość podąża za oceną… Możemy więc dalej tkać nasze opowieści, nie martwiąc się, że ktoś pomyli bicie ludzkiego serca z szumem procesorów.
Dziś tak możemy, ale jutro? 

Janusz Niżyński

5
0

Jeden komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *